Antipolis - Tomasz Fijałkowski - ebook + audiobook
Opis

Lato 1936 roku. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że do Antipolis, stolicy Korony, zbliża się Zenit – moment, w którym nastąpi brutalne wtargnięcie Innej Rzeczywistości w granice naszej. Potwierdzają to nie tylko obserwacje naukowców badających układy wyładowań atmosferycznych, ale również inne tragiczne wydarzenia. Bogowie w przerażający sposób zaczynają manifestować swoją obecność, a osoby, w żyłach których płynie boska krew, zdradzać groźne nadludzkie umiejętności.
Na straży porządku wewnętrznego stoi Struktura, która strzeże najbardziej skrywanej tajemnicy wyjaśniającej, dlaczego następuje ingerencja Istot do naszego świata. Tylko parę osób zwerbowanych w szeregi Struktury, dysponujących nadnaturalnymi możliwościami psychicznymi, ma szansę na przeciwstawienie się Zenitowi.
Zaczyna się nierówna walka z Inną Rzeczywistością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 48 min

Lektor: Bartosz Głogowski

Popularność


 

a n t i p o l i s

 

 

antipolis

 

 

TOMASZ FIJAŁKOWSKI

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Tomasz Fijałkowski, 2015

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Projekt okładki: Ewelina Kamińska

Redakcja: Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta: Karolina Szafczyk

Opracowanie grafik: Izabella Gajewska

Redaktor prowadzący: Dominika Kuczyńska

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

ISBN 978-83-7976-257-6

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

Przez pince-nez widać w błękicie żonglowanie

z rzadka piłka upada na tenisowy kort

ręce ciągle zajęte planet podbijaniem

w pikowej bluzce córka komunisty

w jedwabnej koszuli lord

dysonansowy dystych

Józef Czechowicz

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Lipiec, 1936 rok

 

Nagły wstrząs – być może pociąg właśnie zmieniał tor – wyrwał mnie ze snu. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, ile czasu spałem i czy na pewno nie minąłem stacji docelowej. Jednak widząc siedzącego obok mnie starszego mężczyznę, który również miał wysiąść w Antipolis, uspokoiłem się. Wyciągnąłem z kieszeni zegarek i dotarło do mnie, że moja podróż potrwa jeszcze najwyżej pół godziny. Było za wcześnie, by zająć się bagażami, a za późno, by na powrót zapaść w sen. Postanowiłem przycisnąć czoło do szyby i obserwować przesuwające się za oknami spokojne łąki, majaczące gdzieś w oddali miasteczka i wioski – przedpola Antipolis.

Mój sen był irytującym doświadczeniem. Zepsuł mi humor na dobrych kilka minut. Dlaczego śniłem, że Antipolis było miejscem udręki, skoro spędziłem tam najpiękniejsze lata młodości i żyją tam moi starzy przyjaciele z okresu studiów? Dlaczego we śnie miałem w rękach dyplom lekarza medycyny, skoro do niedawna wykładałem filozofię, a w czasie wojny moim zadaniem było raczej zabijać niż leczyć? Dlaczego marzyłem o wyjeździe do Warszawy, skoro nienawidzę tego miasta, a każda przechadzka po jego zniszczonych niemieckimi bombami ulicach kończyła się potężną melancholią? A co najgorsze – moja kuzynka Róża, która we śnie była martwa, miała czekać na mnie na dworcu i spodziewałem się znaleźć ją tam żywą.

Nieświadomie dotknąłem nogi poniżej ­kolana, postrzelonej osiemnaście lat temu, gdy czołgałem się w okopach obleganego Drezna, gdzie dogo­rywała załoga twierdzy obsadzonej Austriakami. Gdyby tę kulę wystrzelono kilka miesięcy później, najprawdopodobniej byłby to strzał na wiwat, znak radości, która miała zalać całą Europę na wieść o podpisaniu traktatów pokojowych. Leżałem potem w szpitalu polowym z paprzącą się raną, mając nadzieję, że nie podzielę losu kolegów, którzy krzyczeli, czując fantomowe bóle w amputowanych kończynach. Ponad naszymi głowami dzielono Europę. Przywódcy zwycięskich państw zszywali z poszarpanych krajów nowy, mający nigdy się nie rozpaść, kontynent. Znów próbowano zapalić latarnie, by rozproszyć kłębiące się przez cztery lata ciemności.

Tak. Wojna, podobnie jak odłamek w nodze, wciąż tkwiła w każdym weteranie. Niby spalony dom pośrodku kurortu nie pozwalała o sobie zapomnieć. Przecież wygraliśmy. Umocniliśmy granicę Korony, nie wykrwawiliśmy się jak Niemcy czy Austriacy, zawiązaliśmy korzystne traktaty z Królestwem Brytanii. I to podobno było najważniejsze…

Pociąg zwolnił i zaczął wjeżdżać na główny dworzec Antipolis. To miasto chyba najbardziej skorzystało na powojennej erupcji gospodarki. Metropolia, znajdując się jakimś cudem zawsze poza głównym teatrem działań wojennych, skupiła wszystkie żywotne siły państwa. Zniszczonej przez półtonowe bomby Warszawie odebrano honor reprezentowania państwa, wyrwano jej ambasady i przeniesiono tutaj, do Antipolis – miasta mającego być wizytówką zwycięskiego państwa. Zbudowano nowe mosty i przedłużono linie metra. Fabryki otoczyły miasto dymiącym szańcem, dzielnice mieszkaniowe zaludniono tysiącami robotników.

Sięgnąłem po walizki i przecisnąłem się z nimi do najbliższego wyjścia. Pociąg zatrzymał się z nieprzyjemnym piskiem hamulców i stojący na peronie bagażowy otworzył drzwi. Podróżni sprawnie opuszczali wagony. Byłem jednym z pierwszych, więc miałem szansę rozejrzeć się po zapełniającym się peronie. W gęstniejącym tłumie wypatrzyłem Różę. Nie widziała mnie, a ja nie chciałem krzyczeć. Mój głos i tak zginąłby w gwarze i łoskocie maszyn. Chwyciłem walizki i ruszyłem w jej stronę.

– Witaj – pozdrowiłem ją, gdy najmniej się tego spodziewała. Dziewczyna drgnęła przestraszona.

– Tomasz! Jesteś niegodziwy! – krzyknęła i rzuciła mi się na szyję.

Nie widzieliśmy się ponad dwa lata, więc jej wybuch radości nie był dla mnie zaskoczeniem. Objąłem ją delikatnie.

– Ty zawsze musisz mnie straszyć?! Weź walizki i idziemy – zaszczebiotała. – Mamy sporo do załatwienia.

Dźwignąłem bagaże i ruszyłem jej śladem. Jej lekka plisowana sukienka, czarna szarfa podkreślająca talię i okrągły kapelusik były pewnie ostatnim krzykiem mody na ulicach Antipolis. Nie pasowała mi tylko okrągła mosiężna plakietka, którą zauważyłem na klapie jej beżowego żakietu.

– Ktoś na nas czeka czy pojedziemy taksówką? – zapytałem, gdy stanęliśmy przed dworcem w oślepiającym słońcu wczesnego lipca.

Róża zachichotała.

– Niespodzianka! To mój samochód, nim pojedziemy – wskazała srebrnego phantoma o opływowym kształcie ze zdejmowanym dachem. Wypatrywała w moich oczach zachwytu nad jej najnowszą zabawką. Znalazła tam jednak tylko bezdenne zdumienie.

– Rodzice kupili ci samochód?

– Kupili – potwierdziła ochoczo. – Pakuj walizki do bagażnika. Miejmy nadzieję, że się zmieszczą.

– Śniłaś mi się – zagadnąłem, gdy włączyła się do ruchu, kierując się w stronę głównych arterii miasta. Ruch o tej porze dnia był spory, więc jechaliśmy wolno.

– I co robiłam w tym śnie? – spojrzała na mnie kątem oka.

– Nic. Byłaś martwa, bo paliłaś za dużo papierosów.

– To coś nowego – zagwizdała. – Wielu moich znajomych pali, ale żaden jeszcze nie umarł. Ciekawe, co Freud powiedziałby o twoim śnie. Jak myślisz?

Nie odpowiedziałem. Róża prowadziła dość agresywnie i równie często jak klaksonu używała mało wyszukanych przekleństw. W końcu przedarliśmy się przez wiecznie zatłoczone śródmieście i jechaliśmy teraz ulicami dzielnic mieszkaniowych, gdzie maszyna rozwinęła pełną prędkość. Ściany czynszowych kamienic zlały się w jedną czerwono-burą płaszczyznę, z której wyłowiłem zarys kilku chrześcijańskich kapliczek. „Więc i tutaj zawędrowały ich gminy” – pomyślałem, ale ostry zakręt, w jaki weszliśmy, szybko oderwał mnie od rozważań na temat rozprzestrzeniania się nowych związków wyznaniowych.

– Nie bój się – zaśmiała się głośno Róża. – Doskonale prowadzę! A musimy się spieszyć, bo czeka na nas obiad, a po obiedzie chcę cię zabrać do centrum. Pokażę ci nowe mieszkanie. Dziś jestem twoją przewodniczką! Cieszysz się?

– Bardzo.

 

Opony zazgrzytały na żwirowym podjeździe. Róża zatrzymała samochód przed domem i posłała mi tryumfujące spojrzenie, z którego miałem wyczytać: „A nie mówiłam, że dowiozę nas w jednym kawałku?”. Wysiadłem i rozejrzałem się po posiadłości jej rodziców. Niewiele się zmieniło od czasu, gdy byłem tu ostatni raz. Park otaczający duży dwupiętrowy dom sprawiał wrażenie, jakby umysłów tutejszych ogrodników nie skalała żadna myśl. Rozłożyste dęby i strzeliste topole rosły według kompletnie niezrozumiałego klucza, natomiast żywopłoty, mające kiedyś tworzyć malowniczy labirynt w stylu angielskim, teraz postrzępione i zaniedbane, dopełniały tylko dziwacznego kolorytu tego miejsca. Jeszcze wyraźniej widać to wszystko było z łazienki na pierwszym piętrze, gdzie przygotowano mi kąpiel.

Stojąc w okniei wycierając parujące gorącą wodą ciało, zdałem sobie sprawę z kilku kwestii. Po pierwsze, posiadłość mojej ciotki i jej męża była doprawdy imponująca, a zapuszczony park maskował jej rzeczywiste rozmiary. Po drugie, to lato zaczęło się przedziwnie – najpierw na skutek wielu nieporozumień straciłem pracę w katedrze filozofii krzemienieckiego uniwersytetu, a kilka dni później otrzymałem od ciotki list z ciekawą propozycją finansową. Po trzecie, wczoraj uprawomocniły się listy rozwodowe, które pół roku temu wręczyliśmy sobie z Gabrielą. Od dziś byłem wolny.

Zbiegłem do jadalni mieszczącej się na parterze i oficjalnie przywitałem się z rodziną. Wuj Aleksander wstał od zastawionego już stołu i serdecznie uścisnął mi rękę. Pomimo moich czterdziestu paru lat i prawie dwóch metrów wciąż wyglądałem i czułem się przy nim jak dziecko. Był mojego wzrostu, ale dumnie wyprostowana postawa oraz potężne ramiona i barki (był najlepszym bokserem w historii swojej uczelni) sprawiały, że tylko przy niewielu nie wyglądał na olbrzyma.

– Tomaszu, wszyscy baliśmy się, że ta wariatka – zaczął, wskazując na córkę – rozbije się gdzieś na najbliższym zakręcie. A jednak udało jej się przywieźć cię tutaj całego i zdrowego.

– Tato! – zaprotestowała Róża i zwróciła się do matki: – Mamo, powiedz coś ojcu!

Ciotka Elżbieta, siostra mojego ojca, zaśmiała się i uspokoiła córkę spojrzeniem. Ta, udając obrażoną, nerwowym ruchem odwróciła głowę w stronę okna. Podszedłem do ciotki i pocałowałem ją w policzek, a ona potargała mi włosy swoją smukłą dłonią. Była wcieleniem powściągliwości. To, czego inni nie potrafili osiągnąć potokiem słów, ona uzyskiwała za pomocą całego wachlarza gestów i spojrzeń.

Usiadłem naprzeciwko Róży. Gorące potrawy przypomniały mi, że od skromnego śniadania w sandomierskim hoteliku niczego jeszcze dziś nie jadłem. Wuj, tradycyjnie ignorując zupę, nałożył sobie solidną porcję pieczonych skrzydełek i tym samym dał znak, że obiad został rozpoczęty.

– Wtajemniczono cię w charakter twojej przyszłej pracy? – zapytał, obgryzając kość kurczaka.

Przełknąłem łyżkę zupyi odpowiedziałem:

– Wiem tylko, że mam udzielać korepetycji pewnej młodej osobie, której rodzice nie chcieli, by wchłonął ją nasz system edukacji. Zadanie interesujące, ale jednej rzeczy wciąż nie rozumiem.

Wuj podniósł wzrok i spojrzał pytająco.

– Otóż całą drogę zastanawiałem się, jakim cudem będę mógł utrzymać się w Antipolis, pracując tylko dziesięć godzin tygodniowo. Bo przecież o tylu godzinach była mowa w liście. Musiałbym być najdroższym korepetytoremw całym Królestwie, by móc sobie pozwolić na wynajem mieszkania w centrum miasta. Czy ten mój uczeń ma zostać studentem Oxfordu czy Sorbony?

Wuj wytarł usta serwetką.

– Winni ci jesteśmy kilka wyjaśnień – rozpoczął. – Twoim uczniem, a właściwie uczennicą, będzie młoda dama. Blanka Wieriesiołowa.

– Rosjanka? Jakim cudem? – moje zaskoczenie na chwilę zagłuszyło głód. – Przecież tam trwa rebelia!

– Jej rodzina zawsze była lojalna wobec Korony. Teraz, gdy nasze garnizony znowu mają pełne ręce roboty w Rosji, tacy ludzie, poddani próbie wierności, nie zawsze wytrzymują i przechodzą na stronę nacjonalistów. Rodzina Blanki wybrała ucieczkę. Jej ojciec, Eugeniusz Wieriesiołow, prowadził tu większość interesów, więc gdy tylko sytuacja w Rosji zaogniła się, sprowadził rodzinę. Ot i cała historia. Wybrał Polskę.

– A czy ta dziewczyna zna chociaż język polski? Mój rosyjski jest dość toporny.

– Przekonasz się jeszcze dziś – wtrąciła się Róża. – Zawiozę cię do niej.

– Racja – potwierdził jej ojciec. – Po obiedzie pojedziecie do twojego nowego mieszkania. Od kilku miesięcy stoi puste, bo mój kuzyn wyjechał za granicę, a czynsz jest opłacony za rok z góry. Tam już będą czekały na ciebie odpowiedzi na wszystkie pytania. Mam nadzieję, że nie rozbijecie się gdzieś po drodze...

Róża nie zdążyła zareagować na tę prowokację, gdyż do jadalni wszedł jej młodszy brat Filip. Przeprosił za spóźnienie i usiadł za stołem. Skinąłem mu na powitanie, natomiast ojciec surowo spojrzał na syna i pogroził mu palcem.

– A oto i nasz mały buntownik – odezwał się. – Wybacz mu jego kanciaste maniery. Przeżywa właśnie dość ciężki okres w życiu...

– Kurczak? – zapiszczał Filip przechodzącym mutację głosem. – Nie ma nic innego? Ja w piątek nie jem mięsa! Nie mogę!

– Widzisz – zwrócił się do mnie wuj – nie ma nic gorszego niż dojrzewające dzieci. Filip przeżywa nawrócenie religijne – koledzy wciągnęli go do gminy chrześcijańskiej – a on wyjątkowo poważnie traktuje te ich wszystkie przykazania.

Filip, wyraźnie niezadowolonyz faktu, że jest bohaterem rozmowy, sięgnął do patery z owocamii głośno wgryzł się w soczyste czerwone jabłko.

– A ta młoda dama – ojciec wskazał nudzącą się przy stole Różę – dostąpiła już pierwszego wtajemniczenia w kult Kybele. Chodzi z tą swoją miedzianą plakietką dumna jak paw.

– To nie jest żadna plakietka, tylko medalion pierwszego wtajemniczenia – obruszyła się dziewczyna. – Tyle razy ci to tłumaczyłam.

– Róża, a biegałyście już na golasa wokół figury Kybele? – zapytał zjadliwie Filip.

– Tato, powiedz mu coś!

– Ale nie-dziewice też przyjmują?

Ciotka Elżbieta upuściła nóż na pusty już talerz.

– Filipie – ojciec podniósł głos – robisz z siebie niepotrzebne widowisko i denerwujesz siostrę! Wstań od stołu, przeproś Różę i weź matkę na taras. Myślę, że znowu potrzebujesz dłuższego wykładu na temat zachowania przy stole.

Chłopak zamaszyście wstał od stołu, stanął za plecami matki i chwycił za oparcie wózka, na którym siedziała. Płynnie wytoczył go na środek jadalni. Znów przyłapałem się na tym, że zapomniałem o wypadku ciotki. Cztery lata temu jej samochód wpadł w poślizg na oblodzonym fragmencie drogi i uderzył bokiemw drzewo. Uszkodzony kręgosłup, sparaliżowana połowa ciała, wózek inwalidzki...

– Mogę iść sprawdzić samochód? – zapytała Róża. – Będę chyba musiała uzupełnić wodę w chłodnicy, bo kontrolka już zaczęła świecić na żółto. Przecież za chwilkę mamy jechać, prawda?

Jej ojciec kiwnął głową. Dziewczyna szybko opuściła jadalnię, w której zostałem samz Aleksandrem. Ten wyraźnie popadł w bardzo melancholijny nastrój. Nalał nam białego wytrawnego wina i westchnął.

– Widzisz, jaka to wariacka rodzina? – skrzywił się, przełykając zbyt cierpkie wino. – Sparaliżowana milcząca żona, mały chrześcijanin i mała poganka. Wszyscy pod jednym dachem. Czasem zazdroszczę ci twojego wyboru. Nie jesteś za nikogo odpowiedzialny. To bardzo komfortowa sytuacja. Czasem tak mi się wydaje...

Nie odpowiedziałem. Podziękowałem za obiad i wstałem od stołu. Wuj przechylał drugi kieliszek wina.

 

Warkocze. To była pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę. Blanka Wieriesiołowa zaplotła swoje czarne włosy w niecodzienną wariację warkocza francuskiego, przez co tworzyły konstrukcję przypominającą diadem. Jej ojciec, Eugeniusz Wieriesiołow, wysoki i postawny, chociaż garbiący się mężczyzna, starał się w jak najdrobniejszych szczegółach przedstawić mi historię swojej rodziny. Historia ta była zagmatwana i jak każda opowieść sięgająca kilka pokoleń wstecz niesamowicie nudna. Mój gość jednak zdawał się coraz bardziej rozpływać w piętrowych dygresjach, zawieszał jedną historię, by powrócić do niej po kilku minutach. Zasypywał mnie gradem nazwisk i zalewał potopem dat. Musiałem jednak cierpliwie to wszystko znosić, gdyż od prawie godziny był moim pracodawcą.

– Rebelia pokrzyżowała moje plany związane z rozbudową portów żeglugi rzecznej. – Eugeniusz Wieriesiołow szczęśliwie dotarł w swojej opowieści do dzisiejszych czasów. – Moja spółka musiała czasowo zawiesić działalność. Mam jednak nadzieję, że nasze regimenty zaprowadzą w końcu spokój i ludzie wrócą do pracy. Dość już krwi przelano w imię „wolnej Rusi.” Ja widziałem tę ich „wolną Ruś”! Na szczęście tylko z pokładu sterowca, którym uciekliśmy. Widziałem płonące wsie. Zatopione pola, bo rebelianci wysadzali w powietrze tamy i groble. Widziałem takie rzeczy, o jakich nie chciałbym mówić przy mojej córce.

Blanka, która do tej pory siedziała w absolutnym bezruchu, nagle drgnęła, przeczuwając, że za chwilę rozmowa zacznie dotyczyć jej osoby.

– Blanka jest bardzo zdolna – rozpoczął ojciec. – Skończyła z wyróżnieniem gimnazjum. Myśleliśmy z matką nad dalszą drogą jej kształcenia. Dziewczyna ma talent do języków i chciałaby studiować na tutejszym uniwersytecie. Wiemy obaj bardzo dobrze, że na Wschodzie uczelnie nie reprezentują wysokiego poziomu, dlatego Blanka uparła się, że skoro już tutaj jesteśmy, chce studiować w Antipolis. A ja bym chciał, by pan przygotował ją do egzaminów wstępnych, uporządkował jej wiedzę pod ich kątem.

Spojrzałem na dziewczynę. Jej okrągła twarz, z wyraźnie rysującymi się kośćmi policzkowymii ostro wyciętym zarysem ust, bardziej emanowała dziwną bezradnością niż uporem. Jej oczy, zbyt często wpatrzone w falisty wzór na dywanie, potwierdzały moje obserwacje. Podejrzewałem, że to jej ojcu bardziej zależy na tych studiach. Wyższe wykształcenie dziewcząt nadal było czymś rzadkim na wschodnich rubieżach, więc widocznie pan Wieriesiołow postanowił zadbać o dyplom Blanki osobiście.

– Zostawię teraz pana z córką – oznajmił nagle Wieriesiołow. – Sprawy spółki zmuszają mnie do częstych spotkań. Kochanie – zwrócił się do dziewczyny – wiesz, o co masz pytać. W pokoju obok jest Anna, gdybyście czegoś potrzebowali. A na pana na dole czeka samochód, który odwiezie pana do domu, gdy tylko wszystko ustalicie. Żegnam!

Wstał i podał mi rękę. Silny uścisk przypomniał mi wuja Aleksandra. Przed wyjściem założył kapelusz i zasalutował mi laską, której rękojeść wyobrażała głowę niedźwiedzia. Po chwili jego kroki zadudniły na schodach.

Zaległa krępująca cisza. Czekałem na pytania, które dziewczyna podobno miała mi zadać. Jednak do moich uszu docierał tylko narastający hałas wypełniających się wieczorem ulic śródmieścia. Jakiś akordeon, potem nad wyraz czysty śpiew, nieustający szum jadących samochodów. Klaksony. Podszedłem do okna. Blanka wciąż milczała, chociaż uważnie śledziła moje poczynania.

– Co chciałabyś studiować? – spytałem. Musiałem przerwać tę ciszę. Pytanie wydawało mi się dość proste. Blanka zatrzepotała długimi rzęsami, ale odpowiedziała dopiero po chwili.

Rozmowaz nią przypominała przesłuchanie podejrzanegoo najcięższe zbrodnie. Odpowiadała w najlepszym razie pojedynczymi zdaniami, z których wynikało, że nie ma sprecyzowanych planów co do dalszego etapu edukacji. Mogłaby równie dobrze studiować filologię, filozofię lub historię sztuki. Dla mnie nie miało to znaczenia, ale drugi nabór na pierwszy rok miał się zacząć za mniej więcej trzy miesiące, nie mieliśmy więc zbyt wiele czasu.

Próbowałem jej to uświadomić, ale ona, wciąż wpatrzona w dywan, jedynie kiwała głową. Tylko raz z jej ust wyrwało się dziwne wyznanie – wspomniała coś o warsztatach aktorskich prowadzonych przez niejakiego Ostervę. Te słowa wzbudziły moją szczególną wesołość, którą musiałem szybko ukryć, by nie urazić dziewczyny. Prędzej spodziewałbym się zobaczyć ją na Księżycu niż na deskach jakiegokolwiek teatru.

Nasz dialog się rwał. Wiedziałem, że dziś już niczego z niej nie wyciągnę, postanowiłem więc umówić się z nią na następny wtorek. Miała zdecydować o kierunku studiów i przynieść umowę, której podpisanie oficjalnie potwierdzałoby nawiązanie współpracy między mną, Blanką i jej ojcem.

 

Zrezygnowałem z kierowcy Wieriesiołowa i postanowiłem wrócić do domu pieszo. Nie zajęło mi to więcej niż pół godziny, a na dodatek zaopatrzyłem się w coś do czytania. „Trybuna Antipolis”. Duży lokalny dziennik, który miał ambicję, by objąć swoim zasięgiem całą Koronę. Nawet w moim rodzinnym Krzemieńcu można było codziennie usłyszeć nawoływania chłopców sprzedających tę gazetę. Musiałem przyznać, że dystrybucja była silną stroną „Trybuny Antipolis”, i mogłem się domyślać, że wkrótce stanie się ona najpoważniejszym dziennikiem w kraju.

Przysunąłem krzesełko w pobliże okna, tak bym zdążył złowić jeszcze odrobinę słonecznego światła. Do mojego pokoju wlewał się miejski gwar pełznący trzy piętra pode mną. Szybko jednak zapomniałem o tym dość jednostajnym szumie w tle i zacząłem czytać.

Na pierwszej stronie wytłuszczonym drukiem krzyczał tytuł: „KOLEKCJONER SPRZEDAJE »ZĄB BOGA«! Pragnąca zachować anonimowość persona wystawia na aukcji najbardziej niezwykły klejnot Królestwa! Czy »ząb boga« znów osiągnie wyższą wartość?”.

Zainteresowało mnie to. „Ząb boga” krążył od dziesięcioleci między najzamożniejszymi ludźmi w Królestwie, ale nikomu jeszcze nie udało się posiadać tego artefaktu dłużej niż dziesięć lat. „Ząb” zwano potocznie klejnotem, choć tak naprawdę nikt nie był w stanie określić jego budowy. Nie był to kryształ, nie był to metal. Była to pozostałość po epifanii sprzed ponad 130 lat, która miała miejsce w niewielkim miasteczku na wybrzeżu, gdzie składano ofiarę mającą zapewnić pomyślne ukończenie budowy portu. W czasie rytualnego okadzania narzędzi stolarskich, łodzi i sieci wśród przerażonych robotników i rybaków pojawiły się nagle dwie Nadistoty. W skupieniu obejrzały poziomice, wiertła i miary, po czym równie niespodziewanie zniknęły wraz z mało skomplikowaną wagą i kompletem odważników. Gdy kapłan obejrzał miejsce objawienia, by opisać dokładnie zajście i wysłać swoją relację przełożonym, znalazł niewielki biały przedmiot przypominający kształtem kieł. Zamknięty był w przezroczystym sześcianie, którego nikomu nie udało się nawet zarysować – nie mówiąc o wyrwaniuz niego białego kła, który, jak zaobserwowano, zmieniał swoją konsystencję. Według nieokreślonego rytmu stawał się półpłynny i przezroczysty, by po pewnym czasie wrócić do mlecznobiałej barwy. „Ząb boga” przechodził nieustannie z rąk do rąk, a jako artefakt znaleziony przed wprowadzeniem ustawy nakazującej świątyniom katalogować i gromadzić przedmioty pozostawione przez bóstwa mógł spokojnie krążyć z aukcji na aukcję i wzbudzać niemałą sensację.

Artykuł opatrzony był fachowym komentarzem profesora archeologii, niejakiego Pióry, który oprócz streszczenia losów „zęba boga” z dającym się wyczuć żalem stwierdził, że liczba zbiorowych epifanii zmalała w ciągu ostatniego stulecia o ponad połowę. Prawdziwą plagą stają się za to prywatne objawienia, których on jako naukowiec nie może komentować i w które nawet nie może wierzyć.

Światło zza okna powoli przestawało wystarczać moim oczom, poszedłem więc po lampę, zapaliłem ją i w jej ostrym świetle pobieżnie zapoznałem się z doniesieniamio rebelii na wschodnich rubieżach. Z niewielu konkretnych informacji, jakie dało się wyłowić z pompatycznej całości, wywnioskowałem, że Rosjanie umocnili się na swoich pozycjach wzdłuż Wołgi, a nasze garnizony chcą zmusić ich do kapitulacji przed upływem trzech miesięcy. Posiłki, w tym regiment złożony z nowych piechurów, oraz dwupłatowce, dla których w końcu przystosowano tamtejsze lotniska, miały rozstrzygnąć tę konfrontację. Natomiast rządy Zjednoczonego Królestwa Brytanii oraz Francja i Niderlandy wysyłają noty dyplomatyczne świadczące o poparciu dla naszych władz. Rosjanie i ich emigracyjny rząd rezydujący w Rzymie nie zdołali w znaczącym stopniu zmienić linii swojej polityki zagranicznej polegającej na forsowaniu tezy, jakoby Polacy byli agresorami i że należałoby uruchomić międzynarodowe procedury tak zwanej wojny sprawiedliwej.

Przewertowałem resztę gazetyi zatrzymałem się na kronice towarzyskiej, która zajmowała dwie ostatnie strony. Wśród plotek jedna zwróciła moją uwagę. „Skandal w czasie prób w Teatrze Reduta! Młody, przystojny aktor, Julian Osterva, salwował się ucieczką z budynku, gdy do teatru wtargnął wysoko postawiony oficer policji. Okazało się, że Osterva romansował z jego żoną! Młody aktor uciekł, gdy zdradzany mąż wyzwał go na honorowy pojedynek. Pod pretekstem konieczności zażycia środków uspokajających Osterva wydostał się z Reduty tylnym wyjściem”.

Osterva. Czy to nie jego nazwisko wymieniła Blanka? Być może urok amanta oczarował również ją i to sprawiło, że dziewczyna postanowiła szukać szczęścia w szkole aktorskiej? To było bardziej niż prawdopodobne, jednak dla mnie bez znaczenia. Chciałem uczciwie zarobić pieniądze Wieriesiołowa i przygotować Blankę do egzaminów.

Zanim złożyłem gazetę, by wrzucić ją do kosza, wzrok złowił jeszcze jedną informację. „Kronikę towarzyską redaguje Huncwot”. Hmm. Może to czysty przypadek, chociaż... Tylko jeden człowiek, którego znałem, podpisywał się w ten sposób. I nie widziałem go od czasu studiów. Huncwot. No proszę…

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Antipolis otwierało oczy. Krzątając się rano, jeszcze zaspany, odkryłem dobrze zaopatrzoną spiżarnię, gdzie w ręce wpadła mi puszka kolumbijskiej kawy. Tego właśnie potrzebowałem. Siedząc w szlafroku, z gorącym kubkiem w dłoni, planowałem, jak spędzę tych kilka dni dzielących mnie od następnego spotkania z Blanką Wieriesiołową. Kofeina powoli przywracała jasność myśli. Najpierw musiałem udać się na uniwersytet, gdzie spodziewałem się uzyskać informacje o egzaminach wstępnych na kierunki, którymi interesowała się Blanka. Niemal klasnąłem z radości, gdy uzmysłowiłem sobie, że to jedyny obowiązek, z jakiego muszę się wywiązać. Jutro.

Miałem więc przed sobą kilka dni, które postanowiłem wykorzystać na smakowanie uroków miasta. Uśmiechnąłem się na wspomnienie ostatniej strony przeglądanej wczoraj gazety, gdzie skąpo ubrane młode tancerki reklamowały rewię wystawianą na deskach jednego z teatrów muzycznych. Poczułem radosne podniecenie. Nocne życie miasta – tego właśnie brakowało mi w przemądrzałym, nudnym Krzemieńcu. Rozbawiony pomyślałem, że tak właśnie czuli się moi studenci po zdaniu ostatniego przed wakacjami egzaminu. A było to wspaniałe uczucie…

Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że nie opuściło mnie przyzwyczajenie do wczesnego wstawania. Teraz, mając przed sobą cały poranek, ubrany w lekką sztruksową marynarkę wyszedłem szukać jakiejś miłej kawiarni, w której mógłbym zjeść śniadanie.

Ulice w mojej dzielnicy powoli zaczynały zdradzać pierwsze oznaki gorączkowego tempa. Ciężarówki toczyły się, szukając magazynów, w których mogłyby rozładować towar. Taksówki trąbiły na przebiegających przez jezdnie przechodniów. Pierwsi uliczni straganiarze, głównie sprzedawcy kwiatów i owoców, rozstawiali kramy. Ludzie, których mijałem, pędzili do swoich obowiązków, nie zwracając na nikogo uwagi.

Jakiś uczniak w atramentowej marynarce i za dużym kaszkiecie powtarzał na głos lekcję łaciny. Kobieta w kraciastej bluzce z dzieckiem na ręku wchodziła do sklepu, którego ogromna pasiasta markiza zacieniała cały chodnik. Murarz, niosąc na ramieniu deskę, przechodził na drugą stronę ulicy, gdzie śniady młodzieniec z brylantyną we włosach szarpał się z młodszą od siebie dziewczyną. Ubrana na czarno kobieta, dziecko bawiące się piłką w rynsztoku. Kucharz w olbrzymiej białej czapce stojący w zamyśleniu na rogu ulicy. Wszystko pogrążone w zorganizowanym istnieniu. A ja miałem wrażenie, że idę bez celu, z rękami w kieszeniach, gwiżdżąc improwizowaną melodię.

Po przemaszerowaniu kilku przecznic znalazłem malutką, ukrytą w bocznej uliczce kawiarenkę. Młoda, zgrabna kelnerka dopiero podnosiła metalowe żaluzje w oknach, a jej pomocnik, tłuściutki chłopak, ustawiał przed wejściem stoliki i krzesła. Poczekałem kilka minut, aż kawiarnia w końcu będzie gotowa do obsłużenia pierwszych klientów, i wszedłem do ciemnego jeszcze wnętrza.

Usiadłem tuż przy oknie, by widzieć choć fragment ruchliwej ulicy, która tak mnie uskrzydliła podczas porannego spaceru. Uprzejma kelnerka przyjęła zamówienie i podała mi dzisiejszą „Trybunę Antipolis”. Po paru minutach wylądowała przede mną również kawa (druga tego dnia, tym razem z mlekiem), jajecznica z szynką i cztery grube kawałki chleba.

Nagle do cichej, nierozbudzonej jeszcze kawiarni, wtargnęło dwóch dziwnych ludzi. Obaj w eleganckich garniturach, śnieżnobiałych koszulach, z czarnymi krawatami. Bez słowa usiedli i młodszy z nich ruchem ręki odprawił kelnerkę. Ta cofnęła się za kontuar i wróciła do ich stolika, niosąc gruby zeszyt w okładce w szkocką kratę. Młodszy mężczyzna podziękował i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki pióro.

– Możesz zaczynać – powiedział do starszego, który siedział tyłem do mnie. Ten złapał się za głowę, potrząsnął nią i nagle zaczął wyrzucać z siebie potok słów:

– …deszcz motyli potrafi zabić spojrzeniem woda dla ducha jest tym czym kurz dla człowieka noże i kolacje jak uciec z tego płonącego domu skoro jego ruiny zostaną użyte jako strzykawki a kapelusze i pociągi uwielbiają się nawzajem to bracia pochód kobiet jeśli chcesz podbiec przekartkuj katalogi sklepów z obuwiem zaczęto spławiać kwiaty w dół rzeki w stronę morza gdzie sprzedawcy węgorzy podliczają swoje straty pamiętasz gdzie byłeś gdy usłyszałeś o mojej śmierci…

Siedziałem osłupiały. Słowa, które do mnie docierały przez następne minuty, tworzyły prawdziwą kaskadę niedorzeczności i cudowności. Nie byłem do końca pewny, czy przysłuchuję się wynurzeniom pacjenta kliniki psychiatrycznej, czy też obcuję z nowym, nieznanym mi rodzajem groteskowej poezji. Głos falował, raz przyspieszał, raz zwalniał…

Notujący to wszystko mężczyzna wytarł rękawem spocone czoło i odłożył pióro.

– Dzisiaj to naprawdę było coś! – powiedział, uśmiechając się tryumfująco. – Czuję, że potrzebujemy porządnie się napić. Do twojego mieszkania nie ma co wracać, póki nie rozliczysz się z właścicielką. Zresztą i tak by cię nie wpuściła nawet do kamienicy. Zatem trzeba się napić, a potem poszukamy pieniędzy. Chodź! Pamiętałem też o drabinie, wszystko już jest gotowe. Idziemy!

Obaj podnieśli się i powoli, jakby przedzierali się przez gęstą ciemność, wyszli z kawiarni. Zeszyt w szkocką kratę wylądował na kontuarze, skąd zabrała go kelnerka i zaniosła na zaplecze.

Moja kawa była już zimna, jajecznica także. Byłem pod wrażeniem tej osobliwej pary rodem ze snu. Kelnerka podeszła do mnie z nieśmiałym uśmiechem.

– Czy coś jeszcze panu podać? – zapytała.

To konkretne pytanie przywróciło mnie do rzeczywistości.

– Dziękuję – odpowiedziałem i sam zapytałem: – Kim byli ci ludzie? Pani podała im jakiś zeszyt…

Zaskoczona zaczerwieniła się, ale dość szybko odzyskała rezon, bo zabawnie zatrzepotała rzęsami, rozejrzała się wkoło i usiadła naprzeciwko mnie.

– To był Banach i jego sekretarz Steinhaus. On mieszka dosłownie kilkadziesiąt metrów stąd, w eleganckiej kamienicy, i nie płaci od kilku miesięcy właścicielce za wynajem. Ta nie chce go już wpuścić do domu i zabrała wszystkie jego rzeczy. Nie odda, póki on nie da pieniędzy – znowu rozejrzała się uważnie. – A Steinhaus to malarz. Raz nawet chciał, bym mu pozowała. Mam jeden jego szkic, pokażę panu. Nie miał pieniędzy, a kawę już wypił, więc… rozumie pan. Przekonał mnie, że kiedyś ten bohomaz będzie sporo wart.

Pobiegła na zaplecze. Ta młoda, łatwowierna dziewczyna rozmawiała ze mną tak, jakbym był jej bardzo dobrym znajomym. Wróciła po minucie, trzymając pod pachą tekturową teczkę, z której wyciągnęła kartkę pokrytą plątaniną kresek, zawijasów i przeplatających się ze sobą spiral. Trudno było uchwycić w tym jakikolwiek sens. Na dodatek całość zalano chyba kawą.

– To dzieło Banacha – objaśniła i dodała, wyciągając kolejną kartkę: – A to ja. Rycina przedstawiała niewątpliwie kobiecy akt i wiernie oddawała każdy detal bujnego ciała. Precyzja mogła budzić podziw, jednak całości daleko było do realizmu. Piersi kobiety pokrywały ślimaki pełznące w stronę szyi, natomiast włosy splatały się w grubą okrętową linę, na której końcu lśniła kotwica wbita tuż poniżej kreski imitującej odległy horyzont. Odważny skrót perspektywiczny sugerował, że rysunek jest ilustracją snu lub owocem rozpalonej wyobraźni artysty.

Kelnerka pozwoliła mi napatrzeć się na ten przedziwny akt, by w końcu wyrwać mi kartkę i wsunąć z powrotem do teczki.

– To wielcy artyści. Mam nadzieję… – dokończyła nadzwyczaj trzeźwo. Wróciła za kontuar, kołysząc biodrami, a do kawiarni weszli następni klienci. Antipolis na dobre otworzyło oczy, a ja wiedziałem, że chcąc widzieć rzeczywistość oczami miasta, wkrótce przestanę się czemukolwiek dziwić.

 

Redakcja „Trybuny Antipolis” mieściła się przy jednej z najruchliwszych ulic, w najwyższym w mieście budynku. Jednak wchodząc do środka biurowca, który górował nad otaczającymi go przysadzistymi kamienicami, miałem wrażenie, że wciąż jestem na ulicy.

Arkady ciągnące się wewnątrz przez kilka kondygnacji wspierały się na filarach, które były jednocześnie przezroczystymi windami. Przeszklona kopuła wieńcząca całość wpuszczała do środka snop słonecznego światła. Pod szklaną podłogą krążyły ławice drobnych rybek. W olbrzymim owalnym holu słychać było gwar tłoczących się ludzi, trzask zamykanych lub otwieranych drzwi.

„Gdy inżynierowie sprawili, że chodzisz po wodzie – pomyślałem – każdy cud jest możliwy. Nawet ten budynek w kształcie klepsydry sprawia, że zapomina się o ograniczeniach cywilizacji i