Opis

Zamachowiec to thriller, którego akcja toczy się we współczesnym Sztokholmie. Południowy port Hammarby. Jest trzecia siedemnaście rano, tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Eksplozja bomby zrównuje z ziemią Stadion Olimpijski. Na powalonej przez wybuch trybunie policja znajduje szczątki energicznej, powszechnie podziwianej szefowej igrzysk olimpijskich, Christiny Furhage. Za pół roku w Sztokholmie ma się odbyć letnia olimpiada. Zamachowiec musi zostać schwytany za wszelką cenę. Dziennik wieczorny „Kvällspressen” wyznacza Annikę Bengtzon, młodą mamę, która właśnie została mianowana szefową redakcji kryminalnej, aby nadzorowała sprawę morderstwa. Dziennikarka zaczyna rozsupływać zawiłą przeszłość ofiary. Pod perfekcyjną fasadą Christiny Furhage kryje się coś, co doprowadziło do tej okrutnej zbrodni. Nie zdając sobie z tego sprawy, Annika Bengtzon wprawia w ruch moce, które zaczynają zagrażać jej własnemu życiu...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 460

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Kobieta, która wkrótce miała umrzeć, wyszła ostrożnie z bramy i szybko rozejrzała się dookoła. Klatka schodowa za nią tonęła w ciemnościach. Schodząc po schodach, nie zapaliła światła. Poły jej jasnego płaszcza zawisły w powietrzu na tle ciemnego drewna niczym duch. Zanim wyszła na ulicę, zawahała się, jakby się obawiała, że ktoś ją obserwuje. Zaczerpnęła głęboko powietrza, jej oddech zamienił się w białą parę, przez kilka sekund unosiła się wokół niej niczym aureola. Po chwili poprawiła pasek torebki, którą miała na ramieniu, i chwyciła mocniej rączkę aktówki. Wyprostowała się i szybkim krokiem zaczęła iść w stronę Götgatan, starając się robić jak najmniej hałasu. Mróz był dojmujący, na nogach w cienkich nylonowych pończochach poczuła ostry powiew wiatru. Ominęła oblodzony kawałek chodnika, zachwiała się lekko, ale szybko odzyskała równowagę. Pospiesznie ruszyła dalej, zostawiła za sobą światło latarni i weszła w mrok. Mróz i cienie tłumiły odgłosy nocy: szum wentylacji, krzyki pijanych młodych ludzi i dochodzący gdzieś z oddali głos syreny.

Szła szybko, zdecydowanie. Pewna siebie, pachnąca drogimi perfumami. Kiedy nagle odezwała się jej komórka, zmieszała się. Zamarła w pół kroku, zatrzymała się i rozejrzała. Po chwili schyliła się, oparła aktówkę o prawą nogę i zaczęła szukać komórki w torebce. Nagle straciła pewność siebie, widać było, że jest poirytowana. Wyjęła komórkę i przyłożyła do ucha. Nawet w ciemności jej reakcja była doskonale widoczna. Rozdrażnienie zamieniło się w zdziwienie, żeby po chwili przejść w złość, a na koniec zamienić w strach.

Kiedy skończyła rozmawiać, stała jeszcze dobrych kilka sekund z komórką w ręku. Pochyliła głowę, wydawała się zamyślona. Minął ją jadący powoli radiowóz. Podniosła głowę, przyglądała mu się chwilę uważnie, jakby na coś czekała, ale nie wykonała żadnego gestu, żeby go zatrzymać.

W końcu podjęła decyzję. Odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem tą samą drogą. Minęła ciemne drewniane drzwi, kierowała się do przejścia przez jezdnię przy skrzyżowaniu z Katarina Bangata. Zatrzymała się, czekała, aż minie ją nocny autobus. Uniosła głowę i spojrzała na ciągnącą się przed nią ulicę, przecinającą rynek Vintertullstorget i prowadzącą wzdłuż kanału Sickla. W oddali, wysoko nad kanałem, wznosił się główny obiekt olimpijski, Stadion Victorii. Za siedem miesięcy miały się rozpocząć letnie igrzyska olimpijskie.

Nocny autobus pojechał dalej. Kobieta przeszła przez szeroką, dwupasmową Ringvägen i ruszyła ulicą Katarina Bangata. Twarz miała bez wyrazu, tylko pospieszny krok wskazywał, że jest jej zimno. Przeszła kładką nad kanałem Hammerby i mijając centrum prasowe, wkroczyła na tereny olimpijskie. Szła szybko, rwanym krokiem, cały czas w stronę stadionu. Postanowiła iść nad wodą, chociaż była to dłuższa droga, a nad brzegiem bardziej wiało. Czuła lodowate podmuchy wiatru znad Saltsjön, ale nie chciała, żeby ktokolwiek ją zauważył. Ciemność była nieprzenikniona, potknęła się, raz, potem drugi, ale szła dalej.

Obok poczty i apteki skręciła w stronę terenów treningowych, ostatnie sto metrów pokonała biegiem. Kiedy w końcu zdyszana dotarła do głównego wejścia, była już wyraźnie zła. Pchnęła bramę i wkroczyła w ciemność.

– Powiedz szybko, o co chodzi – rzuciła, patrząc chłodno na wyłaniającą się z cieni postać.

Zobaczyła uniesiony młotek, ale nie zdążyła się przestraszyć.

Pierwsze uderzenie trafiło ją w lewe oko.

Egzystencja

Tuż za ogrodzeniem z żerdzi było gigantyczne mrowisko. Jako dziecko stawałam obok niego i przyglądałam mu się w skupieniu. Podchodziłam tak blisko, że mrówki bez przerwy właziły mi na nogi. Zdarzało się czasem, że śledziłam pojedynczą mrówkę, jak szła od trawnika na podwórzu, przecinała żwirową ścieżkę, a potem przechodziła obok piaszczystej łachy i szła do mrowiska. Bardzo się starałam nie stracić jej z oczu, ale na koniec zawsze tak się działo. Inne mrówki pochłaniały moją uwagę. Kiedy było ich za dużo, rozpraszałam się i traciłam cierpliwość.

Czasem kładłam na mrowisku kostkę cukru. Mrówki to uwielbiały, a ja się śmiałam, widząc, jak się na nią rzucają i wciągają do mrowiska. Jesienią, kiedy robiło się chłodniej i mrówki stawały się powolniejsze, wkładałam do mrowiska patyk, żeby je nieco ożywić. Kiedy dorośli zauważyli, co robię, byli na mnie źli. Twierdzili, że niszczę pracę mrówek. Jeszcze dzisiaj pamiętam to poczucie krzywdy, bo przecież nie miałam złych zamiarów. Dla mnie to była tylko zabawa. No i chciałam, żeby mrówki trochę się ożywiły.

Zabawy z mrówkami z czasem zaczęły mnie prześladować w snach. Moja fascynacja nimi zamieniła się w bezimienny strach. Kiedy dorosłam, nigdy nie byłam w stanie znieść widoku więcej niż trzech owadów jednocześnie, nieważne, czy to były mrówki, czy coś innego. Kiedy traciłam nad nimi kontrolę, wpadałam w panikę. Fobia zrodziła się w momencie, kiedy uświadomiłam sobie podobieństwo między mną a tymi maleńkimi błonkówkami.

Byłam młoda i wciąż jeszcze bardzo aktywnie szukałam odpowiedzi na otaczającą mnie rzeczywistość, tworzyłam teorie i przeciwstawiałam je sobie w różnych konfiguracjach. To, że życie mogło być jedynie kaprysem, nie mieściło się w moim światopoglądzie. Coś mnie stworzyło. Nie potrafiłam powiedzieć, co to mogło być: przypadek, los, ewolucja czy może Bóg.

Natomiast to, że życie może być pozbawione sensu, uważałam za prawdopodobne. Napawało mnie to smutkiem i złością. Jeśli nasz czas tu, na ziemi, jest pozbawiony sensu, to nasze życie jawi się jako ironiczny eksperyment. Ktoś umieścił nas tutaj, żeby obserwować, jak toczymy ze sobą wojny, jak pełzamy, cierpimy, walczymy. Czasem ten Ktoś rozdawał przypadkowe nagrody, które można było porównać do kostki cukru wrzuconej do mrowiska, a potem przyglądał się, jak się cieszymy i rozpaczamy, z tym samym pozbawionym uczucia zimnym zainteresowaniem.

Z czasem przyszła pociecha. W końcu zrozumiałam, że to, czy moje życie ma jakiś sens, czy nie, nie odgrywa żadnej roli. A nawet jeśli, to nie będzie mi dane go poznać tu i teraz. Gdyby istniały jakieś odpowiedzi, na pewno już bym je poznała, skoro tak się nie stało, to nie ma znaczenia, ile będę się nad tym zastanawiała.

Dało mi to pewien rodzaj spokoju.

18 grudnia, sobota

DŹWIĘK DZWONKA DOTARŁ DO NIEJ w środku dziwnego erotycznego snu. Leżała na szklanym podwyższeniu w statku kosmicznym, Thomas leżał na niej, czuła go w sobie. Obok stało trzech mężczyzn, prowadzili radiowy program Studio 6 i patrzyli na nich oczami bez wyrazu. Czuła, że musi oddać mocz.

– Nie możesz teraz iść do łazienki, lecimy w kosmos – powiedział Thomas.

Wyjrzała przez panoramiczne okno. Miał rację.

Drugi dzwonek rozerwał kosmos. Leżała w mroku, spocona i spragniona. Nad nią w ciemnościach unosił się sufit.

– Odbierz, do diabła, zanim wszyscy się obudzą – wymamrotał Thomas niezadowolony, gdzieś wśród poduszek.

Odwróciła głowę i spojrzała na zegarek: trzecia dwadzieścia dwie. Całe podniecenie nagle gdzieś uleciało. Ciężką jak z ołowiu ręką sięgnęła po leżącą na podłodze słuchawkę. Dzwonił Jansson, szef nocnej zmiany.

– Stadion Victorii wyleciał w powietrze. Hajcuje się jak diabli. Nasz reporter jest już na miejscu, ale potrzebujemy cię do wydania podmiejskiego. Jak szybko dasz radę przyjechać?

Oddychała chwilę, starała się zrozumieć, co się stało. Poczuła, jak fala adrenaliny przechodzi przez jej ciało i dociera do mózgu. Stadion olimpijski, pomyślała. Pożar, chaos, niech to szlag! Południowa część miasta. Obwodnica Południowa albo most Skanstullsbron.

– Jak sytuacja na mieście? Ulice są przejezdne?

Jej głos brzmiał chrapliwie, bardziej, niżby chciała.

– Obwodnica Południowa jest zablokowana. Estakada obok stadionu się zawaliła, ale to wszystko, co wiemy. Tunel Söder też może być zamknięty, jedź raczej górą.

– Kto robi zdjęcia?

– Henriksson właśnie tam pojechał, część reporterów jest już na miejscu.

Rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Wsłuchiwała się jeszcze chwilę w martwy szum, po czym położyła słuchawkę z powrotem na podłodze.

– Co tym razem?

Westchnęła bezgłośnie.

– Doszło do eksplozji na stadionie olimpijskim. Muszę tam jechać. Pewnie zajmie mi to cały dzień. – Zawahała się. – I może też wieczór – dodała.

Thomas wymamrotał coś ledwie słyszalnie.

Ostrożnie wyswobodziła się z wilgotnej od potu piżamy Ellen. Chłonęła zapach dziecka: słodki zapach skóry i kwaśny z ust, w których cały czas tkwił kciuk. Pocałowała aksamitnie gładką główkę córeczki. Ellen przeciągnęła się rozkosznie, po czym zwinęła się w kłębek. Miała trzy latka i zawsze była sobą, nawet we śnie. Annika ręką jak z ołowiu wybrała numer korporacji taksówkowej, wstała z przyjemnie ciepłego łóżka i usiadła na podłodze.

– Poproszę taksówkę na Hantaverkargatan 32. Bengtzon. Zależy mi na czasie. Na stadion olimpijski. Tak, wiem o pożarze.

Poczuła, że musi natychmiast oddać mocz, inaczej umrze.

Na dworze było przenikliwie zimno, co najmniej dziesięć stopni mrozu. Podniosła kołnierz płaszcza, naciągnęła czapkę na uszy, jej przesiąknięty zapachem pasty do zębów oddech unosił się wokół niej niczym chmura. Taksówka podjechała w chwili, gdy usłyszała, jak zamykają się za nią drzwi.

– Hammarbyhamnen, stadion olimpijski – rzuciła, kiedy razem ze swoją wielką torbą wylądowała na tylnym siedzeniu.

Kierowca spojrzał na nią w lusterku.

– Bengtzon? Z „Kvällspressen”, tak? – upewnił się, uśmiechając się niepewnie. – Czytam pani felietony. Podobało mi się to, co pani pisała o Korei. Moje dzieciaki są stamtąd. Adoptowałem je. Byłem w Panmundżonie, świetnie pani opisała, jak ci żołnierze stoją tam i na siebie patrzą, ale nie wolno im słowa ze sobą zamienić. Świetny artykuł.

Słuchała pochwał, ale nie brała ich do siebie. Bała się, że zniknie magia, która sprawia, że jej teksty jakby się unosiły w powietrzu.

– Dziękuję – powiedziała. – Miło, że się panu podobał. Sądzi pan, że uda nam się przejechać przez tunel? – zmieniła temat. – Czy może raczej pojedziemy górą?

Taksówkarz, jak większość jego kolegów, był na bieżąco. Jeśli o czwartej nad ranem gdziekolwiek w kraju coś się dzieje, zawsze należy wykonać dwa telefony: na policję i do taksówkarzy. I ma się gotowy artykuł do porannego wydania. Policja potwierdza, a taksówkarz zawsze jest w stanie przytoczyć zeznanie naocznego świadka.

– Byłem na Götgatan, kiedy usłyszałem huk – powiedział kierowca, zawracając na linii ciągłej. – Nieźle grzmotnęło, aż latarnie zadrżały. Cholera, pomyślałem, pewnie atomówka. Ruscy przyszli. Próbowałem wywołać kogoś przez radio. Co się dzieje, do cholery, pomyślałem. Wtedy usłyszałem, że Stadion Victorii wyleciał w powietrze. Jeden z kolegów był tam właśnie w tym momencie, miał kurs do tego nielegalnego klubu, w tamtych nowych domach, wie pani…

Taksówka mknęła w stronę ratusza. Annika wyłowiła z torby notatnik i ołówek.

– Co z nim, z tym pana kolegą?

– Chyba w porządku. Kawałek metalu przebił szybę i wleciał do środka, minął go o kilka centymetrów. Rany cięte twarzy, tak mówili w radiu.

Minęli stację metra Gamla Stan, zbliżali się do Slussen.

– Dokąd go zabrali?

– Kogo?

– Tego pańskiego kolegę, z kawałkiem metalu.

– Brattström. Tak się nazywa. Pewnie do Szpitala Południowego, jest najbliżej.

– Jak ma na imię?

– Nie wiem, ale mogę spytać przez radio…

Miał na imię Arne. Annika sięgnęła po komórkę, włożyła do ucha słuchawkę, wcisnęła jedynkę i połączyła się bezpośrednio z Janssonem. Był w redakcji. Na ekranie zobaczył jej numer. Odebrał.

– Ranny taksówkarz. Arne Brattström. Został przewieziony do Szpitala Południowego. Może ktoś od nas go tam odwiedzi, mamy szansę zdążyć do pierwszego wydania…

– Dobrze, sprawdzimy go w bazie danych.

Jansson odłożył słuchawkę i krzyknął do reportera nocnego:

– Sprawdź dane Arnego Brattströma, dowiedz się, czy policja zawiadomiła rodzinę. Jeśli tak, zadzwoń do żony, jeśli jakąś ma. – Potem znów sięgnął po słuchawkę: – Mamy zdjęcie z lotu ptaka. Kiedy tam będziesz?

– Za jakieś siedem, osiem minut. Wszystko zależy od tego, czy wygrodzili już teren. Co planujecie?

– Mamy opis zdarzenia, komentarz policji, reporterzy dzwonią do mieszkań w domach po drugiej stronie ulicy i zbierają wypowiedzi ludzi, jeden z reporterów jest na miejscu, na stadionie, ale wkrótce wraca do domu. Poza tym zrekapitulujemy wcześniejsze zamachy związane z igrzyskami, napiszemy o facecie, który zarzucił petardami stadiony w Sztokholmie, kiedy miasto starało się o przyznanie…

Ktoś mu przerwał, Annika w taksówce poczuła, że wszyscy w redakcji są zestresowani.

– Dam znać, jak się dowiem czegoś więcej – rzuciła szybko.

– Wygląda na to, że wygrodzono cały teren wokół boisk treningowych – powiedział kierowca. – Proponuję podjechać od tyłu.

Skręcili w Folkungagatan i ruszyli w stronę trasy Värmdöleden. Annika wybrała kolejny numer. Czekając na połączenie, przyglądała się imprezowiczom. którzy po upojnej nocy, wrzeszcząc i zataczając się, wracali do domów. Było ich wielu, znaczniej więcej, niż się spodziewała. Sama wychodziła na miasto, tylko kiedy gdzieś popełniono przestępstwo. Zapomniała, że miasto żyje nie tylko zbrodnią i pracą, wyparła z pamięci, że jest też życie, które się toczy jedynie nocą.

Połączyła się ze swoim informatorem, był zdenerwowany.

– Wiem, że jeszcze nic nie możesz mi przekazać – zaczęła. – Powiedz, kiedy będziesz mógł rozmawiać. Zadzwonię, tylko podaj jakąś godzinę.

Mężczyzna po drugiej stronie westchnął.

– Bengtzon, do cholery, nie wiem. Po prostu nie wiem. Zadzwoń później.

Zerknęła na zegarek.

– Jest za dwadzieścia czwarta. Piszę do wydania podmiejskiego. Może być wpół do ósmej?

– Dobrze, może być.

Obiecał jej, trudno mu będzie się wycofać. Policjanci nie lubili, kiedy dziennikarze dzwonili tuż po zdarzeniu i natychmiast chcieli wszystko wiedzieć. Nawet jeśli coś już wiedzieli, zwykle nie potrafili jeszcze ocenić, co można podać do publicznej wiadomości, a czego nie. Koło wpół do ósmej będzie miała własne obserwacje, pytania i teorie, a policja już będzie wiedziała, co może powiedzieć, a czego nie. Będzie dobrze.

– Widać dym – zauważył taksówkarz.

Annika pochyliła się do przodu i spojrzała w prawo.

– Rzeczywiście.

Cienka czarna smuga unosiła się na niebie, wskazywała w stronę bladego półksiężyca. Taksówkarz zjechał z obwodnicy Värmdöleden i skręcił w południową obwodnicę.

Autostrada była zamknięta już kilkaset metrów od wylotu tunelu i stadionu. Obok blokad stało jakieś dziesięć samochodów. Taksówkarz zatrzymał się za nimi, Annika podała mu służbową kartę klienta.

– Kiedy pani wraca? Mam zaczekać? – spytał.

Uśmiechnęła się niepewnie.

– Nie, dziękuję, to może trochę potrwać.

Zaczęła się zbierać. Wzięła notatnik, ołówek i komórkę.

– Wesołych świąt! – zawołał taksówkarz, zanim zamknęła drzwi i wysiadła.

Boże drogi, pomyślała. Do świąt jeszcze cały tydzień, a już zaczyna się festiwal życzeń?

– Nawzajem – rzuciła w stronę tylnej szyby.

Przeciskając się przez tłum między samochodami, dotarła do barierek. Na szczęście to nie policja je tam ustawiła. Policyjny zakaz na pewno by uszanowała, a tak… nawet nie zwolniła. Szybko przeskoczyła przez barierki i pobiegła dalej.

Nie słyszała dobiegających zza jej pleców oburzonych głosów. Patrzyła w górę, na wznoszący się przed nią potężny obiekt. Wiele razy przejeżdżała tędy samochodem i za każdym razem przyglądała mu się zafascynowana. Stadion był wbudowany w skałę, jakby wyżłobiony w stoku. Ekolodzy oczywiście protestowali, jak zawsze, kiedy trzeba wyciąć kilka drzew. Obwodnica Południowa prowadziła dalej, w głąb góry, pod stadionem. Ale teraz wlot do tunelu był zastawiony dużymi betonowymi blokami i pojazdami służb ratunkowych. Żółtoczerwone migoczące światła na dachach odbijały się w pokrytym lodem asfalcie. Północne trybuny, sterczące nad wlotem do tunelu niczym kapelusz wielkiego grzyba, były zniszczone. To tam musiało dojść do wybuchu. Części porozdzieranej okrągłej konstrukcji sterczały na tle nocnego nieba. Annika biegła dalej. Podejrzewała, że wkrótce ktoś ją zatrzyma. I rzeczywiście.

– Zaraz, zaraz, a dokąd to? – usłyszała głos jakiegoś strażaka.

– Na górę! – krzyknęła.

– Tam wszystko jest wygrodzone!

– Tak? No to mnie zatrzymajcie! – mruknęła pod nosem.

Pobiegła dalej, cały czas starała się kierować w prawo. Pod nogami miała teraz zamarznięty kanał Sickla. Nieco dalej, po drugiej stronie pokrytego lodem kanału, widać było betonową podmurówkę, na której opierała się jezdnia obwodnicy, tuż przed wlotem do tunelu. Annika złapała się balustrady, podciągnęła się i skoczyła z wysokości ponad metra. Wylądowała na ziemi, torba uderzyła ją w plecy.

Zatrzymała się na chwilę i rozejrzała. Była tam wcześniej dwa razy, raz latem, na pokazie dla prasy, i jesienią, w niedzielne popołudnie, razem z Anne Snapphane. Po prawej widać było na wpół gotowe budynki w nabrzeżnej części Hammarby, które w przyszłości miały się stać wioską olimpijską. To tam podczas igrzysk mieli mieszkać sportowcy. Okna zamieniły się w czarne dziury, wszystkie szyby w okolicy wyleciały. Gdzieś w dali, w ciemnościach, widać było zarysy jednego z boisk. Po lewej wznosiła się dziesięciometrowa betonowa ściana. To tam, na górze, znajdowała się płyta z głównym wejściem na stadion.

Ruszyła biegiem wzdłuż ściany. Próbowała rozpoznać dźwięki, które do niej docierały: dalekie wycie syreny, głosy i syk armatki wodnej czy może wentylatora. Na ścianie tańczyły czerwone światła pojazdów ratunkowych. Okrążyła ją i zaczęła zbiegać po schodach do wejścia dokładnie w momencie, kiedy policjanci zaczęli rozwijać swoje biało-niebieskie taśmy.

– Wygradzamy teren! – krzyknął jeden z nich.

– Tam na górze jest mój fotograf! – wrzasnęła. – Pójdę po niego.

Policjant dał jej znać ręką, że ma przejść.

Schody składały się z trzech równej długości biegów. Dotarła na górę i nagle poczuła, że brakuje jej powietrza. Spojrzała w dół: płyta była zastawiona pojazdami z migoczącymi światłami, wszędzie biegali ludzie. Dwa filary podtrzymujące północne trybuny zawaliły się, leżały roztrzaskane na ziemi. Wszędzie były porozrzucane powykręcane zielone krzesełka. Po chwili pojawiła się ekipa telewizyjna. Był też reporter konkurencji i trzech fotografów, wolnych strzelców. Podniosła głowę i zobaczyła lej po bombie. Na górze, nad nią, krążyło pięć śmigłowców, przynajmniej dwa należały do prasy.

– Annika!

Johan Henriksson był fotografem, odbywał staż w „Kvällspressen”. Miał dwadzieścia trzy lata, wcześniej pracował dla jakiejś lokalnej gazety w Östersund. Był inteligentny i ambitny. Podbiegł z dwoma aparatami na piersi, na ramieniu podskakiwała mu torba na sprzęt.

– Co masz? – spytała Annika, wyciągając bloczek i ołówek.

– Byłem tu jakieś pół minuty po strażakach. Zdążyłem jeszcze pogadać z kierowcą karetki, która zabrała taksówkarza. Podobno był tylko pokaleczony. Strażacy mieli problem z doprowadzeniem wody na trybuny, w końcu wjechali wozem na stadion. Pstryknąłem kilka zdjęć wozu z zewnątrz, ale na samą płytę nie udało mi się wejść. Kilka minut temu gliniarze, tam, na dole, zaczęli biegać jak wściekli. Coś się musiało stać.

– Albo coś znaleźli – stwierdziła Annika i schowała bloczek.

Trzymając w ręku ołówek niczym pałeczkę sztafety, ruszyła biegiem w stronę najdalszego wejścia. O ile dobrze pamiętała, powinno być po prawej stronie, pod zawaloną trybuną. W tym chaosie nikt nie próbował jej zatrzymać. Biegła między kawałkami betonu, poskręcanymi prętami zbrojeniowymi i zielonymi plastikowymi krzesełkami. Do wejścia prowadziły czterobiegowe schody, zdyszana dotarła na szczyt. Policja zdążyła już wygrodzić teren przed wejściem, ale to nie miało znaczenia. Zobaczyła to, na czym jej zależało. Brama nie była uszkodzona, wyglądała na zamkniętą. Firmy ochroniarskie miały w zwyczaju przyklejać nalepki ze swoim logo na drzwiach budynków, które chroniły. Stadion nie okazał się wyjątkiem. Annika znów wyciągnęła bloczek i szybko zapisała nazwę firmy i numer telefonu.

– Prosimy opuścić teren! Ryzyko zawalenia! Powtarzam…

Radiowóz wyposażony w megafon jechał powoli po płycie. Ludzie wycofywali się pospiesznie w stronę obiektów treningowych i miasteczka olimpijskiego. Ruszyła wzdłuż zewnętrznej ściany stadionu, nie chciała znów schodzić na płytę. Szła wzdłuż rampy prowadzącej łagodnym łukiem wokół całej budowli. Wejść było więcej, chciała się przyjrzeć wszystkim. Żadne nie było uszkodzone, żadne drzwi nie były wyłamane.

– Przepraszam, ale musi pani stąd iść – powiedział młody funkcjonariusz, kładąc jej rękę na ramieniu.

– Kto tu dowodzi? – spytała i pokazała mu legitymację prasową.

– Szef nie ma czasu. Proszę stąd iść. Musimy opróżnić cały teren.

Zaczął ją ciągnąć za rękę, był zdenerwowany. Wyswobodziła się i stanęła przed nim. Postanowiła zaryzykować:

– Co znaleźliście na stadionie?

Zwilżył językiem wargi.

– Dokładnie nie wiem, zresztą nie wolno mi nic mówić.

Bingo!

– A kto może mi udzielić jakichś informacji? I kiedy?

– Nie wiem. Proponuję skontaktować się z dyżurnym wydziału kryminalnego. A teraz proszę już iść!

Policja wygrodziła teren aż do hali sportowej, oddalonej od stadionu o dobre kilkaset metrów. Przy budynku, w którym w przyszłości miały się mieścić restauracje i kino, Annika wpadła na Henrikssona. Na chodniku przy poczcie, tam, gdzie było najszerzej, zaczęło powstawać prowizoryczne centrum prasowe. Dziennikarzy cały czas przybywało, krążyli i witali się z kolegami. Annika nie przepadała za takim koleżeńskim poklepywaniem po plecach. Pomyślała, że to miejsce zbrodni, a ludzie zachowują się, jakby byli na imprezie. Cofnęła się, pociągając za sobą fotografa.

– Nie musisz jechać do redakcji? – spytała. – Pierwsze wydanie idzie zaraz do druku.

– Przekazałem zdjęcia, więc spokojnie.

– Dobrze. Mam przeczucie, że coś może się tu zacząć dziać.

Wóz transmisyjny jednej ze stacji telewizyjnych zaparkował obok nich. Odwrócili się i ruszyli w przeciwną stronę. Minęli bank i aptekę i skierowali się w stronę kanału. Po chwili się zatrzymali, Annika spojrzała na stadion. Na płycie nadal stali policjanci i strażacy. Co tam się dzieje? – zastanawiała się. Od wody wiał lodowaty wiatr, w oddali widać było jezioro Hammarbysjö. Skruszony na środku lód zostawił błyszczący pas wody, czarną ranę na białym śniegu. Annika odwróciła się plecami do wiatru, próbowała ogrzać nos rękawiczką. Nagle między palcami zobaczyła dwa białe samochody, jechały kładką dla pieszych od strony Södermalmu. O cholera, karetka! I samochód pomocy lekarskiej. Spojrzała na zegarek, pięć po wpół do piątej. Dopiero za trzy godziny będzie mogła zadzwonić do informatora. Włożyła do ucha słuchawkę i spróbowała się połączyć z dyżurnym wydziału kryminalnego. Zajęte. Wybrała numer Janssona, wcisnęła jedynkę.

– O co chodzi? – zapytał.

– Na stadion jadą karetki.

– Za siedem minut kończą skład.

Słyszała, jak uderza palcami w klawiaturę.

– Co podaje Agencja Informacyjna TT? Wspominali o rannych?

– Podali, że taksówkarz trafił do szpitala, ale nie rozmawiali z nim. No i że są duże zniszczenia. To informacja od dyżurnego z wydziału kryminalnego. Poza tym same ogólniki.

– Taksówkarza karetka zabrała już godzinę temu, to musi być coś innego. Policyjne radio milczy?

– Nie podają nic ważnego.

– Nikt nic nie mówi?

– Nikt.

– „Echo”?

– Na razie nie. Na szóstą zapowiedziano specjalne wydanie „Raportu”.

– Widziałam ich wóz transmisyjny.

– Trzymaj rękę na pulsie. Odezwę się, kiedy jedynka pójdzie do druku.

Rozłączył się. Annika wcisnęła „zakończ”, ale nie wyjęła słuchawki z ucha.

– Po co ci to? – spytał Henriksson, wskazując na kabelek zwisający jej przy policzku.

– Mózg się lasuje od tego promieniowania. Nie wiedziałeś? – Roześmiała się. – To bardzo praktyczne rozwiązanie. Mogę iść i pisać i jednocześnie rozmawiać przez komórkę. Poza tym postronni nic nie słyszą.

Od mrozu oczy zaszły jej łzami, musiała się wysilić, żeby dojrzeć, co dzieje się obok stadionu.

– Masz duży teleobiektyw?

– W tych ciemnościach nic ci nie da.

– Weź największy, jaki masz, i spróbuj zobaczyć, co tam się dzieje – powiedziała, wskazując rękawiczką na coś w oddali.

Henriksson westchnął. Postawił torbę z aparatami na ziemi, wziął obiektyw i spojrzał przez niego.

– Przydałby się statyw – mruknął.

Samochody wjechały zboczem na górę i zatrzymały się przy schodach, przy jednym z dużych wejść. Z karetki wysiadło trzech mężczyzn. Stanęli za nią i zaczęli rozmawiać. Po chwili podszedł do nich funkcjonariusz w mundurze, przywitał się. Obok drugiego samochodu nic się nie działo.

– Nie wygląda na to, żeby im się spieszyło – rzucił Henriksson.

Podeszło jeszcze dwóch funkcjonariuszy: jeden w mundurze, drugi w cywilu. Rozmawiali, gestykulując, jeden wskazał na lej po bombie.

Zadzwoniła komórka Anniki. Wcisnęła „odbierz”.

– Tak?

– Co z karetkami?

– Nic. Czekają.

– Więc co dajemy?

– Ktoś rozmawiał z taksówkarzem w szpitalu?

– Jeszcze nie, ale mamy tam ludzi. Facet jest singlem, mieszka sam.

– Skontaktowaliście się z szefową komitetu olimpijskiego Christiną Furhage?

– Nie udało nam się jej złapać.

– To musi być dla niej straszne, bardzo się w to zaangażowała… Może napisać coś o tym? Co z igrzyskami? Uda się naprawić trybuny na czas? Jak to komentuje Samaranch? I tak dalej.

– Pracujemy nad tym.

– Więc ja się zajmę samą eksplozją. To musiał być sabotaż. Mamy trzy artykuły: policja ściga zamachowca, miejsce zbrodni i…

Urwała.

– Bengtzon?

– Ratownicy otwierają tylne drzwi karetki. Wysuwają nosze, idą z nimi do wejścia na stadion. Niech to szlag, jest jeszcze jedna ofiara!

– W porządku. Pościg, Byłam na miejscu i Ofiara. Daję ci szóstkę, siódemkę, ósemkę i środek.

Połączenie zostało przerwane.

Annika przyglądała się w napięciu, jak ratownicy idą w stronę stadionu. Usłyszała, że Henriksson szykuje kamerę. Nikt z pozostałych dziennikarzy nie zauważył karetki, boiska zasłaniały im widok.

– Piekielnie zimno – powiedział Henriksson, kiedy ratownicy zniknęli na płycie.

– Wsiądźmy do samochodu, muszę zadzwonić w kilka miejsc – powiedziała Annika.

Ruszyli z powrotem w stronę dziennikarzy. Wszyscy marzli, ekipa z telewizji rozwijała kable, kilku reporterów stało i chuchało na długopisy. Że też się nie nauczą brać ołówków, kiedy temperatura spada poniżej zera, pomyślała Annika i uśmiechnęła się. Radiowcy z urządzeniami do nadawania na plecach wyglądali jak owady. Wszyscy czekali. Dziennikarz, który pracował dla „Kvällspressen” jako wolny strzelec, właśnie wrócił z redakcji.

– O szóstej mają coś podać – powiedział.

– Podczas specjalnego wydania „Raportu”, wspaniale – wymamrotała Annika.

Okazało się, że Henriksson zostawił samochód na tyłach kortów tenisowych i przychodni.

– Przyjechałem drogą, którą zamknęli jako pierwszą – powiedział przepraszająco.

Musieli przejść spory kawałek. Annika powoli zaczynała tracić czucie w stopach. W powietrzu wirowały drobne płatki śniegu, utrudniały robienie zdjęć teleobiektywem. Kiedy dotarli do saaba Henrikssona, musieli odśnieżyć przednią szybę.

– Tu będzie dobrze – stwierdziła Annika, patrząc w stronę stadionu. – Widać karetkę i ten drugi samochód. Mamy wszystko pod kontrolą.

Wsiedli. Henriksson włączył silnik i ogrzewanie.

Annika zaczęła dzwonić. Najpierw spróbowała jeszcze raz połączyć się z dyżurnym wydziału kryminalnego. Zajęte. Zadzwoniła na numer ratunkowy, spytała, kto pierwszy powiadomił centralę o wybuchu i ile mają zgłoszeń. Czy ktoś z lokatorów mieszkań, w których wyleciały szyby, został ranny i czy można wstępnie oszacować straty. Jak zwykle nikt nie potrafił jej nic powiedzieć.

Następnie wybrała numer agencji ochrony, który spisała z naklejki przy wejściu na stadion. Okazało się, że to telefon do centrali mającej siedzibę w Stadshagen na Kungsholmen. Spytała, czy wcześnie rano odnotowali alarm na stadionie olimpijskim.

– Tego rodzaju informacje są objęte tajemnicą – odpowiedział mężczyzna po drugiej stronie.

– Rozumiem, ale nie pytam o sygnał, który odebraliście, tylko o ten, którego, jak podejrzewam, nie odebraliście.

– Nie odpowiadamy na żadne pytania dotyczące sygnałów alarmowych.

– Rozumiem – powtórzyła Annika cierpliwie. – Chodzi mi o to, czy w ogóle odebraliście jakiś sygnał alarmowy ze stadionu.

– Czy pani ma problemy ze słuchem?

– No dobrze. W takim razie proszę mi powiedzieć, co się dzieje, kiedy odbieracie sygnał alarmowy.

– No, trafia do nas.

– Do centrali?

– Oczywiście. Trafia do systemu komputerowego. Informacja wyświetla się na naszych ekranach razem z planem działania, żebyśmy wiedzieli, co robić.

– Więc jeśli ze stadionu nadejdzie sygnał, to zobaczy go pan na monitorze?

– No tak.

– Wraz z instrukcją, co w tym konkretnym przypadku należy zrobić?

– No tak.

– Więc co zrobiliście w nocy na stadionie? Nie zauważyłam tam ani jednego waszego wozu.

Mężczyzna nie odpowiedział.

– Na stadionie doszło do wybuchu, to fakt. Co w takim przypadku powinna zrobić ochrona? To znaczy jeśli wybuchnie pożar albo ktoś zostanie ranny?

– To określi komputer.

– Więc co zrobiliście?

Mężczyzna znów nie odpowiedział.

– Nie otrzymaliście zgłoszenia ze stadionu. Mam rację? – spytała Annika spokojnie.

Chwila milczenia.

– Nie mogę się wypowiadać na temat zgłoszeń, których nie otrzymaliśmy – odezwał się w końcu.

Annika zaczerpnęła głęboko powietrza i uśmiechnęła się.

– Dziękuję – powiedziała.

– Rozumiem, że nie napisze pani nic o tym, co pani powiedziałem? – spytał mężczyzna. Był zaniepokojony.

– Co pan mi powiedział? Przecież pan mi nic nie powiedział. Zwrócił mi pan tylko uwagę na to, że obowiązuje pana tajemnica służbowa.

Rozłączyła się. Miała artykuł. Wzięła głęboki oddech i spojrzała przez szybę samochodu.

Jeden z wozów strażackich odjechał, ale karetka i samochód pomocy lekarskiej zostały. Przyjechali też technicy, ich samochody stały w kilku miejscach na płycie. Mężczyźni w szarych kombinezonach zaczęli wynosić potrzebne sprzęty. Ogień już nie płonął, nie było już nawet widać dymu.

– Kto nam przekazał tę wiadomość? – spytała.

– Smidig.

Każda redakcja miała kilku mniej lub bardziej profesjonalnych informatorów. Kontrolowali wszystko, co się działo, każdy na swoim terenie. Redakcja „Kvällspressen” nie była wyjątkiem. Najlepsi byli Smidig i Leif, mówiło się, że sypiają z policyjnym radiem przy uchu. Jak tylko coś się działo, natychmiast dzwonili i informowali, niezależnie od tego, czy chodziło o coś poważnego, czy o coś mniej istotnego.

Annika się zamyśliła, powiodła wzrokiem po zabudowaniach stadionu. Na wprost wznosił się dziesięciopiętrowy budynek, w którym miała pracować techniczna obsługa igrzysk. Z dachu w stronę góry prowadziła kładka. Dziwne. Kto miałby nią chodzić? – zastanawiała się.

– Henriksson, chciałabym, żebyś zrobił jeszcze jedno zdjęcie.

Spojrzała na zegarek. Wpół do szóstej. Powinni zdążyć na konferencję prasową.

– Gdyby tak się wdrapać na górę, tam, koło znicza olimpijskiego… byłby stamtąd niezły widok.

– Tak myślisz? – spytał fotograf, nie do końca przekonany. – Otoczyli wszystko wysokim murem, żeby nikt nie oglądał bez biletu.

– Płyta, na której walczą zawodnicy, na pewno jest osłonięta, ale północną trybunę stamtąd widać, a to ona nas interesuje.

Henriksson spojrzał na zegarek.

– Zdążymy? Może ci ze śmigłowca już zrobili te zdjęcia? Nie powinniśmy raczej pilnować karetki?

Annika przygryzła wargi.

– Śmigłowca w tej chwili nie ma. Może policja kazała im lądować. Poprosimy któregoś z wolnych strzelców, żeby miał oko na samochody. Chodź, idziemy.

Inni dziennikarze też już zauważyli karetki. Pytania fruwały w powietrzu. Ekipa „Raportu” przestawiła wóz bliżej kanału, żeby lepiej widzieć stadion. Zmarznięty reporter przygotowywał wstawkę do wydania, które miało pójść o szóstej. W pobliżu nie było widać żadnego funkcjonariusza. Annika przekazała jednemu z dziennikarzy instrukcje i ruszyli.

Podejście było dłuższe i trudniejsze, niż się spodziewała. Stok był śliski, kamienisty. Potykali się w ciemnościach, klęli. Henriksson dźwigał duży statyw. Nie musieli jednak pokonywać żadnych barierek i po chwili byli na miejscu. Natknęli się na betonowy mur – wysoki na dwa metry.

– Nie wierzę własnym oczom – jęknął Henriksson.

– No i dobrze. Wejdź mi na ramiona, to cię podniosę. A potem wdrapiesz się na znicz. Stamtąd powinieneś coś zobaczyć.

Fotograf patrzył na nią zdziwiony.

– Miałbym stanąć na zniczu olimpijskim?

– A dlaczego nie? Nie jest zapalony i nie jest ogrodzony. Na pewno dasz radę się tam wdrapać, to pewnie niecały metr od muru. Skoro ma unieść ciężar wiecznego ognia, to twój też wytrzyma. Wchodź!

Podała mu statyw i torbę z aparatami, wszedł na metalową konstrukcję.

– Pełno tu małych dziurek! – krzyknął.

– To otwory na gaz. Widzisz trybunę? – dopytywała się.

Wstał i spojrzał na płytę stadionu.

– Widzisz coś? – zawołała Annika z dołu.

– A niech to, tak! – Podniósł powoli aparat i zaczął robić zdjęcia.

– Co widzisz?

Nie spuszczając wzroku z płyty, opuścił aparat.

– Oświetlili część trybuny. Jest tam jakieś dziesięć osób. Chodzą w kółko i zbierają coś do małych foliowych torebek. Są też ratownicy. Też coś zbierają. Są bardzo dokładni.

Znów uniósł aparat. Annika poczuła, że jeżą jej się włosy na karku. Niech to szlag. Naprawdę jest aż tak źle? Henriksson zaczął ustawiać statyw. Wypstrykał trzy rolki, skończył i ruszyli biegiem na dół. Chwilami ślizgali się po kamieniach. Byli wzburzeni i było im niedobrze. Co ratownicy medyczni mogli zbierać do foliowych torebek? Resztki materiałów wybuchowych? Wątpliwe.

Kilka minut przed szóstą byli na dole. Zebrali się tam już pozostali dziennikarze. Niebieskawe światło kamer sprawiało, że płatki śniegu skrzyły się w powietrzu. Dziennikarze „Raportu” sprawdzali połączenie, sprawozdawcy przypudrowano twarz. Grupa policjantów z szefem na czele zmierzała w ich stronę. Jeden z nich uniósł plastikową taśmę, ale nie poszedł dalej.

Dziennikarze stali, tworząc zwarty mur. Zapadła cisza. Szef zmrużył oczy w ostrym świetle. Spojrzał na kartkę, którą miał przed sobą, podniósł wzrok i zaczął mówić:

– O trzeciej siedemnaście na Stadionie Victorii eksplodował ładunek wybuchowy. Nie wiemy, jakiego rodzaju materiału użyto. Wybuch poważnie naruszył konstrukcję północnej trybuny. Nie wiadomo, czy da się ją naprawić.

Przerwał i znów spojrzał na kartkę. Aparaty pstrykały, bety pracowały. Annika stanęła na skraju po lewej stronie, żeby móc słuchać i jednocześnie obserwować karetkę.

– Po wybuchu na stadionie wybuchł pożar, obecnie jest już pod kontrolą.

Kolejna przerwa.

– W wyniku wybuchu ranny został taksówkarz. Kawałek zbrojenia rozbił szybę i wpadł do samochodu – ciągnął funkcjonariusz. – Taksówkarz został przewieziony do Szpitala Południowego. Czuje się dobrze. W dziesięciu mieszkaniach w domach po drugiej stronie kanału z okien wyleciały szyby, część budynków ma uszkodzone fasady. Część z nich ciągle jeszcze jest w trakcie budowy. Nie mamy informacji o ewentualnych rannych.

Kolejna przerwa. Funkcjonariusz wyglądał na zmęczonego, mówił krótkimi, urywanymi zdaniami.

– To był sabotaż. Ładunek miał dużą moc. Policja zabezpiecza ślady. Użyjemy wszelkich dostępnych środków, żeby ująć sprawcę. To wszystko, co na obecnym etapie mamy wam do przekazania. Dziękuję.

Odwrócił się i zaczął cofać się za taśmę. Usłyszał podniesione głosy i krzyki i zatrzymał się.

– …jakiś podejrzany…

– …jakieś ofiary…

– …ratownicy medyczni są na miejscu?

– W tej chwili to wszystko – powtórzył funkcjonariusz i odszedł.

Szedł szybkim krokiem, ze spuszczoną głową. Jego koledzy podążyli za nim. Dziennikarze się rozproszyli. Reporter „Raportu” stanął w świetle reflektorów, odczytał przygotowany tekst i oddał głos do studia. Wszyscy sięgnęli po komórki i długopisy.

– No to niewiele się dowiedzieliśmy – powiedział Henriksson.

– Pora ruszać – stwierdziła Annika.

Zostawili jednego z wolnych strzelców na miejscu i zaczęli iść w stronę samochodu Henrikssona.

– Przejedziemy obok Vintertullstorget i porozmawiamy ze świadkami – rzuciła Annika.

Postanowili zacząć od tych, którzy mieszkali najbliżej stadionu. Rozmawiali z rodzinami z dziećmi, z emerytami, z alkoholikami i japiszonami. Wszyscy mówili o huku, który ich obudził. Nadal nie mogli się z tego otrząsnąć, byli w szoku.

– No, dosyć tego – stwierdziła Annika za kwadrans siódma. – Musimy to wszystko jeszcze uporządkować.

W milczeniu ruszyli do redakcji. Annika układała w głowie fragmenty relacji i podpisy do zdjęć, Henriksson przeglądał w pamięci negatywy, porządkował je, odrzucał niektóre, inne wywoływał, naświetlał filmy.

Śnieg sypał, temperatura zdecydowanie się podniosła, nawierzchnia była niebezpiecznie śliska. Na Essingeleden zderzyły się cztery samochody. Henriksson zatrzymał się i pstryknął zdjęcie.

Tuż przed siódmą dotarli do redakcji. Wszyscy byli skupieni, pracowali w napięciu.

Jansson był na miejscu. W weekendy szef nocnej zmiany odpowiadał także za wydania podmiejskie. Zwykle w soboty wymieniano po prostu jakiś pojedynczy artykuł, ale w razie potrzeby zespół zawsze musiał być gotowy do przeredagowania całości. Tak jak teraz.

– Wiecie już coś? – spytał i podniósł się z krzesła.

– Na trybunach na pewno jest trup. Niestety mogę się założyć, że w kawałkach. Za pół godziny będę wiedziała na pewno.

Jansson stał i kołysał się na piętach.

– Za pół godziny? Wcześniej się nie da?

Spojrzała na niego przez ramię i zaczęła zdejmować płaszcz. Wzięła wydanie podmiejskie i poszła do swojego pokoju.

– W porządku – mruknął Jansson pod nosem i wrócił na krzesło.

Annika najpierw zabrała się za artykuł o tym, co się stało. Po prostu uzupełniła notatkę z nocnego wydania, dodała kilka wypowiedzi okolicznych mieszkańców i informację, że ogień jest już pod kontrolą. Następnie przeszła do własnych wrażeń. Typowy artykuł z cyklu: byłam tam. Uzupełniła swoje wcześniejsze notatki: napisała o tym, co słyszała na miejscu, podała kilka szczegółów. Dwie minuty przed wpół do ósmej zadzwoniła do informatora.

– Nic jeszcze nie mogę ci powiedzieć – usłyszała.

– Wiem. Dlatego to ja będę mówić, a ty będziesz albo milczał, albo zaprzeczał…

– Tym razem nie mogę – przerwał jej.

Szlag. Zaczerpnęła powietrza i postanowiła przystąpić do ataku.

– Najpierw mnie wysłuchaj. Wydaje mi się, że sytuacja przedstawia się następująco: dzisiaj w nocy na stadionie olimpijskim zginął człowiek. Pod trybunami leżą porozrzucane strzępy jego ciała. Właśnie je zbieracie. To robota kogoś z pracowników, bo wszystkie urządzenia alarmowe były wyłączone. A w takim obiekcie muszą ich być setki: alarmy antywłamaniowe, pożarowe, czujniki uruchamiane ruchem, wszystko było wyłączone. Żadne drzwi nie były wyłamane. Ten, kto tam wszedł, posłużył się kluczem, znał kody do alarmów i je wyłączył. Zrobiła to albo ofiara, albo sprawca. Właśnie próbujecie ustalić kto.

Zamilkła i wstrzymała oddech.

– Nie wolno ci tego napisać – odezwał się policjant.

Wypuściła powietrze, szybko, gwałtownie.

– Czego?

– Że zrobił to ktoś z pracowników. Na razie chcemy zachować to w tajemnicy. Alarmy były sprawne, ale zostały odłączone. Ktoś zginął, to prawda. Jeszcze nie wiemy kto.

Słychać było, że jest wykończony.

– Kiedy będziecie wiedzieć?

– Nie mam pojęcia. Trudno będzie zidentyfikować ofiarę wzrokowo, że tak to określę. Chociaż oczywiście mamy i inne ślady. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć.

– Mężczyzna czy kobieta?

Zawahał się.

– Nie teraz – powiedział i rozłączył się.

Annika pobiegła do Janssona.

– Zgon został potwierdzony, ale policja nie wie, kim jest ofiara.

– Siekanina? – spytał Jansson.

Przełknęła ślinę i skinęła głową.

Helena Starke obudziła się z nieprawdopodobnym kacem. Dopóki leżała w łóżku, było jeszcze nieźle, ale jak tylko wstała, żeby przynieść szklankę wody, zwymiotowała na chodnik w holu. Stała chwilę na czworakach, z trudem łapiąc powietrze, potem podniosła się i na chwiejnych nogach ruszyła do łazienki. Napełniła wodą szklankę do płukania zębów i zaczęła łapczywie pić. Boże drogi, już nigdy się tak nie upije. Podniosła głowę i między plamami po paście do zębów na lustrze zobaczyła swoje przekrwione oczy. Naprawdę nigdy się nie nauczy? Otworzyła szafkę, wyjęła blister panodilu i wycisnęła dwie tabletki. Przełknęła je, popijając dużą ilością wody. Modliła się w duchu, żeby nie zwymiotować.

Lekko się zataczając, doszła do kuchni i usiadła przy stole. Siedzenie pod jej nagimi udami było zimne, poczuła lekki ból w podbrzuszu. Ile właściwie wypiła? Butelka po koniaku stała na blacie, była pusta. Przyłożyła policzek do blatu, próbowała przywołać wspomnienia z poprzedniego wieczoru. Knajpa, muzyka, twarze, wszystko zlewało się w jedno. Boże drogi, nie była nawet w stanie przypomnieć sobie, jak dotarła do domu! Była z nią Christina, a może nie? Wracały razem, tak?

Jęknęła, wstała, napełniła dzbanek wodą i zaniosła do sypialni. Przechodząc przez hol, zwinęła chodnik i wrzuciła go do stojącego w garderobie kosza z brudnymi rzeczami. Poczuła odór wymiocin i znów zrobiło jej się niedobrze.

Na stojącym przy łóżku budziku z radiem była za pięć dziewiąta. Jęknęła. Im była starsza, tym wcześniej się budziła, szczególnie jeśli poprzedniego dnia za dużo wypiła. Kiedyś potrafiła przespać cały dzień. Ale to było kiedyś. Teraz budziła się wcześnie, czuła się fatalnie, a potem leżała cały dzień w łóżku i się pociła. Zdarzały się krótkie chwile, kiedy odpływała, ale zasnąć nie była w stanie. Z trudem sięgnęła po wodę, wypiła łyk prosto z dzbanka. Oparła poduszki o wezgłowie i ułożyła się wygodniej. Nagle zauważyła, że ubranie, które miała na sobie poprzedniego dnia, leży starannie złożone na komodzie pod oknem, i przeszył ją dreszcz. Kto, do diabła, mógł je tak złożyć? Pewnie zrobiła to sama. To było najgorsze: kiedy piła, nic potem nie pamiętała. Chodziła jak zombi, robiła mnóstwo najróżniejszych rzeczy i w ogóle nie zdawała sobie z tego sprawy. Wzdrygnęła się i włączyła radio. Czekając, aż panodil zacznie działać, równie dobrze mogła wysłuchać „Echa”.

Pierwsza wiadomość sprawiła, że znów zwymiotowała. Teraz już wiedziała na pewno, że ten dzień na pewno nie będzie spokojny.

Spuściła w wucecie wodę z wymiocinami, podniosła słuchawkę i zadzwoniła do Christiny.

Agencja Informacyjna TT powtórzyła to, o czym napisała Annika o dziewiątej trzydzieści cztery. A więc „Kvällspressen” pierwsza podała wiadomość o śmiertelnej ofierze wybuchu na stadionie olimpijskim. Nagłówki krzyczały:

W WYNIKU WYBUCHU NA STADIONIE OLIMPIJSKIM ZGINĘŁA JEDNA OSOBA

i

ZAMACHOWIEC ŚCIGANY ZA MORDERSTWO

To ostatnie nie było do końca pewne, ale Jansson się uparł, żeby tak napisali. Środek wypełniało zdjęcie Henrikssona, zrobione z podstawy znicza, niezwykle sugestywne: oświetlony krąg nieco poniżej leja, pochyleni mężczyźni i tańczące w powietrzu płatki śniegu. Robiło wrażenie, ale nie było makabryczne. Żadnej krwi, żadnych zwłok, jedynie świadomość tego, co robią widoczni na nim ludzie. Już zdążyli je sprzedać Reutersowi. W „Raporcie” o dziesiątej też cytowano „Kvällspressen”, podczas gdy „Echo” uznało, że to ich własny news.

Kiedy wydanie miejskie poszło do druku, reporterzy śledczy i szefowie działu wiadomości zebrali się w gabinecie Anniki. W rogu piętrzyły się kartony z segregatorami i starymi wycinkami prasowymi. Kanapę odziedziczyła po poprzednim lokatorze, ale biurko było nowe. Dostała pokój dwa miesiące wcześniej, kiedy została szefową redakcji kryminalnej.

– Jest kilka kwestii, którym musimy się przyjrzeć. No i trzeba też rozdzielić zadania – zaczęła.

Położyła nogi na biurku. Kiedy numer poszedł do druku, nagle dopadło ją zmęczenie, jakby ktoś trafił ją cegłą w tył głowy. Musi się skupić. Odchyliła się na krześle i sięgnęła po kubek z kawą.

– Mamy pięć punktów. Pierwszy: kim jest trup z trybun. To główny temat jutrzejszego wydania, zdecydowanie rozwojowy. Drugi: poszukiwanie mordercy. Trzeci: kontekst olimpijski. Czwarty: jak mogło do tego dojść. I piąty: taksówkarz. Nikt z nim jeszcze nie rozmawiał. Może coś widział, coś słyszał?

Podniosła głowę i spojrzała na zebranych w pokoju ludzi. Próbowała się zorientować, co myślą. Jansson przysypiał. Wkrótce miał skończyć zmianę i wrócić do domu. Szef działu wiadomości, Ingvar Johansson, patrzył na nią pustym wzrokiem. Reporter Nils Langeby jak zwykle nie był w stanie ukryć wrogości. Miał pięćdziesiąt trzy lata i był najstarszy w redakcji kryminalnej. Drugi reporter, Patrik Nilsson, słuchał jej w absolutnym skupieniu. Widać było, że jest pod wrażeniem. Trzecia z zespołu reporterów, Berit Hamrin, ze spokojem wsłuchiwała się w jej słowa.

Brakowało tylko Evy-Britt Qvist, która pełniła dwie funkcje: researchera i sekretarza redakcji.

– Cholernie mi się nie podoba nasze podejście do sprawy – oświadczył Nils.

Annika westchnęła. Znów się zaczyna.

– A co według ciebie powinniśmy zrobić?

– Za dużo miejsca poświęcamy tego rodzaju spektakularnym aktom przemocy. A co z ochroną środowiska? O tym nigdy nie piszemy. No i jest jeszcze przestępczość szkolna.

– To prawda, powinniśmy poświęcić więcej uwagi takim zagadnieniom…

– Jasne, że powinniśmy! A zamiast tego nurzamy się w jakimś cholernym bagnie, ronimy łzy nad rozhisteryzowanymi babami, bombami i wojnami gangów motocyklowych.

Annika wzięła głęboki oddech i policzyła do trzech. Dopiero wtedy odpowiedziała:

– Podjąłeś ważny temat, Nils, ale mam wrażenie, że nie jest to najlepszy moment, żeby o tym…

– Dlaczego nie? Myślisz, że nie potrafię sam zdecydować, jakie tematy poruszyć, a jakich nie?

Uniósł się na krześle.

– Ochrona środowiska i szkoły to twoja specjalność – powiedziała Annika spokojnie. – Pracujesz nad tym na co dzień. Uważasz, że niepotrzebnie zajmujemy ci czas, dzwoniąc do ciebie w takiej sytuacji?

– Tak właśnie uważam – zagrzmiał.

Annika przyglądała mu się. Był wściekły. Jak, do diabła, miała sobie z nim poradzić? Gdyby do niego nie zadzwoniła, na pewno byłby zły, że nie został wezwany i nie może pisać o zamachowcu. Była pewna, że jeśli teraz wyznaczy mu jakieś zadanie, najpierw odmówi, a potem wszystko zawali. Jeśli natomiast każe mu zostać w redakcji na dyżurze, zapewne uzna, że skazała go na zamrażarkę.

Wszedł redaktor naczelny Anders Schyman i przerwał jej rozmyślania. Wszyscy, łącznie z Anniką, przywitali się z nim i poprawili na krzesłach i w fotelach.

– Gratuluję, Annika! A tobie, Jansson, dziękuję za świetną robotę – powiedział. – Pobiliśmy wszystkich. Słowo honoru! A zdjęcie na rozkładówce jest fantastyczne! Nikt takiego nie ma. Jak wam się to udało, Annika? – spytał, siadając na jednym z kartonów w rogu.

Annika opowiedziała historię zdjęcia. Wszyscy byli zachwyceni. Kolejna anegdotka, którą potem będzie się opowiadać na spotkaniach w Klubie Prasy.

– Co dalej?

Annika opuściła stopy na podłogę, nachyliła się nad biurkiem i zaczęła odhaczać kolejne punkty na liście.

– Patrik zajmie się polowaniem na mordercę – powiedziała. – Zbierz dowody techniczne, skontaktuj się z szefem policji i ze śledczymi – zwróciła się do reportera. – Po południu ma się odbyć konferencja prasowa. Dowiedz się o której, a wcześniej załatw zdjęcia. Powinniśmy tam pójść wszyscy.

Patrik skinął głową.

– Berit zostawiam ofiarę. Dowiedz się, kto to jest i dlaczego zginął. No i jeszcze nasz stary olimpijski zamachowiec. Tiger. Tak go wtedy nazwano. Na pewno jest wśród podejrzanych, nawet jeśli jego bombki to nic w porównaniu z tym, co się teraz stało. Trzeba sprawdzić, co robi i gdzie był w nocy. Spróbuję go złapać. Robiłam z nim wtedy wywiad. Nils może się zająć kwestią bezpieczeństwa w związku z igrzyskami. Jak to możliwe, że coś takiego ma miejsce siedem miesięcy przed olimpiadą? Jaki jest stan zabezpieczenia obiektu?

– To mało istotna kwestia – wszedł jej w słowo Langeby.

– Naprawdę? Jestem innego zdania – stwierdził Schyman. – Uważam, że to wręcz jedna z najważniejszych, najbardziej podstawowych kwestii. Drążąc sprawę, pokazujemy to zdarzenie nie tylko w kontekście społecznym, ale i globalnym. Jak taki zamach wpływa na sport w ogóle? To jeden z najważniejszych tematów dnia, Nils.

Langeby nie bardzo wiedział, jak zareagować. Czy ma się czuć wyróżniony tym, że powierzono mu tak ważne zadanie, czy urażony, bo zwrócono mu uwagę? Jak zwykle wybrał to, co było dla niego najbardziej pochlebne. Wyprostował się.

– Jasne, wszystko zależy od tego, jak się to zrobi – stwierdził.

Annika spojrzała na Schymana z wdzięcznością.

– Może nocna zmiana zajmie się komentarzem w związku z olimpiadą? I taksówkarzem?

Johansson skinął głową.

– Nasz zespół właśnie wiezie taksówkarza do hotelu, do centrum. Facet mieszka w kawalerce w Bagarmossen, ale tam każdy go znajdzie. Ukryjemy go do jutra w hotelu Royal Viking. Janet Ullberg spróbuje dopaść Christinę Furhage, jej zdjęcie na tle leja po bombie byłoby strzałem w dziesiątkę. Zwerbowaliśmy studentów dziennikarstwa do odbierania telefonów w ramach ankiety telefonicznej „zadzwoń i podziel się opinią”…

– Na jaki temat? – przerwał mu Schyman, sięgając po gazetę.

– Czy mamy się wycofać z organizacji igrzysk olimpijskich. Zadzwoń dzisiaj między siedemnastą a dziewiętnastą. Wydaje się oczywiste, że to sprawka Tigera albo jakiejś grupy, która nie chce, żeby Szwecja była gospodarzem igrzysk.

Annika nie była tego pewna.

– Na pewno należy o tym wspomnieć, ale nie jestem przekonana, czy rzeczywiście tak jest.

– Tak? – zdziwił się Johansson. – Moim zdaniem nie powinniśmy się od tego odcinać. Głównym tematem jutrzejszego wydania będzie oczywiście ofiara, ale wątek ataku terrorystycznego też poruszymy.

– Nie forsujmy teorii sabotażu – przestrzegła Annika, przeklinając w duchu, że obiecała nie wspominać o tym, że sprawcą mógł być ktoś z pracowników. – Dopóki nie wiemy, kim jest ofiara, nie możemy spekulować, przeciwko komu czy czemu był skierowany zamach.

– Oczywiście, że możemy – zaprotestował Johansson. – Poprosimy policję o komentarz, chociaż w tej sytuacji pewnie nie będą w stanie ani nic potwierdzić, ani zdementować.

Schyman postanowił zabrać głos:

– Nie rozstrzygajmy o niczym. Bądźmy otwarci na wszystkie możliwości i pracujmy dalej. Temat dnia wybierzemy potem. Coś jeszcze?

– Nie, na razie za mało wiemy. Kiedy ofiara zostanie zidentyfikowana, będziemy mogli spróbować się skontaktować z rodziną.

– Pamiętajcie, że trzeba to zrobić z wyczuciem – podkreślił Schyman. – Nie chciałbym, żeby nam zarzucono, że naruszamy czyjąś prywatność.

Annika się uśmiechnęła.

– Sama się tym zajmę.

Kiedy zebranie dobiegło końca, zadzwoniła do domu. Odebrał Kalle, jej pięcioletni synek.

– Cześć, jak się czujesz? – spytała.

– Dobrze. Idziemy do McDonalda, a Ellen wylała sok pomarańczowy na 101 dalmatyńczyków. Jest głupia, bo teraz nie będziemy mogli go oglądać…

Zamilkł, słyszała tylko jego szloch.

– To rzeczywiście przykre. Ale jak to się stało? Dlaczego kaseta leżała na stole w kuchni?

– Nie leżała na stole w kuchni, tylko na podłodze w pokoju. Ellen kopnęła szklankę, kiedy szła zrobić siusiu.

– Postawiłeś szklankę na podłodze? Tyle razy mówiłam, że nie wolno zabierać śniadania do pokoju i jeść przed telewizorem!

Czuła, jak narasta w niej złość. Wystarczyło, że wyszła z domu, a natychmiast coś się działo. Wszystkie zasady przestawały obowiązywać.

– To nie moja wina – płakał Kalle. – To wszystko przez Ellen! To ona zniszczyła film.

Rozpłakał się na dobre. Puścił słuchawkę i gdzieś pobiegł.

– Kalle! Halo! Kalle!

Cholera, że też zawsze kończyło się tak samo. A przecież zadzwoniła, żeby porozmawiać chwilę z dziećmi i zagłuszyć wyrzuty sumienia. Usłyszała, jak Thomas podchodzi do telefonu i bierze słuchawkę.

– Co mu powiedziałaś?

Westchnęła i poczuła, że zaraz rozboli ją głowa.

– Dlaczego jedli śniadanie przed telewizorem?

– Nie jedli – powiedział Thomas. Starał się zachować spokój. – Pozwoliłem Kallemu wziąć do pokoju szklankę z sokiem. Co, zważywszy na konsekwencje, rzeczywiście nie było najlepszym pomysłem, ale przekupię ich obiadem w McDonaldzie, a potem kupimy nowy film. Bez ciebie też jakoś sobie poradzimy. Skup się na swoich artykułach. Jak ci idzie?

Przełknęła ślinę.

– Wyjątkowo paskudna sprawa. Morderstwo, samobójstwo, a może po prostu wypadek. Nic jeszcze nie wiemy.

– Tak, słyszałem. Pewnie wrócisz późno?

– To dopiero początek.

– Kocham cię.

Dziwne, ale poczuła, że ma łzy w oczach.

– Ja ciebie też – wyszeptała.

Jej informator pracował całą noc i zdążył już pójść do domu, więc musiała skorzystać ze zwykłych źródeł. Do południa nie wydarzyło się właściwie nic więcej. Nadal nie zidentyfikowano ofiary, ale udało się ugasić pożar. Na stadionie pracowali technicy.

Postanowiła pojechać tam jeszcze raz, z innym fotografem, młodym stażystą Ulfem Olssonem.

– Chyba jestem niewłaściwie ubrany – stwierdził Ulf, kiedy zjeżdżali windą do garażu.

Annika spojrzała na niego zdziwiona.

– Co masz na myśli?

Miał na sobie ciemnoszary wełniany płaszcz, półbuty i garnitur.

– Miałem fotografować tłum w teatrze, w Dramaten. Ktoś powinien mnie uprzedzić, że jedziemy na miejsce zbrodni. Musieliście o tym wiedzieć już od kilku godzin.

Spojrzał na nią wyzywająco i nagle w jej głowie nastąpiło zwarcie. Zmęczenie zrobiło swoje.

– Nie mów mi, co powinnam, a czego nie powinnam robić! – krzyknęła. – Jesteś fotografem, musisz być przygotowany na wszystko, od wypadków drogowych po galę w teatrze. A jeśli nie chcesz fotografować jatki w garniturze od Armaniego, to noś ze sobą kombinezon, do diabła!

Kopnęła drzwi i weszli do garażu. Amatorzy, niech ich szlag!

– Nie podoba mi się ton, jakim do mnie mówisz – powiedział fotograf podniesionym głosem.

Wybuchnęła. Odwróciła się do niego.

– Jesteś strasznie delikatny – wysyczała. – Poza tym chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś się sam zorientował, co się dzieje w redakcji. Oczekujesz, że ja albo ktoś inny będziemy cię informować, jak masz się ubrać?

Chłopak przełknął ślinę i zacisnął pięści.

– Uważam, że jesteś bardzo niesprawiedliwa – wymamrotał.

– Na litość boską, przestań marudzić. Siadaj za kierownicą i jedź. A może ja mam to zrobić?

Zwykle kiedy wyjeżdżali w teren, prowadził fotograf, także wtedy, kiedy korzystali z samochodu redakcji. W wielu gazetach samochody redakcji były z zasady służbowymi samochodami fotografów. Nieustanne kłótnie o rozliczanie przejazdów sprawiły, że redakcja „Kvällspressen” odstąpiła od takiego rozwiązania.

Annika usiadła za kierownicą i ruszyła Essingeleden w stronę Hammarbyhamnen. Atmosfera była gęsta. Postanowiła pojechać inną drogą: skręciła w Hammarby Fabriksväg, ale niewiele im to dało. Całe miasteczko olimpijskie było ogrodzone. Poirytowana zauważyła, że fotograf najwyraźniej odetchnął z ulgą, że nie pobrudzi sobie butów.

– Musimy mieć zdjęcie trybuny w dziennym świetle – powiedziała, zawracając przed plastikową taśmą przy Lumavägen. – Jedna ze stacji telewizyjnych ma tu siedzibę. Mam tam znajomą, więc jeśli będziemy mieli szczęście, może ktoś nas wpuści na dach.

Sięgnęła po komórkę i wybrała numer koleżanki, Anne Snapphane, producentki talk show dla kobiet w telewizji kablowej.

– Właśnie coś redaguję – warknęła Anne. – Kto mówi?

Pięć minut później stali na dachu dawnej fabryki lamp w południowej części Hammarbyhamnen. Widok na zniszczony stadion był niesamowity. Olsson nałożył teleobiektyw i wypstrykał cały film. Powinno starczyć.

W drodze powrotnej oboje milczeli.

– O drugiej zaczyna się konferencja prasowa! – krzyknął Patrik, jak tylko weszła do redakcji. – Zdjęcia czekają.

Pomachała mu w odpowiedzi i weszła do swojego pokoju. Powiesiła płaszcz na wieszaku, rzuciła torbę na biurko, wymieniła baterię w komórce, starą podłączyła do ładowarki.

Awantura z fotografem wyczerpała ją. Była z siebie niezadowolona. Dlaczego zareagowała tak gwałtownie? Dlaczego tak osobiście potraktowała jego uwagi? Zawahała się i wybrała numer szefa.

– Oczywiście, że mam dla ciebie czas – usłyszała w słuchawce głos Schymana.

Przeszła przez otwarte biuro do znajdującego się w rogu pokoju szefa. W redakcji nie działo się prawie nic. Ingvar Johansson siedział ze słuchawkami na uszach i jadł sałatkę z tuńczyka. Pelle Oscarsson klikał od niechcenia w Photoshopa, jeden z redaktorów rozplanowywał w komputerze strony jutrzejszego wydania.

Zamknęła za sobą drzwi i w tym momencie z radia dobiegł sygnał południowego wydania „Echa”. Prowadzący obstawał przy teorii sabotażu. Twierdził, że policja poszukuje szaleńca, który nienawidzi igrzysk olimpijskich. Nic więcej nie mieli.

– Całkowicie błędne założenie – powiedziała Annika. – Policja podejrzewa, że sprawcą jest ktoś z pracowników.

Schyman aż zagwizdał.

– Jak to?

– Nie ma śladów włamania, a wszystkie alarmy były odłączone. Albo zrobiła to ofiara, albo zamachowiec. I jedno, i drugie oznacza, że mamy do czynienia z kimś z pracowników.

– Niekoniecznie, alarmy mogły być niesprawne.

– Nie, były sprawne, zostały odłączone.

– Może ktoś zapomniał je włączyć – upierał się Schyman.

Pokiwała głową i zaczęła się zastanawiać. Rzeczywiście, tak też mogło być.

Usiedli na wygodnych kanapach stojących pod ścianą. Oboje jednym uchem słuchali radia. Annika spojrzała na budynek ambasady rosyjskiej. Dzień odchodził, zanim naprawdę zdążył nadejść. W szarej mżawce okna sprawiały wrażenie brudnych. Zauważyła, że ktoś się w końcu zlitował i wstawił do gabinetu doniczki z czerwonymi gwiazdami betlejemskimi i dwa adwentowe świeczniki.

– Huknęłam dzisiaj na Olssona – zaczęła.

Schyman milczał, czekał na dalszy ciąg.

– Skarżył się, że nie jest właściwie ubrany, żeby jechać do Hammarbyhamnen. Uznał, że to moja wina. Że powinnam go uprzedzić, dokąd jedziemy.

Zamilkła. Schyman przyglądał się jej chwilę.

– Nie ty wybierasz sobie fotografa. O tym decyduje szef działu zdjęciowego. Poza tym i reporterzy, i fotografowie powinni być ubrani tak, żeby mogli pracować w każdych warunkach i o każdej porze. Na tym polega ich praca.

– Rzuciłam kilka ostrych słów – przyznała się.

– To nie było zbyt rozsądne. Na twoim miejscu przeprosiłbym go za język, a przy okazji udzielił kilku rad na temat stroju. Poza tym uważaj na to, co piszemy o sabotażu, żebyśmy nie wpadli w pułapkę. Może się okazać, że to fałszywy trop.

Wstał, dając jej w ten sposób znak, że skończyli.

Poczuła ulgę: szef poparł jej wersję wydarzeń, no i zdobyła się na to, żeby powiedzieć mu, że się wściekła. To prawda, że w redakcji ciągle ktoś się na kogoś wściekał, ale ona była kobietą – od niedawna na kierowniczym stanowisku. Wiedziała, że będzie pod obstrzałem i że musi się do tego przyzwyczaić.

Poszła prosto do pokoju fotografów. Po drodze wzięła dużą torbę z logo gazety. Ulf Olsson był sam, siedział i przeglądał jakieś eleganckie pismo dla mężczyzn.

– Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam – zaczęła. – Proszę, to torba, do której możesz włożyć zimowe ubrania: długie kalesony, zimowe buty, czapkę i rękawice. Wstaw ją do swojej szafki albo włóż do bagażnika.

Spojrzał na nią skwaszony.

– Powinnaś była mnie uprzedzić, że…

– O tym powinieneś porozmawiać ze swoim szefem albo z redaktorem naczelnym. Wywołałeś zdjęcia?

– Nie, ja…

– To zrób to.

Wyszła, czując na plecach jego wzrok. W drodze do swojego pokoju uświadomiła sobie, że cały dzień nic nie jadła, nawet śniadania. Poszła do stołówki, kupiła kanapkę z klopsikami i colę light.

Wiadomość o wybuchu na stadionie olimpijskim obiegła już świat. Wszystkie duże stacje telewizyjne i zagraniczne gazety wysłały przedstawicieli na konferencję prasową, która miała się odbyć o czternastej w komendzie policji. Zjawili się dziennikarze CNN, Sky News, BBC, telewizji skandynawskich, korespondenci „Le Monde”, „European”, „Timesa”, „Die Zeit” i wielu innych. Wozy transmisyjne blokowały niemal cały podjazd.

Annika przyszła w towarzystwie czterech współpracowników: dwojga reporterów, Berit i Patrika, i dwóch fotografów. Sala była wypełniona ludźmi i sprzętem. Annika i towarzyszący jej reporterzy usiedli na krzesłach przy wyjściu, fotografowie próbowali się przepchnąć jak najbliżej podium. Ludzie z telewizji jak zwykle ustawili się tuż przed nim i zasłaniali widok pozostałym. Wszyscy potykali się o ich kilometrowe kable, które wiły się po całej podłodze. Było oczywiste, że to redaktorzy z telewizji pierwsi będą zadawać pytania. Reflektory oświetlały całą salę, większość była skierowana na prowizoryczną scenę, z której policjanci wkrótce mieli przemówić do ludu. Wiele stacji nadawało na żywo, między innymi CNN, SKY i szwedzki „Raport”. Dziennikarze ćwiczyli swoje kwestie, coś notowali, fotografowie zakładali filmy, reporterzy radiowi sprawdzali magnetofony: raz, dwa, raz, dwa. Panujący w sali gwar przypominał szum wodospadu. Już było potwornie gorąco. Annika jęknęła i rzuciła płaszcz na podłogę.

W końcu w bocznych drzwiach obok podestu stanęli policjanci. Głosy zamarły, zastąpił je trzask aparatów. Na podium weszło czterech mężczyzn: rzecznik prasowy sztokholmskiej policji, prokurator rejonowy Kjell Lindström, śledczy z wydziału kryminalnego, którego nazwiska Annika nie mogła sobie przypomnieć, i Evert Danielsson z sekretariatu komitetu organizacyjnego igrzysk. Powoli zajmowali miejsca za stołem, każdy z nich sięgnął po obowiązkową szklankę wody mineralnej.

Zaczął rzecznik prasowy policji. Przytoczył znane już powszechnie fakty: doszło do wybuchu, jedna osoba zginęła, są straty materialne, badania techniczne trwają. Już sprawiał wrażenie zmęczonego. Annika zaczęła się zastanawiać, jak będzie wyglądał po kilku dniach dochodzenia.

Po nim głos zabrał prokurator:

– Nie udało nam się jeszcze zidentyfikować osoby, która poniosła śmierć na stadionie – oznajmił. – Prace się przedłużają między innymi z powodu złego stanu ciała. Mamy jednak cały szereg innych śladów, które, jak sądzimy, pozwolą nam ustalić tożsamość ofiary. Próbki materiału wybuchowego zostały przesłane do analizy do Londynu. Nie wiemy jeszcze nic konkretnego, ale ze wstępnych danych wynika, że prawdopodobnie chodzi o materiał wybuchowy do użytku cywilnego, co znaczy, że nie użyto broni ani żadnych materiałów, z których korzysta wojsko. – Wypił kilka łyków wody. Było słychać, jak pracują kamery. – Poszukujemy mężczyzny, który siedem lat temu został skazany za podłożenie bomb, które wówczas uszkodziły dwa obiekty sportowe. Na razie nie jest o nic podejrzany, ale chcielibyśmy go przesłuchać. – Spojrzał na notatki i jakby się zawahał. Po chwili podniósł głowę i zaczął mówić wprost do kamery „Raportu”. – Tuż przed wybuchem przy stadionie widziano człowieka w ciemnym ubraniu. Zwracamy się z apelem o zgłaszanie wszystkiego, co mogło mieć związek z ostatnimi wydarzeniami na Stadionie Victorii. Policja prosi o kontakt wszystkich, którzy byli w porcie Södra Hammarby między północą a godziną trzecią dwadzieścia rano. Nawet jeśli to, co wiecie, wydaje wam się nieistotne, może się okazać ostatnią, rozstrzygającą częścią układanki.

Wyrecytował kilka numerów telefonów, które „Raport” miał pokazać na planszach po programie. Kiedy skończył, Evert Danielsson z sekretariatu komitetu organizacyjnego igrzysk odchrząknął i przejął mikrofon.

– Tak, to wielka tragedia – zaczął zdenerwowany. – Zarówno dla Szwecji, jako gospodarza igrzysk, jak i dla sportu w ogóle. Igrzyska olimpijskie symbolizują rywalizację na równych zasadach, bez względu na rasę, religię, przekonania polityczne czy płeć. Dlatego to bardzo smutne, że ktoś obrał stadion za cel ataku terrorystycznego.

Annika stanęła na palcach, żeby móc cokolwiek zobaczyć ponad kamerą CNN. Była ciekawa, jak policja i prokurator rejonowy zareagują na wygłaszane przez Danielssona peany na cześć igrzysk. Tak jak się spodziewała, wzdrygnęli się, kiedy stało się jasne, że Danielsson nie tylko podał motyw, ale też powiedział, co się stało. Stwierdził wyraźnie, że był to atak terrorystyczny skierowany przeciwko igrzyskom. A przecież policja nadal nie miała pojęcia, kim jest ofiara. A może coś się zmieniło? Zaczęła się zastanawiać, czy Danielsson nie wie tego, co jej już się udało ustalić, a mianowicie że sprawcą prawdopodobnie był ktoś, kto miał dostęp do stadionu.

Prokurator próbował przerwać słowotok Danielssona, ale on perorował dalej:

– Apeluję do wszystkich, którzy mogli coś widzieć, o pilny kontakt z policją. Zatrzymanie winnego jest sprawą najwyższej… Tak, o co chodzi?

Spojrzał zdziwiony na prokuratora, który kopał go pod stołem.

– Chcę tylko podkreślić – prokurator nachylił się do mikrofonu – że w obecnej sytuacji nie możemy wskazać motywu. – Spojrzał krzywo na Danielssona. – Nic, powtarzam, nic nie wskazuje na to, że był to atak terrorystyczny skierowany przeciwko igrzyskom olimpijskim. Nikt nie groził, że dokona zamachu na obiekt sportowy, nie grożono też komitetowi organizacyjnemu. Jesteśmy więc otwarci na wszelkie motywy. – Odchylił się do tyłu. – Jakieś pytania?

Reporterzy tylko na to czekali. Natychmiast zaczęli się przekrzykiwać. Pierwsze pytania dotyczyły jak zwykle spraw, o których już była mowa, ale mówiono o nich zbyt zawile i rozwlekle, żeby się zmieściły w półtoraminutowej wstawce. Reporterzy powtarzali je, mając nadzieję, że tym razem odpowiedź będzie krótsza i zwięźlejsza.

– Macie podejrzanego?

– Są jakieś ślady?

– Zidentyfikowaliście ofiarę?

– To mógł być zamach terrorystyczny?

Annika westchnęła. Chodziła na takie konferencje przede wszystkim po to, żeby obserwować śledczych. Ich wypowiedzi trafiały do mediów, ale mimika tych, których nie obejmowała kamera, była niekiedy bardziej wymowna niż słowa. Zauważyła na przykład, że Kjell Lindström był wściekły na Danielssona, kiedy ten zaczął mówić o ataku terrorystycznym.

Jeśli było coś, do czego szwedzka policja nie chciała dopuścić, to na pewno do tego, żeby zaczęto mówić o Sztokholmie jako o mieście zagrożonym terroryzmem, szczególnie teraz, przed igrzyskami. Poza tym najprawdopodobniej był to fałszywy trop. Przyznali, że pojawiły się nowe poszlaki, co było rzeczą dość wyjątkową.

Nabazgrała w notesie kilka pytań. W okolicach stadionu widziano człowieka w ciemnym ubraniu: kiedy i gdzie? Okazuje się, że jest świadek: kto to jest i co tam robił? Próbki materiałów wybuchowych wysłano do Londynu: dlaczego? Dlaczego nie zlecono analizy wydziałowi kryminalno-technicznemu w Linköping? No i kiedy można się spodziewać odpowiedzi? Skąd wiadomo, że materiały nie pochodziły z zapasów wojska? Jakie to ma znaczenie dla dochodzenia? Zawęża je czy wręcz przeciwnie? Jak łatwo dostępne są materiały wybuchowe przeznaczone do użytku cywilnego? Ile potrwa naprawa północnej trybuny? Czy stadion jest ubezpieczony? A jeśli tak, to gdzie? No i kim jest ofiara? Czy policja już to wie? O jakich śladach wspominał Kjell Lindström i w jaki sposób miałyby pomóc w identyfikacji ofiary?

Znów westchnęła. Wyglądało na to, że dochodzenie może się ciągnąć w nieskończoność.

Prokurator rejonowy Kjell Lindström szedł korytarzem na tyłach sali konferencyjnej. Twarz miał białą, kurczowo ściskał aktówkę. Musiał zająć czymś ręce, inaczej udusiłby Danielssona, szefa sekretariatu komitetu organizacyjnego. Za nim kroczyli pozostali uczestnicy konferencji i trzech funkcjonariuszy w mundurach. Pilnowali porządku. Jeden z nich zamknął za wszystkimi drzwi, tuż przed nosem ostatnich, najbardziej namolnych dziennikarzy.

– Nie rozumiem, dlaczego nie można powiedzieć głośno tego, co wszyscy i tak podejrzewają – rzucił Danielsson. Był obrażony. – To chyba jasne, że to był zamach terrorystyczny. W sekretariacie uważamy, że należy jak najszybciej zmobilizować opinię publiczną, żeby wystąpiła przeciwko próbom sabotowania igrzysk…

Prokurator odwrócił się i podszedł do niego – najbliżej, jak mógł.

– Read my lips: Nie ma nic, co by wskazywało na to, że to był zamach terrorystyczny. Jasne? Ostatnią rzeczą, jakiej policja teraz potrzebuje, jest publiczna debata o terroryzmie i przeciwdziałaniu zamachom. Zaczęto by się domagać kolejnych zabezpieczeń igrzysk i budynków publicznych, na które nas po prostu nie stać… Wie pan, ile stadionów w taki czy inny sposób jest związanych z igrzyskami? Musi pan to wiedzieć. A pamięta pan burzę, która się rozpętała wokół Tigera? Zdetonował kilka niewielkich ładunków, a cholerni dziennikarze z całego kraju zaczęli wchodzić w nocy do niestrzeżonych obiektów sportowych i wypisywać skandaliczne rzeczy o ich kiepskim zabezpieczeniu.

– Skąd pewność, że to nie był zamach terrorystyczny? – spytał Danielsson, nieco przestraszony.

Lindström westchnął i ruszył dalej.

– Proszę mi wierzyć, że mamy podstawy tak sądzić.

– Jakie? – Danielsson nie ustępował.

Prokurator znów się zatrzymał.

– Za tym stoi ktoś z pracowników. To dzieło kogoś z ludzi pracujących przy organizacji igrzysk. Kogoś od was. Dlatego to dość niefortunne, że właśnie pan ciągle wraca to teorii zamachu. Rozumiemy się?

Danielsson zbladł.

– To niemożliwe.

Lindström ruszył przed siebie.

– Owszem, możliwe. A teraz proszę się udać ze śledczym do wydziału kryminalnego i powiedzieć mu, kto ma dostęp do przepustek, kluczy i kodów alarmowych na stadionie.

Jak tylko Annika wróciła do redakcji po konferencji, od razu zobaczyła Ingvara Johanssona. Machał do niej zza komputera.

– Chodź i spójrz na to! Może coś z tego zrozumiesz! – krzyknął.

Annika poszła najpierw do siebie, zdjęła torbę z ramienia, powiesiła płaszcz i szalik, zdjęła rękawiczki. Sweter był przepocony pod pachami, kleił jej się do skóry. Uświadomiła sobie, że rano nie zdążyła wziąć prysznica. Otuliła się szczelniej marynarką w nadziei, że nie czuć od niej zapachu potu.

Janet Ullberg, młoda reporterka na stażu, i Ingvar Johansson stali pochyleni nad jednym z komputerów, wyposażonych w szybki modem. Ingvar stukał w klawiaturę.

– Janet przez cały dzień nie udało się złapać Christiny Furhage. Numer telefonu podobno jest aktualny, ale nikt nie odbiera. W sekretariacie komitetu organizacyjnego igrzysk twierdzą, że Furhage jest w Sztokholmie, prawdopodobnie w domu. Chcieliśmy ją sprawdzić w bazie adresowej i pojechać do niej do domu, ale kiedy wstukujemy jej dane, coś się nie zgadza. Nie ma jej w systemie.

Wskazał na ekran: osoba spełniająca podane kryteria nie istnieje…

Annika przecisnęła się obok Janet i usiadła na drewnianym krześle przed komputerem.

– Na pewno jest w systemie, wszyscy w nim jesteśmy – stwierdziła. – Za bardzo zawęziliście poszukiwania.

– To dla mnie za trudne – stwierdziła stażystka cienkim głosem. – O co tu chodzi?

Annika zaczęła stukać w klawiaturę i wyjaśniać.

– Dafa Spar to państwowy rejestr osób i adresów. Teraz to się chyba nazywa jakoś inaczej. Bodajże Sema Group, ale wszyscy używają starej nazwy. Poza tym właścicielem nie jest już państwo, tylko jakaś francusko-angielska firma… Tak czy inaczej każdy, kto mieszka w Szwecji, Szwed czy obcokrajowiec, jest tu zarejestrowany: imię, nazwisko, PESEL, adres, aktualny i wszystkie poprzednie, miejsce urodzenia. Dawniej były też informacje o dzieciach i małżonkach, ale kilka lat temu zostały usunięte. Używając modemu, możemy się połączyć z czymś, co się nazywa rynek danych. O, spójrz tutaj. Widzisz? Można wybrać różne opcje: rejestr samochodowy, rejestr spółek akcyjnych, ale nas interesuje Spar. Więc wpisujemy spar, tu, na górze, na pasku…

– Wracam do siebie. Zadzwońcie do mnie później – rzucił Ingvar Johansson i ruszył w stronę pulpitu wiadomości.

– I jesteśmy. Teraz możemy wybrać różne opcje, w zależności od tego, czego chcemy się dowiedzieć. Jeśli masz PESEL, wybierasz F2, jeśli masz tylko datę urodzenia, bez ostatnich cyfr PESEL-u, wybierasz F3. F4 i F5 to dane zastrzeżone, czyli powiązania rodzinne, ale z F7 i F8 możemy swobodnie korzystać. Jeśli chcesz się dowiedzieć, gdzie dana osoba mieszka, wybierasz F8. Voilà! – Wcisnęła klawisz i na monitorze pokazał się formularz. – Szukamy Christiny Furhage, która mieszka gdzieś w Szwecji – powiedziała i zaczęła wypełniać kolejne pola: płeć, imię i nazwisko. Pole z przybliżoną datą urodzenia zostawiła puste, nie podała też litery oznaczającej województwo i kod pocztowy. Komputer zastanawiał się chwilę, po kilku sekundach na ekranie pojawiły się trzy linijki danych.

– Dobrze, sprawdzimy wszystko po kolei – powiedziała Annika, wskazując ołówkiem na ekran. – Spójrz: Furhage, Eleonora Christina, Kalix, rok urodzenia 1912, hist. Ten ostatni skrót znaczy, że informacja jest historyczna, czyli nieaktualna. Osoba ta prawdopodobnie już nie żyje. Dane osób zmarłych figurują w rejestrze jeszcze przez jakiś czas po ich śmierci. Chociaż równie dobrze może to znaczyć, że zmieniła nazwisko. Mogła na przykład wyjść w domu opieki za jakiegoś dziadka. To też możemy sprawdzić. Zaznaczając jej nazwisko i wciskając F7, dotrzemy do tych danych, ale teraz to sobie darujemy. – Wskazała ołówkiem na ostatnią linijkę. – Furhage, Sofia Christina, Kalix, rok urodzenia 1993. Prawie dziecko. Pewnie rodzina tej poprzedniej. Rzadkie nazwiska niemal zawsze występują w tej samej miejscowości. – Znów przesunęła ołówkiem po ekranie. – To chyba jest nasza Christina – powiedziała w końcu.

Zaznaczyła linijkę i kliknęła. Na ekranie wyświetliła się zaskakująca informacja. Wzdrygnęła się.

– Boże drogi…

Pochyliła się nad monitorem, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom.

– Co się stało? – spytała Janet.

– Jej dane są objęte ochroną.

Wcisnęła p i podeszła do drukarki. Z wydrukiem w ręku ruszyła do Ingvara Johanssona.

– Czy kiedykolwiek pisaliśmy, że Christina Furhage ma ochronę? Czy ktoś jej groził?

Johansson odchylił się w fotelu i zaczął się zastanawiać.

– O ile mi wiadomo, nie. Czemu pytasz?

Pokazała mu wydruk.

– Grożono jej śmiercią. Sprawa musi być poważna. Jedyną osobą, która wie, gdzie mieszka, jest kierownik urzędu skarbowego w Tyresö. W całej Szwecji zaledwie sto osób jest objętych taką ochroną.

Podała wydruk Johanssonowi. Spojrzał na niego, jakby nic nie rozumiał.

– Co? Jaką ochroną? Przecież tu jest podane jej nazwisko.

– Tak, ale spójrz na adres: kierownik urzędu w Tyresö.

– O czym ty mówisz?

Annika usiadła.

– Jeśli komuś ktoś grozi, władze mogą zdecydować o różnych formach ochrony – zaczęła. – Przede wszystkim można zastrzec adres takiej osoby w rejestrze ludności. To wcale nie jest takie rzadkie, w Szwecji dotyczy to około pięciu tysięcy osób. W takim przypadku wyświetla się napis: dane osobowe zastrzeżone.

– W tym przypadku tak nie jest – wszedł jej w słowo Johansson.

Annika udała, że go nie słyszy, ale on ciągnął dalej:

– Żeby można było zastrzec czyjeś dane, musi istnieć realne zagrożenie.

– Decyzję podejmuje kierownik urzędu skarbowego w miejscu, gdzie dana osoba jest zameldowana.

Annika postukała ołówkiem w wydruk.

– Natomiast ta forma ochrony jest cholernie rzadka – podkreśliła. – Wymaga wiele zachodu, ale skutek jest taki, że nazwisko znika z urzędowych rejestrów. To jedyna wzmianka, jaka została: odsyła nas do kierownika urzędu skarbowego w Tyresö, pod Sztokholmem. To jedyny urzędnik w całej Szwecji, który wie, gdzie ona jest.

Johansson patrzył na nią bez przekonania.

– Skąd wiesz takie rzeczy?

– Pamiętasz moje artykuły o fundacji Raj? Pisałam o ludziach żyjących w podziemiu. Tu, w Szwecji.

– Tak, pamiętam. I co z tego?

– Wtedy po raz pierwszy – i jak dotąd jedyny – natknęłam się na taki zapis. Kiedy próbowałam znaleźć ludzi, których władze za wszelką cenę starały się ukryć.

– Nie wierzę, żeby ktoś ukrywał Christinę Furhage.

– Ale jak dotąd nie udało nam się jej znaleźć, prawda? Co to za numer, ten, na który wydzwanialiście?

Okazało się, że został wzięty z redakcyjnej książki telefonicznej, zainstalowanej we wszystkich komputerach. Po wpisaniu imienia: Christina, i nazwiska: Furhage, i podaniu tytułu: przewodnicząca komitetu organizacyjnego igrzysk olimpijskich, na ekranie pokazywał się numer komórki. Kiedy Annika go wybrała, natychmiast odezwała się poczta głosowa.

– Komórka nie jest podłączona – stwierdziła Annika.

Zadzwoniła do biura numerów, żeby się dowiedzieć, na kogo numer jest zarejestrowany. Okazało się, że to dane zastrzeżone.

Johansson westchnął.

– Teraz i tak jest już za ciemno, żebym mógł sobie pstryknąć fotkę z panią Furhage na tle stadionu. Przełóżmy to na jutro.

– Musimy się z nią jakoś skontaktować. Chciałabym, żeby to skomentowała – nie odpuszczała Annika.

Po chwili wstała i poszła do swojego pokoju.

– Co zamierzasz? – rzucił za nią Johansson.

– Zadzwonię do sekretariatu komitetu organizacyjnego. Muszą, do diabła, wiedzieć, co się dzieje – odpowiedziała.

Opadła ciężko na krzesło, oparła głowę o blat biurka. Uderzyła czołem o suchą bułeczkę z cynamonem, która leżała tam od poprzedniego dnia. Odgryzła kawałek. Smak cynamonu wymieszał się w jej ustach z resztkami coli light, którą piła do lunchu.

Zebrała palcami okruchy i wybrała numer centrali komitetu olimpijskiego. Zajęte. Zadzwoniła jeszcze raz, tym razem zastępując ostatnie zero jedynką. Stara sztuczka pozwalająca ominąć centralę i trafić na czyjeś biurko.

Czasem trzeba było wykonać wiele takich telefonów, ale w końcu prawie zawsze trafiało się na jakiegoś urzędującego po godzinach biedaka. Tym razem udało jej się za pierwszym razem. Telefon odebrał sam szef, Evert Danielsson.

Annika się zawahała. Postanowiła dać sobie spokój z grzecznościowymi formułkami i od razu przejść do rzeczy.

– Chcielibyśmy zamieścić komentarz Christiny Furhage – powiedziała. – Sprawa jest pilna.

Danielsson jęknął.

– To już chyba dziesiąty telefon dzisiaj. Obiecałem, że przekażę jej wasze pytania.

– Chcielibyśmy z nią porozmawiać. Osobiście. Nie może się ukrywać przed ludźmi w takiej chwili, to chyba zrozumiałe. Jak to wygląda? To przecież jej igrzyska, do licha! Zwykle chętnie się wypowiada. Dlaczego teraz się ukrywa? Proszę mnie z nią połączyć.

Danielsson przez kilka sekund głośno oddychał w słuchawkę.

– Nie wiemy, gdzie jest – powiedział w końcu cicho.

Annika poczuła, jak jej tętno przyspiesza. Włączyła stojący na biurku obok telefonu magnetofon.

– Nie macie z nią kontaktu? – spytała.

Danielsson przełknął ślinę.

– Nie mamy – potwierdził w końcu. – Od rana. Nie udało nam się jej złapać, ale proszę o tym nie pisać.

– Nie mogę panu nic obiecać. Jak pan myśli, gdzie może być?

– Sądziliśmy, że jest w domu.

– Czyli gdzie? – spytała Annika, mając w pamięci dane z komputera.

– Mieszka tu, w Sztokholmie. Tylko nikt nie otwiera.

Annika zaczerpnęła powietrza i spytała szybko:

– Jakie groźby otrzymywała?

Danielsson z trudem łapał powietrze.

– Słucham? O co pani chodzi?

– Niech pan nie udaje – przerwała mu. – Jeśli pan nie chce, żebym napisała o naszej rozmowie, to proszę powiedzieć prawdę.

– Ale jak… kto pani to…

– Jej dane są zastrzeżone. To oznacza, że jej grożono. Groźby były na tyle poważne, że prokurator wydał zakaz zbliżania się do niej. Czy tak właśnie było?

– Boże drogi – westchnął Danielsson. – Kto pani to powiedział?

Annika jęknęła cicho.

– To wszystko można wyczytać z Dafa Spar. To znaczy jeśli się potrafi czytać między wierszami. Czy prokurator wydał taki zakaz? Zabronił temu, kto jej groził, się do niej zbliżać?

– Nie mogę nic więcej powiedzieć – wyszeptał Danielsson zduszonym głosem i odłożył słuchawkę.

Annika wsłuchiwała się jeszcze chwilę w ciszę, po czym westchnęła i też odłożyła słuchawkę.

Evert Danielsson spojrzał na stojącą w drzwiach kobietę.

– Jak długo tu stoisz?

– A co ty tu robisz? – spytała Helena Starke, krzyżując ręce na piersi.

Danielsson wstał z fotela Christiny Furhage i zmieszany zaczął się rozglądać, jakby dopiero w tej chwili się zorientował, że siedzi przy biurku szefowej.

– Ja… chciałem coś sprawdzić. Grafik Christiny. Chciałem sprawdzić, czy zapisała coś w kalendarzu. Może miała gdzieś wyjechać albo… Ale nie znalazłem go, to znaczy kalendarza.

Kobieta patrzyła na niego. Była zła, ale on wytrzymał jej spojrzenie.

– Okropnie wyglądasz – rzucił. Nie mógł się powstrzymać.

– Typowo męski szowinistyczny komentarz – powiedziała zniesmaczona i podeszła do biurka. – Zalałam się wczoraj w trupa i rano zarzygałam chodnik w holu. Jeśli powiesz, że to wyjątkowo mało kobiece, wybiję ci zęby.

Danielsson mimowolnie przeciągnął językiem po przednich zębach.

– Christina spędza dzisiaj cały dzień z rodziną – powiedziała Helena Starke, wyciągając pewnym ruchem drugą szufladę biurka. Widać było, że czuje się jak u siebie. – To znaczy, że zamierza pracować w domu zamiast tu, w biurze – dodała, żeby nie było wątpliwości.

Danielsson przyglądał się, jak wyjmuje z szuflady opasły terminarz. Otworzyła go prawie na samym końcu i przerzuciła kilka kartek. Papier zaszeleścił.

– Nic. Sobota, osiemnasty grudnia, jest pusta.