Wydawca: E-bookowo Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Antidotum - Daria Muszyńska

Książka opowiada o tym, jak dwudziestokilkuletnia Larysa Cardoza prowadząca swój pensjonat w Zakopanem nagle zostaje postawiona przed podjęciem zapewne najtrudniejszej decyzji jej życia. Musi wybrać się w podróż, aby uratować życie swojego brata bliźniaka Wiktora, który po powrocie z Afryki zapada na szybko postępującą chorobę wywołaną przez wirus o nazwie mesale.

Choroba, która powoduje, że polscy lekarze załamują ręce, nie stanowi nadzwyczajnego wyzwania dla wuja bliźniaków, starego Indianina o imieniu Absarokee. Jednak aby całkowicie wyleczyć Wiktora z choroby, trzeba sporządzić odpowiednie Antidotum, na które składają się cztery nietypowe składniki jakimi są kwiat Huo-ngai możliwy do zdobycia tylko w małym azjatyckim miasteczku Bao-jaraya, mieście kolorowych kapeluszy, do którego dostęp strzeżony jest przez zabójcze pnącza, kamień Wulele z afrykańskiego kanionu Papa Teliga zamieszkanego przez niebezpieczne Pterostemy, owoc Dambay va z krzewu rosnącego na wyspie Thazu na Oceanie Spokojnym oraz woda ze źródełka Sa-ku-me znajdującego się w Nhotemali na Antarktydzie. Zwykła podróż po niezwykłe składniki, szybko okazuje się dla Larysy ogromną próbą charakteru oraz podróżą życia pełną niebezpiecznych stworzeń, zjawisk i ludzi.




Daria Muszyńska
Urodziłam się w 1993 roku w Rybniku. Od najmłodszych lat interesował mnie świat książek, który był mi bliższy od realnego świata. Pomysł na napisanie książki, pojawił się w trzeciej klasie liceum, kiedy to na warsztatach z psychologiem, zostały rozdane nam kolorowe kartki, z których mieliśmy stworzyć kapelusze, a każdy z nich miał odzwierciedlać konkretny nastrój. Wtedy też poraz pierwszy w mojej głowie pojawił się obraz miasteczka, zamieszkiwanego przez ludzi, którzy na głowach mieli właśnie takie kolorowe kapelusze. Ten krótki przebłysk w mojej głowie dał początek całej historii, którą niedługo później przelałam na papier. Mam nadzieję, że na tej jednej książce się nie skończy i już niedługo będę mogła wprowadzić czytelników w zupełnie nowy, pełen przygód i tajemnic, świat.

Opinie o ebooku Antidotum - Daria Muszyńska

Fragment ebooka Antidotum - Daria Muszyńska

Daria Muszyńska

Antidotum

© Copyright by Daria Muszyńska & e-bookowo

Projekt okładki: Daria Muszyńska

ISBN 978-83-7859-119-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wstęp

Góry. Pierwsze co widzę z okna mojego zakopiańskiego pensjonatu zaraz po przebudzeniu. Widok gór działa na mnie kojąco. Napawa mnie pozytywną energią na cały dzień. Ponadto, góry to najlepsze pogodynki. Kiedy wstaję rano i widzę Giewont w całej krasie to znak, że będzie padać. A kiedy Giewont jest za mgłą… to znaczy, że już pada. Ot, cała filozofia.

Nazywam się Larysa Cardoza. Mam dwadzieścia trzy lata i właśnie próbuję wstać z łóżka. Dziś z podróży po Afryce wraca mój brat bliźniak, Wiktor. Obiecałam mu, że odbiorę go z lotniska. A więc nie ma rady, trzeba jechać…

To może tytułem wstępu. Ja i mój brat od pięciu lat mieszkamy w Zakopanem. Wcześniej mieszkaliśmy w Bostonie, w stanie Massachusetts w USA. Nasza mama była Polką, a tata Kubańczykiem, stąd nietypowe nazwisko. Niestety kiedy mieliśmy po osiemnaście lat, oboje zginęli podczas wyprawy w Himalaje, kiedy spadła na nich lawina.

Po śmierci rodziców, kiedy razem z Wiktorem zaczęliśmy robić porządki w ich rzeczach, znaleźliśmy pamiętnik mamy. Pisała w nim o ich magicznym miejscu w którym spędzali z tatą dużo czasu, podczas ich wizyt w Polsce. Tym miejscem było Zakopane. Nie namyślając się długo, postanowiliśmy z Wiktorem opuścić Stany i zamieszkać na stałe w Polsce, w miejscu nieustannie wychwalanym i idealizowanym przez rodziców. Pokochaliśmy Zakopane już pierwszego dnia. Ten klimat, wspaniali ludzie, atmosfera… Wszystko to pomogło nam się pozbierać po ciężkich przeżyciach.

Wśród cudownych osób, które poznaliśmy, znalazła się pani Celina, samotna kobieta w wieku sześćdziesięciu trzech lat, z długim blond warkoczem, który codziennie pieczołowicie zaplatała i zwijała w ciasny kok. Zastąpiła nam matkę, pomogła stanąć na nogi i namówiła nas na otwarcie pensjonatu, jako, że dom rodziców był dostatecznie duży i miał dobrą lokalizację. Oczywiście zgodziliśmy się. Po kilku tygodniach wspólnej pracy poprosiłam Celinę żeby zamieszkała z nami, na co przystała bez wahania. Uargumentowałam to tym, że potrzebuję jej pomocy, ponieważ sama nigdy nie prowadziłam pensjonatu. Tak naprawdę jednak, nie chciałam żeby Celina mieszkała sama. Poza tym przez te kilka tygodni oboje z Wiktorem przyzwyczailiśmy się do porywczej nieraz lecz również niesamowicie ciepłej i dobrodusznej Celiny. Poznaliśmy jej wady i zalety, lęki i pragnienia, przywykliśmy też do różnych zwariowanych pomysłów jakie kłębiły się w jej głowie. Słowem – pokochaliśmy ją. Stała się członkiem naszej rodziny. Sam ośrodek wiele dzięki niej zyskał. Zadbała o odpowiednie wyposażenie pokojów oraz wystrój wnętrz.

Pensjonat w przeciwieństwie do miastowych hoteli i pensjonatów nie miał nazwy, podobnie zresztą jak większość pensjonatów, schronisk i domów wczasowych umiejscowionych na oddalonych od miasta i zgiełku terenach. Mój pensjonat również do takich należał.

Dwupiętrowa willa stanowiła ostoję dla wielu przyjezdnych, zwłaszcza w sezonie letnim. Zimą turyści decydowali się na wynajem pokoi w ośrodkach położonych bliżej skoczni i stoków narciarskich. Mój pensjonat odpoczywał wtedy od zgiełku i tłoku, a my z Celiną przygotowywałyśmy się do nadchodzącej wiosny i nowego wysypu turystów.

Willa rodziców była naprawdę ogromna. Dziwiło mnie przez pewien czas, że rodzice sami nie wpadli na to, aby przekształcić wielki dom w pensjonat. Zastanawiałam się także nad tym co też właściwie ich podkusiło, aby kupować taką olbrzymią posiadłość. Kilkunastu pokojowy dom był zdecydowanie za duży na dwie osoby. Teraz większość pokojów była wynajmowana, a i tak dom wydawał się jakiś pusty.

Na najwyższym piętrze znajdowało się sześć pokoi: dwa jednoosobowe i cztery dwuosobowe oraz dwie łazienki. Pokoje na tym piętrze zwykle były wynajmowane przez samotnych podróżników, przyjeżdżających na wypoczynek księży lub pisarzy szukających natchnienia w górskich szczytach.

Pierwsze piętro składało się w sumie z siedmiu pomieszczeń: trzech trzyosobowych pokoi, dwóch pokoi czteroosobowych, jednego dwuosobowego oraz dużego salonu na końcu korytarza, gdzie znajdowała się podłużna ława do siedzenia, szeroki stół oraz dostęp do Internetu. W tym właśnie miejscu przesiadywała większość przyjezdnych, kiedy warunki pogodowe nie pozwalały na zorganizowanie sobie czasu na świeżym powietrzu. Wówczas goście podłączali swoje laptopy do gniazdek i cały dzień spędzali na przekopywaniu zasobów Internetu.

Na parterze zaś znajdowały się dwa pokoje czteroosobowe, wynajmowane zwykle przez całe rodziny, dwa apartamenty, pokój dzienny, w którym goście mogli zasiąść przy kilkuosobowych stolikach i zjeść któryś ze specjałów Celiny, kuchnia oraz biuro.

Do pokojów Wiktora, Celiny i mojego prowadziły osobne schody, przed którymi na wąskiej komodzie stała tabliczka z napisem „Pomieszczenia służbowe”. Niejednokrotnie zdarzało się bowiem, że goście zwiedzając pensjonat błądzili po całej willi przez przypadek trafiając do któregoś z naszych pokojów. Aby zapobiec kolejnym tego typu sytuacjom, któregoś dnia Wiktor kupił odpowiednią tabliczkę i umieścił ją w widocznym miejscu. Dzięki temu zwyczaj zwiedzania prywatnych pokoi przez nowych gości stał już się tylko niezręcznym wspomnieniem.

Sam hol natomiast stanowił swoistą wizytówkę Zakopanego. Na ścianach wisiały ciupagi, góralskie kapelusze, zwane Kłobuckami, baranie skóry, ludowe stroje oraz wiele pięknych obrazów. Gości wchodzących do pensjonatu witały również dwie lorysy górskie. Były to tęczowe papugi, które należały do moich rodziców. Przywieźli je kiedyś z Australii. Ruchliwe i zwinne ptaki niejednokrotnie absorbowały najmłodszych gości pensjonatu na długie godziny.

Na zewnątrz domu znajdował się taras, na którym goście mogli przebywać od rana do wieczora, nawet podczas deszczowej pogody, ponieważ rodzice zadbali o jego zadaszenie. Ogród wokół pensjonatu może nie był arcydziełem. Ani ja, ani Wiktor nie znaliśmy się na pielęgnacji roślin, a Celina nie miała już sił na klęczenie godzinami w trawie i babranie się w grząskiej ziemi. Ogrodników w okolicy też było niewielu, a ci, których znała Celina mieli już pełne ręce roboty. Ostatecznie udało jej się przebłagać starego znajomego, aby raz na jakiś czas wpadał do nas z wizytą i podcinał drzewka oraz krzewy. Dzięki temu ogród mimo tego, że nie było w nim żadnych kwiatowych ekspozycji, był zadbany i stanowił miły obraz dla oka.

Na samym tyle domu natomiast, znajdowały się dwa małe osobne domki, a konkretnie budy. Należały one do dwóch owczarków kaukaskich o imionach Fipo i Frey, które z kolei należały do mnie. Nocą pilnowały pensjonatu szczekając doniośle, kiedy tylko w pobliżu pojawiał się nieproszony gość. Za dnia zaś pałętały się bez celu po podwórku i stanowiły jedną z atrakcji dla przebywających w pensjonacie dzieci.

Tyle w kwestii samego pensjonatu.

Trzy miesiące temu, Wiktor pojechał do Afryki. Było to jego ogromnym marzeniem od dziecka, więc kiedy nadarzyła się okazja do wyjazdu, mało nie oszalał z radości. W czasie swojego pobytu w Afryce, miał pracować jako pomocnik weterynarza. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest przeprowadzać operację na lwie czy innym egzotycznym stworzeniu…

A dziś Wiktor miał wracać. Planowałam wypytać go szczegółowo o lwy, żyrafy i inne zwierzęta. Również byłam nimi zafascynowana, jednak nigdy nie miałam możliwości zobaczenia ich w naturalnym środowisku. Kiedyś widziałam słonia w zoo, ale był on wychowany w niewoli, a poza tym wyjątkowo rozkapryszony. Cały czas siedział tyłem do zwiedzających eksponując jedynie swój wielki zad i nie odwróciwszy się nawet na sekundę, udawał najwyraźniej wielki głaz. A ja chciałam zobaczyć prawdziwie dzikie zwierzę.

Po paru minutach rozmyślań i wylegiwania się, z trudem wyczołgałam się spod kołdry i wygramoliłam się z ogromnego łóżka. Podeszłam do toaletki, aby sprawdzić z jaką fryzurą obudziłam się w dniu dzisiejszym. Z lustra spojrzała na mnie zaspana dziewczyna o śniadej cerze, ciemnych jak dwa węgielki dużych oczach i sterczących w czterech kierunkach świata długich do ramion, ciemnych włosach.

Pośpiesznie przeczesałam niesforne włosy szczotką, co jednak nie dało oczekiwanego efektu, a nawet pogorszyło sprawę. Teraz włosy dodatkowo naelektryzowały się i nie było już sposobu na ich poskromienie. Szybko porzuciłam więc myśl o tym, że chociaż raz wyjdę z domu z należytym ładem na głowie i zaczęłam ubierać się w trybie ekspresowym, wkładając na siebie niebieską sukienkę, po czym zbiegłam po schodach na dół. Czym prędzej wpadłam do kuchni, pochłonęłam przygotowane przez Celinę kanapki z serem i pomidorem, wsiadłam do mojego czarnego Hammera i pojechałam na lotnisko przekraczając prędkość co najmniej o 30 kilometrów, a to tylko dlatego, że już od 10 minut miałam być na lotnisku…

Kiedy tydzień temu przywiozłam Wiktora do domu, nie mogłam nacieszyć się z jego powrotu. Parę razy poszliśmy w góry, to znowu na Krupówki, to na grilla do znajomych. Dopiero dzisiaj zauważyłam, że dzieje się z nim coś dziwnego. Zwykle ten wysoki brązowooki brunet o ciemnej karnacji tryskał energią i humorem, zarażając wszystkich szerokim uśmiechem. Teraz był bardzo blady, wydawał się być też słaby i jadł jakby mniej, co bardzo nie podobało się Celinie.

– Wiktorku, zjedz chociaż rosół. To prawdziwy, góralski, cztery dni gotowany.

– Dziękuję ci, ale chyba nic nie przełknę – Wiktor zrobił kwaśną minę.

– Nie możesz nic nie jeść. Ani śniadania, ani obiadu… – Celina załamała ręce – Może chory jesteś? Toż to do niczego niepodobne, żebyś nie jadł nic tyle czasu. Zawsze o tej porze lodówka spenetrowana od najwyższej półki po sam zamrażalnik.

– Nie martw się Celino, nic mi nie jest. Po prostu nie mam jakoś apetytu. A Larysa gdzie?

– A śpi chyba jeszcze. Od kilku dni mamy tu taki kocioł, turystów tylu się nazjeżdżało… jakby co za darmo dawali. Musi dziewczyna odespać wreszcie.

Na te słowa weszłam do kuchni.

– Dzień dobry wszystkim – powiedziałam zachrypniętym głosem sięgając od razu po leżącą na stole kanapkę i wpychając ją do ust.

– Dopiero ósma, mogłaś jeszcze pospać – powiedziała Celina.

– Mohłam, mohłam, ale fyszułam piękny sapach tochocący s kuchni i noki same mnie tu pszyprofaciły – wysepleniłam plując dookoła kawałkami kanapki.

– No nareszcie ktoś docenił mój rosół – Celina spojrzała z wyrzutem na Wiktora i odwróciła się w stronę kuchenki, na której stał garnek z zupą.

– Jak tam braciszku? – spytałam.

– Nieźle. Poza tym, że chyba nagrabiłem sobie u naszej Celiny – szepnął – Ostatnio coś nie mam apetytu.

– W ogóle jesteś jakiś blady. Wszystko w porządku?

– Nigdy nie czułem się lepiej.

– W takim razie może pomógłbyś mi przestawić dzisiaj szafę z dokumentacją pensjonatu z dużego pokoju? Wczoraj wpadł mi pod nią klucz, a sama nie dam rady jej przesunąć. W dodatku tydzień temu ktoś z piekarni pomylił się z kosztami zamówienia i potrzebna jest faktura, żebyśmy mogli wyjaśnić nieporozumienie.

– W takim razie chodź, zrobimy to teraz. Później jadę na miasto, mam do załatwienia parę spraw, więc do południa mnie nie będzie.

No i poszliśmy. Szafa znajdowała się w pomieszczeniu, które stanowiło pewnego rodzaju biuro. Jako, że w pensjonacie nie było recepcji, całą dokumentację i papiery trzymaliśmy w tym właśnie pokoju. Również tutaj przyjmowaliśmy gości chcących wynająć pokój. Surowe wyposażenie wnętrzna, w którym znajdowało się jedynie mosiężne stare biurko, fotel, dwa krzesła i stara szafa, ocieplone zostało nieco przez położoną na podłodze przez Celinę skórę z barana, pełniącą funkcję dywanika. Na ścianie przeciwległej do okna wisiał także obraz w pozłacanej ramie przedstawiający halę pełną owiec. Dzięki tym małym szczegółom, pomieszczenie sprawiało wrażenie całkiem przytulnego.

Szafa, którą mieliśmy przesunąć nie była duża, jednak bardzo masywna i wypełniona po brzegi różnymi dokumentami i segregatorami, przez co ważyła też sporo. Ustawiłam się z jednej strony, Wiktor z drugiej. Chwyciliśmy szafę za brzegi.

– To na trzy – zakomenderował Wiktor i zaczął odliczać – Raz… dwa… trzy!

Przesunęliśmy szafę ledwie o kilka centymetrów, kiedy usłyszałam głośny huk. Celina natychmiast przybiegła z kuchni i wydobyła z siebie cichy jęk.

– Matko kochana, Wiktor!

Kiedy zobaczyłam wreszcie co się stało, sparaliżowało mnie. Wiktor leżał na ziemi. Jego twarz zrobiła się biała jak papier, usta również straciły swój kolor.

– Dzwoń po karetkę! – krzyknęłam do Celiny, która natychmiast dopadła do telefonu.

Uklęknęłam przy Wiktorze.

– Wiktor! Wiktor, braciszku, słyszysz mnie?

Cisza. Ręce zaczęły mi drżeć. Na skroniach pojawiły się kropelki potu. Po co w ogóle prosiłam go o pomoc?

– Wiktor! – mój ostatni krzyk rozpaczy zatonął w głębokiej ciszy…

– Nie będę ukrywał – powiedział lekarz w białym kitlu, okularach z grubymi czarnymi oprawkami i, zapewne powodowanym przez te oprawki, srogim wyrazie twarzy – że sprawa wygląda poważnie. Nie mieliśmy jeszcze podobnego przypadku w naszym szpitalu. Pani brat ma nietypowe objawy, a jego organizm staje się coraz to słabszy. Ciężko mi nawet spekulować, co to może być za przypadłość. Robimy jednak wszystko co w naszej mocy, aby móc postawić odpowiednią diagnozę. Przeprowadziliśmy już całą masę badań, ale jeśli trzeba będzie przeprowadzimy ich jeszcze więcej.

Tę i podobne formułki słyszałam później jeszcze wiele razy. Nie dowiedziałam się jednak niczego, poza tym co słyszałam do tej pory. Dzień w dzień przesiadywałyśmy z Celiną w szpitalu i patrzałyśmy jak Wiktor zamienia się zupełnie inną osobę, pozbawioną sił i życia. Kiedy przychodziłyśmy do niego, starał się wymusić uśmiech na swojej twarzy, jednak w efekcie wychodziła mu jedynie podłużna wąska kreska.

– Musi być coś co da się zrobić, no przecież tak nie może być, żeby nie dało się nic już – lamentowała Celina – Musi być ktoś, kto może mu pomóc!

– Nie mam żadnego pomysłu – odparłam po dłuższym zastanowieniu.

– Niech to… – zrezygnowana Celina spuściła wzrok i zamruczała pod nosem – Żebym ja miała znajomości jakieś. Żebym maga jakiegoś znała, a nóż by pomógł. Oni nie wszyscy to naciągacze, tylko trzeba odpowiednio trafić, albo znajomości mieć. Oni na ziołach się znają, wiedzę dużą mają… Cuda zdziałać potrafią! Ale żebym ja znała takiego…

Siedząc tak przy łóżku Wiktora i słuchając pomruków Celiny, zaczęłam zastanawiać się nad tym co mówiła. Chwilę mi zajęło zanim doszłam do odpowiednich wniosków, jednak w końcu mnie olśniło.

– Zaraz… przecież ja znam kogoś takiego! – wrzasnęłam tak głośno, że pacjent obok Wiktora, który do tej pory spał spokojnie, aż się poderwał. Zmierzył mnie zaspanym spojrzeniem, przewrócił się na drugi bok i już po chwili w sali roznosił się echem dźwięk jego pochrapywania.

– Jezus Maria, pobudzisz tu wszystkich! – Celina też wyglądała na przestraszoną.

– Celina, ja znam kogoś takiego! – powtórzyłam rozentuzjazmowana, już nieco ciszej – Nazywa się Absarokee, jest Indianinem. Mieszka w Stanach. W prawdzie to nie żaden mag, ale szaman. Chociaż… może faktycznie coś magicznego w nim jest. O czym ja to… a, tak. Jest dalekim kuzynem taty. Pamiętam, że kiedy Wiktor i ja byliśmy mali, to rodzice zamiast lekarza, ściągali do nas właśnie jego. Potrafił wyleczyć nas ze wszystkiego! Jednego dnia mieliśmy grypę, a drugiego już biegaliśmy z dzieciakami na podwórku. On może nam pomóc!

– Ale… żeby Indianin? Czy ja wiem… – Celina nie wyglądała na przekonaną.

– Zaufaj mi. Idę wypisać Wiktora, spakujesz jego rzeczy?

– Ale dziecko, poczekaj. Nie uważasz, że wożenie Wiktora, kiedy jest on w takim stanie, jest zbyt ryzykowne?

– Wiem, że jest, ale nie ma innego wyjścia. Absarokee nie rusza się z Bostonu już od ponad dwudziestu lat. Odzwyczaił się od podróżowania. Poza tym ma już swoje lata. Nie wiadomo jak skończyła by się dla niego taka podróż.

– Wolisz więc narażać swojego brata? – Celina nie wyglądała na zadowoloną.

Westchnęłam.

– Posłuchaj mnie. Stan Wiktora pogarsza się z dnia na dzień. Lekarze nie mają pojęcia jak mu pomóc. Są bezradni. Wolisz więc, żeby leżał tu niewiadomo jak długo i mizerniał na naszych oczach? Jeśli nikt mu nie pomorze, on umrze. Absarokee jest naszą ostatnią nadzieją. Jeśli nie podejmę tego ryzyka i nie pojadę z nim do Stanów, to do końca życia będę tego żałować zastanawiając się co by było gdyby jednak okazało się, że Absarokee był w stanie mu pomóc – Celina nadal nie wyglądała na przekonaną co do mojego pomysłu, niemniej jednak sroga mina trochę jej złagodniała. Ponowiłam więc swoje pytanie – Spakujesz jego rzeczy?

Nie czekając na odpowiedź wybiegłam z sali i pomknęłam białym korytarzem do pokoju, w którym urzędowali lekarze. Ciężko było mi ich przekonać, że decyzja o wypisaniu mojego brata ze szpitala jest słuszna, jednak po paru minutach zaciętej walki słownej lekarze w końcu odpuścili i dostałam wypis.

Już następnego dnia siedziałam z Wiktorem w samolocie, a w mojej głowie zakiełkowało ziarnko nadziei, które znalazło się tam ni stąd ni zowąd.

Bo jeśli nie nadzieja, to co innego mi pozostało?

Przystanek: Ameryka Północna

Pierwsze kroki po wylądowaniu w Stanach i zaprowadzeniu Wiktora do naszego bostońskiego domu skierowałam wprost na Beacon Hill, gdzie Absarokee prowadził sklep z ziołami, amuletami i innymi bliżej niesprecyzowanymi przedmiotami. Wchodząc do środka miało się wrażenie, że przekracza się próg innego świata. Unoszący się zapach zmieszanych ziół, półmrok w pomieszczeniu i tajemnicze obrazy na ścianach… To wszystko składało się na atmosferę grozy i swoistego uroku jednocześnie.

Podeszłam do stojącego tyłem do mnie Absarokeego, który zajęty był wycieraniem bawełnianą szmatką słoików z podejrzaną zawartością. Nie chcąc go wystraszyć przyglądałam się z uwagą jego płynnym i delikatnym ruchom czekając aż skończy.

– Witaj Anandani – powiedział nagle Absarokee kończąc polerować ostatni słoik. Musiał dostrzec w nim moje odbicie. Dopiero po chwili odwrócił się i przyjrzał mi się z uśmiechem.

Anandani to indiańskie imię, jakim nazywał mnie wujek kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Oznaczało „radość”. Nadał mi je, ponieważ zawsze byłam radosna i uśmiechnięta, więc Absarokee uznał, że żadne inne imię nie odda lepiej mojego charakteru.

– Witaj wujku – uściskałam go z całej siły, odsunęłam się od niego i przyjrzałam mu się z uwagą. Minęło kilka lat, od kiedy widziałam go po raz ostatni. Właściwie to nie widzieliśmy się odkąd przeprowadziliśmy się z Wiktorem do Polski. Przez ten czas wujek bardzo się zmienił. Giętkie i muskularne ciało Indianina, stało się przykurczone i kruche. Jego ciemną twarz przyozdobiły kolejne zmarszczki. Kruczoczarne niegdyś włosy przyprószyła siwizna, a czarne jak węgielki oczy jakby trochę wyblakły. Nic w tym jednak dziwnego. Absarokee miał już swoje lata, a dodatkowo stres i inne obciążenia psychiczne związane z życiem w dużym mieście pośród tłumów i zgiełku, również odbiły swe piętno na jego wyglądzie.

– Akurat ciebie spodziewałbym się tutaj najmniej – rzekł Absarokee – Co cię sprowadza po tylu latach?

W jego ustach zabrzmiało to, jakbyśmy nie widzieli się co najmniej z pięćdziesiąt.

– Chodzi o Wiktora…

– A właśnie, gdzie moje drugie słońce?

– Wujku… Musisz nam pomóc. Błagam cię, jedź teraz ze mną do domu, Wiktor tam na nas czeka… Ja… Ja nie wiem co mam robić, lekarze też nie… On nie może… On…

Kiedy tylko łzy zaczęły spływać po mojej twarzy, Absarokee objął mnie mocno. Nie pytał już o nic. Zamknął sklep i pojechaliśmy do naszego domu na przedmieściach Bostonu.

Absarokee badał Wiktora przez prawie godzinę. Wiktor w milczeniu i bez sprzeciwu poddawał się wszystkim eksperymentom. Wreszcie wujek wyszedł z pokoju i oznajmił:

– Chyba wiem, co mu jest.

Wzdłuż szyi i kręgosłupa przeszła mi kolonia mrówek. Ucieszyłam się, że wujek odnalazł przyczynę, ale jednocześnie widząc jego minę, wiedziałam, że mogę spodziewać się najgorszego.

– To bardzo rzadki wirus afrykański o nazwie mesale. Wiktor ma wszystkie typowe objawy.

– To by się zgadzało – powiedziałam – Tydzień temu wrócił z Afryki. Jak można mu pomóc?

– Jedyne co mogę zrobić, to opóźnić proces postępowania choroby. Do jej całkowitego wyleczenia potrzebne są pewne składniki, których niestety nie posiadam. W dodatku zdobycie ich wiąże się z długim wyjazdem i jest bardzo trudne. Każdy z nich znajduje się bowiem w innym zakątku świata.

Informacja ta nie ucieszyła mnie w najmniejszym stopniu.

– Dlaczego to musi być takie skomplikowane? Nie można wymyślić czegoś innego, na bazie jakichś prostych ziół? Ma ich tutaj wujek pełno, może dałoby się je czymś zastąpić…

– Kochanie, niezwykła choroba wymaga niezwykłego leczenia. Jak sobie wyobrażasz wyleczenie rzadkiego wirusa afrykańskiego rumiankiem i miętą?

Westchnęłam. Cała ta sytuacja pozbawiła mnie zdolności logicznego myślenia.

– No dobra… Więc co to za składniki? – byłam przekonana, że Absarokee zna całą recepturę na pamięć. Nie pomyliłam się.

– Do sporządzenia wywaru potrzebne są cztery elementy: kwiat Huo-ngai, który rośnie w miasteczku Bao-jaraya w Azji, kamień Wulele, znajdujący się w afrykańskim kanionie w miejscowości Lomitingo, owoc Dambay va z krzewu na wyspie Thazu na Oceanie Spokojnym oraz woda ze źródełka Sa-ku-me, które znajduje się w Nhotemali na Antarktydzie.

Przyjęłam do wiadomości wszystkie informacje i zaczęłam je analizować. Zaczęłam zastanawiać się nad swoimi znajomościami. Starałam się sobie przypomnieć, czy nie mam kontaktów w tamtych rejonach. Następnie do głowy wpadła mi myśl, żeby wynająć kogoś, kto mógłby zająć się zdobyciem wszystkich składników. W końcu podjęłam ostateczną decyzję.

– Znajdę te składniki i przywiozę je tutaj.

Absarokee nawet trochę nie wyglądał na zdumionego tym faktem.

– Tak przypuszczałem.

– Naprawdę? – zrobiłam ironiczną minę. Wszystkowiedzącego starego Indianina nie dało się zaskoczyć chyba niczym.

– Wiem doskonale, że dla brata zrobiłabyś wszystko. Jednak muszę cię uprzedzić, że ta podróż nie będzie należała do miłych i przyjemnych. Gdyby te składniki były łatwe do zdobycia, znajdowałyby się w asortymencie każdej apteki czy innego sklepu z medykamentami.

– No chyba dostępu do kwiatka czy kamienia nie chroni stado groźnych bestii?

Absarokee nie odpowiedział.

– W takim razie pójdę teraz do swojego sklepu i przygotuję dla ciebie coś co ci się może przydać podczas podróży. A tobie radziłbym zarezerwować bilet na najbliższy lot do Azji. W obecnym stanie Wiktora, nie ma chwili do stracenia – po tych słowach wujek już miał odejść, jednak w ostatniej chwili zatrzymałam go.

– Wujku… czy Wiktor wytrzyma? Czy jego organizm wytrzyma tych kilka dni, kiedy mnie nie będzie? Tylko bądź ze mną szczery.

Absarokee westchnął. Wiedziałam, że szuka odpowiednich słów do udzielenia mi odpowiedzi. Po chwili rzekł:

– Im bardziej kogoś kochasz, tym dłużej on żyje. Bo ma potrzebę, żeby żyć. Żeby żyć dla osoby, która go kocha. Tak właśnie jest z tobą i Wiktorem. Myślę, że dzięki twojej miłości wytrzymałby nie tylko tych kilka dni, ale wiele, wiele więcej…

Kiedy tylko dorwałam mojego laptopa, włączyłam przeglądarkę i sprawdziłam na mapie, gdzie dokładnie leżą wspomniane przez Absarokeego miejsca. Każde z nich znajdowało się na innym fragmencie mapy i było sporo oddalone od drugiego. Zanosiło się więc na długą podróż.

Zaczęłam studiować mapę dalej. Żadna z wymienionych przez Absarokeego miejscowości nie była jakoś specjalnie szczegółowo opisana w Internecie. Zdjęć też było niewiele, w dodatku zrobione przez przypadkowych turystów telefonami komórkowych, więc, co za tym szło, obrazy były niestety kiepskiej jakości. Ponadto informacje, które udało mi się uzyskać o każdym z miejsc były bardzo skromne.

Na temat Nhotemali na Antarktydzie, nie dowiedziałam się praktycznie niczego, poza tym, że jest na Antarktydzie. Ze zdjęć też nie udało mi się wywnioskować zbyt wiele, ponieważ każde z (aż) trzech zdjęć umieszczonych przez kogoś w Internecie, przedstawiało jakże nadzwyczajną i unikatową kupę śniegu. Na temat wyspy Thazu moja wiedza także jakoś specjalnie się nie poszerzyła. Znalazłam ją na mapie w formie niewielkiego i niekształtnego punkcika, który po przybliżeniu stawał się niewyraźny i zamazany, zupełnie jakby ktoś zakłócił widoczność wyspy celowo. Najwięcej informacji udało mi się uzyskać o azjatyckim miasteczku Bao-jaraya, którego nazwa przetłumaczona na język tubylców, oznaczała miasto kolorowych kapeluszy. Co zaś do afrykańskiego kanionu, zlokalizowałam go na mapie w formie brązowej dziury i małego punktu na jej krawędzi, co przypuszczalnie było słoniem. Albo gigantyczną mrówką.

– Jestem! – od lektury oderwał mnie dochodzący z przedpokoju głos Absarokeego.

– No wreszcie, co tak długo?

– Nie jestem już taki młody jak kiedyś, teraz droga zajmuje mi trochę więcej czasu. Jak Wiktor?

– Śpi.

– To dobrze. Niech organizm regeneruje siły. Powiedziałaś mu, że wyjeżdżasz?

– Nie i nie zrobię tego – zmarszczyłam brwi – Jeśli się dowie, że chcę jechać tak daleko, nigdy się na to nie zgodzi.

– W takim razie co mam mu powiedzieć, kiedy o ciebie spyta?

– Powiedz po prostu, że musiałam gdzieś pilnie wyjechać i że niedługo wrócę. W ten sposób nie rozminiesz się z prawdą i nie będziesz musiał kłamać.

– Tak więc zrobię. Na kiedy udało ci się zarezerwować bilet?

– Na jutro. Wylatuję z samego rana.

– Dobrze. A teraz uważnie mnie posłuchaj – Absarokee zrobił poważną minę – Przygotowałem dla ciebie kilka… jakby to nazwać… eliksirów.

– Eliksirów? – zaśmiałam się – Robi się ciekawie.

Absarokee wyciągnął z kieszeni szerokich spodni trzy małe flakoniki. W każdym z nich była ciecz innego koloru, na szczęście flakoniki były odpowiednio opisane. Wzięłam od wujka wszystkie fiolki i przeczytałam na głos etykietkę z pierwszej:

– Eliksir regeneracji. Acha.

Musiałam zrobić głupawą minę, bo wujek zaraz zaczął mi wyjaśniać:

– To mieszanka ziół, która pomaga zregenerować organizm. W razie gdybyś opadła z sił, wypij pół fiolki. Jeśli doznałabyś poważniejszych obrażeń, wypij całą. Zaraz poczujesz się lepiej.

– Poważniejszych obrażeń? – spojrzałam na wuja wzrokiem mówiącym „Przecież nie jadę na corridę jako torreador”.

– Wyznaję taką zasadę, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Jeśli wywar ci się nie przyda, przywieziesz go z powrotem.

– Hm… Skoro tak mówisz… Co my tu jeszcze mamy… Eliksir rozgrzewający. No to akurat rozumiem, pewnie przyda się na Antarktydzie, ale eliksir zwinności? Jest możliwe aby zioła wpływały na zwinność?

– Niektóre zioła, potrafią zdziałać cuda. Trzeba tylko wiedzieć w jaki sposób odpowiednio je połączyć, aby uzyskać pożądany efekt.

– A potrafiłbyś namieszać czegoś, co zapobiegałoby starzeniu się?

Absarokee zignorował moje słowa.

– Kompozycja tych ziół – powiedział natomiast – Jest naprawdę skuteczna. Tą mieszankę Indianie podają dzieciom w rezerwatach, żeby nie chorowały. To samo z resztą podawałem tobie i Wiktorowi, kiedy byliście mali. Ach, i jeszcze jedno – Absarokee wyjął z kieszeni kawałek poskładanego zżółkłego papieru – To mapa. Przyda ci się na ostatnim etapie podróży.

Wzięłam mapę do ręki i nie rozkładając jej spojrzałam na Absarokeego zdumiona.

– Powiedz mi… skąd w ogóle wiedziałeś co przygotować?

– Po prostu uważam, że te rzeczy mogą być ci najbardziej potrzebne – Absarokee zrobił zatroskaną minę – I obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać jak nigdy dotąd.

– Będę – obiecałam – Wrócę cała, zdrowa i z wszystkim co jest potrzebne do wyleczenia Wiktora. A ty wujku zrób co możesz, żeby mu pomóc do czasu kiedy wrócę.

– Zrobię wszystko, Indali. Wszystko.

– Indali? – zdziwiłam się – Już nie Anandani?

– Indali, znaczy silna. I taka właśnie musisz teraz być.

Wieczorem, w międzyczasie pakowania się, zadzwoniłam do Celiny, aby poinformować ją o moich planach. Już na samym wstępie Celina dała wyraz temu, co myśli o tak dalekiej i długiej podróży.

– Dziecko, co ty wymyśliłaś? Ten cały szaman ci tak w głowie namieszał? No niech ja go tylko spotkam kiedyś, niech ja go spotkam… To mu te pióra powyrywam wszystkie z tego jego indiańskiego pióropusza…

– Celina, to nie tak. Wujek mnie do niczego nie namawiał, ani nie zmuszał. Sama zadecydowałam. I wiem, że jest to najlepsze wyjście. Ale powiedz mi teraz co u ciebie – postanowiłam zmienić temat na mniej drażliwy – Jak pensjonat?

– Powoli robi się spokój. Brzydka pogoda, pada ciągle, zimno się zrobiło, to i goście zaczynają wyjeżdżać. Nie ma już zbyt wiele roboty.

– W takim razie cieszę się, że wreszcie odpoczniesz.

– No odpocznę, odpocznę. Ja i moje stare kości. Ale pomówmy o tobie – ton głosu Celiny zmienił się na poważny – Nie wiem, gdzie ty tam lecisz po te kamienie i inne, ale proszę mi na siebie uważać. Nie daruję twojemu wujowi, jeśli coś ci się stanie. Wiktor też by tego nie chciał.

– Wiem. Będę uważać, obiecuję.

Pogawędziłyśmy z Celiną jeszcze przez chwilę, po czym pożegnałam się zapewniając po raz kolejny, że zachowam ostrożność zanim postawię każdy jeden krok. Wróciłam do pakowania rzeczy, analizując w głowie co przyda mi się najbardziej. Jako że jestem dziewczyną z prowincji, nie z wielkiego miasta, nie miałam problemu z wyborem pomiędzy parą szpilek a parą wytrzymałych oficerków. Co więcej– nie posiadałam szpilek w ogóle, także oficerki nie miały konkurencji. Spakowałam jeszcze sandały i klapki. Ulubione i zniszczone już dosyć czarne trampki postanowiłam natomiast zabrać na drogę. Wzięłam też kilka bluzek, sweter, dwie bluzy, kilka par spodni i dwie sukienki, które dostałam na osiemnaste urodziny od mamy, na wypadek wielkich upałów. Wszystko spakowałam do dużego plecaka, który wcześniej zabierałam na wyprawy w góry. Kiedy po dziesięciu minutach uporałam się z upchaniem wszystkiego i zapięciem zamka, dotarło do mnie, że nie pamiętam czy spakowałam ręczniki. Zlana potem otworzyłam plecak ponownie i wyrzuciłam wszystko na łóżko. Okazało się, że ręczniki leżały sprasowane na dnie plecaka. Po kilku głębokich wdechach, poskładałam wszystkie ubrania raz jeszcze i włożyłam do plecaka. Tym razem, zamek nie stawiał oporu i dał się zasunąć bez większego problemu. Wykończona i głodna, zeszłam na dół do kuchni. Zjedliśmy z Absarokeem kolację wymieniając się przy tym informacjami i nowinkami, nadrabiając w ten sposób zaległości. Mój posępny nastrój musiał silnie emanować z mojej głowy, ponieważ Absarokee co chwilę powtarzał, że zamartwianie się nic nie da i trzeba być po prostu dobrej myśli.

Po kolacji poszłam do pokoju, w którym spał Wiktor. Siedziałam przy nim ponad godzinę trzymając go za rękę i modląc się do nieznanej siły o jego wyzdrowienie. Pocałowałam go na pożegnanie w czoło i wyszłam, udając się do swojego pokoju. Nastawiłam budzik na czwartą rano. Położyłam się na łóżku, tak tylko na chwilę. Chciałam jeszcze wziąć prysznic i dokładnie przeanalizować informacje o miejscach, do których miałam pojechać. Nawet nie zauważyłam, kiedy pogrążyłam się w głębokim śnie.

Po porannym rozgardiaszu, jaki spowodował brak czasu związany z przespaniem przeze mnie wyznaczonej na pobudkę godziny, zatopienie się w miękkim fotelu w samolocie stanowiło dla mnie ukojenie najwyższej klasy.

Cudem zdążyłam.

Wprawdzie wzbudziłam ogromne zainteresowanie wśród przemierzających lotnisko turystów, pędząc z szybkością Strusia Pędziwiatra– sama też byłam zdziwiona swoimi możliwościami, ale liczył się fakt, że zdążyłam na samolot. Nie nacieszyłam się jednak zbyt długo spokojem. W fotelu obok mnie usiadła kobieta chińskiego pochodzenia, jak się później dowiedziałam – Huan Yue Chiang. Przez pierwsze dziesięć minut lotu mościła się w fotelu, przybierając co chwilę inną pozycję. Później wyjęła zakupioną na lotnisku książeczkę z krzyżówkami. Wielu haseł nie rozumiała, więc co rusz trącała mnie kościstym łokciem i bombardowała gradem pytań. Następnie, kiedy akurat postanowiłam się zdrzemnąć, kobieta poprosiła stewardessę o paczkę paluszków i chrupała je niczym najgłośniejszy królik świata. Spokoju zaznałam dopiero, kiedy Huan oblała się niechcący winem plamiąc przy okazji fotel. Szybko się przesiadła wydając z siebie przy tym dźwięk przypominający skowyt obłąkanego psa, a ja zasnęłam z błogim uśmiechem na twarzy. Musiałam nabrać sił przed podróżą mojego życia i nie mogła mi w tym przeszkodzić żadna nadpobudliwa Chinka…

Przystanek: Azja

Miasteczko Bao-jaraya, w języku tubylców miało oznaczać Miasteczko Kolorowych Kapeluszy. Już po przejściu z prowizorycznego lotniska, które stanowiła duża polana do miejsca, w którym toczyło się życie, dowiedziałam się o co chodzi z tymi kapeluszami, kiedy uderzył mnie widok ludzi paradujących między straganami małego bazaru w kolorowych kapeluszach. Niemal każdy z nich miał na głowie sporych rozmiarów kapelusz, kształtem przypominający czapkę jaką robi się zwykle z papieru kiedy trzeba zakryć czymś głowę podczas malowania sufitu. Kapelusze miały kilka kolorów. Udało mi się znaleźć stragan z tajemniczymi kapeluszami, do którego belki przybita była tabliczka z wyjaśniająca, że kapelusze stanowią zewnętrzne odzwierciedlenie nastrojów i stanów psychicznych ludzi, którzy je noszą. Obok znajdowały się znaczenia kolorów: żółty miał odzwierciedlać radość. Czarny-smutek. Zielony oznajmiał zdenerwowanie bądź poirytowanie jego posiadacza, niebieski-bujanie w obłokach, biały-chęć dokonania niemożliwego, a czerwony-zakochanie. Nie namyślając się długo, kupiłam biały.

Na jedynej stronie internetowej miasteczka jaką znalazłam w sieci, udało mi się doszukać informacji na temat czegoś w rodzaju schroniska. Z powodu bardzo małej liczby turystów, nie było możliwości zarezerwowania pokoju. Wyczytałam na forum, że zamiast dokonywania rezerwacji przyjeżdża się na miejsce i po prostu ładuje manatki do wskazanego przez właściciela pokoju. Któryś z bardziej życzliwych internautów wrzucił na forum zdjęcia na których zostały uchwycone fragmenty drogi do schroniska oraz kilka wskazówek ułatwiających dotarcie do niego. Wydrukowałam zdjęcia, niestety będąc na miejscu trudno było mi odgadnąć co dokładnie przedstawiają. Jedno zdjęcie ukazywało drzewo, które jakże bardzo różniło się od innych. Drugie przedstawiało stragan. Straganów w miasteczku było milion sto pięćdziesiąt, skąd miałam wiedzieć, który akurat sfotografował genialny turysta. Na reszcie zdjęć były widoczne jedynie setki kapeluszy.

Wyjęłam notatki ze wskazówkami.

– Cholera jasna… – zaklęłam pod nosem. Miałam jednak powód, ponieważ plastikowa torebka, w której trzymałam wodę i kartkę ze wskazówkami dotarcia do schroniska, okazała się być kompletnie mokra w środku. Musiałam źle zakręcić butelkę, przez co woda się wylała zalewając przy okazji kartkę. Tusz, którym zapisałam informacje zupełnie się rozmazał.

Nie miałam wyboru. Musiałam zdać się na siebie i swoją intuicję. Zarzuciłam plecak na ramię i ruszyłam w drogę.

Po godzinie błądzenia pomiędzy straganami doszłam do wniosku, że moja intuicja nie działa dzisiaj na pełnych obrotach. Słońce przypiekało niemiłosiernie, a w miejscach w których ramiączka koszulki przylegały do moich ramion, pojawiły się już białe ślady. No cóż, przynajmniej udało mi się opalić. Zrzuciłam plecak na ziemię i rozejrzałam się. Ludzi w kolorowych kapeluszach było już jakby mniej. Powoli zaczęły też znikać towary ze straganów, a między nogami sprzedawców pakującymi swoje rzeczy krzątały się dzieci liczące na to, że może sprzedawca będzie miał gest i obdaruje je jakimiś owocami.

Rozglądając się tak wokół, w pewnym momencie natrafiłam na dwie pary czarnych oczu. Wpatrywały się we mnie intensywnie, co natychmiast odwzajemniłam. Przede mną stała dwójka dzieci, chłopiec i dziewczynka. Na oko mogli mieć 12, 13 lat. Oboje mieli gęste czarne włosy i ciemną karnację, zresztą jak i reszta tubylców. Dziewczynka była nieco wyższa od chłopca. Ubrana była w czerwoną sukienkę w białe kwiatki, natomiast chłopiec miał na sobie jedynie krótkie dżinsowe spodenki. Oboje byli boso.

Po paru minutach wzajemnego lustrowania się rozbolały mnie oczy. Przetarłam je ręką i kiedy znów chciałam spojrzeć na dzieci, te były już przy mnie.

– Takafaala – powiedziała dziewczynka wyciągając rękę w moją stronę.

– Słucham? – spytałam po angielsku.

– To znaczy cześć w naszym języku – odezwał się chłopiec.

– W takim razie Tralalalafala… – usiłowałam powtórzyć owo „cześć”, jednak tylko się wygłupiłam. Podałam dziewczynce rękę, a później przywitałam się z chłopcem.

– Jestem Meikishi – powiedziała dziewczynka – a to mój brat Tefunoke. Możemy ci jakoś pomóc? Sprawiasz wrażenia, jakbyś nie bardzo wiedziała gdzie jesteś i co tu robisz.

Meikishi trafiła w dziesiątkę.

– Miło mi was poznać. Ja mam na imię Larysa. I faktycznie, chyba się zgubiłam.

– W takim razie nie mogłaś trafić lepiej – Meikishi uśmiechnęła się szeroko ukazując rząd bielusieńkich zębów – jesteśmy miejscowymi przewodnikami.

– Jak to? – spytałam, ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy – Nie jesteście za młodzi?

– Tutaj pracuje się od najmłodszych lat. Zwłaszcza, jeśli ma się dziewięcioro młodszego rodzeństwa.

– To ile wy macie właściwie lat?

– Czternaście – odparł Tefunoke.

Wiele się nie pomyliłam.

– To gdzie się wybierasz? – spytała Meikishi zerkając na mój plecak.

– Szukam schroniska.

– Schroniska? – dzieci roześmiały się, zupełnie jakbym opowiedziała najzabawniejszy żart świata – Tutaj?

– A nie ma?

– Nie.

– To co jest?

– Jurty.

– Co takiego?

– Jurty. Takie namioty – wytłumaczył Tefunoke.

– Możesz zamieszkać w jednej z naszych jurt. Stoi pusta, odkąd nasz starszy brat przeprowadził się do innej wioski – dodała Meikishi.

– No cóż… Wygląda na to, że nic innego mi nie pozostaje.

– W takim razie chodźmy. Zaraz zrobi się ciemno – Meikishi zarzuciła na swój mały kręgosłup mój plecak i radośnie poczłapała przed siebie. Kiedy po chwili odwróciła się i zobaczyła, że stoję w miejscu jak słup soli spytała:

– Idziesz czy wrosłaś w ziemię?