39,00 zł
Druga część arcydzieła Lwa Tołstoja. Kontynuacja dramatycznych losów tytułowej bohaterki, stanowiąca poruszającą opowieść o nieszczęśliwej miłości zamężnej kobiety z młodym oficerem carskiej armii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 682
Tytuł oryginału
Anna Karienina
© Copyright: Oficyna Wydawnicza FINNA
Skład i łamanie:
GroupMedia
ISBN: 978-83-62913-84-8
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk,
ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: 058 742 09 12
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
I
Księżna Szczerbacka uważała, że było rzeczą niemożliwą, by ślub odbył się przed wielkim postem, do którego pozostawało już tylko pięć tygodni, do tego czasu bowiem można było zdążyć zaledwie z połową wyprawy. Musiała jednak zgodzić się z Lewinem, że po wielkim poście mogłoby być za późno na ślub, gdyż rodzona ciotka księcia Szczerbackiego, staruszka, była bardzo chora i mogła niebawem umrzeć, a wówczas żałoba odwlekłaby ślub na jeszcze dalszy termin. Księżna postanowiła więc podzielić wyprawę na dwie części – dużą i małą wyprawę – i zgodziła się, aby ślub odbył się przed wielkim postem. Małą wyprawę zdecydowała się przygotować w całości zaraz, dużą zaś przesłać później, i wielce się gniewała na Lewina, gdy ten absolutnie nie potrafił odpowiedzieć jej serio, czy się na to zgadza, czy też nie. Takie załatwienie było tym dogodniejsze, że młoda para zaraz po ślubie miała wyjechać na wieś, gdzie rzeczy należące do większej wyprawy nie były potrzebne.
Lewin i nadal znajdował się w tym samym stanie szaleństwa, w którym zdawało mu się, że on sam i jego szczęście są głównym i jedynym celem wszystkiego, co istnieje na świecie, że nie ma potrzeby o nic się troszczyć, gdyż działają i będą działali za niego inni. Nie miał nawet żadnego celu, żadnych planów co do dalszego życia; pozostawiał decyzję innym, ufając, że wszystko doskonale się ułoży. Brat jego Sergiusz, Stiepan Arkadjicz oraz stara księżna dyrygowali nim, gdy chodziło o to, jak miał postąpić, on zaś zgadzał się bez zastrzeżeń na wszystko, co mu proponowano.
Brat zaciągnął w jego imieniu pożyczkę, księżna poradziła, aby po ślubie opuścili Moskwę. Obłoński doradzał wyjazd za granicę. Lewin na wszystko się zgadzał. „Róbcie, co chcecie, skoro was to bawi. Jestem szczęśliwy i szczęście moje nie może ani wzrosnąć, ani zmaleć, cokolwiek byście uczynili” – myślał. Gdy zakomunikował Kitty radę Obłońskiego, aby pojechać za granicę, zdziwił się wielce, gdy Kitty się nie zgodziła i miała na temat ich przyszłości jakieś własne, określone życzenia. Wiedziała, że Lewin ma na wsi ulubione swoje sprawy, których nie tylko nie rozumiała, ale – jak się Lewin spostrzegł – wcale nie chciała zrozumieć. To nie przeszkadzało, że uznawała wielką wagę tych spraw. Dlatego wiedząc, że dom ich jest na wsi, pragnęła jechać nie za granicę, gdzie mieszkać nie mieli, lecz tam, gdzie zamierzali osiąść na stałe. Życzenie jej, tak wyraźnie sformułowane, zadziwiło Lewina, ale ponieważ było mu wszystko jedno, natychmiast poprosił Obłońskiego – tak jakby to było obowiązkiem tego ostatniego – aby pojechał na wieś i urządził tam wszystko według własnego uznania, z właściwym sobie smakiem.
– Posłuchaj no tylko – rzekł raz Stiepan Arkadjicz do Lewina po powrocie z majątku, gdzie urządził wszystko na przyjęcie młodej pary – czy ty masz świadectwo odbytej spowiedzi i komunii?
– Nie, bo co?
– Bez tego nie dostaniesz ślubu.
– Aj, aj, aj! – zawołał Lewin. – Toć ja, zdaje się, już z dziesięć lat jak nie byłem u spowiedzi i nie komunikowałem się. Nawet mi to na myśl nie przyszło.
– Dobre sobie! – zaśmiał się Obłoński. – I to ty mnie nazywasz nihilistą! No, ale tak nie można; musisz to załatwić.
– Ale kiedy? Zostały tylko cztery dni.
Obłoński zorganizował także i to, i Lewin rozpoczął ćwiczenia nabożne.
Dla Lewina, jako dla człowieka niewierzącego, ale szanującego przekonania innych, obecność na jakichkolwiek obrzędach kościelnych i udział w nich były bardzo przykre. Teraz, w tym uczulonym na wszystko, roztkliwionym nastroju, w jakim się znajdował, przymus udawania był dlań nie tylko bolesny, ale wydawał mu się wprost nie do zniesienia. Właśnie teraz, u szczytu swej glorii, w pełni rozkwitu miałby być zmuszony albo kłamać, albo profanować rzeczy święte. Nie czuł się zdolny ani do jednego, ani do drugiego. Daremnie dopytywał się raz po raz Stiepana Arkadjicza, czy nie można by otrzymać zaświadczenia nie przystępując do sakramentów; ten jednak oświadczył, że to niemożliwe.
– I cóż ci to szkodzi? Toż to tylko dwa dni! Poza tym, to przemiły, mądry staruszek. Wyrwie ci ten ząb tak, że nawet tego nie zauważysz.
Stojąc w cerkwi na pierwszej mszy Lewin spróbował odnowić w pamięci młodzieńcze wspomnienia tych mocnych uczuć religijnych, jakie żywił mając szesnaście, siedemnaście lat, lecz wnet przekonał się, że było to dla niego zupełną niemożliwością. Próbował spojrzeć na to wszystko, jak na nic nie znaczący, niepotrzebny zwyczaj, podobny do zwyczaju składania wizyt, ale czuł, że i tego absolutnie nie potrafi. Stosunek Lewina do religii był – jak i u większości ludzi mu współczesnych – zupełnie nieokreślony: nie mógł zdobyć się na wiarę, ale nie był także całkiem przekonany, że to wszystko było nieprawdą. Dlatego, nie będąc w stanie ani wierzyć, że to, co czynił, miało jakąś wagę, ani ustosunkować się do tego obojętnie, jak do pustej formalności, czuł się przez cały czas tych nabożeństw niezręcznie; wstydził się, że robi coś, czego sam nie rozumie, a więc – jak mówił mu głos wewnętrzny – coś nieszczerego i niedobrego.
Podczas nabożeństw to słuchał modlitw usiłując wkładać w nie sens, który by się nie sprzeciwiał jego przekonaniom, to znów – czując, że nie może modlitw zrozumieć i zniewolony jest je odrzucić – starał się ich nie słuchać. Zagłębiał się wówczas w swoje myśli, obserwacje i wspomnienia, które podczas tego bezczynnego wystawania w cerkwi tłukły mu się po głowie z niezwykłym impetem.
Tak stojąc przetrwał mszę i nabożeństwo wieczorne, a nazajutrz, wstawszy wcześniej niż zazwyczaj, udał się na czczo do cerkwi o godzinie ósmej rano, aby wysłuchać nabożeństwa porannego i odbyć spowiedź.
W cerkwi nie było nikogo oprócz inwalidy żebraka, dwóch staruszek i personelu cerkiewnego.
Młody diakon*, z ostro rysującymi się dwiema połówkami długiego grzbietu pod cienką suknią, zbliżył się do niego i podchodząc do stolika przy ścianie, począł natychmiast odmawiać modlitwy poranne. W miarę tej recytacji, zwłaszcza przy częstym i szybkim powtarzaniu tych samych słów: „Gospodi po-miłuj”, które brzmiały jak „pomiłos, pomiłos” – Lewin poczuł, że umysł jego jest zamknięty i opieczętowany i że lepiej go teraz nie ruszać, by nie pogrążać się w chaos. Dlatego stojąc za plecami diakona, szedł dalej za własną myślą nie słuchając i nie wgłębiając się w to, co tamten mówił. „Zadziwiające, ile ręka jej ma wyrazu” – rozmyślał przypominając sobie, jak dnia poprzedniego siedzieli przy narożnym stole. Nie mieli tematu do rozmowy jak to nieraz w narzeczeństwie bywa, i Kitty, kładąc dłoń na stole, raz po raz otwierała ją i zamykała, aż spojrzawszy na ruchy własnej ręki, sama poczęła się śmiać. Przypomniał sobie, jak pocałował tę dłoń i jak później oglądał linie spotykające się w jej różowym wnętrzu. „Znów to «pomiłos»„ – pomyślał Lewin robiąc znak krzyża, składając pokłon i spoglądając na giętki ruch grzbietu bijącego pokłony diakona. „Później ona wzięła moją rękę i oglądała na niej linie. – Dobrą masz rękę – powiedziała.” Tu popatrzył na własną dłoń i na krótką dłoń diakona. „Tak, teraz prędko będzie koniec” – pomyślał. „Nie, zdaje się, że znowu wszystko zacznie się od początku” – dodał nasłuchując. „Nie, już koniec; już się kłania do samej ziemi. To się zawsze robi przed końcem.”
Wziąwszy niepostrzeżenie ręką w pluszowym mankiecie trzyrublowy banknot, diakon obiecał zapisać i – zuchowato stukając nowymi butami po płytach pustej cerkwi – poszedł w głąb do ołtarza. Po chwili wyjrzał stamtąd i dał ręką znak Lewinowi. Zdolność myślenia – tak długo na uwięzi – drgnęła teraz w mózgu Lewina, ale ją pośpiesznie uciszył. „Jakoś to będzie” – powiedział sobie i zbliżył się do empory*. Wszedł na stopnie i zawróciwszy w prawo ujrzał popa. Staruszek pop, o rzadkiej siwiejącej brodzie i poczciwych zmęczonych oczach, stał przy pulpicie i przerzucał kartki rejestru. Skłoniwszy się z lekka Lewinowi, począł natychmiast zwykłym głosem recytować modlitwy. Gdy skończył, złożył pokłon aż do ziemi i zwrócił się do Lewina twarzą.
– Oto Chrystus, obecny tutaj w sposób niewidzialny, ma przyjąć pańską spowiedź – rzekł wskazując na krucyfiks. – Czy wierzy pan we wszystko, czego nas naucza święta apostolska Cerkiew? – ciągnął dalej, odwracając oczy od twarzy Lewina i składając ręce pod stulą.
– Wątpiłem i wątpię o wszystkim – powiedział Lewin głosem, który zdał mu się samemu niemiły, i zamilkł.
Pop zaczekał kilka sekund, czy Lewin czegoś więcej nie powie, po czym zamknąwszy oczy, szybko, z włodzimierskim naciskiem na literę „o” wyrzekł:
– Wątpienie jest właściwe słabości ludzkiej, ale winniśmy się modlić, aby Bóg miłosierny nas umocnił. Jakie ma pan szczególne grzechy? – dodał bez najmniejszej pauzy, jakby usiłując nie tracić czasu.
– Głównym moim grzechem są wątpliwości. Wątpię o wszystkim i przeważnie znajduję się w stanie zwątpienia.
– Wątpić – to właściwość ludzkiej słabości – powtórzył pop. – O czymże mianowicie pan wątpi?
– Wątpię we wszystko. Niekiedy wątpię nawet w istnienie Boga – mimo woli wyznał Lewin i aż przeraził się niewłaściwości tego, co wyrzekł. Ale na popa słowa jego zdawały się nie wywierać żadnego wrażenia.
– Jakież mogą być wątpliwości co do istnienia Boga? – rzucił szybko z – ledwo dostrzegalnym uśmiechem.
Lewin milczał.
– Jakąż wątpliwość może pan mieć co do Stwórcy, gdy wpatruje się pan w Jego dzieło? – prędko ciągnął dalej pop niezmienionym głosem. – Któż to ozdobił gwiazdami sklepienie niebieskie? Kto przyodział ziemię w jej krasę? Jakżeby się to stać mogło bez udziału Stwórcy? – zagadnął spoglądając pytająco na Lewina.
Ten czuł, że niewłaściwie byłoby wdawać się z popem w filozoficzną dyskusję, i dlatego odpowiedział tylko na to, co się odnosiło wprost do sprawy.
– Nie wiem – odrzekł.
– Nie wie pan? W takim razie, jak pan może wątpić, że Bóg wszystko stworzył? – dopytywał się pop z wesołym zdumieniem.
– Ja nic nie rozumiem – rzekł Lewin czerwieniąc się, czuł bowiem, że słowa jego są niemądre i że w danej sytuacji nie mogą być inne.
– Niechaj się pan modli i prosi Boga… Nawet ojcowie święci miewali wątpliwości i prosili Boga o utwierdzenie ich w wierze. Szatan posiada wielką moc, a my nie powinniśmy mu ulegać. Niech się pan modli, niech pan Boga prosi. Niech się pan modli – powtórzył z pośpiechem.
I zamilkł na chwilę, jakby w zamyśleniu.
– Pan, jak słyszę, ma zamiar wstąpić w związek małżeński z córką mego parafianina i penitenta, księcia Szczerbackiego? – zagadnął z uśmiechem. – To nadzwyczaj zacne dziewczę!
– Tak – czerwieniąc się za popa, potwierdził Lewin. - „I po co takie pytania na spowiedzi?” – pomyślał.
Jakby odpowiadając na jego myśli, pop zaczął mówić:
– Pan zamierza zawrzeć związek małżeński i być może, Bóg obdarzy pana potomstwem, nieprawdaż? Więc jakież wychowanie będzie pan mógł dać swoim maleństwom, o ile pan nie przezwycięży w sobie diabelskiej pokusy, która pociąga pana do niewiary? – prawił z łagodnym wyrzutem. – Kochając swoje dziecię, jako dobry ojciec, będzie pan dla niego pragnął nie samego tylko bogactwa, zbytku, zaszczytów, ale będzie pan pragnął, by doznało ono zbawienia, oświecenia w duchu światłem prawdy. Wszak tak? I cóż pan mu odpowie, gdy niewinne maleństwo zapyta pana: „Tatusiu! Kto stworzył wszystko, co mnie na tym świecie zachwyca: ziemię, wody, słońce, kwiaty, trawy?” Czyż doprawdy powie mu pan: „Ja tego nie wiem”? Nie może pan tego nie wiedzieć, skoro Pan Bóg w swej wielkiej łasce odkrył to przed panem. Albo też dziecię spyta pana: „Co mnie czeka poza grobem?” Co pan mu powie, skoro pan nic nie wie? Jak mu pan odpowie? Czy rzuci je pan na pastwę uroków świata i czarta? To niedobrze! – wyrzekł i umilkł pochyliwszy na bok głowę i wpatrując się w Lewina poczciwymi, łagodnymi oczyma.
Lewin nic tym razem nie odrzekł, nie dlatego, by nie chciał wszczynać z popem sporu, ale dlatego, że nikt mu takich pytań nie zadawał, a do chwili, gdy jego maleństwa miały mu te pytania postawić, było dość czasu, aby zastanowić się nad odpowiedzią.
– Pan wstępuje w okres życia – mówił dalej pop – kiedy należy wybrać drogę i trzymać się jej. Niechaj się pan modli, aby Bóg w miłosierdziu swoim dopomógł panu i zmiłował się nad panem – zakończył. „Niechaj Pan i Bóg nasz, Jezus Chrystus, z łaski i hojności swego ku ludziom miłosierdzia odpuści tobie, synu…” I po odmówieniu formuły absolucyjnej pobłogosławił go i pożegnał.
Dnia tego po powrocie do domu Lewin doświadczał radosnego uczucia, że kłopotliwa sytuacja się skończyła, i to skończyła się tak, iż nie był zmuszony kłamać. Poza tym zostało mu niejasne wspomnienie, że to, co mówił ów dobry i miły staruszek, wcale nie było takie głupie, jak mu się to zrazu wydawało, i że było w tym coś, nad czym należało się zastanowić.
„Oczywiście, nie teraz – myślał Lewin – lecz kiedyś później.” Bardziej niż przedtem czuł obecnie, że ma w duszy coś niejasnego i nieczystego i że stosunek jego do religii jest właśnie taki, jaki dostrzegał tak wyraźnie i jakiego tak bardzo nie lubił u innych, stosunek, za który krytykował swego przyjaciela, Swiażskiego.
Spędzając ów wieczór z narzeczoną u Doiły, Lewin był specjalnie wesół i tłumacząc się Obłońskiemu z podniecenia, w jakim się znajdował, oświadczył, że cieszy się jak pies, którego uczono skakać przez obręcz i który pojąwszy wreszcie i dokonawszy tego, czego od niego żądano, skomli, macha ogonem i wskakuje z radości na okno i stoły.
II
W dzień ślubu Lewin wedle zwyczaju (trzymania się wszystkich zwyczajów kategorycznie żądały księżna i Dolly) nie widział narzeczonej i jadł obiad u siebie w hotelu wraz z kilku kawalerami, którzy się przypadkowo u niego zeszli. Byli to – Sergiusz Iwanowicz, Katawasow, kolega Lewina z uniwersytetu, obecnie profesor nauk przyrodniczych, którego Lewin zaciągnął do siebie, spotkawszy go na ulicy, i Czirikow, sędzia pokoju w Moskwie, towarzysz Lewina z polowań na niedźwiedzie, a obecnie jego drużba. Przy obiedzie było bardzo wesoło. Koznyszew był w jak najlepszym humorze: wielce go bawiła oryginalność Katawasowa, a ten czując, że jest oceniony i zrozumiany jak należy, popisywał się tą oryginalnością. Czirikow wesoło i dobrodusznie podtrzymywał każdą rozmowę.
– Otóż to właśnie – mówił Katawasow przeciągając słowa z przyzwyczajenia nabytego na profesorskiej katedrze – cóż to był za zdolny chłopak ten nasz Konstanty Dmitrycz. Mówię tu o nieobecnych, bo go wszak już nie ma. Wtedy, po wyjściu z uniwersytetu, i naukę kochał, i miał ludzkie zainteresowania; tymczasem obecnie polowa jego zdolności skupia się na oszukiwaniu samego siebie, druga zaś usiłuje ten fałsz usprawiedliwić.
– Nigdy nie spotkałem bardziej zaciętego wroga małżeństwa niż pan – zauważył Koznyszew.
– Nie jestem wrogiem małżeństwa. Jestem zwolennikiem podziału pracy. Ludzie, którzy nic innego robić nie potrafią, powinni robić ludzi, a pozostali winni dbać o ich kulturę i pomyślność. Ja to tak rozumiem, ale istnieje mnóstwo amatorów, którzy chętnie łączą te dwa rzemiosła. Ja do nich nie należę.
– Jakże się będę cieszył, gdy się dowiem, że jesteś zakochany! – rzekł Lewin. – Zaproszę mnie na wesele.
– Ja już jestem zakochany.
– Tak, zakochany w mątwie. Czy wiesz – Lewin zwrócił się do brata – Michał pisze pracę o tym, jak się żywi…
– Tylko bez galimatiasu! Obojętne – o czym piszę. Chodzi o to, że ja rzeczywiście lubię te mątwy.
– Mątwy nie przeszkodzą ci kochać żony.
– Mątwy nie przeszkodzą, ale żona przeszkodzi.
– Dlaczegóż to?
– Zobaczysz. Ty lubisz gospodarstwo, polowanie. No, więc zobaczysz!
– Właśnie był tutaj Archip i mówił, że w Prudnem jest zatrzęsienie łosi i dwa niedźwiedzie – wtrącił Czirikow.
– No, to je upolujcie beze mnie.
– Otóż to – rzekł Koznyszew. – Ale i na przyszłość pożegnaj się z polowaniem na niedźwiedzie. Żona cię nie puści!
Lewin uśmiechnął się. Już sama myśl, że go żona nie puści, robiła mu taką przyjemność, że gotów był raz na zawsze wyrzec się satysfakcji oglądania niedźwiedzi.
– A jednak szkoda, że bez pana upolują te dwa niedźwiedzie. Pamięta pan ostatni raz w Chapilowie? Co by to było za pyszne polowanie – nalegał Czirikow.
Lewin nie chciał rozwiewać jego złudzeń wyjaśnieniem, że nic nigdzie nie może być „pyszne” bez Kitty, wobec czego nie odezwał się wcale.
– Nie bez kozery ustalił się zwyczaj żegnania kawalerskiego życia – zaczął znowu Koznyszew. – Choćby człowiek był nie wiem jak szczęśliwy, to jednak wolności mu żal.
– No, niechże się pan przyzna, że ma pan to samo uczucie, co narzeczony u Gogola*, i że miałby pan ochotę wyskoczyć oknem!
– Na pewno ma takie uczucie, ale się nie przyznaje – roześmiał się głośno Katawasow.
– No więc – okno stoi otworem… Jedźmy zaraz do Tweru! Jeden z tych niedźwiedzi to niedźwiedzica; możemy się dobrać do legowiska. Serio: jedźmy pociągiem o piątej! A tutaj – niech się dzieje, co chce – namawiał z uśmiechem Czirikow.
– Na Boga – żartobliwie odparł Lewin – wierzcie mi, że nie mogę znaleźć w sobie owego uczucia żalu za utraconą wolnością!
– Tak, bo masz w duszy taki chaos, że niczego się tam nie doszukasz – powiedział Katawasow. – Poczekaj, aż się nieco opamiętasz, wtedy odnajdziesz ten żal.
– Nie! Rozpoznałbym przecie, poza moim uczuciem (nie chciał przy Katawasowie użyć słowa „miłość”)… i szczęściem, choć odrobinę żalu z powodu utraty wolności. A ja, przeciwnie, właśnie z utraty wolności najbardziej jestem rad.
– Źle! Beznadziejny okaz! – orzekł Katawasow. – No, więc wypijmy na intencję jego wyleczenia albo życzmy mu tylko, by spełniła się choć jedna setna jego marzeń. I to już będzie tak wielkie szczęście, jakiego jego świat nie pamięta.
Wkrótce po obiedzie goście się rozjechali, by zdążyć przebrać się na ślub.
Gdy Lewin pozostał sam i przypomniał sobie te kawalerskie rozmowy, zadał sobie raz jeszcze pytanie, czy istotnie kryje mu się w duszy owo uczucie żalu za wolnością, o którym tamci wspominali? W odpowiedzi uśmiechnął się. „Wolność? Po co ta wolność? Szczęście polega właśnie na tym, by kochać i pragnąć, by podążać myślą za jej życzeniami, jej myślami, czyli – nie posiadać żadnej swobody. To właśnie jest szczęście!”
„Ale czy znane mi są jej myśli, jej pragnienia?” – podszepnął mu jakiś głos. Spoważniał i zamyślił się. I nagle ogarnęło go dziwne uczucie: zdjął go strach i zwątpienie, zwątpienie o wszystkim.
„A jeżeli ona mnie nie kocha? A jeśli wychodzi za mnie tylko po to, by w ogóle wyjść za mąż? A jeśli sama nie wie, co czyni? – zapytywał sam siebie. – Może się nagle ocknąć i dopiero po wyjściu za mąż zrozumieć, że nie kocha mnie i nigdy kochać nie mogła.” I jęły mu przychodzić do głowy dziwne, jak najgorsze myśli o niej. Poczuł zazdrość o Wrońskiego, taką samą jak przed rokiem, tak jakby ów wieczór, gdy ją widział z Wrońskim, był wczorajszym wieczorem. Podejrzewał, że nie powiedziała mu wszystkiego.
Zerwał się szybko… „Nie, to niemożliwe! – powiedział sobie z desperacją. – Pójdę do niej, zapytam, powiem po raz ostatni: jesteśmy oboje wolni, czy nie lepiej dać pokój? Wszystko jest lepsze niż wieczna niedola, hańba, niewierność!!” Z rozpaczą w sercu i ze złością na wszystkich: na siebie, na nią, wyszedł z hotelu i pojechał do Kitty.
Zastał ją w dalszych pokojach: siedziała na kufrze i wydawała jakieś polecenie służącej przebierając w stosie różnokolorowych sukien, porozkładanych na poręczach krzeseł i na podłodze.
– Ach! – wykrzyknęła na jego widok i cała się rozpromieniła z radości. – Jak się masz, jak się pan ma (aż do ostatniego dnia mówiła mu raz „ty”, raz „pan”)? Zupełnie się nie spodziewałam!… A ja porządkuję moje panieńskie suknie: co dla kogo…
– A to bardzo dobrze! – rzekł patrząc ponuro na służącą.
– Idź, idź, Duniasza, potem cię zawołam – powiedziała Kitty. – Co ci jest? – spytała, skoro tylko dziewczyna wyszła, decydując się od razu na „ty”. Zauważyła dziwny wyraz jego wzburzonej i ponurej twarzy i strach ją ogarnął.
– Kitty, ja cierpię! Nie jestem w stanie trapić się tak sam jeden – rzekł z desperacją w głosie, stając przed nią i patrząc jej błagalnie w oczy. Po jej kochającej, szczerej twarzy poznał zaraz, że z tego, co powiedzieć zamierzał, nic nie wyniknie, lecz odczuwał potrzebę, by ona sama rozproszyła jego wątpliwości. – Przyjechałem, by ci powiedzieć, że jeszcze czas: można to wszystko przekreślić i naprawić.
– Co takiego? Nic nie rozumiem. Co ci jest?
– To, co ci po tysiąc razy mówiłem, bo inaczej myśleć nie mogę… to, że nie jestem ciebie godzien. Niemożliwe, byś ty się zgodziła wyjść za mnie. Pomyśl tylko… Nie możesz mnie przecie kochać… Jeżeli… Lepiej już powiedz – mówił nie patrząc na nią.
– Będę nieszczęśliwy. Niechaj wszyscy gadają, co chcą; wszystko jest lepsze niż takie nieszczęście… Lepiej teraz, póki czas.
– Nie rozumiem – odrzekła wystraszona. – Czy to znaczy, że chcesz się cofnąć?… że nie trzeba?…
– Tak, jeśli mnie nie kochasz.
– Oszalałeś! – zawołała rumieniąc się z gniewu. On miał jednak minę tak żałosną, że zapanowała nad irytacją i zrzuciwszy z fotela suknie, usiadła bliżej niego. – Co masz na myśli? Powiedz mi wszystko.
– Myślę, że niepodobna, byś mnie kochała. Za co byś miała mnie kochać?
– Mój Boże! Cóż ja mogę?… – i Kitty rozpłakała się.
– Ach, co ja narobiłem! – wykrzyknął i klęknąwszy przed nią począł całować jej ręce.
Kiedy w pięć minut później księżna weszła do pokoju, zastała ich już całkiem pogodzonych. Kitty nie tylko przekonała go, że go kocha, ale nawet w odpowiedzi na jego pytanie wytłumaczyła mu – za co. Powiedziała, że kocha go, ponieważ go całkowicie rozumie, ponieważ wie z góry, co mu się spodoba, i ponieważ wszystko, co on lubi, jest dobre. To mu się wydało zupełnie jasne. Gdy weszła księżna, siedzieli obok siebie na kufrze, segregowali suknie i spierali się, ponieważ Kitty chciała brązową sukienkę, którą miała na sobie, gdy Lewin się jej oświadczył, oddać Duniaszy. Lewin nalegał, by tej sukni nikomu nie oddawać. Duniaszy zaś dać niebieską.
– Że też ty tego nie rozumiesz! Duniasza jest brunetką i w niebieskiej nie będzie jej do twarzy. Już ja to wszystko obmyśliłam.
Dowiedziawszy się, po co Lewin przyjechał, księżna rozgniewała się na pół serio, na pół żartem i posłała go do domu, by się ubierał i nie przeszkadzał narzeczonej czesać się, bo Charles miał się zaraz zjawić.
– Już ona i tak tymi dniami nic nie je i aż zbrzydła, a ty jeszcze ją denerwujesz swoimi głupstwami – orzekła. – Wynoś się, mój drogi, wynoś się.
Lewin zawstydzony w poczuciu swej winy, lecz uspokojony, wrócił do hotelu. Tam już go oczekiwali – brat, Daria Aleksandrowna i Obłoński, wszyscy w uroczystym stroju, aby go pobłogosławić świętym obrazem. Nie było czasu na marudzenie: Daria Aleksandrowna musiała jeszcze zajechać do domu, by zabrać stamtąd wypomadowanego i ufryzowanego synka, który miał wieźć obraz święty razem z panną młodą. Potem należało posłać jedną z karet po drużbę, a drugą, mającą odwieźć Koznyszewa, odesłać z powrotem. W ogóle było wiele bardzo skomplikowanych kombinacji. Jedno nie ulegało wątpliwości – to, że nie należało zwlekać, ponieważ było już wpół do siódmej.
Błogosławienie obrazem było nieudane. Obłoński stanął w komicznie uroczystej pozie obok żony, wziął obraz i – poleciwszy Lewinowi kłaniać się aż do ziemi – pobłogosławił go z poczciwie drwiącym uśmiechem i trzykrotnie pocałował. Dolly uczyniła to samo i wnet poczęła śpieszyć się z odjazdem nie mogąc się przy tym połapać w uplanowanym ruchu ekwipaży.
– A więc zróbmy tak: ty jedź po niego naszą karetą, a Sergiusz Iwanowicz niechże będzie tak uprzejmy i odeśle karetę, która go odwiezie na miejsce.
– Oczywiście. Najchętniej.
– A my z nim zaraz przyjedziemy. Czy rzeczy już wysłane? – spytał Stiepan Arkadjicz.
– Wysłane – odrzekł Lewin i kazał, by Kuźma podał mu ubranie.
III
Tłum, przede wszystkim tłum kobiet, otaczał oświetloną z okazji ślubu cerkiew. Ci spomiędzy widzów, którzy nie zdołali dostać się do środka, tłoczyli się u okien popychając się nawzajem, kłócąc się i zaglądając przez okratowanie.
Już ponad dwadzieścia karet żandarmeria poustawiała wzdłuż ulicy. Oficer policji nie bacząc na mróz stał u wejścia w lśniącym od ozdób mundurze. Nieustannie zajeżdżały nowe pojazdy i do cerkwi to przybywały ukwiecone damy podtrzymujące treny sukien, to wchodzili mężczyźni zdejmując kepi wojskowe lub czarne kapelusze. Wewnątrz cerkwi już paliły się oba żyrandole i wszystkie świece przed obrazami. I złoty blask bijący od czerwonego tła Ikonostasu*, i złocone sukienki ikon, i srebro świeczników i lichtarzy, i płyty cerkiewnej posadzki, i dywaniki, i chorągwie w górze u chórów, i stopnie empory, i stare, poczerniałe księgi, i riasy*, i alby – wszystko było zalane światłem. Po prawej stronie ogrzanej cerkwi, w ciżbie fraków i białych krawatów, mundurów i różnych materii: aksamitu, atłasu, w gęstwie włosów, kwiatów, obnażonych ramion i rąk, i długich rękawiczek trwał dyskretny, lecz ożywiony gwar, który dziwnym pogłosem odbijał się od wysokiej kopuły. Ilekroć rozlegało się skrzypnięcie otwieranych drzwi, gwar w tłumie ucichał i wszyscy się oglądali, spodziewając się ujrzeć wchodzących państwa młodych. Drzwi wszelako otwierały się już ponad dziesięć razy i za każdym razem był to albo ktoś ze spóźnionych gości, dama lub mężczyzna, przyłączający się na prawo, do grona zaproszonych, albo widz, któremu udało się oszukać lub przebłagać oficera policji i który ustawiał się na lewo, z tłumem obcych. I krewni i obcy przeszli już byli wszystkie fazy oczekiwania.
Zrazu przypuszczano, że pan młody z panną młodą natychmiast się zjawią, i nie przypisywano temu spóźnieniu żadnej wagi. Potem zaczęto coraz częściej spoglądać na drzwi i zastanawiać się, czy się co nie stało. Wreszcie spóźnienie poczęło już być żenujące, toteż krewni i goście usiłowali udawać, że wcale nie myślą o panu młodym i że są zaabsorbowani rozmową.
Protodiakon*, jakby chciał przypomnieć, że czas jego jest cenny, niecierpliwie odchrząkiwał, aż szyby w oknach drżały. Słychać było, jak znudzeni śpiewacy na chórze próbowali głosów lub wycierali nos. Pop nieustannie posyłał to diaka, to diakona, by się dowiedzieli, czy pan miody się nie zjawił, a i sam, w swej riasie lila z haftowanym pasem, coraz to częściej stawał w bocznych drzwiach w oczekiwaniu pana młodego. Wreszcie, kiedy jedna z pań spojrzawszy na zegarek powiedziała: „To jednak dziwne!”, wszyscy goście zaniepokoili się i poczęli głośno wyrażać swoje zdziwienie i niezadowolenie. Jeden z drużbów pojechał, by przekonać się, co się stało. Tymczasem Kitty, już od dawna całkowicie gotowa, w białej sukni, długim welonie i wianku z kwiatu pomarańczowego, stała wraz ze starszą druhną i swoją zamężną siostrą hr. Lwów w dużym salonie domu Szczerbackich i spoglądała przez okno, już od pół godziny daremnie wyczekując wiadomości o przybyciu pana młodego do cerkwi, o czym miał ją zawiadomić drużba.
Przez ten czas Lewin, wprawdzie w spodniach, ale bez kamizelki i fraka, chodził tam i z powrotem po swoim hotelowym numerze, nieustannie stając we drzwiach i wyglądając na korytarz. W korytarzu jednak nie pojawiał się ten, kogo oczekiwał, więc Lewin wracał z rozpaczą i wymachując rękoma zwracał się do Stiepana Arkadjicza spokojnie palącego papierosy.
– Czy był kto kiedy w tak straszliwie głupim położeniu?!
– Przyznaję, że to jest głupie – potwierdził Obłoński uśmiechając się łagodząco. – Ale uspokój się; zaraz ją przywiozą.
– A rzeczywiście! – z tłumioną wściekłością mówił Lewin. – I te idiotyczne wycięte kamizelki! Niemożliwe! – ciągnął dalej, badając wzrokiem pomięty gors swej koszuli. – A co będzie, jeżeli rzeczy już zabrano na kolej! – wykrzyknął z rozpaczą.
– W takim razie włożysz moją.
– Już dawno trzeba to było zrobić.
– Niedobrze jest być śmiesznym… Poczekaj! To się ukształtuje.
Chodziło o to, że kiedy Lewin zażądał ubrania, Kuźma, jego stary służący, przyniósł frak, kamizelkę i wszystko, co było potrzebne.
– A koszula?! – zawołał Lewin.
– Koszulę jaśnie pan ma na sobie – pogodnie wyjaśnił Kuźma.
Kuźma nie domyślił się, że należy zostawić jedną czystą koszulę, i po otrzymaniu polecenia, aby wszystko zapakować i odwieźć do Szczerbackich, skąd wieczorem miał nastąpić wyjazd nowożeńców – wykonał rozkaz i zapakował wszystko, prócz garnituru frakowego. Koszula, włożona rano, była pomięta i wobec mody wyciętych kamizelek nie nadawała się do włożenia. Za daleko było posyłać do Szczerbackich, posłano więc po koszulę do sklepu, lokaj jednak powrócił z niczym; wszystko było zamknięte z powodu niedzieli. Posłano po koszulę do Obłońskich i przywieziono ją, ale była niemożliwie szeroka i krótka. Wreszcie posłano do Szczerbackich, by rozpakować rzeczy. Pana młodego oczekiwano w cerkwi, on zaś, jak zwierz zamknięty w klatce, chodził po pokoju wyglądając na korytarz i z przerażeniem i rozpaczą przypominał sobie, co nagadał Kitty i co ona teraz może sobie pomyśleć.
Wreszcie winowajca, Kuźma, ledwo łapiąc oddech wpadł do pokoju z koszulą.
– W samą porę. Już kufer ładowano na wóz – gadał.
W trzy minuty później, nie patrząc na zegarek, by gorzej nie jątrzyć ran, Lewin biegł kłusa korytarzem.
– To już nic nie pomoże – bez pośpiechu podążał za nim Stiepan Arkadjicz. – Ukształtuje się, ukształtuje… powiadam ci.
IV
– Przyjechali! – Oto on! – Który to? – Zapewne ten młodszy? – A ona, patrzcie tylko, biedaczka ledwo żywa! – ozwały się w tłumie głosy, kiedy Lewin, po spotkaniu z Kitty u wejścia, wszedł z nią razem do cerkwi.
Stiepan Arkadjicz opowiedział żonie powód zwłoki i goście uśmiechając się poczęli szeptać pomiędzy sobą. Lewin nic i nikogo nie dostrzegał; nie spuszczał oczu z narzeczonej.
Wszyscy zgadzali się, że Kitty w ostatnich dniach bardzo zbrzydła i że na ślubie była daleko mniej ładna niż zazwyczaj. Lewin jednak był innego zdania. Patrzył na jej wysoką fryzurę z długim białym welonem i białymi kwiatami, na wysoki, stojący marszczony kołnierz, który jakoś specjalnie dziewczęco zakrywał z boku, a odsłaniał z przodu jej długą szyję; patrzył na uderzająco szczupłą talię – i zdawało mu się, że była piękniejsza niż kiedykolwiek… Piękniejsza nie dlatego, by te kwiaty, ten welon, ta sprowadzona z Paryża suknia dodawały jej urody, ale ponieważ, mimo tego sztucznego przepychu stroju, wyraz jej miłej twarzyczki, jej spojrzenia, jej warg pozostał i nadal tym samym, jej właściwym, wyrazem niewinnej szczerości.
– Już myślałam, że chciałeś uciec – rzekła i uśmiechnęła się do niego.
– To, co mi się zdarzyło, jest takie głupie, że aż wstyd o tym mówić! – spąsowiał i musiał się obrócić do zbliżającego się Sergiusza Iwanowicza.
– Dobra ta twoja historia z koszulą! – Sergiusz pokiwał głową z uśmiechem.
– Tak, tak – rzucił Lewin nie rozumiejąc o czym mowa.
– No, Kostia, teraz trzeba rozstrzygnąć ważną kwestię – powiedział Obłoński z udanym przejęciem. – Właśnie teraz jesteś specjalnie w stanie ocenić całą jej wagę. Pytają mnie się, czy zapalić świece już napoczęte, czy też nowe? Różnica stanowi dziesięć rubli – dodał składając wargi do uśmiechu. – Powziąłem wprawdzie decyzję, lecz obawiam się, czy się na nią zgodzisz.
Lewin zrozumiał, że to żart, lecz uśmiechnąć się nie mógł.
– Więc jak ma być? Opalone czy nie opalone? Oto jest pytanie!
– Tak, tak! Nie opalone.
– No, więc jestem bardzo rad. Kwestia jest rozstrzygnięta! – uśmiechnął się Stiepan Arkadjicz. – Jak jednak ludzie w tej sytuacji głupieją – powiedział do Czirikowa, gdy Lewin, spojrzawszy na niego nieprzytomnie, wrócił do panny młodej.
– Uważaj, Kitty, żebyś stąpiła pierwsza na dywan – radziła hrabina Nordston podchodząc do nich. – Ładne rzeczy pan wyprawia! – zwróciła się do Lewina.
– Czy ci nie straszno? – zapytała Maria Dmitriewna, stara ciotka.
– Czy ci nie zimno? Blada jesteś. Poczekaj, nachyl się! – powiedziała siostra Kitty, Lwowa, i zaokrąglając swe piękne toczone ręce poprawiła jej kwiaty na głowie.
Dolly zbliżyła się, chciała coś powiedzieć, ale nie mogła przemówić, zapłakała i z przymusem się roześmiała.
Kitty patrzyła na wszystkich równie nieobecnymi oczyma jak i Lewin. Na wszystko, co do niej mówiono, zdołała odpowiadać jedynie uśmiechem szczęścia, który obecnie przychodził jej tak łatwo.
Tymczasem celebranci cerkiewni powkładali szaty liturgiczne i pop wraz z diakonem skierowali się w stronę pulpitu stojącego w nawie głównej. Pop zwrócił się do Lewina i wyrzekł do niego coś, czego Lewin nie dosłyszał.
– Niech pan weźmie pannę młodą za rękę i poprowadzi ją – podpowiedział Lewinowi drużba.
Lewin długo nie mógł zrozumieć, czego od niego żądają. Długo poprawiano go i miano mu już dać pokój, wciąż bowiem brał nie tą ręką lub nie za tę rękę, co było trzeba – aż wreszcie zrozumiał, że należało prawą ręką, bez żadnej zmiany postawy, wziąć Kitty również za prawą rękę. Gdy w końcu ujął rękę panny młodej tak, jak należało, pop wyprzedził ich o kilka kroków i zatrzymał się przy pulpicie. Tłum krewnych i znajomych, brzęcząc rozmową i szumiąc trenami sukien, ruszył za nimi. Ktoś pochylił się i poprawił tren panny młodej. W cerkwi zrobiło się tak cicho, że słychać było spadanie kropel wosku.
Staruszek pop w kamiławce*, z błyszczącymi srebrzyście kosmykami włosów założonymi po obu stronach za uszy, wydobył swe małe, starcze ręce spod ciężkiej srebrnej kapy ze złotym krzyżem na plecach i manipulował czymś przy pulpicie.
Obłoński dyskretnie zbliżył się do niego, coś mu szepnął i mrugnąwszy na Lewina, znów się wycofał.
Pop zapalił dwie ozdobione kwiatami świece, trzymając je pochyło w lewym ręku, tak że wosk powoli z nich kapał, po czym obrócił się twarzą do państwa młodych. Był to ten sam pop, który spowiadał Lewina. Spojrzał znużonym i smutnym wzrokiem na pana młodego i pannę młodą, westchnął i wydobywszy spod kapy prawą rękę pobłogosławił nią pana młodego i tak samo, z odcieniem delikatnej czułości, położył palce na pochylonej głowie Kitty. Potem podał im świece i wziąwszy kadzielnicę, powoli się od nich oddalił.
„Czy to może być rzeczywiste” – pomyślał Lewin i obejrzał się za narzeczoną. Widział jej profil nieco z góry i z ledwie dostrzegalnego ruchu jej warg i rzęs poznał, że poczuła jego wzrok. Nie obejrzała się, lecz jej wysoki marszczony kołnierz drgnął wznosząc się ku malutkiemu, różowemu uszku. Widział, że westchnienie w jej piersi zatrzymało się i że rączka w długiej rękawiczce, trzymająca świecę, zadrżała.
Cały ambaras z powodu koszuli i spóźnienia, rozmowa ze znajomymi i krewnymi, ich niezadowolenie, jego własna śmieszna sytuacja – wszystko nagle zniknęło; poczuł radość i strach.
Piękny, postawny protodiakon w srebrnej albie, z ufryzowanymi, odrzuconymi na boki, sterczącymi kędziorami, rześko wystąpił naprzód i uniósłszy na dwóch palcach, zwykłym obrzędowym ruchem, stułę, zatrzymał się naprzeciw popa.
„Pobłogosław, Panie!” – rozległy się wolno, jeden za drugim, uroczyste dźwięki, kołysząc falami powietrza.
„Błogosławiony Bóg nasz teraz i zawsze, i na wieki wieków” – kornie i śpiewnie odpowiedział staruszek pop, w dalszym ciągu coś przekładając na pulpicie. I wypełniając sobą całą cerkiew od okien aż do sklepienia, pełny akord niewidzialnego chóru wzniósł się harmonijnie i szeroko, spotężniał, zatrzymał się na chwilę i cicho zamarł.
Modlono się jak zwykle o zesłanie pokoju i zbawienia, modlono się za Wysoki Synod* i za cesarza; modlono się i za obecnie zawierających ślub Konstantego i Katarzynę, sługi boże.
„Pomódlmy się do Boga, by zesłana im została miłość doskonała i spokojna draż boża pomoc” – cała cerkiew jakby tchnęła głosem protodiakona.
Lewin słuchał tych słów i był pod ich wrażeniem. „Skąd oni zgadli, że potrzeba pomocy, właśnie pomocy? – myślał przypominając sobie wszystkie swoje niedawne obawy i wątpliwości. – Cóż ja wiem? Co ja potrafię zrobić w tej zatrważającej sprawie – myślał – bez pomocy. Właśnie pomocy potrzeba mi teraz.”
Gdy diakon skończył ektenię*, pop, z książką w ręku, zwrócił się do młodej pary:
„Boże wieczny, który zbierasz i jednoczysz rozdzielone – czytał łagodnym, śpiewnym głosem – który wyznaczyłeś nierozerwalne przymierze ich miłości, który pobłogosławiłeś Izaaka i Rebekę i wskazałeś na nich, jako na dziedziców Twej obietnicy, pobłogosław Ty sam sługi Twoje Konstantego i Katarzynę i nakłoń ich do wszelakich dobrych uczynków. Jako żeś jest Bóg łaskawy i miłujący ludzi, chwałę Ci oddajemy – Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu – teraz i zawsze, i na wieki wieków.” – „Amen” – znów rozlał się w powietrzu głos niewidzialnego chóru.
„«Który zbierasz i jednoczysz rozdzielone i który wyznaczyłeś przymierze ich miłości» – jak pełne głębokiej myśli są te słowa i jak odpowiadają temu, co człowiek w takiej chwili odczuwa! – myślał Lewin. – Czy i ona czuje to, co ja?”
Obejrzawszy się spotkał jej wzrok.
I z wyrazu jej oczu wywnioskował, że Kitty zrozumiała to samo, co i on. To nie była zresztą prawda: Kitty prawie zupełnie nie rozumiała słów nabożeństwa, a podczas ślubu nawet ich nie słuchała. Nie mogła ich słuchać i rozumieć, tak mocne było jedyne uczucie, które ją napełniało i wciąż rosło – uczucie radości, że dokonywało się w pełni to, co już od półtora miesiąca spełniło się w jej sercu, to, co przez całe te sześć tygodni cieszyło ją i zarazem udręczało. Owego dnia, kiedy w swej brązowej sukni w salonie domu na Arbacie podeszła do Lewina bez słowa i podarowała mu siebie – w duszy jej dnia owego i w owej godzinie nastąpiło zupełne zerwanie z poprzednim życiem i zaczęło się życie całkiem inne, nowe, z gruntu jej nie znane. W rzeczywistości jednak dawne jej życie ciągnęło się dalej. Tych sześć tygodni było dla niej okresem najbardziej błogim i jednocześnie najbardziej dręczącym. Całe jej istnienie, wszystkie pragnienia, nadzieje ześrodkowały się w tym jednym, dotąd jeszcze niepojętym dla niej człowieku, z którym wiązało ją uczucie jeszcze bardziej niepojęte niż sam ów człowiek, uczucie, które ją to zbliżało do niego, to odpychało. A tymczasem przebywała nadal wśród warunków dotychczasowego życia i żyjąc tak, była przerażona sobą, przerażona tą nieprzepartą, kompletną obojętnością dla całej swej przeszłości: dla przedmiotów, przyzwyczajeń, dla ludzi, którzy ją kochali i kochają, dla urażonej tą jej obojętnością matki, dla drogiego, a dawniej kochanego nade wszystko w świecie i tak czułego ojca. Kitty była to przerażona własną obojętnością, to uradowana tym, co ją do tej obojętności przywiodło. Nie mogła ani myśleć o niczym, ani pragnąć niczego innego oprócz życia z tym człowiekiem, ale to nowe życie jeszcze nie istniało i nawet go sobie wyraźnie nie wyobrażała. Trwała w samym wyczekiwaniu, w radości i obawie przed czymś nowym i nieznanym. A teraz tylko patrzeć, jak oczekiwanie, zagadkowość i jakby skrucha z powodu wyparcia się dotychczasowego życia – wszystko to się skończy, a rozpocznie się coś nowego, coś, co będąc niewiadomym, musi wprawdzie wzbudzać obawę; straszne jednak czy nie – już się dokonało sześć tygodni temu. Teraz następowało jedynie uświęcenie tego, co od dawna stało się w duszy.
Zwracając się znów do pulpitu pop z trudem ujął mały pierścioneczek Kitty i wziąwszy rękę Lewina włożył tę obrączkę na pierwszy staw jego palca. „Sługa boży Konstanty zawiera ślub ze służebnicą bożą Katarzyną.” I te same słowa powtórzył po włożeniu dużej obrączki na różowy, maleńki, żałosny w swej słabości paluszek Kitty.
Parę razy państwo młodzi próbowali odgadnąć, co trzeba było zrobić, i za każdym razem popełniali omyłkę. Pop ich szeptem poprawiał. Wreszcie spełniwszy wszystko, co należało, i uczyniwszy nad nimi znak krzyża obrączkami, znowu oddał dużą – Kitty, a maleńką – Lewinowi, przy czym oboje znów się pomylili. Dwa razy przekładali pierścionki z rąk do rąk i mimo to nie udawało im się uczynić tego, o co chodziło.
Dolly, Czirikow i Obłoński wyszli z tłumu, by im podpowiedzieć; powstało zamieszanie, zaczęły się szepty i uśmiechy, lecz uroczyste wzruszenie malujące się na twarzach państwa młodych nie uległo zmianie; przeciwnie, myląc ręce wyglądali jeszcze uroczyściej niż poprzednio, a uśmiech, z którym Obłoński szeptał, aby teraz każde włożyło swoją własną obrączkę, mimo woli zamarł mu na ustach. Poczuł, że każdy uśmiech może ich urazić.
„Boś Ty od początku stworzył płeć męską i żeńską – recytował pop po zamianie pierścionków – i z Twojej woli łączy się z mężem żona ku pomocy i ku poczynaniu rodzaju ludzkiego. Boś Ty sam, Panie Boże nasz, zesłał prawdę jako dziedzictwo i obietnicę Twoją sługom Twym, ojcom naszym, wybranym Twoim z każdego pokolenia. Wejrzyj na sługę Twego Konstantego i służebnicę Twoją Katarzynę i utwierdź ich ślub w wierze i w jednomyślności, i prawdzie, i miłości.”
Lewin przekonywał się coraz bardziej, że wszystkie jego pojęcia o małżeństwie, jego marzenia o tym, jak urządzi sobie życie, że wszystko to było dziecinadą i że małżeństwo to coś, czego dotychczas nie rozumiał, a teraz rozumie jeszcze mniej, mimo że staje się ono jego udziałem. W piersi coraz wyżej zrywał mu się skurcz, a do oczu napływały natrętne łzy.
V
W cerkwi obecna była cała Moskwa, rodzina i znajomi. Podczas obrzędu zaślubin w rzęsistym oświetleniu cerkwi, śród koła wystrojonych kobiet i panien oraz mężczyzn w białych krawatach, frakach i mundurach nie ustawał przyciszony dyskretnie gwar rozmów. Rozpoczynali je przeważnie mężczyźni, panie bowiem były pochłonięte przypatrywaniem się wszystkim szczegółom ceremonii, którą kobiety zawsze się tak bardzo przejmują.
W kółku najbliższym panny młodej znajdowały się obie jej siostry: Dolly i starsza, pełna spokoju piękność – hrabina Lwów, przybyła z zagranicy.
– Czemu Marie ma suknię lila, prawie jakby włożyła czarną? I to na ślub! – zauważyła Korsuńska.
– Z jej cerą to jedyny ratunek… – odpowiedziała Drubiecka. – Dziwi mnie, że ślub odbywa się wieczorem, na kupiecką modłę.
– Tak jest ładniej. I ja także brałam ślub wieczorem – odrzekła Korsuńska i westchnęła na wspomnienie, jak uroczo dnia owego wyglądała, jak śmiesznie zakochany był jej mąż i jak obecnie wszystko jest inaczej.
– Powiadają, że kto bywa drużbą więcej niż dziesięć razy, ten się już nie ożeni; chciałem się wkręcić po raz dziesiąty, żeby się zaasekurować, ale już nie było miejsca – mówił hrabia Siniawin do ładniutkiej księżniczki Czarskiej, która miała na niego widoki.
Księżniczka w odpowiedzi uśmiechnęła się tylko. Patrzyła na pannę młodą myśląc, jak i kiedy ona sama tak będzie stała z Siniawinem na miejscu Kitty i jak mu wtedy przypomni jego obecny żart.
Szczerbacki mówił do starej frejliny, pani Nikołajew, że zamierza włożyć pannie młodej koronę na szynion, bo to przynosi szczęście.
– Nie należało wcale wkładać szynionu – zauważyła stara frejlina, która już od dawna postanowiła, że jeżeli niemłody wdowiec, na którego zastawiła sidła, z nią się ożeni, to ślub wezmą jak najskromniejszy. – Nie lubię tej całej parady.
Sergiusz Iwanowicz rozmawiał z Dolly i zapewniał ją żartem, że zwyczaj podróży poślubnej rozpowszechnia się dlatego, że nowożeńcy zawsze trochę się wstydzą.
– Brat pański może być dumny: Kitty jest wyjątkowo urocza. Sądzę, że pan mu zazdrości?
– Ja już przez to przeszedłem, księżno – odparł i twarz jego nagle przybrała wyraz smutku i powagi.
Stiepan Arkadjicz opowiadał szwagierce swój kalambur o rozwodzie.
– Trzeba poprawić wianek – zauważyła nie słuchając go.
– Jaka szkoda, że Kitty tak zbrzydła – mówiła pani Nordston do pani Lwów. – Mimo to on niewart nawet jednego jej paluszka. Nieprawdaż?
– Przeciwnie, on mi się bardzo podoba. Nie dlatego, że to mój przyszły beau frère – powiedziała pani Lwów. – I jak się doskonale zachowuje. A w tej sytuacji to tak trudno zachować właściwą postawę, nie być śmiesznym. On zaś nie jest ani śmieszny, ani sztywny; widać tylko, że jest wzruszony.
– Zdaje się, że pani się tego spodziewała?
– Prawie że tak, Kitty go zawsze lubiła.
– No, teraz popatrzmy, które z nich pierwsze wejdzie na dywan; ja radziłam Kitty, by o tym pamiętała.
– To obojętne – odrzekła Lwowa. – My wszystkie jesteśmy potulnymi żonami. To rodzinna cecha.
– Ja z Wasiliem umyślnie stanęłam pierwsza. A ty, Dolly?
Dolly stała obok nich, słyszała, co mówiły, ale nie odpowiadała. Była rozrzewniona: miała łzy w oczach i byłaby się rozpłakała, gdyby spróbowała przemówić. Cieszyła się patrząc na Lewina i Kitty; poza tym wracała myślą do swego własnego ślubu i spoglądając na promieniejącego Stiepana Arkadjicza zapominała o całej teraźniejszości i pamiętała tylko o swym pierwszym niewinnym uczuciu. Myślała przy tym nie tylko o sobie, ale o wszystkich kobietach bliskich i znajomych. Przypominała je sobie w tej uroczystej, jedynej dla nich chwili, gdy podobnie jak Kitty, stały przed ołtarzem z miłością, nadzieją i obawą w sercu, wyrzekając się przeszłości i wstępując w tajemniczą przyszłość. W liczbie tych wszystkich panien młodych, które miała w pamięci, przyszła jej również na myśl kochana jej Anna. Niedawno rozmawiano przy niej o szczegółach przypuszczalnego rozwodu Anny, która przecież także stała kiedyś czysta w swym welonie z pomarańczowym kwieciem. A teraz?!…
– Jakie to strasznie dziwne – rzekła wreszcie Dolly.
Nie tylko siostry, przyjaciółki i krewni bacznie przyglądali się wszystkim szczegółom obrzędu; obcy widzowie – kobiety ze wzruszeniem tamującym oddech obserwowały, bojąc się coś przeoczyć, każdy ruch, każdą zmianę wyrazu twarzy pana młodego i panny młodej i gniewnie milczały lub też w ogóle nie słyszały gadaniny obojętnych mężczyzn, robiących żartobliwe uwagi czy rozmawiających na inny temat.
– Czemu ona taka zapłakana? A może idzie za mąż po niewoli?
– Co to za przymus, kiedy to taki zuch! A może to jaki książę?
– A ta w białej, atłasowej – czy nie siostra czasem? Słuchaj tylko; zaraz diakon ryknie: „Niechaj się lęka swego męża!”
– Czy to chór z czudowskiego monasteru*?
– Nie, z Synodu.
– Pytałam się lokaja. Powiada, że on ją zaraz wiezie do siebie, do rodowego majątku. Podobno bogaty aż strach: dlatego ją za niego wydali.
– W każdym razie śliczna para.
– A pani spierała się ze mną, Mario Wasiliewno, że krysoliny nosi się odstające. Patrz no pani na tę w puce* – mówią, że to ambasadorowa – jak na niej przylega, raz tak, a potem w drugą stronę.
– Co za milutka panna młoda, a przybrana jak jagniątko! Co tu gadać, szkoda nas, kobiet, szkoda!
Takie były głosy w tłumie przyglądających się osób, które zdołały dotrzeć do wnętrza cerkwi.
VI
Kiedy obrzęd zamiany pierścionków został dokonany, sługa cerkiewny rozesłał przed pulpitem, pośrodku cerkwi, kawałek różowej materii, chór odśpiewał kunsztowny i skomplikowany psalm, w którym bas i tenor dawały sobie wzajemnie respons, po czym pop obrócił się ku państwu młodym i wskazał im na rozesłany kawałek różowej tkaniny. Chociaż oboje często i wiele słyszeli o przesądzie, że kto pierwszy stąpnie na dywan, ten będzie w rodzinie głową – ani Lewinowi, ani Kitty nie przyszło to na myśl w chwili, gdy robili tych parę kroków. Nie słyszeli też głośnych uwag i dyskusji nad tym, że – jak dostrzegli jedni – on stanął pierwszy, a – jak zauważyli drudzy – oboje weszli na dywan jednocześnie.
Po zwykłych pytaniach, czy pragną zawrzeć ślub i czy nie są związani obietnicą z kimś innym, oraz odpowiedziach państwa młodych, które w ich własnych uszach miały dziwne brzmienie, zaczęło się nowe nabożeństwo. Kitty słuchała wyrazów modlitwy pragnąc zrozumieć ich sens, lecz się to jej nie udawało. Uczucie triumfu i promiennej radości coraz bardziej – w miarę jak dokonywał się obrzęd – napełniało jej duszę i pozbawiało zdolności uważania.
Modlono się o „cnotę czystości dla nich i o pomyślność dla owocu ich żywota, aby cieszyli się widokiem synów i córek”.
Wspominano o tym, że Bóg stworzył kobietę z Adamowego żebra i że „z tego powodu człowiek opuści ojca i matkę, a przylgnie do żony, i tych dwoje będą jak jedno ciało”, i że „jest to wielka tajemnica”. Proszono, aby Bóg dał im płodność i błogosławieństwo, jakim obdarzył Izaaka i Rebekę, Józefa, Mojżesza i Seforę*, iżby oglądali synów swych synów. „Wszystko jest piękne – myślała Kitty słuchając tych słów – i nie może też być inaczej” – i uśmiech radości jaśniał na jej promiennej twarzy, bezwiednie udzielając się wszystkim spoglądającym na nią.
– Trzeba je całkiem włożyć – rozległy się głosy doradcze, gdy pop włożył im korony, i Szczerbacki, w rękawiczce o trzech guziczkach, ręką, która drżała, podniósł koronę wysoko nad głowę panny młodej.
– Włóż mi ją! – szepnęła z uśmiechem.
Lewin spojrzał na nią i uderzył go radosny blask jej twarzy. Uczucie jej mimo woli udzieliło się i jemu: zrobiło mu się, tak jak i jej, jasno i wesoło na duszy.
Radośnie słuchali czytania listu apostolskiego i grzmiącego głosu protodiakona przy ostatnim wersecie, którego obcy widzowie oczekiwali z taką niecierpliwością. Weselem napełniło ich wypicie z płytkiego kielicha ciepłego czerwonego wina z wodą, a jeszcze bardziej rozradowali się, gdy pop, odwinąwszy kapę i wziąwszy ich ręce w swoją, oprowadził ich dokoła pulpitu, podczas, gdy porywy basu wzywały: „Izajaszu, raduj się!” Szczerbacki i Czirikow podtrzymujący korony, również uśmiechnięci i nie wiadomo czego – rozradowani, zaplątywali się w tren panny młodej i to pozostawali w tyle, to gdy pop się nagle zatrzymywał, zderzali się z nowożeńcami. Iskierka radości, która rozgorzała w sercu Kitty, udzieliła się jakby wszystkim obecnym w cerkwi. Lewinowi zdawało się, że pop i diakon mieli także ochotę uśmiechać się, podobnie jak i on sam.
Zdjąwszy im z głów korony pop przeczytał ostatnią z szeregu modlitw i powinszował zaślubionym. Lewin spojrzał na Kitty. Nigdy jej dotychczas takiej nie widział. Była prześliczna z tym nowym jaśnieniem szczęścia na twarzy. Lewin pragnął jej coś powiedzieć, lecz nie wiedział, czy ceremonia już jest skończona. Pop wybawił go z kłopotu. Na dobrotliwych jego wargach zjawił się uśmiech. Powiedział cicho: „Proszę pocałować żonę, a pani niechaj pocałuje męża” – po czym wyjął im z rąk świece.
Lewin delikatnie pocałował jej uśmiechnięte wargi, podał jej rękę i czując nową, dziwną bliskość Kitty, wyszedł z nią razem z cerkwi. Nie wierzył, nie mógł wierzyć, że to prawda. Wierzył tylko wtedy, gdy spotykały się ich zdziwione i nieśmiałe spojrzenia, czuł bowiem, że już stanowili jedność.
Po kolacji, tej samej nocy, państwo młodzi wyjechali na wieś.
VII
Już od trzech miesięcy Wroński z Anną podróżowali po Europie. Odwiedzili Wenecję, Rzym, Neapol i właśnie zatrzymali się w małym włoskim miasteczku, gdzie mieli zamiar zamieszkać na jakiś czas.
Piękny ober z przedziałkiem w gęstych wypomadowanych włosach, zaczynającym się wprost od szyi, ubrany we frak, o szerokim białym gorsie batystowej koszuli i z wiązką breloków nad zaokrąglonym brzuszkiem – włożył ręce w kieszenie i pogardliwie mrużąc oczy dawał surowym tonem odpowiedzi panu, który się przed nim zatrzymał. Słysząc od drugiej strony wejścia kroki zmierzające w górę po schodach, ober odwrócił się i ujrzawszy rosyjskiego hrabiego, który zajmował u nich najlepsze pokoje, wyjął przez uszanowanie ręce z kieszeni i schylony w ukłonie, poinformował Wrońskiego, że był kurier i że wynajęcie palazzo doszło do skutku. Główny administrator gotów jest podpisać umowę.
– Tak? Bardzo jestem rad – rzekł Wroński. – A pani: czy jest w domu, czy może wyszła?
– Jaśnie pani wychodziła na spacer, ale już wróciła – odpowiedział ober.
Wroński zdjął z głowy miękki – kapelusz o szerokim rondzie ocierając chustką spocone czoło i włosy, które nosił długie do pół uszu i zaczesane do tyłu tak, że zakrywały mu łysinę, po czym spojrzawszy z roztargnieniem na stojącego nadal i przyglądającego mu się mężczyznę, chciał go minąć.
– Ten pan jest Rosjaninem i zapytywał o pana hrabiego – zatrzymał go ober.
Z uczuciem irytacji, że niepodobna nigdzie ukryć się przed znajomymi, pomieszanej z pragnieniem znalezienia jakiejś rozrywki w swym jednostajnym życiu Wroński raz jeszcze obejrzał się na nieznajomego, który nieco się oddalił, ale znowu przystanął i obaj rozpromienili się jednocześnie.
– Goleniszczew!
– Wroński!
Istotnie, był to Goleniszczew, kolega Wrońskiego z Korpusu Paziów. Goleniszczew należał w Korpusie do partii liberalnej i wyszedł stamtąd z rangą urzędniczą, ale nigdzie służby nie pełnił. Koledzy stracili się całkowicie z oczu po wyjściu z Korpusu, a później spotkali się tylko raz jeden.
Przy owym zetknięciu Wroński odniósł wrażenie, że Goleniszczew wybrał sobie jakąś przemądrzałą, liberalną drogę życiową i że na skutek tego uważał za właściwe pogardzać karierą i pozycją towarzyską kolegi. Dlatego Wroński przybrał wobec niego wówczas taką chłodną i wyniosłą postawę, jaką niekiedy potrafił przybierać wobec ludzi, a która oznaczała: „Może się panu mój tryb życia podobać lub nie podobać: jest mi to zupełnie obojętne. Jeśli pan chce mnie znać, musi mnie pan szanować.” Goleniszczew ze swej strony odpowiedział na ton Wrońskiego lekceważącą obojętnością. Zdawałoby się, że takie spotkanie powinno było jeszcze bardziej ich rozdzielić; tymczasem teraz obaj rozpromienili się i aż krzyknęli z radości poznając się wzajemnie. Wroński nigdy nie przypuszczał, że się tak na widok Goleniszczewa ucieszy; zapewne sam nie zdawał sobie sprawy, jak dalece – się nudził. Zapomniał o przykrym wrażeniu, jakie odniósł był przy ostatnim spotkaniu, i z wyrazem szczerej radości wyciągnął rękę do dawnego kolegi. Podobna radość zastąpiła na twarzy Goleniszczewa dotychczasowy wyraz niepewności.
– Jakże się cieszę z tego spotkania! – zawołał Wroński pokazując w przyjaznym uśmiechu swe mocne, białe zęby.
– A… ja słyszę: Wroński, ale który Wroński – nie wiedziałem. Bardzo, bardzo się cieszę!
– Wejdźmy więc. Co ty tu robisz?
– Mieszkam tutaj już drugi rok. Pracuję.
– Doprawdy?! – zainteresował się Wroński. – Wejdźmy.
I – wedle rosyjskiego zwyczaju – zamiast po rosyjsku powiedzieć to, co miało pozostać tajemnicą wobec służby, zaczął po francusku:
– Czy znasz panią Karenin? Podróżujemy razem. Idę właśnie do niej. – Mówiąc to po francusku, wpatrywał się pilnie w twarz Goleniszczewa.
– Ach tak?! Nie wiedziałem (mimo że wiedział) – odrzekł obojętnie Goleniszczew. – Dawnoś przyjechał? – dodał zaraz.
– Ja? Jestem tu od trzech dni. – Wroński raz jeszcze uważnie wpatrzył się w twarz kolegi.
„Tak, to porządny człowiek i zapatruje się na tę sprawę jak należy – zadecydował rozumiejąc, co oznacza mina Goleniszczewa i zmiana tematu rozmowy. – Można go przedstawić Annie; zapatruje się na to tak jak trzeba.”
W ciągu tych trzech miesięcy, które Wroński spędził z Anną za granicą, zawsze przy spotkaniu z nowymi ludźmi zadawał sobie pytanie, jak ta nowa osoba będzie się zapatrywała na jego stosunek do Anny, i w większości wypadków u mężczyzn spotykał takie zrozumienie – jak należało. Lecz gdyby kto spytał jego lub tych, którzy rozumieli rzecz „jak należy”, na czym polegało takie zapatrywanie, to i jemu, i im odpowiedź sprawiłaby dużo trudności.
W gruncie rzeczy ci rozumiejący, zdaniem Wrońskiego, sprawę „jak należy” wcale jej nie rozumieli, lecz zachowywali się tak, jak się w ogóle zachowują dobrze wychowani ludzie wobec skomplikowanych i drażliwych spraw, jakie ze wszech stron nastręczają się w życiu, czyli zachowywali się przyzwoicie, unikając wszelkich aluzji i niemiłych zapytań. Udawali, że w zupełności rozumieją znaczenie i sens sytuacji, że ją uznają, a nawet pochwalają, lecz uważają za niewłaściwe i zbyteczne wdawać się w jakieś dociekania.
Wroński odgadł od razu, że Goleniszczew był jednym z takich ludzi, i stąd był mu w dwójnasób rad. Istotnie, Goleniszczew zachowywał się wobec pani Karenin, gdy został do niej wprowadzony, tak jak tylko Wroński mógł sobie tego życzyć. Widać było, że omija bez najmniejszego trudu wszelkie tematy, które mogłyby wywołać zakłopotanie.
Nie znał Anny przedtem i był pod wrażeniem jej urody, a jeszcze bardziej prostoty, z jaką godziła się ze swą sytuacją. Zarumieniła się, kiedy Wroński go przyprowadził, i ten dziecięcy rumieniec, który oblał jej szczerą, urodziwą twarz, niezwykle mu się spodobał. Ale specjalnie podobało mu się, że Anna natychmiast, jakby rozmyślnie, by w obecności kogoś obcego nie mogło być nieporozumień, nazwała Wrońskiego po prostu Aleksym i powiedziała, że przenoszą się do nowo wynajętego domu, który tutaj nazywają palazzo. Ten bezpośredni i prosty stosunek do sytuacji bardzo ujął Goleniszczewa. Patrząc na dobrodusznie wesoły, energiczny sposób bycia Anny i znając obu – Karenina i Wrońskiego – Goleniszczew doszedł do wniosku, że całkowicie ją rozumie. Zdawało mu się, że pojmuje to, czego ona sama zupełnie nie rozumiała, mianowicie – jak mogła unieszczęśliwić męża, porzucić męża i syna, utracić dobre imię, a mimo to zachować tę wesołą żywość i być szczęśliwą.
– Jest w przewodniku – Goleniszczew mówił o pałacu wynajętym przez Wrońskiego. – Jest tam piękny Tintoretto. Z jego ostatniego okresu.
– Wiecie państwo co? Pogoda jest piękna: chodźmy tam, żeby go jeszcze raz obejrzeć – zaproponował Wroński zwracając się do Anny.
– Najchętniej. Zaraz pójdę włożyć kapelusz. Panowie mówicie, że jest gorąco? – powiedziała zatrzymując się u drzwi i pytająco patrząc na Wrońskiego. I żywy rumieniec znów oblał jej twarz.
Z jej spojrzenia Wroński zrozumiał, że Anna nie wie, jak on pragnie ułożyć swoje stosunki z Goleniszczewem, i że obawia się, czy zachowywała się tak, jak on by tego sobie życzył.
Spojrzał na nią przeciągle i czule.
– Nie, nie bardzo – odrzekł.
I Annie wydało się, że wszystko zrozumiała, a zwłaszcza – to jedno najważniejsze: że jest z niej zadowolony. Uśmiechnęła się i szybkim krokiem wyszła do drugiego pokoju.
Gdy dwaj przyjaciele pozostali sami, zmieszali się nieco. Goleniszczew, wyraźnie zachwycony Anną, chciał coś o niej powiedzieć, lecz nie znajdował słów, Wroński zaś pragnął usłyszeć, co tamten powie, ale zarazem się tego obawiał.
– A więc – zaczął wreszcie, aby nawiązać przecie jakąś rozmowę – więc zamieszkałeś tutaj? I zawsze pracujesz nad tym samym? – ciągnął dalej, przypominając sobie, co mówiono mu o pracy, którą miał jakoby pisać Goleniszczew.
– Tak, piszę drugą część Dwóch pierwiastków – Golenisz-czew zaczerwienił się z zadowolenia na to pytanie – to jest, mówiąc ściśle, jeszcze jej nie piszę, przygotowuję tylko, zbieram materiały. Ta część będzie daleko obszerniejsza i obejmie prawie wszystkie sprawy. U nas w Rosji nikt nie chce zrozumieć, że jesteśmy dziedzicami Bizancjum – rozpoczął długi, namiętny wykład.
Wroński zrazu był zakłopotany, nie znając nawet i pierwszej części pracy o Dwóch pierwiastkach, o której napomknął autor jako o czymś już wiadomym. Potem jednak, gdy Goleniszczew począł wyłuszczać swe myśli i Wroński mógł za nim podążyć, to nawet nie znając Dwóch pierwiastków słuchał z zainteresowaniem, Goleniszczew bowiem mówił ze swadą. Co dziwiło i martwiło Wrońskiego, to pewne rozdrażnienie i wzburzenie, z jakimi Goleniszczew rozprawiał na interesujący go temat. Im dalej – tym bardziej pałały mu oczy, tym spieszniej odpierał argumenty domniemanych przeciwników, a na jego twarzy malowały się niepokój i uraza. Pamiętając Goleniszczewa jako chudziutkiego, żywego, poczciwego i szlachetnego chłopca, który zawsze bywał pierwszym uczniem w Korpusie, Wroński nie mógł zrozumieć powodu tego rozdrażnienia i nie pochwalał go. Zwłaszcza nie podobało mu się, że człowiek z dobrego towarzystwa stawiał siebie na jednym poziomie z jakimiś pismakami, którzy go drażnili, i że się na nich złościł. Czyż warto było? Nie podobało się to wprawdzie Wrońskiemu, wyczuwając jednak, że Goleniszczew nie jest szczęśliwy, współczuł mu. Od ruchliwej, dość przystojnej twarzy Goleniszczewa biło cierpienie, omalże nie obłęd, gdy nie zwróciwszy nawet uwagi na wejście Anny, spiesznie i z uniesieniem wypowiadał swe myśli.
Anna wróciła w płaszczyku i kapeluszu, bawiąc się parasolką, którą trzymała w pięknej ręce. Kiedy stanęła obok Wrońskiego, ten oderwał się od uważnie weń wlepionego żałosnego spojrzenia Goleniszczewa i z porywem czułości popatrzył na swą prześliczną, pełną energii i radości życia towarzyszkę. Goleniszczew ocknął się z wysiłkiem; był zrazu ponury i przygnębiony, ale proste, wesołe obejście Anny, która czuła życzliwość dla całego świata (bo taką wówczas była), niebawem go rozruszało. Po wypróbowaniu różnych tematów naprowadziła rozmowę na malarstwo, o którym Gołeniszczew mówił bardzo interesująco. Anna słuchała go z uwagą. Doszli na piechotę do wynajętego domu i obejrzeli go.
– Z jednej rzeczy bardzo się cieszę – powiedziała Anna w powrotnej drodze – oto Aleksy będzie miał dobre atelier. Weź koniecznie ten pokoik – zwróciła się do Wrońskiego po rosyjsku, mówiąc mu ty, zdała już bowiem sobie sprawę, że w ich odosobnieniu Goleniszczew się z nimi zbliży i że nie ma potrzeby nic przed nim ukrywać.
– Czy ty malujesz? – zapytał Goleniszczew i obrócił się szybko ku Wrońskiemu.
– Tak, kiedyś malowałem i teraz zacząłem trochę na nowo – zaczerwienił się Wroński.
– Ma duży talent – oświadczyła Anna z radosnym uśmiechem. – Nie jestem oczywiście znawcą, ale znawcy są tego samego zdania.
VIII
W tym pierwszym okresie swego wyzwolenia i szybkiego powrotu do zdrowia Anna czuła się niewybaczalnie szczęśliwa i pełna radości życia. Pamięć o katastrofie, jaka spadła na jej męża, nie zatruwała jej szczęścia. Chociaż wspomnienie to było zbyt okropne, by o nim można było w ogóle myśleć, to jednak nieszczęście męża przyniosło Annie zbyt wielkie szczęście, by mogła odczuwać skruchę. Pamięć o wszystkim, co ją spotkało po chorobie: pogodzenie się z mężem, zerwanie z nim, wiadomość o zranieniu Wrońskiego, jego zjawienie się, przygotowania do rozwodu, opuszczenie mężowskiego domu, pożegnanie z synkiem – wszystko to zdawało jej się snem gorączkowym, po którym zbudziła się za granicą przy boku Wrońskiego. Pamięć o krzywdzie wyrządzonej mężowi budziła w niej uczucie podobne do odrazy, pokrewne temu, jakiego doświadczałby tonący, który by oderwał od siebie czepiającego się go człowieka. Człowiek ten utonął. Rzecz oczywista, że to było źle, ale był to jedyny ratunek, i lepiej nie przypominać sobie tych okropnych szczegółów.
W pierwszej chwili zerwania przyszło jej na myśl pewne uspokajające rozumowanie co do jej postępku i teraz, na wspomnienie wszystkiego, co zaszło, przypomniała je sobie. „Przeze mnie spadło nieodwołalnie na tego człowieka nieszczęście – myślała – nie chcę więc z tego nieszczęścia czerpać korzyści. Cierpię i ja również i będę cierpiała tracąc to, co mi jest najdroższe: uczciwe imię i syna. Postąpiłam źle, toteż nie pragnę szczęścia, nie chcę rozwodu i będę cierpiała z powodu mojej hańby i rozłąki z synkiem.” Mimo jednak, że Anna szczerze pragnęła cierpieć – nie cierpiała. I o żadnej hańbie nie mogło być mowy. Z taktem, którego oboje tak wiele posiadali, unikając rosyjskich dam, nigdzie za granicą nie znaleźli się w fałszywym położeniu, wszędzie natomiast spotykali ludzi udających, że rozumieją doskonale ich wzajemny stosunek, rozumieją go daleko lepiej, niż go rozumieli oni sami. Nawet rozłąka z synkiem, którego kochała, nie dręczyła jej z początku. Córeczka, jego dziecko, była taka milutka i Anna się tak do niej przywiązała od czasu, gdy pozostała jej tylko ona jedna, że rzadko myślała o synku.
Żądza życia, która wzmogła się po wyzdrowieniu, była w niej tak silna, a warunki życia takie przyjemne i nowe, że Anna czuła się niewybaczalnie szczęśliwa. Im więcej poznawała Wrońskiego, tym go bardziej kochała. Kochała go i dla niego samego, i za miłość jego ku niej. To, że należał do niej teraz całkowicie, wzniecało w niej nieustanną radość. Jego obecność była jej zawsze miła. Wszystkie cechy jego charakteru, który coraz bliżej poznawała, były jej niewymownie sympatyczne. Powierzchowność jego po zmianie, jaką spowodowało ubranie cywilne, pociągała ją tak, jakby po raz pierwszy była zakochana. We wszystkim, co mówił, co myślał i czynił, widziała coś szczególnie szlachetnego i wzniosłego. Ten zachwyt przerażał ją samą; szukała – i nic, co by nic było piękne, znaleźć w nim nie mogła. Nie ważyła się okazywać Wrońskiemu, jak bardzo uświadamia sobie swą własną nicość w porównaniu z nim. Zdawało jej się, że wiedząc o tym, gotów przestać ją kochać, a obecnie niczego tak się nie obawiała – mimo że żadnych ku temu nie było powodów – jak utraty jego miłości. Nie mogła jednak nie być mu wdzięczna za jego zachowanie się w stosunku do niej i nie okazywać mu, jak bardzo je sobie ceni. On, który, jej zdaniem, był tak wyraźnie powołany do działalności państwowej, gdzie powinien był spełniać znakomitą rolę, złożył jej w ofierze swe ambicje, nigdy nie okazując najmniejszego żalu. Traktował ją z większą jeszcze niż przedtem miłością i szacunkiem. Ani na chwilę nie opuszczała go dbałość, by Anna nie odczuła nigdy swego fałszywego położenia. On, taki męski, nie tylko nigdy się jej nie sprzeciwiał, ale nie miał po prostu wobec niej własnej woli i był, zdawało się, zajęty tylko tym, aby uprzedzać jej życzenia. Niepodobna było tego nie oceniać, mimo że ta jego wiecznie napięta uwaga oraz atmosfera troskliwości, jaką ją otaczał, niekiedy jej ciążyły.
Tymczasem Wroński, mimo że to, czego od tak dawna pragnął, spełniło się, nie był całkowicie szczęśliwy. Prędko się przekonał, że spełnienie pragnień dało mu tylko jedno ziarenko piasku z tej całej góry szczęśliwości, którą sobie obiecywał. Urzeczywistnienie to przekonało go o wiecznej omyłce, jakiej ulegają ludzie utożsamiając szczęście ze spełnieniem pragnień. W pierwszym okresie po połączeniu się z Anną, gdy włożył cywilne ubranie, poczuł cały urok wolności jako takiej – nigdy jej bowiem dotąd nie zaznał – oraz urok wolności miłosnej. Cieszył się tym, ale niedługo. Wkrótce stwierdził u siebie niedosyt pragnień, tęsknotę. Bezwiednie począł się chwytać każdego przelotnego kaprysu, biorąc go za pragnienie, za cel. Trzeba było czymś zająć szesnaście godzin dnia, bo za granicą żyli bez żadnych zobowiązań, znajdując się poza tym kręgiem światowego życia pochłaniającym czas w Petersburgu. O rozrywkach kawalerskich, które podczas poprzednich wycieczek za granicę zajmowały Wrońskiego, nie można było nawet marzyć, gdyż jedyna tego rodzaju próba wywołała u Anny przygnębienie nieoczekiwane i niewspółmierne z faktem spożycia późnej kolacji ze znajomymi. Wobec niejasności sytuacji nie można było również utrzymywać stosunków z towarzystwem miejscowym lub przygodnym rosyjskim. Oglądanie zabytków – pomijając, że były to rzeczy, które już widział – nie miało dla Wrońskiego, jako dla Rosjanina i człowieka inteligentnego, tej niepojętej wagi, jaką zwiedzaniu potrafią przypisywać Anglicy.
Więc jak wygłodzone zwierzę chwyta każdy napotkany przedmiot w nadziei, że znajdzie w nim pożywienie, tak Wroński zupełnie nieświadomie rzucał się to na politykę, to na nowe książki, to na obrazy.
Ponieważ od dzieciństwa miał zdolności do malarstwa i ponieważ, nie wiedząc, co robić z pieniędzmi, począł kiedyś zbierać sztychy, zdecydował się na malarstwo, zaczął się nim zajmować i ześrodkował na nim ów niczym nie zajęty zapas tęsknot, które domagały się zaspokojenia.
Był wrażliwy na sztukę, umiał ją trafnie i ze smakiem naśladować, doszedł tedy do wniosku, że ma w sobie to, co stanowi artystę, po pewnym więc okresie wahania – jaki wybrać gatunek malarstwa: religijny, historyczny, rodzajowy czy realistyczny – zaczął malować. Rozumiał wszystkie odmiany i mógł czerpać natchnienie z którejkolwiek z nich, ale nie mógł sobie wyobrazić, by można było, nie wiedząc zupełnie, jakie bywają rodzaje malarstwa, czerpać natchnienie bezpośrednio z własnej duszy, nie troszcząc się, czy to, co się maluje, będzie należało do jakiegoś określonego rodzaju. Ponieważ Wroński o tym nie wiedział i natchnienie czerpał nie bezpośrednio z życia, lecz pośrednio z życia już wcielonego w sztukę, bardzo szybko i łatwo ulegał natchnieniu i równie szybko i łatwo osiągał, że to, co namalował, było nader podobne do tej odmiany, którą pragnął naśladować.
Francuski wdzięczny i efektowny rodzaj sztuki podobał mu się bardziej od innych, na taką więc modłę zaczął malować portret Anny w stroju włoskim i portret ten wydawał się bardzo udany zarówno Wrońskiemu, jak i wszystkim, którzy go oglądali.
IX
Stary, zaniedbany pałac miał wysokie plafony ze sztukateriami, freski na ścianach, mozaikowe podłogi, ciężkie, żółte jedwabne zasłony u wysokich okien, wazy na konsolach i kominkach, rzeźbione drzwi i mroczne sale, całe zawieszone obrazami. Już przez samą swą stronę zewnętrzną pałac, po przenosinach, utrzymywał we Wrońskim miłe złudzenie, że on sam nie jest rosyjskim ziemianinem, łowczym dworu bez posady, ale raczej amatorem o wysokiej kulturze i mecenasem sztuk pięknych, a zarazem skromnym artystą, który się wyrzekł świata, stosunków i ambicji dla ukochanej kobiety.
Obrana przez Wrońskiego rola z chwilą przenosin do palazzo udała mu się znakomicie: zapoznał się przez Goleniszczewa z kilku ciekawymi ludźmi i na pewien czas całkiem się uspokoił. Pod kierownictwem włoskiego profesora malował studia z natury i interesował się włoskim życiem w średniowieczu. Włoskie średniowiecze tak w tym okresie pochłonęło Wrońskiego, że jął nawet nosić kapelusz i przerzucać pled przez ramię na sposób średniowieczny, z czym mu było bardzo do twarzy.
– Mieszkamy tutaj i o niczym nie wiemy – rzekł raz Wroński do Goleniszczewa, gdy ten zaszedł do nich rano. – Czy widziałeś obraz Michajłowa? – podał mu tylko co otrzymaną rosyjską gazetę, wskazując na artykuł o rosyjskim artyście malarzu mieszkającym w tym samym mieście. Malarz ów skończył malować obraz, o którym od dawna mówiono, a który był już z góry zakupiony. W artykule zarzucano rządowi i Akademii, że ów znakomity artysta nie cieszy się żadnym poparciem i nie doznaje znikąd pomocy.
– Widziałem go – odrzekł Goleniszczew. – Oczywiście, Michajłow nie jest bez talentu, lecz ulega zupełnie fałszywym tendencjom. Zawsze ten sam Iwanowsko-Straussowsko-Renanowski* stosunek do Chrystusa i do malarstwa religijnego.
– Co przedstawia ten obraz? – spytała Anna.
– Chrystusa przed Piłatem. Chrystus wyobrażony jest jako Żyd, z całym realizmem nowej szkoły.
I Goleniszczew, którego treść obrazu naprowadziła na jeden z jego ulubionych tematów, począł wywodzić:
– Nie rozumiem, jak oni mogą się tak prostacko mylić. Chrystus ma już swoje określone wcielenie w sztuce starych mistrzów. Skoro więc kto chce przedstawić nie Boga, lecz rewolucjonistę czy mędrca, niechże weźmie sobie z historii: Sokratesa, Franklina, Szarlottę Corday*, ale nie Chrystusa. Oni biorą właśnie tę jedną postać, której traktować w sztuce nie wolno, a potem…
– A czy to prawda, że ten Michajłow jest w takiej nędzy? – przerwał Wroński uważając, że jako rosyjski mecenas, winien dopomóc artyście bez względu na to, czy obraz jego jest dobry, czy zły.
– Chyba nie. Jest wybitnym portrecistą. Czy widzieliście państwo jego portret Wasilczykowej? Zdaje się jednak, że on nie chce więcej malować portretów, więc może z tego powodu rzeczywiście jest w biedzie. Ja twierdzę, że…
– A czy nie można by go poprosić o zrobienie portretu Anny Arkadiewny? – znów przerwał Wroński.
– Po co? – zawołała Anna. – Nie chcę żadnego portretu poza tym, który ty namalowałeś. Lepiej niech to będzie portret Annie (tak się nazywała córeczka). Otóż i ona – dodała patrząc przez okno na mamkę, piękną Włoszkę, która wyniosła dziecko do ogrodu, a zarazem nieznacznie rzucając okiem na Wrońskiego. Piękna mamka, która służyła Wrońskiemu jako model głowy do jego obrazu, była jedynym utajonym zmartwieniem w życiu Anny. Wroński malując ją zachwycał się jej urodą i średniowiecznością i Anna nie mając odwagi przyznać się sama przed sobą, że lęka się, by nie powstała w niej zazdrość o tę mamkę, specjalnie rozpieszczała i psuła i ją samą, i jej małego synka.
Wroński spojrzał również przez okno, po czym porozumiał się wzrokiem z Anną i zwracając się do Goleniszczewa zapytał:
– A czy ty znasz tego Michajłowa?
