Anna Karenina Tom 2 - Lew Tołstoj - ebook + książka

Anna Karenina Tom 2 ebook

Lew Tołstoj

0,0
39,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Druga część arcydzieła Lwa Tołstoja. Kontynuacja dramatycznych losów tytułowej bohaterki, stanowiąca poruszającą opowieść o nieszczęśliwej miłości zamężnej kobiety z młodym oficerem carskiej armii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 682

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu

Anna Ka­rie­ni­na

© Co­py­ri­ght: Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

Skład i ła­ma­nie:

Gro­up­Me­dia

ISBN: 978-83-62913-84-8

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk,

ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 058 742 09 12

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

TOM DRUGI

CZĘŚĆ PIĄTA

I

Księż­na Szczer­bac­ka uwa­ża­ła, że było rze­czą nie­moż­li­wą, by ślub od­był się przed wiel­kim po­stem, do któ­re­go po­zo­sta­wa­ło już tyl­ko pięć ty­go­dni, do tego cza­su bo­wiem moż­na było zdą­żyć za­le­d­wie z po­ło­wą wy­pra­wy. Mu­sia­ła jed­nak zgo­dzić się z Le­wi­nem, że po wiel­kim po­ście mo­gło­by być za póź­no na ślub, gdyż ro­dzo­na ciot­ka księ­cia Szczer­bac­kie­go, sta­rusz­ka, była bar­dzo cho­ra i mo­gła nie­ba­wem umrzeć, a wów­czas ża­ło­ba od­wle­kła­by ślub na jesz­cze dal­szy ter­min. Księż­na po­sta­no­wi­ła więc po­dzie­lić wy­pra­wę na dwie czę­ści – dużą i małą wy­pra­wę – i zgo­dzi­ła się, aby ślub od­był się przed wiel­kim po­stem. Małą wy­pra­wę zde­cy­do­wa­ła się przy­go­to­wać w ca­ło­ści za­raz, dużą zaś prze­słać póź­niej, i wiel­ce się gnie­wa­ła na Le­wi­na, gdy ten ab­so­lut­nie nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć jej se­rio, czy się na to zga­dza, czy też nie. Ta­kie za­ła­twie­nie było tym do­god­niej­sze, że mło­da para za­raz po ślu­bie mia­ła wy­je­chać na wieś, gdzie rze­czy na­le­żą­ce do więk­szej wy­pra­wy nie były po­trzeb­ne.

Le­win i nadal znaj­do­wał się w tym sa­mym sta­nie sza­leń­stwa, w któ­rym zda­wa­ło mu się, że on sam i jego szczę­ście są głów­nym i je­dy­nym ce­lem wszyst­kie­go, co ist­nie­je na świe­cie, że nie ma po­trze­by o nic się trosz­czyć, gdyż dzia­ła­ją i będą dzia­ła­li za nie­go inni. Nie miał na­wet żad­ne­go celu, żad­nych pla­nów co do dal­sze­go ży­cia; po­zo­sta­wiał de­cy­zję in­nym, ufa­jąc, że wszyst­ko do­sko­na­le się uło­ży. Brat jego Ser­giusz, Stie­pan Ar­ka­djicz oraz sta­ra księż­na dy­ry­go­wa­li nim, gdy cho­dzi­ło o to, jak miał po­stą­pić, on zaś zga­dzał się bez za­strze­żeń na wszyst­ko, co mu pro­po­no­wa­no.

Brat za­cią­gnął w jego imie­niu po­życz­kę, księż­na po­ra­dzi­ła, aby po ślu­bie opu­ści­li Mo­skwę. Ob­łoń­ski do­ra­dzał wy­jazd za gra­ni­cę. Le­win na wszyst­ko się zga­dzał. „Rób­cie, co chce­cie, sko­ro was to bawi. Je­stem szczę­śli­wy i szczę­ście moje nie może ani wzro­snąć, ani zma­leć, co­kol­wiek by­ście uczy­ni­li” – my­ślał. Gdy za­ko­mu­ni­ko­wał Kit­ty radę Ob­łoń­skie­go, aby po­je­chać za gra­ni­cę, zdzi­wił się wiel­ce, gdy Kit­ty się nie zgo­dzi­ła i mia­ła na te­mat ich przy­szło­ści ja­kieś wła­sne, okre­ślo­ne ży­cze­nia. Wie­dzia­ła, że Le­win ma na wsi ulu­bio­ne swo­je spra­wy, któ­rych nie tyl­ko nie ro­zu­mia­ła, ale – jak się Le­win spo­strzegł – wca­le nie chcia­ła zro­zu­mieć. To nie prze­szka­dza­ło, że uzna­wa­ła wiel­ką wagę tych spraw. Dla­te­go wie­dząc, że dom ich jest na wsi, pra­gnę­ła je­chać nie za gra­ni­cę, gdzie miesz­kać nie mie­li, lecz tam, gdzie za­mie­rza­li osiąść na sta­łe. Ży­cze­nie jej, tak wy­raź­nie sfor­mu­ło­wa­ne, za­dzi­wi­ło Le­wi­na, ale po­nie­waż było mu wszyst­ko jed­no, na­tych­miast po­pro­sił Ob­łoń­skie­go – tak jak­by to było obo­wiąz­kiem tego ostat­nie­go – aby po­je­chał na wieś i urzą­dził tam wszyst­ko we­dług wła­sne­go uzna­nia, z wła­ści­wym so­bie sma­kiem.

– Po­słu­chaj no tyl­ko – rzekł raz Stie­pan Ar­ka­djicz do Le­wi­na po po­wro­cie z ma­jąt­ku, gdzie urzą­dził wszyst­ko na przy­ję­cie mło­dej pary – czy ty masz świa­dec­two od­by­tej spo­wie­dzi i ko­mu­nii?

– Nie, bo co?

– Bez tego nie do­sta­niesz ślu­bu.

– Aj, aj, aj! – za­wo­łał Le­win. – Toć ja, zda­je się, już z dzie­sięć lat jak nie by­łem u spo­wie­dzi i nie ko­mu­ni­ko­wa­łem się. Na­wet mi to na myśl nie przy­szło.

– Do­bre so­bie! – za­śmiał się Ob­łoń­ski. – I to ty mnie na­zy­wasz ni­hi­li­stą! No, ale tak nie moż­na; mu­sisz to za­ła­twić.

– Ale kie­dy? Zo­sta­ły tyl­ko czte­ry dni.

Ob­łoń­ski zor­ga­ni­zo­wał tak­że i to, i Le­win roz­po­czął ćwi­cze­nia na­boż­ne.

Dla Le­wi­na, jako dla czło­wie­ka nie­wie­rzą­ce­go, ale sza­nu­ją­ce­go prze­ko­na­nia in­nych, obec­ność na ja­kich­kol­wiek ob­rzę­dach ko­ściel­nych i udział w nich były bar­dzo przy­kre. Te­raz, w tym uczu­lo­nym na wszyst­ko, roz­tkli­wio­nym na­stro­ju, w ja­kim się znaj­do­wał, przy­mus uda­wa­nia był dlań nie tyl­ko bo­le­sny, ale wy­da­wał mu się wprost nie do znie­sie­nia. Wła­śnie te­raz, u szczy­tu swej glo­rii, w peł­ni roz­kwi­tu miał­by być zmu­szo­ny albo kła­mać, albo pro­fa­no­wać rze­czy świę­te. Nie czuł się zdol­ny ani do jed­ne­go, ani do dru­gie­go. Da­rem­nie do­py­ty­wał się raz po raz Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza, czy nie moż­na by otrzy­mać za­świad­cze­nia nie przy­stę­pu­jąc do sa­kra­men­tów; ten jed­nak oświad­czył, że to nie­moż­li­we.

– I cóż ci to szko­dzi? Toż to tyl­ko dwa dni! Poza tym, to prze­mi­ły, mą­dry sta­ru­szek. Wy­rwie ci ten ząb tak, że na­wet tego nie za­uwa­żysz.

Sto­jąc w cer­kwi na pierw­szej mszy Le­win spró­bo­wał od­no­wić w pa­mię­ci mło­dzień­cze wspo­mnie­nia tych moc­nych uczuć re­li­gij­nych, ja­kie ży­wił ma­jąc szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, lecz wnet prze­ko­nał się, że było to dla nie­go zu­peł­ną nie­moż­li­wo­ścią. Pró­bo­wał spoj­rzeć na to wszyst­ko, jak na nic nie zna­czą­cy, nie­po­trzeb­ny zwy­czaj, po­dob­ny do zwy­cza­ju skła­da­nia wi­zyt, ale czuł, że i tego ab­so­lut­nie nie po­tra­fi. Sto­su­nek Le­wi­na do re­li­gii był – jak i u więk­szo­ści lu­dzi mu współ­cze­snych – zu­peł­nie nie­okre­ślo­ny: nie mógł zdo­być się na wia­rę, ale nie był tak­że cał­kiem prze­ko­na­ny, że to wszyst­ko było nie­praw­dą. Dla­te­go, nie bę­dąc w sta­nie ani wie­rzyć, że to, co czy­nił, mia­ło ja­kąś wagę, ani usto­sun­ko­wać się do tego obo­jęt­nie, jak do pu­stej for­mal­no­ści, czuł się przez cały czas tych na­bo­żeństw nie­zręcz­nie; wsty­dził się, że robi coś, cze­go sam nie ro­zu­mie, a więc – jak mó­wił mu głos we­wnętrz­ny – coś nie­szcze­re­go i nie­do­bre­go.

Pod­czas na­bo­żeństw to słu­chał mo­dlitw usi­łu­jąc wkła­dać w nie sens, któ­ry by się nie sprze­ci­wiał jego prze­ko­na­niom, to znów – czu­jąc, że nie może mo­dlitw zro­zu­mieć i znie­wo­lo­ny jest je od­rzu­cić – sta­rał się ich nie słu­chać. Za­głę­biał się wów­czas w swo­je my­śli, ob­ser­wa­cje i wspo­mnie­nia, któ­re pod­czas tego bez­czyn­ne­go wy­sta­wa­nia w cer­kwi tłu­kły mu się po gło­wie z nie­zwy­kłym im­pe­tem.

Tak sto­jąc prze­trwał mszę i na­bo­żeń­stwo wie­czor­ne, a na­za­jutrz, wstaw­szy wcze­śniej niż za­zwy­czaj, udał się na czczo do cer­kwi o go­dzi­nie ósmej rano, aby wy­słu­chać na­bo­żeń­stwa po­ran­ne­go i od­być spo­wiedź.

W cer­kwi nie było ni­ko­go oprócz in­wa­li­dy że­bra­ka, dwóch sta­ru­szek i per­so­ne­lu cer­kiew­ne­go.

Mło­dy dia­kon*, z ostro ry­su­ją­cy­mi się dwie­ma po­łów­ka­mi dłu­gie­go grzbie­tu pod cien­ką suk­nią, zbli­żył się do nie­go i pod­cho­dząc do sto­li­ka przy ścia­nie, po­czął na­tych­miast od­ma­wiać mo­dli­twy po­ran­ne. W mia­rę tej re­cy­ta­cji, zwłasz­cza przy czę­stym i szyb­kim po­wta­rza­niu tych sa­mych słów: „Go­spo­di po-mi­łuj”, któ­re brzmia­ły jak „po­mi­łos, po­mi­łos” – Le­win po­czuł, że umysł jego jest za­mknię­ty i opie­czę­to­wa­ny i że le­piej go te­raz nie ru­szać, by nie po­grą­żać się w cha­os. Dla­te­go sto­jąc za ple­ca­mi dia­ko­na, szedł da­lej za wła­sną my­ślą nie słu­cha­jąc i nie wgłę­bia­jąc się w to, co tam­ten mó­wił. „Za­dzi­wia­ją­ce, ile ręka jej ma wy­ra­zu” – roz­my­ślał przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak dnia po­przed­nie­go sie­dzie­li przy na­roż­nym sto­le. Nie mie­li te­ma­tu do roz­mo­wy jak to nie­raz w na­rze­czeń­stwie bywa, i Kit­ty, kła­dąc dłoń na sto­le, raz po raz otwie­ra­ła ją i za­my­ka­ła, aż spoj­rzaw­szy na ru­chy wła­snej ręki, sama po­czę­ła się śmiać. Przy­po­mniał so­bie, jak po­ca­ło­wał tę dłoń i jak póź­niej oglą­dał li­nie spo­ty­ka­ją­ce się w jej ró­żo­wym wnę­trzu. „Znów to «po­mi­łos»„ – po­my­ślał Le­win ro­biąc znak krzy­ża, skła­da­jąc po­kłon i spo­glą­da­jąc na gięt­ki ruch grzbie­tu bi­ją­ce­go po­kło­ny dia­ko­na. „Póź­niej ona wzię­ła moją rękę i oglą­da­ła na niej li­nie. – Do­brą masz rękę – po­wie­dzia­ła.” Tu po­pa­trzył na wła­sną dłoń i na krót­ką dłoń dia­ko­na. „Tak, te­raz pręd­ko bę­dzie ko­niec” – po­my­ślał. „Nie, zda­je się, że zno­wu wszyst­ko za­cznie się od po­cząt­ku” – do­dał na­słu­chu­jąc. „Nie, już ko­niec; już się kła­nia do sa­mej zie­mi. To się za­wsze robi przed koń­cem.”

Wziąw­szy nie­po­strze­że­nie ręką w plu­szo­wym man­kie­cie trzy­ru­blo­wy bank­not, dia­kon obie­cał za­pi­sać i – zu­cho­wa­to stu­ka­jąc no­wy­mi bu­ta­mi po pły­tach pu­stej cer­kwi – po­szedł w głąb do oł­ta­rza. Po chwi­li wyj­rzał stam­tąd i dał ręką znak Le­wi­no­wi. Zdol­ność my­śle­nia – tak dłu­go na uwię­zi – drgnę­ła te­raz w mó­zgu Le­wi­na, ale ją po­śpiesz­nie uci­szył. „Ja­koś to bę­dzie” – po­wie­dział so­bie i zbli­żył się do em­po­ry*. Wszedł na stop­nie i za­wró­ciw­szy w pra­wo uj­rzał popa. Sta­ru­szek pop, o rzad­kiej si­wie­ją­cej bro­dzie i po­czci­wych zmę­czo­nych oczach, stał przy pul­pi­cie i prze­rzu­cał kart­ki re­je­stru. Skło­niw­szy się z lek­ka Le­wi­no­wi, po­czął na­tych­miast zwy­kłym gło­sem re­cy­to­wać mo­dli­twy. Gdy skoń­czył, zło­żył po­kłon aż do zie­mi i zwró­cił się do Le­wi­na twa­rzą.

– Oto Chry­stus, obec­ny tu­taj w spo­sób nie­wi­dzial­ny, ma przy­jąć pań­ską spo­wiedź – rzekł wska­zu­jąc na kru­cy­fiks. – Czy wie­rzy pan we wszyst­ko, cze­go nas na­ucza świę­ta apo­stol­ska Cer­kiew? – cią­gnął da­lej, od­wra­ca­jąc oczy od twa­rzy Le­wi­na i skła­da­jąc ręce pod stu­lą.

– Wąt­pi­łem i wąt­pię o wszyst­kim – po­wie­dział Le­win gło­sem, któ­ry zdał mu się sa­me­mu nie­mi­ły, i za­milkł.

Pop za­cze­kał kil­ka se­kund, czy Le­win cze­goś wię­cej nie po­wie, po czym za­mknąw­szy oczy, szyb­ko, z wło­dzi­mier­skim na­ci­skiem na li­te­rę „o” wy­rzekł:

– Wąt­pie­nie jest wła­ści­we sła­bo­ści ludz­kiej, ale win­ni­śmy się mo­dlić, aby Bóg mi­ło­sier­ny nas umoc­nił. Ja­kie ma pan szcze­gól­ne grze­chy? – do­dał bez naj­mniej­szej pau­zy, jak­by usi­łu­jąc nie tra­cić cza­su.

– Głów­nym moim grze­chem są wąt­pli­wo­ści. Wąt­pię o wszyst­kim i prze­waż­nie znaj­du­ję się w sta­nie zwąt­pie­nia.

– Wąt­pić – to wła­ści­wość ludz­kiej sła­bo­ści – po­wtó­rzył pop. – O czym­że mia­no­wi­cie pan wąt­pi?

– Wąt­pię we wszyst­ko. Nie­kie­dy wąt­pię na­wet w ist­nie­nie Boga – mimo woli wy­znał Le­win i aż prze­ra­ził się nie­wła­ści­wo­ści tego, co wy­rzekł. Ale na popa sło­wa jego zda­wa­ły się nie wy­wie­rać żad­ne­go wra­że­nia.

– Ja­kież mogą być wąt­pli­wo­ści co do ist­nie­nia Boga? – rzu­cił szyb­ko z – le­d­wo do­strze­gal­nym uśmie­chem.

Le­win mil­czał.

– Ja­kąż wąt­pli­wość może pan mieć co do Stwór­cy, gdy wpa­tru­je się pan w Jego dzie­ło? – pręd­ko cią­gnął da­lej pop nie­zmie­nio­nym gło­sem. – Któż to ozdo­bił gwiaz­da­mi skle­pie­nie nie­bie­skie? Kto przy­odział zie­mię w jej kra­sę? Jak­że­by się to stać mo­gło bez udzia­łu Stwór­cy? – za­gad­nął spo­glą­da­jąc py­ta­ją­co na Le­wi­na.

Ten czuł, że nie­wła­ści­wie by­ło­by wda­wać się z po­pem w fi­lo­zo­ficz­ną dys­ku­sję, i dla­te­go od­po­wie­dział tyl­ko na to, co się od­no­si­ło wprost do spra­wy.

– Nie wiem – od­rzekł.

– Nie wie pan? W ta­kim ra­zie, jak pan może wąt­pić, że Bóg wszyst­ko stwo­rzył? – do­py­ty­wał się pop z we­so­łym zdu­mie­niem.

– Ja nic nie ro­zu­miem – rzekł Le­win czer­wie­niąc się, czuł bo­wiem, że sło­wa jego są nie­mą­dre i że w da­nej sy­tu­acji nie mogą być inne.

– Nie­chaj się pan mo­dli i pro­si Boga… Na­wet oj­co­wie świę­ci mie­wa­li wąt­pli­wo­ści i pro­si­li Boga o utwier­dze­nie ich w wie­rze. Sza­tan po­sia­da wiel­ką moc, a my nie po­win­ni­śmy mu ule­gać. Niech się pan mo­dli, niech pan Boga pro­si. Niech się pan mo­dli – po­wtó­rzył z po­śpie­chem.

I za­milkł na chwi­lę, jak­by w za­my­śle­niu.

– Pan, jak sły­szę, ma za­miar wstą­pić w zwią­zek mał­żeń­ski z cór­ką mego pa­ra­fia­ni­na i pe­ni­ten­ta, księ­cia Szczer­bac­kie­go? – za­gad­nął z uśmie­chem. – To nad­zwy­czaj za­cne dziew­czę!

– Tak – czer­wie­niąc się za popa, po­twier­dził Le­win. - „I po co ta­kie py­ta­nia na spo­wie­dzi?” – po­my­ślał.

Jak­by od­po­wia­da­jąc na jego my­śli, pop za­czął mó­wić:

– Pan za­mie­rza za­wrzeć zwią­zek mał­żeń­ski i być może, Bóg ob­da­rzy pana po­tom­stwem, nie­praw­daż? Więc ja­kież wy­cho­wa­nie bę­dzie pan mógł dać swo­im ma­leń­stwom, o ile pan nie prze­zwy­cię­ży w so­bie dia­bel­skiej po­ku­sy, któ­ra po­cią­ga pana do nie­wia­ry? – pra­wił z ła­god­nym wy­rzu­tem. – Ko­cha­jąc swo­je dzie­cię, jako do­bry oj­ciec, bę­dzie pan dla nie­go pra­gnął nie sa­me­go tyl­ko bo­gac­twa, zbyt­ku, za­szczy­tów, ale bę­dzie pan pra­gnął, by do­zna­ło ono zba­wie­nia, oświe­ce­nia w du­chu świa­tłem praw­dy. Wszak tak? I cóż pan mu od­po­wie, gdy nie­win­ne ma­leń­stwo za­py­ta pana: „Ta­tu­siu! Kto stwo­rzył wszyst­ko, co mnie na tym świe­cie za­chwy­ca: zie­mię, wody, słoń­ce, kwia­ty, tra­wy?” Czyż do­praw­dy po­wie mu pan: „Ja tego nie wiem”? Nie może pan tego nie wie­dzieć, sko­ro Pan Bóg w swej wiel­kiej ła­sce od­krył to przed pa­nem. Albo też dzie­cię spy­ta pana: „Co mnie cze­ka poza gro­bem?” Co pan mu po­wie, sko­ro pan nic nie wie? Jak mu pan od­po­wie? Czy rzu­ci je pan na pa­stwę uro­ków świa­ta i czar­ta? To nie­do­brze! – wy­rzekł i umilkł po­chy­liw­szy na bok gło­wę i wpa­tru­jąc się w Le­wi­na po­czci­wy­mi, ła­god­ny­mi oczy­ma.

Le­win nic tym ra­zem nie od­rzekł, nie dla­te­go, by nie chciał wsz­czy­nać z po­pem spo­ru, ale dla­te­go, że nikt mu ta­kich py­tań nie za­da­wał, a do chwi­li, gdy jego ma­leń­stwa mia­ły mu te py­ta­nia po­sta­wić, było dość cza­su, aby za­sta­no­wić się nad od­po­wie­dzią.

– Pan wstę­pu­je w okres ży­cia – mó­wił da­lej pop – kie­dy na­le­ży wy­brać dro­gę i trzy­mać się jej. Nie­chaj się pan mo­dli, aby Bóg w mi­ło­sier­dziu swo­im do­po­mógł panu i zmi­ło­wał się nad pa­nem – za­koń­czył. „Nie­chaj Pan i Bóg nasz, Je­zus Chry­stus, z ła­ski i hoj­no­ści swe­go ku lu­dziom mi­ło­sier­dzia od­pu­ści to­bie, synu…” I po od­mó­wie­niu for­mu­ły ab­so­lu­cyj­nej po­bło­go­sła­wił go i po­że­gnał.

Dnia tego po po­wro­cie do domu Le­win do­świad­czał ra­do­sne­go uczu­cia, że kło­po­tli­wa sy­tu­acja się skoń­czy­ła, i to skoń­czy­ła się tak, iż nie był zmu­szo­ny kła­mać. Poza tym zo­sta­ło mu nie­ja­sne wspo­mnie­nie, że to, co mó­wił ów do­bry i miły sta­ru­szek, wca­le nie było ta­kie głu­pie, jak mu się to zra­zu wy­da­wa­ło, i że było w tym coś, nad czym na­le­ża­ło się za­sta­no­wić.

„Oczy­wi­ście, nie te­raz – my­ślał Le­win – lecz kie­dyś póź­niej.” Bar­dziej niż przed­tem czuł obec­nie, że ma w du­szy coś nie­ja­sne­go i nie­czy­ste­go i że sto­su­nek jego do re­li­gii jest wła­śnie taki, jaki do­strze­gał tak wy­raź­nie i ja­kie­go tak bar­dzo nie lu­bił u in­nych, sto­su­nek, za któ­ry kry­ty­ko­wał swe­go przy­ja­cie­la, Swiaż­skie­go.

Spę­dza­jąc ów wie­czór z na­rze­czo­ną u Do­iły, Le­win był spe­cjal­nie we­sół i tłu­ma­cząc się Ob­łoń­skie­mu z pod­nie­ce­nia, w ja­kim się znaj­do­wał, oświad­czył, że cie­szy się jak pies, któ­re­go uczo­no ska­kać przez ob­ręcz i któ­ry po­jąw­szy wresz­cie i do­ko­naw­szy tego, cze­go od nie­go żą­da­no, skom­li, ma­cha ogo­nem i wska­ku­je z ra­do­ści na okno i sto­ły.

II

W dzień ślu­bu Le­win we­dle zwy­cza­ju (trzy­ma­nia się wszyst­kich zwy­cza­jów ka­te­go­rycz­nie żą­da­ły księż­na i Dol­ly) nie wi­dział na­rze­czo­nej i jadł obiad u sie­bie w ho­te­lu wraz z kil­ku ka­wa­le­ra­mi, któ­rzy się przy­pad­ko­wo u nie­go ze­szli. Byli to – Ser­giusz Iwa­no­wicz, Ka­ta­wa­sow, ko­le­ga Le­wi­na z uni­wer­sy­te­tu, obec­nie pro­fe­sor nauk przy­rod­ni­czych, któ­re­go Le­win za­cią­gnął do sie­bie, spo­tkaw­szy go na uli­cy, i Czi­ri­kow, sę­dzia po­ko­ju w Mo­skwie, to­wa­rzysz Le­wi­na z po­lo­wań na niedź­wie­dzie, a obec­nie jego druż­ba. Przy obie­dzie było bar­dzo we­so­ło. Ko­zny­szew był w jak naj­lep­szym hu­mo­rze: wiel­ce go ba­wi­ła ory­gi­nal­ność Ka­ta­wa­so­wa, a ten czu­jąc, że jest oce­nio­ny i zro­zu­mia­ny jak na­le­ży, po­pi­sy­wał się tą ory­gi­nal­no­ścią. Czi­ri­kow we­so­ło i do­bro­dusz­nie pod­trzy­my­wał każ­dą roz­mo­wę.

– Otóż to wła­śnie – mó­wił Ka­ta­wa­sow prze­cią­ga­jąc sło­wa z przy­zwy­cza­je­nia na­by­te­go na pro­fe­sor­skiej ka­te­drze – cóż to był za zdol­ny chło­pak ten nasz Kon­stan­ty Dmi­trycz. Mó­wię tu o nie­obec­nych, bo go wszak już nie ma. Wte­dy, po wyj­ściu z uni­wer­sy­te­tu, i na­ukę ko­chał, i miał ludz­kie za­in­te­re­so­wa­nia; tym­cza­sem obec­nie po­lo­wa jego zdol­no­ści sku­pia się na oszu­ki­wa­niu sa­me­go sie­bie, dru­ga zaś usi­łu­je ten fałsz uspra­wie­dli­wić.

– Nig­dy nie spo­tka­łem bar­dziej za­cię­te­go wro­ga mał­żeń­stwa niż pan – za­uwa­żył Ko­zny­szew.

– Nie je­stem wro­giem mał­żeń­stwa. Je­stem zwo­len­ni­kiem po­dzia­łu pra­cy. Lu­dzie, któ­rzy nic in­ne­go ro­bić nie po­tra­fią, po­win­ni ro­bić lu­dzi, a po­zo­sta­li win­ni dbać o ich kul­tu­rę i po­myśl­ność. Ja to tak ro­zu­miem, ale ist­nie­je mnó­stwo ama­to­rów, któ­rzy chęt­nie łą­czą te dwa rze­mio­sła. Ja do nich nie na­le­żę.

– Jak­że się będę cie­szył, gdy się do­wiem, że je­steś za­ko­cha­ny! – rzekł Le­win. – Za­pro­szę mnie na we­se­le.

– Ja już je­stem za­ko­cha­ny.

– Tak, za­ko­cha­ny w mą­twie. Czy wiesz – Le­win zwró­cił się do bra­ta – Mi­chał pi­sze pra­cę o tym, jak się żywi…

– Tyl­ko bez ga­li­ma­tia­su! Obo­jęt­ne – o czym pi­szę. Cho­dzi o to, że ja rze­czy­wi­ście lu­bię te mą­twy.

– Mą­twy nie prze­szko­dzą ci ko­chać żony.

– Mą­twy nie prze­szko­dzą, ale żona prze­szko­dzi.

– Dla­cze­góż to?

– Zo­ba­czysz. Ty lu­bisz go­spo­dar­stwo, po­lo­wa­nie. No, więc zo­ba­czysz!

– Wła­śnie był tu­taj Ar­chip i mó­wił, że w Prud­nem jest za­trzę­sie­nie łosi i dwa niedź­wie­dzie – wtrą­cił Czi­ri­kow.

– No, to je upo­luj­cie beze mnie.

– Otóż to – rzekł Ko­zny­szew. – Ale i na przy­szłość po­że­gnaj się z po­lo­wa­niem na niedź­wie­dzie. Żona cię nie pu­ści!

Le­win uśmiech­nął się. Już sama myśl, że go żona nie pu­ści, ro­bi­ła mu taką przy­jem­ność, że go­tów był raz na za­wsze wy­rzec się sa­tys­fak­cji oglą­da­nia niedź­wie­dzi.

– A jed­nak szko­da, że bez pana upo­lu­ją te dwa niedź­wie­dzie. Pa­mię­ta pan ostat­ni raz w Cha­pi­lo­wie? Co by to było za pysz­ne po­lo­wa­nie – na­le­gał Czi­ri­kow.

Le­win nie chciał roz­wie­wać jego złu­dzeń wy­ja­śnie­niem, że nic nig­dzie nie może być „pysz­ne” bez Kit­ty, wo­bec cze­go nie ode­zwał się wca­le.

– Nie bez ko­ze­ry usta­lił się zwy­czaj że­gna­nia ka­wa­ler­skie­go ży­cia – za­czął zno­wu Ko­zny­szew. – Choć­by czło­wiek był nie wiem jak szczę­śli­wy, to jed­nak wol­no­ści mu żal.

– No, nie­chże się pan przy­zna, że ma pan to samo uczu­cie, co na­rze­czo­ny u Go­go­la*, i że miał­by pan ocho­tę wy­sko­czyć oknem!

– Na pew­no ma ta­kie uczu­cie, ale się nie przy­zna­je – ro­ze­śmiał się gło­śno Ka­ta­wa­sow.

– No więc – okno stoi otwo­rem… Jedź­my za­raz do Twe­ru! Je­den z tych niedź­wie­dzi to niedź­wie­dzi­ca; mo­że­my się do­brać do le­go­wi­ska. Se­rio: jedź­my po­cią­giem o pią­tej! A tu­taj – niech się dzie­je, co chce – na­ma­wiał z uśmie­chem Czi­ri­kow.

– Na Boga – żar­to­bli­wie od­parł Le­win – wierz­cie mi, że nie mogę zna­leźć w so­bie owe­go uczu­cia żalu za utra­co­ną wol­no­ścią!

– Tak, bo masz w du­szy taki cha­os, że ni­cze­go się tam nie do­szu­kasz – po­wie­dział Ka­ta­wa­sow. – Po­cze­kaj, aż się nie­co opa­mię­tasz, wte­dy od­naj­dziesz ten żal.

– Nie! Roz­po­znał­bym prze­cie, poza moim uczu­ciem (nie chciał przy Ka­ta­wa­so­wie użyć sło­wa „mi­łość”)… i szczę­ściem, choć odro­bi­nę żalu z po­wo­du utra­ty wol­no­ści. A ja, prze­ciw­nie, wła­śnie z utra­ty wol­no­ści naj­bar­dziej je­stem rad.

– Źle! Bez­na­dziej­ny okaz! – orzekł Ka­ta­wa­sow. – No, więc wy­pij­my na in­ten­cję jego wy­le­cze­nia albo życz­my mu tyl­ko, by speł­ni­ła się choć jed­na set­na jego ma­rzeń. I to już bę­dzie tak wiel­kie szczę­ście, ja­kie­go jego świat nie pa­mię­ta.

Wkrót­ce po obie­dzie go­ście się roz­je­cha­li, by zdą­żyć prze­brać się na ślub.

Gdy Le­win po­zo­stał sam i przy­po­mniał so­bie te ka­wa­ler­skie roz­mo­wy, za­dał so­bie raz jesz­cze py­ta­nie, czy istot­nie kry­je mu się w du­szy owo uczu­cie żalu za wol­no­ścią, o któ­rym tam­ci wspo­mi­na­li? W od­po­wie­dzi uśmiech­nął się. „Wol­ność? Po co ta wol­ność? Szczę­ście po­le­ga wła­śnie na tym, by ko­chać i pra­gnąć, by po­dą­żać my­ślą za jej ży­cze­nia­mi, jej my­śla­mi, czy­li – nie po­sia­dać żad­nej swo­bo­dy. To wła­śnie jest szczę­ście!”

„Ale czy zna­ne mi są jej my­śli, jej pra­gnie­nia?” – pod­szep­nął mu ja­kiś głos. Spo­waż­niał i za­my­ślił się. I na­gle ogar­nę­ło go dziw­ne uczu­cie: zdjął go strach i zwąt­pie­nie, zwąt­pie­nie o wszyst­kim.

„A je­że­li ona mnie nie ko­cha? A je­śli wy­cho­dzi za mnie tyl­ko po to, by w ogó­le wyjść za mąż? A je­śli sama nie wie, co czy­ni? – za­py­ty­wał sam sie­bie. – Może się na­gle ock­nąć i do­pie­ro po wyj­ściu za mąż zro­zu­mieć, że nie ko­cha mnie i nig­dy ko­chać nie mo­gła.” I jęły mu przy­cho­dzić do gło­wy dziw­ne, jak naj­gor­sze my­śli o niej. Po­czuł za­zdrość o Wroń­skie­go, taką samą jak przed ro­kiem, tak jak­by ów wie­czór, gdy ją wi­dział z Wroń­skim, był wczo­raj­szym wie­czo­rem. Po­dej­rze­wał, że nie po­wie­dzia­ła mu wszyst­kie­go.

Ze­rwał się szyb­ko… „Nie, to nie­moż­li­we! – po­wie­dział so­bie z de­spe­ra­cją. – Pój­dę do niej, za­py­tam, po­wiem po raz ostat­ni: je­ste­śmy obo­je wol­ni, czy nie le­piej dać po­kój? Wszyst­ko jest lep­sze niż wiecz­na nie­do­la, hań­ba, nie­wier­ność!!” Z roz­pa­czą w ser­cu i ze zło­ścią na wszyst­kich: na sie­bie, na nią, wy­szedł z ho­te­lu i po­je­chał do Kit­ty.

Za­stał ją w dal­szych po­ko­jach: sie­dzia­ła na ku­frze i wy­da­wa­ła ja­kieś po­le­ce­nie słu­żą­cej prze­bie­ra­jąc w sto­sie róż­no­ko­lo­ro­wych su­kien, po­roz­kła­da­nych na po­rę­czach krze­seł i na pod­ło­dze.

– Ach! – wy­krzyk­nę­ła na jego wi­dok i cała się roz­pro­mie­ni­ła z ra­do­ści. – Jak się masz, jak się pan ma (aż do ostat­nie­go dnia mó­wi­ła mu raz „ty”, raz „pan”)? Zu­peł­nie się nie spo­dzie­wa­łam!… A ja po­rząd­ku­ję moje pa­nień­skie suk­nie: co dla kogo…

– A to bar­dzo do­brze! – rzekł pa­trząc po­nu­ro na słu­żą­cą.

– Idź, idź, Du­nia­sza, po­tem cię za­wo­łam – po­wie­dzia­ła Kit­ty. – Co ci jest? – spy­ta­ła, sko­ro tyl­ko dziew­czy­na wy­szła, de­cy­du­jąc się od razu na „ty”. Za­uwa­ży­ła dziw­ny wy­raz jego wzbu­rzo­nej i po­nu­rej twa­rzy i strach ją ogar­nął.

– Kit­ty, ja cier­pię! Nie je­stem w sta­nie tra­pić się tak sam je­den – rzekł z de­spe­ra­cją w gło­sie, sta­jąc przed nią i pa­trząc jej bła­gal­nie w oczy. Po jej ko­cha­ją­cej, szcze­rej twa­rzy po­znał za­raz, że z tego, co po­wie­dzieć za­mie­rzał, nic nie wy­nik­nie, lecz od­czu­wał po­trze­bę, by ona sama roz­pro­szy­ła jego wąt­pli­wo­ści. – Przy­je­cha­łem, by ci po­wie­dzieć, że jesz­cze czas: moż­na to wszyst­ko prze­kre­ślić i na­pra­wić.

– Co ta­kie­go? Nic nie ro­zu­miem. Co ci jest?

– To, co ci po ty­siąc razy mó­wi­łem, bo in­a­czej my­śleć nie mogę… to, że nie je­stem cie­bie go­dzien. Nie­moż­li­we, byś ty się zgo­dzi­ła wyjść za mnie. Po­myśl tyl­ko… Nie mo­żesz mnie prze­cie ko­chać… Je­że­li… Le­piej już po­wiedz – mó­wił nie pa­trząc na nią.

– Będę nie­szczę­śli­wy. Nie­chaj wszy­scy ga­da­ją, co chcą; wszyst­ko jest lep­sze niż ta­kie nie­szczę­ście… Le­piej te­raz, póki czas.

– Nie ro­zu­miem – od­rze­kła wy­stra­szo­na. – Czy to zna­czy, że chcesz się cof­nąć?… że nie trze­ba?…

– Tak, je­śli mnie nie ko­chasz.

– Osza­la­łeś! – za­wo­ła­ła ru­mie­niąc się z gnie­wu. On miał jed­nak minę tak ża­ło­sną, że za­pa­no­wa­ła nad iry­ta­cją i zrzu­ciw­szy z fo­te­la suk­nie, usia­dła bli­żej nie­go. – Co masz na my­śli? Po­wiedz mi wszyst­ko.

– My­ślę, że nie­po­dob­na, byś mnie ko­cha­ła. Za co byś mia­ła mnie ko­chać?

– Mój Boże! Cóż ja mogę?… – i Kit­ty roz­pła­ka­ła się.

– Ach, co ja na­ro­bi­łem! – wy­krzyk­nął i klęk­nąw­szy przed nią po­czął ca­ło­wać jej ręce.

Kie­dy w pięć mi­nut póź­niej księż­na we­szła do po­ko­ju, za­sta­ła ich już cał­kiem po­go­dzo­nych. Kit­ty nie tyl­ko prze­ko­na­ła go, że go ko­cha, ale na­wet w od­po­wie­dzi na jego py­ta­nie wy­tłu­ma­czy­ła mu – za co. Po­wie­dzia­ła, że ko­cha go, po­nie­waż go cał­ko­wi­cie ro­zu­mie, po­nie­waż wie z góry, co mu się spodo­ba, i po­nie­waż wszyst­ko, co on lubi, jest do­bre. To mu się wy­da­ło zu­peł­nie ja­sne. Gdy we­szła księż­na, sie­dzie­li obok sie­bie na ku­frze, se­gre­go­wa­li suk­nie i spie­ra­li się, po­nie­waż Kit­ty chcia­ła brą­zo­wą su­kien­kę, któ­rą mia­ła na so­bie, gdy Le­win się jej oświad­czył, od­dać Du­nia­szy. Le­win na­le­gał, by tej suk­ni ni­ko­mu nie od­da­wać. Du­nia­szy zaś dać nie­bie­ską.

– Że też ty tego nie ro­zu­miesz! Du­nia­sza jest bru­net­ką i w nie­bie­skiej nie bę­dzie jej do twa­rzy. Już ja to wszyst­ko ob­my­śli­łam.

Do­wie­dziaw­szy się, po co Le­win przy­je­chał, księż­na roz­gnie­wa­ła się na pół se­rio, na pół żar­tem i po­sła­ła go do domu, by się ubie­rał i nie prze­szka­dzał na­rze­czo­nej cze­sać się, bo Char­les miał się za­raz zja­wić.

– Już ona i tak tymi dnia­mi nic nie je i aż zbrzy­dła, a ty jesz­cze ją de­ner­wu­jesz swo­imi głup­stwa­mi – orze­kła. – Wy­noś się, mój dro­gi, wy­noś się.

Le­win za­wsty­dzo­ny w po­czu­ciu swej winy, lecz uspo­ko­jo­ny, wró­cił do ho­te­lu. Tam już go ocze­ki­wa­li – brat, Da­ria Alek­san­drow­na i Ob­łoń­ski, wszy­scy w uro­czy­stym stro­ju, aby go po­bło­go­sła­wić świę­tym ob­ra­zem. Nie było cza­su na ma­ru­dze­nie: Da­ria Alek­san­drow­na mu­sia­ła jesz­cze za­je­chać do domu, by za­brać stam­tąd wy­po­ma­do­wa­ne­go i ufry­zo­wa­ne­go syn­ka, któ­ry miał wieźć ob­raz świę­ty ra­zem z pan­ną mło­dą. Po­tem na­le­ża­ło po­słać jed­ną z ka­ret po druż­bę, a dru­gą, ma­ją­cą od­wieźć Ko­zny­sze­wa, ode­słać z po­wro­tem. W ogó­le było wie­le bar­dzo skom­pli­ko­wa­nych kom­bi­na­cji. Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – to, że nie na­le­ża­ło zwle­kać, po­nie­waż było już wpół do siód­mej.

Bło­go­sła­wie­nie ob­ra­zem było nie­uda­ne. Ob­łoń­ski sta­nął w ko­micz­nie uro­czy­stej po­zie obok żony, wziął ob­raz i – po­le­ciw­szy Le­wi­no­wi kła­niać się aż do zie­mi – po­bło­go­sła­wił go z po­czci­wie drwią­cym uśmie­chem i trzy­krot­nie po­ca­ło­wał. Dol­ly uczy­ni­ła to samo i wnet po­czę­ła śpie­szyć się z od­jaz­dem nie mo­gąc się przy tym po­ła­pać w upla­no­wa­nym ru­chu ekwi­pa­ży.

– A więc zrób­my tak: ty jedź po nie­go na­szą ka­re­tą, a Ser­giusz Iwa­no­wicz nie­chże bę­dzie tak uprzej­my i ode­śle ka­re­tę, któ­ra go od­wie­zie na miej­sce.

– Oczy­wi­ście. Naj­chęt­niej.

– A my z nim za­raz przy­je­dzie­my. Czy rze­czy już wy­sła­ne? – spy­tał Stie­pan Ar­ka­djicz.

– Wy­sła­ne – od­rzekł Le­win i ka­zał, by Kuź­ma po­dał mu ubra­nie.

III

Tłum, przede wszyst­kim tłum ko­biet, ota­czał oświe­tlo­ną z oka­zji ślu­bu cer­kiew. Ci spo­mię­dzy wi­dzów, któ­rzy nie zdo­ła­li do­stać się do środ­ka, tło­czy­li się u okien po­py­cha­jąc się na­wza­jem, kłó­cąc się i za­glą­da­jąc przez okra­to­wa­nie.

Już po­nad dwa­dzie­ścia ka­ret żan­dar­me­ria po­usta­wia­ła wzdłuż uli­cy. Ofi­cer po­li­cji nie ba­cząc na mróz stał u wej­ścia w lśnią­cym od ozdób mun­du­rze. Nie­ustan­nie za­jeż­dża­ły nowe po­jaz­dy i do cer­kwi to przy­by­wa­ły ukwie­co­ne damy pod­trzy­mu­ją­ce tre­ny su­kien, to wcho­dzi­li męż­czyź­ni zdej­mu­jąc kepi woj­sko­we lub czar­ne ka­pe­lu­sze. We­wnątrz cer­kwi już pa­li­ły się oba ży­ran­do­le i wszyst­kie świe­ce przed ob­ra­za­mi. I zło­ty blask bi­ją­cy od czer­wo­ne­go tła Iko­no­sta­su*, i zło­co­ne su­kien­ki ikon, i sre­bro świecz­ni­ków i lich­ta­rzy, i pły­ty cer­kiew­nej po­sadz­ki, i dy­wa­ni­ki, i cho­rą­gwie w gó­rze u chó­rów, i stop­nie em­po­ry, i sta­re, po­czer­nia­łe księ­gi, i ria­sy*, i alby – wszyst­ko było za­la­ne świa­tłem. Po pra­wej stro­nie ogrza­nej cer­kwi, w ciż­bie fra­ków i bia­łych kra­wa­tów, mun­du­rów i róż­nych ma­te­rii: ak­sa­mi­tu, atła­su, w gę­stwie wło­sów, kwia­tów, ob­na­żo­nych ra­mion i rąk, i dłu­gich rę­ka­wi­czek trwał dys­kret­ny, lecz oży­wio­ny gwar, któ­ry dziw­nym po­gło­sem od­bi­jał się od wy­so­kiej ko­pu­ły. Ile­kroć roz­le­ga­ło się skrzyp­nię­cie otwie­ra­nych drzwi, gwar w tłu­mie uci­chał i wszy­scy się oglą­da­li, spo­dzie­wa­jąc się uj­rzeć wcho­dzą­cych pań­stwa mło­dych. Drzwi wsze­la­ko otwie­ra­ły się już po­nad dzie­sięć razy i za każ­dym ra­zem był to albo ktoś ze spóź­nio­nych go­ści, dama lub męż­czy­zna, przy­łą­cza­ją­cy się na pra­wo, do gro­na za­pro­szo­nych, albo widz, któ­re­mu uda­ło się oszu­kać lub prze­bła­gać ofi­ce­ra po­li­cji i któ­ry usta­wiał się na lewo, z tłu­mem ob­cych. I krew­ni i obcy prze­szli już byli wszyst­kie fazy ocze­ki­wa­nia.

Zra­zu przy­pusz­cza­no, że pan mło­dy z pan­ną mło­dą na­tych­miast się zja­wią, i nie przy­pi­sy­wa­no temu spóź­nie­niu żad­nej wagi. Po­tem za­czę­to co­raz czę­ściej spo­glą­dać na drzwi i za­sta­na­wiać się, czy się co nie sta­ło. Wresz­cie spóź­nie­nie po­czę­ło już być że­nu­ją­ce, to­też krew­ni i go­ście usi­ło­wa­li uda­wać, że wca­le nie my­ślą o panu mło­dym i że są za­ab­sor­bo­wa­ni roz­mo­wą.

Pro­to­dia­kon*, jak­by chciał przy­po­mnieć, że czas jego jest cen­ny, nie­cier­pli­wie od­chrzą­ki­wał, aż szy­by w oknach drża­ły. Sły­chać było, jak znu­dze­ni śpie­wa­cy na chó­rze pró­bo­wa­li gło­sów lub wy­cie­ra­li nos. Pop nie­ustan­nie po­sy­łał to dia­ka, to dia­ko­na, by się do­wie­dzie­li, czy pan mio­dy się nie zja­wił, a i sam, w swej ria­sie lila z ha­fto­wa­nym pa­sem, co­raz to czę­ściej sta­wał w bocz­nych drzwiach w ocze­ki­wa­niu pana mło­de­go. Wresz­cie, kie­dy jed­na z pań spoj­rzaw­szy na ze­ga­rek po­wie­dzia­ła: „To jed­nak dziw­ne!”, wszy­scy go­ście za­nie­po­ko­ili się i po­czę­li gło­śno wy­ra­żać swo­je zdzi­wie­nie i nie­za­do­wo­le­nie. Je­den z druż­bów po­je­chał, by prze­ko­nać się, co się sta­ło. Tym­cza­sem Kit­ty, już od daw­na cał­ko­wi­cie go­to­wa, w bia­łej suk­ni, dłu­gim we­lo­nie i wian­ku z kwia­tu po­ma­rań­czo­we­go, sta­ła wraz ze star­szą druh­ną i swo­ją za­męż­ną sio­strą hr. Lwów w du­żym sa­lo­nie domu Szczer­bac­kich i spo­glą­da­ła przez okno, już od pół go­dzi­ny da­rem­nie wy­cze­ku­jąc wia­do­mo­ści o przy­by­ciu pana mło­de­go do cer­kwi, o czym miał ją za­wia­do­mić druż­ba.

Przez ten czas Le­win, wpraw­dzie w spodniach, ale bez ka­mi­zel­ki i fra­ka, cho­dził tam i z po­wro­tem po swo­im ho­te­lo­wym nu­me­rze, nie­ustan­nie sta­jąc we drzwiach i wy­glą­da­jąc na ko­ry­tarz. W ko­ry­ta­rzu jed­nak nie po­ja­wiał się ten, kogo ocze­ki­wał, więc Le­win wra­cał z roz­pa­czą i wy­ma­chu­jąc rę­ko­ma zwra­cał się do Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza spo­koj­nie pa­lą­ce­go pa­pie­ro­sy.

– Czy był kto kie­dy w tak strasz­li­wie głu­pim po­ło­że­niu?!

– Przy­zna­ję, że to jest głu­pie – po­twier­dził Ob­łoń­ski uśmie­cha­jąc się ła­go­dzą­co. – Ale uspo­kój się; za­raz ją przy­wio­zą.

– A rze­czy­wi­ście! – z tłu­mio­ną wście­kło­ścią mó­wił Le­win. – I te idio­tycz­ne wy­cię­te ka­mi­zel­ki! Nie­moż­li­we! – cią­gnął da­lej, ba­da­jąc wzro­kiem po­mię­ty gors swej ko­szu­li. – A co bę­dzie, je­że­li rze­czy już za­bra­no na ko­lej! – wy­krzyk­nął z roz­pa­czą.

– W ta­kim ra­zie wło­żysz moją.

– Już daw­no trze­ba to było zro­bić.

– Nie­do­brze jest być śmiesz­nym… Po­cze­kaj! To się ukształ­tu­je.

Cho­dzi­ło o to, że kie­dy Le­win za­żą­dał ubra­nia, Kuź­ma, jego sta­ry słu­żą­cy, przy­niósł frak, ka­mi­zel­kę i wszyst­ko, co było po­trzeb­ne.

– A ko­szu­la?! – za­wo­łał Le­win.

– Ko­szu­lę ja­śnie pan ma na so­bie – po­god­nie wy­ja­śnił Kuź­ma.

Kuź­ma nie do­my­ślił się, że na­le­ży zo­sta­wić jed­ną czy­stą ko­szu­lę, i po otrzy­ma­niu po­le­ce­nia, aby wszyst­ko za­pa­ko­wać i od­wieźć do Szczer­bac­kich, skąd wie­czo­rem miał na­stą­pić wy­jazd no­wo­żeń­ców – wy­ko­nał roz­kaz i za­pa­ko­wał wszyst­ko, prócz gar­ni­tu­ru fra­ko­we­go. Ko­szu­la, wło­żo­na rano, była po­mię­ta i wo­bec mody wy­cię­tych ka­mi­ze­lek nie nada­wa­ła się do wło­że­nia. Za da­le­ko było po­sy­łać do Szczer­bac­kich, po­sła­no więc po ko­szu­lę do skle­pu, lo­kaj jed­nak po­wró­cił z ni­czym; wszyst­ko było za­mknię­te z po­wo­du nie­dzie­li. Po­sła­no po ko­szu­lę do Ob­łoń­skich i przy­wie­zio­no ją, ale była nie­moż­li­wie sze­ro­ka i krót­ka. Wresz­cie po­sła­no do Szczer­bac­kich, by roz­pa­ko­wać rze­czy. Pana mło­de­go ocze­ki­wa­no w cer­kwi, on zaś, jak zwierz za­mknię­ty w klat­ce, cho­dził po po­ko­ju wy­glą­da­jąc na ko­ry­tarz i z prze­ra­że­niem i roz­pa­czą przy­po­mi­nał so­bie, co na­ga­dał Kit­ty i co ona te­raz może so­bie po­my­śleć.

Wresz­cie wi­no­waj­ca, Kuź­ma, le­d­wo ła­piąc od­dech wpadł do po­ko­ju z ko­szu­lą.

– W samą porę. Już ku­fer ła­do­wa­no na wóz – ga­dał.

W trzy mi­nu­ty póź­niej, nie pa­trząc na ze­ga­rek, by go­rzej nie ją­trzyć ran, Le­win biegł kłu­sa ko­ry­ta­rzem.

– To już nic nie po­mo­że – bez po­śpie­chu po­dą­żał za nim Stie­pan Ar­ka­djicz. – Ukształ­tu­je się, ukształ­tu­je… po­wia­dam ci.

IV

– Przy­je­cha­li! – Oto on! – Któ­ry to? – Za­pew­ne ten młod­szy? – A ona, pa­trz­cie tyl­ko, bie­dacz­ka le­d­wo żywa! – ozwa­ły się w tłu­mie gło­sy, kie­dy Le­win, po spo­tka­niu z Kit­ty u wej­ścia, wszedł z nią ra­zem do cer­kwi.

Stie­pan Ar­ka­djicz opo­wie­dział żo­nie po­wód zwło­ki i go­ście uśmie­cha­jąc się po­czę­li szep­tać po­mię­dzy sobą. Le­win nic i ni­ko­go nie do­strze­gał; nie spusz­czał oczu z na­rze­czo­nej.

Wszy­scy zga­dza­li się, że Kit­ty w ostat­nich dniach bar­dzo zbrzy­dła i że na ślu­bie była da­le­ko mniej ład­na niż za­zwy­czaj. Le­win jed­nak był in­ne­go zda­nia. Pa­trzył na jej wy­so­ką fry­zu­rę z dłu­gim bia­łym we­lo­nem i bia­ły­mi kwia­ta­mi, na wy­so­ki, sto­ją­cy marsz­czo­ny koł­nierz, któ­ry ja­koś spe­cjal­nie dziew­czę­co za­kry­wał z boku, a od­sła­niał z przo­du jej dłu­gą szy­ję; pa­trzył na ude­rza­ją­co szczu­płą ta­lię – i zda­wa­ło mu się, że była pięk­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek… Pięk­niej­sza nie dla­te­go, by te kwia­ty, ten we­lon, ta spro­wa­dzo­na z Pa­ry­ża suk­nia do­da­wa­ły jej uro­dy, ale po­nie­waż, mimo tego sztucz­ne­go prze­py­chu stro­ju, wy­raz jej mi­łej twa­rzycz­ki, jej spoj­rze­nia, jej warg po­zo­stał i nadal tym sa­mym, jej wła­ści­wym, wy­ra­zem nie­win­nej szcze­ro­ści.

– Już my­śla­łam, że chcia­łeś uciec – rze­kła i uśmiech­nę­ła się do nie­go.

– To, co mi się zda­rzy­ło, jest ta­kie głu­pie, że aż wstyd o tym mó­wić! – spą­so­wiał i mu­siał się ob­ró­cić do zbli­ża­ją­ce­go się Ser­giu­sza Iwa­no­wi­cza.

– Do­bra ta two­ja hi­sto­ria z ko­szu­lą! – Ser­giusz po­ki­wał gło­wą z uśmie­chem.

– Tak, tak – rzu­cił Le­win nie ro­zu­mie­jąc o czym mowa.

– No, Ko­stia, te­raz trze­ba roz­strzy­gnąć waż­ną kwe­stię – po­wie­dział Ob­łoń­ski z uda­nym prze­ję­ciem. – Wła­śnie te­raz je­steś spe­cjal­nie w sta­nie oce­nić całą jej wagę. Py­ta­ją mnie się, czy za­pa­lić świe­ce już na­po­czę­te, czy też nowe? Róż­ni­ca sta­no­wi dzie­sięć ru­bli – do­dał skła­da­jąc war­gi do uśmie­chu. – Po­wzią­łem wpraw­dzie de­cy­zję, lecz oba­wiam się, czy się na nią zgo­dzisz.

Le­win zro­zu­miał, że to żart, lecz uśmiech­nąć się nie mógł.

– Więc jak ma być? Opa­lo­ne czy nie opa­lo­ne? Oto jest py­ta­nie!

– Tak, tak! Nie opa­lo­ne.

– No, więc je­stem bar­dzo rad. Kwe­stia jest roz­strzy­gnię­ta! – uśmiech­nął się Stie­pan Ar­ka­djicz. – Jak jed­nak lu­dzie w tej sy­tu­acji głu­pie­ją – po­wie­dział do Czi­ri­ko­wa, gdy Le­win, spoj­rzaw­szy na nie­go nie­przy­tom­nie, wró­cił do pan­ny mło­dej.

– Uwa­żaj, Kit­ty, że­byś stą­pi­ła pierw­sza na dy­wan – ra­dzi­ła hra­bi­na Nord­ston pod­cho­dząc do nich. – Ład­ne rze­czy pan wy­pra­wia! – zwró­ci­ła się do Le­wi­na.

– Czy ci nie strasz­no? – za­py­ta­ła Ma­ria Dmi­triew­na, sta­ra ciot­ka.

– Czy ci nie zim­no? Bla­da je­steś. Po­cze­kaj, na­chyl się! – po­wie­dzia­ła sio­stra Kit­ty, Lwo­wa, i za­okrą­gla­jąc swe pięk­ne to­czo­ne ręce po­pra­wi­ła jej kwia­ty na gło­wie.

Dol­ly zbli­ży­ła się, chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale nie mo­gła prze­mó­wić, za­pła­ka­ła i z przy­mu­sem się ro­ze­śmia­ła.

Kit­ty pa­trzy­ła na wszyst­kich rów­nie nie­obec­ny­mi oczy­ma jak i Le­win. Na wszyst­ko, co do niej mó­wio­no, zdo­ła­ła od­po­wia­dać je­dy­nie uśmie­chem szczę­ścia, któ­ry obec­nie przy­cho­dził jej tak ła­two.

Tym­cza­sem ce­le­bran­ci cer­kiew­ni po­wkła­da­li sza­ty li­tur­gicz­ne i pop wraz z dia­ko­nem skie­ro­wa­li się w stro­nę pul­pi­tu sto­ją­ce­go w na­wie głów­nej. Pop zwró­cił się do Le­wi­na i wy­rzekł do nie­go coś, cze­go Le­win nie do­sły­szał.

– Niech pan weź­mie pan­nę mło­dą za rękę i po­pro­wa­dzi ją – pod­po­wie­dział Le­wi­no­wi druż­ba.

Le­win dłu­go nie mógł zro­zu­mieć, cze­go od nie­go żą­da­ją. Dłu­go po­pra­wia­no go i mia­no mu już dać po­kój, wciąż bo­wiem brał nie tą ręką lub nie za tę rękę, co było trze­ba – aż wresz­cie zro­zu­miał, że na­le­ża­ło pra­wą ręką, bez żad­nej zmia­ny po­sta­wy, wziąć Kit­ty rów­nież za pra­wą rękę. Gdy w koń­cu ujął rękę pan­ny mło­dej tak, jak na­le­ża­ło, pop wy­prze­dził ich o kil­ka kro­ków i za­trzy­mał się przy pul­pi­cie. Tłum krew­nych i zna­jo­mych, brzę­cząc roz­mo­wą i szu­miąc tre­na­mi su­kien, ru­szył za nimi. Ktoś po­chy­lił się i po­pra­wił tren pan­ny mło­dej. W cer­kwi zro­bi­ło się tak ci­cho, że sły­chać było spa­da­nie kro­pel wo­sku.

Sta­ru­szek pop w ka­mi­ław­ce*, z błysz­czą­cy­mi sre­brzy­ście ko­smy­ka­mi wło­sów za­ło­żo­ny­mi po obu stro­nach za uszy, wy­do­był swe małe, star­cze ręce spod cięż­kiej srebr­nej kapy ze zło­tym krzy­żem na ple­cach i ma­ni­pu­lo­wał czymś przy pul­pi­cie.

Ob­łoń­ski dys­kret­nie zbli­żył się do nie­go, coś mu szep­nął i mru­gnąw­szy na Le­wi­na, znów się wy­co­fał.

Pop za­pa­lił dwie ozdo­bio­ne kwia­ta­mi świe­ce, trzy­ma­jąc je po­chy­ło w le­wym ręku, tak że wosk po­wo­li z nich ka­pał, po czym ob­ró­cił się twa­rzą do pań­stwa mło­dych. Był to ten sam pop, któ­ry spo­wia­dał Le­wi­na. Spoj­rzał znu­żo­nym i smut­nym wzro­kiem na pana mło­de­go i pan­nę mło­dą, wes­tchnął i wy­do­byw­szy spod kapy pra­wą rękę po­bło­go­sła­wił nią pana mło­de­go i tak samo, z od­cie­niem de­li­kat­nej czu­ło­ści, po­ło­żył pal­ce na po­chy­lo­nej gło­wie Kit­ty. Po­tem po­dał im świe­ce i wziąw­szy ka­dziel­ni­cę, po­wo­li się od nich od­da­lił.

„Czy to może być rze­czy­wi­ste” – po­my­ślał Le­win i obej­rzał się za na­rze­czo­ną. Wi­dział jej pro­fil nie­co z góry i z le­d­wie do­strze­gal­ne­go ru­chu jej warg i rzęs po­znał, że po­czu­ła jego wzrok. Nie obej­rza­ła się, lecz jej wy­so­ki marsz­czo­ny koł­nierz drgnął wzno­sząc się ku ma­lut­kie­mu, ró­żo­we­mu uszku. Wi­dział, że wes­tchnie­nie w jej pier­si za­trzy­ma­ło się i że rącz­ka w dłu­giej rę­ka­wicz­ce, trzy­ma­ją­ca świe­cę, za­drża­ła.

Cały am­ba­ras z po­wo­du ko­szu­li i spóź­nie­nia, roz­mo­wa ze zna­jo­my­mi i krew­ny­mi, ich nie­za­do­wo­le­nie, jego wła­sna śmiesz­na sy­tu­acja – wszyst­ko na­gle znik­nę­ło; po­czuł ra­dość i strach.

Pięk­ny, po­staw­ny pro­to­dia­kon w srebr­nej al­bie, z ufry­zo­wa­ny­mi, od­rzu­co­ny­mi na boki, ster­czą­cy­mi kę­dzio­ra­mi, rześ­ko wy­stą­pił na­przód i unió­sł­szy na dwóch pal­cach, zwy­kłym ob­rzę­do­wym ru­chem, stu­łę, za­trzy­mał się na­prze­ciw popa.

„Po­bło­go­sław, Pa­nie!” – roz­le­gły się wol­no, je­den za dru­gim, uro­czy­ste dźwię­ki, ko­ły­sząc fa­la­mi po­wie­trza.

„Bło­go­sła­wio­ny Bóg nasz te­raz i za­wsze, i na wie­ki wie­ków” – kor­nie i śpiew­nie od­po­wie­dział sta­ru­szek pop, w dal­szym cią­gu coś prze­kła­da­jąc na pul­pi­cie. I wy­peł­nia­jąc sobą całą cer­kiew od okien aż do skle­pie­nia, peł­ny akord nie­wi­dzial­ne­go chó­ru wzniósł się har­mo­nij­nie i sze­ro­ko, spo­tęż­niał, za­trzy­mał się na chwi­lę i ci­cho za­marł.

Mo­dlo­no się jak zwy­kle o ze­sła­nie po­ko­ju i zba­wie­nia, mo­dlo­no się za Wy­so­ki Sy­nod* i za ce­sa­rza; mo­dlo­no się i za obec­nie za­wie­ra­ją­cych ślub Kon­stan­te­go i Ka­ta­rzy­nę, słu­gi boże.

„Po­mó­dl­my się do Boga, by ze­sła­na im zo­sta­ła mi­łość do­sko­na­ła i spo­koj­na draż boża po­moc” – cała cer­kiew jak­by tchnę­ła gło­sem pro­to­dia­ko­na.

Le­win słu­chał tych słów i był pod ich wra­że­niem. „Skąd oni zga­dli, że po­trze­ba po­mo­cy, wła­śnie po­mo­cy? – my­ślał przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­kie swo­je nie­daw­ne oba­wy i wąt­pli­wo­ści. – Cóż ja wiem? Co ja po­tra­fię zro­bić w tej za­trwa­ża­ją­cej spra­wie – my­ślał – bez po­mo­cy. Wła­śnie po­mo­cy po­trze­ba mi te­raz.”

Gdy dia­kon skoń­czył ek­te­nię*, pop, z książ­ką w ręku, zwró­cił się do mło­dej pary:

„Boże wiecz­ny, któ­ry zbie­rasz i jed­no­czysz roz­dzie­lo­ne – czy­tał ła­god­nym, śpiew­nym gło­sem – któ­ry wy­zna­czy­łeś nie­ro­ze­rwal­ne przy­mie­rze ich mi­ło­ści, któ­ry po­bło­go­sła­wi­łeś Iza­aka i Re­be­kę i wska­za­łeś na nich, jako na dzie­dzi­ców Twej obiet­ni­cy, po­bło­go­sław Ty sam słu­gi Two­je Kon­stan­te­go i Ka­ta­rzy­nę i na­kłoń ich do wsze­la­kich do­brych uczyn­ków. Jako żeś jest Bóg ła­ska­wy i mi­łu­ją­cy lu­dzi, chwa­łę Ci od­da­je­my – Ojcu, Sy­no­wi i Du­cho­wi Świę­te­mu – te­raz i za­wsze, i na wie­ki wie­ków.” – „Amen” – znów roz­lał się w po­wie­trzu głos nie­wi­dzial­ne­go chó­ru.

„«Któ­ry zbie­rasz i jed­no­czysz roz­dzie­lo­ne i któ­ry wy­zna­czy­łeś przy­mie­rze ich mi­ło­ści» – jak peł­ne głę­bo­kiej my­śli są te sło­wa i jak od­po­wia­da­ją temu, co czło­wiek w ta­kiej chwi­li od­czu­wa! – my­ślał Le­win. – Czy i ona czu­je to, co ja?”

Obej­rzaw­szy się spo­tkał jej wzrok.

I z wy­ra­zu jej oczu wy­wnio­sko­wał, że Kit­ty zro­zu­mia­ła to samo, co i on. To nie była zresz­tą praw­da: Kit­ty pra­wie zu­peł­nie nie ro­zu­mia­ła słów na­bo­żeń­stwa, a pod­czas ślu­bu na­wet ich nie słu­cha­ła. Nie mo­gła ich słu­chać i ro­zu­mieć, tak moc­ne było je­dy­ne uczu­cie, któ­re ją na­peł­nia­ło i wciąż ro­sło – uczu­cie ra­do­ści, że do­ko­ny­wa­ło się w peł­ni to, co już od pół­to­ra mie­sią­ca speł­ni­ło się w jej ser­cu, to, co przez całe te sześć ty­go­dni cie­szy­ło ją i za­ra­zem udrę­cza­ło. Owe­go dnia, kie­dy w swej brą­zo­wej suk­ni w sa­lo­nie domu na Ar­ba­cie po­de­szła do Le­wi­na bez sło­wa i po­da­ro­wa­ła mu sie­bie – w du­szy jej dnia owe­go i w owej go­dzi­nie na­stą­pi­ło zu­peł­ne ze­rwa­nie z po­przed­nim ży­ciem i za­czę­ło się ży­cie cał­kiem inne, nowe, z grun­tu jej nie zna­ne. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak daw­ne jej ży­cie cią­gnę­ło się da­lej. Tych sześć ty­go­dni było dla niej okre­sem naj­bar­dziej bło­gim i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej drę­czą­cym. Całe jej ist­nie­nie, wszyst­kie pra­gnie­nia, na­dzie­je ze­środ­ko­wa­ły się w tym jed­nym, do­tąd jesz­cze nie­po­ję­tym dla niej czło­wie­ku, z któ­rym wią­za­ło ją uczu­cie jesz­cze bar­dziej nie­po­ję­te niż sam ów czło­wiek, uczu­cie, któ­re ją to zbli­ża­ło do nie­go, to od­py­cha­ło. A tym­cza­sem prze­by­wa­ła nadal wśród wa­run­ków do­tych­cza­so­we­go ży­cia i ży­jąc tak, była prze­ra­żo­na sobą, prze­ra­żo­na tą nie­prze­par­tą, kom­plet­ną obo­jęt­no­ścią dla ca­łej swej prze­szło­ści: dla przed­mio­tów, przy­zwy­cza­jeń, dla lu­dzi, któ­rzy ją ko­cha­li i ko­cha­ją, dla ura­żo­nej tą jej obo­jęt­no­ścią mat­ki, dla dro­gie­go, a daw­niej ko­cha­ne­go nade wszyst­ko w świe­cie i tak czu­łe­go ojca. Kit­ty była to prze­ra­żo­na wła­sną obo­jęt­no­ścią, to ura­do­wa­na tym, co ją do tej obo­jęt­no­ści przy­wio­dło. Nie mo­gła ani my­śleć o ni­czym, ani pra­gnąć ni­cze­go in­ne­go oprócz ży­cia z tym czło­wie­kiem, ale to nowe ży­cie jesz­cze nie ist­nia­ło i na­wet go so­bie wy­raź­nie nie wy­obra­ża­ła. Trwa­ła w sa­mym wy­cze­ki­wa­niu, w ra­do­ści i oba­wie przed czymś no­wym i nie­zna­nym. A te­raz tyl­ko pa­trzeć, jak ocze­ki­wa­nie, za­gad­ko­wość i jak­by skru­cha z po­wo­du wy­par­cia się do­tych­cza­so­we­go ży­cia – wszyst­ko to się skoń­czy, a roz­pocz­nie się coś no­we­go, coś, co bę­dąc nie­wia­do­mym, musi wpraw­dzie wzbu­dzać oba­wę; strasz­ne jed­nak czy nie – już się do­ko­na­ło sześć ty­go­dni temu. Te­raz na­stę­po­wa­ło je­dy­nie uświę­ce­nie tego, co od daw­na sta­ło się w du­szy.

Zwra­ca­jąc się znów do pul­pi­tu pop z tru­dem ujął mały pier­ścio­ne­czek Kit­ty i wziąw­szy rękę Le­wi­na wło­żył tę ob­rącz­kę na pierw­szy staw jego pal­ca. „Słu­ga boży Kon­stan­ty za­wie­ra ślub ze słu­żeb­ni­cą bożą Ka­ta­rzy­ną.” I te same sło­wa po­wtó­rzył po wło­że­niu du­żej ob­rącz­ki na ró­żo­wy, ma­leń­ki, ża­ło­sny w swej sła­bo­ści pa­lu­szek Kit­ty.

Parę razy pań­stwo mło­dzi pró­bo­wa­li od­gad­nąć, co trze­ba było zro­bić, i za każ­dym ra­zem po­peł­nia­li omył­kę. Pop ich szep­tem po­pra­wiał. Wresz­cie speł­niw­szy wszyst­ko, co na­le­ża­ło, i uczy­niw­szy nad nimi znak krzy­ża ob­rącz­ka­mi, zno­wu od­dał dużą – Kit­ty, a ma­leń­ką – Le­wi­no­wi, przy czym obo­je znów się po­my­li­li. Dwa razy prze­kła­da­li pier­ścion­ki z rąk do rąk i mimo to nie uda­wa­ło im się uczy­nić tego, o co cho­dzi­ło.

Dol­ly, Czi­ri­kow i Ob­łoń­ski wy­szli z tłu­mu, by im pod­po­wie­dzieć; po­wsta­ło za­mie­sza­nie, za­czę­ły się szep­ty i uśmie­chy, lecz uro­czy­ste wzru­sze­nie ma­lu­ją­ce się na twa­rzach pań­stwa mło­dych nie ule­gło zmia­nie; prze­ciw­nie, my­ląc ręce wy­glą­da­li jesz­cze uro­czy­ściej niż po­przed­nio, a uśmiech, z któ­rym Ob­łoń­ski szep­tał, aby te­raz każ­de wło­ży­ło swo­ją wła­sną ob­rącz­kę, mimo woli za­marł mu na ustach. Po­czuł, że każ­dy uśmiech może ich ura­zić.

„Boś Ty od po­cząt­ku stwo­rzył płeć mę­ską i żeń­ską – re­cy­to­wał pop po za­mia­nie pier­ścion­ków – i z Two­jej woli łą­czy się z mę­żem żona ku po­mo­cy i ku po­czy­na­niu ro­dza­ju ludz­kie­go. Boś Ty sam, Pa­nie Boże nasz, ze­słał praw­dę jako dzie­dzic­two i obiet­ni­cę Two­ją słu­gom Twym, oj­com na­szym, wy­bra­nym Two­im z każ­de­go po­ko­le­nia. Wej­rzyj na słu­gę Twe­go Kon­stan­te­go i słu­żeb­ni­cę Two­ją Ka­ta­rzy­nę i utwierdź ich ślub w wie­rze i w jed­no­myśl­no­ści, i praw­dzie, i mi­ło­ści.”

Le­win prze­ko­ny­wał się co­raz bar­dziej, że wszyst­kie jego po­ję­cia o mał­żeń­stwie, jego ma­rze­nia o tym, jak urzą­dzi so­bie ży­cie, że wszyst­ko to było dzie­ci­na­dą i że mał­żeń­stwo to coś, cze­go do­tych­czas nie ro­zu­miał, a te­raz ro­zu­mie jesz­cze mniej, mimo że sta­je się ono jego udzia­łem. W pier­si co­raz wy­żej zry­wał mu się skurcz, a do oczu na­pły­wa­ły na­tręt­ne łzy.

V

W cer­kwi obec­na była cała Mo­skwa, ro­dzi­na i zna­jo­mi. Pod­czas ob­rzę­du za­ślu­bin w rzę­si­stym oświe­tle­niu cer­kwi, śród koła wy­stro­jo­nych ko­biet i pa­nien oraz męż­czyzn w bia­łych kra­wa­tach, fra­kach i mun­du­rach nie usta­wał przy­ci­szo­ny dys­kret­nie gwar roz­mów. Roz­po­czy­na­li je prze­waż­nie męż­czyź­ni, pa­nie bo­wiem były po­chło­nię­te przy­pa­try­wa­niem się wszyst­kim szcze­gó­łom ce­re­mo­nii, któ­rą ko­bie­ty za­wsze się tak bar­dzo przej­mu­ją.

W kół­ku naj­bliż­szym pan­ny mło­dej znaj­do­wa­ły się obie jej sio­stry: Dol­ly i star­sza, peł­na spo­ko­ju pięk­ność – hra­bi­na Lwów, przy­by­ła z za­gra­ni­cy.

– Cze­mu Ma­rie ma suk­nię lila, pra­wie jak­by wło­ży­ła czar­ną? I to na ślub! – za­uwa­ży­ła Kor­suń­ska.

– Z jej cerą to je­dy­ny ra­tu­nek… – od­po­wie­dzia­ła Dru­biec­ka. – Dzi­wi mnie, że ślub od­by­wa się wie­czo­rem, na ku­piec­ką mo­dłę.

– Tak jest ład­niej. I ja tak­że bra­łam ślub wie­czo­rem – od­rze­kła Kor­suń­ska i wes­tchnę­ła na wspo­mnie­nie, jak uro­czo dnia owe­go wy­glą­da­ła, jak śmiesz­nie za­ko­cha­ny był jej mąż i jak obec­nie wszyst­ko jest in­a­czej.

– Po­wia­da­ją, że kto bywa druż­bą wię­cej niż dzie­sięć razy, ten się już nie oże­ni; chcia­łem się wkrę­cić po raz dzie­sią­ty, żeby się za­ase­ku­ro­wać, ale już nie było miej­sca – mó­wił hra­bia Si­nia­win do ład­niut­kiej księż­nicz­ki Czar­skiej, któ­ra mia­ła na nie­go wi­do­ki.

Księż­nicz­ka w od­po­wie­dzi uśmiech­nę­ła się tyl­ko. Pa­trzy­ła na pan­nę mło­dą my­śląc, jak i kie­dy ona sama tak bę­dzie sta­ła z Si­nia­wi­nem na miej­scu Kit­ty i jak mu wte­dy przy­po­mni jego obec­ny żart.

Szczer­bac­ki mó­wił do sta­rej frej­li­ny, pani Ni­ko­ła­jew, że za­mie­rza wło­żyć pan­nie mło­dej ko­ro­nę na szy­nion, bo to przy­no­si szczę­ście.

– Nie na­le­ża­ło wca­le wkła­dać szy­nio­nu – za­uwa­ży­ła sta­ra frej­li­na, któ­ra już od daw­na po­sta­no­wi­ła, że je­że­li nie­mło­dy wdo­wiec, na któ­re­go za­sta­wi­ła si­dła, z nią się oże­ni, to ślub we­zmą jak naj­skrom­niej­szy. – Nie lu­bię tej ca­łej pa­ra­dy.

Ser­giusz Iwa­no­wicz roz­ma­wiał z Dol­ly i za­pew­niał ją żar­tem, że zwy­czaj po­dró­ży po­ślub­nej roz­po­wszech­nia się dla­te­go, że no­wo­żeń­cy za­wsze tro­chę się wsty­dzą.

– Brat pań­ski może być dum­ny: Kit­ty jest wy­jąt­ko­wo uro­cza. Są­dzę, że pan mu za­zdro­ści?

– Ja już przez to prze­sze­dłem, księż­no – od­parł i twarz jego na­gle przy­bra­ła wy­raz smut­ku i po­wa­gi.

Stie­pan Ar­ka­djicz opo­wia­dał szwa­gier­ce swój ka­lam­bur o roz­wo­dzie.

– Trze­ba po­pra­wić wia­nek – za­uwa­ży­ła nie słu­cha­jąc go.

– Jaka szko­da, że Kit­ty tak zbrzy­dła – mó­wi­ła pani Nord­ston do pani Lwów. – Mimo to on nie­wart na­wet jed­ne­go jej pa­lusz­ka. Nie­praw­daż?

– Prze­ciw­nie, on mi się bar­dzo po­do­ba. Nie dla­te­go, że to mój przy­szły beau frère – po­wie­dzia­ła pani Lwów. – I jak się do­sko­na­le za­cho­wu­je. A w tej sy­tu­acji to tak trud­no za­cho­wać wła­ści­wą po­sta­wę, nie być śmiesz­nym. On zaś nie jest ani śmiesz­ny, ani sztyw­ny; wi­dać tyl­ko, że jest wzru­szo­ny.

– Zda­je się, że pani się tego spo­dzie­wa­ła?

– Pra­wie że tak, Kit­ty go za­wsze lu­bi­ła.

– No, te­raz po­pa­trz­my, któ­re z nich pierw­sze wej­dzie na dy­wan; ja ra­dzi­łam Kit­ty, by o tym pa­mię­ta­ła.

– To obo­jęt­ne – od­rze­kła Lwo­wa. – My wszyst­kie je­ste­śmy po­tul­ny­mi żo­na­mi. To ro­dzin­na ce­cha.

– Ja z Wa­si­liem umyśl­nie sta­nę­łam pierw­sza. A ty, Dol­ly?

Dol­ly sta­ła obok nich, sły­sza­ła, co mó­wi­ły, ale nie od­po­wia­da­ła. Była roz­rzew­nio­na: mia­ła łzy w oczach i by­ła­by się roz­pła­ka­ła, gdy­by spró­bo­wa­ła prze­mó­wić. Cie­szy­ła się pa­trząc na Le­wi­na i Kit­ty; poza tym wra­ca­ła my­ślą do swe­go wła­sne­go ślu­bu i spo­glą­da­jąc na pro­mie­nie­ją­ce­go Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza za­po­mi­na­ła o ca­łej te­raź­niej­szo­ści i pa­mię­ta­ła tyl­ko o swym pierw­szym nie­win­nym uczu­ciu. My­śla­ła przy tym nie tyl­ko o so­bie, ale o wszyst­kich ko­bie­tach bli­skich i zna­jo­mych. Przy­po­mi­na­ła je so­bie w tej uro­czy­stej, je­dy­nej dla nich chwi­li, gdy po­dob­nie jak Kit­ty, sta­ły przed oł­ta­rzem z mi­ło­ścią, na­dzie­ją i oba­wą w ser­cu, wy­rze­ka­jąc się prze­szło­ści i wstę­pu­jąc w ta­jem­ni­czą przy­szłość. W licz­bie tych wszyst­kich pa­nien mło­dych, któ­re mia­ła w pa­mię­ci, przy­szła jej rów­nież na myśl ko­cha­na jej Anna. Nie­daw­no roz­ma­wia­no przy niej o szcze­gó­łach przy­pusz­czal­ne­go roz­wo­du Anny, któ­ra prze­cież tak­że sta­ła kie­dyś czy­sta w swym we­lo­nie z po­ma­rań­czo­wym kwie­ciem. A te­raz?!…

– Ja­kie to strasz­nie dziw­ne – rze­kła wresz­cie Dol­ly.

Nie tyl­ko sio­stry, przy­ja­ciół­ki i krew­ni bacz­nie przy­glą­da­li się wszyst­kim szcze­gó­łom ob­rzę­du; obcy wi­dzo­wie – ko­bie­ty ze wzru­sze­niem ta­mu­ją­cym od­dech ob­ser­wo­wa­ły, bo­jąc się coś prze­oczyć, każ­dy ruch, każ­dą zmia­nę wy­ra­zu twa­rzy pana mło­de­go i pan­ny mło­dej i gniew­nie mil­cza­ły lub też w ogó­le nie sły­sza­ły ga­da­ni­ny obo­jęt­nych męż­czyzn, ro­bią­cych żar­to­bli­we uwa­gi czy roz­ma­wia­ją­cych na inny te­mat.

– Cze­mu ona taka za­pła­ka­na? A może idzie za mąż po nie­wo­li?

– Co to za przy­mus, kie­dy to taki zuch! A może to jaki ksią­żę?

– A ta w bia­łej, atła­so­wej – czy nie sio­stra cza­sem? Słu­chaj tyl­ko; za­raz dia­kon ryk­nie: „Nie­chaj się lęka swe­go męża!”

– Czy to chór z czu­dow­skie­go mo­na­ste­ru*?

– Nie, z Sy­no­du.

– Py­ta­łam się lo­ka­ja. Po­wia­da, że on ją za­raz wie­zie do sie­bie, do ro­do­we­go ma­jąt­ku. Po­dob­no bo­ga­ty aż strach: dla­te­go ją za nie­go wy­da­li.

– W każ­dym ra­zie ślicz­na para.

– A pani spie­ra­ła się ze mną, Ma­rio Wa­si­liew­no, że kry­so­li­ny nosi się od­sta­ją­ce. Patrz no pani na tę w puce* – mó­wią, że to am­ba­sa­do­ro­wa – jak na niej przy­le­ga, raz tak, a po­tem w dru­gą stro­nę.

– Co za mi­lut­ka pan­na mło­da, a przy­bra­na jak ja­gniąt­ko! Co tu ga­dać, szko­da nas, ko­biet, szko­da!

Ta­kie były gło­sy w tłu­mie przy­glą­da­ją­cych się osób, któ­re zdo­ła­ły do­trzeć do wnę­trza cer­kwi.

VI

Kie­dy ob­rzęd za­mia­ny pier­ścion­ków zo­stał do­ko­na­ny, słu­ga cer­kiew­ny ro­ze­słał przed pul­pi­tem, po­środ­ku cer­kwi, ka­wa­łek ró­żo­wej ma­te­rii, chór od­śpie­wał kunsz­tow­ny i skom­pli­ko­wa­ny psalm, w któ­rym bas i te­nor da­wa­ły so­bie wza­jem­nie re­spons, po czym pop ob­ró­cił się ku pań­stwu mło­dym i wska­zał im na ro­ze­sła­ny ka­wa­łek ró­żo­wej tka­ni­ny. Cho­ciaż obo­je czę­sto i wie­le sły­sze­li o prze­są­dzie, że kto pierw­szy stąp­nie na dy­wan, ten bę­dzie w ro­dzi­nie gło­wą – ani Le­wi­no­wi, ani Kit­ty nie przy­szło to na myśl w chwi­li, gdy ro­bi­li tych parę kro­ków. Nie sły­sze­li też gło­śnych uwag i dys­ku­sji nad tym, że – jak do­strze­gli jed­ni – on sta­nął pierw­szy, a – jak za­uwa­ży­li dru­dzy – obo­je we­szli na dy­wan jed­no­cze­śnie.

Po zwy­kłych py­ta­niach, czy pra­gną za­wrzeć ślub i czy nie są zwią­za­ni obiet­ni­cą z kimś in­nym, oraz od­po­wie­dziach pań­stwa mło­dych, któ­re w ich wła­snych uszach mia­ły dziw­ne brzmie­nie, za­czę­ło się nowe na­bo­żeń­stwo. Kit­ty słu­cha­ła wy­ra­zów mo­dli­twy pra­gnąc zro­zu­mieć ich sens, lecz się to jej nie uda­wa­ło. Uczu­cie trium­fu i pro­mien­nej ra­do­ści co­raz bar­dziej – w mia­rę jak do­ko­ny­wał się ob­rzęd – na­peł­nia­ło jej du­szę i po­zba­wia­ło zdol­no­ści uwa­ża­nia.

Mo­dlo­no się o „cno­tę czy­sto­ści dla nich i o po­myśl­ność dla owo­cu ich ży­wo­ta, aby cie­szy­li się wi­do­kiem sy­nów i có­rek”.

Wspo­mi­na­no o tym, że Bóg stwo­rzył ko­bie­tę z Ada­mo­we­go że­bra i że „z tego po­wo­du czło­wiek opu­ści ojca i mat­kę, a przy­lgnie do żony, i tych dwo­je będą jak jed­no cia­ło”, i że „jest to wiel­ka ta­jem­ni­ca”. Pro­szo­no, aby Bóg dał im płod­ność i bło­go­sła­wień­stwo, ja­kim ob­da­rzył Iza­aka i Re­be­kę, Jó­ze­fa, Moj­że­sza i Se­fo­rę*, iżby oglą­da­li sy­nów swych sy­nów. „Wszyst­ko jest pięk­ne – my­śla­ła Kit­ty słu­cha­jąc tych słów – i nie może też być in­a­czej” – i uśmiech ra­do­ści ja­śniał na jej pro­mien­nej twa­rzy, bez­wied­nie udzie­la­jąc się wszyst­kim spo­glą­da­ją­cym na nią.

– Trze­ba je cał­kiem wło­żyć – roz­le­gły się gło­sy do­rad­cze, gdy pop wło­żył im ko­ro­ny, i Szczer­bac­ki, w rę­ka­wicz­ce o trzech gu­zicz­kach, ręką, któ­ra drża­ła, pod­niósł ko­ro­nę wy­so­ko nad gło­wę pan­ny mło­dej.

– Włóż mi ją! – szep­nę­ła z uśmie­chem.

Le­win spoj­rzał na nią i ude­rzył go ra­do­sny blask jej twa­rzy. Uczu­cie jej mimo woli udzie­li­ło się i jemu: zro­bi­ło mu się, tak jak i jej, ja­sno i we­so­ło na du­szy.

Ra­do­śnie słu­cha­li czy­ta­nia li­stu apo­stol­skie­go i grzmią­ce­go gło­su pro­to­dia­ko­na przy ostat­nim wer­se­cie, któ­re­go obcy wi­dzo­wie ocze­ki­wa­li z taką nie­cier­pli­wo­ścią. We­se­lem na­peł­ni­ło ich wy­pi­cie z płyt­kie­go kie­li­cha cie­płe­go czer­wo­ne­go wina z wodą, a jesz­cze bar­dziej roz­ra­do­wa­li się, gdy pop, od­wi­nąw­szy kapę i wziąw­szy ich ręce w swo­ją, opro­wa­dził ich do­ko­ła pul­pi­tu, pod­czas, gdy po­ry­wy basu wzy­wa­ły: „Iza­ja­szu, ra­duj się!” Szczer­bac­ki i Czi­ri­kow pod­trzy­mu­ją­cy ko­ro­ny, rów­nież uśmiech­nię­ci i nie wia­do­mo cze­go – roz­ra­do­wa­ni, za­plą­ty­wa­li się w tren pan­ny mło­dej i to po­zo­sta­wa­li w tyle, to gdy pop się na­gle za­trzy­my­wał, zde­rza­li się z no­wo­żeń­ca­mi. Iskier­ka ra­do­ści, któ­ra roz­go­rza­ła w ser­cu Kit­ty, udzie­li­ła się jak­by wszyst­kim obec­nym w cer­kwi. Le­wi­no­wi zda­wa­ło się, że pop i dia­kon mie­li tak­że ocho­tę uśmie­chać się, po­dob­nie jak i on sam.

Zdjąw­szy im z głów ko­ro­ny pop prze­czy­tał ostat­nią z sze­re­gu mo­dlitw i po­win­szo­wał za­ślu­bio­nym. Le­win spoj­rzał na Kit­ty. Nig­dy jej do­tych­czas ta­kiej nie wi­dział. Była prze­ślicz­na z tym no­wym ja­śnie­niem szczę­ścia na twa­rzy. Le­win pra­gnął jej coś po­wie­dzieć, lecz nie wie­dział, czy ce­re­mo­nia już jest skoń­czo­na. Pop wy­ba­wił go z kło­po­tu. Na do­bro­tli­wych jego war­gach zja­wił się uśmiech. Po­wie­dział ci­cho: „Pro­szę po­ca­ło­wać żonę, a pani nie­chaj po­ca­łu­je męża” – po czym wy­jął im z rąk świe­ce.

Le­win de­li­kat­nie po­ca­ło­wał jej uśmiech­nię­te war­gi, po­dał jej rękę i czu­jąc nową, dziw­ną bli­skość Kit­ty, wy­szedł z nią ra­zem z cer­kwi. Nie wie­rzył, nie mógł wie­rzyć, że to praw­da. Wie­rzył tyl­ko wte­dy, gdy spo­ty­ka­ły się ich zdzi­wio­ne i nie­śmia­łe spoj­rze­nia, czuł bo­wiem, że już sta­no­wi­li jed­ność.

Po ko­la­cji, tej sa­mej nocy, pań­stwo mło­dzi wy­je­cha­li na wieś.

VII

Już od trzech mie­się­cy Wroń­ski z Anną po­dró­żo­wa­li po Eu­ro­pie. Od­wie­dzi­li We­ne­cję, Rzym, Ne­apol i wła­śnie za­trzy­ma­li się w ma­łym wło­skim mia­stecz­ku, gdzie mie­li za­miar za­miesz­kać na ja­kiś czas.

Pięk­ny ober z prze­dział­kiem w gę­stych wy­po­ma­do­wa­nych wło­sach, za­czy­na­ją­cym się wprost od szyi, ubra­ny we frak, o sze­ro­kim bia­łym gor­sie ba­ty­sto­wej ko­szu­li i z wiąz­ką bre­lo­ków nad za­okrą­glo­nym brzusz­kiem – wło­żył ręce w kie­sze­nie i po­gar­dli­wie mru­żąc oczy da­wał su­ro­wym to­nem od­po­wie­dzi panu, któ­ry się przed nim za­trzy­mał. Sły­sząc od dru­giej stro­ny wej­ścia kro­ki zmie­rza­ją­ce w górę po scho­dach, ober od­wró­cił się i uj­rzaw­szy ro­syj­skie­go hra­bie­go, któ­ry zaj­mo­wał u nich naj­lep­sze po­ko­je, wy­jął przez usza­no­wa­nie ręce z kie­sze­ni i schy­lo­ny w ukło­nie, po­in­for­mo­wał Wroń­skie­go, że był ku­rier i że wy­na­ję­cie pa­laz­zo do­szło do skut­ku. Głów­ny ad­mi­ni­stra­tor go­tów jest pod­pi­sać umo­wę.

– Tak? Bar­dzo je­stem rad – rzekł Wroń­ski. – A pani: czy jest w domu, czy może wy­szła?

– Ja­śnie pani wy­cho­dzi­ła na spa­cer, ale już wró­ci­ła – od­po­wie­dział ober.

Wroń­ski zdjął z gło­wy mięk­ki – ka­pe­lusz o sze­ro­kim ron­dzie ocie­ra­jąc chust­ką spo­co­ne czo­ło i wło­sy, któ­re no­sił dłu­gie do pół uszu i za­cze­sa­ne do tyłu tak, że za­kry­wa­ły mu ły­si­nę, po czym spoj­rzaw­szy z roz­tar­gnie­niem na sto­ją­ce­go nadal i przy­glą­da­ją­ce­go mu się męż­czy­znę, chciał go mi­nąć.

– Ten pan jest Ro­sja­ni­nem i za­py­ty­wał o pana hra­bie­go – za­trzy­mał go ober.

Z uczu­ciem iry­ta­cji, że nie­po­dob­na nig­dzie ukryć się przed zna­jo­my­mi, po­mie­sza­nej z pra­gnie­niem zna­le­zie­nia ja­kiejś roz­ryw­ki w swym jed­no­staj­nym ży­ciu Wroń­ski raz jesz­cze obej­rzał się na nie­zna­jo­me­go, któ­ry nie­co się od­da­lił, ale zno­wu przy­sta­nął i obaj roz­pro­mie­ni­li się jed­no­cze­śnie.

– Go­le­nisz­czew!

– Wroń­ski!

Istot­nie, był to Go­le­nisz­czew, ko­le­ga Wroń­skie­go z Kor­pu­su Pa­ziów. Go­le­nisz­czew na­le­żał w Kor­pu­sie do par­tii li­be­ral­nej i wy­szedł stam­tąd z ran­gą urzęd­ni­czą, ale nig­dzie służ­by nie peł­nił. Ko­le­dzy stra­ci­li się cał­ko­wi­cie z oczu po wyj­ściu z Kor­pu­su, a póź­niej spo­tka­li się tyl­ko raz je­den.

Przy owym ze­tknię­ciu Wroń­ski od­niósł wra­że­nie, że Go­le­nisz­czew wy­brał so­bie ja­kąś prze­mą­drza­łą, li­be­ral­ną dro­gę ży­cio­wą i że na sku­tek tego uwa­żał za wła­ści­we po­gar­dzać ka­rie­rą i po­zy­cją to­wa­rzy­ską ko­le­gi. Dla­te­go Wroń­ski przy­brał wo­bec nie­go wów­czas taką chłod­ną i wy­nio­słą po­sta­wę, jaką nie­kie­dy po­tra­fił przy­bie­rać wo­bec lu­dzi, a któ­ra ozna­cza­ła: „Może się panu mój tryb ży­cia po­do­bać lub nie po­do­bać: jest mi to zu­peł­nie obo­jęt­ne. Je­śli pan chce mnie znać, musi mnie pan sza­no­wać.” Go­le­nisz­czew ze swej stro­ny od­po­wie­dział na ton Wroń­skie­go lek­ce­wa­żą­cą obo­jęt­no­ścią. Zda­wa­ło­by się, że ta­kie spo­tka­nie po­win­no było jesz­cze bar­dziej ich roz­dzie­lić; tym­cza­sem te­raz obaj roz­pro­mie­ni­li się i aż krzyk­nę­li z ra­do­ści po­zna­jąc się wza­jem­nie. Wroń­ski nig­dy nie przy­pusz­czał, że się tak na wi­dok Go­le­nisz­cze­wa ucie­szy; za­pew­ne sam nie zda­wał so­bie spra­wy, jak da­le­ce – się nu­dził. Za­po­mniał o przy­krym wra­że­niu, ja­kie od­niósł był przy ostat­nim spo­tka­niu, i z wy­ra­zem szcze­rej ra­do­ści wy­cią­gnął rękę do daw­ne­go ko­le­gi. Po­dob­na ra­dość za­stą­pi­ła na twa­rzy Go­le­nisz­cze­wa do­tych­cza­so­wy wy­raz nie­pew­no­ści.

– Jak­że się cie­szę z tego spo­tka­nia! – za­wo­łał Wroń­ski po­ka­zu­jąc w przy­ja­znym uśmie­chu swe moc­ne, bia­łe zęby.

– A… ja sły­szę: Wroń­ski, ale któ­ry Wroń­ski – nie wie­dzia­łem. Bar­dzo, bar­dzo się cie­szę!

– Wejdź­my więc. Co ty tu ro­bisz?

– Miesz­kam tu­taj już dru­gi rok. Pra­cu­ję.

– Do­praw­dy?! – za­in­te­re­so­wał się Wroń­ski. – Wejdź­my.

I – we­dle ro­syj­skie­go zwy­cza­ju – za­miast po ro­syj­sku po­wie­dzieć to, co mia­ło po­zo­stać ta­jem­ni­cą wo­bec służ­by, za­czął po fran­cu­sku:

– Czy znasz pa­nią Ka­re­nin? Po­dró­żu­je­my ra­zem. Idę wła­śnie do niej. – Mó­wiąc to po fran­cu­sku, wpa­try­wał się pil­nie w twarz Go­le­nisz­cze­wa.

– Ach tak?! Nie wie­dzia­łem (mimo że wie­dział) – od­rzekł obo­jęt­nie Go­le­nisz­czew. – Daw­noś przy­je­chał? – do­dał za­raz.

– Ja? Je­stem tu od trzech dni. – Wroń­ski raz jesz­cze uważ­nie wpa­trzył się w twarz ko­le­gi.

„Tak, to po­rząd­ny czło­wiek i za­pa­tru­je się na tę spra­wę jak na­le­ży – za­de­cy­do­wał ro­zu­mie­jąc, co ozna­cza mina Go­le­nisz­cze­wa i zmia­na te­ma­tu roz­mo­wy. – Moż­na go przed­sta­wić An­nie; za­pa­tru­je się na to tak jak trze­ba.”

W cią­gu tych trzech mie­się­cy, któ­re Wroń­ski spę­dził z Anną za gra­ni­cą, za­wsze przy spo­tka­niu z no­wy­mi ludź­mi za­da­wał so­bie py­ta­nie, jak ta nowa oso­ba bę­dzie się za­pa­try­wa­ła na jego sto­su­nek do Anny, i w więk­szo­ści wy­pad­ków u męż­czyzn spo­ty­kał ta­kie zro­zu­mie­nie – jak na­le­ża­ło. Lecz gdy­by kto spy­tał jego lub tych, któ­rzy ro­zu­mie­li rzecz „jak na­le­ży”, na czym po­le­ga­ło ta­kie za­pa­try­wa­nie, to i jemu, i im od­po­wiedź spra­wi­ła­by dużo trud­no­ści.

W grun­cie rze­czy ci ro­zu­mie­ją­cy, zda­niem Wroń­skie­go, spra­wę „jak na­le­ży” wca­le jej nie ro­zu­mie­li, lecz za­cho­wy­wa­li się tak, jak się w ogó­le za­cho­wu­ją do­brze wy­cho­wa­ni lu­dzie wo­bec skom­pli­ko­wa­nych i draż­li­wych spraw, ja­kie ze wszech stron na­strę­cza­ją się w ży­ciu, czy­li za­cho­wy­wa­li się przy­zwo­icie, uni­ka­jąc wszel­kich alu­zji i nie­mi­łych za­py­tań. Uda­wa­li, że w zu­peł­no­ści ro­zu­mie­ją zna­cze­nie i sens sy­tu­acji, że ją uzna­ją, a na­wet po­chwa­la­ją, lecz uwa­ża­ją za nie­wła­ści­we i zby­tecz­ne wda­wać się w ja­kieś do­cie­ka­nia.

Wroń­ski od­gadł od razu, że Go­le­nisz­czew był jed­nym z ta­kich lu­dzi, i stąd był mu w dwój­na­sób rad. Istot­nie, Go­le­nisz­czew za­cho­wy­wał się wo­bec pani Ka­re­nin, gdy zo­stał do niej wpro­wa­dzo­ny, tak jak tyl­ko Wroń­ski mógł so­bie tego ży­czyć. Wi­dać było, że omi­ja bez naj­mniej­sze­go tru­du wszel­kie te­ma­ty, któ­re mo­gły­by wy­wo­łać za­kło­po­ta­nie.

Nie znał Anny przed­tem i był pod wra­że­niem jej uro­dy, a jesz­cze bar­dziej pro­sto­ty, z jaką go­dzi­ła się ze swą sy­tu­acją. Za­ru­mie­ni­ła się, kie­dy Wroń­ski go przy­pro­wa­dził, i ten dzie­cię­cy ru­mie­niec, któ­ry ob­lał jej szcze­rą, uro­dzi­wą twarz, nie­zwy­kle mu się spodo­bał. Ale spe­cjal­nie po­do­ba­ło mu się, że Anna na­tych­miast, jak­by roz­myśl­nie, by w obec­no­ści ko­goś ob­ce­go nie mo­gło być nie­po­ro­zu­mień, na­zwa­ła Wroń­skie­go po pro­stu Alek­sym i po­wie­dzia­ła, że prze­no­szą się do nowo wy­na­ję­te­go domu, któ­ry tu­taj na­zy­wa­ją pa­laz­zo. Ten bez­po­śred­ni i pro­sty sto­su­nek do sy­tu­acji bar­dzo ujął Go­le­nisz­cze­wa. Pa­trząc na do­bro­dusz­nie we­so­ły, ener­gicz­ny spo­sób by­cia Anny i zna­jąc obu – Ka­re­ni­na i Wroń­skie­go – Go­le­nisz­czew do­szedł do wnio­sku, że cał­ko­wi­cie ją ro­zu­mie. Zda­wa­ło mu się, że poj­mu­je to, cze­go ona sama zu­peł­nie nie ro­zu­mia­ła, mia­no­wi­cie – jak mo­gła uniesz­czę­śli­wić męża, po­rzu­cić męża i syna, utra­cić do­bre imię, a mimo to za­cho­wać tę we­so­łą ży­wość i być szczę­śli­wą.

– Jest w prze­wod­ni­ku – Go­le­nisz­czew mó­wił o pa­ła­cu wy­na­ję­tym przez Wroń­skie­go. – Jest tam pięk­ny Tin­to­ret­to. Z jego ostat­nie­go okre­su.

– Wie­cie pań­stwo co? Po­go­da jest pięk­na: chodź­my tam, żeby go jesz­cze raz obej­rzeć – za­pro­po­no­wał Wroń­ski zwra­ca­jąc się do Anny.

– Naj­chęt­niej. Za­raz pój­dę wło­żyć ka­pe­lusz. Pa­no­wie mó­wi­cie, że jest go­rą­co? – po­wie­dzia­ła za­trzy­mu­jąc się u drzwi i py­ta­ją­co pa­trząc na Wroń­skie­go. I żywy ru­mie­niec znów ob­lał jej twarz.

Z jej spoj­rze­nia Wroń­ski zro­zu­miał, że Anna nie wie, jak on pra­gnie uło­żyć swo­je sto­sun­ki z Go­le­nisz­cze­wem, i że oba­wia się, czy za­cho­wy­wa­ła się tak, jak on by tego so­bie ży­czył.

Spoj­rzał na nią prze­cią­gle i czu­le.

– Nie, nie bar­dzo – od­rzekł.

I An­nie wy­da­ło się, że wszyst­ko zro­zu­mia­ła, a zwłasz­cza – to jed­no naj­waż­niej­sze: że jest z niej za­do­wo­lo­ny. Uśmiech­nę­ła się i szyb­kim kro­kiem wy­szła do dru­gie­go po­ko­ju.

Gdy dwaj przy­ja­cie­le po­zo­sta­li sami, zmie­sza­li się nie­co. Go­le­nisz­czew, wy­raź­nie za­chwy­co­ny Anną, chciał coś o niej po­wie­dzieć, lecz nie znaj­do­wał słów, Wroń­ski zaś pra­gnął usły­szeć, co tam­ten po­wie, ale za­ra­zem się tego oba­wiał.

– A więc – za­czął wresz­cie, aby na­wią­zać prze­cie ja­kąś roz­mo­wę – więc za­miesz­ka­łeś tu­taj? I za­wsze pra­cu­jesz nad tym sa­mym? – cią­gnął da­lej, przy­po­mi­na­jąc so­bie, co mó­wio­no mu o pra­cy, któ­rą miał ja­ko­by pi­sać Go­le­nisz­czew.

– Tak, pi­szę dru­gą część Dwóch pier­wiast­ków – Go­le­nisz-czew za­czer­wie­nił się z za­do­wo­le­nia na to py­ta­nie – to jest, mó­wiąc ści­śle, jesz­cze jej nie pi­szę, przy­go­to­wu­ję tyl­ko, zbie­ram ma­te­ria­ły. Ta część bę­dzie da­le­ko ob­szer­niej­sza i obej­mie pra­wie wszyst­kie spra­wy. U nas w Ro­sji nikt nie chce zro­zu­mieć, że je­ste­śmy dzie­dzi­ca­mi Bi­zan­cjum – roz­po­czął dłu­gi, na­mięt­ny wy­kład.

Wroń­ski zra­zu był za­kło­po­ta­ny, nie zna­jąc na­wet i pierw­szej czę­ści pra­cy o Dwóch pier­wiast­kach, o któ­rej na­po­mknął au­tor jako o czymś już wia­do­mym. Po­tem jed­nak, gdy Go­le­nisz­czew po­czął wy­łusz­czać swe my­śli i Wroń­ski mógł za nim po­dą­żyć, to na­wet nie zna­jąc Dwóch pier­wiast­ków słu­chał z za­in­te­re­so­wa­niem, Go­le­nisz­czew bo­wiem mó­wił ze swa­dą. Co dzi­wi­ło i mar­twi­ło Wroń­skie­go, to pew­ne roz­draż­nie­nie i wzbu­rze­nie, z ja­ki­mi Go­le­nisz­czew roz­pra­wiał na in­te­re­su­ją­cy go te­mat. Im da­lej – tym bar­dziej pa­ła­ły mu oczy, tym spiesz­niej od­pie­rał ar­gu­men­ty do­mnie­ma­nych prze­ciw­ni­ków, a na jego twa­rzy ma­lo­wa­ły się nie­po­kój i ura­za. Pa­mię­ta­jąc Go­le­nisz­cze­wa jako chu­dziut­kie­go, ży­we­go, po­czci­we­go i szla­chet­ne­go chłop­ca, któ­ry za­wsze by­wał pierw­szym uczniem w Kor­pu­sie, Wroń­ski nie mógł zro­zu­mieć po­wo­du tego roz­draż­nie­nia i nie po­chwa­lał go. Zwłasz­cza nie po­do­ba­ło mu się, że czło­wiek z do­bre­go to­wa­rzy­stwa sta­wiał sie­bie na jed­nym po­zio­mie z ja­ki­miś pi­sma­ka­mi, któ­rzy go draż­ni­li, i że się na nich zło­ścił. Czyż war­to było? Nie po­do­ba­ło się to wpraw­dzie Wroń­skie­mu, wy­czu­wa­jąc jed­nak, że Go­le­nisz­czew nie jest szczę­śli­wy, współ­czuł mu. Od ru­chli­wej, dość przy­stoj­nej twa­rzy Go­le­nisz­cze­wa biło cier­pie­nie, omal­że nie obłęd, gdy nie zwró­ciw­szy na­wet uwa­gi na wej­ście Anny, spiesz­nie i z unie­sie­niem wy­po­wia­dał swe my­śli.

Anna wró­ci­ła w płasz­czy­ku i ka­pe­lu­szu, ba­wiąc się pa­ra­sol­ką, któ­rą trzy­ma­ła w pięk­nej ręce. Kie­dy sta­nę­ła obok Wroń­skie­go, ten ode­rwał się od uważ­nie weń wle­pio­ne­go ża­ło­sne­go spoj­rze­nia Go­le­nisz­cze­wa i z po­ry­wem czu­ło­ści po­pa­trzył na swą prze­ślicz­ną, peł­ną ener­gii i ra­do­ści ży­cia to­wa­rzysz­kę. Go­le­nisz­czew ock­nął się z wy­sił­kiem; był zra­zu po­nu­ry i przy­gnę­bio­ny, ale pro­ste, we­so­łe obej­ście Anny, któ­ra czu­ła życz­li­wość dla ca­łe­go świa­ta (bo taką wów­czas była), nie­ba­wem go roz­ru­sza­ło. Po wy­pró­bo­wa­niu róż­nych te­ma­tów na­pro­wa­dzi­ła roz­mo­wę na ma­lar­stwo, o któ­rym Go­łe­nisz­czew mó­wił bar­dzo in­te­re­su­ją­co. Anna słu­cha­ła go z uwa­gą. Do­szli na pie­cho­tę do wy­na­ję­te­go domu i obej­rze­li go.

– Z jed­nej rze­czy bar­dzo się cie­szę – po­wie­dzia­ła Anna w po­wrot­nej dro­dze – oto Alek­sy bę­dzie miał do­bre ate­lier. Weź ko­niecz­nie ten po­ko­ik – zwró­ci­ła się do Wroń­skie­go po ro­syj­sku, mó­wiąc mu ty, zda­ła już bo­wiem so­bie spra­wę, że w ich od­osob­nie­niu Go­le­nisz­czew się z nimi zbli­ży i że nie ma po­trze­by nic przed nim ukry­wać.

– Czy ty ma­lu­jesz? – za­py­tał Go­le­nisz­czew i ob­ró­cił się szyb­ko ku Wroń­skie­mu.

– Tak, kie­dyś ma­lo­wa­łem i te­raz za­czą­łem tro­chę na nowo – za­czer­wie­nił się Wroń­ski.

– Ma duży ta­lent – oświad­czy­ła Anna z ra­do­snym uśmie­chem. – Nie je­stem oczy­wi­ście znaw­cą, ale znaw­cy są tego sa­me­go zda­nia.

VIII

W tym pierw­szym okre­sie swe­go wy­zwo­le­nia i szyb­kie­go po­wro­tu do zdro­wia Anna czu­ła się nie­wy­ba­czal­nie szczę­śli­wa i peł­na ra­do­ści ży­cia. Pa­mięć o ka­ta­stro­fie, jaka spa­dła na jej męża, nie za­tru­wa­ła jej szczę­ścia. Cho­ciaż wspo­mnie­nie to było zbyt okrop­ne, by o nim moż­na było w ogó­le my­śleć, to jed­nak nie­szczę­ście męża przy­nio­sło An­nie zbyt wiel­kie szczę­ście, by mo­gła od­czu­wać skru­chę. Pa­mięć o wszyst­kim, co ją spo­tka­ło po cho­ro­bie: po­go­dze­nie się z mę­żem, ze­rwa­nie z nim, wia­do­mość o zra­nie­niu Wroń­skie­go, jego zja­wie­nie się, przy­go­to­wa­nia do roz­wo­du, opusz­cze­nie mę­żow­skie­go domu, po­że­gna­nie z syn­kiem – wszyst­ko to zda­wa­ło jej się snem go­rącz­ko­wym, po któ­rym zbu­dzi­ła się za gra­ni­cą przy boku Wroń­skie­go. Pa­mięć o krzyw­dzie wy­rzą­dzo­nej mę­żo­wi bu­dzi­ła w niej uczu­cie po­dob­ne do od­ra­zy, po­krew­ne temu, ja­kie­go do­świad­czał­by to­ną­cy, któ­ry by ode­rwał od sie­bie cze­pia­ją­ce­go się go czło­wie­ka. Czło­wiek ten uto­nął. Rzecz oczy­wi­sta, że to było źle, ale był to je­dy­ny ra­tu­nek, i le­piej nie przy­po­mi­nać so­bie tych okrop­nych szcze­gó­łów.

W pierw­szej chwi­li ze­rwa­nia przy­szło jej na myśl pew­ne uspo­ka­ja­ją­ce ro­zu­mo­wa­nie co do jej po­stęp­ku i te­raz, na wspo­mnie­nie wszyst­kie­go, co za­szło, przy­po­mnia­ła je so­bie. „Prze­ze mnie spa­dło nie­odwo­łal­nie na tego czło­wie­ka nie­szczę­ście – my­śla­ła – nie chcę więc z tego nie­szczę­ścia czer­pać ko­rzy­ści. Cier­pię i ja rów­nież i będę cier­pia­ła tra­cąc to, co mi jest naj­droż­sze: uczci­we imię i syna. Po­stą­pi­łam źle, to­też nie pra­gnę szczę­ścia, nie chcę roz­wo­du i będę cier­pia­ła z po­wo­du mo­jej hań­by i roz­łą­ki z syn­kiem.” Mimo jed­nak, że Anna szcze­rze pra­gnę­ła cier­pieć – nie cier­pia­ła. I o żad­nej hań­bie nie mo­gło być mowy. Z tak­tem, któ­re­go obo­je tak wie­le po­sia­da­li, uni­ka­jąc ro­syj­skich dam, nig­dzie za gra­ni­cą nie zna­leź­li się w fał­szy­wym po­ło­że­niu, wszę­dzie na­to­miast spo­ty­ka­li lu­dzi uda­ją­cych, że ro­zu­mie­ją do­sko­na­le ich wza­jem­ny sto­su­nek, ro­zu­mie­ją go da­le­ko le­piej, niż go ro­zu­mie­li oni sami. Na­wet roz­łą­ka z syn­kiem, któ­re­go ko­cha­ła, nie drę­czy­ła jej z po­cząt­ku. Có­recz­ka, jego dziec­ko, była taka mi­lut­ka i Anna się tak do niej przy­wią­za­ła od cza­su, gdy po­zo­sta­ła jej tyl­ko ona jed­na, że rzad­ko my­śla­ła o syn­ku.

Żą­dza ży­cia, któ­ra wzmo­gła się po wy­zdro­wie­niu, była w niej tak sil­na, a wa­run­ki ży­cia ta­kie przy­jem­ne i nowe, że Anna czu­ła się nie­wy­ba­czal­nie szczę­śli­wa. Im wię­cej po­zna­wa­ła Wroń­skie­go, tym go bar­dziej ko­cha­ła. Ko­cha­ła go i dla nie­go sa­me­go, i za mi­łość jego ku niej. To, że na­le­żał do niej te­raz cał­ko­wi­cie, wznie­ca­ło w niej nie­ustan­ną ra­dość. Jego obec­ność była jej za­wsze miła. Wszyst­kie ce­chy jego cha­rak­te­ru, któ­ry co­raz bli­żej po­zna­wa­ła, były jej nie­wy­mow­nie sym­pa­tycz­ne. Po­wierz­chow­ność jego po zmia­nie, jaką spo­wo­do­wa­ło ubra­nie cy­wil­ne, po­cią­ga­ła ją tak, jak­by po raz pierw­szy była za­ko­cha­na. We wszyst­kim, co mó­wił, co my­ślał i czy­nił, wi­dzia­ła coś szcze­gól­nie szla­chet­ne­go i wznio­słe­go. Ten za­chwyt prze­ra­żał ją samą; szu­ka­ła – i nic, co by nic było pięk­ne, zna­leźć w nim nie mo­gła. Nie wa­ży­ła się oka­zy­wać Wroń­skie­mu, jak bar­dzo uświa­da­mia so­bie swą wła­sną ni­cość w po­rów­na­niu z nim. Zda­wa­ło jej się, że wie­dząc o tym, go­tów prze­stać ją ko­chać, a obec­nie ni­cze­go tak się nie oba­wia­ła – mimo że żad­nych ku temu nie było po­wo­dów – jak utra­ty jego mi­ło­ści. Nie mo­gła jed­nak nie być mu wdzięcz­na za jego za­cho­wa­nie się w sto­sun­ku do niej i nie oka­zy­wać mu, jak bar­dzo je so­bie ceni. On, któ­ry, jej zda­niem, był tak wy­raź­nie po­wo­ła­ny do dzia­łal­no­ści pań­stwo­wej, gdzie po­wi­nien był speł­niać zna­ko­mi­tą rolę, zło­żył jej w ofie­rze swe am­bi­cje, nig­dy nie oka­zu­jąc naj­mniej­sze­go żalu. Trak­to­wał ją z więk­szą jesz­cze niż przed­tem mi­ło­ścią i sza­cun­kiem. Ani na chwi­lę nie opusz­cza­ła go dba­łość, by Anna nie od­czu­ła nig­dy swe­go fał­szy­we­go po­ło­że­nia. On, taki mę­ski, nie tyl­ko nig­dy się jej nie sprze­ci­wiał, ale nie miał po pro­stu wo­bec niej wła­snej woli i był, zda­wa­ło się, za­ję­ty tyl­ko tym, aby uprze­dzać jej ży­cze­nia. Nie­po­dob­na było tego nie oce­niać, mimo że ta jego wiecz­nie na­pię­ta uwa­ga oraz at­mos­fe­ra tro­skli­wo­ści, jaką ją ota­czał, nie­kie­dy jej cią­ży­ły.

Tym­cza­sem Wroń­ski, mimo że to, cze­go od tak daw­na pra­gnął, speł­ni­ło się, nie był cał­ko­wi­cie szczę­śli­wy. Pręd­ko się prze­ko­nał, że speł­nie­nie pra­gnień dało mu tyl­ko jed­no zia­ren­ko pia­sku z tej ca­łej góry szczę­śli­wo­ści, któ­rą so­bie obie­cy­wał. Urze­czy­wist­nie­nie to prze­ko­na­ło go o wiecz­nej omył­ce, ja­kiej ule­ga­ją lu­dzie utoż­sa­mia­jąc szczę­ście ze speł­nie­niem pra­gnień. W pierw­szym okre­sie po po­łą­cze­niu się z Anną, gdy wło­żył cy­wil­ne ubra­nie, po­czuł cały urok wol­no­ści jako ta­kiej – nig­dy jej bo­wiem do­tąd nie za­znał – oraz urok wol­no­ści mi­ło­snej. Cie­szył się tym, ale nie­dłu­go. Wkrót­ce stwier­dził u sie­bie nie­do­syt pra­gnień, tę­sk­no­tę. Bez­wied­nie po­czął się chwy­tać każ­de­go prze­lot­ne­go ka­pry­su, bio­rąc go za pra­gnie­nie, za cel. Trze­ba było czymś za­jąć szes­na­ście go­dzin dnia, bo za gra­ni­cą żyli bez żad­nych zo­bo­wią­zań, znaj­du­jąc się poza tym krę­giem świa­to­we­go ży­cia po­chła­nia­ją­cym czas w Pe­ters­bur­gu. O roz­ryw­kach ka­wa­ler­skich, któ­re pod­czas po­przed­nich wy­cie­czek za gra­ni­cę zaj­mo­wa­ły Wroń­skie­go, nie moż­na było na­wet ma­rzyć, gdyż je­dy­na tego ro­dza­ju pró­ba wy­wo­ła­ła u Anny przy­gnę­bie­nie nie­ocze­ki­wa­ne i nie­współ­mier­ne z fak­tem spo­ży­cia póź­nej ko­la­cji ze zna­jo­my­mi. Wo­bec nie­ja­sno­ści sy­tu­acji nie moż­na było rów­nież utrzy­my­wać sto­sun­ków z to­wa­rzy­stwem miej­sco­wym lub przy­god­nym ro­syj­skim. Oglą­da­nie za­byt­ków – po­mi­ja­jąc, że były to rze­czy, któ­re już wi­dział – nie mia­ło dla Wroń­skie­go, jako dla Ro­sja­ni­na i czło­wie­ka in­te­li­gent­ne­go, tej nie­po­ję­tej wagi, jaką zwie­dza­niu po­tra­fią przy­pi­sy­wać An­gli­cy.

Więc jak wy­gło­dzo­ne zwie­rzę chwy­ta każ­dy na­po­tka­ny przed­miot w na­dziei, że znaj­dzie w nim po­ży­wie­nie, tak Wroń­ski zu­peł­nie nie­świa­do­mie rzu­cał się to na po­li­ty­kę, to na nowe książ­ki, to na ob­ra­zy.

Po­nie­waż od dzie­ciń­stwa miał zdol­no­ści do ma­lar­stwa i po­nie­waż, nie wie­dząc, co ro­bić z pie­niędz­mi, po­czął kie­dyś zbie­rać szty­chy, zde­cy­do­wał się na ma­lar­stwo, za­czął się nim zaj­mo­wać i ze­środ­ko­wał na nim ów ni­czym nie za­ję­ty za­pas tę­sk­not, któ­re do­ma­ga­ły się za­spo­ko­je­nia.

Był wraż­li­wy na sztu­kę, umiał ją traf­nie i ze sma­kiem na­śla­do­wać, do­szedł tedy do wnio­sku, że ma w so­bie to, co sta­no­wi ar­ty­stę, po pew­nym więc okre­sie wa­ha­nia – jaki wy­brać ga­tu­nek ma­lar­stwa: re­li­gij­ny, hi­sto­rycz­ny, ro­dza­jo­wy czy re­ali­stycz­ny – za­czął ma­lo­wać. Ro­zu­miał wszyst­kie od­mia­ny i mógł czer­pać na­tchnie­nie z któ­rej­kol­wiek z nich, ale nie mógł so­bie wy­obra­zić, by moż­na było, nie wie­dząc zu­peł­nie, ja­kie by­wa­ją ro­dza­je ma­lar­stwa, czer­pać na­tchnie­nie bez­po­śred­nio z wła­snej du­szy, nie trosz­cząc się, czy to, co się ma­lu­je, bę­dzie na­le­ża­ło do ja­kie­goś okre­ślo­ne­go ro­dza­ju. Po­nie­waż Wroń­ski o tym nie wie­dział i na­tchnie­nie czer­pał nie bez­po­śred­nio z ży­cia, lecz po­śred­nio z ży­cia już wcie­lo­ne­go w sztu­kę, bar­dzo szyb­ko i ła­two ule­gał na­tchnie­niu i rów­nie szyb­ko i ła­two osią­gał, że to, co na­ma­lo­wał, było na­der po­dob­ne do tej od­mia­ny, któ­rą pra­gnął na­śla­do­wać.

Fran­cu­ski wdzięcz­ny i efek­tow­ny ro­dzaj sztu­ki po­do­bał mu się bar­dziej od in­nych, na taką więc mo­dłę za­czął ma­lo­wać por­tret Anny w stro­ju wło­skim i por­tret ten wy­da­wał się bar­dzo uda­ny za­rów­no Wroń­skie­mu, jak i wszyst­kim, któ­rzy go oglą­da­li.

IX

Sta­ry, za­nie­dba­ny pa­łac miał wy­so­kie pla­fo­ny ze sztu­ka­te­ria­mi, fre­ski na ścia­nach, mo­zai­ko­we pod­ło­gi, cięż­kie, żół­te je­dwab­ne za­sło­ny u wy­so­kich okien, wazy na kon­so­lach i ko­min­kach, rzeź­bio­ne drzwi i mrocz­ne sale, całe za­wie­szo­ne ob­ra­za­mi. Już przez samą swą stro­nę ze­wnętrz­ną pa­łac, po prze­no­si­nach, utrzy­my­wał we Wroń­skim miłe złu­dze­nie, że on sam nie jest ro­syj­skim zie­mia­ni­nem, łow­czym dwo­ru bez po­sa­dy, ale ra­czej ama­to­rem o wy­so­kiej kul­tu­rze i me­ce­na­sem sztuk pięk­nych, a za­ra­zem skrom­nym ar­ty­stą, któ­ry się wy­rzekł świa­ta, sto­sun­ków i am­bi­cji dla uko­cha­nej ko­bie­ty.

Ob­ra­na przez Wroń­skie­go rola z chwi­lą prze­no­sin do pa­laz­zo uda­ła mu się zna­ko­mi­cie: za­po­znał się przez Go­le­nisz­cze­wa z kil­ku cie­ka­wy­mi ludź­mi i na pe­wien czas cał­kiem się uspo­ko­ił. Pod kie­row­nic­twem wło­skie­go pro­fe­so­ra ma­lo­wał stu­dia z na­tu­ry i in­te­re­so­wał się wło­skim ży­ciem w śre­dnio­wie­czu. Wło­skie śre­dnio­wie­cze tak w tym okre­sie po­chło­nę­ło Wroń­skie­go, że jął na­wet no­sić ka­pe­lusz i prze­rzu­cać pled przez ra­mię na spo­sób śre­dnio­wiecz­ny, z czym mu było bar­dzo do twa­rzy.

– Miesz­ka­my tu­taj i o ni­czym nie wie­my – rzekł raz Wroń­ski do Go­le­nisz­cze­wa, gdy ten za­szedł do nich rano. – Czy wi­dzia­łeś ob­raz Mi­chaj­ło­wa? – po­dał mu tyl­ko co otrzy­ma­ną ro­syj­ską ga­ze­tę, wska­zu­jąc na ar­ty­kuł o ro­syj­skim ar­ty­ście ma­la­rzu miesz­ka­ją­cym w tym sa­mym mie­ście. Ma­larz ów skoń­czył ma­lo­wać ob­raz, o któ­rym od daw­na mó­wio­no, a któ­ry był już z góry za­ku­pio­ny. W ar­ty­ku­le za­rzu­ca­no rzą­do­wi i Aka­de­mii, że ów zna­ko­mi­ty ar­ty­sta nie cie­szy się żad­nym po­par­ciem i nie do­zna­je zni­kąd po­mo­cy.

– Wi­dzia­łem go – od­rzekł Go­le­nisz­czew. – Oczy­wi­ście, Mi­chaj­łow nie jest bez ta­len­tu, lecz ule­ga zu­peł­nie fał­szy­wym ten­den­cjom. Za­wsze ten sam Iwa­now­sko-Straus­sow­sko-Re­na­now­ski* sto­su­nek do Chry­stu­sa i do ma­lar­stwa re­li­gij­ne­go.

– Co przed­sta­wia ten ob­raz? – spy­ta­ła Anna.

– Chry­stu­sa przed Pi­ła­tem. Chry­stus wy­obra­żo­ny jest jako Żyd, z ca­łym re­ali­zmem no­wej szko­ły.

I Go­le­nisz­czew, któ­re­go treść ob­ra­zu na­pro­wa­dzi­ła na je­den z jego ulu­bio­nych te­ma­tów, po­czął wy­wo­dzić:

– Nie ro­zu­miem, jak oni mogą się tak pro­stac­ko my­lić. Chry­stus ma już swo­je okre­ślo­ne wcie­le­nie w sztu­ce sta­rych mi­strzów. Sko­ro więc kto chce przed­sta­wić nie Boga, lecz re­wo­lu­cjo­ni­stę czy mę­dr­ca, nie­chże weź­mie so­bie z hi­sto­rii: So­kra­te­sa, Fran­kli­na, Szar­lot­tę Cor­day*, ale nie Chry­stu­sa. Oni bio­rą wła­śnie tę jed­ną po­stać, któ­rej trak­to­wać w sztu­ce nie wol­no, a po­tem…

– A czy to praw­da, że ten Mi­chaj­łow jest w ta­kiej nę­dzy? – prze­rwał Wroń­ski uwa­ża­jąc, że jako ro­syj­ski me­ce­nas, wi­nien do­po­móc ar­ty­ście bez wzglę­du na to, czy ob­raz jego jest do­bry, czy zły.

– Chy­ba nie. Jest wy­bit­nym por­tre­ci­stą. Czy wi­dzie­li­ście pań­stwo jego por­tret Wa­sil­czy­ko­wej? Zda­je się jed­nak, że on nie chce wię­cej ma­lo­wać por­tre­tów, więc może z tego po­wo­du rze­czy­wi­ście jest w bie­dzie. Ja twier­dzę, że…

– A czy nie moż­na by go po­pro­sić o zro­bie­nie por­tre­tu Anny Ar­ka­diew­ny? – znów prze­rwał Wroń­ski.

– Po co? – za­wo­ła­ła Anna. – Nie chcę żad­ne­go por­tre­tu poza tym, któ­ry ty na­ma­lo­wa­łeś. Le­piej niech to bę­dzie por­tret An­nie (tak się na­zy­wa­ła có­recz­ka). Otóż i ona – do­da­ła pa­trząc przez okno na mam­kę, pięk­ną Włosz­kę, któ­ra wy­nio­sła dziec­ko do ogro­du, a za­ra­zem nie­znacz­nie rzu­ca­jąc okiem na Wroń­skie­go. Pięk­na mam­ka, któ­ra słu­ży­ła Wroń­skie­mu jako mo­del gło­wy do jego ob­ra­zu, była je­dy­nym uta­jo­nym zmar­twie­niem w ży­ciu Anny. Wroń­ski ma­lu­jąc ją za­chwy­cał się jej uro­dą i śre­dnio­wiecz­no­ścią i Anna nie ma­jąc od­wa­gi przy­znać się sama przed sobą, że lęka się, by nie po­wsta­ła w niej za­zdrość o tę mam­kę, spe­cjal­nie roz­piesz­cza­ła i psu­ła i ją samą, i jej ma­łe­go syn­ka.

Wroń­ski spoj­rzał rów­nież przez okno, po czym po­ro­zu­miał się wzro­kiem z Anną i zwra­ca­jąc się do Go­le­nisz­cze­wa za­py­tał:

– A czy ty znasz tego Mi­chaj­ło­wa?