Anka - Nina Majewska-Brown - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Anka, inne oblicze szczęścia to pierwsza część historii o czterdziestoletniej Ani, która nieustająco poszukuje spełnienia, miłości i akceptacji. Mimo pozornego szczęścia jej życiem targają niespełnione marzenia, z których największym jest to o wielkiej miłości, dobrej pracy i radosnym domu. Tymczasem musi zmierzyć się z toksyczną szefową, wypalonym małżeństwem i synem nieudacznikiem.

Czy odnajdzie szczęście w sobie, czy pokocha i zaakceptuje siebie?  Czy znajdzie miłość w Internecie i dokąd zaprowadzi ją nowa znajomość?

Anka  to jedna z twoich przyjaciółek, która zwierzy ci się z najskrytszych pragnień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Anka

Jestem na diecie obrotowej – gdzie się nie obrócę, to jem. Głód dopada mnie w najmniej spodziewanych momentach, a ostatnio nawet bezczelnie budzi w nocy, sprawiając, że najpierw niespokojnie się wiercę, potem przysięgam sobie być silną, a po kolejnych bezsennych minutach, idąc do kuchni, obiecuję, że skubnę tylko odrobinkę czegoś z lodówki, i finalnie ląduję ponownie w pościeli z wielkim wyrzutem sumienia, który rozpycha się na wykrochmalonej poduszce. Wszystko to sprawia, że od kilku dni jestem zupełnie wykończona, za to pełniejsza i o kolejne trzy i pół kilograma cięższa. Wstydzę się swojego ciała tak bardzo, że z trudem spoglądam na swoje odbicie w lustrze po kąpieli, starając się szczelnie okryć ręcznikiem. Oczywiście rzutuje to również na moje pożycie seksualne, a w zasadzie jego brak, bo na myśl o bliskości wstydzę się jak dziecko na apelu, które musi wygłosić skomplikowany wierszyk o żółwiu. Niska samoocena sprawia, że z większą pokorą przyjmuję uwagi innych i zamiast się bronić, kulę się w sobie. Dzisiejsza noc była tym bardziej nieznośna, że ulewny deszcz łomotał w okna, a gałęzie pobliskiego drzewa nieprzyjemnie ocierały się o szyby, nie pozwalając zasnąć.

Z niechęcią odsuwam kołdrę i siadam na łóżku. Dużo bym dała, by nie musieć opuszczać jego ciepła, i z ciężkim sercem zmagam się z myślą o tym, że powinnam się zbierać do pracy. Spoglądam na śpiącego obok Maćka, którego klatka piersiowa w miarę kolejnych oddechów to opada, to się unosi. Wiem, że spędzi w pościeli kolejne dwie godziny, zanim wyruszy do firmy. Przyglądam się jego zarumienionej od snu twarzy z szorstkim zarostem i nadal nie mogę zrozumieć, co mnie w nim urzekło. Jestem z nim bardziej z przyzwyczajenia i przyzwoitości, a właściwie tylko ze względu na syna, który ciężko znosi niedalekie wejście w dorosłość, oczywiście nie to metrykalne, bo od czterech lat ma je za sobą, lecz mentalne.

Omijam po cichu wełniane papcie i boso człapię do łazienki. Zrzucam niebieską piżamę wykończoną delikatną koronką i, omijając wagę, wchodzę pod prysznic. Pozwalam, by gorąca woda przyjemnie otuliła ciało, potem zaczynam stopniowo obniżać temperaturę i po chwili stoję pod chłodnym strumieniem, który tysiącem igieł pobudza do działania, odganiając resztki snu. Starannie wycieram ciało, nacieram je balsamem i przesuwam lustrzane drzwi garderobianej szafy, która wypluwa na mnie sterty ciuchów. Marznąc, przeglądam zawartość kolejnych półek i wieszaków, nie mogąc zdecydować, co na siebie narzucić. Wreszcie wybór pada na szarą, nijaką dresową sukienkę, namiastkę wygody zmieszanej z elegancją, którą zakładam zawsze wtedy, gdy nie wiem, w co się ubrać. Inna sprawa, że coraz częściej wychodzę w niej, niczym w dającym poczucie bezpieczeństwa namiocie, do pracy, a w tym tygodniu miałam wielkie szczęście, bo na wyprzedaży dokupiłam kolejną, tyle że w jaśniejszym odcieniu.

Kamil śpi w swoim pokoju wykończony nocnym maratonem gry w XXX. Wiem, że nie wstanie do południa, i nawet nie mam ochoty toczyć walki, by obudzić go wcześniej, mając świadomość, że po byle jakim śniadaniu ponownie zasiądzie przed komputerem i zniknie w wirtualnym świecie. Wakacje zapowiadają się nijak. Zaplanowaliśmy jedynie wspólny dziesięciodniowy wypad do Toskanii i gdyby nie propozycja zabrania jego dziewczyny, Kamil pewnie nie spędziłby nawet tych kilku dni z nami. Mimo że dawno skończył liceum i powinien tryskać pomysłami, w jego głowie nie zaświtała żadna głębsza myśl, która pozwoliłaby mu na najbliższe lata zaplanować życie, ze szczególnym uwzględnieniem tego zawodowego. Wczoraj oświadczył, że w planach ma kolejną roczną przerwę, a na pytanie, co zamierza podczas niej robić, nie potrafił udzielić odpowiedzi.

I ta jego dziewczyna... Aneta. Nie dość, że nie zdała matury z matematyki i czeka ją rok wegetacji w pobliskiej knajpie, gdzie zatrudniła się jako kelnerka, to w dodatku na przekór wszystkim, jako wyraz buntu i wyzwolenia spod władzy rodzicielskiej, ufarbowała włosy na najczarniejszy z dostępnych na rynku odcieni, a na przedramieniu zrobiła sobie wielki paskudny tatuaż nawołujący Carpe diem. Jednocześnie postanowiła wprowadzić tę filozofię w życie i spędza wieczory na kolejnych imprezach, a poranki na leczeniu kaca. Nieustająco zastanawiam się, jak funkcjonuje ich związek, skoro Kamil wiecznie gra na komputerze, a ona wiecznie chodzi nadąsana, z miną męczennicy, którą wyczerpuje samo oddychanie. Gdy usiłuję wybiec wyobraźnią w przyszłość i snuję wizje, jak będą wyglądać ich dzieci, widzę stadko znudzonych, rozpuszczonych bachorów z afro na głowie i mnóstwem skórzanych bransoletek na nadgarstkach, które tylko sporadycznie odrywają się od iPadów i wołają: „Babcia, napiłbym się czegoś”. Brr.

Jest wczesny poranek, a czuję się już zmęczona. Wchodzę do maleńkiej, zagraconej sentymentalnymi naczyniami kuchni i zaparzam w mikroskopijnym ekspresie czarne, mocne podwójne espresso, do którego wsypuję tyle cukru, że płyn staje się gęsty niczym śmietana. Na niewielkim blacie panuje jak zwykle wielki bałagan pozostawiony przez pozostałych lokatorów małego mieszkania. Walają się na nim brudne talerze po wczorajszej późnej kolacji, a pnącze, o którego podlaniu od kilku dni konsekwentnie zapominam, zwiesza się z szafki nad zlewem kaskadą uschniętych brązowych liści. Postanawiam wyrzucić je zaraz po powrocie z pracy.

Przyglądam się kolekcji butów na metalowym stojaku, który kilka lat temu był hitem oferowanym przez IKEA, a teraz tylko straszy w korytarzu, i po chwili zastanowienia decyduję się na równie nijakie jak sukienka szare koturny. Od pewnego czasu zaczęłam przedkładać wygodę nad modę, doskonale zdając sobie sprawę, że ta filozofia odziera mnie z resztek kobiecości.

Oczywiście nim sięgnę po torebkę, rzucam się po całym mieszkaniu w poszukiwaniu kluczy do domu i wreszcie odkrywam, że są tam, gdzie być powinny, czyli w bocznej kieszeni torby. Nim przekręcę zamek, niechcący głośno trzaskam drzwiami, które nie wiedzieć jak wysuwają mi się z dłoni. Znajduję się na pomalowanej zieloną olejną farbą klatce schodowej. Mieszkanie na parterze ma tę zaletę, że nie muszę tłuc się z zakupami po schodach, bo mam do pokonania zaledwie pięć niewielkich stopni, i minus w postaci niewielkiego ogródka, który wiecznie zaśmiecają petami palący na balkonach sąsiedzi. Podczas wyboru mieszkania przez dziadków własny kawałek ziemi, mający być przepustką do miłych wieczorów z grillem i piaskownicą dla potencjalnych dzieci, stanowił silny argument, lecz przestał nim być już w pierwszym tygodniu po przeprowadzce. Wkrótce niepielęgnowana trawa zmieniła się w klepisko i śmietnik, który jako właściciele gruntu przynajmniej raz na tydzień musieli sprzątać. To mieszkanie po dziadkach spadło nam jak z nieba, przerywając wszelkie dywagacje na temat mniejszych i większych lokatorskich marzeń.

Mam szczęście, że autobus podjeżdża tuż po moim przyjściu na przystanek i bez problemu docieram prawie na czas do firmy. Prawie, jak niestety wiadomo, robi różnicę, bo okazuje się, że w moim wciśniętym na szarym końcu korytarza gabinecie za wielkim czarnym biurkiem siedzi pani prezes z listą obecności w ręku.

– Witam, pani Aniu. Dobrze się spało?

– Dzień dobry. Tak, dziękuję. – Serce bije mi coraz mocniej i wiem, że to, iż wczoraj siedziałam w biurze godzinę dłużej, nie ma najmniejszego znaczenia.

– Właśnie widzę. Kolejny raz się pani spóźniła.

– Tylko pięć minut.

– Aż pięć minut! W skali miesiąca zrobi się z tego godzina z okładem...

– Wczoraj pracowałam dłużej.

– Cóż, skoro się pani nie wyrabia, to trzeba posiedzieć po godzinach.

– Mam nowe obowiązki od kilku tygodni i teraz...

– Pani zawsze ma jakiś problem, prawda? Albo coś nie działa, albo za dużo pracy. Pani Anno, szczerze mówiąc, obserwuję panią od pewnego czasu i z przykrością muszę powiedzieć, że nie jestem zadowolona z pani pracy.

– Ale ja naprawdę się staram, tylko...

– Nie interesują mnie pani tłumaczenia. Proszę dzisiejsze spotkanie potraktować jako ostrzeżenie i zabrać się do pracy.

Prezes, Marlena Biczko, jest wielką, wypełnioną silikonem kokietką przed trzydziestką, która w długie blond włosy skutecznie wplątała Mariusza Wilka, skrzyżowanie lokalnego biznesmena z celebrytą. Zarobił on niesamowite pieniądze na surowcach wtórnych i w dowód miłości kupił ukochanej największe w mieście biuro pośrednictwa nieruchomości. Marlena od chwili gdy się poznali, realizowała u jego boku dwie pasje: garściami czerpała z portfela zakochanego w niej mężczyzny, zabierając go na częste spacery do rozsianych po mieście bankomatów i centrów handlowych, i nie tyle zarządzała, ile rządziła firmą. Doskonale zdawała sobie sprawę, jak trudno w okolicy o zatrudnienie, i dawało jej to poczucie całkowitej władzy nad ludźmi, którzy byli tak naiwni albo zdesperowani, by kilka miesięcy temu podpisać z nią umowę o pracę, oczywiście na czas określony.

Szefowa wyszła i z głośnym stukotem czerwonych obcasów zniknęła na drugim końcu korytarza. Reprymenda spłynęła po moich plecach i rozlała się nieprzyjemnym ciepłem po całym ciele. Szerzej otworzyłam okno, bo bawełniana szara sukienka groziła ujawnieniem stresu w postaci plam pod pachami, i próbuję się wachlować ofertą starego domu do wynajęcia, którego nikt nie chce nawet oglądać.

– Pani Anno, proszę do mnie! – Marlena stoi w drzwiach swojego gabinetu i bez skrępowania wrzeszczy na całą firmę.

Jarek – siedzę z nim biurko w biurko – skrzyżowanie starego kawalera z pachnącym moliną zakonnikiem, w jak zwykle za dużej o dwa rozmiary tweedowej marynarce, za to w zbyt małych spodniach, które sprawiają, że wygląda jak pająk kosarz, rzuca mi współczujące spojrzenie i pochyla się pilnie nad czarno-białym wykresem.

Drepczę do szefowej, po drodze dokładnie przyglądając się ozdobionym nie pierwszej świeżości lakierem palcom u stóp i białym kropkom na granatowej wykładzinie, jednocześnie robiąc rachunek sumienia i zastanawiając się, o co też może chodzić tym razem.

– Czy może mi pani wytłumaczyć, co to jest? – Marlena podtyka mi pod nos ostemplowaną umowę i natarczywie stukając różowym, spiłowanym w ostry migdałek paznokciem, wskazuje ustęp trzeci, paragraf piąty.

– Umowa?

– Umowa. Tyle to i ja widzę. Ale co jest tu? O, tu!

Przyglądam się dokładnie zapisowi dotyczącemu terminu najmu jakiegoś mieszkania i wzruszając ramionami, głośno i wyraźnie odpowiadam:

– Nie wiem. – Jestem nawet trochę dumna z siebie, że głos mi nie drży, a dłonie jakby mniej się pocą.

– Jak to pani nie wie? To nie pani sporządziła tę umowę?

– Wzór tak, ale to nie ja wpisywałam dane.

– A kto?

– Nie mam pojęcia.

– Do pani obowiązków należy sprawdzanie takich rzeczy.

– Przepraszam, ale każdy odpowiada za swoją pracę.

– Pani zadaniem jest koordynowanie pracy innych i pilnowanie takich rzeczy.

– Ale...

– Nie ma żadnego ale, czy pani zdaje sobie sprawę, że właściciel ma do nas pretensje? Umowa miała być sporządzona na czas określony, rozumie pani? Czas określony, dokładnie na rok, a nie na czas nieokreślony! I co teraz?

– Trzeba przygotować aneks? – nieśmiało usiłuję znaleźć rozwiązanie.

– Jaki aneks? Kobieto, jaki najemca coś takiego podpisze!

– To nie ja obsługiwałam tego klienta.

– Nic mnie to nie obchodzi. Ma to pani poprawić. Czekam na sprawozdanie z tej sprawy do końca dnia. Rozumie pani?

Tak, rozumiem. Głównie to, że starą klępę coś ugryzło. Podejrzewam, że Mariusz nie zrealizował jej kolejnego szalonego pomysłu i teraz Marlena musi na kimś odreagować – padło na mnie.

Ostentacyjnie rzuca dokument na biurko, tak że ten powoli, zahaczając o filiżankę po kawie, płynnym ruchem spływa na podłogę, i włącza komputer. Odruchowo podnoszę papier i teraz stoję z nim w ręku, zastanawiając się, gdzie na zawalonym dokumentami biurku powinnam go odłożyć. Monitor migocze na niebiesko i po chwili pojawia się niewielkie, żądające hasła okienko. Marlena wklepuje dwie wielkie litery MR, jedną małą a, pięć cyfr i po chwili ma dostęp do wszystkich firmowych dokumentów. W zasadzie nie wiem, po co komputery zabezpieczone są hasłami, skoro szefowa i tak ma dostęp do pulpitu każdego z nas i prawdopodobnie najbardziej jest zainteresowana prywatną korespondencją tych naiwniaków, którzy jedząc śniadanie, przeglądają swoje strony na FB, Instagramie i poczcie.

– Dostałaś ochrzan?

– A jak myślisz?

– Kurde.

Jestem wściekła, oszalała krew krąży we mnie, z ledwością przepychając tętnice. Spoglądam na skulonego za biurkiem Jarusia z wyraźnie wyliniałymi szarymi włosami, które tworzą zacną łysinkę na czubku głowy, i myślę o nim: tchórz. Parszywy tchórz.

– A wiesz za co? Za nie moją umowę najmu.

– Żartujesz?

– Nie. I powiem ci coś w sekrecie: tę umowę podpisałeś ty.

– Niemożliwe.

– A jednak.

– Przepraszam, to może pójdę i wyjaśnię... – Tak tylko rzuca, bo przecież nie jest samobójcą, by z własnej woli pchać się w różowe szpony szefowej. Z drugiej strony, mam nadzieję, że trochę mi współczuje, choć oczywiście nie ma zamiaru pomagać w czymkolwiek. Tu każdy pracuje na własny rachunek i premię, a skoro właścicielka firmy, a co zatem idzie firmowego konta, ma coś do mnie, to oczywiście nie jest jego problem.

– Siedź. Trzeba to po prostu poprawić. Podobno mam koordynować waszą pracę, więc się pilnujcie.

Zaczynam czytać drobny druczek umowy i mam wrażenie, że litery żyją własnym życiem, tańcząc przed moimi oczami. Mam dosyć. Zostawiam włączony komputer i idę po kolejną tego dnia kawę.

Biały kubek z fantazyjnie wygiętym, niepraktycznym uszkiem parzy palce, więc pospiesznie ustawiam go na biurku w bezpiecznej odległości od nowej klawiatury. Poprzednią zalałam gorącą herbatą, co kosztowało mnie premię, nauczyło być czujną i nie machać napojami nad biurkiem. Kursor spoczywa na tym samym nudnym zdaniu u góry strony, a ja nadal nie mam ochoty czytać go ponownie. Łykam gorącą kawę i bezmyślnie spoglądam na monitor. Wreszcie wbrew rozsądkowi, tłumacząc się porannym rozruchem, odpalam Internet i przeglądam wiadomości na jakimś plotkarskim portalu.

Od dłuższej chwili brnę przez informacje o zdradach, wakacjach i nowych związkach ludzi, których ledwo kojarzę z ekranu telewizora. Nic mnie nie obchodzą ich sukcesy, kłopoty i dzieci. Dosyć mam własnych problemów, dlatego przesuwam kursor niżej i tym razem przeglądam porady o tym, jaka sól jest najzdrowsza i czy należy przed gotowaniem mięso myć, czy jednak nie. Wreszcie zmierzam w kierunku ikonki z horoskopem.

Jako zodiakalna Panna mam mieć w tym miesiącu sporo szczęścia, nie dość, że czeka mnie nowy związek, to w dodatku powinnam wyglądać niespodzianki. W pracy zapowiadają się nowe wyzwania, ale też możliwy jest awans, za to życie rodzinne wymaga szczególnej troski, zwłaszcza 10 i 27 lipca.

Mam wrażenie, że mój bezradny mąż i roszczeniowe dziecko wymagają permanentnej troski, i to dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale postanawiam bliżej się przyjrzeć tym datom. Zresztą pierwsza wypada już jutro. Co do związku, to mam uzasadnione wątpliwości. Nic nie zapowiada nowej znajomości, tym bardziej damsko-męskiej, nie mam zresztą pojęcia, gdzie takowa mogłaby się zrodzić. Mój dzień jest banalny. O siódmej rano wsiadam do autobusu pod blokiem, jadę do pracy, wysiadam na przystanku pod teatrem, powoli człapię do wysokiego budynku z czerwonej cegły i windą wjeżdżam na piąte piętro. O szesnastej wychodzę z pracy, pokonując tę samą drogę, z tą różnicą, że najpierw jadę windą, potem idę spacerem na przystanek i zahaczywszy o pobliski warzywniak, po siedemnastej trzydzieści padam na starą sztruksową kanapę w salonie. Zazwyczaj piję czarną gorzką herbatę, oglądam następny odcinek durnego serialu i usiłuję uspokoić zszargane nerwy po kolejnym dniu pracy. Na mojej drodze sporadycznie pojawia się jakiś nieznany mężczyzna, który nawet nie zauważa, że mija nijaką, szarą kobietę, więc możliwości mam raczej niewielkie, jeśli nie żadne.

Rozmyślając nad horoskopem, dostrzegam pulsującą ikonkę reklamującą portal randkowy. Idiotyzm, który w mojej ocenie jest siedliskiem zła i rajem dla wszelkiej maści zboczeńców, desperatów i życiowych nieudaczników. Jednak z czystej ciekawości klikam na pulsujące serduszko i utykam w miejscu. By przejrzeć zawartość portalu, należy się najpierw zalogować. W sumie niby nie mam nic do stracenia, a ciekawość przyjemnie łaskocze umysł, jednak coś głośno podszeptuje, by tego nie robić. Ignoruję walącą mi po skroniach mądrość w grubej aksamitnej sukience ze sztywną, obszytą koronką stójką i z pełną optymizmu naiwnością już po chwili wprowadzam niezbędne dane. Oczywiście nie jestem tak głupia, by nie wiedzieć, jakie czają się na mnie zagrożenia i niebezpieczeństwa. Nie tracę całkiem rozumu, więc loguję się jako Julia7556 i już po chwili z zadowoleniem przyglądam się twarzom facetów poszukujących partnerki na całe życie, jego część albo jedną noc. Pochłania mnie to tak bardzo, że nie orientuję się, że minęła połowa dnia pracy, a nieszczęsna niepoprawiona umowa leży nadal w tym samym miejscu na biurku. Powinnam trząść się w panice na myśl o zaciętej minie Marleny, jednak jestem tak zmęczona wiecznym praniem mózgu, że pozwalam sobie na małe odstępstwo od reguł, postanawiając, że jutro wszystko nadrobię.

Mam lekkie wyrzuty sumienia, że zajrzałam na ten portal, i zastanawiam się, co by powiedział Maciek, gdyby wiedział, czym się zajmowałam przez pół dnia. Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie w poszukiwaniu swoich drugich połówek z takim zapałem korzystają z Internetu. Po pierwsze, jestem przekonana, że większość przystojniaczków, którzy uśmiechali się ze zdjęć, jest zwykłymi zgredami, którzy podszywają się pod wizerunek kogoś innego, po drugie, nie wierzę w ich szczere intencje, a po trzecie i najważniejsze, boję się, że z moim szczęściem trafiłabym na psychola. Nie pojmuję, jak moja najbliższa przyjaciółka z liceum Zośka może spędzać całe wieczory, odpowiadając na zaczepki i sama zaczepiając użytkowników tych stron, w dodatku od czasu do czasu z nimi się umawiając.

Wracam do domu w poczuciu zmarnowanego dnia.

****

Udawał, że śpi. Nawet niespecjalnie musiał się wysilać, bo faktycznie przysypiał, ale słyszał, co się dzieje. Anka jak zwykle tłukła się po mieszkaniu, najpierw niezdecydowana, w co się ubrać, potem toczyła nierówną walkę z bałaganem, szukając kluczy do mieszkania. Wreszcie głośne trzaśnięcie drzwiami oznajmiło, że został sam. Oczywiście nie licząc Kamila, ale jego jakby nie było. Jeśli akurat nie spał, z pewnością przebywał w wirtualnym świecie.

Przeciągnął się i ziewnął. Zamarł w stanie naprężenia i dopiero po dłuższej chwili, gdy poczuł, że kręgosłup również się rozciągnął, przekręcił się na bok i wtulił twarz w jeszcze ciepłą poduszkę Anny. Pachniała jej szamponem, perfumami, miłością, która kiedyś była tak ekscytująca, a teraz został z niej ogarek, który podtrzymywali tylko ze względu na syna.

Miał nad żoną tę przewagę, że do własnej, dobrze prosperującej firmy mógł wpadać, kiedy miał na to ochotę, a nie, kiedy musiał. Branża informatyczna z jednej strony była coraz bardziej wymagająca, z drugiej jednak bardzo dynamiczna, co gwarantowało mu stały dopływ nowych klientów i względny spokój finansowy. Dlatego rzadko towarzyszyły mu pośpiech i poczucie, że coś musi. Od roboty miał ludzi, których wystarczyło tylko przypilnować.

Wszedł do łazienki i pierwsze, co zrobił, to przywalił głową w otwartą szafkę nad umywalką, której Anna jak zwykle nie domknęła.

– Cholera!

Miał coraz większy wstręt do tego małego mieszkanka odziedziczonego po rodzicach, którzy z kolei otrzymali je od swoich rodziców, a ci z kolei dziesięć lat temu wrócili w rodzinne, nadmorskie strony, obfitujące w licznych członków rodziny: kuzynki, rodzeństwo i ich dzieci. Zamiana kawalerki na trzypokojowe mieszkanie była swego czasu wymarzonym awansem, teraz jednak ojcowizna ciążyła mu coraz bardziej. Anka nie chciała słyszeć o przeprowadzce, bo z tym mieszkaniem, jak usiłowała mu tłumaczyć, wiąże się zbyt wiele dobrych wspomnień. Kamilowi było to obojętne, bo przestrzeń siedmiu metrów kwadratowych mogła pomieścić łóżko i biurko z komputerem. Szafa nie była mu do niczego potrzebna, bo jego rzeczy i tak wiecznie walały się po podłodze.

Pospiesznie się ubrał i wyszedł na zapyziałą klatkę schodową. Przekręcił klucz w zamku, nacisnął klamkę, sprawdzając, czy drzwi na pewno są zamknięte, i z postanowieniem, że na pobliskiej stacji benzynowej kupi czarną kawę, wyruszył do pracy.

W miarę jak guz na czole stawał się coraz większy i bardziej dokuczliwy, jego nastrój robił się coraz bardziej ponury. Uważny obserwator mógłby nawet się pokusić o stwierdzenie, że burzowy.

Wszedł energicznie do firmy przez otwarte na oścież drzwi, zablokowane żółtym segregatorem, chociaż najnowszej generacji klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach. Ten drobiazg spowodował gwałtowną eksplozję złości.

– Kto nie zamknął drzwi! I dlaczego leży tu ten segregator?!

Sekretarka, która od kilku miesięcy robiła do niego maślane oczy i najwyraźniej masło miała też w głowie, skuliła się i cicho wyjąkała:

– Chciałam tylko przewietrzyć...

Pomyślał, że dziewczyna musi pochodzić z Koziej Wólki, bo choć parę razy tłumaczył jej zasady działania klimatyzatora i grawitacyjnego systemu wentylacyjnego w budynku, nie mogła pojąć, że chałupę można wietrzyć inaczej, niż otwierając drzwi i okna. Zatrzasnął drzwi do gabinetu, rozparł się za wielkim brązowym dębowym biurkiem naśladującym antyczny mebel i usiłował się uspokoić. Co za dzień. Niby nic takiego się nie wydarzyło, a jednak od rana chodził wściekły. Najwyraźniej zespół w pracy wyczuł jego nastrój, bo wszyscy pilnie pochyleni pracowali ze wzmożonym zaangażowaniem. Spoglądał na nich przez przezroczystą szybę gabinetu, w którym sam się zamknął niczym ryba w akwarium, i rozkoszował się myślą, że ci wszyscy ludzie są od niego zależni. Miał poczucie władzy, które przyjemnie łechtało ego.

Dziś jest ten dzień, w którym nie będzie kłaniał się kulom i zrobi dokładnie to, na co ma ochotę od kilku miesięcy. To będzie jego dzień. Dlatego bez zastanowienia odpalił komputer i otworzył zakładkę dom, w której ukrywała się oferta sprzedaży wielkiej starej chałupy w pobliskich Zaduszkach. Gdyby spojrzeć na nią łaskawszym okiem, można by dojrzeć namiastkę dworku, natomiast realista zobaczyłby w niej wielką, obłażącą tynkiem i farbą skarbonkę bez dna. Do domu przytulony był sad, a właściwie resztki rachitycznych, powyginanych drzewek owocowych w dywanie chwastów i samosiejek. Niewielki staw tuż za stodołą z czerwonej cegły, zarośnięty trzciną i zupełnie wyschnięty, nie dodawał ofercie punktów, ale dzisiaj nie miało to najmniejszego znaczenia.

Maciej chwycił leżącą na biurku komórkę i wybrał numer z ogłoszenia. Po dwóch sygnałach odezwał się niepewny kobiecy głos:

– Słucham.

– Ja w sprawie ogłoszenia.

– Tak?

– Aktualne?

– Tak, tak, jest pan zainteresowany?

– Chętnie bym obejrzał dom.

– Oczywiście. Zapraszam. Kiedy chciałby pan przyjechać?

– Zaraz.

– Teraz?

– Tak, to pani nie odpowiada? Ogłoszenie wisi już jakiś czas, prawda? – Czuł narastającą złość i postanowił przydusić kobietę, tak by poczuła się podle.

– Tak, tak. Nie ma sprawy, może pan przyjechać w każdej chwili. Tylko że dawno tam nikt nie odkurzał i nie wietrzył.

– To nie ma znaczenia. Będę za około godzinę.

****

Psie macie. Szulc siedział w tym samym, od lat wystawionym na podwórze fotelu, obitym brązowobeżowym sztruksem, a w zasadzie w drewnianym szkielecie fotela z resztkami tkaniny, i z niezadowoleniem obserwował ruch na sąsiedniej posesji. Co prawda dzieliła ją od niego spora odległość, ale i tak nie miał wątpliwości, że dzieje się tam coś niezwykłego. Przede wszystkim pojawił się czarny passat i facet w zbyt dobrze skrojonej marynarce, żeby był stąd. Łaził po sadzie, oglądał dom Grabarczyków i wydziwiał.

Przechylił się i sięgnął do kieszeni po wymiętą paczkę LM-ów. Zostały w niej tylko dwa papierosy i uświadomił sobie, że nie dotrwa do wieczora bez nowej paczki, co zapowiadało wycieczkę do pobliskiego sklepiku z wiecznie obrażoną Magdą za ladą. Mały wychudzony psiak, który przybłąkał się do chałupy jakieś dwa miesiące temu, odczytał ten gest jako zachętę do zabawy, bo radośnie doskoczył do ręki Szulca i ufnie ją polizał. Leon, nienawykły do jakichkolwiek przejawów sympatii, o miłości nie wspominając, wzdrygnął się i gwałtownie wyprostował. Aksamitne, czarne ślepia zwierzęcia przewiercały go na wylot i domagały się pieszczoty. Po chwili zaciągania się tytoniowym dymem ujął kundelka pod brzuszek i posadził sobie na kościstych kolanach. Malec wdzięczny jak niemowlę przytulił się do swego pana i zamarł w obawie, że zaraz zostanie odtrącony.

Szulc kulił się na siedzisku, starając się być niewidoczny, a jednocześnie wyciągał szyję na tyle, na ile pozwalały mu zdezelowane siedemdziesięcioletnie kręgi. Był tak skupiony na tym, co się działo za miedzą, że gdy pojawił się przed nim Wójcik, podskoczył i prawie spadł z siedziska, wypuszczając na piaszczyste klepisko podwórza niedopałek ostatniego papierosa.

– Pochwalony.

– Jezusie, Maryjo, co się sąsiad tak skrada?

– Jakie tam skrada. To Leon zrobił się jakiś nerwowy.

– Gdzie tam, co też sąsiad opowiada. A kaj idziecie?

– Po prawdzie to do sąsiada.

– A co, jakiś interesik?

– A gdzie tam. Tylko jakieś obce się we wsi pojawiły, tom chciał zobaczyć, o co lata.

– No.

– To Grabarczyki chałupę sprzedają?

– A skąd mnie wiedzieć?

– To się, panie, porobiło. Kto by pomyślał, że takie spokojne ludzie do miasta na starość się wyniosą.

Szulca przepełniła ulga, że to nie on jest w centrum zainteresowania. Jak na alkoholika przystało, nie był lubiany we wsi. W sumie trudno się ludziom dziwić, bo jak był w pijackim ciągu, niejednemu coś ukradł. Dawne przewiny nigdy nie zostały mu wybaczone i teraz uchodził w okolicy za czarny charakter, a wszelkie podejrzenia o coś złego automatycznie spadały właśnie na niego. Po prawdzie lata szubrawstwa zakonserwowały Leona psychicznie, co go uodporniło na wszelką krytykę. Dawało mu to przewagę w tej sytuacji, bo patrząc na niego, można było się spodziewać czegoś niedobrego, natomiast po pobożnych, skromnych Grabarczykach – wręcz przeciwnie. Kto to widział w bloku mieszkać? Niby wygoda: bieżąca woda, winda, sklepy blisko, ale nie ma to jak własna chałupa z kawałkiem ziemi i poczucie wolności.

– Ja tam myślę, że jak kogo przydusi, to każdy może się ze wsi wynieść. Niech no spojrzy na młodych, każdy do miasta ucieka.

– No ale żeby na stare lata?

Szulc zaciągnął się papierosem i poczęstował sąsiada. Ukryci za starym, rozrośniętym krzakiem bzu, który dawno już przestał kwitnąć, za to nie stracił jeszcze uschniętych kiści kwiatów, oklejali kolejnymi warstwami śliny podniesionego z ziemi peta i przyglądali się obejściu Grabarczyków.

Nieznajomy – niski, w modnych, za to na ich gust zbyt obcisłych ciuchach, które nie były w stanie zamaskować wydatnego brzucha – najwyraźniej wyczuł, że jest obserwowany. Gwałtownie się odwrócił i teraz zbliżał się do nich w tych swoich nubukowych mokasynach, krzywiąc się na widok kurzu, który unosił się przy każdym kroku. Obok truchtała zarumieniona pośredniczka nieruchomości, która wietrząc dobry interes, nie miała zamiaru popełnić żadnego błędu, a przede wszystkim nie chciała dopuścić do opowieści o nieszczęściach nawiedzających poprzednich właścicieli i do bliższej znajomości z Szulcem lub chciała przynajmniej powstrzymać jej zawarcie na posprzedażowy czas.

– Może pokażę panu staw na tyłach domu?

– Nie, już widziałem. Chętnie poznam przyszłych sąsiadów.

I tu czaiło się nieszczęście ucieleśnione w alkoholiku i złodziejaszku, który z pewnością nie rozłoży przed kupującym dywanu z wonnych fiołków.

– Chyba nie warto, to zwykłe chłopki roztropki.

Spojrzał na nią tak, jakby obraziła rasistowską odzywką grupę uchodźców z Syrii, więc nie odezwała się już ani słowem, zmierzając w kierunku katastrofy, jaką zapewne będzie poznanie się tych trzech.

– Dzień dobry panom, Maciej Kruchta.

– Pochwalony.

Szulc, którego aż nosiło z ciekawości, z entuzjazmem wyciągnął twardą od pracy na roli, spękaną dłoń, natomiast Wójcik ograniczył się do skinienia głową. Szczeniak zachował się jak na gospodarza przystało – oszczekał przybyłych, wywijając krótkim ogonkiem. Miejscowi, milcząc, obserwowali miastowego jak małpy zwiedzających w zoo i zastanawiali się, czego szuka na tym końcu świata. Ten natomiast panoszył się, jakby był u siebie, co drażniło obu mężczyzn.

– To jak się mieszka w Zaduszkach?

– A jak się ma mieszkać? Normalnie.

– Świeże powietrze, prawda?

– Ta.

– A sklepy tu macie?

– Ta.

– To świetnie. A w lasach grzyby pewnie rosną?

– Ta.

Wójcik był zdecydowanie bardziej rozmowny niż Szulc, choć pytania zamknięte raczej go onieśmielały, niż zachęcały do podjęcia konwersacji. Leon natomiast przeżywał galopadę myśli malujących obrazy miastowych włóczących się po jego lesie i wpieprzających się w życie wsi, a zatem pośrednio i jego.

– To może już pójdziemy? – Kobieta nie dawała za wygraną i za wszelką cenę usiłowała odciągnąć Macieja od potencjalnych sąsiadów.

– Zaraz. Co się paniusia tak niecierpliwi? – przyhamował ja Leon.

– A panowie tu razem mieszkają?

– Nie! A co, my zboczone czy jak?

Maciej nie zareagował na zaczepkę i uważnie się rozglądając, dalej dopytywał:

– A kto tu mieszka?

– Ja – Szulc po raz pierwszy zaszczycił go odpowiedzią.

– I jak się panu żyje? Wszystko dobrze?

– Ta.

– A co się stało u sąsiadów, że sprzedają dom?

– A co się miało stać? Normalnie. Stare są, to do miasta idą.

– Widzi pan – włączyła się pośredniczka, rzucając mroczne spojrzenie Leonowi. – Takie życie. Mówiłam panu, że za sprzedażą nie kryje się nic podejrzanego.

– Ale wie pani, jak to jest, wolałem się upewnić.

– Tak, oczywiście. Ma pan prawo. To co? Możemy wracać?

Maciej niechętnie pożegnał się z mieszkańcami i ruszył piaszczystą ścieżką w stronę sterty desek, które do niedawna stanowiły malowniczy płot dzielący obie posesje. Gdy tylko zniknęli za pierwszą kępą pokrzyw, Szulc siarczyście splunął. Plwocina wylądowała tuż przed umazanym błotem gumiakiem Wójcika, a ten asekuracyjnie odsunął się na bezpieczną odległość.

– Chyba szykuje się nowy sąsiad.

– A co mnie tam.

– No powinien sąsiad być zainteresowany.

– Niby czemu?

– A jak to jakieś głośne ludzie albo z gromadą dzieci czy nie daj Boże z psami, to Leonowi wcale może nie być już tak miło. I pewnie płot trza będzie naprawić, coby tu koło chałupy nie chodzili i nie szpiegowali.

– Po co mieliby tu łazić? Nic ciekawego tu nie ma.

– Dla dzieciaków zawsze się co znajdzie.

Szulc wpatrywał się w Wójcika w oszołomieniu, po raz pierwszy uświadamiając sobie, że ten może mieć rację. Nie zdzierżyłby bachorów pałętających się pod nogami ani obcego psa obsikującego jego drzewa. Odsunął szczeniaka i ciężko się dźwignął z wysłużonego siedziska.

– Może sąsiad ma rację, trza iść jeszcze pogadać.

Zadowolony Wójcik ruszył powolnym krokiem za Szulcem w kierunku posesji przeznaczonej na sprzedaż. Mimo panującego od kilku dni upału jak zwykle mieli na nogach gumiaki, w których chodzili również po chałupach, a teraz z trudem wlekli te kawały czarnej gumy w stronę Grabarczyków. Jednak w chwili, gdy dotarli na wybrukowane podwórze, czarny passat właśnie zniknął w bramie, rozświetlając ją na chwilę czerwonym światłem hamulców. Rozejrzeli się z ciekawością po opuszczonych rok temu budynkach, wspominając poczciwego Zdzisia, wiecznie nadąsaną Mariolę i ich pożal się Boże córkę, która do niczego się nie nadawała, poza leżeniem na leżaku i czytaniem jakichś książek naukowych.

– Co to się porobiło – westchnął Wójcik.

– I chuj z tym – odpowiedział Szulc, zły na siebie, że nie udało mu się jakoś zrazić tego zarozumiałego jegomościa do zakupów.

****

Taszczę plastikowe, upstrzone wizerunkiem idiotycznie uśmiechniętego owada siaty z zakupami do mieszkania i oddycham z ulgą, że Macieja nadal nie ma w domu. Zamiast skrobać warzywa na zupę, sięgam do zamrażarki po ugotowany wcześniej rosół i wrzucam żółtą bryłę lodu do garnka. Z dolnej szuflady wygrzebuję pasującą szklaną przykrywkę i nakrywam garnek. Zajmuję się gotowaniem trzech woreczków ryżu jaśminowego – wrzucam do wody pięć goździków, pięć zielonych ziaren kardamonu i liść laurowy – idealny dodatek do zupy pomidorowej, która powstanie po połączeniu rosołu ze słoiczkiem koncentratu pomidorowego oraz domowego przecieru – trzymam go na czarną godzinę w górnej szafce nad lodówką. Nie mam dziś ambitnych planów. Jestem zdołowana i zastanawiam się raczej nad tym, czy istnieje jakakolwiek szansa na zmianę pracy, niż czym nakarmić domowników. Gdy drewnianą łyżką mieszam ryż, roztrząsając, czy powinnam jeszcze przygotować drugie danie, czuję, jak spuchnięte stopy boleśnie wypełniają tak wygodne o poranku buty. Nie spoglądając na nogi, trąc piętą o piętę, zsuwam je w drzwiach korytarza, świadoma, że gdy tylko Maciek pojawi się w domu, będzie zrzędzić, że wszystko wokół siebie rozwalam i jeszcze trochę, a wybije sobie zęby, potykając się o kolejny śmieć.

W sumie jest w tym trochę racji, bo moje zużyte i pamiętające kilka sezonów koturny faktycznie coraz bardziej przypominają śmieci. Ponieważ sama nie jestem głodna, dochodzę do wniosku, że pozostali domownicy okażą wyrozumiałość, jeśli podam tylko pomidorówkę. W sumie gdyby nadal byli głodni, w zamrażarce jest paczka prawie domowych pierogów, których wytwarzaniem, oczywiście poza obiegiem sanepidu i urzędu skarbowego, a może nawet urzędu do spraw emigrantów, zajmuje się pewna miła Ukrainka z klatki obok. Moje niedawne odkrycie, które traktuję jako cud kulinarny, głównie za sprawą tego, że przy tym daniu nie muszę robić nic. Dosłownie.

Opuchnięte nogi nadal noszą wyraźne ślady po paskach, a cały dzień na wysokich koturnach sprawił, że łydki bolą mnie i są twarde jak postronki. Opieram się biodrem o szafkę i obrzucam szybkim spojrzeniem mój mały raj. Choć nie tak w nastoletnich mrzonkach miało wyglądać to miejsce, to i tak lubię moją kuchnię, która otwiera się na jasny salon z wielkim telewizorem. Dzięki temu gotując, jednym okiem mogę śledzić losy filmowych bohaterów i żyję w przekonaniu, że nic nie tracę z serialowego życia coraz to nowych tasiemców. Pociągają mnie te wszystkie opowieści o miłości i ciekawym życiu, chłonę je jak małe dziewczynki bajki o księżniczkach. Często łapię się na tym, że przymykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem tak samo rozpieszczana i stać mnie na wszystko. Że noszę modne ubrania, bywam na premierach, a weekendy spędzam na miękkich sofach w ekskluzywnych hotelach z basenami i spa, oczywiście w rozmiarze ubrań trzydzieści sześć. Marzę o ciszy i spokoju, a przede wszystkim o tym, że nie będę musiała wracać pod ciężką rękę szefowej. Że kiedyś wreszcie roześmieję się jej w twarz i powiem, że może wcisnąć sobie z powrotem do gardła te wszystkie pretensje, bo ja, Anna, mam ją w tyłku i nigdy już nie wrócę na to ponure piąte piętro.

Wizje spod przymkniętych powiek galopują sobie w prawo i lewo, gdy niespodziewanie wkrada się do nich niezrozumiały zgrzyt. Gwałtownie otwieram oczy, bo swąd przypalanego ryżu nagle eksploduje spod przykrywki. Na białych ziarnach pojawiły się czarne wypalone kratery, z których buchają smużki śmierdzącej pary. W przypływie paniki chwytam garnek, boleśnie parząc dłonie, i głośno przeklinam. Na prawej ręce pojawia się czerwona plama, która mimo polewania zimną wodą zmienia się w wielki bolący bąbel. Zła wpatruję się w strumień wody, który nieznacznie znieczula oparzone miejsce, ale po cofnięciu ręka ponownie pali piekielnym ogniem. Jestem zła na siebie, że podczas teoretycznie miłego popołudnia jak zwykle wyhodowałam sobie jakiś problem, który utrudni funkcjonowanie przez najbliższe dni. Wreszcie zdecydowanym ruchem zakręcam kran i z szuflady, która miała być domową apteczką, a stała się magazynem wszystkiego, co wala się po blatach, wyjmuję do połowy pustą tubkę bephantenu i wyciskam solidną porcję tłustej maści na zaczerwienioną skórę. Przez chwilę się waham, ale wreszcie podejmuję ostateczną decyzję i owijam rękę szerokim bandażem, formując go w niezbyt estetyczny i z pewnością niewygodny kokon. Przynajmniej nie będę musiała nic robić i Maciej przejmie mycie naczyń i ogarnianie kuchni po obiedzie, oczywiście jeśli dostrzeże moją kontuzję. Zresztą odechciewa mi się jeść. A w zasadzie odechciewa mi się wszystkiego. Nie wiem, gdzie i kiedy zostało ustalone, że tylko ja po zakończeniu pracy zawodowej mam się oddawać obowiązkom domowym. W zasadzie powinny być one równo podzielone między naszą trójkę. Z tą myślą wstawiam spalony ryż do zlewu.

Przez chwilę zastanawiam się, na co mam ochotę i czy w ogóle coś mi się chce. Ostatecznie sięgam do kosza z owocami i wyjmuję z niego dwa pokryte licznymi brązowymi plamami banany. Wyglądają obrzydliwie. Mimo to kładę je przed sobą na niskiej ławie i z nadzieją, że ich wygląd zniechęci mnie do konsumpcji i staną się najlepszym elementem dzisiejszej diety, włączam telewizor. Nerwowo przerzucam kanały, szukając jakiegoś lekkiego filmu, i wreszcie koncentruję uwagę na wiadomościach. Jak zwykle świat obraca się wokół polityków i ich kontrowersyjnych pomysłów na nowy ład w państwie, zagrożeń związanych ze smogiem i zbrojeniem się Korei Północnej. W oszołomieniu przyglądam się żołnierzom ustawionym w równe kolumny, które maszerują po widocznym na ekranie abstrakcyjnie wielkim placu, i akurat gdy zastanawiam się, czy ta armia może również zagrozić mojej rodzinie, do mieszkania wchodzi Maciej. Szamocze się z butami w korytarzu, na chwilę znika w łazience, zapewne po to, by umyć ręce, co sugerują odgłosy płynącej wody, i wreszcie głośno woła:

– Cześć, wróciłem.

Mimo tylu wspólnych lat małżeństwa nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego wrzeszczy tak, jakbyśmy mieszkali w nobliwej, wielkiej willi na obrzeżach miasta, a nie w małym mieszkanku w bloku. Nieśpiesznie odpowiadam „cześć”, zastanawiając się, co jest powodem radosnego nastroju męża.

– Co robisz?

– Nic, oglądam jakieś bzdety. – Macham ręką, prezentując kokon bandaża. Odnoszę sukces, bo biała bawełna zostaje od razu zauważona.

– Co sobie zrobiłaś?

– Poparzyłam się. Sorry, ale w związku z tym nie ugotowałam obiadu.

Kiedy indziej Maciej wyraziłby swoje niezadowolenie, mówiąc, że mogłam zadzwonić, a przynajmniej wysłać SMS, żeby zjadł na mieście, jednak tym razem tylko oświadcza, że nie ma sprawy, coś sobie przygotuje.

– W zamrażarce są pierogi, może ci podgrzeję?

– Nie, chyba nie mam ochoty, zrobię sobie kanapkę, chcesz też?

Oczywiście, że chcę, i to nie jedną! Najlepiej stado kanapek, ale myśl o tym, ile pochłonęłabym kalorii, skutecznie mnie powstrzymuje i tylko przełykam ślinę, skupiona na migotliwych telewizyjnych obrazach. Dziękuję i ostentacyjnie wlepiam wzrok w zwiędnięte banany.

– Co, znowu się odchudzasz?

– Bo co?

– Bo takie niejedzenie jest kompletnie bez sensu. Mówię ci, idź do jakiegoś dietetyka.

– Tak, a potem mam gotować te wszystkie zupy i warzywa. To nie dla mnie, a poza tym w pracy nie mogę sobie na coś takiego pozwolić.

– No to chociaż jedz o określonych porach.

– Nagle stałeś się specjalistą od żywienia?

– Nie, ale widzę, jak dziewczyny w pracy dbają o siebie.

– A ja niby nie dbam, tak? To chciałeś powiedzieć?

– Nie, skąd, tak tylko rzuciłem.

– To nie rzucaj. Wiem, co robię. – Oczywiście nic nie wiem, poza tym, że rozszalałe hormony robią ze mnie coraz większy kloc, który zatracił już talię i pokrył się grubą warstwą tłuszczu nawet w tych miejscach, które zawsze uznawałam za niezdolne do zwiększania objętości. Rozdrażniona wstaję i przenoszę się z bananami do sypialnianej klitki. Nie wiem, co miałabym tu robić, ale uznaję, że to najlepszy sposób, by pokazać Maciejowi, że jestem zła, obrażona i nie powinien tak do mnie mówić.

****

Maciej spoglądał z niezadowoleniem na znikającą w sypialni drugą połowę, której ślubował wierność do końca życia, a teraz miał ochotę udusić ją gołymi rękami. W przysiędze małżeńskiej powinien być zawarty punkt, że małżonkowie nie tylko będą kochać się bezwarunkowo, ale również dbać o siebie i że nie przytyją więcej niż siedem-osiem kilogramów. Po blisko dwudziestu latach związku jego filigranowa Ania, którą mógł objąć w pasie dłońmi, stała się obłą matroną, wrzucając z każdym rokiem małżeństwa co najmniej kilogram na coraz bardziej umęczony tym ciężarem szkielet. Przez chwilę rozważał, czy gdyby miała taką figurę przed ślubem, to zdecydowałby się na ten związek, mimo jej nietuzinkowego poczucia humoru, które go tak urzekło. Anka początkowo była prawdziwym trofeum, którego zazdrościli mu koledzy, teraz natomiast stała się wiecznie naburmuszonym balastem, z którym niechętnie pokazywał się wśród ludzi.

Obłożył chleb żółtym serem, posmarował grubą warstwą majonezu i zapadł się w skórzaną kanapę przed włączonym telewizorem. Ekologiczna skóra nie dość, że była zimna, to na dodatek nieprzyjemnie trzeszczała przy każdym poruszeniu. Jak przystało na rasowego faceta, zaczął skakać po kanałach, nie zatrzymując się na żadnym dłużej niż kilka sekund, i wreszcie odkrył, że istnieje coś takiego jak DOMO i ZRÓB TO SAM, istne skarbnice wiedzy, inspiracji i fachowych porad, w których zatopił się całym sobą. Dlatego nie zwrócił uwagi na przemykającego pod ścianą Kamila, który bacznie obserwując ojca, cichaczem wymykał się z domu. W zasadzie rodziców powinno cieszyć, że przynajmniej na chwilę odkleił się od komputera, gdyby jednak znali cel jego wyprawy, z pewnością by utyskiwali, że powinien zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Aktualnie zazwyczaj zaradna natura pozbawiła ich najważniejszego argumentu, tego mianowicie, że powinien się uczyć. Zresztą ten frazes, w ostatnich latach powtarzany co rusz, sprawiał, że Kamil uczył się jeszcze mniej.

Maciej, skupiony na programie, w którym akurat omawiano różne aspekty dobrze położonego dachu i rozważano, jakie dachówki powinno się wybrać, by pasowały do jego konstrukcji, podskoczył, gdy tuż koło jego nogi zadzwonił telefon.

– Halo!

– Panie Macieju, przepraszam, że zawracam głowę o tej porze, ale dzwonię w sprawie nieruchomości, którą dziś panu pokazywałam.

Z trudem rozpoznał głos, by wreszcie wrócić do rzeczywistości i zrozumieć, o czym kobieta mówi.

– Tak, o co chodzi?

– Widzi pan, pojawił się jeszcze jeden kupiec. To dziwne, bo przecież tym dworkiem przez tyle czasu nikt się nie interesował, a tu nagle taka sytuacja.

Dom nazwany dworkiem gwałtownie zyskał na wartości, przyjemnie drażniąc ego i próżność rozmówcy, który w obliczu niespodziewanej konkurencji coraz bardziej pragnął stać się jego właścicielem.

– Co pani przez to rozumie? Ktoś chce go kupić? Przecież mówiłem, że jestem zainteresowany.

– No tak, ale ta pani, która go oglądała, jest zdecydowana i powiedziała, że jeszcze dziś może wpłacić zaliczkę.

– Niemożliwe. I co w takiej sytuacji mam zrobić?

– Oczywiście nie chcę niczego sugerować, ale gdyby pan wpłacił pieniądze pierwszy, to miałby pan gwarancję, a tak to naprawdę nie mogę niczego obiecać.

Maciej czuł, jak ciepło ogarnia jego ciało i sprawia, że racjonalizm i szczegóły transakcji oraz stanu domu schodzą na dalszy plan, za to pragnienie, by przeprowadzić się do Zaduszek, wysuwa się na pierwszy.

– To nie problem. W każdej chwili mogę wpłacić zaliczkę.

– Zadatek.

– Może być zadatek. Wszystko jedno i tak jestem zdecydowany.

– Skoro tak pan stawia sprawę, to myślę, że nie mamy czym się niepokoić. Czekam na przelew. Musielibyśmy jak najszybciej się spotkać, żeby podpisać stosowne dokumenty.

– Tak, tak, oczywiście. Jeśli to konieczne, jeszcze dziś mogę...

– Nie, nie ma aż takiego pośpiechu. Ale gdybyśmy tak spotkali się jutro około trzynastej w moim biurze, byłoby idealnie.

– Zatem do zobaczenia jutro.

Klik. Z bijącym sercem siedział oniemiały na skórzanej kanapie i usiłował pozbierać myśli. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało, zupełnie nieświadomy, że właśnie złapał się w najbardziej prymitywną pułapkę każdego sprzedawcy, który stwarzając wrażenie, że okazja może się wymknąć, wywiera presję na kupującego i zmusza go do podjęcia pochopnych decyzji.

– Kto dzwonił?

Niespodziewanie za jego plecami pojawiła się Anka, która musiała słyszeć przynajmniej część rozmowy, bo teraz niecierpliwie dopytywała:

– Jaką zaliczkę wpłacasz i na co?

– Z pracy dzwonili, kupujemy jakąś maszynę.

– Jaką?

Co mu odbiło, żeby opowiadać o maszynach? Przecież w jego świecie są tylko monitory i drukarki, no i dlaczego nie powiedział jej prawdy? Przecież to powinna być ich wspólna decyzja. No tak, tylko że doskonale wiedział, co Anka by na to powiedziała: że nie lubi wsi, że nie ma zamiaru się przeprowadzać. Pewnie od razu zapytałaby, jak sobie wyobraża jej dojazdy do pracy, skoro nawet nie ma samochodu, a prawo jazdy zrobiła w drugiej dekadzie życia wyłącznie z pragnienia posiadania takowego dokumentu, ale nigdy nie myślała o tym, by z niego korzystać. Dlatego spiął się i postanowił brnąć w niewygodne kłamstwo.

– Właściwie to taka duża nowoczesna drukarka. Na rynku wtórnym zwykle się nie zdarzają, a teraz właśnie się pojawiła, no i trzeba szybko sfinalizować zakup.

– A nie kupowałeś jakiejś drukarki miesiąc temu?

– Tak, ale to zupełnie inne cacko. Zresztą o czym my rozmawiamy. Lepiej się czujesz? Może zrobię ci kawy? – Wiedział, że jedynie nadskakując jej, może zmienić temat, choć jednocześnie obawiał się zbytnią uprzejmością wzbudzić jej dalsze podejrzenia.

****

Kamil miał dosyć starych. Tego ich wiecznego marudzenia. Najpierw, że ma się uczyć, sprzątać po sobie, zastanowić się nad przyszłością i co zamierza robić w życiu, wreszcie uwag, że jeśli tak dalej pójdzie, to nic nie osiągnie i skończy na jakiejś marnej posadce w równie marnej firmie. Dlatego z rozkoszą wymknął się z zagraconego, pełnego dydaktycznej duchoty mieszkania i udał się w kierunku sąsiedniego jedenastopiętrowego bloku, a dokładnie do znajdującego się obok skyparku, gdzie umówił się z kumplami. Oczywiście nie po to, by korzystać z uroków jazdy na deskorolce, ale żeby wypalić parę papierosów, a jeśli będzie dopisywało mu szczęście, to i skrętów, i przedyskutować różne rzeczy związane z gierkami i dwiema nowymi sąsiadkami, które wraz z matką wprowadziły się na osiedle pod koniec roku szkolnego. Szczególnym zainteresowaniem chłopaków cieszyła się starsza z sióstr – Aneta, która niezwykle wysoko nosiła ufarbowaną na czarno głowę. Zresztą wszystko w niej było czarne: włosy, ciuchy, tatuaże, tunel w uchu i oklejone tuszem i cieniem do powiek oczy, poczucie humoru, a gdyby bardziej zgłębić temat, pewnie i podniebienie. Robiła wrażenie niedostępnej i niezainteresowanej jakimkolwiek męskim towarzystwem i tym samym budziła największe pożądanie w paczce Kamila. Marzyli, by się do niej zbliżyć, choćby zagadnąć, a tylko nieliczni mieli odwagę fantazjować o tym, że staną się parą i skonsumują związek w równie czarnej pościeli.

Jachu, Franek i Andrzej siedzieli na oparciu odartej z farby, niegdyś zielonej ławki, bezceremonialnie trzymając buty na siedzisku. Naciągnięte na głowy kaptury ukrywały ich pryszczate twarze, a obłoki siwego dymu wskazywały na to, że od dłuższego czasu inhalują się nikotyną.

– Cześć, ziomki.

Wykonali serię skomplikowanych przybić piątek i zderzeń barkami, by wreszcie przesunąć się i pozwolić zasiąść Kamilowi na ławeczce, niczym burej kurze na grzędzie. Siedzieli tak, marnując czas i trwoniąc pieniądze na kolejną paczkę papierosów i czteropak piwa. Czuli się wolni, choć nie do końca szczęśliwi, bo przecież marzyli o lepszym życiu i wyrwaniu się z kołowrotu, w którym niczym bezmyślne chomiki biegają ich rodzice. Żaden z nich nie dostrzegał szansy, jaką daje wzmożony wysiłek edukacyjny, natomiast każdy widział przepustkę do lepszego świata w postaci jakiegoś ekstrainteresu albo dealu, nawet szemranego, gdzie przy minimalnym wysiłku zgarną duży hajs. Opracowując koncepcje biznesowe spod ciemnej gwiazdy, spędzili razem niemal całe popołudnie i tylko za sprawą domagających się kolacji żołądków zdecydowali się na powrót do domów.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for the text © 2017 Nina Majewska-Brown

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Jeż

Korekta: Słowne Babki

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Majewski

Zdjęcia na okładce: Getty Images, Shutterstock

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8.00-17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-250-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.