Annika Bengtzon. Raj - Liza Marklund - ebook

Annika Bengtzon. Raj ebook

Liza Marklund

4,3

Opis

Szwecję nawiedza huragan, z portu w Sztokholmie ginie wart 50 000 000 koron ładunek papierosów. Na nabrzeżu leżą zwłoki dwóch mężczyzn. Aida chcąc się ratować ucieka z miejsca zbrodni. Znajduje azyl w „Raju” – stowarzyszeniu pomagającym ofiarom zastraszania. Tymczasem liczba morderstw rośnie, porwane osoby poddawane są okrutnym torturom. Annika Bengtzon (dziennikarka znana z poprzednich części cyklu Marklund) próbuje otrząsnąć się po śmierci ukochanego. Sprawa stowarzyszenia „Raj” staje się dla niej szansą na powrót do życia i pracy. W pogoni za prawdą spotyka Thomasa, czy może mu ufać...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Kolekcje



PROLOG

Czas minął, pomyślała. Tak wygląda umieranie.

Uderzyła głową o asfalt, prawie straciła przytomność. Strach minął, ucichły wszelkie dźwięki. Zapanowała cisza.

Ogarnął ją spokój, wszystko było takie wyraźne. Brzuch i podbrzusze przylegały do podłoża, włosy i policzek spoczywały na lodzie i kamieniach.

Jakie to wszystko dziwne. Jak niewiele właściwie można przewidzieć. Kto by przypuszczał, że stanie się to właśnie tutaj? Na obcym wybrzeżu, daleko na północy.

Nagle znowu stanął jej przed oczyma chłopiec. Widziała jego wyciągnięte ramiona. Ogarnął ją strach. Usłyszała strzały, chciało jej się płakać, poczuła się taka niedoskonała.

Przepraszam, szepnęła. Przepraszam za moje tchórzostwo, za moje beznadziejne nieudacznictwo.

Znowu poczuła, że wieje wiatr. Szarpał jej wielką torbę, sprawiał ból. Dźwięki wróciły, bolała ją stopa. Przemoczone dżinsy ziębiły jej uda. Tylko upadła, kula jej nie trafiła. Pozostała tylko jedna myśl.

Muszę uciekać.

Z trudem stanęła na czworakach. Powalił ją wiatr, podniosła się znów. Powiewy między budynkami były nieprzewidywalne, przewalały się ulicą od morza niczym niemiłosierne uderzenia kijem.

Muszę uciekać. Natychmiast.

Wiedziała, że ten mężczyzna jest gdzieś za nią. Odciął jej drogę do miasta, była uwięziona.

Nie mogę tu stać, w świetle reflektorów. Muszę uciekać. Uciekać!

Kolejny poryw wiatru zaparł jej dech w piersiach. Z trudem go odzyskała i odwróciła się. Żółte reflektory oblały złotem rudery. Dokąd ma iść?

Złapała torbę i pobiegła z wiatrem, do budynku zwróconego fasadą ku wodzie. Wzdłuż biegła długa rampa załadunkowa, po której wiatr rozrzucił różne rupiecie. Część leżała na ziemi. Co to takiego? Schody? Komin! Meble. Fotel ginekologiczny. Furgonetka. Deska rozdzielcza wojskowego samolotu.

Wciągnęła się na nabrzeże, zrzuciła torbę. Przecisnąwszy się między wannami i ławkami szkolnymi, przykucnęła za starym biurkiem.

Znajdzie mnie, myślała. To tylko kwestia czasu. Nigdy się nie podda.

Siedziała skulona w pozycji embrionalnej, kołysząc się i dysząc, mokra od potu i asfaltowej mazi. Zrozumiała, że wpadła w pułapkę. Tu nie uda jej się ukryć. Wystarczy, że podejdzie, przyłoży jej pistolet do tyłu głowy i naciśnie spust.

Ostrożnie wyjrzała spod szafek z szufladami. Nic nie było widać. Tylko lód i magazyn, skąpane w złocie reflektorów.

Muszę poczekać, pomyślała. Muszę wiedzieć, gdzie on jest. Potem spróbuję uciec.

Po kilku minutach poczuła ból w zgięciu kolan. Udo i łydka ścierpły, kostki piekły, szczególnie lewa. Musiała ją skręcić, kiedy upadła. Z rany na czole ciek ła krew, kapała wprost na ziemię.

Wtedy go zobaczyła. Stał na skraju nabrzeża, trzy metry od niej. Jego ostry profil odcinał się na tle żółtego światła. Wiatr przyniósł do niej jego szept:

– Aida.

Zwinęła się i mocno zacisnęła powieki. Skurczyła się, chciała być jak zwierzę, chciała być niewidoczna.

– Aida, wiem, że tu jesteś.

Oddychała z otwartymi ustami, bezdźwięcznie, czekała. Wiatr mu sprzyjał, sprawiał, że nie słyszała jego kroków. Kiedy znów spojrzała w górę, zobaczyła, że przeszedł na drugą stronę szerokiej ulicy. Szedł wzdłuż płotu, trzymając pistolet w gotowości, pod kurtką. Zaczęła oddychać szybciej, nierówno, konwulsyjnie. Przyprawiało ją to o zawroty głowy. Kiedy wśliznął się za róg i wszedł do niebieskiego magazynu, zeskoczyła na asfalt i ruszyła biegiem. Jej kroki dudniły, wiatr wiał zdradziecko. Torba obijała się o plecy, włosy wpadały w oczy.

Nie usłyszała strzału, tylko świst kuli tuż przy głowie. Zaczęła biec zygzakiem, skręcając chaotycznie. Kolejny świst, kolejny zwrot.

Nagle grunt się skończył, ustępując miejsca wzburzonemu morzu. Fale były jak żagle, ostre niczym kawałki potłuczonego szkła. Zawahała się tylko na moment.

Mężczyzna podszedł do miejsca, z którego skoczyła dziewczyna, i obserwował taflę wody. Zmrużył oczy. Trzymając broń w gotowości, próbował wśród fal dojrzeć jej głowę. Bezskutecznie.

Nigdy jej się nie uda. Za zimno, zbyt wietrznie. Za późno.

Za późno dla Aidy z Bijeliny. Stała się zbyt ważna. Zbyt samotna.

Stał jeszcze chwilę, poddając się przeszywającemu zimnu. Wiatr wiał, smagał go, siekł po twarzy lodem.

Odgłos rozrusznika ciężarowej scanii odpłynął w dal, nigdy do niego nie dotarł. Odjechała w blasku złotego światła, bez dźwięku, nie pozostawiając po sobie śladu.

Część pierwsza

PAŹDZIERNIK

Część pierwsza: PAŹDZIERNIK

Nie jestem złym człowiekiem

Jestem wypadkową własnych ograniczeń i okoliczności. Wszyscy ludzie przychodzą na ten sam świat, różne są tylko warunki: genetyczne, kulturowe, społeczne.

Zabiłam, to prawda, ale właściwie nic w tym ciekawego. Pytanie, czy człowiek, który już nie żyje, w ogóle na życie zasługiwał. Mam swój punkt widzenia, który wcale nie musi się zgadzać z tym, co o tym myślą inni.

Można mnie uważać za porywczą, ale to nie musi oznaczać, że jestem zła. Przemoc to władza, dokładnie taka sama jak pieniądze czy wpływy. Ten, co wybiera przemoc jako narzędzie, może go używać, nie czyniąc zła. Ale zawsze trzeba za to zapłacić.

Przemocy nie akceptuje się za darmo, trzeba oddać w zastaw duszę. Wkład może być bardzo różny, ja niewiele musiałam poświęcić.

Okoliczności usprawiedliwiające stosowanie przemocy zawsze się znajdą. Jedną z nich jest zło, inną rozpacz, jeszcze inną chęć zemsty, kolejną szał, a u ludzi chorych – żądza.

A ja nie jestem złym człowiekiem.

Jestem wypadkową własnych ograniczeń i okoliczności.

Niedziela, 28 października

STRAŻNIK SECURITAS był czujny. Spustoszenie po huraganie, który szalał ostatniej nocy, było widać wszędzie: powalone drzewa, kawałki blachy z magazynów i dachów, porozrzucane części wyposażenia.

Kiedy zobaczył, co się stało, stanął jak wryty. Na szerokim placu przy brzegu morza leżał kokpit samolotu, sprzęt medyczny, części łazienki. Minęło kilka sekund, zanim zdał sobie sprawę, co widzi: szczątki rekwizytorni Telewizji Szwedzkiej.

Zabitych dostrzegł dopiero, gdy wyłączył silnik i odpiął pasy. To dziwne, ale nie ogarnęła go ani trwoga, ani strach, tylko zwyczajne zdziwienie. Ubrane na czarno ciała leżały rozrzucone przed schodami, które kiedyś były dekoracją w starym serialu telewizyjnym. Zanim jeszcze wysiadł z samochodu, wiedział, że mężczyźni zostali zamordowani. Nie trzeba być ekspertem, żeby to zrozumieć. Byli pozbawieni głów. W ich miejscu na pokrytym lodem asfalcie rozlała się kleista maź.

Nie myśląc o własnym bezpieczeństwie, wysiadł i ruszył ku nim. Dzieliło go od nich nie więcej niż kilka metrów. Na jego twarzy malowało się zdziwienie. Wyglądali jak młodsi bracia Marty’ego Feldmana. Wytrzeszczone oczy, wystawione języki. Obaj mieli niewielkie znamiona w górnej części głowy i obu brakowało jednego ucha i sporych części tyłu głowy i szyi.

Przyglądał się martwym mężczyznom jakiś czas. Nagły poryw wiatru, który wpadł między cysterny ze zbożem należące do firmy Lantmännen, powalił go na ziemię. Próbując się podnieść, przypadkiem włożył rękę w rozlany mózg jednego z trupów. Zimna, gęsta maź, którą poczuł między palcami, natychmiast przyprawiła go o silne mdłości. Zwymiotował na zderzak swojego samochodu i z obrzydzeniem starł lepką maź z palców o pluszową tapicerkę fotela kierowcy.

Wojewódzka policyjna centrala łączności na Kungsholmen w Sztokholmie przyjęła zawiadomienie z Frihamnen o piątej trzydzieści jeden. Do dziennika „Kvällspressen” wiadomość dotarła trzy minuty później.

Zadzwonił informator gazety, Leif:

– Radiowóz numer 1120 i dwie karetki są w drodze do Värtan.

O tej porze, tak wcześnie rano, czterdzieści minut po zamknięciu numeru i dwadzieścia sześć minut przed oddaniem go do druku, w redakcji jak zwykle panował twórczy chaos. Redaktorzy z czerwonymi od czytania oczyma wklepywali ostatnie nagłówki, szlifowali ostatnie sformułowania na pierwsze strony i w opisach zdjęć, poprawiali literówki. Szef nocnej zmiany Jansson przeglądał gotowe strony i wysyłał je do druku nowym przyspieszonym elektronicznym łączem.

Zgłoszenie przyjęła Annika Bengtzon, odpowiadająca na nocnej zmianie za sprawdzanie tekstów.

– To znaczy? – zapytała, nerwowo zapisując na kartce.

– Przynajmniej dwóch zamordowanych – powiedział Leif i rozłączył się, żeby zdążyć, również jako pierwszy, dać cynk innej gazecie. Temu, kto przynosi informację jako drugi, się nie płaci.

Annika wstała, upuszczając słuchawkę.

– Dwóch zabitych z Värtan. Być może morderstwo, ale nie jest to jeszcze potwierdzone – powiedziała do tyłu głowy Janssona. – Chcesz to mieć w lokalnym wydaniu?

– Niee… – odpowiedział tył jego głowy.

– Mam to przydzielić Carlowi i Bertilowi? – zastanawiała się głośno.

– Taaa… – odpowiedział tył głowy.

Ruszyła w kierunku boksu reporterów. Żółta karteczka post-it zwisała jej z palca wskazującego jak chorągiewka.

– Jansson chce, żebyś to sprawdził – powiedziała i wycelowała palec w reportera.

Carl Wennergren oderwał karteczkę od jej palca z wyrazem lekkiego niesmaku na twarzy.

– Bertil Strand jest już na miejscu, jeśli musicie wyjechać – powiedziała. – Znajdziesz go na dole, w laboratorium fotograficznym.

Odwróciła się na obcasie i odeszła, nie doczekawszy się odpowiedzi. Ich relacje nie należały do najserdeczniejszych. Opadła na swoje krzesło, czując ziejącą pustkę w głowie. To była naprawdę ciężka noc, obfitowała w podbramkowe sytuacje. Wieczorem Skanię nawiedził huragan, a potem przewalił się przez cały kraj. „Kvällspressen” przyłożyła się solidnie do śledzenia pogody i świetnie jej poszło. Ostatnim samolotem do Sturup udało się wysłać reporterów i fotografów. Mieli wzmocnić redakcję w Malmö. Dziennikarze z Växjo i Göteborga pracowali całą noc, poza tym w terenie była ekipa wolnych strzelców, reporterów i fotografów. Cały materiał wylądował na biurku Anniki. Jej zadaniem było zestawienie i poskładanie artykułów. Oznaczało to tak naprawdę, że wszystkie musiała napisać od nowa, żeby ze sobą współgrały i stanowiły logiczną całość. Mimo to jej nazwisko nigdy nie ukazywało się w gazecie. Mieli je wydrukować tylko w ramce z informacjami o huraganie, którą przygotowała wcześniej. Redagowała teksty, była jednym z wielu anonimowych dziennikarzy, których nikt nie dostrzegał.

– Do diabła, no! – zawołał nagle Jansson. – Ten cholerny żółty nie wszedł na pierwsze zdjęcie. Dziadostwo cholerne…

Rzucił się w stronę pulpitu ze zdjęciami i zawołał fotoedytora Pellego Oskarssona. Annika uśmiechnęła się blado. Ach, życie! Technika cyfrowa miała sprawić, że wszystko będzie można robić szybciej, wszystko będzie bezpieczniejsze, prostsze. A tymczasem na łączu ISDN do drukarni siedział mały chochlik, który co jakiś czas zjadał któryś z kolorów, zazwyczaj żółty. Jeśli błąd nie został wykryty na czas, w gazecie ukazywały się zdjęcia w przedziwnych kolorach. Jansson twierdził, że pożeracz kolorów to ten sam diabelski potwór, który siedzi w jego pralce i ciągle zjada po jednej skarpetce.

– ISDN – prychał szef nocnej zmiany w drodze do swojego biurka. Zdjęcie zostało wysłane jeszcze raz. Sytuacja była opanowana. – Internet Skurczybyk Do Niczego.

Annika posprzątała na swoim biurku.

– I tak wyszło nieźle, prawda? – rzuciła.

Jansson opadł na krzesło i włożył między zęby niezapalonego papierosa.

– Cholera, kawał dobrej roboty odwaliłaś dziś w nocy – powiedział i pokiwał z uznaniem głową. – Widziałem oryginały. Super to poskładałaś.

– No, jako tako to wygląda – powiedziała Annika zawstydzona.

– Co to za trupy w porcie?

Annika wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Chcesz, żebym sprawdziła?

Jansson wstał i ruszył w stronę palarni.

– Zrób to – powiedział.

Zaczęła od numeru alarmowego.

– Wysłaliśmy dwie karetki – powiedział dyspozytor.

– A nie samochody do transportu ciał?

– Braliśmy to pod uwagę, ale dzwonił strażnik. Wysłaliśmy karetki.

Annika zanotowała. Wozy do transportu ciał wysyłali tylko wtedy, gdy byli absolutnie pewni, że ofiary zginęły na miejscu. Zgodnie z regulaminem wolno je wzywać tylko wtedy, gdy głowa ofiary jest odcięta od reszty ciała.

Trudno było się dodzwonić na centralę policji na Kungsholmen. Dopiero po kilku minutach ktoś odebrał telefon. Potem musiała czekać jeszcze pięć minut, zanim dyżurny oficer mógł z nią zamienić kilka słów. Kiedy wreszcie podniósł słuchawkę, mówił wyraźnie i zwięźle:

– Mamy dwóch zabitych. Dwóch mężczyzn. Zastrzeleni. Nie potrafimy powiedzieć, czy to morderstwo, czy samobójstwo. Zadzwoń później.

– Znaleziono ich we Frihamnen – powiedziała Annika szybko. – Czy to podsuwa wam jakiś pomysł?

Oficer zawahał się.

– W tej chwili nie mogę spekulować – powiedział. – Ale sama możesz pomyśleć.

Kiedy odkładała słuchawkę, wiedziała, że podwójne morderstwo w porcie będzie w gazecie tematem numer jeden przez wiele dni. Z jakiegoś powodu dwa morderstwa nie są tylko dwa razy ważniejsze niż jedno. To nieskończenie poważniejsza sprawa.

Westchnęła i zastanawiała się, czy nie przynieść sobie kubka kawy. Chciało jej się pić i czuła się osłabiona. Miała ochotę na kawę. Ale kofeina o tej porze sprawiłaby, że całe przedpołudnie leżałaby ze wzrokiem wbitym w sufit, z szeroko otwartymi oczyma, nie mogąc się ruszyć ze zmęczenia.

Ech, co mi tam, pomyślała i poszła do automatu.

Kawa była gorąca i dobrze jej zrobiła. Annika usiadła na swoim miejscu przy biurku dyżurnego nocnej zmiany i położyła nogi na stole.

Małe podwójne morderstwo we Frihamnen, no cóż, bywa.

Podmuchała w kawę.

Mężczyźni zginęli od strzałów, co oznaczało, że nie były to jakieś pijackie porachunki. Pijacy zabijają się nożami, butelkami, pięściami, kopniakami – albo spychają z balkonów. Gdyby mieli dostęp do broni, sprzedaliby ją i za zarobione pieniądze kupili wódkę.

Annika wypiła kawę jednym haustem, wyrzuciła plastikowy kubek, poszła do łazienki i napiła się wody.

Dwóch mężczyzn. To z pewnością nie wskazuje na morderstwo ani na samobójstwo, nie w porcie Frihamnen w czasie huraganu. Najprawdopodobniej można też wykluczyć zazdrość, raczej nie taki był motyw. Oznacza to, że spekulacjom na temat motywów zabójstwa nie będzie końca. Porachunki kryminalistów, począwszy od gangów motocyklowych, przez grupy mafijne aż po przestępstwa finansowe. Motywy polityczne. Uwikłania międzynarodowe.

Annika wróciła do siebie. Jedno wiedziała z całą pewnością: na pewno nie będzie miała okazji się zbliżyć do tej sprawy. W „Kvällspressen” będą się tym zajmowali inni. Wzięła płaszcz.

W weekendy nie było specjalnej porannej zmiany, co oznaczało, że Jansson zostawał w biurze do chwili, kiedy lokalne wydania były gotowe do druku. Annika kończyła o szóstej.

– Olewam to – powiedziała, gdy Jansson ją mijał.

Wyglądał na piekielnie zmęczonego. Chciał, żeby została.

– Nie poczekasz na gazetę? – zapytał.

Paczki przyszły z drukarni przesyłką kurierską kwadrans po rozpoczęciu druku. Annika pokiwała głową i wezwała taksówkę. Podniosła się z miejsca, włożyła kurtkę, szalik i rękawiczki.

– Mogłabyś przyjść wcześniej wieczorem? – zawołał za nią Jansson. – Pozamiatać po huraganowym piekle?

Annika wzięła torbę i wzruszyła ramionami.

– Czy ktoś tu ma życie prywatne?

Thomas Samuelsson delikatnie dotknął brzucha żony. Dawna jędrność zniknęła. Ciało pod jego palcami było gładkie i ciepłe. Odkąd Eleonor została szefową banku, nie miała czasu trenować tak intensywnie jak dawniej.

Powoli przesunął rękę w dół, kolistymi ruchami, przez pępek. Odnalazł pachwinę, palec wskazujący wsunął między jej uda, dotykając włosów, odnajdując jej ciepłą wilgotność.

– Daj spokój – zamruczała i odwróciła się tyłem.

Westchnął, przełknął ślinę i położył się na plecach. Podniecenie waliło w jego ciele jak młot. Splótł dłonie, podłożył je pod głowę i wbił wzrok w sufit. Słyszał, jak jej oddech znów staje się długi i spokojny. Ostatnio nie miała na to ochoty.

Zirytowany zrzucił z siebie kołdrę i nagi poszedł do kuchni, z penisem zwisającym jak zwiędły tulipan. Napił się wody z nieumytej szklanki, nasypał kawy do nowego filtra, napełnił ekspres wodą i wcisnął przycisk. Poszedł do ubikacji się wysikać. W lustrze zobaczył swoje sterczące na wszystkie strony włosy. Nadawały mu wygląd nieodpowiedzialnego faceta, co właściwie pasowało do jego wieku. Westchnął i przeczesał czuprynę palcami.

Za wcześnie na kryzys wieku średniego, pomyślał. Do diabła, za wcześnie.

Poszedł z powrotem do kuchni i stanął przy oknie, żeby popatrzeć na morze. Było czarne. Szalało. Nocny huragan rwał grzywy fal. Zegar słoneczny sąsiada przechylił się i leżał oparty o drzwi ich altany.

Jaki to ma sens?, zastanowił się. Po co się człowiek tego trzyma?

Ogarnęła go wielka, mroczna melancholia – musiał przyznać, że graniczyła z użalaniem się nad sobą. Od okna wiało, cholerna fuszerka. Przeszył go dreszcz. Westchnął i poszedł po szlafrok. Ubiegłoroczny prezent gwiazdkowy od żony, zielono-biało-czerwony, drogi, z eleganckiego domu towarowego. Dopasowała do niego kapcie, których nigdy nie nosił.

Ekspres zabulgotał. Wyjął kubek z logo banku i włączył radio. Nadawano poranny dziennik „Eko”. Znudzony, pomiędzy drobnymi łykami kawy wyławiał wiadomości. Docierały do niego, nie robiąc szczególnego wrażenia. Huragan, który przeszedł przez południową Szwecję, wyrządził mnóstwo szkód. Ludzie bez prądu. Firmy ubezpieczeniowe obiecują. Dwie osoby nie żyją. Strefa bezpieczeństwa w południowym Libanie. Kosowo.

Wyłączył radio, wyszedł do przedpokoju, włożył kalosze i poszedł do skrzynki po gazetę. Wiatr szarpał papier we wszystkie strony, wdzierał się pod szlafrok, ziębił uda. Thomas przystanął na chwilę, zamknął oczy i wciągnął powietrze. Było lodowate. Morze z pewnością zamarznie.

Spojrzał na willę. Piękny dom, który zaprojektowali i zbudowali rodzice Eleonor. W kuchni na górze paliło się światło, lampa nad stołem. Zapomniał już, jak się nazywał projektant. Światło było zielonkawe i zimne, jak złe oko strzegące morza. Meksykańska cegła o świcie lśniła szarością. Jego matka zawsze uważała, że to najpiękniejszy dom w Vaxholmie. Gdy się wprowadzali, zaproponowała, że uszyje firanki do wszystkich pokoi, ale Eleonor podziękowała, uprzejmie, lecz zdecydowanie.

Wszedł do środka. Przewertował całą gazetę, nie potrafiąc się skupić. Zatrzymał się jak zwykle na ogłoszeniach o nieruchomościach. Pięć pokoi na Vasastan, we wszystkich piece kaflowe. Dwa pokoje na Starówce, na poddaszu, z drewnianymi belkami i widokiem na trzy strony świata. Domek w okolicach Malmköpingu, z bali, prąd i woda w lecie, promocja jesienna!

Usłyszał w głowie głos żony: Marzyciel! Gdybyś poświęcał połowę tego czasu, który marnujesz na przeglądanie ogłoszeń o mieszkaniach, na analizę rynku akcji, byłbyś milionerem.

Ona już była milionerką.

Zawstydził się. Przecież chciała dobrze. Jej miłość była jak skała. To w nim tkwił problem, to on nie miał siły. Być może miała rację, że nie potrafił sobie poradzić z jej sukcesem. Może jednak powinni pójść do tego terapeuty.

Porządnie zwinął gazetę. Eleonor nie lubiła czytać już przeczytanych artykułów. Położył ją na stoliczku z pocztą i czasopismami. Potem poszedł z powrotem do sypialni, zrzucił szlafrok i wsunął się pod kołdrę. Eleonor przekręciła się we śnie, gdy poczuła przy sobie jego zimne ciało. Przyciągnął ją do siebie i podmuchał w jej miękką szyję.

– Kocham cię – powiedział.

– Ja ciebie też – zamruczała.

Carl Wennergren i Bertil Strand przybyli do Frihamnen odrobinę za późno. Kiedy zaparkowali służbowego saaba fotografa, dostrzegli karetki. Odjeżdżały, mijając ogrodzenia z taśm. Reporter nie mógł się powstrzymać od przekleństwa. Strand zawsze prowadził bardzo ostrożnie. Jeździł pięćdziesiątką, a nawet trzydziestką, nawet kiedy na ulicach nie było żywej duszy. Zrozumiał znaczące spojrzenie kolegi i zirytował się.

– Zachowujesz się jak baba – powiedział.

Ruszyli truchtem w kierunku policyjnej taśmy. Widać było, że wciąż nie do końca się pogodzili po niedawnej sprzeczce. Kiedy zbliżyli się do policjantów i świateł radiowozów, zapomnieli o tym i rzucili się w wir wydarzeń.

Policjanci szybko się uwinęli, huragan z pewnością podnosił im poziom adrenaliny.

Ogrodzili spory teren, od płotu po lewej aż do biurowca z prawej strony portu. Bertil Strand rozejrzał się. Robi wrażenie. Prawie w środku miasta, a jednak zupełnie odizolowany. Dobre światło, jas ne, ale ciepłe. Magiczne cienie.

Carl Wennergren zapiął płaszcz przeciwdeszczowy. Cholera, jak zimno.

Nie byli w stanie dojrzeć ofiar. Porozrzucane rupiecie, karetki i policjanci zasłaniali im widok. Reporter tupał nogami. Podciągnął do uszu ramiona, ręce wbił w kieszenie. Nienawidził rannej zmiany. Fotograf wyłowił z plecaka aparat i teleobiektyw i ruszył wzdłuż taśm otaczających teren. Po lewej stronie udało mu się zrobić kilka niezłych zdjęć: mundurowi z profilu, czarne ciała ofiar, ubrani po cywilnemu technicy w czapkach z daszkiem.

– Gotowe! – zawołał do reportera.

Nos Carla Wennergrena zrobił się niemal czerwony. Z czubka zwisała mała przezroczysta kropla.

– Co za potworne miejsce na śmierć – powiedział.

– Jeśli chcemy coś wrzucić do lokalnych wydań, to czas spadać – powiedział Strand.

– Ale ja nie jestem jeszcze gotowy – odpowiedział Wennergren. – Nawet nie zacząłem.

– No to zadzwonisz z samochodu. Albo z redakcji. Pospiesz się i powdychaj trochę tutejszych zapachów, żebyś mógł doprawić tekst.

Fotograf poszedł w kierunku samochodu, jego plecak podskakiwał. Reporter pospieszył za nim. Całą drogę do Marieberga milczeli.

Anders Schyman z irytacją zamknął biuletyn agencji prasowej TT. Był jak narkotyk. Komputer można było ustawić tak, żeby telegramy wyskakiwały tematycznie: kraj, zagranica, sport, feature, ale on wolał mieć wszystko w tym samym koszu. Chciał widzieć wszystko naraz.

Przeszedł się po swoim ciasnym biurze, pogimnastykował ramiona. Usiadł na sofie i wyjął świeżą gazetę, dodatek o huraganie. Pokiwał z zadowoleniem głową. Działy zrozumiały, o jaką współpracę mu chodziło. Jansson mówił, że Annika Bengtzon zajęła się organizacją całości i wszystko poszło świetnie.

Annika Bengtzon, pomyślał i westchnął.

Młoda redaktorka przypadkiem i w przykrych okolicznościach wywarła duży wpływ na jego pozycję w gazecie. On i Annika Bengtzon dołączyli do redakcji w odstępie zaledwie kilku tygodni. Jego pierwsze starcie z resztą kierownictwa dotyczyło właśnie jej. Chodziło o długie zastępstwo za ciężarną dziennikarkę z działu wiadomości. Uważał, że Annika Bengtzon jest najlepszą kandydatką. Owszem, była za młoda, zbyt niedojrzała, zbyt porywcza, brakowało jej rutyny, ale i tak uważał, że ma ogromny potencjał. Być może nie miała zbyt wielkiej wiedzy, ale zawsze postępowała etycznie. Jej prawość mogła być przykładem dla innych. Była szybka i miała nienaganny styl. Poza tym parła do przodu jak czołg, co u reportera popołudniówki jest cechą bardzo pożądaną. Jeśli nie udawało jej się obejść przeszkody, szła prosto na nią, nigdy się nie poddawała.

Reszta kierownictwa, poza szefem nocnej zmiany Janssonem, nie podzielała jego zdania. Chcieli zatrudnić Carla Wennergrena, syna jednego z członków zarządu. Carl był przystojny i bogaty, ale jego morale pozostawiało wiele do życzenia. Rozmijał się z prawdą i liczył na fory za koneksje. Schyman nie rozumiał, dlaczego reszta kierownictwa nie widzi w jego postawie nic kontrowersyjnego.

Kierownictwo „Kvällspressen” stanowili wyłącznie biali heteroseksualni mężczyźni w średnim wieku, z samochodami i niezłymi dochodami. Byli przedstawicielami tych, dla których robili gazetę. Schyman miał wrażenie, że Wennergren przypomina im ich samych, kiedy byli młodzi, a może nawet pozwala mieć iluzję, że sami są młodzi.

W końcu znalazł miejsce dla Anniki – zastępstwo za ciężarną redaktorkę w zespole Janssona. Annika chętnie przystała na tę propozycję. Musiał się kłócić z kierownictwem, żeby się na to zgodzili. Ta sprawa pozwoliła mu zademonstrować, że potrafi działać. Ale skończyło się fatalnie.

Kilka dni po objęciu stanowiska dziewczyna zabiła swojego chłopaka, uderzając go w głowę żelazną rurą. Chłopak zachwiał się i wpadł do pieca w fabryce. Już pierwsze plotki mówiły o działaniu w samoobronie, ale Schyman pamiętał dokładnie, co czuł, gdy się o wszystkim dowiedział. Chciał się zapaść pod ziemię. Myślał: to się nazywa postawić na złego konia. Zadzwoniła do niego wieczorem. Mówiła mało, była w szoku. Potwierdziła, że plotki są prawdziwe. Została przesłuchana i poinformowana, że jest podejrzana o spowodowanie śmierci człowieka, ale nie zatrzymano jej. Przez kilka tygodni, do czasu zakończenia dochodzenia, miała mieszkać w chatce w lesie. Chciała tylko spytać, czy ma jeszcze pracę w „Kvällspressen”.

Powiedział jej, jak było, że oczywiście zostanie przyjęta na zastępstwo, nawet jeśli niektórym w redakcji się to nie podoba, bo nie jest faworytką związków zawodowych. Sąd może uznać to zdarzenie za wypadek. Jeśli zostanie oskarżona o spowodowanie wypadku, w wyniku którego ktoś stracił życie, będzie to godne ubolewania, ale nie będzie podstawą do wypowiedzenia umowy o pracę. Jeżeli zostanie skazana na dłuższą odsiadkę, trudno mu będzie zachować dla niej etat. Musi być tego świadoma.

Annika rozpłakała się. Walczył z pokusą, żeby na nią nakrzyczeć, zwymyślać ją, że jest niezdarna, że go wciąga w to całe bagno.

– Nie wsadzą mnie do więzienia – szepnęła do słuchawki. – To była kwestia: albo ja, albo on. Zabiłby mnie, gdybym go nie uderzyła. Prokurator o tym wie.

Zaczęła pracować na nocnej zmianie, tak jak zostało ustalone. Była blada i szczupła, wyglądała źle. Rozmawiała czasami z Schymanem, z Janssonem, z Berit, z Foto-Pellem i innymi, ale zwykle trzymała się na uboczu. Według Janssona robiła świetną robotę, przerabiała teksty, dodawała, sprawdzała fakty, opisywała zdjęcia i wymyślała tytuły na pierwsze strony. I nigdy nie robiła wokół siebie szumu. Plotki ucichły wcześniej, niż Schyman myślał. Gazeta codziennie zajmowała się morderstwami i skandalami. Nie można zbyt długo roztrząsać czyjejś śmierci. Są granice.

Sprawa znanego z maltretowania kobiet hokeisty Svena Matssona z Hälleforsnäs nie była dla policji z Eskilstuny szczególnie ważna. Annikę oskarżono o zabójstwo lub spowodowanie śmierci. Wyrok ogłoszono przed rokiem, pod koniec czerwca. Annika została uwolniona od zarzutu zabójstwa, ale skazano ją za spowodowanie śmierci. Karą był nadzór kuratora. W ramach tej kary przez pewien czas musiała uczestniczyć w terapii, ale, o ile Schyman wiedział, w kręgach sądowych cała sprawa poszła w niepamięć bardzo szybko.

Redaktor naczelny podszedł do swojego biurka i otworzył biuletyn agencji prasowej TT. Przebiegł wzrokiem ostatnie informacje. Powoli nadchodziły niedzielne wyniki sportowe, dalsze informacje o następstwach huraganu, kilka powtórek wiadomości z soboty. Znów westchnął. Wszystko się kręci, nie będzie końca, nigdy i nigdzie. Tymczasem gazetę znów czekała reorganizacja.

Redaktor naczelny Torstensson chciał stworzyć nowy poziom kierownictwa, scentralizować podejmowanie decyzji. Taki model działał już w „Konkurrenten” i wielu innych ogólnokrajowych mediach. Torstensson postanowił, że przyszedł czas, aby go wprowadzić także w „Kvällspressen”. Miało to uczynić gazetę „nowoczesnym” przedsiębiorstwem. Schyman był w rozterce. Ten plan bez wątpienia zapowiadał katastrofę. Spadek nakładu. Słabe wyniki finansowe. Coraz bardziej niezadowolone miny członków zarządu. Redakcja wyruszała na spotkanie ze sztormem, mając w ręku kiepski ster i na wpół zepsuty radar. Prawda była taka, że „Kvällspressen” nie wiedziała, dokąd i dlaczego zmierza. Schyman organizował rozliczne seminaria i konferencje na temat uwarunkowań i odpowiedzialności mediów, ale nie udało mu się dotrzeć do zbiorowej świadomości z przesłaniem, gdzie przebiegają granice. Co prawda, odkąd przyszedł do gazety, udawało się unikać zdarzających się wcześniej publicystycznych katastrof, ale naprawianie szkód szło bardzo powoli.

Do tego – i to martwiło go bardziej, niż chciał się przyznać – Torstensson wygadał się, że czeka na niego ciekawa praca w Brukseli. Być może właśnie dlatego potrzeba reorganizacji była tak pilna. Chciał zostawić po sobie ślad. Po reorganizacji Bóg jeden domyśliłby się, jak niewiele naczelny zrobił dla gazety na polu działalności publicystycznej.

Schyman westchnął ciężko. Niecierpliwym ruchem zamknął biuletyn.

Wkrótce coś się musi wydarzyć.

***

Kiedy się obudziła, pokój tonął w ciemnościach. Krótki dzień ustąpił nocy, a ona pociła się i wierciła w łóżku. Nie powinna była pić tego ostatniego kubka kawy. Wzięła kilka głębokich wdechów. Leżała bez ruchu, zastanawiając się, jak się czuje. Nic jej nie bolało. Głowę miała trochę ciężką, ale to od ciągłego mylenia dnia z nocą. Spojrzała w szary, poplamiony sufit. Poprzedni lokator pomalował go farbą winylową, nie zdzierając uprzednio klejówki, w wyniku czego cała powierzchnia popękała w różne wzory. Wodziła wzrokiem wzdłuż nieregularnych pęknięć. Znalazła motyla, samochód, trupią czaszkę. Nagle w lewym uchu usłyszała szum, odgłos samotności, raz wyższy, raz niższy.

Westchnęła. Musi iść siusiu, to takie uciążliwe. Wstała z łóżka i poczuła pod stopami szorstkie drewno. Czasami wbijały jej się drzazgi. Wciągnęła szlafrok. Materiał był jedwabisty i chłodził jej skórę. Wzdrygnęła się. Otworzyła drzwi i wsłuchała się w odgłosy dochodzące z klatki schodowej. Poza dźwiękiem rozbrzmiewającym w jej uchu nie było słychać nic. Szybko podreptała pół piętra w dół, do wspólnej toalety. Pod stopami poczuła zimno, ale nie miała siły się tym przejmować.

Gdy wróciła, owiało ją zimne powietrze. Cienkie firanki powiewały, chociaż nie wietrzyła pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i powiew zamarł. Wytarła stopy o dywan w holu i weszła do salonu.

Jedna z górnych szyb stłukła się w nocy od porywu wiatru, a może uderzył w nią jakiś przelatujący przedmiot. Zewnętrzna szyba zupełnie wyleciała z ramy, a z wewnętrznej zostały resztki. Na podłodze leżały kawałki tynku i szkła. Ogarnęła wzrokiem spustoszenie, przymknęła oczy i przetarła dłonią czoło.

Normalka, pomyślała. Nie miała nawet siły sformułować słowa „szklarz”.

Chłód ciągnął po nogach, wyszła więc z salonu i usiadła w kuchni. Opadła na krzesło i wyjrzała przez okno. Zajrzała wprost do mieszkania na trzecim piętrze domu stojącego naprzeciwko. Mieszkanie było używane przez jedną z firm budowlanych jako lokal gościnny. W okna łazienki wstawiono piaskowane szyby. Ludzie, którzy tam mieszkali, przez jedną czy dwie noce nie zdawali sobie sprawy, że ich widać, gdy siedzą w toalecie. Gdy tylko zapalali światło, faliste kontury ich sylwetek majaczyły za szybą. W ciągu ponad dwóch lat widziała klientów firmy kochających się, robiących kupę i zmieniających tampony. Na początku była tym nieco zażenowana, ale po jakimś czasie stwierdziła, że to nawet zabawne. Potem zaczęło ją to irytować: nie chciała widzieć, jak ktoś sika, kiedy ona je kolację. Teraz było jej to prawie obojętne. W mieszkaniu rzadziej ktoś nocował. Dom był zniszczony, nie było w nim nic szczególnego do pokazywania. Teraz okno było szare i nieme, puste.

W nocy ze ściany domu odpadło sporo tynku. Leżał na podwórzu zmieszany z mazistą śnieżną breją. Na pierwszym piętrze wiatr wybił dwie szyby. Wstała, podeszła do okna, spojrzała na czarne dziury w dole, takie same jak u niej. Kuchenny grzejnik elektryczny grzał jej nogi. Stała, aż zaczął ją parzyć. Nie była głodna, chociaż powinna. Wypiła trochę wody prosto z kranu.

Jak mi dobrze, pomyślała. Mam wszystko, czego mi trzeba.

Znów poszła do pokoju, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Usiadła na kanapie z nogami na poduszce, ramionami objęła kolana, zakołysała się. Oddychała głęboko. Wdech, wydech, wdech, wydech. Było dość zimno. W budynku nie było centralnego ogrzewania. Grzejniki, które kupiła, mogły najwyżej utrzymać ciepło, nawet gdy szyby w oknach były całe. Ciąg powietrza szalał po pustej podłodze. Wszystko, co miała, kupiła w Myrorna albo Ikei, nic nie dzieliło z nią przeszłości.

Rozejrzała się po pokoju. Kołysała się i kołysała. Patrzyła, jak cienie gonią się po ścianach. Czyste światło, które tak kochała, nie było już białe. Błyszcząca matowość ścian, która kiedyś tak pięknie pochłaniała i oddawała światło, wyschła i stała się niema. Dzień nie sięgał już w głąb jej pokoju. Wszystko stało się szare, na przekór porze roku. Powietrze było ciężkie i głuche, jak wata.

Sofa irytowała ją. Szorstki materiał zostawiał ślady na jej pośladkach. Idąc z powrotem do sypialni, podrapała się lekko. Wsunęła się w przepoconą pościel. Naciągnęła na głowę kołdrę. Było wilgotno. Szybko zrobiło jej się gorąco, czuła kwaśnawy zapach. Hardrockowiec z parteru włączył swoją wieżę, bas rozchodził się po kamiennych ścianach i wstrząsał jej łóżkiem. Znów usłyszała w uchu ten dźwięk. Widziała irytujące światło, zmuszała się do leżenia. Do początku zmiany zostało jeszcze wiele godzin.

Odwróciła się do ściany i wpatrywała się w tapetę pokrytą cienką warstwą białej podkładowej farby, przez którą prześwitywał stary wzór – medaliony. Sąsiedzi z przeciwka wrócili do domu. Słyszała, jak chodzą i się śmieją. Przykryła głowę poduszką. Stłumiła śmiechy. Ton w uchu stawał się coraz wyższy.

Chcę spać, pomyślała. Dajcie mi tylko chwilę pospać, to może będę mogła ruszyć dalej.

Mężczyzna siedzący przy barze zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i poczuł przypływ paniki. Nie wiedział, które uczucie jest silniejsze: wściekłość z powodu zdrady, strach przed jej skutkami, wstyd, że został oszukany, czy nienawiść do winnych.

Zemści się. O, do diabła, słono za to zapłacą.

Wypalił papierosa w dwie minuty. Został z niego tylko długi, żarzący się kawałek popiołu, zwisający na końcu jak kiełbaska. Zgniótł go na podłodze i gestem zamówił następną kolejkę. Jeszcze tylko ta jedna, musi być przytomny, ważne, żeby mógł się poruszać. Przechylił szklankę, futerał przyjemnie ocierał się o pachę. Cholera, czuł, że jest śmiertelnie niebezpieczny.

Wyjaśnienie, pomyślał. Muszę wymyślić diabelnie dobre wytłumaczenie, dlaczego wszystko poszło tak źle.

Chciał zamówić jeszcze jedną kolejkę, ale powstrzymał się z ręką w górze.

– Kawę. Czarną.

Nic mu w tej historii nie pasowało. Nie rozumiał, co się stało, i nie miał pojęcia, jak zdoła to wyjaśnić zwierzchnikom. Zażądają całkowitego zadośćuczynienia. Problemem nie są trupy, nawet jeśli zawsze lepiej unikać tego rodzaju błędów. Morderstwo przyciąga uwagę policji i sprawia, że przez dłuższy czas trzeba się mieć na baczności. Problemem jest ciężarówka. Nie wystarczyło zlokalizować ładunek i zrobić z nim porządek. Będzie musiał osobiście oczyścić atmosferę wokół zajścia i pozamiatać po spartaczonej robocie. Ktoś zakablował. Musi znaleźć ładunek i tego, kto go upłynnił.

Jakkolwiek by kombinował, dochodził do wnios ku, że wszystko kręci się wokół tej kobiety. Musiała być w to zamieszana, w przeciwnym razie nie byłoby jej tam.

Wypił kawę jak drinka, jednym haustem. Oparzył sobie przełyk.

– Nie żyjesz, dziwko.

Światło w windzie było zimne jak zwykle. Annika wyglądała w nim jak śnięta ryba. Przymknęła oczy, żeby nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Nie mogła zasnąć, więc poszła do parku Rålambshov, szukać powietrza i światła. Nadaremnie. Ziemia była miękka i ubita przez deszcz i tysiące stóp, kleista i brązowa. Poszła do redakcji.

W niedzielne popołudnia w redakcji było pusto. Podeszła do swojego biurka. Szef działu wiadomości Ingvar Johansson siedział tuż obok i rozmawiał przez telefon. Zatrzymała się i zamiast do siebie skierowała się do działu kryminalnego. Z pustką w głowie opadła na krzesło Berit Hamrin i zadzwoniła do babci.

Starsza pani była w domu, w Hälleforsnäs. Robiła pranie.

– Co tam u ciebie? – zapytała. – Przewiało cię?

Annika roześmiała się.

– Tak, żebyś wiedziała. Jedna szyba odfrunęła z wiatrem.

– Ale nic ci się nie stało? – powiedziała staruszka z troską.

Annika znów się zaśmiała.

– Nie, skąd, nie rozczulaj się tak. A jak tam u ciebie? Las jeszcze stoi?

Babcia westchnęła.

– Jakoś stoi, ale sporo drzew się przewróciło. Rano przez jakiś czas nie mieliśmy prądu, ale teraz włączyli. Kiedy przyjedziesz?

Babcia Anniki miała domek w majątku Harpsund. Otrzymała go po wielu latach bycia gospodynią w reprezentacyjnej, rekreacyjnej posiadłości premiera. Była to mała chatka bez prądu i wody. Annika spędzała tam wszystkie wakacje, odkąd pamiętała.

– Pracuję dzisiaj i potem jeszcze jedną noc, więc przyjadę do ciebie we wtorek po południu – powiedziała Annika. – Czy mam coś kupić i przywieźć?

– Nie, nic – powiedziała babcia. – Weź siebie. To wszystko, czego potrzebuję.

– Tęsknię za tobą – powiedziała Annika.

Wzięła gazetę i przejrzała ją z obowiązku. Dzisiejsze wydanie „Kvällspressen” było całkiem niezłe. Artykuły o huraganie znała, więc je pominęła. Natomiast tekst Carla Wennergrena o podwójnym morderstwie we Frihamnen nie okazał się wielkim dziełem. Napisał, że mężczyźni zostali postrzeleni w głowy i że policja wykluczyła samobójstwo. Aha. Dalej opisywał Frihamnen, nawet dość poetycko. Najwyraźniej przeszedł się po porcie i porozglądał się. Był „pięknie podniszczony” i panowała w nim „kontynentalna atmosfera”.

– Cześć, piękna, que pasa?

Annika przełknęła ślinę.

– Cześć, Sjölander – powiedziała.

Szef działu kryminalnego usiadł na biurku tuż przy niej. Czuł się jak u siebie w domu.

– Jak leci?

Annika spróbowała się uśmiechnąć.

– Dzięki, dobrze. Trochę jestem zmęczona.

Klepnął ją lekko w ramię i mrugnął.

– Ciężka noc, hę?

Wstała, wzięła swoją gazetę, zgarnęła torbę i kurtkę.

– Jak cholera – powiedziała. – Ja sama i siedmiu facetów.

Sjölander zarechotał.

– Wiesz, jak się utrzymywać w formie.

Pomachała mu gazetą przed nosem.

– Pracowałam – wyjaśniła. – Co się dzieje we Frihamnen?

Patrzył na nią przez kilka sekund, odgarnął włosy z czoła.

– Przy ciałach nie znaleziono nic, co by pozwalało je zidentyfikować – odpowiedział. – Żadnych kluczy, pieniędzy, broni, gumy do żucia czy prezerwatyw.

– Ogołoceni ze wszystkiego – powiedziała Annika.

Sjölander przytaknął.

– Policja nie ma się czego trzymać. Nie wiadomo nawet, kim są. Ich odcisków palców nie ma w szwedzkich rejestrach.

– Więc nie mają bladego pojęcia kto to? A ich rzeczy?

Szef działu kryminalnego podszedł do swojego biurka i włączył komputer.

– Kurtki, dżinsy i buty włoskie, francuskie i amerykańskie, ale na kalesonach napis cyrylicą.

Annika spojrzała na niego.

– Zagraniczne, markowe ciuchy – powiedziała – ale tania, krajowa bielizna. Były Związek Radziecki, Jugosławia albo Bułgaria.

– Masz trochę nosa do kryminału, co nie? – powiedział i zachichotał.

Wiedział, wszyscy wiedzieli. Wzruszyła ramionami.

– Wiesz, jak to jest. Takie rysy nigdy nie znikają.

Odwróciła się i ruszyła do biurka szefa nocnej zmiany. Usłyszała, jak Sjölander parsknął. Dlaczego daję się w to wciągać?, pomyślała.

Włączyła komputer stojący na prawo od biurka Janssona, usiadła na krześle, podciągnęła nogi i oparła brodę na kolanie. Chciała sprawdzić, czy coś się wydarzyło. Czekała cierpliwie, aż wszystkie programy się uruchomią. Kiedy wszystko było gotowe, otworzyła biuletyn. Czytała, sprawdzała, klikała.

– Słuchaj, Bengtzon! Jaki masz wewnętrzny?

Zerknęła za siebie i zobaczyła, że Sjölander macha słuchawką. Podała mu numer i zaraz potem usłyszała w słuchawce jego głos:

– Jakaś babka chce porozmawiać o pomocy socjalnej. Wspomniała o cierpiących kobietach – powiedział kryminalny. – Nie zdążę tego teraz wziąć. To, jak by nie było, twoja działka, he, he. Możesz?

Zamknęła oczy, westchnęła, przełknęła ślinę.

– Właściwie jeszcze nie pracuję – powiedziała. – Chciałam poprzeglądać…

– Weźmiesz to czy mam ją spławić?

Uff.

– Okej, przełącz ją.

Usłyszała chłodny, spokojny głos.

– Halo? Chcę porozmawiać z kimś poufnie.

– Wszystkie telefony do gazety są poufne – powiedziała Annika i przebiegła wzrokiem biuletyn TT. – O co chodzi?

Klik, klik – remis w derbach.

– Nie jestem zupełnie pewna, czy dobrze się dodzwoniłam. Chodzi o nowy rodzaj działalności, nowy sposób chronienia zagrożonych osób.

Annika przerwała czytanie.

– Ach tak? To znaczy?

Kobieta zawahała się.

– Mam informacje o zupełnie nowym sposobie pomagania zagrożonym osobom, o urządzaniu im nowego życia. Większość ludzi nie wie, jak to działa, ale zostałam upoważniona do przekazania tej informacji mediom. Chciałabym to zrobić na spokojnie, mieć wszystko pod kontrolą i zastanawiam się, czy jest w waszej gazecie ktoś, do kogo mogłabym się zwrócić.

Nie chciała słuchać, nie chciała się tym zajmować. Gapiła się w ekran: ludzie nadal bez prądu, kolejne ataki bombowe w Groznym. Oparła głowę na dłoni.

– Może pani przysłać list albo faks? – zapytała.

Kobieta długo milczała.

– Halo? – powiedziała Annika, gotowa z ulgą odłożyć słuchawkę.

– Chciałabym się spotkać z kimś, z kim mogłabym bezpiecznie porozmawiać – powiedziała kobieta.

Annika skuliła się, opierając o biurko.

– To niemożliwe – powiedziała. – Nikogo tu teraz nie ma.

– No a pani?

Odgarnęła włosy, szukając wymówki.

– Zanim kogoś wyślemy, musimy wiedzieć, o co chodzi – powiedziała.

Kobieta znów zamilkła. Annika westchnęła i spróbowała zakończyć rozmowę.

– Jeśli to wszystko, to…

– Czy wie pani, że są ludzie, którzy żyją pod ziemią, dzisiaj, tutaj, w Szwecji? – zapytała kobieta cicho. – Kobiety i dzieci maltretowane, źle traktowane?

O nie, tylko nie to, pomyślała Annika.

– Dziękuję za telefon – powiedziała – ale dziś niestety nie jesteśmy w stanie się tym zająć.

Kobieta podniosła głos.

– Chciała pani odłożyć słuchawkę? Zignorować mnie i to, co robię? Wie pani, ilu ludziom pomogłam? Czy ma pani w nosie kobiety, którym dzieje się krzywda? Wy, dziennikarze, siedzicie w tych swoich redakcjach i nie rozumiecie niczego, co dzieje się ze społeczeństwem.

Annika poczuła, że kręci jej się w głowie i robi duszno.

– Nic pani o mnie nie wie – powiedziała.

– Wszystkie media są takie same, wszędzie. Myślałam, że „Kvällspressen” jest lepsza od tych eleganckich gazet, ale pani też się nie przejmuje maltretowanymi i narażonymi na niebezpieczeństwo kobietami i dziećmi.

Krew zaszumiała jej w głowie.

– Proszę mi nie mówić, że pani wie, czym się przejmuję – powiedziała o wiele za głośno. – Niech pani nie mówi o rzeczach, o których nic pani nie wie.

– Dlaczego nie chce pani mnie wysłuchać?

Słychać było, że jest obrażona.

Annika zasłoniła twarz rękoma. Czekała.

– Chodzi o ludzi, którzy muszą się ukrywać – powiedziała kobieta. – Grożono im śmiercią, strasznie się boją. Choćby nie wiem jak próbowali się ukryć, zawsze ktoś lub coś sprawia, że można ich wytropić: sekretarka z pomocy społecznej, sąd, konto w banku, przedszkole…

Annika się nie odzywała, słuchała w milczeniu.

– Większość to oczywiście kobiety i dzieci, jak zapewne pani rozumie – ciągnęła kobieta. – To w naszym społeczeństwie grupa największego ryzyka. Inni zastraszani to świadkowie, osoby, które wycofały się z sekt albo ścigane przez mafię, dziennikarze, którzy napisali demaskujące artykuły, ale przede wszystkim są to, rzecz jasna, kobiety i dzieci, którym grozi śmierć.

Annika z wahaniem wzięła do ręki długopis i zaczęła notować.

– Jesteśmy grupą – powiedziała kobieta – która zajmuje się tą nową działalnością. Jestem jej szefową. Jest pani tam jeszcze?

Annika chrząknęła.

– Czym się różnicie od tradycyjnego pogotowia dla kobiet?

Kobieta westchnęła, nieco zrezygnowana.

– Wszystkim. Pogotowie dla kobiet działa dzięki skromnym środkom publicznym. Nie mają wystarczających zasobów, aby robić to co my. Jesteśmy czysto prywatną inicjatywą z zupełnie innymi możliwościami.

Długopis przestał pisać. Annika wyrzuciła go do kosza i wzięła nowy.

– To znaczy jakimi?

– Nie chciałabym rozmawiać o tym przez telefon. Może mogłaby pani się ze mną spotkać?

Annika się skuliła. Nie chciała, nie miała siły.

– Bengtzon!

Ingvar Johansson stanął przed nią znienacka.

– Chwileczkę – powiedziała do słuchawki i przyłożyła ją do piersi. – Słucham?

– Jeśli nie masz nic do roboty, to może mogłabyś powpisywać to tutaj?

Szef działu wiadomości podsunął jej pod nos plik wydruków z wynikami sportowymi niższych lig. To pytanie było jak policzek. Nie, do cholery ciężkiej! Mają zamiar zrzucać na nią to, co robiła jako czternastolatka w „Katrineholms-Kuriren”? Ma siedzieć i wklepywać w tabelki wyniki? Odwróciła się do Johanssona plecami, podniosła słuchawkę i powiedziała:

– Mogłabym się z panią spotkać teraz, zaraz.

Kobieta ucieszyła się.

– Już dziś? To świetnie!

Annika zagryzła wargi. Czuła na swoich barkach wzrok Johanssona.

– Gdzie chciałaby pani się spotkać? – spytała.

Kobieta wymieniła nazwę hotelu na przedmieściu. Annika jeszcze nigdy tam nie była.

– Za godzinę?

Kiedy odłożyła słuchawkę, Ingvara Johanssona już nie było. Szybko wciągnęła kurtkę, przerzuciła torbę przez ramię, zajrzała do pokoju ochrony. Żadnego z samochodów redakcyjnych oczywiście nie było, więc zadzwoniła po taksówkę. W wolnym czasie będzie robiła to, co chce.

Wypełniaj swoje cholerne tabelki sam, kutasie.

– Jesteś gotowy, kochanie?

Żona stała w drzwiach do bawialni, w płaszczu, wciągała rękawiczki z jagnięcej skóry.

Usłyszał zdziwienie w swoim głosie.

– Na co?

Z irytacją szarpała cienką skórkę rękawiczek.

– Spotkanie mieszkańców – powiedziała. – Obiecałeś, że ze mną pójdziesz.

Thomas zwinął wieczorną gazetę i postawił stopy na podgrzewanej podłodze z klinkieru.

– Tak, oczywiście – powiedział. – Przepraszam. Zapomniałem o tym.

– Wychodzę i czekam na ciebie – powiedziała. Odwróciła się na obcasie i zniknęła.

Westchnął cicho. Na szczęście zdążył wziąć prysznic i się ogolić. Poszedł na górę do sypialni, po drodze zdjął dżinsy i koszulkę. Włożył białą koszulę, garnitur, zarzucił na szyję krawat. Usłyszał, jak Eleonor uruchamia bmw. Silnik rozkręcał się ponaglająco.

– Już, już – powiedział.

W całym domu paliły się światła, ale nie miał zamiaru biegać i ich gasić. Wyszedł z płaszczem przewieszonym przez ramię, w butach z rozwiązanymi sznurowadłami. Pośliznął się na kawałku lodu i niewiele brakowało, żeby się przewrócił.

– Można by tu posypać piaskiem – powiedziała Eleonor.

Nie odpowiedział. Zatrzasnął drzwi pasażera i oparł się o deskę rozdzielczą. Eleonor wyjeżdżała na Östra Ekuddsgatan. Zawiązał krawat. Sznurowad ła zawiąże na miejscu.

Zrobiło się ciemno. Gdzie się podział ten dzień? Umarł, zanim się w ogóle narodził. Czy w ogóle było jasno?

Westchnął.

– Co tam? – zapytała, już przyjaźnie usposobiona.

Wyglądał przez okno, patrzył na morze.

– Trochę mi słabo – powiedział.

– Może to ten wirus, którego miał Nisse – powiedziała.

Pokiwał głową bez zainteresowania.

Spotkanie mieszkańców. Dobrze wiedział, o czym będzie mowa. O turystach. Ilu ich było, jak ściągnąć więcej i zatrzymać tych, którzy już trafili do gminy. Będzie mowa o właścicielach sklepów otwieranych tylko na lato i doprowadzających do ruiny te całoroczne. Dobre jedzenie w hotelu Vaxholm. Przygotowania do jarmarku świątecznego, otwieranie sklepów wieczorami i w weekendy. Wszyscy tam będą. Zadowoleni i zaangażowani.

Tak jest zawsze, obojętne dokąd się wybiorą. Ostatnio bywali na wielu wystawach sztuki. Ostatnio wiele związanych było z życiem parafii oraz z konserwacją starych domów i ogrodów. Za którą najlepiej, żeby ktoś inny zapłacił.

Znów westchnął.

– No, wysiadaj już – powiedziała żona.

– Annika Bengtzon? To ja jestem Rebecka Björkstig.

Kobieta była młoda, o wiele młodsza, niż się Annika spodziewała. Mała, drobna, jak z porcelany. Przywitały się.

– Przepraszam za to dziwne miejsce – powiedziała Rebecka. – Ostrożności nigdy za wiele.

Przeszły pustym korytarzem i weszły do pomieszczenia, które było połączeniem lobby i baru. Oświet lenie było oszczędne, wystrój nasuwał skojarzenie z państwowymi hotelami w byłym Związku Radzieckim. Brązowe okrągłe stoliki z fotelami. Kilku mężczyzn rozmawiało cicho w przeciwnym rogu, poza tym było pusto.

Annika doznała surrealistycznego wrażenia, że gra w starym filmie szpiegowskim, i poczuła nagły impuls, żeby uciec. Co ja tutaj robię?

– Jak dobrze, że mogłyśmy się spotkać tak szybko – powiedziała Rebecka i usiadła przy jednym ze stolików. Ostrożnie spojrzała przez ramię. Rzuciła okiem na mężczyzn siedzących w rogu.

Annika zamruczała coś ledwie słyszalnie.

– Czy będzie o tym w jutrzejszej gazecie? – zapytała Rebecka i uśmiechnęła się z nadzieją.

Annika potrząsnęła głową. Poczuła, że kręci jej się w głowie od stęchłego powietrza.

– Nie, skąd. Nie jest wcale pewne, czy w ogóle o tym napiszemy. Decyzje o tym, co zostanie opublikowane, podejmuje wydawca.

Spojrzała na stół, unikając wzroku Rebecki.

Rebecka poprawiła jasną spódnicę, wygładziła zaczesane do tyłu włosy.

– O czym zazwyczaj pani pisze? – zapytała, próbując uchwycić wzrok Anniki. Jej głos był jasny, lekko matowy.

Annika chrząknęła.

– W tej chwili zestawiam i przeglądam teksty – powiedziała zgodnie z prawdą.

– Jakie teksty?

Przetarła czoło.

– Wszelkiego rodzaju. Dziś w nocy o huraganie, wcześniej w tym tygodniu przeglądałam tekst o niepełnosprawnym chłopcu. Gmina nie chciała wziąć odpowiedzialności za…

– Ach! – Rebecka założyła nogę na nogę. – Więc nasza działalność idealnie wpisuje się w pani tematykę. To właśnie gminy są naszymi głównymi zleceniodawcami. Czy mogę prosić o filiżankę kawy?

Kelner w poplamionym fartuchu nagle zmaterializował się przy ich stoliku. Zapytał, czy Annika też chce kawę, więc kiwnęła szybko głową. Było jej niedobrze, chciała iść do domu, chciała uciekać. Rebecka znów opadła na wygięte oparcie fotela. Oczy miała jasne i okrągłe, łagodne i bez wyrazu.

– Jesteśmy fundacją, ale skądś musimy mieć pieniądze. Najczęściej koszty pokrywa opieka społeczna z różnych gmin w całym kraju. Nie zarabiamy na tym ani öre.

Nadal mówiła spokojnie, ale jej słowa brzmiały dobitnie.

To poszukiwaczka złota, pomyślała Annika. Robi to po to, żeby zarabiać na zastraszonych kobietach i dzieciach.

Rebecka uśmiechnęła się.

– Wiem, co pani myśli. Zapewniam, że się pani myli.

Annika spuściła wzrok. Obracała w palcach wykałaczkę.

– Dlaczego zadzwoniła pani właśnie do nas? Właśnie dziś?

Rebecka westchnęła lekko i wytarła czubki palców w serwetkę, którą wyjęła z torebki.

– Szczerze mówiąc, chciałam tylko zadzwonić i popytać – powiedziała. – Czytałam waszą gazetę, dzisiejsze artykuły o spustoszeniach po huraganie, i zobaczyłam numer telefonu w stopce redakcyjnej. Od jakiegoś czasu rozmawiamy o tym, żeby się ujawnić, ale zadzwoniłam raczej spontanicznie, można powiedzieć.

Annika przełknęła ślinę.

– Nigdy o was nie słyszałam – powiedziała.

Rebecka znów się uśmiechnęła. Jej uśmiech był ulotny jak powiew wiatru.

– Wcześniej nie mieliśmy środków, żeby przyjmować wszystkich, którzy mogliby się do nas zgłosić, gdybyśmy byli działającą na szerszą skalę instytucją użyteczności publicznej, ale teraz już mamy. Dziś mamy środki i możliwości, żeby się rozwijać, i nie chcemy dłużej czekać. Tak wielu ludzi potrzebuje naszej pomocy.

Annika wyjęła z torby notes i długopis.

– Proszę opowiedzieć, na czym ta pomoc polega.

Rebecka znów rozejrzała się dookoła. Wytarła kąciki ust.

– Bierzemy sprawy w swoje ręce, gdy władze nie potrafią już nic zrobić – powiedziała lekko zdyszana. – Jesteśmy po to, żeby pomagać ludziom, którym naprawdę coś grozi, zacząć nowe życie. Przez trzy lata dopracowywaliśmy system, żeby dobrze działał. Teraz mamy już pewność, że działa dobrze.

Annika czekała w milczeniu.

– To znaczy jak działa?

Kelner przyniósł kawę. Była szara i gorzka. Rebecka położyła jedną z serwetek między filiżanką a spodkiem i zamieszała kawę łyżeczką.

– Nasze społeczeństwo jest tak skomputeryzowane, że nikt nie jest w stanie się ukryć – powiedziała cicho, kiedy kelner się oddalił. – Dokądkolwiek ci ludzie się zwrócą, zawsze znajdzie się ktoś, kto zna ich nowy adres, nowy numer telefonu, nowy numer konta, wie, że od niedawna mają nowe mieszkanie. Nawet jeśli wszystkie dane mają być trzymane w tajemnicy, to zawsze są jakieś dokumenty w szpitalach, w opiece społecznej, w sądzie, w urzędzie podatkowym, w rejestrach spółek, wszędzie.

– Nie można tego w jakiś sposób załatwić? – zastanawiała się Annika ostrożnie. – Nie ma żadnego sposobu, żeby usunąć adres z rejestrów, nadać nowy PESEL i tak dalej?

Z piersi Rebecki wydobyło się kolejne westchnienie.

– Oczywiście, są różne sposoby. Problem w tym, że to nie działa. Nasza grupa wymyśliła, jak wymazywać ludzi z rejestrów, zupełnie, bez śladu. Czy wie pani, że istnieje ponad sześćdziesiąt oficjalnych rejestrów, w których zapisani są wszyscy Szwedzi?

Annika mruknęła przecząco. Kawa była naprawdę okropna.

– Przez pierwsze pół roku głównie analizowałam wszystkie bazy danych. Opracowywałam plany i sposoby, jak się w nich nie znaleźć. Pytań było wiele, odpowiedzi czasami tkwiły bardzo głęboko. To, co robimy, jest zupełnie wyjątkowe.

Ostatnie słowa zawisły w powietrzu. Annika przełknęła łyk szarej brei. Rozlała trochę, gdy odstawiała filiżankę.

– Dlaczego pani się w to zaangażowała? – zapytała.

Zapadła gęsta cisza.

– Mnie też grożono – odpowiedziała Rebecka.

– Dlaczego? – zastanawiała się głośno Annika.

Kobieta chrząknęła. Zawahała się, wytarła serwetką przedramiona.

– Jeśli pani pozwoli, wolałabym o tym nie rozmawiać. To mnie paraliżuje. Ciężko pracowałam, żeby ułożyć sobie życie na nowo, i chcę wykorzystać swoje doświadczenia.

Annika spojrzała na Rebeckę, tak zimną i tak kruchą jednocześnie.

– Proszę opowiedzieć o waszej działalności – powiedziała.

Rebecka ostrożnie wypiła łyk kawy.

– Jesteśmy fundacją, postanowiliśmy się nazwać Raj. To, co robimy, to właściwie nic nadzwyczajnego. Pomagamy zastraszanym ludziom wrócić do normalnego życia. Ale dla kogoś, kto był prześladowany i wie, co oznacza strach i terror, zwykły powszedni dzień jest prawdziwym rajem.

Annika spojrzała w notes, zażenowana frazesem.

– I jak się wam to udaje?

Rebecka uśmiechnęła się lekko. Jej głos brzmiał pewnie i mocno.

– Raj był pod ochroną – powiedziała. – Otaczał go niewidzialny mur. Nie docierało tam żadne zło. My działamy tak samo. Klient przychodzi do nas, mija nas i znika za nieprzebijalną fasadą. Zostaje po prostu wymazany. Gdy ktoś próbuje wyśledzić naszego klienta, obojętnie jakim sposobem, natyka się na gruby, niemy mur: na nas.

Annika spojrzała w górę.

– Nie boicie się?

– Jesteśmy świadomi ryzyka, ale fundacji Raj nie da się tak łatwo wytropić. Mamy kilka biur, między którymi się poruszamy. Nasze telefony są podłączone przez stacje z innych części kraju. Jest nas pięcioro, pracujemy w Raju w pełnym wymiarze, wszyscy jesteśmy wymazani z rejestrów. Jedyną drogą do Raju jest zastrzeżony numer telefonu.

Annika spojrzała na małą porcelanową kobietę, bezwiednie skręcającą w palcach papierową serwetkę. Nie pasowała do tego miejsca, taka biała i czysta w niechlujnym, skąpo oświetlonym barze.

– Jak wygląda to wymazywanie?

Ktoś zapalił lampę zwisającą z sufitu. Padające z ukosa światło pogrążyło twarz Rebecki w ciemnościach. Jej jasne, nieme oczy wyglądały teraz jak czarne dziury.

– Myślę, że na tym skończymy – powiedziała. – Mam nadzieję, że mi pani wybaczy, ale chciałabym poczekać z przekazywaniem reszty informacji.

Annika odetchnęła. Była rozczarowana i jednocześnie jej ulżyło. Rebecka wyjęła z torebki wizytówkę.

– Może pani porozmawia z wydawcą i zapyta, czy będziecie pisać o naszej działalności. Potem może pani do mnie zadzwonić, to nasz zastrzeżony numer. Nie muszę mówić, że powinna się z nim pani obchodzić bardzo ostrożnie.

Annika przełknęła ślinę i zamruczała potakująco.

– Jak już pani załatwi sprawę publikacji, możemy się spotkać znowu – powiedziała Rebecka i wstała. Mała i jasna, ale nadal w cieniu.

Na twarzy Anniki wykwitł cielęcy uśmiech. Wstała. Uścisnęły sobie dłonie.

– Może zadzwonię – powiedziała.

– Proszę wybaczyć, muszę już iść. Trochę mi się spieszy – powiedziała Rebecka. – Czekam na telefon.

I wyszła.

Pojawił się kelner.

– To będzie razem pięćdziesiąt pięć koron.

Annika zapłaciła.

Wracała taksówką, myśli pędziły jej przez głowę. Przedmieścia przemykały za brudnymi szybami. Mijała tereny przemysłowe z blaszanymi budynkami, nijakie wysokościowce, drogi szybkiego ruchu z czerwonymi światłami.

Jak ona właściwie wyglądała, ta Rebecka Björkstig? Annika uświadomiła sobie, że już zapomniała. Przypominała sobie tylko coś nieuchwytnego, coś, co jej umykało.

Zastraszani ludzie, maltretowane kobiety. Jeśli miała unikać jakiegoś tematu, to właśnie tego. Czuła się zdyskwalifikowana na zawsze.

Co ona właściwie powiedziała o raju? Annika szukała w pamięci słów, ale nie mogła ich znaleźć. Wyjęła notatki. Przerzucała strony, próbowała czytać w migających żółtych światłach autostrady.

Otaczał go niewidzialny mur, przez który nie mogło przeniknąć zło.

Odłożyła notes i zobaczyła migające za szybą wysokie niebieskie bloki osiedla Blåkulla.

A wąż?, pomyślała. Skąd się tam wziął?

Kiedy wróciła do redakcji, Berit Hamrin siedziała przy swoim biurku. Annika podeszła i uścisnęła ją.

– Podwójne morderstwo? – zapytała.

Berit uśmiechnęła się.

– Nie ma to jak mała wojna mafijna – powiedziała.

Annika zdjęła kurtkę i upuściła ją na podłogę.

– Jadłaś już?

Poszły do stołówki nazywanej przez personel „Siedem Szczurów”, zamówiły danie dnia.

– Masz coś na warsztacie? – zapytała Berit, robiąc sobie kanapkę z chrupkiego chleba.

Annika westchnęła.

– Pewnie dziś w nocy też trochę poszaleje huragan – powiedziała. – Poza tym spotkałam się z pewną kobietą. Opowiedziała mi bardzo dziwną historię.

Berit uniosła z zainteresowaniem brwi, kosztując zapiekankę ziemniaczaną.

– Dziwne historie mogą być całkiem zabawne – powiedziała. – Podasz mi sól?

Annika wychyliła się do tyłu i sięgnęła po stojak z solą i pieprzem, który stał na stoliku obok.

– Mówiła o fundacji o nazwie Raj, pomagającej kobietom i dzieciom, którym grozi śmierć, wrócić do normalnego życia.

Berit z uznaniem pokiwała głową.

– Brzmi ciekawie. To prawda?

Annika się zawahała.

– Nie wiem, nie dowiedziałam się wszystkiego. Ta kobieta wyglądała bardzo poważnie. Z tego, co mówiła, opracowali system pozwalający usuwać z rejestrów prześladowanych ludzi.

Wzięła od Berit sól i posoliła swoją porcję.

– Myślisz… że to źle, że sprawdzam taką historię? – spytała ostrożnie.

Berit przez chwilę przeżuwała.

– Nie, wcale tak nie uważam – powiedziała. – Myślisz o Svenie?

Annika przytaknęła. Nagle straciła głos.

Starsza koleżanka westchnęła.

– Rozumiem, że o tym myślisz, ale ta sprawa nie może cię na zawsze wyłączyć z wykonywania normalnej dziennikarskiej roboty. To był wypadek, przecież masz na to papiery.

Nie pozostało już nic do powiedzenia. Annika spojrzała na talerz i pokroiła na paski liść sałaty.

– Tylko zawiadom szefa – powiedziała Berit. – Łatwiej umieścić tematy w gazecie, kiedy dziadki tam, na górze, myślą, że to ich pomysł.

Annika uśmiechnęła się, żując sałatę. Jadły chwilę w ciepłej i miękkiej ciszy.

– Byłaś we Frihamnen? – spytała Annika, odsuwając talerz i sięgając po wykałaczkę.

Berit wstała.

– Chcesz kawę?

– Czarną.

Przyniosła dwie.

– Nieprzyjemna historia – powiedziała, kiedy postawiła przed Anniką filiżankę. – Faceci byli prawdopodobnie Serbami. Policja sądzi, że należeli do mafii jugosłowiańskiej. Boją się, że wyniknie z tego jakaś rzeź.

– Jakieś ślady?

Berit westchnęła.

– Trudno jakieś znaleźć – powiedziała. – Technicy byli na miejscu aż do zmroku, odwracali dosłownie każde ziarnko piasku, żeby znaleźć ślady i pociski.

Annika podmuchała w kawę.

– Będziemy mogli zrobić użytek ze standardowych sformułowań? Egzekucja? Porachunki światka przestępczego? Policja obawia się wojny gangów?

Roześmiały się.

– Prawdopodobnie ze wszystkich – powiedziała Berit.

Przepisała swoje notatki na temat fundacji Raj. Potem Jansson kazał jej wyczyścić kolejne teksty o huraganie. Długie nocne godziny w pracy coraz bardziej dawały jej się we znaki. Musiała przecierać oczy, żeby litery ustawiały się w prostym szeregu. Na szczęście artykuł o niepełnosprawnym chłopcu był już poprawiony i gotowy do druku. Cztery strony o tym, jak opieka społeczna złamała przepisy obowiązujące w gminie i nie zapewniła chłopcu takiej pomocy, do jakiej miał prawo. To będzie spokojna noc, może nawet zbyt spokojna.

Tuż przed północą cały zespół zszedł na dół, żeby coś zjeść. Annika została przy biurku. Pilnowała telefonu i biuletynu agencji prasowej, szczęśliwa, że nie musi iść z nimi. Kiedy poszli, zastanawiała się przez chwilę, czy odpłynąć w drzemkę, czy trochę powęszyć. Usiadła na miejscu Janssona, który zawsze był podłączony do sieci, i wrzuciła w wyszukiwarkę Yahoo hasło „Fundacja Raj”. Komputer chrzęścił i myślał, ale nie wypluł żadnej informacji. Sprawdziła sam Raj. Komputer znalazł kilka stron: agencji reklamowej, pastora jakiegoś niezależnego zboru w Vetlandy, filmu z Leonardem DiCaprio, ale nic, co dotyczyłoby organizacji pomagającej zagrożonym kobietom i dzieciom.

Wróciła do swojego biurka i zerknęła na biuletyn agencji prasowej. Żadnych sensacyjnych wiadomości. Wybrała numer do archiwum na trzecim piętrze. Mieli tam folder na temat fundacji wydany przez Główny Urząd Skarbowy w rubryce „Obowiązek podatkowy”. Zamówiła go na górę, ale kiedy woźny zadał sobie trud i go przyniósł, nie miała siły go przeglądać. Przeszła się po biurze. Przecierała oczy, zmęczona, słaba i obojętna. Znów usiadła przy biurku, marząc, żeby zmiana się skończyła i żeby już nie musiała tu przychodzić. Wiedziała, że potem będzie liczyć godziny do powrotu, żeby nie siedzieć w domu. Poczuła lekki ucisk w piersi. Beznadziejność ją przytłaczała.

– Sjölander! – zawołała. – Mam coś zrobić? Jakąś ramkę z faktami o historii mafii jugosłowiańskiej?

Rozmawiał przez telefon, ale kciukiem pokazał, że może to zrobić.

Annika przymknęła oczy i przełknęła ślinę. Znów poszła do biurka Janssona i połączyła się z archiwum. Wyszukała „Jugo” i „Mafia”.

Z wycinków wynikało, że grupy przestępcze z Jugosławii od kilkudziesięciu lat były dobrze osadzone w wielu miejscach w Szwecji, w dużych miastach i na wsi. Zajmowały się głównie przemytem i handlem narkotykami, często pod przykrywką branży restauracyjnej, ale w ostatnich latach nieco zmieniły profil. Kiedy przed kilku laty rząd drastycznie, w dwóch etapach, podniósł podatek od wyrobów tytoniowych, przemytnicy przerzucili się z narkotyków na papierosy. W Europie Wschodniej, gdzie produkowano na licencji Prince i Blend, paczka papierosów kosztowała trzydzieści do pięćdziesięciu koron. Potem przewożono je do Szwecji albo bezpośrednio, albo przez Estonię.

Annika siedziała chwilę w ciszy i czytała notatki. Potem poszła do Sjölandera. Skończył rozmowę i pisał coś na komputerze, stukając mocno w klawiaturę.

– Będziemy utrzymywać, że to mafia jugosłowiańska? – zapytała.

Sjölander ciężko westchnął.

– Hmmm… to kwestia techniczna. Na pewno to gangsterzy, jakieś porachunki mafijne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki