Anna Karenina Tom 1 - Lew Tołstoj - ebook + książka

Anna Karenina Tom 1 ebook

Lew Tołstoj

0,0
39,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść o nieszczęśliwej miłości zamężnej arystokratki z dobrze zapowiadającym się, młodym oficerem carskiej armii. To jeden z absolutnych kanonów światowej literatury, uznawany przez Fiodora Dostojewskiego za swoisty "wzór dla pisarzy".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 735

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu

Anna Ka­rie­ni­na

© Co­py­ri­ght: Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

Skład i ła­ma­nie:

Gro­up­Me­dia

ISBN: 978-83-62913-83-1

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk,

ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 058 742 09 12

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

TOM PIERWSZY

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mnie po­msta, ja od­dam – mówi Pan.

I

Wszyst­kie szczę­śli­we ro­dzi­ny są do sie­bie po­dob­ne, każ­da nie­szczę­śli­wa ro­dzi­na jest nie­szczę­śli­wa na swój spo­sób.

W domu Ob­łoń­skich za­pa­no­wał cał­ko­wi­ty za­męt. Żona do­wie­dzia­ła się, że mąż ma ro­mans z Fran­cuz­ką, byłą gu­wer­nant­ką ich dzie­ci, i oświad­czy­ła, że nie może miesz­kać z nim pod jed­nym da­chem. Ten stan rze­czy trwał już trze­ci dzień i da­wał się sro­dze we zna­ki za­rów­no mał­żon­kom, jak i wszyst­kim człon­kom ro­dzi­ny i do­mow­ni­kom Ob­łoń­skich. Wszy­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny i do­mow­ni­cy wy­czu­wa­li, że ich współ­ży­cie nie ma sen­su i że lu­dzie, któ­rzy przy­pad­ko­wo spo­tka­li się w ja­kimś za­jeź­dzie, mają ze sobą wię­cej wspól­ne­go niż oni, człon­ko­wie ro­dzi­ny i do­mow­ni­cy Ob­łoń­skich. Pani nie wy­cho­dzi­ła ze swo­ich po­koi; pana od trzech dni nie było w domu; dzie­ci błą­ka­ły się z kąta w kąt; An­giel­ka po­kłó­ci­ła się z klucz­ni­cą i na­pi­sa­ła list do przy­ja­ciół­ki pro­sząc o wy­szu­ka­nie no­wej po­sa­dy; ku­charz ulot­nił się jesz­cze po­przed­nie­go dnia w cza­sie obia­du; ku­char­ka go­tu­ją­ca na dru­gi stół i stan­gret pro­si­li o zwol­nie­nie.

Na trze­ci dzień po kłót­ni z żoną ksią­żę Stie­pan Ar­ka­djicz Ob­łoń­ski – Sti­wa, jak go na­zy­wa­no w to­wa­rzy­stwie – obu­dził się o zwy­kłej po­rze, to jest o ósmej rano, a obu­dził się nie w sy­pial­ni żony, lecz na sa­fia­no­wej ka­na­pie w swo­im ga­bi­ne­cie. Ob­ró­cił na sprę­ży­nach ka­na­py swe za­żyw­ne, wy­pie­lę­gno­wa­ne cia­ło, jak­by chciał zno­wu na dłu­go za­snąć, ob­jął moc­no obu­rącz po­dusz­ką i przy­warł do niej – po­licz­kiem; lecz na­raz ze­rwał się, usiadł i otwo­rzył oczy.

„Tak, tak, jak­że to było? – my­ślał przy­po­mi­na­jąc so­bie sen. – Tak, jak­że to było? Tak! Ała­bin wy­da­wał obiad w Darm­stad­cie; nie, nie w Darm­stad­cie, ra­czej coś ame­ry­kań­skie­go… Tak, ale we śnie Darm­stadt był w Ame­ry­ce. Tak, Ała­bin wy­dał obiad na szkla­nych sto­łach, tak, i sto­ły śpie­wa­ły: Il mio te­so­ro, ale to nie było Il mio te­so­ro, tyl­ko coś ład­niej­sze­go… A ja­kieś małe ka­ra­fecz­ki, ka­ra­fecz­ki, a za­ra­zem ko­bie­ty…” – przy­po­mi­nał so­bie.

Oczy za­bły­sły mu we­so­ło, za­my­ślił się z uśmie­chem. „Tak, było przy­jem­nie, bar­dzo przy­jem­nie. Wie­le tam jesz­cze było róż­nych wspa­nia­ło­ści, ale na ja­wie nie­po­dob­na tego wy­ra­zić sło­wa­mi ani na­wet my­ślą.” I – za­uwa­żyw­szy pa­smo świa­tła, któ­re prze­nik­nę­ło z boku jed­nej z su­kien­nych stor – raź­no spu­ścił nogi z ka­na­py, po omac­ku wsu­nął je w pan­to­fle wy­ha­fto­wa­ne przez żonę i ob­szy­te zło­ci­stym sa­fia­nem (ze­szło­rocz­ny po­da­ru­nek na uro­dzi­ny), po czym, po­słusz­ny sta­re­mu, dzie­wię­cio­let­nie­mu przy­zwy­cza­je­niu, nie wsta­jąc wy­cią­gnął rękę w stro­nę, gdzie w sy­pial­ni wi­siał jego szla­frok. I wte­dy na­gle przy­po­mniał so­bie, że śpi nie w sy­pial­ni żony, lecz w ga­bi­ne­cie – i dla­cze­go; uśmiech znikł z jego twa­rzy, a czo­ło prze­cię­ła zmarszcz­ka.

– Ach, ach, ach!… Aa! – jęk­nął przy­po­mi­na­jąc so­bie, co się sta­ło I w jego wy­obraź­ni znów za­ry­so­wa­ły się wszyst­kie szcze­gó­ły nie­po­ro­zu­mie­nia z żoną, cała bez­na­dziej­ność sy­tu­acji i -co było naj­bo­le­śniej­sze – jego wła­sna wina.

„Tak. Nie prze­ba­czy i prze­ba­czyć nie może. A naj­strasz­niej­sze, że ja sam je­stem przy­czy­ną wszyst­kie­go, cho­ciaż to nie moja wina. Na tym wła­śnie po­le­ga cały dra­mat” – my­ślał. – Ach, ach, ach! – po­wta­rzał z roz­pa­czą, przy­po­mi­na­jąc so­bie naj­przy­krzej­sze wra­że­nia z owej kłót­ni. Naj­gor­sza była pierw­sza chwi­la, kie­dy wró­ciw­szy z te­atru, we­sół i do­brej my­śli, nio­sąc ogrom­ną grusz­kę dla żony, nie za­stał żony w sa­lo­nie, nie zna­lazł rów­nież – ku swe­mu zdzi­wie­niu – w ga­bi­ne­cie, aż wresz­cie zo­ba­czył ją w sy­pial­ni, trzy­ma­ją­cą ów nie­szczę­sny li­ścik, któ­ry wszyst­ko zdra­dził.

Dol­ly, ta wiecz­nie za­tro­ska­na, krzą­ta­ją­ca się i – jak mu się zda­wa­ło – ogra­ni­czo­na Dol­ly, sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, z li­ści­kiem w ręku, i spo­glą­da­ła na męża z wy­ra­zem prze­ra­że­nia, roz­pa­czy i gnie­wu.

– Co to jest? Co to? – py­ta­ła raz po raz, wska­zu­jąc na list.

I przy tym roz­pa­mię­ty­wa­niu bo­la­ło Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza, jak to nie­raz bywa, nie tyle samo zda­rze­nie, ile – jak się za­cho­wał w od­po­wie­dzi na sło­wa żony.

Dzia­ło się z nim w owej chwi­li to, co się dzie­je z ludź­mi, któ­rych nie­spo­dzia­nie przy­ła­pa­no na ja­kimś uczyn­ku na­zbyt już hań­bią­cym. Nie po­tra­fił dość pręd­ko przy­brać miny sto­sow­nej do sy­tu­acji, w któ­rej zna­lazł się wo­bec żony po od­kry­ciu prze­wi­nie­nia. Mógł­by się był ob­ra­zić, wy­pie­rać, uspra­wie­dli­wiać, pro­sić o prze­ba­cze­nie, a bo­daj na­wet za­cho­wać się obo­jęt­nie – wszyst­ko by­ło­by lep­sze od tego, co uczy­nił! Tym­cza­sem na twa­rzy jego uka­zał się cał­kiem mimo woli („re­fleks mó­zgu”… – po­my­ślał Ob­łoń­ski, któ­ry miał sła­bość do fi­zjo­lo­gii) wła­ści­wy mu, zwy­kły, do­bro­dusz­ny i dla­te­go nie­mą­dry uśmiech.

Tego wła­śnie nie­mą­dre­go uśmie­chu nie mógł so­bie da­ro­wać. Uj­rzaw­szy ów uśmiech Dol­ly drgnę­ła jak­by pod wpły­wem bólu, wy­buch­nę­ła z wła­ści­wą so­bie po­pę­dli­wo­ścią po­to­kiem okrut­nych słów i wy­bie­gła z po­ko­ju. Od tej chwi­li nie chcia­ła męża wi­dzieć.

„Wszyst­kie­mu wi­nien ten głu­pi uśmiech – my­ślał Ob­łoń­ski. – Ale co po­cząć? Co po­cząć?” – mó­wił so­bie z roz­pa­czą i nie znaj­do­wał od­po­wie­dzi.

II

Stie­pan Ar­ka­djicz Ob­łoń­ski był czło­wie­kiem wo­bec sie­bie szcze­rym: nie po­tra­fił się okła­my­wać ani wma­wiać so­bie, że ża­łu­je swe­go po­stęp­ku. Nie mógł na za­wo­ła­nie od­czu­wać skru­chy, że w trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia, przy­stoj­ny i ko­chli­wy, nie ko­cha się we wła­snej o rok tyl­ko młod­szej żo­nie, mat­ce pię­cior­ga ży­ją­cych i dwoj­ga zmar­łych dzie­ci. Ża­ło­wał je­dy­nie, że nie po­tra­fił le­piej ukryć przed nią zdra­dy. Ro­zu­miał jed­nak całą trud­ność swej sy­tu­acji i żal mu było żony, dzie­ci i sa­me­go sie­bie. Może był­by po­tra­fił le­piej za­ta­ić swe grze­chy przed żoną, gdy­by się był spo­dzie­wał, że ich od­kry­cie tak na nią po­dzia­ła. Do­kład­niej nig­dy nie za­sta­na­wiał się nad tym za­gad­nie­niem, miał tyl­ko nie­ja­sne wra­że­nie, że żona od daw­na do­my­śla się jego nie­wier­no­ści i pa­trzy na to przez pal­ce. Zda­wa­ło mu się na­wet, że wy­nisz­czo­na, po­sta­rza­ła, nie­ład­na już ko­bie­ta, zwy­kła, ni­czym się nie wy­róż­nia­ją­ca, tyle że do­bra mat­ka i żona, po­win­na być po­błaż­li­wa, cho­ciaż­by z po­czu­cia spra­wie­dli­wo­ści. Oka­za­ło się, że było wprost prze­ciw­nie.

„Ach, to okrop­ne! Aj, aj, aj! Okrop­ne! – po­wta­rzał i nic nie mógł wy­my­ślić. – A tak było do­tąd do­brze, ta­ke­śmy ze sobą do­brze żyli! Była za­do­wo­lo­na, cie­szy­ła się dzieć­mi; ja w ni­czym jej nie prze­szka­dza­łem, po­zwa­la­łem jej krzą­tać się koło dzie­ci i go­spo­dar­stwa, jak sama chcia­ła. Praw­da, to nie­pięk­nie, że tam­ta była przed­tem u nas gu­wer­nant­ką. Nie­pięk­nie!… Jest coś try­wial­ne­go, po­spo­li­te­go w za­le­ca­niu się do wła­snej gu­wer­nant­ki. Ale co to była za gu­wer­nant­ka! (Żywo przy­po­mnia­ły mu się czar­ne, szel­mow­skie oczy m-lle Rol­land i jej uśmiech.) Ale prze­cież, do­pó­ki była u nas w domu, na nic so­bie nie po­zwa­la­łem. A naj­gor­sze, że ona już. Trze­baż tego było. Wszyst­ko jak na złość! Aj, aj, aj! Ale co te­raz po­cząć, co po­cząć?”

Nie było na to od­po­wie­dzi, poza tą jed­ną ogól­ną, jaką ży­cie daje na wszyst­kie naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne i nie­roz­wią­zal­ne” py­ta­nia: trze­ba żyć tym, co dzień przy­no­si, czy­li szu­kać za­po­mnie­nia. Szu­kać go we śnie już nie moż­na, przy­najm­niej przed na­sta­niem nocy; nie­po­dob­na już wró­cić do tej mu­zycz­ki, któ­rą nu­ci­ły ka­ra­fecz­ki – ko­bie­ty; trze­ba więc szu­kać za­po­mnie­nia w śnie ży­cia.

– Ano, zo­ba­czy­my – rzekł do sie­bie Ob­łoń­ski, wstał, wło­żył po­pie­la­ty szla­frok na błę­kit­nej je­dwab­nej pod­szew­ce, za­wią­zał koń­ce sznu­ra na wę­zeł, na­brał jak naj­wię­cej po­wie­trza w sze­ro­ką klat­kę pier­sio­wą i wła­ści­wym so­bie rześ­kim kro­kiem, sta­wia­jąc na ze­wnątrz sto­py, któ­re tak lek­ko nio­sły jego za­żyw­ne cia­ło, pod­szedł do okna, pod­niósł sto­rę i prze­cią­gle za­dzwo­nił. Na od­głos dzwon­ka zja­wił się na­tych­miast sta­ry przy­ja­ciel, ka­mer­dy­ner Ma­twiej, nio­sąc ubra­nie, buty i de­pe­szę. Tuż za nim wszedł fry­zjer z przy­bo­ra­mi do go­le­nia.

– Czy są ja­kie pa­pie­ry z biu­ra? – za­py­tał Ob­łoń­ski bio­rąc de­pe­szę i sia­da­jąc przed lu­strem.

– Są na sto­le – od­po­wie­dział. Ma­twiej spo­glą­da­jąc py­ta­ją­co i ze współ­czu­ciem na pana, a po chwi­li do­dał z prze­bie­głym uśmie­chem: – przy­cho­dzi­li tu­taj z re­mi­zy.

Stie­pan Ar­ka­djicz nic nie od­rzekł, tyl­ko po­pa­trzył w lu­stro na Ma­twie­ja; spoj­rze­nia ich, któ­re spo­tka­ły się w lu­strze, świad­czy­ły, jak bar­dzo się ro­zu­mie­li. Spoj­rze­nie pana zda­wa­ło się py­tać: „I po co ty mi to mó­wisz? Wiesz chy­ba?”

Ma­twiej wło­żył ręce w kie­sze­nie, wy­su­nął nogę w bok i w mil­cze­niu, po­czci­wie, z le­ciut­kim uśmiesz­kiem spoj­rzał na pana.

– Ka­za­łem przyjść w nie­dzie­lę i – żeby przed tym ter­mi­nem nie tru­dzi­li księ­cia pana i sie­bie nada­rem­nie – po­wie­dział wresz­cie. Naj­wi­docz­niej miał to zda­nie w po­go­to­wiu.

Ob­łoń­ski ro­zu­miał, że Ma­twiej po pro­stu za­żar­to­wał, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Otwo­rzył de­pe­szę, prze­czy­tał ją, od­ga­du­jąc po­prze­krę­ca­ne jak zwy­kle sło­wa, i twarz mu się roz­pro­mie­ni­ła.

– Ma­twiej, sio­stra moja, Anna Ar­ka­diew­na, przy­jeż­dża ju­tro – rzekł za­trzy­mu­jąc na chwi­lę po­ły­skli­wą, pulch­ną rękę fry­zje­ra, któ­ry wła­śnie wy­ga­lał ró­żo­wą dróż­kę mię­dzy jego dłu­gi­mi, kę­dzie­rza­wy­mi bo­ko­bro­da­mi.

– Chwa­ła Bogu – od­po­wie­dział Ma­twiej do­wo­dząc tym, że i on tak samo jak jego pan ro­zu­mie zna­cze­nie tego przy­jaz­du, wie­dząc, że Anna Ar­ka­diew­na, ulu­bio­na sio­stra Ob­łoń­skie­go, może się przy­czy­nić do po­jed­na­nia mał­żon­ków.

– Ja­śnie pani sama czy z mał­żon­kiem? – spy­tał Ma­twiej.

Ob­łoń­ski nie mógł od­po­wie­dzieć, po­nie­waż fry­zjer był wła­śnie za­ję­ty jego gór­ną war­gą, pod­niósł więc tyl­ko pa­lec. Ma­twiej ski­nął gło­wą do lu­stra.

– Sama. Przy­go­to­wać po­kój na gó­rze?

– Za­mel­duj Da­rii Alek­san­drow­nie; przy­go­tuj tam, gdzie każe.

– Da­rii Alek­san­drow­nie? – po­wtó­rzył z po­wąt­pie­wa­niem Ma­twiej.

– Tak. Za­mel­duj. Weź tę de­pe­szę, od­daj i zrób, jak ci Da­ria Alek­san­drow­na po­wie.

„Chcesz spró­bo­wać” – do­my­ślił się Ma­twiej, ale rzekł tyl­ko:

– Słu­cham.

Ob­łoń­ski był już umy­ty, ucze­sa­ny i za­czy­nał się ubie­rać, gdy Ma­twiej, po­wo­li stą­pa­jąc i skrzy­piąc z lek­ka bu­ta­mi, po­wró­cił z de­pe­szą w ręku. Fry­zje­ra już nie było.

– Da­ria Alek­san­drow­na ka­za­ła po­wie­dzieć, że wy­jeż­dża. Rób­cie tak, po­wie­dzia­ła, jak ksią­żę pan za­rzą­dzi – za­mel­do­wał z ro­ze­śmia­ny­mi oczy­ma, po czym, wło­żyw­szy ręce w kie­sze­nie, prze­chy­lił gło­wę i utkwił nie­ru­cho­my wzrok w panu.

Stie­pan Ar­ka­djicz wciąż mil­czał. Po chwi­li do­bro­dusz­ny i tro­chę ża­ło­sny uśmiech uka­zał się na jego przy­stoj­nej twa­rzy.

– I cóż ty na to, Ma­twiej? – spy­tał krę­cąc gło­wą.

– Nic to, pro­szę księ­cia pana; ja­koś się ukształ­tu­je – od­rzekł Ma­twiej.

– Ukształ­tu­je się?

– Tak jest.

– Tak my­ślisz? A tam kto zno­wu? – za­py­tał Ob­łoń­ski sły­sząc za drzwia­mi sze­lest suk­ni.

– To ja – ener­gicz­nie od­po­wie­dział miły głos ko­bie­cy i we drzwiach uka­za­ła się su­ro­wa, ospo­wa­ta twarz niań­ki, Ma­trio­ny Fi­le­mo­now­ny.

– No i cóż, Ma­trio­sza? – spy­tał pod­cho­dząc do drzwi. Cho­ciaż Stie­pan Ar­ka­djicz cięż­ko za­wi­nił wo­bec żony i sam się do tego po­czu­wał, pra­wie wszy­scy do­mow­ni­cy, na­wet nia­nia, naj­bar­dziej od­da­na księż­nej, byli po jego stro­nie.

– No i cóż? – po­wtó­rzył po­sęp­nie.

– Niech ksią­żę pan jesz­cze raz pój­dzie i oka­że skru­chę. Może Pan Bóg da… Bar­dzo się mę­czy, nie­bo­żę, aż li­tość bie­rze pa­trzeć, a jaki roz­gar­diasz w domu! Trze­ba mieć li­tość nad dzieć­mi, pro­szę księ­cia pana. Niech ksią­żę oka­że skru­chę. Co ro­bić? Kto piwa na­wa­rzył…

– Ależ ona mnie nie przyj­mie.

– Trze­ba ro­bić swo­je. Bóg jest mi­ło­sier­ny, trze­ba się mo­dlić, pro­szę księ­cia pana, mo­dlić się.

– No, do­brze, idź już – rzekł Ob­łoń­ski czer­wie­niąc się na­gle. – Po­daj­że mi wresz­cie ubra­nie – zwró­cił się do Ma­twie­ja i ener­gicz­nym ru­chem zrzu­cił szla­frok.

Ma­twiej już trzy­mał nad­sta­wio­ną niby cho­mą­to ko­szu­lę, zdmu­chu­jąc z niej nie­wi­dzial­ny py­łek, i z wi­docz­ną sa­tys­fak­cją wło­żył ją na wy­pie­lę­gno­wa­ne cia­ło swe­go pana.

III

Ob­łoń­ski skro­pił się per­fu­ma­mi, po­pra­wił man­kie­ty ko­szu­li, ma­chi­nal­nym ru­chem roz­mie­ścił po kie­sze­niach pa­pie­ro­sy, pu­gi­la­res, za­pał­ki, ze­ga­rek z po­dwój­nym łań­cusz­kiem i bre­lo­ka­mi, strzep­nął chu­s­tecz­kę do nosa i czu­jąc, że jest czy­sty, pach­ną­cy, zdrów i po­mi­mo zmar­twie­nia nie­ja­ko or­ga­nicz­nie we­sół, prze­szedł, z lek­ka ba­lan­su­jąc z nogi na nogę, do ja­dal­ni, gdzie już cze­ka­ła kawa, a obok kawy – li­sty i akta z urzę­du.

Prze­czy­tał li­sty. Je­den z nich był bar­dzo nie­przy­jem­ny, od kup­ca, któ­ry chciał ku­pić las w ma­jąt­ku żony. Las ów na­le­ża­ło sprze­dać; lecz te­raz, przed po­go­dze­niem się z żoną, nie mo­gło być o tym mowy. Naj­przy­krzej­sze jed­nak było, że w ten spo­sób do jego po­go­dze­nia się z żoną jak­by wmie­sza­ny był in­te­res pie­nięż­ny. Ob­łoń­ski czuł się do­tknię­ty na samą myśl, że mógł­by dla ko­rzy­ści, dla sprze­da­ży lasu, dą­żyć do po­jed­na­nia z żoną.

Skoń­czyw­szy czy­tać li­sty się­gnął po akta, pręd­ko prze­wer­to­wał dwie spra­wy, wiel­kim ołów­kiem na­pi­sał kil­ka uwag, od­su­nął pa­pie­ry i za­brał się do śnia­da­nia. Po­pi­ja­jąc kawę roz­wi­nął wil­got­ną jesz­cze ga­ze­tę po­ran­ną i za­czął czy­tać.

Ob­łoń­ski pre­nu­me­ro­wał i czy­tał pi­smo li­be­ral­ne o ten­den­cji nie skraj­nej, lecz ta­kiej, ja­kiej trzy­ma­ła się więk­szość. Mimo że nie in­te­re­so­wa­ła go wła­ści­wie ani na­uka, ani sztu­ka, ani po­li­ty­ka, sta­le po­dzie­lał w tych wszyst­kich spra­wach po­glą­dy więk­szo­ści i jej dzien­ni­ka, a zmie­niał je tyl­ko wów­czas, gdy zmie­nia­ła je więk­szość. Mó­wiąc ści­ślej, nie on zmie­niał po­glą­dy, lecz one same się w nim nie­do­strze­gal­nie zmie­nia­ły.

Ob­łoń­ski nie wy­bie­rał kie­run­ku ani za­pa­try­wań; prą­dy i za­pa­try­wa­nia przy­cho­dzi­ły do nie­go same, po­dob­nie jak nie wy­bie­rał fa­so­nu ka­pe­lu­sza ani kro­ju sur­du­ta, lecz no­sił to, co wszy­scy. Ży­jąc w okre­ślo­nym spo­łe­czeń­stwie i od­czu­wa­jąc po­trze­bę pew­nej ak­tyw­no­ści umy­sło­wej, któ­ra za­zwy­czaj roz­wi­ja się w wie­ku doj­rza­łym, nie mógł obejść się bez za­pa­try­wań, tak jak nie mógł się obejść bez ka­pe­lu­sza. Je­śli na­wet miał ja­kiś po­wód, dla któ­re­go prze­kła­dał kie­ru­nek li­be­ral­ny nad za­cho­waw­czy, li­czą­cy tak­że wie­lu zwo­len­ni­ków wśród jego zna­jo­mych – to by­najm­niej nie dla­te­go, by miał uwa­żać ten­den­cję li­be­ral­ną za bar­dziej ro­zum­ną, lecz dla­te­go, że li­be­ra­lizm był bliż­szy jego try­bo­wi ży­cia. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, że w Ro­sji wszyst­ko jest złe, – i w isto­cie Stie­pan Ar­ka­djicz miał wie­le dłu­gów, a pie­nię­dzy sta­now­czo za mało. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, że mał­żeń­stwo jest in­sty­tu­cją prze­sta­rza­łą, że ko­niecz­nie na­le­ży je zre­for­mo­wać, i w isto­cie ży­cie ro­dzin­ne do­star­cza­ło Stie­pa­no­wi Ar­ka­dji­czo­wi mało przy­jem­no­ści i zmu­sza­ło go do kłam­stwa i uda­wa­nia, tak nie­zgod­nych z jego na­tu­rą. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, a ra­czej da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że re­li­gia jest tyl­ko wę­dzi­dłem dla bar­ba­rzyń­skiej czę­ści lud­no­ści, i w isto­cie Stie­pan Ar­ka­djicz nie mógł bez bólu w no­gach wy­trzy­mać krót­kie­go na­wet na­bo­żeń­stwa i nie ro­zu­miał, na co są po­trzeb­ne te wszyst­kie strasz­ne i wznio­słe sło­wa o tam­tym świe­cie, sko­ro i na tym moż­na by po­żyć so­bie bar­dzo we­so­ło. W do­dat­ku Ob­łoń­skie­mu, któ­ry lu­bił do­bry żart, miło cza­sem było wpra­wić, w za­kło­po­ta­nie ja­kie­goś spo­koj­ne­go czło­wie­ka po­wie­dze­niem, że je­śli już ktoś chlu­bi się swy­mi przod­ka­mi, to dla­cze­go ma się za­trzy­my­wać na Ru­ry­ku*, a od­że­gny­wać od pierw­sze­go pro­to­pla­sty – mał­py? Tak więc li­be­ra­lizm stał się dla nie­go przy­zwy­cza­je­niem; lu­bił swo­je pi­smo, jak cy­ga­ro po obie­dzie, za lek­ką mgłę, któ­rą mu ono wy­twa­rza­ło w gło­wie. Prze­czy­tał wła­śnie ar­ty­kuł wstęp­ny, do­wo­dzą­cy, że nie­po­trzeb­nie się w na­szych cza­sach bia­da, ja­ko­by ra­dy­ka­lizm miał po­chło­nąć wszyst­kie czyn­ni­ki kon­ser­wa­tyw­ne, i nie­po­trzeb­nie pod­no­si się krzyk, że rząd wi­nien po­czy­nić kro­ki, by zdu­sić hy­drę re­wo­lu­cji. Wręcz prze­ciw­nie, „na­szym zda­niem, nie­bez­pie­czeń­stwo na­le­ży upa­try­wać nie w rze­ko­mej hy­drze re­wo­lu­cji, lecz w upo­rczy­wo­ści tra­dy­cjo­na­li­zmu ha­mu­ją­ce­go wszel­ki po­stęp itd.” Prze­czy­tał rów­nież inny ar­ty­kuł, eko­no­micz­ny, w któ­rym była mowa o Ben­tha­mie* i Mil­lu* i gdzie ro­bio­no ukry­te do­cin­ki pod ad­re­sem mi­ni­ster­stwa. Z wła­ści­wą so­bie szyb­ko­ścią orien­ta­cji Ob­łoń­ski ro­zu­miał zna­cze­nie każ­dej szpi­lecz­ki: przez kogo, prze­ciw komu i dla­cze­go była skie­ro­wa­na – a to jak zwy­kle spra­wia­ło mu pew­ną przy­jem­ność Tęgo dnia jed­nak przy­jem­ność była za­tru­ta przy­po­mnie­niem o ra­dach Ma­trio­ny i o tym, że w domu wszyst­ko się tak źle ukła­da. Prze­czy­tał rów­nież, że hr. Beust* po­dob­no wy­je­chał do Wies­ba­de­nu, i wzmian­kę, że już nie bę­dzie wię­cej si­wych wło­sów; prze­czy­tał ogło­sze­nie, że jest na sprze­daż lek­ka ka­re­ta, oraz ofer­tę pew­nej mło­dej oso­by; wia­do­mo­ści te wszak­że nie da­wa­ły mu od­czu­wa­ne­go za­zwy­czaj ci­che­go, iro­nicz­ne­go za­do­wo­le­nia. Po dru­giej fi­li­żan­ce kawy z ro­ga­lem i prze­czy­ta­niu ga­ze­ty wstał, strzep­nął okru­chy z ka­mi­zel­ki i prę­żąc sze­ro­ką klat­kę pier­sio­wą uśmiech­nął się ra­do­śnie, nie dla­te­go, by miał być w do­brym na­stro­ju – ra­do­sny uśmiech był wy­wo­ła­ny do­brym tra­wie­niem.

Ra­do­sny ów uśmiech na­tych­miast jed­nak przy­po­mniał mu o wszyst­kim, i Ob­łoń­ski za­my­ślił się.

Dwa gło­sy dzie­cię­ce (Stie­pan Ar­ka­djicz po­znał głos Gri­szy, młod­sze­go syn­ka, i Tani, star­szej có­recz­ki) roz­le­gły się za drzwia­mi. Coś, co dzie­ci wio­zły, spa­dło wła­śnie na zie­mię.

– Mó­wi­łam ci, że na dach nie moż­na sa­dzać pa­sa­że­rów! – wo­ła­ła po an­giel­sku dziew­czyn­ka. – Te­raz masz, zbie­raj!

„Wszyst­ko się po­krę­ci­ło! – po­my­ślał. – Bie­ga­ją bez do­zo­ru.” Pod­szedł do drzwi i za­wo­łał. Dzie­ci po­rzu­ci­ły na­tych­miast szka­tuł­kę wy­obra­ża­ją­cą po­ciąg i we­szły do po­ko­ju.

Dziew­czyn­ka, jego ulu­bie­ni­ca, wbie­gła śmia­ło, uści­ska­ła go i jak zwy­kle ze śmie­chem uwie­si­ła mu się na szyi, ucie­szo­na zna­jo­mym za­pa­chem per­fum, bi­ją­cym od bo­ko­bro­dów. Wresz­cie uca­ło­wa­ła go w po­chy­lo­ną nad nią, ja­śnie­ją­cą od czu­ło­ści, po­czer­wie­nia­łą twarz, po czym roz­plo­tła ręce i za­mie­rza­ła wy­biec z po­ko­ju, ale oj­ciec ją za­trzy­mał.

– Co robi mama? – za­py­tał głasz­cząc de­li­kat­ną, gład­ką szy­ję có­recz­ki. – Jak się masz? – rzekł z uśmie­chem do chłop­czy­ka, któ­ry się z nim wi­tał.

Ob­łoń­ski zda­wał so­bie spra­wę, że chłop­ca mniej ko­cha, i za­wsze sta­rał się nie ro­bić róż­ni­cy mię­dzy dzieć­mi; ale chłop­czyk to czuł i nie od­po­wie­dział uśmie­chem na chłod­ny uśmiech ojca.

– Mama? Już wsta­ła – od­po­wie­dzia­ła, dziew­czyn­ka. „Stie­pan Ar­ka­djicz wes­tchnął. „Zno­wu więc nie spa­ła całą noc” – po­my­ślał.

– I cóż, czy jest we­so­ła?

Dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce się po­róż­ni­li, więc mat­ka nie mo­gła być we­so­ła, a oj­ciec z pew­no­ścią wie o tym i tyl­ko uda­je py­ta­jąc o mat­kę tak, mi­mo­cho­dem. Za­ru­mie­ni­ła się za ojca. On ze swej stro­ny za­raz to zro­zu­miał i też po­czer­wie­niał.

– Nie wiem – rze­kła. – Mama nie ka­za­ła nam się uczyć, tyl­ko ka­za­ła iść na spa­cer do bab­ci z miss Hull.

– Idź więc, moja Tań­czur­ko. Ale praw­da, za­cze­kaj… – do­dał za­trzy­mu­jąc ją i gła­dząc jej de­li­kat­ną rącz­kę.

Zdjął z ko­min­ka po­zo­sta­wio­ne tam po­przed­nie­go dnia pu­deł­ko cu­kier­ków i wy­brał dla niej dwa jej ulu­bio­ne… – cze­ko­lad­kę i po­mad­kę.

– To dla Gri­szy? – spy­ta­ła dziew­czyn­ka wska­zu­jąc na cze­ko­lad­kę.

– Tak, tak… – I po­gła­skaw­szy ją raz jesz­cze po ra­mion­ku, po­ca­ło­wał w szy­ję u na­sa­dy wło­sów i po­zwo­lił odejść.

– Ka­re­ta za­je­cha­ła – oznaj­mił Ma­twiej. – I jest ja­kaś pe­tent­ka – do­dał.

– Czy daw­no cze­ka? – spy­tał Ob­loń­ski.

– Bę­dzie z pół go­dzin­ki.

– Ileż razy ka­za­łem ci na­tych­miast mel­do­wać!

– Trze­ba prze­cie dać księ­ciu panu wy­pić spo­koj­nie kawę – od­po­wie­dział Ma­twiej tym po­ufa­le gbu­ro­wa­tym to­nem, za któ­ry nie moż­na się było gnie­wać.

– Proś­że ją, czym prę­dzej – rzekł Ob­łoń­ski marsz­cząc brwi z nie­za­do­wo­le­niem.

Pe­tent­ka, pani sztab­ska­pi­ta­no­wa Ka­li­nin, pro­si­ła o coś nie­moż­li­we­go i bez­sen­sow­ne­go; Ob­łoń­ski jed­nak swo­im zwy­cza­jem po­pro­sił ją, żeby usia­dła, wy­słu­chał uważ­nie, nie prze­ry­wa­jąc, i po­ra­dził szcze­gó­ło­wo, do kogo i w ja­kiś spo­sób ma się zwró­cić. Co wię­cej, swym du­żym, sze­ro­ko roz­sta­wio­nym, pięk­nym i wy­raź­nym pi­smem z roz­ma­chem i rze­czo­wo skre­ślił bi­le­cik do oso­bi­sto­ści, któ­ra mo­gła jej po­móc. Po­że­gnaw­szy ka­pi­ta­no­wą wziął ka­pe­lusz i stał przez chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się, czy cze­go nie za­po­mniał. Oka­za­ło się, że oprócz tego, o czym chciał za­po­mnieć – to jest o żo­nie – nie za­po­mniał o ni­czym.

„Ach, tak!” Spu­ścił gło­wę; pięk­na jego twarz przy­bra­ła wy­raz ża­ło­sny. „Iść czy nie iść?” – wa­hał się. I głos we­wnętrz­ny mó­wił mu, że iść nie na­le­ży, że nic oprócz fał­szu wy­nik­nąć z tego nie może, że się nie da na­pra­wić ani za­ła­tać ich wza­jem­ne­go sto­sun­ku, nie­po­dob­na bo­wiem znów uczy­nić z żony ko­bie­ty po­cią­ga­ją­cej, zdol­nej wzbu­dzać mi­łość, ani z nie­go zro­bić star­ca nie­zdol­ne­go do mi­ło­ści. Nic nie mo­gło z tego te­raz wy­nik­nąć oprócz kłam­stwa i fał­szu, kłam­stwo zaś i fałsz były prze­ciw­ne jego na­tu­rze. „Jed­nak trze­ba bę­dzie prze­cież raz; kie­dyś… To tak zo­stać nie może” – my­ślał sta­ra­jąc się do­dać so­bie ani­mu­szu.

Wy­prę­żył pierś, wy­jął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił, dwa razy po­cią­gnął, rzu­cił go do kon­chy z per­ło­wej masy, słu­żą­cej za po­piel­nicz­kę, szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył po­nu­ry sa­lon i otwo­rzył drzwi wio­dą­ce do sy­pial­ni żony.

IV

Da­ria Alek­san­drow­na z za­pad­nię­tą, chu­dą twa­rzą i wiel­ki­mi oczy­ma, któ­re przy szczu­płej twa­rzy wy­da­wa­ły się prze­stra­szo­ne, sta­ła w ka­fta­ni­ku, z upię­ty­mi na kar­ku war­ko­cza­mi prze­rze­dzo­nych już, gę­stych nie­gdyś i pięk­nych wło­sów, wśród roz­rzu­co­nych po po­ko­ju rze­czy, przed otwar­tą szy­fo­nier­ką*, z któ­rej coś wyj­mo­wa­ła. Sły­sząc kro­ki męża prze­rwa­ła swe za­ję­cie i pa­trzy­ła – na drzwi, na próż­no usi­łu­jąc przy­brać wy­raz su­ro­wy i wzgar­dli­wy. Czu­ła, że boi się męża i lęka się tego spo­tka­nia. Przed chwi­lą, po raz dzie­sią­ty w cią­gu tych trzech dni, sta­ra­ła się po­wy­bie­rać swo­ją i dzie­cię­cą gar­de­ro­bę, któ­rą mia­ła wziąć ze sobą do mat­ki, i zno­wu nie mo­gła się na to zdo­być. A prze­cie i te­raz, jak przy po­przed­nich pró­bach, mó­wi­ła so­bie, że tak da­lej być nie może, że musi coś przed­się­wziąć, uka­rać męża, okryć go wsty­dem, ze­mścić się na nim choć w czę­ści za ból, któ­ry jej za­dał. Cią­gle jesz­cze mó­wi­ła so­bie, że go po­rzu­ci, czu­ła jed­nak, że to nie­moż­li­we; było to istot­nie nie­moż­li­we, nie mo­gła bo­wiem od­zwy­cza­ić się od my­śli, że to jej mąż, nie mo­gła go prze­stać ko­chać. Poza tym ro­zu­mia­ła, że sko­ro tu­taj, we wła­snym domu, le­d­wie może dać so­bie radę z do­glą­da­niem pię­cior­ga dzie­ci, to tam, do­kąd chce je za­wieźć, bę­dzie im o wie­le go­rzej. Prze­cie już w cią­gu tych trzech dni naj­młod­szy zdą­żył się roz­cho­ro­wać, bo go na­kar­mio­no kiep­skim ro­so­łem, a po­przed­nie­go dnia po­zo­sta­łe dzie­ci mu­sia­ły się obejść pra­wie bez obia­du. Czu­ła, że wy­jazd jest nie­moż­li­wy, okła­mu­jąc się jed­nak, od­kła­da­ła na bok rze­czy i uda­wa­ła, że wy­je­dzie.

Na wi­dok wcho­dzą­ce­go męża za­głę­bi­ła ręce w szu­fla­dę szy­fo­nier­ki jak­by cze­goś szu­ka­jąc i obej­rza­ła się do­pie­ro, gdy sta­nął tuż przy niej. Na jej twa­rzy, któ­rej usi­ło­wa­ła nadać su­ro­wy i sta­now­czy wy­raz, wi­dać było bez­rad­ność i udrę­kę.

– Dol­ly! – rzekł ci­chym, nie­śmia­łym gło­sem. Wtu­lił gło­wę w ra­mio­na i chciał przy­brać wy­gląd ża­ło­sny i po­kor­ny, lecz mimo to pro­mie­niał czer­stwo­ścią i zdro­wiem.

Żona szyb­kim spoj­rze­niem zmie­rzy­ła od stóp do głów tę po­stać, od któ­rej aż biła rześ­kość i zdro­wie. „Tak, on jest szczę­śli­wy i za­do­wo­lo­ny – mó­wi­ła so­bie. – A ja?… I ta od­ra­ża­ją­ca do­broć, za któ­rą go wszy­scy tak lu­bią i chwa­lą; nie­na­wi­dzę tej jego do­bro­ci” – po­my­śla­ła. Usta jej za­ci­snę­ły się, mię­sień pra­we­go po­licz­ka za­drgał w bla­dej, ner­wo­wej twa­rzy.

– Cze­go pan so­bie ży­czy? – po­wie­dzia­ła szyb­ko ja­kimś ob­cym, głę­bo­kim gło­sem.

– Dol­ly – po­wtó­rzył z drże­niem w gło­sie – Anna dzi­siaj przy­jeż­dża.

– Co mnie to ob­cho­dzi! Nie mogą jej przy­jąć – za­wo­ła­ła.

– Ale trze­ba prze­cież, Dol­ly.

– Pro­szę wyjść, wyjść, wyjść! – krzyk­nę­ła nie pa­trząc na nie­go, jak gdy­by krzyk ten był wy­wo­ła­ny ja­kimś fi­zycz­nym bó­lem.

Stie­pan Ar­ka­djicz – mógł za­cho­wać spo­kój, gdy my­ślał o żo­nie, mógł się wte­dy łu­dzić, że wszyst­ko się ja­koś ukształ­tu­je, jak się wy­ra­ził Ma­twiej, mógł spo­koj­nie czy­tać ga­ze­tę i pić kawę. Sko­ro jed­nak zo­ba­czył wy­mę­czo­ną, zbo­la­łą twarz żony i usły­szał dźwięk jej gło­su, za­ra­zem zre­zy­gno­wa­ny i pe­łen roz­pa­czy, za­bra­kło mu tchu, coś go ści­snę­ło w krta­ni, a łzy bły­snę­ły w oczach.

– Boże wiel­ki, co ja zro­bi­łem! Dol­ly! Na mi­łość bo­ską!… Prze­cież… – nie mógł da­lej mó­wić, szloch uwiązł mu w gar­dle.

Za­trza­snę­ła szy­fo­nier­kę i spoj­rza­ła na nie­go.

– Dol­ly, cóż ci mogę po­wie­dzieć?… Jed­no tyl­ko: prze­bacz, prze­bacz… Przy­po­mnij so­bie… Czyż dzie­więć lat ży­cia nie może od­ku­pić jed­nej chwi­li, chwi­li…

Spu­ści­ła oczy i słu­cha­ła cze­ka­jąc, co po­wie, i jak­by bła­ga­jąc go, by ją w ja­ki­kol­wiek spo­sób prze­ko­nał.

– …Chwi­li za­po­mnie­nia… – wy­rzekł i chciał mó­wić da­lej, lecz na dźwięk tego sło­wa, jak­by, pod wpły­wem fi­zycz­ne­go bólu, znów za­ci­snę­ły się jej war­gi i mię­sień w pra­wym po­licz­ku za­drgał.

– Pro­szę wyjść, pro­szę stąd wyjść! – krzyk­nę­ła jesz­cze prze­raź­li­wiej – i nie opo­wia­dać mi tu o swo­ich chwi­lach za­po­mnie­nia i in­nych obrzy­dli­wo­ściach!

Chcia­ła odejść, lecz za­chwia­ła się i uchwy­ci­ła po­rę­czy – krze­sła, żeby nie upaść. Twarz i war­gi Ob­łoń­skie­go jak­by na­brzmia­ły, oczy na­peł­ni­ły się łza­mi.

– Dol­ly – wy­rzekł gło­sem, któ­ry prze­ry­wa­ło łka­nie. – Na mi­łość bo­ską, po­myśl o dzie­ciach, one nic nie za­wi­ni­ły. To ja je­stem wi­nien, mnie ukarz, każ mi oku­pić moją winę. Go­tów je­stem zro­bić wszyst­ko, co leży w mej mocy! Je­stem wi­nien, brak mi słów, aby wy­ra­zić, jak bar­dzo je­stem wi­nien! Ale ty mi prze­bacz, Dol­ly!

Usia­dła. Sły­szał jej cięż­ki, gło­śny od­dech i było mu jej nie­wy­po­wie­dzia­nie żal. Ona kil­ka­krot­nie chcia­ła coś po­wie­dzieć, lecz nie mo­gła. Cze­kał.

– Pa­mię­tasz o dzie­ciach, żeby się z nimi ba­wić, ale ja na­praw­dę o nich pa­mię­tam i wiem, że są te­raz zgu­bio­ne. – Było to z pew­no­ścią jed­no ze zdań, któ­re w cią­gu tych trzech dni nie­jed­no­krot­nie so­bie po­wta­rza­ła.

Po­wie­dzia­ła mu „ty”. Spoj­rzał na nią z wdzięcz­no­ścią i zro­bił ruch, jak­by chciał wziąć ją za rękę, lecz ona od­su­nę­ła się ze wstrę­tem.

– Ja pa­mię­tam o dzie­ciach i dla­te­go zro­bi­ła­bym wszyst­ko w świe­cie, żeby je ura­to­wać; ale nie wiem sama, jak mam je ra­to­wać: czy za­bie­ra­jąc je ojcu, czy też zo­sta­wia­jąc z roz­pust­nym, tak roz­pust­nym oj­cem… No, pro­szę po­wie­dzieć, czy po tym… co za­szło… mo­że­my żyć ra­zem? No, pro­szę po­wie­dzieć, czy to moż­li­we? – po­wtó­rzy­ła pod­no­sząc głos. – Po tym, jak mąż mój, oj­ciec mo­ich dzie­ci, na­wią­zał sto­su­nek mi­ło­sny z gu­wer­nant­ką tych dzie­ci…

– Ale co po­cząć? Co po­cząć? – py­tał ża­ło­śnie, sam nie wie­dząc, co mówi, i co­raz ni­żej spusz­cza­jąc gło­wę.

– Wzbu­dza pan we mnie obrzy­dze­nie i od­ra­zę! – wo­ła­ła uno­sząc się co­raz bar­dziej. – Pań­skie łzy – to woda! Nig­dy mnie pan nie ko­chał, nie ma pan ani ser­ca, ani szla­chet­no­ści! Czu­ję do pana wstręt, obrzy­dze­nie, jest mi pan obcy, tak, naj­zu­peł­niej obcy! – z bó­lem i zło­ścią wy­po­wie­dzia­ła to strasz­li­we dla niej sło­wo obcy.

Spoj­rzał na nią i złość, jaką wy­czy­tał na jej twa­rzy, za­dzi­wi­ła go i prze­stra­szy­ła. Nie ro­zu­miał, że draż­ni ją jego li­tość; wy­czu­wa­ła w nim współ­czu­cie, nie mi­łość. „Ona mnie nie­na­wi­dzi. Nie prze­ba­czy mi” – po­my­ślał.

– To strasz­ne, strasz­ne! – za­wo­łał.

W tej chwi­li w po­ko­ju obok, prze­wró­ciw­szy się za­pew­ne, krzyk­nę­ło dziec­ko. Da­ria Alek­san­drow­na za­czę­ła nad­słu­chi­wać i twarz jej na­gle zła­god­nia­ła.

Wi­dać po niej było, że przez parę se­kund zbie­ra­ła my­śli, jak­by nie wie­dząc, gdzie się znaj­du­je i co ma ro­bić. Wresz­cie ze­rwa­ła się i po­szła ku drzwiom.

Spo­strze­gł­szy zmia­nę, jaka za­szła w jej twa­rzy na krzyk dziec­ka, Ob­łoń­ski po­my­ślał: „Ko­cha prze­cież moje dziec­ko. Moje dziec­ko… Jak­że więc może mnie nie­na­wi­dzić?”

– Dol­ly, jesz­cze słów­ko – ode­zwał się idąc za nią;

– Je­śli pan pój­dzie za mną, to za­wo­łam służ­bę, dzie­ci! Niech wszy­scy wie­dzą, że pan jest nik­czem­ni­kiem! Wy­jeż­dżam dzi­siaj, a pan niech tu zo­sta­nie ze swo­ją ko­chan­ką!

I wy­szła trza­snąw­szy drzwia­mi.

Stie­pan, Ar­ka­djicz wes­tchnął, otarł twarz i po ci­chu wy­szedł z po­ko­ju. „Ma­twiej po­wia­da: to się ja­koś ukształ­tu­je, ale jak? Nie wi­dzę na­wet żad­nej moż­li­wo­ści. Ach, ach, co za okrop­ność! I jak ona try­wial­nie krzy­cza­ła – my­ślał przy­po­mi­na­jąc so­bie krzyk i sło­wa: nik­czem­nik i ko­chan­ka. – A może i dziew­czę­ta sły­sza­ły! To okrop­nie try­wial­ne, okrop­nie.” Stał przez chwi­lę sam, otarł oczy, wes­tchnął, wy­pro­sto­wał się i wy­szedł z po­ko­ju.

Był pią­tek: w ja­dal­ni ze­gar­mistrz Nie­miec na­krę­cał ze­gar. Ob­łoń­skie­mu przy­po­mnia­ło się, jak punk­tu­al­ność tego ły­se­go Niem­ca na­su­nę­ła mu pew­ne­go razu po­wie­dze­nie, że Nie­miec był sam jak­by raz na za­wsze na­krę­co­ny po to, żeby na­krę­cać – ze­ga­ry. Uśmiech­nął się, lu­bił bo­wiem do­bry żart. „A może na­praw­dę ja­koś się ukształ­tu­je! Do­bre po­wie­dze­nie: ukształ­tu­je się – po­my­ślał. – Trze­ba je pu­ścić w ruch.”

– Ma­twiej! – za­wo­łał. – Przy­go­tuj­cie więc tam wszyst­ko z Ma­rią dla Anny Ar­ka­djew­ny, w ma­łej ba­wial­ni – zle­cił, gdy słu­żą­cy się zja­wił.

– Słu­cham. Stie­pan Ar­ka­djicz wło­żył fu­tro i wy­szedł na ga­nek.

– Czy ksią­żę pan nie bę­dzie jadł w domu? – za­py­tał Ma­twiej, któ­ry go od­pro­wa­dzał do drzwi.

– Jak wy­pad­nie. Masz tu na wy­dat­ki – do­dał wyj­mu­jąc z pu­gi­la­re­su dzie­się­cio­ru­blów­kę. – Wy­star­czy?

– Wy­star­czy albo i nie, trza ja­koś so­bie po­ra­dzić – od­rzekł Ma­twiej za­trza­sku­jąc drzwicz­ki ka­re­ty i cof­nął się na ga­nek.

Tym­cza­sem Dol­ly uci­szy­ła dziec­ko i po­zna­jąc po tur­ko­cie ka­re­ty, że mąż od­je­chał, wró­ci­ła znów do sy­pial­ni. Było to je­dy­ne jej schro­nie­nie przed tro­ska­mi do­mo­wy­mi, któ­re ob­le­ga­ły ją na­tych­miast, gdy tyl­ko stam­tąd wy­cho­dzi­ła. Już i te­raz, za­le­d­wie we­szła do dzie­cin­ne­go po­ko­ju, An­giel­ka i Ma­trio­na zdą­ży­ły za­dać w spra­wach nie cier­pią­cych zwło­ki kil­ka py­tań, na któ­re tyl­ko ona mo­gła od­po­wie­dzieć: „Jak ubrać dzie­ci na spa­cer? Czy dać im mle­ka? Czy po­słać po in­ne­go ku­cha­rza?”

– Ach, daj­cie mi spo­kój! Daj­cie spo­kój! – rze­kła i wró­ciw­szy do sy­pial­ni usia­dła na tym sa­mym miej­scu, gdzie nie­daw­no roz­ma­wia­ła z mę­żem, moc­no za­ci­snę­ła ręce tak wy­chu­dzo­ne, że z ko­ści­stych pal­ców zsu­wa­ły się pier­ścion­ki, i za­czę­ła po­wta­rzać w my­śli całą nie­daw­ną roz­mo­wę. „Po­je­chał! Ale jak za­koń­czył spra­wę z tam­tą? Czyż­by się z nią i nadal wi­dy­wał? Cze­mu go o to nie za­py­ta­łam? Nie, nie, nie mo­że­my się po­jed­nać. Choć­by­śmy na­wet miesz­ka­li w jed­nym domu, bę­dzie­my so­bie obcy. Na za­wsze obcy! – po­wtó­rzy­ła na­da­jąc temu strasz­ne­mu dla niej sło­wu spe­cjal­ne zna­cze­nie. – A ja go tak ko­cha­łam, mój Boże, jak ja go ko­cha­łam!… Jak ko­cha­łam! A i te­raz – czyż go nie ko­cham? Czyż nie ko­cham go bar­dziej niż po­przed­nio? To strasz­ne, a zwłasz­cza że…” Nie do­koń­czy­ła swej my­śli, w pro­gu bo­wiem sta­nę­ła Ma­trio­na.

– Nie­chże już księż­na pani każe po­słać po mo­je­go bra­ta – rze­kła – za­wsze ja­koś ten obiad ugo­tu­je; bo zno­wu dzie­ci aż do szó­stej będą bez je­dze­nia, jak wczo­raj.

– Do­brze, za­raz pój­dę i wy­dam po­le­ce­nie. Czy ktoś po­szedł po świe­że mle­ko?

I Da­ria Alek­san­drow­na po­grą­ży­ła się w po­wsze­dnie tro­ski za­po­mi­na­jąc chwi­lo­wo o swym stra­pie­niu.

V

Stie­pan Ar­ka­djicz uczył się do­brze w szko­le dzię­ki zdol­no­ściom, ale że był le­niu­chem i psot­ni­kiem, ukoń­czył szko­łę jako je­den z ostat­nich. Mimo hu­lasz­cze­go ży­cia, nie­wy­so­kiej ran­gi i mło­de­go wie­ku peł­nił jed­nak za­szczyt­ną i do­brze opła­ca­ną funk­cję na­czel­ni­ka jed­ne­go z mo­skiew­skich urzę­dów. Za­wdzię­czał ją swe­mu szwa­gro­wi, Alek­se­mu Alek­san­dro­wi­czo­wi Ka­re­ni­no­wi, zaj­mu­ją­ce­mu jed­no z naj­po­waż­niej­szych sta­no­wisk w mi­ni­ster­stwie, któ­re­mu pod­le­gał wspo­mnia­ny urząd; ale na­wet gdy­by Ka­re­nin nie był mu wy­jed­nał tej po­sa­dy, Sti­wa Ob­łoń­ski z po­mo­cą set­ki in­nych osób – bra­ci, sióstr, krew­nych, ku­zy­nów, wu­jów, cio­tek – otrzy­mał­by, je­śli nie taką samą, to inną, po­dob­ną, z co naj­mniej sze­ściu ty­sią­ca­mi po­bo­rów, któ­rych po­trze­bo­wał, in­te­re­sy jego bo­wiem, mimo po­waż­ne­go ma­jąt­ku żony, były w nie­ła­dzie.

Po­ło­wa Mo­skwy i Pe­ters­bur­ga była spo­krew­nio­na i za­przy­jaź­nio­na z Ob­łoń­skim. Uro­dził się w śro­do­wi­sku lu­dzi, któ­rzy albo byli, albo sta­li się moż­ny­mi tego świa­ta. Jed­na trze­cia star­ców – dy­gni­ta­rzy była za­przy­jaź­nio­na z jego oj­cem i pa­mię­ta­ła Sti­wę w dzie­cin­nej ko­szul­ce; jed­na trze­cia była z nim na „ty”, a jed­na trze­cia skła­da­ła się z do­brych zna­jo­mych; sza­fa­rze dóbr tego świa­ta, po­sad, kon­ce­syj, dzier­żaw itp. byli więc z nim wszy­scy w przy­jaź­ni i jako swe­go czło­wie­ka, nie mo­gli go po­mi­nąć; Ob­łoń­ski nie był zmu­szo­ny spe­cjal­nie za­bie­gać o in­trat­ną po­sa­dę: dość byk) tyl­ko nie od­ma­wiać, nie być za­wist­nym, nie kłó­cić się i nie ob­ra­żać, cze­go, po­wo­do­wa­ny wro­dzo­ną do­bro­dusz­no­ścią, i tak nig­dy nie miał w zwy­cza­ju. Gdy­by mu po­wie­dzia­no, że nie do­sta­nie po­sa­dy z ta­ki­mi po­bo­ra­mi, ja­kie mu były po­trzeb­ne, uwa­żał­by to za żart, tym bar­dziej, że nie żą­dał nic nad­zwy­czaj­ne­go: pra­gnął mieć tyl­ko tyle, ile otrzy­my­wa­li jego ró­wie­śni­cy, a speł­niać funk­cje tego ro­dza­ju po­tra­fił nie go­rzej niż kto­kol­wiek inny.

Zna­jo­mi lu­bi­li Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza nie tyl­ko za do­bre, po­god­ne uspo­so­bie­nie i nie­wąt­pli­wą uczci­wość; w ca­łej jego oso­bie, w jego pięk­nej, sym­pa­tycz­nej po­wierz­chow­no­ści, błysz­czą­cych oczach, czar­nych brwiach i wło­sach, w bia­ło­ści i ru­mień­cach twa­rzy było coś, co po pro­stu fi­zycz­nie wzbu­dza­ło ra­dość i życz­li­wość u lu­dzi, któ­rzy go spo­ty­ka­li „Ach! Sti­wa! Ob­łoń­ski! Otóż i on!” – mó­wio­no pra­wie za­wsze z ra­do­snym uśmie­chem na jego wi­dok. I je­śli na­wet zda­rza­ło się nie­kie­dy, że z ta­kiej roz­mo­wy nic szcze­gól­nie ra­do­sne­go nie wy­ni­ka­ło, to w dwa, trzy dni póź­niej znów wszy­scy tak samo się cie­szy­li przy spo­tka­niu.

Pia­stu­jąc już trze­ci rok god­ność na­czel­ni­ka jed­ne­go z urzę­dów w Mo­skwie Stie­pan Ar­ka­djicz oprócz sym­pa­tii zjed­nał so­bie u ko­le­gów, pod­wład­nych, sze­fów i u każ­de­go, kto miał z nim do czy­nie­nia, tak­że i sza­cu­nek. Głów­ny­mi za­le­ta­mi Ob­łoń­skie­go, dzię­ki któ­rym zdo­był ogól­ny mir w urzę­dzie, były: przede wszyst­kim nie­zwy­kła wy­ro­zu­mia­łość w sto­sun­ku do lu­dzi, opar­ta na świa­do­mo­ści wła­snych wad; po dru­gie – cał­ko­wi­ty li­be­ra­lizm, nie ten zna­ny mu z ga­zet, lecz ten, któ­ry miał we krwi i na za­sa­dzie któ­re­go zu­peł­nie rów­no i jed­na­ko­wo trak­to­wał wszyst­kich, ja­ka­kol­wiek była ich sy­tu­acja ma­jąt­ko­wa i spo­łecz­na; po trze­cie – co naj­waż­niej­sze – do­sko­na­ła obo­jęt­ność wo­bec spraw, któ­re za­ła­twiał, dzię­ki cze­mu nig­dy nie tra­cił rów­no­wa­gi i nie po­peł­niał omy­łek.

Po przy­by­ciu na miej­sce urzę­do­wa­nia Ob­łoń­ski w asy­ście gor­li­we­go por­tie­ra, któ­ry niósł za nim tekę, udał się do swe­go ma­lut­kie­go ga­bi­ne­tu, prze­brał się tam w mun­dur i wszedł do biu­ra. Wszy­scy kan­ce­li­ści i urzęd­ni­cy wsta­li, kła­nia­jąc się we­so­ło i z usza­no­wa­niem. Ob­łoń­ski szyb­ko, jak za­wsze, pod­szedł do swo­je­go biur­ka, po­dał rękę ko­le­gom, usiadł, po­żar­to­wał i po­roz­ma­wiał do­kład­nie tyle, ile wy­pa­da­ło, po czym przy­stą­pił do pra­cy. Nikt le­piej od nie­go nie po­tra­fił usta­lić owej gra­ni­cy swo­bo­dy, pro­sto­ty i ofi­cjal­ne­go au­to­ry­te­tu, któ­ra jest wa­run­kiem przy­jem­ne­go urzę­do­wa­nia. Se­kre­tarz we­so­ło i z sza­cun­kiem – jak wszy­scy w obec­no­ści Ob­łoń­skie­go – zbli­żył się z ak­ta­mi i po­wie­dział po­ufa­łym, li­be­ral­nym to­nem, za­pro­wa­dzo­nym przez Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza:

– Uda­ło się nam jed­nak zdo­być te in­for­ma­cje od pen­zeń­skie­go urzę­du gu­ber­nial­ne­go. Pro­szę, je­śli ła­ska…

– Ach, do­sta­li­śmy je na­resz­cie? – rzekł Ob­łoń­ski za­kła­da­jąc pal­cem akta. – A więc, pa­no­wie… – I urzę­do­wa­nie się roz­po­czę­ło.

„Gdy­by oni wie­dzie­li – my­ślał, z po­waż­nie po­chy­lo­ną gło­wą słu­cha­jąc spra­woz­da­nia – jak bar­dzo ich pre­zes pół go­dzi­ny temu przy­po­mi­nał skar­co­ne­go mal­ca!” I pa­trzył na czy­ta­ją­ce­go ro­ze­śmia­ny­mi oczy­ma. Do dru­giej urzę­do­wa­nie mia­ło trwać bez prze­rwy, o dru­giej – prze­rwa i śnia­da­nie.

Nie było jesz­cze dru­giej, gdy wiel­kie szkla­ne drzwi na­gle się otwo­rzy­ły i ktoś wszedł na salę. Wszy­scy pa­no­wie sie­dzą­cy pod por­tre­tem obok trój­kąt­ne­go me­ta­lo­we­go sym­bo­lu praw* obej­rze­li się, ra­dzi z uroz­ma­ice­nia, ale woź­ny sto­ją­cy u drzwi na­tych­miast wy­pro­sił przy­by­sza i za­nik­nął je za nim.

Po prze­czy­ta­niu spra­wy Stie­pan Ar­ka­djicz wstał, prze­cią­gnął się i – skła­da­jąc hołd li­be­ra­li­zmo­wi epo­ki – wy­jął na sali pa­pie­ro­sa, po czym wró­cił do swe­go ga­bi­ne­tu. Dwaj jego ko­le­dzy, za­sie­dzia­ły sta­ry służ­bi­sta Ni­ki­tin i ka­mer­jun­kier* Hry­nie­wicz, wy­szli z nim ra­zem. – Zdą­ży­my skoń­czyć po śnia­da­niu – rzekł Ob­łoń­ski.

– Ależ na pew­no! – po­twier­dził Ni­ki­tin.

– To musi być nie lada krę­tacz, ten Fo­min – okre­ślił Hry­nie­wicz jed­ne­go z uczest­ni­ków spra­wy, któ­rą roz­pa­try­wa­li.

Stie­pan Ar­ka­djicz na te sło­wa zmarsz­czył brwi, da­jąc w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że jest rze­czą nie­wła­ści­wą przed­wcze­śnie wy­da­wać sąd, i nic nie od­po­wie­dział.

– Kto to wcho­dził? – spy­tał woź­ne­go.

– Taki ja­kiś, wa­sza eks­ce­len­cjo, wlazł bez py­ta­nia, le­d­wiem się od­wró­cił. Py­tał się o wa­szą eks­ce­len­cję. Po­wie­dzia­łem mu: kie­dy pa­no­wie wyj­dą, wte­dy…

– Gdzież on jest?

– Chy­ba w sie­ni, bo do­tych­czas cią­gle tu­taj się prze­cha­dzał. Oto on – do­dał woź­ny wska­zu­jąc na atle­tycz­nie zbu­do­wa­ne­go, bar­czy­ste­go męż­czy­znę o kę­dzie­rza­wej bro­dzie, któ­ry nie zdej­mu­jąc ba­ra­niej czap­ki, szyb­ko i lek­ko wbie­gał po star­tych stop­niach ka­mien­nych scho­dów. Scho­dzą­cy wraz z in­ny­mi chu­dy urzęd­nik z tecz­ką za­trzy­mał się, spoj­rzał naj­pierw kry­tycz­nie na nogi bie­gną­ce­go, a po­tem py­ta­ją­co na Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza.

Stie­pan Ar­ka­djicz stał u góry. Twarz, ja­śnie­ją­ca do­bro­dusz­no­ścią nad ha­fto­wa­nym koł­nie­rzem mun­du­ru, roz­pro­mie­ni­ła się jesz­cze bar­dziej, gdy po­znał spie­szą­ce­go przy­by­sza.

– Na­tu­ral­nie! Le­win! Na­resz­cie! – za­wo­łał z przy­ja­ciel­skim, nie­co iro­nicz­nym uśmie­chem, przy­glą­da­jąc się wbie­ga­ją­ce­mu na scho­dy Le­wi­no­wi. – Że też się nie za­wa­ha­łeś od­szu­kać mnie w tej no­rze! – do­dał i nie po­prze­sta­jąc na uści­sku dło­ni, uca­ło­wał przy­ja­cie­la. – Daw­no przy­je­cha­łeś.

– Do­pie­ro co, i bar­dzo chcia­łem się z tobą zo­ba­czyć – od­parł Le­win, któ­ry z nie­po­ko­jem roz­glą­dał się do­ko­ła, za­ra­zem nie­śmia­ło i gniew­nie.

– No to chodź­my do ga­bi­ne­tu – rzekł Stie­pan Ar­ka­djicz, a wie­dząc, jak bar­dzo przy swym gwał­tow­nym i am­bit­nym uspo­so­bie­niu przy­ja­ciel jego jest nie­śmia­ły, chwy­cił, go za rękę i po­cią­gnął za sobą, jak­by prze­pro­wa­dza­jąc go przez nie­bez­pie­czeń­stwa.

Ob­łoń­ski był na „ty” pra­wie ze wszyst­ki­mi swy­mi zna­jo­my­mi: z sześć­dzie­się­cio­let­ni­mi star­ca­mi, z dwu­dzie­sto­let­ni­mi chłop­ca­mi, z ak­to­ra­mi, mi­ni­stra­mi, kup­ca­mi i ge­ne­rał – ad­iu­tan­ta­mi. To­też wie­lu z tych, któ­rzy byli z nim na „ty”, sta­ło na dwóch krań­co­wo prze­ciw­le­głych szcze­blach dra­bi­ny spo­łecz­nej i nie­je­den z nich zdzi­wił­by się wiel­ce, gdy­by mu po­wie­dzia­no, że po­przez Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza ma coś wspól­ne­go z in­ny­mi. Ob­łoń­ski był na „ty” ze wszyst­ki­mi, z któ­ry­mi pi­jał szam­pa­na, a szam­pa­na pił z każ­dym, i dla­te­go spo­ty­ka­jąc się w obec­no­ści pod­wład­nych ze swy­mi wsty­dli­wy­mi „ty”, jak żar­to­bli­wie na­zy­wał wie­lu spo­śród swych przy­ja­ciół, po­tra­fił z wła­ści­wym so­bie wy­czu­ciem oszczę­dzać pod­wład­nym nie­przy­jem­ne­go wra­że­nia. Le­win nie za­li­czał się do wsty­dli­wych „ty”. Mimo to Ob­łoń­ski tak­tow­nie od­gadł, że Le­win przy­pusz­cza, iż przy­ja­ciel nie ży­czy so­bie oka­zy­wać wo­bec pod­wład­nych, jak bar­dzo są so­bie bli­scy. Dla­te­go za­pro­wa­dził go od razu do ga­bi­ne­tu.

Byli pra­wie ró­wie­śni­ka­mi i za­czę­li so­bie mó­wić „ty” nie przy szam­pa­nie. Le­win był ko­le­gą Ob­łoń­skie­go i przy­ja­cie­lem wcze­snej mło­do­ści. Lu­bi­li się bar­dzo mimo róż­ni­cy cha­rak­te­rów i upodo­bań, jak lu­bią się lu­dzie za­przy­jaź­nie­ni od naj­młod­szych lat. Mimo to jed­nak, jak to czę­sto bywa z ludź­mi, któ­rzy ob­ra­li w ży­ciu róż­ne ro­dza­je dzia­łal­no­ści, każ­dy z nich, cho­ciaż – bio­rąc na ro­zum – uzna­wał dzia­łal­ność dru­gie­go, w grun­cie rze­czy nią po­gar­dzał. Każ­de­mu z nich wy­da­wa­ło się, że je­dy­nie ży­cie, któ­re on sam pro­wa­dzi, jest peł­nym ży­ciem; to zaś, któ­rym żyje przy­ja­ciel, jest tyl­ko cie­niem. Ob­łoń­ski na wi­dok Le­wi­na nie mógł po­wstrzy­mać z lek­ka iro­nicz­ne­go uśmie­chu. Ileż to razy wi­dział go przy­jeż­dża­ją­ce­go do Mo­skwy ze wsi, gdzie Le­win czymś się zaj­mo­wał, ale czym – tego Stie­pan Ar­ka­djicz nig­dy nie mógł do­brze zro­zu­mieć, zresz­tą nie in­te­re­so­wa­ło go to wca­le. Le­win, gdy przy­jeż­dżał do Mo­skwy, za­wsze by­wał pod­nie­co­ny, za­wsze się śpie­szył, za­wsze czuł się tro­chę skrę­po­wa­ny, a tym sa­mym – zi­ry­to­wa­ny, i prze­waż­nie wy­gła­szał zu­peł­nie nowe, nie­ocze­ki­wa­ne po­glą­dy – Stie­pan Ar­ka­djicz wpraw­dzie śmiał się, ale lu­bił to w nim. I zu­peł­nie tak samo Le­win wła­ści­wie gar­dził miej­skim try­bem ży­cia przy­ja­cie­la i jego służ­bą pań­stwo­wą, któ­rą uwa­żał za nie­do­rzecz­ność i z któ­rej kpił. Róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym, że Ob­łoń­ski ro­biąc to, co wszy­scy, śmiał się do­bro­tli­wie i nie tra­cił wia­ry w sie­bie, Le­win zaś – nie­pew­nie, a nie­kie­dy ze zło­ścią.

– Od daw­na już cię ocze­ku­je­my – rzekł Stie­pan Ar­ka­djicz wcho­dząc do ga­bi­ne­tu i pusz­cza­jąc rękę Le­wi­na, jak­by na znak, że tu­taj już nie­bez­pie­czeń­stwa się skoń­czy­ły. – Rad je­stem, bar­dzo rad, że cię wi­dzę. Co po­ra­biasz? Jak się mie­wasz? Kie­dy przy­je­cha­łeś?

Le­win mil­czał spo­glą­da­jąc na nie­zna­jo­me so­bie twa­rze ko­le­gów Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza, a zwłasz­cza na rękę ele­ganc­kie­go Hry­nie­wi­cza, któ­ry miał tak dłu­gie bia­łe pal­ce, tak dłu­gie żół­te, za­gię­te na koń­cu pa­znok­cie i tak ol­brzy­mie błysz­czą­ce spin­ki u ko­szu­li, że ręce te naj­wi­docz­niej po­chła­nia­ły całą uwa­gę Le­wi­na i krę­po­wa­ły swo­bo­dę jego my­śli. Ob­łoń­ski spo­strzegł to od razu i rzekł z uśmie­chem:

– Ach praw­da, po­zwo­lą pa­no­wie, że ich przed­sta­wię; moi ko­le­dzy: Fi­lip Iwa­no­wicz Ni­ki­tin, Mi­chał Sta­ni­sła­wo­wicz Hry­nie­wicz i – ob­ra­ca­jąc się w stro­nę Le­wi­na – dzia­łacz ziem­stwa*, nowy ich czło­wiek, atle­ta pod­no­szą­cy jed­ną ręką pięć pu­dów, ho­dow­ca by­dła, my­śli­wy, a mój przy­ja­ciel Kon­stan­ty Dmi­trycz Le­win, brat Ser­giu­sza Iwa­ny­cza Koż­ny­sze­wa.

– Bar­dzo mi miło – po­wie­dział sta­ru­szek.

– Mam za­szczyt znać pań­skie­go bra­ta, Ser­giu­sza Iwa­ny­cza – rzekł Hry­nie­wicz po­da­jąc mu swą szczu­płą rękę o dłu­gich pa­znok­ciach.

Le­win spo­chmur­niał, chłod­no uści­snął po­da­ną so­bie dłoń i na­tych­miast zwró­cił się do Ob­łoń­skie­go. Mimo że bar­dzo sza­no­wał swe­go przy­rod­nie­go bra­ta, zna­ne­go w ca­łej Ro­sji pi­sa­rza, nie cier­piał, gdy się do nie­go zwra­ca­no nie jako do Kon­stan­te­go Le­wi­na, lecz jako do bra­ta zna­ko­mi­te­go Koż­ny­sze­wa.

– Nie, nie je­stem już dzia­ła­czem ziem­stwa. Po­kłó­ci­łem się ze wszyst­ki­mi i nie by­wam już na ze­bra­niach – rzekł zwra­ca­jąc się do przy­ja­cie­la.

– Tak pręd­ko? – zdzi­wił się z uśmie­chem Ob­łoń­ski. – Jak­że się to sta­ło? Dla­cze­go?

– To dłu­ga hi­sto­ria; kie­dy in­dziej ci opo­wiem. – Roz­po­czął jed­nak opo­wia­dać od razu: – No więc, krót­ko mó­wiąc, prze­ko­na­łem się, że w ziem­stwie nic się nie zro­bi i nic zro­bić nie moż­na – wy­po­wie­dział to tak, jak­by go ktoś w tej chwi­li ob­ra­ził

– Z jed­nej stro­ny, to za­baw­ka: ba­wią się w par­la­ment, a ja nie je­stem ani dość mło­dy, ani dość sta­ry, by się ba­wić za­baw­ka­mi, z dru­giej (tu za­ciął się), jest to je­den spo­sób wię­cej dla po­wia­to­wej ko­te­rii, by do­ro­bić się gro­sza. Daw­niej by­wa­ły opie­kuń­stwa, sądy, a te­raz ziem­stwo, nie jako oka­zją do ła­pó­wek, ale jako sy­ne­ku­ra – mó­wił tak gwał­tow­nie, jak­by ktoś ż obec­nych sprze­ci­wiał się jego zda­niu.

– Aha, wi­dzę, żeś znów wszedł w nową fazę: je­steś kon­ser­wa­ty­sta – rzekł Ob­łoń­ski. – Zresz­tą, po­mó­wi­my o tym póź­niej.

– Do­brze, póź­niej. Ale ja mu­sia­łem się ko­niecz­nie z tobą wi­dzieć – po­wie­dział Le­win, z nie­na­wi­ścią wpa­tru­jąc się w rękę Hry­nie­wi­cza.

Stie­pan Ar­ka­djicz uśmiech­nął się nie­znacz­nie.

– Jak to? Mó­wi­łeś prze­cież, że nig­dy wię­cej nie wło­żysz eu­ro­pej­skie­go stro­ju? – rzekł oglą­da­jąc jego nowe ubra­nie, naj­wy­raź­niej od fran­cu­skie­go kraw­ca. – Tak! Już wi­dzę: to nowa faza.

Le­win za­czer­wie­nił się na­gle, ale nie tak, jak czer­wie­nią się lu­dzie do­ro­śli – z lek­ka, sami nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy – lecz jak mali chłop­cy, któ­rzy czu­ją, że ich nie­śmia­łość jest śmiesz­na, i ze wsty­du czer­wie­nią się jesz­cze moc­niej, pra­wie do łez. I tak dziw­nie było wi­dzieć tę ro­zum­ną, mę­ską twarz tak po dzie­cin­ne­mu zmie­nio­ną, że Ob­łoń­ski od­wró­cił wzrok.

– Więc gdzie się zo­ba­czy­my? Ko­niecz­nie, ko­niecz­nie mu­szę z tobą po­mó­wić – na­le­gał Le­win.

Ob­łoń­ski jak­by się na­my­ślał.

– Wiesz co, chodź­my na śnia­da­nie do Gu­ri­na, tam po­roz­ma­wia­my. Je­stem wol­ny do trze­ciej.

– Nie – od­po­wie­dział Le­win po na­my­śle – mu­szę przed­tem gdzieś po­je­chać.

– No, więc do­brze, w ta­kim ra­zie zjedz­my ra­zem obiad.

– Obiad? Ależ mnie nie cho­dzi o nic ta­kie­go, chcę tyl­ko po­wie­dzieć parę słów, o coś za­py­tać, a po­tem so­bie po­ga­da­my.

– Więc po­wiedz­że od razu te two­je dwa sło­wa; po­ga­da­my przy obie­dzie.

– No, więc te dwa sło­wa – za­czął Le­win – nic zresz­tą ta­kie­go.

Z wy­sił­ku, któ­ry ro­bił, żeby prze­zwy­cię­żyć nie­śmia­łość, twarz jego przy­bra­ła na­gle gniew­ny wy­raz.

– Co po­ra­bia­ją Szczer­bac­cy? Czy nic się u nich nie zmie­ni­ło? – za­py­tał.

Stie­pan Ar­ka­djicz, któ­ry od daw­na wie­dział, że Le­win ko­cha się w jego szwa­gier­ce Kit­ty, uśmiech­nął się pra­wie nie­do­strze­gal­nie, a oczy bły­snę­ły mu we­so­ło.

– Po­wie­dzia­łeś „dwa sło­wa”, a ja w dwóch sło­wach nie mogę od­po­wie­dzieć, po­nie­waż…Prze­pra­szam cię na chwi­lę.

Wszedł se­kre­tarz z ak­ta­mi, zbli­żył się do Ob­łoń­skie­go z sza­cun­kiem nie po­zba­wio­nym po­ufa­ło­ści i z pew­nym, wła­ści­wym wszyst­kim se­kre­ta­rzom; skrom­nym „po­czu­ciem prze­wa­gi nad sze­fem w zna­jo­mo­ści spraw, za­czął w for­mie za­py­ta­nia wy­ja­śniać mu ja­kieś trud­no­ści. Stie­pan Ar­ka­djicz, nie wy­słu­chaw­szy go do koń­ca, po­ło­żył mu przy­jaź­nie dłoń na rę­ka­wie.

– Nie, niech już pan zro­bi tak, jak po­wie­dzia­łem – rzekł, uśmie­chem ła­go­dząc upo­mnie­nie i, po krót­kim wy­ja­śnie­niu, jak – jego zda­niem – na­le­ży ro­zu­mieć spra­wę, od­su­nął akta i za­koń­czył: – Niech więc pan tak zro­bi, pro­szę, tak wła­śnie, Za­cha­rze Ni­ki­ti­czu.

Se­kre­tarz wy­szedł skon­fun­do­wa­ny. Le­win w cza­sie tej na­ra­dy zdo­łał zu­peł­nie opa­no­wać za­kło­po­ta­nie, stał opar­ty obu łok­cia­mi o po­ręcz krze­sła, a twarz jego wy­ra­ża­ła żar­to­bli­we sku­pie­nie.

– Nie ro­zu­miem, nie ro­zu­miem – po­wie­dział.

– Cze­go nie ro­zu­miesz? – ze zwy­kłym so­bie we­so­łym uśmie­chem za­py­tał Ob­łoń­ski bio­rąc pa­pie­ro­sa. Ocze­ki­wał od Le­wi­na ja­kie­goś dzi­wacz­ne­go wy­sko­ku.

– Nie ro­zu­miem tego, co wy tu ro­bi­cie – rzekł Le­win wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Jak ty mo­żesz brać to na se­rio?

– Dla­cze­go?

– Dla­te­go, że nie ma tu nic do ro­bo­ty.

– Tak ci się tyl­ko zda­je. Je­ste­śmy za­wa­le­ni pra­cą.

– Pa­pie­ro­wą pra­cą. Ty zresz­tą masz do tego spe­cjal­ny ta­lent.

– Czy to zna­czy, że masz mi coś do za­rzu­ce­nia?

– Może i tak – od­parł Le­win. – Ale mimo to po­dzi­wiam two­ją wspa­nia­łość i czu­ję się dum­ny, że mój przy­ja­ciel jest tak wiel­kim czło­wie­kiem Ale nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie – do­dał pa­trząc Ob­łoń­skie­mu pro­sto w oczy z roz­pacz­li­wym wy­sił­kiem.

– Do­brze, do­brze. Po­cze­kaj tro­chę, i ty do tego doj­dziesz. Ła­two tak ga­dać, jak się ma trzy ty­sią­ce dzie­się­cin w ka­ra­ziń­skim po­wie­cie, do tego ta­kie mię­śnie, a poza tym świe­żość uczuć dwu­na­sto­let­niej dziew­czyn­ki; Jesz­cze i ty kie­dyś do nas za­pu­kasz. A je­śli cho­dzi o od­po­wiedź na two­je py­ta­nie, to nic się nie zmie­ni­ło szko­da tyl­ko, żeś tam tak daw­no nie był.

– Bo co? – prze­ra­ził się Le­win.

– Ależ nic – od­po­wie­dział tam­ten. – Po­mó­wi­my o tym. Ale po coś ty wła­ści­wie przy­je­chał?

– Ach, o tym tak­że po­ga­da­my póź­niej – Le­win zno­wu za­czer­wie­nił się po uszy.

– No, do­brze. Ma się ro­zu­mieć – rzekł Ob­łoń­ski. – Otóż wi­dzisz, za­pro­sił­bym cię chęt­nie do sie­bie, ale żona nie jest cał­kiem zdro­wa. Wiesz co, je­śli chcesz ich wszyst­kich zo­ba­czyć, to spo­tkasz ich dziś na pew­no w Ogro­dzie Zoo­lo­gicz­nym mię­dzy czwar­tą a pią­tą. Kit­ty bę­dzie na śli­zgaw­ce. Po­jedź­że tam, a ja po cie­bie wpad­nę i zje­my gdzieś ra­zem obiad.

– Do­sko­na­le. A więc do wi­dze­nia.

– Tyl­ko pa­mię­taj; bo ty, już ja cię do­brze znam, go­tów je­steś za­po­mnieć albo na­gle wy­je­chać na wieś – śmie­jąc się za­wo­łał za nim Stie­pan Ar­ka­djicz.

– Nie. Będę na pew­no!

I Le­win wy­szedł z ga­bi­ne­tu. Do­pie­ro za drzwia­mi przy­po­mniał so­bie, że się nie po­że­gnał z ko­le­ga­mi Ob­łoń­skie­go.

– Ale to musi być ener­gicz­ny je­go­mość! – za­uwa­żył po jego wyj­ściu Hry­nie­wicz.

– Tak, bra­cie – rzekł krę­cąc gło­wą Stie­pan Ar­ka­djicz – to do­pie­ro szczę­ściarz! Trzy ty­sią­ce dzie­się­cin w po­wie­cie ka­ra­ziń­skim, cała przy­szłość przed nim i – co za świe­żość! Nie to co my.

– Ksią­żę jesz­cze na­rze­ka.

– Cóż, kie­dy kiep­sko jest; cał­kiem źle – wes­tchnął cięż­ko Ob­łoń­ski.

VI

Gdy Ob­łoń­ski za­py­tał Le­wi­na, po co wła­ści­wie przy­je­chał, Le­win za­czer­wie­nił się, a po­tem roz­zło­ścił się o to na sie­bie, nie mógł bo­wiem od­po­wie­dzieć przy­ja­cie­lo­wi: „Przy­je­cha­łem oświad­czyć się two­jej szwa­gier­ce”, cho­ciaż wła­śnie w tym tyl­ko celu przy­je­chał.

Ro­dzi­ny Le­wi­nów i Szczer­bac­kich na­le­ża­ły do sta­rej szlach­ty mo­skiew­skiej i były za­wsze w bli­skich i przy­ja­znych ze sobą sto­sun­kach. Wię­zy te utrwa­li­ły się zwłasz­cza w okre­sie, stu­diów Le­wi­na, któ­ry przy­go­to­wy­wał się i wstą­pił na uni­wer­sy­tet ra­zem z mło­dym księ­ciem Szczer­bac­kim, bra­tem Dol­ly i Kit­ty. W owym cza­sie Le­win by­wał czę­sto w domu Szczer­bac­kich i za­ko­chał się w ich ro­dzi­nie! Jak­kol­wiek może się to wy­da­wać dziw­ne, Kon­stan­ty Le­win był za­ko­cha­ny wła­śnie w domu, w ro­dzi­nie, a zwłasz­cza w nie­wie­ściej po­ło­wie ro­dzi­ny Szczer­bac­kich. Wła­snej mat­ki nie pa­mię­tał, a je­dy­na jego sio­stra była od nie­go star­sza, do­pie­ro więc w domu Szczer­bac­kich po­znał to śro­do­wi­sko: sta­rą, szla­chec­ką, świa­tłą i uczci­wą ro­dzi­nę, taką, ja­kiej sam zo­stał po­zba­wio­ny przez śmierć ojca i mat­ki. Wszy­scy człon­ko­wie tej ro­dzi­ny, zwłasz­cza nie­wie­ścia jej po­ło­wa, wy­da­wa­li mu się prze­sło­nię­ci ja­kąś ta­jem­ni­czą, po­etycz­ną za­sło­ną. Nie tyl­ko nie do­strze­gał w nich żad­nych wad, lecz do­my­ślał się za ową po­etycz­ną, okry­wa­ją­cą ich za­sło­ną – naj­wznio­ślej­szych uczuć i naj­roz­ma­it­szych do­sko­na­ło­ści. Cze­mu te trzy pa­nien­ki mu­sia­ły jed­ne­go dnia roz­ma­wiać po an­giel­sku, dru­gie­go – po fran­cu­sku? Dla­cze­go w pew­nych go­dzi­nach gra­ły ko­lej­no na for­te­pia­nie, któ­re­go dźwię­ki sły­chać było na gó­rze u bra­ta, gdzie uczy­li się stu­den­ci? Po co przy­cho­dzi­li ci wszy­scy na­uczy­cie­le li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej, mu­zy­ki, ry­sun­ku i tań­ca? W ja­kim celu o pew­nych okre­ślo­nych go­dzi­nach wszyst­kie trzy wraz z m-lle Li­non jeź­dzi­ły ka­re­tą aż na Twer­ski bul­war, ubra­ne w swe atła­so­we szub­ki – Dol­ly w dłu­gą, Na­ta­lie w pół­dłu­gą, a Kit­ty w zu­peł­nie krót­ką, tak że wi­dać było w ca­ło­ści jej kształt­ne nóż­ki w bar­dzo ob­ci­słych czer­wo­nych poń­czosz­kach? Dla­cze­go prze­cha­dza­ły się po Twer­skim bul­wa­rze, eskor­to­wa­ne przez lo­ka­ja ze zło­tą ro­ze­tką u ka­pe­lu­sza? Tego i wie­lu in­nych rze­czy, któ­re dzia­ły się w ich ta­jem­ni­czym świe­cie, Le­win nie ro­zu­miał, ale wie­dział, że wszyst­ko, co­kol­wiek się tam dzia­ło, było pięk­ne, i ko­chał się wła­śnie w ta­jem­ni­czo­ści tego pięk­na.

Jesz­cze Jako stu­dent omal nie za­ko­chał się w naj­star­szej, Dol­ly, lecz wkrót­ce wy­da­no ją za mąż za Ob­łoń­skie­go. Po­tem za­czął się du­rzyć w dru­giej z rzę­du, jak gdy­by czuł, że po­wi­nien za­ko­chać się w jed­nej z sióstr, tyl­ko nie mógł się po­ła­pać w któ­rej. Lecz i Na­ta­lie, le­d­wo za­czę­ła by­wać, za­raz wy­szła za mąż za Lwo­wa, dy­plo­ma­tę. Kit­ty była jesz­cze dziec­kiem, kie­dy Le­win skoń­czył uni­wer­sy­tet. Mło­dy Szczer­bac­ki, któ­ry wstą­pił do ma­ry­nar­ki, uto­nął na Bał­ty­ku i sto­sun­ki Le­wi­na z ro­dzi­ną

Szczer­bac­kich, mimo jego przy­jaź­ni z Ob­łoń­skim, roz­luź­ni­ły się. Kie­dy jed­nak w tym roku na po­cząt­ku zimy Le­win przy­je­chał do Mo­skwy po ca­ło­rocz­nym po­by­cie na wsi i spo­tkał zno­wu Szczer­bac­kich, od razu zro­zu­miał, w któ­rej z trzech są­dzo­ne mu się było za­ko­chać.

Na po­zór nie mo­gło być nic prost­sze­go: Le­win, któ­ry po­cho­dził z do­brej ro­dzi­ny, był czło­wie­kiem ra­czej bo­ga­tym niż bied­nym i miał trzy­dzie­ści dwa lata, mógł śmia­ło oświad­czyć się o rękę księż­nicz­ki Szczer­bac­kiej. We­dług wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa uzna­no by go bez wa­ha­nia za do­brą par­tię. Le­win wszak­że był za­ko­cha­ny i dla­te­go wy­obra­żał so­bie, że Kit­ty to taka pod każ­dym wzglę­dem do­sko­na­łość, isto­ta tak bar­dzo prze­wyż­sza­ją­ca wszyst­ko, co ziem­skie, on zaś sam jest tak bar­dzo ziem­ski i po­spo­li­ty, że na­wet mowy być nie może, by mógł być uzna­ny za god­ne­go jej ręki przez nią samą czy przez in­nych.

Spę­dziw­szy jak w odu­rze­niu dwa mie­sią­ce w Mo­skwie, pod­czas któ­rych nie­mal co­dzien­nie wi­dy­wał Kit­ty w do­mach, gdzie za­czął by­wać, aby ją spo­tkać, na­gle zde­cy­do­wał, że to się stać nie może, i wró­cił na wieś.

Prze­ko­na­nie Le­wi­na o nie­zisz­czal­no­ści jego, za­mia­rów opie­ra­ło się na tym, że w oczach jej krew­nych musi ucho­dzić za par­tię nie­ko­rzyst­ną, nie­god­ną prze­ślicz­nej Kit­ty i – że sama Kit­ty nie może go ko­chać. Z punk­tu wi­dze­nia krew­nych nie miał żad­ne­go okre­ślo­ne­go za­ję­cia ani po­zy­cji to­wa­rzy­skiej, gdy jego ró­wie­śni­cy – Le­win miał trzy­dzie­ści dwa lata – byli już puł­kow­ni­ka­mi, fli­giel-ad­iu­tan­ta­mi*, pro­fe­so­ra­mi, dy­rek­to­ra­mi ban­ków i ko­lei lub, jak Ob­łoń­ski, pre­ze­sa­mi róż­nych in­sty­tu­cji. On na­to­miast (wie­dział aż nad­to do­brze, co o nim mu­szą są­dzić inni) był oby­wa­te­lem ziem­skim zaj­mu­ją­cym się ho­dow­lą krów, strze­la­niem be­ka­sów, sta­wia­niem bu­dyn­ków, to zna­czy – nie­zda­rzo­nym mło­dzi­kiem zaj­mu­ją­cym się we­dług po­jąć świa­to­wych tym wła­śnie, czym się zaj­mu­ją lu­dzie do ni­cze­go nie­zdat­ni.

Ta­jem­ni­cza i prze­ślicz­na Kit­ty nie mo­gła ko­chać tak brzyd­kie­go – jak mnie­mał – czło­wie­ka, a przede wszyst­kim ta­kie­go prze­cięt­ne­go pro­sta­ka. Poza tym jego daw­ny sto­su­nek do Kit­ty – sto­su­nek do­ro­słe­go męż­czy­zny do dziec­ka, wy­ni­kły z przy­jaź­ni z jej bra­tem – wy­da­wał się Le­wi­no­wi jesz­cze jed­ną prze­szko­dą w mi­ło­ści. Brzyd­kie­go po­czciw­ca, za ja­kie­go się miał, moż­na było, jego zda­niem, lu­bić jak przy­ja­cie­la, ale na to, aby być ko­cha­nym taką mi­ło­ścią, jaką on da­rzył Kit­ty, trze­ba było być czło­wie­kiem pięk­nym, a przede wszyst­kim – nie­zwy­kłym. – Sły­szał, że ko­bie­ty nie­raz ko­cha­ją brzyd­kich, prze­cięt­nych męż­czyzn, ale nie wie­rzył temu, są­dził bo­wiem po so­bie, gdyż sam po­tra­fił ko­chać tyl­ko pięk­ne, ta­jem­ni­cze i nie­zwy­kłe ko­bie­ty.

Po dwu­mie­sięcz­nym sa­mot­nym po­by­cie na wsi prze­ko­nał się jed­nak, że to nie jest jed­no z owych za­ko­chań, ja­kim ule­gał w la­tach pierw­szej mło­do­ści; że uczu­cie to nie daje mu ani chwi­li spo­ko­ju; że wprost nie bę­dzie mógł żyć, je­śli nie roz­wią­że za­gad­nie­nia – czy Kit­ty zo­sta­nie, czy też nie zo­sta­nie jego żoną. Do­szedł do wnio­sku, że jego po­przed­nie zwąt­pie­nie było tyl­ko wy­two­rem wy­obraź­ni i że nic nie wska­zu­je na to, by mia­ła go spo­tkać od­mo­wa. To­też te­raz przy­je­chał do Mo­skwy ż moc­nym po­sta­no­wie­niem, by oświad­czyć się i oże­nić, je­że­li zo­sta­nie przy­ję­ty. Albo. Nie mógł na­wet znieść my­śli o tym, co się z nim sta­nie, je­śli się spo­tka z re­ku­zą.

VII

Po przy­by­ciu ran­nym po­cią­giem do Mo­skwy Le­win za­trzy­mał się u swe­go star­sze­go przy­rod­nie­go bra­ta, Ko­zny­sze­wa, prze­brał się i wszedł do ga­bi­ne­tu chcąc od razu po­wie­dzieć, po co przy­je­chał, i po­pro­sić o radę. Brat jed­nak nie był sam. Sie­dział u nie­go zna­ny pro­fe­sor fi­lo­zo­fii, któ­ry przy­był spe­cjal­nie z Char­ko­wa, żeby wy­ja­śnić po­wsta­łe mię­dzy nimi nie­po­ro­zu­mie­nie na te­mat bar­dzo waż­ne­go za­gad­nie­nia fi­lo­zo­ficz­ne­go. Pro­fe­sor to­czył za­żar­tą po­le­mi­kę z ma­te­ria­li­sta­mi, a Ser­giusz Ko­zny­szew z za­in­te­re­so­wa­niem śle­dził jej prze­bieg i po prze­czy­ta­niu ostat­nie­go ar­ty­ku­łu pro­fe­so­ra na­pi­sał do nie­go list wy­ra­ża­jąc mu swo­je sprze­ci­wy i za­rzu­ca­jąc zbyt duże ustęp­stwa na rzecz ma­te­ria­li­stów. Pro­fe­sor na­tych­miast przy­je­chał, żeby się z nim po­ro­zu­mieć. Cho­dzi­ło o mod­ne za­gad­nie­nie: czy ist­nie­je w dzia­łal­no­ści czło­wie­ka gra­ni­ca mię­dzy zja­wi­ska­mi psy­chicz­ny­mi a fi­zjo­lo­gicz­ny­mi i gdzie ona prze­bie­ga?

Ser­giusz Iwa­no­wicz przy­wi­tał bra­ta swo­im zwy­kłym, jed­na­ko­wym dla wszyst­kich, grzecz­nym, ozię­błym uśmie­chem i po do­ko­na­niu pre­zen­ta­cji wiódł da­lej roz­mo­wę.

Ma­lut­ki czło­wie­czek w oku­la­rach, o żół­tej ce­rze i wą­skim czo­le, na chwi­lę ode­rwał się od dys­ku­sji, by przy­wi­tać się z Le­wi­nem, po czym mó­wił da­lej, nie zwra­ca­jąc na nie­go uwa­gi. Le­win usiadł cze­ka­jąc, aż pro­fe­sor wyj­dzie, wkrót­ce jed­nak za­in­te­re­so­wał się tre­ścią roz­mo­wy.

Na­tra­fiał w pi­smach na ar­ty­ku­ły, o któ­rych była mowa, i czy­tał je z za­cie­ka­wie­niem, gdyż do­ty­czy­ły pod­staw przy­ro­do­znaw­stwa zna­nych mu, jako przy­rod­ni­ko­wi z wy­kształ­ce­nia, lecz nig­dy nie ze­sta­wiał na­uko­wych wnio­sków o po­cho­dze­niu czło­wie­ka jako zwie­rzę­cia, o re­flek­sach, o bio­lo­gii i so­cjo­lo­gii – z tymi spo­śród za­gad­nień sen­su ży­cia i śmier­ci, któ­re do­ty­czy jego sa­me­go, a któ­re w ostat­nich cza­sach co­raz czę­ściej za­przą­ta­ły jego umysł.

Słu­cha­jąc roz­mo­wy bra­ta z pro­fe­so­rem spo­strze­gał, że łą­czy­li oni za­gad­nie­nia na­uko­we z bar­dziej bli­ski­mi czło­wie­ko­wi za­gad­nie­nia­mi, że kil­ka­krot­nie zbli­ża­li się do tych wła­śnie za­gad­nień, jed­no­cze­śnie jed­nak miał wra­że­nie, że ile­kroć pra­wie już do­ty­ka­li ich isto­ty, na­tych­miast co­fał się z po­śpie­chem i znów grzęź­li w dzie­dzi­nie sub­tel­nych roz­róż­nień, omó­wień, cy­ta­tów, na­po­mknień, po­wo­łu­jąc się na licz­ne au­to­ry­te­ty, i Le­win z tru­dem ro­zu­miał, o czym wła­ści­wie roz­ma­wia­ją.

– Nie mogę się zgo­dzić – mó­wił Ko­zny­szew z wła­ści­wą so­bie ja­sno­ścią, do­kład­no­ścią w do­bo­rze słów i wy­szu­ka­ną dyk­cją – nie mogę w ża­den spo­sób zgo­dzić się z Ke­ithem, by całe moje wy­obra­że­nie o świe­cie ze­wnętrz­nym opie­ra­ło się na wra­że­niach. Naj­bar­dziej na­wet pod­sta­wo­we­go po­ję­cia: ist­nie­nie, nie za­wdzię­czam do­zna­niu, nie ma bo­wiem w ogó­le spe­cjal­ne­go na­rzą­du do prze­ka­zy­wa­nia tego po­ję­cia.

– Tak, ale oni wszy­scy – i Wurst, i Knaust, i Pri­pa­sow – od­po­wie­dzą panu, że pań­ska świa­do­mość ist­nie­nia wy­ni­ka z ca­ło­kształ­tu wszyst­kich do­znań, że jest więc re­zul­ta­tem do­znań. Wurst twier­dzi wprost, że tam, gdzie nie ma do­znań, nie ma też i po­ję­cia ist­nie­nia.

– Po­wie­dział­bym prze­ciw­nie… – za­czął Ko­zny­szew. Le­wi­no­wi w tej chwi­li znów po­czę­ło się zda­wać, że roz­ma­wia­ją­cy, le­d­wo zbli­żyw­szy się do isto­ty spra­wy, na nowo się co­fa­ją, i po­sta­no­wił za­dać pro­fe­so­ro­wi py­ta­nie:

– A za­tem, sko­ro zmy­sły moje zo­sta­ną uni­ce­stwio­ne, sko­ro cia­ło moje umrze, nie bę­dzie już żad­ne­go ist­nie­nia?

Pro­fe­sor zi­ry­to­wa­ny, jak­by go ta prze­rwa do ży­we­go za­bo­la­ła, obej­rzał się na dziw­ne­go in­ter­pe­lan­ta, wy­glą­da­ją­ce­go ra­czej na bur­ła­ka* niż na fi­lo­zo­fa, po czym prze­niósł spoj­rze­nie na Ko­zny­sze­wa, jak gdy­by za­py­tu­jąc: „I po co w ogó­le z nim ga­dać?” Ko­zny­szew, któ­ry mó­wił z więk­szą ła­two­ścią niż pro­fe­sor i był mniej za­cie­trze­wio­ny ma­jąc umysł dość sze­ro­ki, by re­pli­ko­wać uczo­ne­mu, a za­ra­zem ro­zu­mieć pro­sty i na­tu­ral­ny punkt wi­dze­nia, z ja­kie­go zro­dzi­ło się py­ta­nie bra­ta, uśmiech­nął się i rzekł:

– Tej kwe­stii nie mamy jesz­cze pra­wa roz­strzy­gać.

– Nie ma da­nych – po­twier­dził pro­fe­sor i cią­gnął da­lej swo­je wy­wo­dy. – Nie – mó­wił – mu­szą pod­kre­ślić, że je­śli, jak twier­dzi Pri­pa­sow, pod­sta­wą do­zna­nia jest wra­że­nie, to istot­nie po­win­ni­śmy ści­śle roz­gra­ni­czać te dwa po­ję­cia. Le­win już da­lej nie słu­chał i cze­kał tyl­ko, kie­dy pro­fe­sor wyj­dzie.

VIII

Po wyj­ściu pro­fe­so­ra Ser­giusz zwró­cił się do bra­ta:

– Cie­szę się bar­dzo, żeś przy­je­chał. Czy na dłu­go? A jak tam go­spo­dar­stwo?

Le­win wie­dział, że star­szy brat mało się in­te­re­su­je go­spo­dar­stwem i że za­dał to py­ta­nie je­dy­nie przez wzgląd na nie­go, to­też w od­po­wie­dzi wspo­mniał tyl­ko o sprze­da­ży psze­ni­cy i pie­nią­dzach.

Za­mie­rzał po­wie­dzieć bra­tu, że chce się oże­nić, i za­py­tać go o radę; zde­cy­do­wał się na­wet na to z całą sta­now­czo­ścią. Gdy jed­nak zo­ba­czył bra­ta, gdy wy­słu­chał jego dys­ku­sji z pro­fe­so­rem, a po­tem usły­szał ów mi­mo­wol­nie pro­tek­cjo­nal­ny ton, ja­kim Ser­giusz wy­py­ty­wał go o spra­wy go­spo­dar­cze (ma­jąt­ku po mat­ce nie po­dzie­li­li i Le­win za­rzą­dzał za­rów­no czę­ścią bra­ta, jak i wła­sną), po­czuł, że” nie może ja­koś wsz­cząć z bra­tem roz­mo­wy o za­mie­rzo­nym mał­żeń­stwie. Oba­wiał się, że Ser­giusz nie bę­dzie się za­pa­try­wał na to tak, jak on by so­bie tego ży­czył.

– A jak tam wa­sze ziem­stwo? – za­py­tał Ko­zny­szew, któ­ry bar­dzo się tą in­sty­tu­cją in­te­re­so­wał przy­pi­su­jąc jej do­nio­słe zna­cze­nie.

– Do­praw­dy nie wiem…

– Jak to?… Prze­cie je­steś człon­kiem za­rzą­du!

– Nie, już nie je­stem; wy­stą­pi­łem – od­po­wie­dział Le­win, – Nie by­wam już na ze­bra­niach.

– Szko­da – mruk­nął Ser­giusz Iwa­no­wicz i za­sę­pił się. Le­win na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie za­czął opo­wia­dać, co się dzia­ło na ze­bra­niach w jego po­wie­cie.

– Za­wsze tak bywa! – prze­rwał mu Ser­giusz. – My, Ro­sja­nie, za­wsze tak po­stę­pu­je­my. Może to na­wet i do­dat­nia ce­cha, ta zdol­ność do­strze­ga­nia wła­snych błę­dów, ale my sta­now­czo prze­sa­dza­my, a po­cie­sza­my się iro­nią, któ­rą za­wsze mamy w po­go­to­wiu. Po­wiem ci tyl­ko, że gdy­by któ­ry­kol­wiek inny na­ród w Eu­ro­pie miał ta­kie upraw­nie­nia jak na­sze in­sty­tu­cje ziem­skie, to Niem­cy lub An­gli­cy daw­no by już wy­pra­co­wa­li z nich wol­ność, pod­czas gdy my wciąż się tyl­ko ze wszyst­kie­go wy­śmie­wa­my.

– Ale co po­cząć? – za­py­tał Le­win ze skru­chą. – To była moja ostat­nia pró­ba. Sta­ra­łem się ca­łym ser­cem. Nie mogę. Nie je­stem zdol­ny.

– Zdol­no­ści ci nie brak, tyl­ko za­pa­tru­jesz się na rze­czy nie tak, jak na­le­ży.

– Być może – od­po­wie­dział po­nu­ro Le­win.

– A czy wiesz, że Mi­ko­łaj jest tu zno­wu?

Mi­ko­łaj był to ro­dzo­ny star­szy brat Kon­stan­te­go, a przy­rod­ni Ser­giu­sza, czło­wiek wy­ko­le­jo­ny, któ­ry str­wo­nił więk­szą część wła­sne­go ma­jąt­ku, ob­ra­cał się w naj­dzi­wacz­niej­szym, naj­gor­szym to­wa­rzy­stwie i po­róż­nił się z brać­mi.

– Co ty mó­wisz?! – za­wo­łał z prze­ra­że­niem Kon­stan­ty. – Skąd wiesz o tym?

– Pro­ko­fij wi­dział go na uli­cy.

– Tu w Mo­skwie? A gdzież on jest? Nie wiesz? – Le­win ze­rwał się z krze­sła, jak gdy­by za­mie­rzał iść tam nie­zwłocz­nie.

– Ża­łu­ję, że ci to po­wie­dzia­łem – rzekł Ser­giusz Iwa­no­wicz krę­cąc gło­wą na wi­dok wzbu­rze­nia młod­sze­go bra­ta. – Ka­za­łem się do­wie­dzieć, gdzie miesz­ka, i po­sła­łem mu jego we­ksel, któ­ry wy­ku­pi­łem od Tru­bi­na. Oto, co mi od­po­wie­dział.

Wy­jął spod przy­ci­sku kart­kę i po­dał bra­tu.

Le­win prze­czy­tał sło­wa skre­ślo­ne dziw­nym, a tak mu bli­skim pi­smem: „Pro­szę uni­że­nie, aby mnie zo­sta­wio­no w spo­ko­ju. To wszyst­ko, cze­go żą­dam od mych dro­gich bra­cisz­ków. Mi­ko­łaj Le­win.”

Le­win prze­czy­tał i nie pod­no­sząc gło­wy stał z kart­ką w ręku przed Ser­giu­szem.

W du­szy jego to­czy­ła się wal­ka: pra­gnął za­po­mnieć o nie­szczę­snym bra­cie, a jed­no­cze­śnie zda­wał so­bie spra­wę, że po­stą­pił­by źle.

– Naj­wi­docz­niej chce mnie ob­ra­zić – cią­gnął da­lej Ser­giusz – ale to mu się nie uda. Z ca­łe­go ser­ca pra­gnął­bym mu do­po­móc, cho­ciaż wiem, że nic się nie da zro­bić.

– Tak, tak – po­wtó­rzył Le­win. – Ro­zu­miem i ce­nię twój sto­su­nek do Mi­ko­ła­ja. Ja jed­nak do nie­go po­ja­dę.

– Jedź, je­śli masz ocho­tę – rzekł Ser­giusz. – Ale nie ra­dzę. Na­tu­ral­nie, je­śli cho­dzi o mnie, to od­wie­dzin tych się nie oba­wiam: nie uda mu się nas po­róż­nić; ale przez wzgląd na sa­me­go cie­bie ra­dzę ci – le­piej nie idź. Tu nic po­móc nie moż­na. Zresz­tą, rób, jak uwa­żasz.

– Może po­móc się już nie da, ale czu­ję, zwłasz­cza w tej chwi­li – no, ale to już cał­kiem inna rzecz! – że nie miał­bym spo­ko­ju.

– Tego znów nie ro­zu­miem – po­wie­dział Ser­giusz Iwa­no­wicz. – Jed­no wiem – do­dał – że jest to lek­cja po­ko­ry. In­a­czej i o wie­le po­błaż­li­wiej za­czą­łem za­pa­try­wać się na wszyst­ko, co lu­dzie na­zy­wa­ją pod­ło­ścią, od­kąd Mi­ko­łaj, nasz brat, stał się tym, czym jest… Wiesz, co on zro­bił…

– Ach, to strasz­ne, strasz­ne! – po­wta­rzał Le­win. Otrzy­maw­szy od słu­żą­ce­go ad­res bra­ta Le­win wy­szedł, za­mie­rza­jąc na­tych­miast się do nie­go wy­brać, roz­my­ślił się jed­nak i po­sta­no­wił za­cze­kać do wie­czo­ra. Przede wszyst­kim, dla osią­gnię­cia spo­ko­ju we­wnętrz­ne­go, na­le­ża­ło za­ła­twić spra­wę, któ­ra go spro­wa­dzi­ła do Mo­skwy. Wy­szedł­szy od bra­ta po­je­chał więc do in­sty­tu­cji, w któ­rej urzę­do­wał Ob­łoń­ski, i za­się­gnąw­szy in­for­ma­cji o Szczer­bac­kich udał się tam, gdzie – jak mu po­wie­dzia­no – mógł za­stać Kit­ty.

IX

O go­dzi­nie czwar­tej Le­win z bi­ją­cym ser­cem wy­siadł z do­roż­ki przed Ogro­dem Zoo­lo­gicz­nym i po­szedł ścież­ką ku to­ro­wi sa­necz­ko­we­mu i śli­zgaw­ce wie­dząc na pew­no, że za­sta­nie tam Kit­ty, po­nie­waż wi­dział przed bra­mą ka­re­tę Szczer­bac­kich.

Był ja­sny, mroź­ny dzień. Przy wjeź­dzie sta­ły rzę­dy ka­ret, sa­nek, do­ro­żek, żan­dar­mów. U wej­ścia i na oczysz­czo­nych dróż­kach, po­mię­dzy dom­ka­mi w sty­lu ro­syj­skim, o bel­kach szczy­to­wych wy­ci­na­nych w de­seń, ro­iło się od do­brze ubra­nych lu­dzi; w ja­skra­wym słoń­cu po­ły­ski­wa­ły ka­pe­lu­sze. Sta­re kę­dzie­rza­we brzo­zy, o ga­łę­ziach ugi­na­ją­cych się pod śnie­giem, zda­wa­ły się przy­bra­ne w nowe uro­czy­ste sza­ty.

Le­win szedł dróż­ką w stro­nę śli­zgaw­ki i mó­wił so­bie: „Nie trze­ba się de­ner­wo­wać; trze­ba się uspo­ko­ić. O co ci cho­dzi? Cze­go chcesz? Milcz, głu­pie” – tak prze­ma­wiał do swe­go ser­ca. Im bar­dziej usi­ło­wał za­pa­no­wać nad sobą, tym bar­dziej bra­kło mu tchu. Po dro­dze spo­tkał go zna­jo­my i za­wo­łał na nie­go; Le­win go na­wet nie po­znał. Pod­szedł do toru, gdzie szczę­ka­ły łań­cu­chy usta­wia­nych i wcią­ga­nych sa­ne­czek, któ­re z ło­sko­tem le­cia­ły w dół, i gdzie roz­le­ga­ły się we­so­łe okrzy­ki. Prze­szedł jesz­cze parę kro­ków, zo­ba­czył przed sobą śli­zgaw­kę i na­tych­miast wśród tłu­mu śli­zga­ją­cych się roz­po­znał Kit­ty.

Strach i ra­dość, któ­re ogar­nę­ły jego ser­ce, zwia­sto­wa­ły mu jej obec­ność. Kit­ty sta­ła na prze­ciw­le­głym koń­cu śli­zgaw­ki, roz­ma­wia­jąc z ja­kąś pa­nią. Zda­wa­ło się, że nie było nic szcze­gól­ne­go ani w jej stro­ju, ani w po­sta­wie, Le­win wszak­że roz­po­znał ją w tym tłu­mie z taką ła­two­ścią, jak po­zna­je się różę wśród po­krzyw. Oświe­tla­ła wszyst­ko. Była uśmie­chem, któ­ry opro­mie­niał wszyst­ko do­ko­ła. „Czyż do­praw­dy wol­no mi zejść tam, na lód, zbli­żyć się do niej?” – po­my­ślał. Miej­sce, gdzie sta­ła, wy­da­wa­ło się Le­wi­no­wi nie­do­stęp­ne i świę­te i była chwi­la, że omal nie od­szedł, taki ogar­nął go lęk. Mu­siał się opa­no­wać i wy­tłu­ma­czyć so­bie, że prze­cie Kit­ty ota­cza­ją roz­ma­ite­go ro­dza­ju lu­dzie, że prze­cie i on mógł przyjść tu­taj tyl­ko po to, żeby się śli­zgać. Ze­szedł na dół sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na nią zbyt dłu­go, jak nie pa­trzy się na słoń­ce. Ale na­wet nie pa­trząc na nią wi­dział ją, jak wi­dzi się słoń­ce.

W tym dniu ty­go­dnia i o tej wła­śnie po­rze na śli­zgaw­ce zwy­kły zbie­rać się oso­by na­le­żą­ce do tego sa­me­go kół­ka i zna­ją­ce się na­wza­jem. Byli tu i za­wo­ła­ni mi­strzo­wie ły­żew, po­pi­su­ją­cy się swą sztu­ką, i tacy, któ­rzy do­pie­ro uczy­li się jaz­dy trzy­ma­jąc się fo­te­li­ków, po­cząt­ku­ją­cy, o nie­śmia­łych i nie­zgrab­nych ru­chach, i mali chłop­cy, i sta­rzy lu­dzie za­ży­wa­ją­cy śli­zgaw­ki dla hi­gie­ny. Wszy­scy wy­da­li się Le­wi­no­wi wy­bra­ny­mi szczę­śliw­ca­mi, po­nie­waż byli tu, w po­bli­żu Kit­ty, a tym­cza­sem wszy­scy wy­prze­dza­li ją, do­ga­nia­li i na­wet roz­ma­wia­li z nią cał­kiem obo­jęt­nie lub zu­peł­nie nie­za­leż­nie od niej ba­wi­li się ocho­czo, ko­rzy­sta­jąc z do­sko­na­łe­go lodu i po­go­dy.

Mi­ko­łaj Szczer­bac­ki, stry­jecz­ny brat Kit­ty, w krót­kiej kurt­ce i wą­skich spodniach, sie­dział z łyż­wa­mi u nóg na ław­ce. Uj­rzaw­szy Le­wi­na za­wo­łał:

– A, pierw­szy łyż­wiarz Ro­sji! Daw­no – pan jest tu­taj? Pysz­ny lód, nie­chże pan przy­pi­na łyż­wy.

– Kie­dy na­wet nie mam ze sobą ły­żew – od­po­wie­dział Le­win dzi­wiąc się ta­kiej od­wa­dze i swo­bo­dzie obej­ścia w obec­no­ści Kit­ty. Nie tra­cił jej z oczu ani na se­kun­dę, cho­ciaż wca­le na nią nie pa­trzył. I na­raz po­czuł, że słoń­ce się do nie­go zbli­ża. Była na za­krę­cie i po­su­wa­ła się ku nie­mu z wi­docz­nym lę­kiem, ostroż­nie sta­wia­jąc swe wą­skie stop­ki w wy­so­kich bu­ci­kach. Chło­pak w ro­syj­skim stro­ju mi­jał ją wy­ma­chu­jąc za­ma­szy­ście rę­ko­ma i po­chy­la­jąc się ku zie­mi. Je­cha­ła nie­zu­peł­nie pew­nie; wy­jąw­szy ręce z muf­ki za­wie­szo­nej na sznu­rze, trzy­ma­ła je w po­go­to­wiu i spo­glą­da­ła na Le­wi­na, któ­re­go po­zna­ła, uśmie­cha­jąc się tro­chę do nie­go, a tro­chę z wła­sne­go stra­chu. Za za­krę­tem ode­pchnę­ła się sprę­ży­stą nóż­ką, pod­je­cha­ła pro­sto do Szczer­bac­kie­go i uchwy­ciw­szy się go, z uśmie­chem ski­nę­ła gło­wą Le­wi­no­wi. Była pięk­niej­sza, niż so­bie wy­obra­żał.

Kie­dy o niej my­ślał, mógł ją z ła­two­ścią wy­wo­łać w pa­mię­ci całą, a zwłasz­cza urok tej nie­wiel­kiej ja­sno­wło­sej głów­ki, od któ­rej biła dzie­cię­ca po­go­da i do­broć, tak swo­bod­nie osa­dzo­nej na moc­nych dziew­czę­cych ra­mio­nach. Dzie­cię­cy wy­raz, w po­łą­cze­niu z wiot­ką uro­dą po­sta­ci, nada­wał jej swo­isty urok, któ­ry Le­win tak do­brze pa­mię­tał. Co w niej jed­nak za­wsze osza­ła­mia­ło jak nie­spo­dzian­ka, to wy­raz oczu, ła­god­nych, spo­koj­nych i szcze­rych, a zwłasz­cza uśmiech, prze­no­szą­cy Le­wi­na w za­cza­ro­wa­ny świat, gdzie od­naj­dy­wał w so­bie rzew­ność i mięk­kość i znów był ta­kim, ja­kim pa­mię­tał sie­bie z nie­wie­lu dni wcze­sne­go dzie­ciń­stwa.

– Daw­no pan w Mo­skwie? – za­py­ta­ła po­da­jąc mu rękę. – Dzię­ku­ję do­da­ła, gdy pod­niósł chu­s­tecz­kę, któ­ra wy­pa­dła jej z muf­ki.

– Ja… ja… nie­daw­no, wczo­raj… to jest dzi­siaj… – od­rzekł, ze wzru­sze­nia nie od razu ro­zu­mie­jąc jej py­ta­nie. – Chcia­łem pań­stwa od­wie­dzić… – za­czął, ale przy­po­mniał so­bie, w ja­kim celu jej szu­kał, więc zmie­szał się i za­czer­wie­nił. – Nie wie­dzia­łem, że pani się śli­zga, i to tak do­sko­na­le.

Spoj­rza­ła na nie­go uważ­nie, jak­by chcia­ła zro­zu­mieć po­wód jego zmie­sza­nia.

– Po­chwa­łę pana na­le­ży ce­nić. Prze­cho­wa­ły się tu le­gen­dy o panu jako o naj­lep­szym łyż­wia­rzu – rze­kła strze­pu­jąc ma­lut­ką rącz­ką w czar­nej rę­ka­wicz­ce igieł­ki szro­nu, któ­re osia­dły na muf­ce.

– Tak, nie­gdyś śli­zga­łem się z pa­sją: chcia­łem dojść do per­fek­cji.

– Zda­je się, że pan wszyst­ko robi z pa­sją – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Tak bym chcia­ła zo­ba­czyć, jak pan się śli­zga. Nie­chże pan weź­mie łyż­wy, bę­dzie­my się ra­zem śli­zga­li.

„Śli­zgać się ra­zem! Czy to moż­li­we?” – my­ślał Le­win spo­glą­da­jąc na nią.

– Za­raz we­zmę – po­wie­dział. I po­szedł po łyż­wy.

– Daw­no pan u nas nie był – przy­wi­tał go po­słu­gacz pod­trzy­mu­jąc mu nogę i przy­śru­bo­wu­jąc łyż­wę do ob­ca­sa. – Od cza­su pana nie ma już u nas ta­kich mi­strzów. Czy tak bę­dzie do­brze? – za­py­tał ścią­ga­jąc rze­myk.

– Do­brze, do­brze, pro­szę prę­dzej – od­po­wie­dział Le­win, le­d­wo mo­gąc za­pa­no­wać nad bez­wied­nym uśmie­chem szczę­ścia. „Tak – my­ślał. – To jest ży­cie, to jest szczę­ście! Ra­zem – po­wie­dzia­ła – bę­dzie­my się ra­zem śli­zga­li. – Czy po­wie­dzieć jej te­raz? Ależ ja wła­śnie dla­te­go boję się po­wie­dzieć, po­nie­waż je­stem szczę­śli­wy, szczę­śli­wy bo­daj na­dzie­ją… A co bę­dzie po­tem?… Ale prze­cież trze­ba! Trze­ba, trze­ba! Precz ze sła­bo­ścią!”

Le­win sta­nął, zdjął pal­to, na­braw­szy roz­pę­du na chro­po­wa­tym lo­dzie koło dom­ku, wy­je­chał na gład­ki lód i po­mknął bez wy­sił­ku, jak­by samą tyl­ko wolą przy­spie­sza­jąc pęd i wy­zna­cza­jąc kie­ru­nek. Zbli­żył się do niej nie­śmia­ło, ale uśmiech jej uspo­ko­ił go zno­wu.

Po­da­ła mu dłoń i su­nę­li obok sie­bie zwięk­sza­jąc co­raz bar­dziej szyb­kość, a im szyb­ciej mknę­li, tym ona moc­niej ści­ska­ła jego rękę.

– Z pa­nem na­uczy­ła­bym się o wie­le prę­dzej; nie wiem dla­cze­go, ale mam do pana za­ufa­nie.

– Ja rów­nież czu­ję się pew­niej­szy, gdy pani wspie­ra się na mnie – po­wie­dział, ale wnet prze­ra­ził się tego, co wy­rzekł, i po­czer­wie­niał. Ja­koż w isto­cie, le­d­wo po­wie­dział te sło­wa, z twa­rzy jej zni­kła cała ser­decz­ność, jak­by słoń­ce skry­ło się za chmu­rą, i Le­win uj­rzał zna­jo­mą so­bie grę wy­ra­zu: na jej gład­kim czo­le ścią­gnę­ła się fałd­ka, świad­czą­ca o wy­sił­ku my­ślo­wym.

– Czy spo­tka­ła pa­nią jaka przy­krość? Zresz­tą, nie mam pra­wa py­tać – do­dał pręd­ko.

– Dla­cze­go?… Nie, nie spo­tka­ła mnie żad­na przy­krość – od­par­ła chłod­no. I za­raz spy­ta­ła: – Nie wi­dział pan m-lle Li­non?

– Jesz­cze nie.

– Niech pan do niej po­dej­dzie; ona pana tak lubi.

„Co się sta­ło! Czyż­bym ją ura­ził?… Boże, ra­tuj!” – po­my­ślał Le­win i pod­biegł do sie­dzą­cej na ław­ce sta­rej Fran­cuz­ki z si­wy­mi locz­ka­mi. Uśmie­cha­jąc się i po­ka­zu­jąc swe sztucz­ne zęby przy­wi­ta­ła go jak sta­re­go przy­ja­cie­la.

– Otóż i do­ra­sta­my – rze­kła wska­zu­jąc oczy­ma na Kit­ty i -sta­rze­je­my się. Tiny bear* już do­rósł! – do­da­ła ze śmie­chem, przy­po­mi­na­jąc mu jego dow­cip o trzech pa­nien­kach, któ­re nie­gdyś przy­rów­ny­wał do trzech niedź­wiad­ków z an­giel­skiej baj­ki.

– Pa­mię­ta pan, że pan je tak na­zy­wał?

Nie przy­po­mi­nał so­bie tego zu­peł­nie, ale m-lle Li­non od dzie­się­ciu lat sta­le śmia­ła się z tego wiel­ce przez nią ulu­bio­ne­go żar­tu.

– Nie­chże pan wra­ca na lód. Na­sza Kit­ty za­czę­ła się już wca­le nie­źle śli­zgać, praw­da?

Gdy Le­win zno­wu pod­je­chał do Kit­ty, twarz jej nie była już su­ro­wa, oczy znów pa­trzy­ły szcze­rze i ser­decz­nie; Le­wi­no­wi wszak­że zda­wa­ło się, że owa ser­decz­ność na­bra­ła ja­kie­goś szcze­gól­ne­go, roz­myśl­nie spo­koj­ne­go od­cie­nia. Po­smut­niał. Za­mie­niw­szy z nim kil­ka słów na te­mat sta­rej gu­wer­nant­ki i jej dzi­wactw po­czę­ła go wy­py­ty­wać o jego ży­cie.

– Czy na­praw­dę nie nu­dzi się panu zimą na wsi? – rze­kła.

– Nie, nie nu­dzę się, je­stem bar­dzo za­ję­ty – od­po­wie­dział czu­jąc, że Kit­ty na­rzu­ca mu swój spo­koj­ny ton, z któ­re­go on nie po­tra­fi się wy­ła­mać. Tak już by­wa­ło na po­cząt­ku zimy.

– Na dłu­go pan przy­je­chał? – spy­ta­ła Kit­ty.

– Nie wiem – od­rzekł z roz­tar­gnie­niem. Przy­szło mu na myśl, że je­śli ule­gnie owe­mu to­no­wi spo­koj­nej przy­jaź­ni, to zno­wu wy­je­dzie z Mo­skwy bez żad­nej de­cy­zji, i po­sta­no­wił się zbun­to­wać.

– Jak to pan nie wie?

– Nie wiem. To za­le­ży od pani – od­rzekł i na­tych­miast prze­ra­ził się wła­snych słów.

Czy nie do­sły­sza­ła, czy też nie chcia­ła do­sły­szeć, dość, że po­tknę­ła się jak­by, ude­rzy­ła dwa razy nóż­ką o lód i szyb­ko się od­da­li­ła. Pod­je­chaw­szy do m-lle Li­non po­wie­dzia­ła jej parę słów i ru­szy­ła w stro­nę dom­ku, w któ­rym pa­nie zdej­mo­wa­ły łyż­wy.

– Boże, co ja zro­bi­łem! Pa­nie Boże, do­po­móż mi, oświeć mnie! – szep­tał Le­win mo­dli­tew­nie, a czu­jąc za­ra­zem po­trze­bę szyb­kie­go ru­chu roz­pę­dził się i po­czął kre­ślić na łyż­wach koła po­chy­la­jąc się to w pra­wo, to w lewo.

W tej chwi­li je­den z mło­dych lu­dzi, naj­lep­szy z no­wych łyż­wia­rzy, z pa­pie­ro­sem w ustach wy­szedł na łyż­wach z ka­wiar­ni, na­brał roz­pę­du i pu­ścił się po scho­dach pod­ska­ku­jąc z ło­sko­tem na każ­dym stop­niu. Ru­nął pę­dem aż na sam tor, nie zmie­nia­jąc na­wet swo­bod­ne­go ukła­du rąk, i po­mknął po lo­dzie.

– Ach, to nowa sztucz­ka! – rzekł Le­win i na­tych­miast wbiegł na górę, żeby tę nową sztucz­kę wy­ko­nać.

– Nie­chże pan tyl­ko nie skrę­ci kar­ku. Trze­ba mieć wpra­wę! – krzyk­nął za nim Mi­ko­łaj Szczer­bac­ki.

Le­win wszedł po stop­niach, wziął ż góry roz­pęd, na ile się dało, i po­mknął w dół, utrzy­mu­jąc pod­czas tak nie­zwy­kłe­go dla sie­bie ru­chu rów­no­wa­gę rę­ko­ma. Na ostat­nim stop­niu za­ha­czył o coś nogą, le­d­wo mu­snął ręką lód, lecz na­tych­miast sil­nym ru­chem od­zy­skał rów­no­wa­gę i ze śmie­chem su­nął da­lej.

„Naj­lep­szy… ko­cha­ny.” – po­my­śla­ła Kit­ty wy­cho­dząc z pa­wi­lo­nu wraz z m-lle Li­non i pa­trząc na Le­wi­na z uśmie­chem tkli­wej przy­jaź­ni, jak na uko­cha­ne­go bra­ta. „Czy to istot­nie moja wina? Czy na­praw­dę zro­bi­łam coś złe­go? Po­wia­da­ją: ko­kie­te­ria. Wiem, że ko­cham nie jego; ale tak mi za­wsze z nim we­so­ło, taki jest po­czci­wy. Tyl­ko po co on mi to po­wie­dział?…” – my­śla­ła.

Wi­dząc wy­cho­dzą­cą Kit­ty oraz mat­kę, któ­ra cze­ka­ła na nią na schod­kach, Le­win, za­czer­wie­nio­ny od szyb­kie­go ru­chu, przy­sta­nął w za­my­śle­niu, po czym zdjął łyż­wy i do­go­nił obie pa­nie przy wyj­ściu z ogro­du.

– Bar­dzo się cie­szę, że pana wi­dzę – rze­kła księż­na. – Przyj­mu­je­my, jak za­wsze, we czwart­ki.

– A za­tem dzi­siaj?

– Bar­dzo nam bę­dzie miło wi­dzieć pana – rze­kła oschle księż­na.

Oschłość ta zmar­twi­ła Kit­ty; nie mo­gła się po­wstrzy­mać, by tego tonu nie zła­go­dzić. Od­wró­ci­ła gło­wę i rze­kła z uśmie­chem:

– Do zo­ba­cze­nia.

Wła­śnie wte­dy Ob­łoń­ski, w ka­pe­lu­szu na ba­kier, z ja­śnie­ją­cą twa­rzą i błysz­czą­cy­mi oczy­ma, wcho­dził do ogro­du jak we­so­ły trium­fa­tor. Kie­dy jed­nak sta­nął przed te­ścio­wą, ze skru­szo­ną już i smut­ną miną od­po­wia­dał na jej py­ta­nia o zdro­wie Dol­ly.

Przez chwi­lę roz­ma­wiał z nią ci­cho i me­lan­cho­lij­nie, po czym wy­pro­sto­wał się i ujął Le­wi­na pod ra­mię.

– No i cóż, je­dzie­my? – za­py­tał. – My­śla­łem wciąż o to­bie i bar­dzo, bar­dzo je­stem rad, żeś przy­je­chał – rzekł pa­trząc mu zna­czą­co w oczy.

– Je­dzie­my, je­dzie­my – od­po­wie­dział uszczę­śli­wio­ny Le­win sły­sząc wciąż dźwięk gło­su, któ­ry po­wie­dział mu „do zo­ba­cze­nia”, i ma­jąc jesz­cze w oczach uśmiech to­wa­rzy­szą­cy tym sło­wom.

– Do „An­glii” – czy do „Er­mi­ta­żu”?

– Wszyst­ko mi jed­no.

– Więc do „An­glii” – od­rzekł Stie­pan Ar­ka­djicz wy­bie­ra­jąc ra­czej „An­glię”. Po­nie­waż był tam wi­nien wię­cej niż w „Er­mi­ta­żu”, uwa­żał za nie­sto­sow­ne uni­kać tego ho­te­lu.

– Masz do­roż­kę? To do­sko­na­le, bo ode­sła­łem ka­re­tę. Przez całą dro­gę przy­ja­cie­le mil­cze­li. Le­win za­sta­na­wiał się, co zna­czy­ła u Kit­ty owa zmia­na wy­ra­zu twa­rzy, i to wma­wiał so­bie, że jest na­dzie­ja, to wpa­dał w roz­pacz i wi­dział wy­raź­nie, że na­dzie­ja ta jest sza­leń­stwem. Czuł się jed­nak zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem, nie­po­dob­nym do tego, któ­rym był, za­nim Kit­ty się uśmiech­nę­ła i po­wie­dzia­ła mu „do zo­ba­cze­nia”.

Ob­łoń­ski po dro­dze kom­po­no­wał menu obia­du.

– Lu­bisz chy­ba tur­bo­ty? – rzekł do Le­wi­na, nim wy­sie­dli.

– Co ta­kie­go? – spy­tał Le­win. – Tur­bo­ty? Tak, prze­pa­dam za tur­bo­ta­mi.

X