Anka i piekło szczęścia - Nina Majewska-Brown - ebook
Opis

Marzenie o wielkiej miłości stało się dla Anki drogą do emocjonalnego piekła. Nie dość, że zdradziła męża, to nowy ukochany okazał się groźnym stalkerem. Anka nigdy nie podejrzewałaby siebie, że dobrowolnie wpakuje się w takie kłopoty… Przecież właśnie teraz miała przeżywać najpiękniejszy czas swojego życia! Nowa miłość, nowe rozdanie, nowa ONA.

Czy Ance uda się odzyskać życiową równowagę i stawi czoła kłopotom, w które się wplatała? Czy znajdzie siłę, aby wyznać prawdę rodzinie? A co najważniejsze czy pozbędzie się prześladowcy i spróbuje odbudować małżeństwo?

To historia o tym, jak łatwo się kłamie i jak trudno wyznać prawdę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Polecamy

Nina Majewska-Brown

Anka. Inne oblicze szczęścia

Nina Majewska-Brown

Anka i diabeł stróż

Krystyna Mirek

Obca w świecie singli

Krystyna Mirek

Tylko jeden wieczór

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów.Tajemnica zamku

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów.Cena szczęścia

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów.Prawdziwa miłość

Krystyna Mirek

Willa pod kasztanem.Światło w Cichą Noc

Krystyna Mirek

Willa pod kasztanem.Światło o poranku

Anna Sakowicz

Na dnie duszy

Anna Sakowicz

Postawić na szczęście

Kasia Bulicz-Kasprzak

Sprzeczne sygnały

Kasia Bulicz-Kasprzak

Spadek

Roma J. Fiszer

Kilka godzin do szczęścia

Roma J. Fiszer

Wzgórze pełne słońca

Roma J. Fiszer

Sezon na szczęście

Roma J. Fiszer

Listy sprzed lat

Natasza Socha

Pokój kołysanek

Natasza Socha

Troje na huśtawce

Natasza Socha

(Nie)miłość

Matka Natura bywa dziwką. Od tygodnia panują afrykańskie upały, nie ma czym oddychać nawet w nocy, a słońce pali ciała żywym ogniem, znacząc je czerwonymi plamami. W pobliskim starym kościele, za to z nowym młodym proboszczem, wierni na kolanach klepią kolejne zdrowaśki, bezskutecznie modląc się o deszcz. W dodatku prognozy zapowiadają kolejną falę skwaru, która już wędruje w naszą stronę.

Dlatego wychodząc z salonu fryzjerskiego o obiecującej nazwie Beauty Lady, w którym cycata fryzjerka, ubrana w przepaskę biodrową imitującą spódniczkę i spowita etolą słodkich, ciężkich kwiatowych perfum, przez godzinę układała na mojej głowie przypominającą pianę fryzurę z miliona loków i pierdyliona loczków, jestem oszołomiona. Najwyraźniej znudzona Matka Natura postanowiła wysłuchać błagań spragnionych deszczu ludzi, bo niebo gwałtownie zasnuwa się czarnymi chmurami, które na moje oko niosą morze deszczu. Nim dobiegnę do zaparkowanego na sąsiedniej ulicy samochodu, na własnej skórze przekonuję się, jak bardzo miałam rację. Ciężkie krople, miotane wiatrem, tłuką o każdą pionową i poziomą powierzchnię, ze szczególnym uwzględnieniem mojej głowy. Oczywiście wybierając się do fryzjera, w obliczu jasnego, radosnego słońca i nieba pozbawionego choćby najmniejszej chmurki nie wpadłam na pomysł zabrania parasola!

Stoję obok samochodu i zaciekle walczę z zawartością torebki, usiłując wydłubać z niej kluczyki. Cholera jasna! Woda chlupocze w moich nowych cielistych sandałkach na niewielkiej szpilce i wlewa się za dekolt sukienki. Spoglądam z niepokojem w dół i przez mokre strąki włosów wyraźnie dostrzegam pod cienkim materiałem sterczące sutki. Wyglądam jak miss podkoszulka w kategorii seniorki, podkategorii puszyste, w grupie zdesperowane. Wydane właśnie na fryzjera dziewięćdziesiąt pięć złotych poszło się bujać. Żadne ze znanych mi pianek i lakierów nie byłyby w stanie stawić czoła takiej ulewie. Dziś wieczorem miałam wyglądać szykownie, a będę wyglądać gorzej niż zwykle.

Co za fatalny dzień! Artur nie dość, że nie odpuszcza, to pojawił się pod firmą i radośnie obwieścił, że się dla mnie przeprowadził. Zaraz potem zrobił mi awanturę, domagał się pieniędzy i straszył, że o wszystkim powie Maciejowi. Coraz bardziej się go boję i coraz dobitniej uświadamiam sobie, że jest nieobliczalny i zdolny do wszystkiego. Nie sposób normalnie żyć w ciągłym strachu, że tylko od Artura zależy, czy tajemnica się wyda i czy wszyscy się dowiedzą o moim romansie.

Wściekła wreszcie wciskam się za kierownicę i rysując tapicerkę wokół stacyjki, usiłuję trafić kluczykiem w dziurkę. Przez rozmazany tusz do rzęs i strumienie spływającej z włosów wody nic nie widzę. W dodatku nagle robi mi się zimno. Jak na złość moja mała czerwona toyota, którą już dwa razy przytarłam o drzwi garażu, nie chce zapalić. Nie ma mowy, żebym wystawiła nogę poza samochód, zresztą nie wiem, po co miałabym otwierać maskę i zaglądać do silnika, skoro jedyne, co o nim wiem, to że jest czarny.

Siedzę przez chwilę w skupieniu i usiłuję dogadać się z samochodem. Przemawiam do toyotki spokojnym, niemal czułym głosem, usiłując jej wytłumaczyć, że też jest kobietą, a my, baby, musimy się trzymać razem, i że już i tak mam dosyć dzisiejszego dnia; na koniec syczę please, please, please i kolejny raz przekręcam kluczyk. Najwyraźniej my, dziewczyny, się dogadujemy, bo silnik zaczyna radośnie powarkiwać. Włączam wycieraczki, które nie nadążają, i niewiele widząc, przy akompaniamencie klaksonu, wyjeżdżam na ulicę. Rozpędzony stary mercedes mija mnie o milimetry, a poirytowany kierowca dynamicznie klepie się po głowie, sugerując, że z moją jest coś nie tak.

Podświadomie kurczę się na siedzeniu i teraz powoli się prostuję, usiłując dostrzec przed sobą jakieś reflektory, których mogłabym się uczepić na drodze. Oczywiście mercedes pognał przed siebie, a żaden inny samochód się nie pojawił. Zresztą nawet gdyby jakiś wyjechał z bocznej uliczki, i tak po chwili zniknąłby na rozmazanym, bliskim na wyciągnięcie ręki horyzoncie. Jadę, a raczej wlokę się z zawrotną prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę i ze świadomością, że za mną tworzy się korek. Nic na to nie poradzę. Nie widzę nawet początku maski, a co dopiero mówić o drodze przed sobą. Rozmyślam, jakim sprytnym zabiegiem było umieszczanie na maskach mercedesów kółek z logo, które wyglądały jak celowniki. Dzięki nim w taką pogodę przynajmniej było wiadomo, gdzie samochód się zaczyna i w jakim kierunku się zmierza.

W niezmiennym żółwim tempie wreszcie docieram do domu i wtaczam się na podwórko. Choć wiem, że w środku są dzieciaki, które szykują się na spektakularną kolację, budynek wygląda na opustoszały. Mimo mroku nie palą się w nim żadne światła, a większość rolet jest spuszczona. Powodowana myślą, że może Aneta zaczęła rodzić i pojechali z Kamilem do szpitala, z niepokojem wbiegam do domu. Ślizgam się na błocie i niemal upadam u szczytu betonowych schodów, gdy drzwi się otwierają i staje w nich Kamil.

– Jezu, mamo, jak ty wyglądasz?

– Stało się coś? – Z obłędem w oczach usiłuję przekrzyczeć ulewę, zupełnie nie przejmując się ani swoim wyglądem, ani złamanym obcasem. Musiałam nim zahaczyć o podest, gdy padając twarzą na schody, usiłowałam złapać równowagę.

– Nie, dlaczego?

Dyszę w korytarzu z torebką zaplątaną wokół nóg i dochodzę do wniosku, że długie paski są przereklamowane i tylko sprawiają kłopot.

– Ciemno tu macie i te spuszczone rolety… Myślałam, że pojechaliście na porodówkę – skrzeczę zza spływającej z włosów wody.

– Ale z ciebie panikara. – Syn przygląda mi się, jakby deszcz właśnie wypłukał mi piątą klepkę, i pomaga wyzwolić się z paska torebki.

– Poczekaj, poczekaj, będziesz miał dziecko, to sam się przekonasz, co to strach.

– Jak zwykle przesadzasz.

– Tak czy owak, możesz mi wytłumaczyć, dlaczego nie podnieśliście rolet?

– Tak lało, że baliśmy się, że potłucze okna. Zresztą widziałaś, że podwórze zmieniło się w staw.

– Raczej błotnistą sadzawkę.

– Jak zwał, tak zwał, ale nie jest dobrze, bo od godziny nie mamy prądu.

– Żartujesz? – Patrzę na moje dorosłe dziecko z przerażeniem.

– No, nie.

– Jak teraz coś ugotujemy? Boże!

Zsuwam buty na wiklinową wycieraczkę i brudząc podłogę resztkami błota, które okleiły mi stopy, wchodzę do łazienki. Wyglądam jak wyłowiony z rzeki trup, który przepłynął kilka kilometrów, zahaczając po drodze o wystające konary. Resztki makijażu spłynęły czarnymi strugami, materiał zwiewnej sukienki zassał ciało, konsekwentnie obciskając boczki, które w falbanie fałd zostały wyeksponowane i wystawione na widok publiczny. Nie wspominając o włosach. Przy nich mop wydaje się wystylizowaną fryzurą.

– Mamo, jesteś tam?

– Jestem! – odkrzykuję, choć wolałabym zapaść się pod ziemię i nie wychylać nosa przez najbliższe kilka godzin, a przecież zaraz mamy gości na wystawnej kolacji. To znaczy ja mam nadzieję, że mimo moich marnych kulinarnych zdolności taka będzie, a goście z pewnością właśnie na taką liczą.

– Posłuchaj, co z kolacją?

– Nie mam pojęcia! – Zawzięcie usiłuję zmyć błoto ze stóp, niebezpiecznie balansując na jednej nodze z drugą w umywalce. – A co proponujesz?

– Sam nie wiem. Może zamówimy pizzę?

– Skąd? – Jeśli zadzwonimy do najbliższej pizzerii, która znajduje się na obrzeżach Poznania, odpowiednio wcześniej, to jedzenie i tak dojedzie zimne. A przecież nie mamy w czym go podgrzać. No chyba że rozpalimy w kominku, co przy tym upale byłoby niedorzeczne.

– Nie wiem? Może od Włocha?

– Zapomnij! Przyjedzie zimna. Boże! – Wychodzę z łazienki dla przyzwoitości owinięta ręcznikiem, spod którego wystaje mokry i coraz zimniejszy rąbek sukienki. – Która w ogóle jest godzina?

– Szesnasta siedemnaście.

– Co?! Jezu, przecież one przychodzą na osiemnastą!

– Wiem i dlatego robi się trochę kwas.

– Kwas? To prawdziwa katastrofa! A gdzie ojciec?

– Skąd mam wiedzieć?

– Dzwoń do niego, może jeszcze wstąpi gdzieś do sklepu.

Podczas gdy Kamil usiłuje dodzwonić się do Maćka, lecę na górę i wpadam do sypialni. Zrzucam mokre ciuchy i wbiegam pod prysznic. Oczywiście nadal nie ma prądu, a smuga światła wpadająca przez drzwi zaledwie pozwala rozpoznać co większe kształty. Na oślep wymacuję wśród stojących na półce butelek flakon z mydłem i pospiesznie zaczynam szorowanie. Gorąca woda nie uspokaja ciała, za to skutecznie usuwa resztki błota. Energicznie ponownie się namydlam i wreszcie spłukuję chłodną wodą. Niespecjalnie czuję się odświeżona, za to zdecydowanie jestem spanikowana. Nie dość, że nie wyglądam szykownie, to w dodatku nie mam szans na upieczenie, zgodnie z internetowymi poradami, zamarynowanego wczoraj królika ani zapieczenie warzyw. Wybieram z szafy na chybił trafił szarą dresową sukienkę i boso pędzę do kuchni. W drzwiach zderzam się z Anetą, a w zasadzie jej wielkim okrągłym brzuchem.

– Chryste Panie, ale mnie wystraszyłaś!

– Przepraszam, nie chciałam. Właśnie szłam nakryć do stołu.

– Jasne, oczywiście, trzeba nakryć do stołu – plotę trzy po trzy, zupełnie jakbym właśnie odkryła, że jednak to Słońce krąży wokół Ziemi, nie odwrotnie. Toczę wzrokiem po ciemnej kuchni, zastanawiając się, czy mamy w domu tyle świec, by oświetlić salon. Co za koszmar!

– A co z kolacją? – Aneta, która wygląda jak nadmuchany balon z zatyczką w postaci wystającego pępka, wyraźnie rysującego się pod letnią sukienką, popatruje na mnie ze strachem. Przypomina przedszkolaka pozostawionego pod opieką obcej kobiety o poranku, zastanawiającego się, czy po południu zostanie odebrany przez któregoś z rodziców.

– Nie mam pojęcia. Masz jakąś propozycję?

– Zastanawiałam się nad koreczkami czy czymś takim.

Przypominają mi się lata dzieciństwa, gdy w dobie kryzysu i królowania octu na sklepowych półkach robiło się koreczki z wystanego w kolejkach żółtego sera i kiszonego ogórka. Otwieram lodówkę i pełna obaw przeglądam zapasy na półkach. Większość tego, co zalega w miskach i miseczkach, wymaga termicznej obróbki i tym samym nie nadaje się do podania gościom. Z jajek mogę zrobić co najwyżej kogel-mogel, a z pomidorów sałatkę z cebulą.

– Nie wygląda to obiecująco, a co do koreczków, to nie mamy nawet żółtego sera.

Przez wściekły łomot deszczu nie usłyszałyśmy ciężkich kroków Macieja, który obładowany siatami nagle pojawia się w kuchni.

– Co macie takie żałobne miny?

– A jakie mamy mieć? – Rzucam się na pierwszą z brzegu siatkę, z której wystają groteskowo dwa pory. – Nie ma prądu! Zupełnie nie wiem, co w takiej sytuacji im podamy.

– Przecież wszystko miałaś przygotowane.

– Owszem, miałam! Tylko że nie pomyślałam o tym, że jednym ze składników przepisu jest prąd, i właśnie ten drobiazg zrujnował cały misterny plan. Miałam się pokazać od jak najlepszej strony i co?

– Nie przesadzaj. To, że nie podasz pieczystego, nie znaczy, że ta cała twoja strona będzie gorsza.

– A według ciebie co mam podać? Majonez?

– Chociażby. Jajka z majonezem, kanapeczki i jest gitara.

– Chyba że te jaja ugotujesz pod pachą! Nie ma prądu! – wrzeszczę w przestrzeń. Mam świadomość, że zachowuję się jak kompletna idiotka, w dodatku chora na wściekliznę.

– Kupiłem sałatkę i śledzie.

– Jak mam gościom podać sałatkę z marketu? – Znowu toczę wzrokiem po kuchni i chce mi się płakać. Jestem wściekła i zrozpaczona, a Maciej zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał problemu. Pewnie nawet nie zauważył, że za chwilę będziemy mieli gości.

– Normalnie. Dorzuć do niej trochę groszku, pieprzu, mamy też majonez, i nikt się nie zorientuje, że nie robiłaś jej własnoręcznie.

– Dla ciebie wszystko jest takie proste.

– Właśnie. Nie możesz wyluzować? To twoje zastaw się, a postaw się. Przecież mamy się zapoznać przy lampce wina. Nie spodziewam się, że one oczekują czegoś więcej.

– Boże, ty i te twoje teorie! Tego się nie da słuchać.

– Dajcie mi spokój. Kupiłem jeszcze śledzie, jeśli to cię uspokoi, i trzy rodzaje chleba, więc impreza nie zakończy się na paluszkach i galaretce. Możesz odetchnąć z ulgą.

– Nawet dzwonek nie działa. Nie będziemy wiedzieć, że stoją pod drzwiami.

– To zapukają.

Maciej z dwiema butelkami wina wychodzi do salonu, stawia je wśród świec na stole i zaczyna manewrować korkociągiem z taką gwałtownością, jakby chciał je zamordować. W pośpiechu opróżniamy z Anetą siatki: dwa opakowania śledzi, sałatka w okrągłym plastikowym kubeczku, której starczy ledwie dla dwóch osób, pięć czerwonych cebul, pięć pomidorów, kilka plastrów szynki, litrowa butelka oleju rzepakowego, bagietka, pszenny chleb, dwa pory i mały bochenek razowca.

– Jezu, co mamy z tego zrobić?

– Nie wiem, ale musimy działać, bo jeszcze chwila i nie podamy nic.

Uwijamy się jak w ukropie. Aneta kroi chleb, ja pokrywam go grubą warstwą masła, gościnność zobowiązuje, i starannie układam na nim cienkie plastry szynki, skupiając się na tym, żeby nie przeszarżować i żeby wystarczyło jej na kilka kolejnych kanapek. Swoje dzieło wykańczam fantazyjnym zawijasem z majonezu, który po prawdzie wygląda jak żółty glut, i cienkimi plastrami ogórka konserwowego, odkryłam słoik na najniższej półce lodówki, tuż za workiem z ziemniakami.

Po dodaniu do tradycyjnej sałatki jarzynowej odcedzonego groszku z puszki i resztki ze słoika z majonezem osiągamy zadowalającą objętość, którą przekładamy do białej salaterki. Co prawda nasza sałatka ma niewiele wspólnego z tradycją, przypomina raczej zieloną fantazję na temat warzyw, ale i tak jesteśmy zadowolone. Aneta kroi pomidory w talarki i układa je na największym, jaki mam, talerzu w kształcie długiego węża, który usiłuje zjeść własny ogon. Środek konstrukcji wypełnia drobno posiekaną czerwoną cebulką i oprósza całość solą i pieprzem.

– Może polać je trochę oliwą?

– A lej, czym chcesz. Dobrze wygląda.

– To w takim razie skropię jeszcze octem balsamicznym.

– Świetny pomysł. A co ze śledziami? Może choć trochę je wymoczymy i podamy z cebulą i jogurtem? Skocz do ogrodu po szczypior. Rośnie tuż przy drzwiach, to może nie zmokniesz.

Aneta biegnie przez salon do drzwi tarasowych, a ja zabieram się do moczenia śledzi. Zastanawiam się, co by było, gdybym przepłukała je w ciepłej wodzie, czy szybciej utraciłyby słoność. Nim zacznę racjonalnie myśleć, ładuję płaty ryb do wody. Z przerażeniem obserwuję, jak delikatne mięso zaczyna się rozwarstwiać. Tego nie przewidziałam. W pośpiechu wyjmuję na dębową deskę do krojenia pozostałości matiasów. Kurde, nie taki był plan. Nim pojawi się Aneta, usiłuję zaradzić kolejnemu nieszczęściu i kroję śledzie na centymetrowe kawałki.

– Co robisz?

Niespodziewanie tuż za mną staje zasapany Kamil. Skupiona na rybach nie słyszę jego kroków i niemal odcinam sobie palec z przerażenia.

– Ale mnie wystraszyłeś! Czy ty zawsze musisz się tak skradać?

– Przecież szedłem normalnie, nawet wołałem od drzwi. To ty miałaś tak skoncentrowaną minę, jakbyś majstrowała przy zestawie bomb do samodzielnego składania w domu.

– Też byś miał taką minę, jakbyś usiłował z pięciu śledzi zrobić wykwintne danie dla sześciu głodnych osób. Jakoś nie potrafię rozmnożyć dwóch ryb tak, żeby najadło się nimi pięć tysięcy ludzi, jak to zrobił taki jeden w Kafarnaum, więc mnie nie wkurzaj.

– Dobra, matka, wyluzuj.

– Przestańcie mi wszyscy truć o wyluzowaniu, tylko weźcie się do roboty.

– A co mam robić?

– Nie wiem, wymyśl coś. Jest tyle rzeczy do zrobienia.

– Ale co?

Rozglądam się po zawalonej obierkami i śmierdzącej śledziami kuchni, która w blasku świec przypomina kambuz na średniowiecznym żaglowcu, i nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że mój syn tego nie dostrzega i nie wpada na pomysł, żeby zabrać się do porządków. Zdecydowanie kolejny raz się przekonuję, że facetom wszystko trzeba pokazać palcem i dokładnie nazwać czynność, którą mają wykonać, żeby ruszyli się z miejsca.

– Wyrzuć obierki i umyj deskę, potem przetrzyj blat.

– OK.

I tyle w temacie rozmów na zapleczu. Kamil wciska w uszy małe białe słuchawki, coś tam manewruje przy telefonie i po chwili jego ciało podryguje w jakimś dzikim, nieznanym rytmie.

– Pokroić ten szczypior?

Zarumieniona Aneta stoi z kiścią zieleniny w ręce i najwyraźniej jest zdziwiona obecnością Kamila w kuchni. Przekonana, że słuchawki wyłączyły go z rzeczywistości, pozwalam sobie na ironiczny komentarz:

– Królewicz zniżył się do poziomu plebsu.

– Też jestem oszołomiona. – Aneta puszcza oko i w tym momencie odzywa się Kamil:

– Wszystko słyszę!

Zupełnie nie wiem, jakim cudem przez głośne bity przedarły się nasze złośliwości, ale nie mam zamiaru się tym przejmować.

– I dobrze, niczego nie ukrywamy. Cieszymy się, że jesteś z nami.

– A ty jak zawsze swoje.

– Dobra, dzieciaki. Chyba nic więcej nie wykombinujemy. Myślę, że i tak wspięliśmy się na szczyty możliwości, biorąc pod uwagę panujące warunki. Jak nastroje? Spanikowani?

Zdenerwowani zbliżającą się wielkimi krokami wizytą usiłujemy wyrównać oddechy.

– Ja bardzo.

– A ja nie. – Kamil buńczucznie na nas spogląda i dodaje: – Nie chcę mieć z tą kobietą nic wspólnego i chyba jasno się wyraziłem, że jej nie lubię, więc nie obchodzi mnie, co ma do powiedzenia.

– Chcesz czy nie, i tak będziesz musiał ją widywać.

– Kto tak powiedział?

– Takie jest życie.

– Nie moje. – Kamil odwraca się na pięcie i wściekły wychodzi z kuchni.

– Chyba jej nie lubi.

– A dziwisz się?

– Po tym, co się stało? Nie. Szczerze mówiąc, ja też nie potrafię poradzić sobie z tym wszystkim. Niby powinnam je kochać i pewnie na swój sposób kocham, tylko szkoda, że poza tym uczuciem wynikającym z więzów krwi, wspólnego mieszkania przez tyle lat i przyzwyczajenia nie ma niczego więcej. Czasami mam wrażenie, że nawet się nie lubimy. To strasznie głupie kochać kogoś i go nie lubić, prawda?

– Dziwne, ale prawdziwe. Niestety najtrudniej jest odciąć pępowinę.

– Mam wrażenie, że moja matka doskonale o tym wie i to wykorzystuje.

– Dobra, dobra, nie ma się co zadręczać, tylko trzeba iść dalej. Teraz najważniejsza jest mała, to, że za chwilę pojawią się nowe obowiązki i trzeba to będzie jakoś ogarnąć. Chodź, napijemy się wina. No tak, ty nie możesz.

– To nic, naleję sobie koktajlu z jarmużu.

– Doskonały wybór, tym bardziej że nie wiadomo, kiedy będziesz mogła przygotować kolejny. Nie mam pojęcia, jak długo mogą tu naprawiać awarię. Podejrzewam, że na tej zabitej dechami wiosce dwa razy dłużej niż w cywilizowanym świecie.

Tak marudząc, przechodzimy do salonu i przyglądamy się stołowi. Głównie błyszczą na nim ogniki świec, których światło nurkuje w szkle kieliszków i ciepłym blaskiem odbija się od udających srebrne sztućców.

– Jak na te okoliczności to muszę przyznać, że dałyśmy radę. – Aneta głaszcze się po wypukłym brzuchu, który niespodziewanie pod cienką tkaniną sukienki zaczyna żyć własnym życiem.

Najwyraźniej moja wnuczka się obudziła i sprawdza wytrzymałość ścianek macicy, rozpychając się całą sobą.

– Mogę dotknąć?

– Jasne. – Aneta nadstawia brzuch w moją stronę.

Kładę dłoń na wypukłości i wyraźnie czuję, że jakiś mały obcy wędruje pod skórą.

– Dziwne uczucie, prawda?

– Śmieszne, jakby jelita się zbuntowały. Ale mała potrafi kopnąć tak mocno, że aż boli. Chciałabym mieć to już za sobą.

– Dasz radę. Jeszcze kilka tygodni i będzie po wszystkim.

– I wtedy się zacznie.

– O, to na pewno.

Do salonu wkracza Kamil w ciemnoszarej koszuli, czarnych spodniach i z jeszcze czarniejszym spojrzeniem. Dobrze, że sztucer Macieja jest zamknięty w sejfie, bo podejrzewam, że przyniósłby go z sobą i oparł o blat stołu.

– Że też musiałaś się zgodzić i zapraszać te baby – syczy przez zęby.

– Kiedyś i tak musiało do tego dojść, a tak będziemy to mieli z głowy.

– Jak tam chcesz, ale ja uważam, że to tylko strata czasu.

– Stało się i nie ma co marudzić.

Uświadamiam sobie, że nadal jestem w szarej rozciągniętej sukience i w dodatku potargana. Człapię z kieliszkiem czerwonego wina na piętro i odruchowo próbuję zapalić światło. Ze złością przypominam sobie, że nie ma prądu, i w coraz większych ciemnościach, pogłębionych przez zakamarki szafy, usiłuję wygrzebać cokolwiek, co miałoby znamiona elegancji. Szczęśliwie udaje mi się natrafić na nowy szary sweterek, który znakomicie podkreśla biust, za to nie uwydatnia fałdek, i granatowe dżinsy, w które po dwóch latach nienoszenia nareszcie się wbiłam. Choć ciasno opinają pupę, czuję się w nich jak zwycięzca. Wreszcie udało mi się zrzucić sześć kilogramów, które niechętnie żegnały się z moim ciałem, uporczywie o sobie przypominając. Zachęcona namiastką sukcesu dalej staram się trzymać diety, tylko czasami swawoląc w cukierni. Zresztą powinnam być również wdzięczna Arturowi za utratę wagi. Nic tak nie odziera z nadmiaru kilogramów jak stres, a dzięki niemu mam go coraz więcej. Jak tak dalej pójdzie, nie tylko schudnę, lecz także popadnę w niedożywienie, co jednak byłoby sporą przesadą.

Strój uzupełniam nowymi cielistymi szpilkami, które tylko w sklepie wydawały się skrojone na moją stopę. Teraz piją po bokach, a obcas jest tak wysoki, że aby zejść po schodach, muszę je zdjąć i nieść w ręku. Pokonuję biegiem ostatnie stopnie i rozważnie stawiam buty tuż przy kuchennych drzwiach, zakładając, że wskoczę w nie, dopiero gdy zadzwoni dzwonek, to znaczy gdy rozlegnie się pukanie do drzwi.

Aneta wygląda na równie zestresowaną jak ja, natomiast Kamil przypomina beczkę prochu, którą ktoś postawił przy ognisku.

– Co jesteś taki nabuzowany? – zaczepiam syna, nerwowo przeciągając szminką po wydętych ustach. Robię rybkę, przesuwam palcem po dolnej wardze i po krótkiej serii min odwracam się w stronę salonu.

– Zupełnie nie wiem, po co je tu ściągnęłaś.

– Przecież już o tym rozmawialiśmy.

– Nie oczekuj, że będę miły. Po tym, co zrobiły Anecie, nie mam zamiaru się starać i przy najmniejszej okazji wygarnę, co o tym wszystkim myślę. Teraz pewnie się do nas przyczepią i będą oczekiwać, że regularnie będziesz zapraszać je na obiadki.

– Tak nie będzie. Pomyśl, że robisz to dla swojej córki. Ma prawo poznać drugą babcię.

– Oczywiście! Tylko niech najpierw wylezie z brzucha, a potem zorientuje się, kto jest kim, nauczy mówić, chodzić i odróżniać złe od wrednego. Bardzo proszę! Ale teraz nie widzę powodu.

– To zrób to dla mnie. – Aneta niepostrzeżenie pojawia się za naszymi plecami i skubie rękawek cienkiej, połyskliwej niebieskiej sukienki.

– Tak ci na niej zależy?

– To moja mama.

– Matka, nie mama, to po pierwsze, a po drugie, co tak nagle zebrało ci się na sentymenty?

– Wiesz, że chciałabym się z nią pogodzić, a to może być dobry moment.

– Obie jesteście naiwne.

W blasku świec jego twarz staje się jeszcze bardziej purpurowa, a oczy ciemniejsze. Nie mogę nie przyznać mu racji, ale Aneta musi mieć poczucie, że ze swojej strony zrobiła wszystko dla dobra ich relacji. Zdenerwowana znowu sięgam po kieliszek czerwonego wina i sączę kilka łyków. Wkładam buty i spoglądam na zegarek. Jest już dziesięć minut po czasie i gdy zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle przyjadą, rozlega się dzwonek do drzwi i zapalają lampy w kuchni i salonie. Mamy prąd! Prysnął urok świec, za to światło obnażyło mizerię ustawionych na stole potraw. Garstka śledzi, odrobina sałatki i sterty średnio apetycznych kanapek. Wszystko to bardziej przypomina zaczyn studenckiej balangi niż pierwsze spotkanie w nowym rodzinnym gronie.

Wyluzowany Maciej, w lekko rozpiętej koszuli z podwiniętymi rękawami, boso podchodzi do drzwi i jowialnie zaprasza gości:

– Witamy, zapraszam. Ale pogoda, prawda?

Oficjalne, ostre „dzień dobry” niesie się po domu i wbija szpilką w optymizm, który usiłowałam z siebie wykrzesać.

– Mam nadzieję, że panie nie zmokły.

– Oczywiście, że nie. Przyjechałyśmy samochodem i mamy parasole.

Stukot obcasów zapowiada rychłe pojawienie się gości. Niechętnie zbieram się w sobie, powtarzając w myślach, że wyglądam super i nie ma się co przejmować. Spotykam się twarzą w twarz z klonami, które zaledwie nieznacznie różnią się wiekiem, na progu salonu. Obie wyglądają jak bohaterki niskobudżetowego amerykańskiego filmu o perypetiach miłosnych zdesperowanych czterdziestek. Takie same nienaturalnie powiększone usta, napompowane piersi, natapirowane blond włosy, rozjaśnione niemal białymi kosmykami, i kości policzkowe rodem z meksykańskiej telenoweli gangsterskiej, którymi można by obierać ziemniaki. Oszołomiona właśnie się zastanawiam, jak wygląda świat oglądany zza dwóch poduszek skóry, które niemal przesłaniają oczy, gdy jedna z kobiet mówi:

– Dzień dobry.

Przez chwilę trwam w zawieszeniu, zupełnie jakbym rozważała, co należy odpowiedzieć, wreszcie przełykam ślinę i z udawaną radością mówię:

– Dzień dobry. Zapraszamy. Anna Kruchta, mama Kamila.

– Mariola, a to moja córka Anita.

Mariola przedstawia się, nie patrząc ani na mnie, ani na stojącą za mną Anetę, całkowicie pochłonięta lustrowaniem każdego zakamarka i każdej płaszczyzny salonu.

– Cześć, mamo. – Aneta i jej okrągły brzuch wykonują krok w stronę gości, jednak obie kobiety zdawkowo odpowiadają „cześć”, bez najmniejszego spojrzenia na dziewczynę.

Niemal słyszę skrzenie iskier i wyczuwam, że Aneta kurczy się w sobie, nie wiedząc, co ma zrobić. Podejść do matki, może się wycofać czy pozostać nieco za moimi plecami? Stwierdzenie, że ich relacje są napięte, byłoby niedopowiedzeniem roku.

– Zapraszamy do stołu. Czego się napijecie? Kawa, herbata, coś zimnego?

– Może wina? – Maciej, nim podejdzie do stołu, sięga po stojące nieopodal butelki.

Kamil dla odmiany siada pierwszy przy stole, zajmując najodleglejsze miejsce. Wiem, że ma świadomość, że zachowuje się niegrzecznie, ale nie mam mu tego za złe. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak trudne będzie to spotkanie.

– Mariola, siadaj, proszę, tutaj. – Wskazuję miejsce pod ścianą, z widokiem na salon i królujący w nim kominek, jednocześnie zachęcam Anitę, by zajęła miejsce koło matki.

Ta jednak ostentacyjnie odmawia i siada na moim krześle u szczytu stołu, czym odbiera mi nieco pewności siebie i sprawia, że przestaję gówniarę lubić. W dodatku cholerne nowe buty mocno mnie uwierają, więc pospiesznie zajmuję pierwsze z brzegu wolne miejsce. Jeśli one nie liczą się z niczym i nie szanują nas jako gospodarzy, nie ma spawy, potrafię o siebie zadbać. Mój szary sweterek, który miał być seksownym wdziankiem, przy ich odważnych dekoltach, niemal obnażających sutki wygląda bardziej niż skromnie. W dodatku obie zawiesiły na szyjach takie ilości złotych łańcuszków, że przypominają kolczugę, która niemal w całości przykrywa spaloną w solarium skórę.

– Przepraszam za skromną kolację, ale przez kilka godzin nie mieliśmy prądu i nie mogłam nic ugotować.

Mariola potrząsa głową, jakby tylko w ten sposób mogła oderwać wzrok od pozłacanych filiżanek upchniętych w niewielkiej witrynce nieopodal drzwi na taras. Ze zdziwieniem dostrzegam, że żaden z kosmyków ujarzmionych lakierem wraz z grzywką nie odchylił się choćby o milimetr, podczas gdy moje świeżo umyte włosy stale wpadają mi w oczy.

– Nic się nie przejmuj, następnym razem przygotujesz coś bardziej wykwintnego, choć muszę uczciwie przyznać, że jadąc na wieś, liczyłam choćby na świeże jaja. No ale co zrobić, skoro nie mieliście prądu…

Patrzę na nią z rozdziawionymi ustami, zastanawiając się, czy dobrze słyszę, czy mam jakieś omamy.

– Mogę ugotować wam kilka jajek, jeśli macie ochotę.

– Teraz? Nie, daj spokój. Lepiej posiedź z nami przy stole. Najgorsze, co może być, to gdy gospodyni zamiast z gośćmi spędza czas przy garach.

Zdaje się, że nawet do Macieja zaczyna coś powolutku docierać. Na bank biedak nie wie, o co chodzi, ale podskórnie zaczyna wyczuwać, że coś jest nie tak. Pewnie dlatego szybko wcina się w tę wymianę zdań, powtórnie dopytując, co podać do picia.

– Woda, herbata? Na co macie ochotę?

– Wspominałeś o winie.

– Oczywiście. Białe czy czerwone?

– A różowego nie masz?

– Niestety nie, ale polecam białe, prosto z Włoch.

– A nie jest cierpkie?

– Wybornie wytrawne.

– No dobrze, to nalej mi lampkę.

– Mamo, nie przyjechałyście samochodem? – Aneta niespokojnie przygląda się Marioli.

– I co z tego? Co ty się nagle zrobiłaś taka odpowiedzialna? Nie mogłaś taka być, jak szłaś z nim do łóżka?

– Mamo, przestań.

– Z czym mam przestać? Przecież to prawda. A o samochód się nie martw. Wrócimy taksówką, jeszcze nas na to stać.

Atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Buty piją mnie tak, że dyskretnie zsuwam je ze stóp, i daję znaki Maciejowi, że natychmiast muszę się napić, bo inaczej nie zniosę tej kobiety pod własnym dachem.

– Może sałatki? Częstujcie się.

Sięgam po miseczkę z pokrojonymi w kostkę warzywami, obficie zalanymi majonezem, z warstwą grubo mielonego pieprzu na wierzchu. Podsuwam ją Marioli, ona jednak z niechęcią wykrzywia usta i oświadcza, że jest na diecie i nie je TAKICH rzeczy. Zamiast na groszku w sałatce skupiam się na jej twarzy wyglądającej jak kawał tektury, w której ktoś wyciął otwory na usta i oczy, przy okazji je podbijając dzikimi cieniami w kolorze głębokiego błękitu i szminką o barwie świeżej krwi. Gdy mówi, nie drga jej żaden mięsień, nie pojawia się najmniejsze załamanie skóry, o zmarszczce nie wspominając.

– To może śledzika?

– Nie jadamy ryb. Tym bardziej śledzi, to takie pospolite. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, w jak zanieczyszczonych akwenach się je hoduje. To czysty antybiotyk w śledziowej skórze. My z Anitką jadamy tylko łososie atlantyckie.

– Które nigdy nie widziały Atlantyku – syczy pod nosem Kamil, a ja udaję, że tego nie słyszę.

Wszystko się we mnie gotuje. Po kolejnych propozycjach kanapek z serem, szynką, domowej roboty dżemem wreszcie obie decydują się na kromki chleba z wiejskim masłem. Przynajmniej tak się im wydaje, bo masło kupił w pobliskim Lidlu wracający w pośpiechu do domu Maciej. Nie ma mowy o gawędzeniu o naszych dzieciach, domach, pracy, o tym, że miło się spotkać. Nic z tych rzeczy. Wygląda to raczej jak spotkanie w obecności prawnika mającego odczytać testament, do którego żadna ze stron nie ma zamiaru się zastosować.

– I jak się sprawuje Aneta? – Po kolejnym kieliszku wina, tym razem czerwonego, bo białe okazało się jednak zbyt wytrawne, Mariola porusza temat, który nie był przewidziany na dzisiejszy wieczór.

– Sprawuje? O co pani chodzi? – Kamil gwałtownie się prostuje i przygląda kobiecie z niechęcią.

– Kamil, daj spokój.

– Przecież ona zachowuje się tak, jakby Anety tu nie było!

– Gratuluję wychowania syna. – Mariola patrzy na mnie z satysfakcją, nie mając świadomości, że moje podniebienie robi się coraz bardziej czarne i powoli spuszczam ze smyczy buldoga, który miał przekimać to spotkanie.

– Dajcie spokój. – Maciej usiłuje załagodzić, ale zamiast tego osiąga wręcz odwrotny skutek.

– Chyba nie spotkaliśmy się tu na pitu-pitu, tylko ustalić, co dalej.

– Z czym? Mamo, co ty mówisz? – Pobladła Aneta przygląda się siostrze z nadzieją, że ta się za nią wstawi.

Tymczasem Anita milczy, z zadowoleniem popatrując to na Kamila, to na siostrę, jakby w najlepsze bawiła się ich konsternacją.

– Skoro nie chciałaś usunąć ani oddać dziecka jakiejś przyzwoitej rodzinie, to jak to sobie dalej wyobrażasz?

– Już o tym rozmawiałyśmy.

– A co będzie, jak Kamil kogoś pozna i będziesz musiała się wyprowadzić? Co wtedy zrobisz? Na mnie nie masz co liczyć. Może jednak oddasz tego dzieciaka do adopcji?

– Dosyć. – Potykam się o buty, ale udaje mi się utrzymać równowagę i wstaję, mocno zapierając się o blat stołu. – Jeśli chcesz kogoś obrażać, to nie w tym domu.

– A co ja takiego powiedziałam?

– To dziecko będzie twoją wnuczką. Sądziliśmy, że to dobry moment, żeby się spotkać i mimo różnic poglądów się pogodzić.

– Ale ja się nie kłócę.

– To świetnie, szkoda tylko, że zerwałaś kontakt z córką!

– A dziwisz się? Po tym, co zrobiła?

– Tak, niezmiernie się dziwię i nie mogę tego zrozumieć.

– To nie twoja sprawa.

– Aneta jest dla mnie jak córka i jej sprawy są moimi.

– O, jak szlachetnie.

– Jeśli nie chcesz z nią kontaktu, to po co przyjmowałaś zaproszenie?

– Bo miałam nadzieję, że przemówię jej do rozumu.

– Twoje dziecko ma bardzo poukładane w głowie i nie musisz jej do niczego przemawiać. Raczej bym się skupiła na refleksji dotyczącej twojej, a w zasadzie waszej postawy.

– To jest nasza sprawa, jakie z kim mamy kontakty. – Mariola jak gdyby nigdy nic podsuwa Maciejowi pusty kieliszek, dając znać, że oczekuje dolewki.

– Fantastycznie, że się wreszcie określiłyście. Więc od dzisiaj przestajesz jeździć po Anecie i zawracać jej głowę swoimi pretensjami, a ona ma prawo cię ignorować.

– Nie będziesz mi mówiła, co mam robić.

– Oczywiście, że nie! Usiłowałam zrozumieć twoje postępowanie i nie potrafiłam, ale teraz przynajmniej wiem, że ani my, ani tym bardziej Aneta nie mamy w stosunku do was żadnych zobowiązań.

– To się jeszcze okaże.

– Nie, moja droga, to ty masz obowiązek utrzymywać i wspierać córkę, a skoro tego nie robisz, pomożemy Anecie wyegzekwować to na drodze prawnej. Dopóki nie skończy szkoły.

– To jej akurat nie grozi. Jak ją znam, nie skończy nawet liceum. Nic tu po nas. Zmarnowałyśmy tylko czas. Chciałam zobaczyć, jak mieszkacie, i tyle. Miałam nadzieję, że jednak oddasz dziecko, tym bardziej że tamci ludzie nadal czekają i chcą zapłacić ci za donoszenie ciąży hojniej, niż proponowali wcześniej.

– Wynocha! – W Kamila wstąpił samiec alfa, który z obnażonymi kłami dostrzegł ofiarę i nie ma zamiaru puścić jej wolno. – Wynocha z naszego domu i nie waż się więcej nękać Anety!

W tym momencie z cichym pstryknięciem gasną wszystkie światła i na powrót zalewa nas ciepły blask świec, który zupełnie nie przystaje do chłodnej atmosfery.

– Musimy zamówić taksówkę.

– To zamawiajcie. Możecie na nią poczekać w samochodzie.

– No wiesz?! Anita, wychodzimy! Nasza noga więcej tu nie postanie.

– Mamy taką nadzieję – mówię dobitnie, bijąc sobie w myślach brawo, że pierwszy raz w życiu jestem tak niemiła, tak asertywna i pewna tego, co mówię.

Anita, która nie wydusiła z siebie ani słowa, równie milcząca wychodzi niczym kaczuszka za kaczką, krok w krok za matką, nie żegnając się z nikim.

Zostajemy w cichym, ciemnym domu sami, oszołomieni tym, co przed chwilą się stało. Nikt z nas nie zakładał takiego obrotu wydarzeń i chyba wszyscy czujemy się głupio. Aneta zaczyna cicho płakać i przepraszać za matkę. Na nic zdają się zapewnienia, że to nie jej wina. Dziewczyna przez długi czas nie potrafi się uspokoić. Kamil przytula ją w kącie na kanapie, a my z Maciejem powoli znosimy brudne naczynia do kuchni, wymieniając między sobą tylko spojrzenia.

Wreszcie Aneta przestaje szlochać i głośno oświadcza, że nie ma zamiaru dalej skomleć o uwagę matki. Oddycham z ulgą i cieszę się, że wreszcie przestaniemy się zastanawiać, co i jak można by zrobić, żeby ich relacje były choć poprawne. Okazuje się, że nie mamy na to ani wpływu, ani sposobu.

***

Aneta czuła się wytrącona z równowagi. Miała wrażenie, że wraz z dzisiejszym nieudanym wieczorem umarły jej matka i siostra. Że są jej zupełnie obce, że ona dla nich nie jest kimś ważnym, kto zasługiwałby na troskę i zainteresowanie. Że matka odcięła ją od całej rodziny, nielicznych ciotek i jeszcze mniej licznego kuzynostwa, i niespodziewanie doznała olśnienia, że wcale jej tych ludzi nie brakuje. Że nie interesują jej ich sprawy, kłopoty i radości, czy kupili nowe meble albo się ożenili, czy byli na wakacjach i co myślą o zagrożeniach, jakie niosą nowe technologie. Nie wiedziała o nich nic. A za sprawą Marioli oni wiedzieli o niej równie niewiele, co w arytmetycznym rachunku dawało wynik zero. I tylko należy nauczyć się z tym wielkim zerem żyć i stworzyć sobie własny świat. Za chwilę urodzi się mała i Aneta miała nadzieję, że nie starczy jej czasu na myślenie o innych kwestiach.

– Kamil, sorry za moją matkę.

– Nie zamulaj, nie spodziewałem się niczego innego.

– I co teraz zrobimy?

– A co niby chcesz robić?

– Sama nie wiem. To takie głupie uczucie.

– Wiem, mała, ale jakoś musisz to w sobie przerobić. Zobaczysz, minie trochę czasu i to jej będzie zależało na kontakcie z tobą.

– Nie sądzę.

– Jeszcze wspomnisz moje słowa, a wtedy to ty będziesz rozdawać karty.

– Ale ja wcale tego nie chcę.

– Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. W zasadzie akurat tego nie dostajemy. Myśl pozytywnie.

– Szkoda, że Anita nie stanęła po mojej stronie.

– Żartujesz? Ta tępa dzida? Widziałaś, jak wyglądała?

– Yhm.

– Obie wyglądały jak dwa tandetne pudła wprost z odpustowego kramu. Matka pewnie jej na wszystko pozwala i daje kasę, żeby zobaczyła, jaka jest świetna.

– Niby po co?

– Żeby pokazać, jaka byłaś głupia, że tego nie dostrzegałaś!

– Przecież mnie nigdy tak nie traktowała.

– Dobra, daj spokój, i tak tego nie ogarniesz. Mam tylko nadzieję, że nasze dzieciaki nie będą skakać sobie do oczu.

– Dzieciaki? To masz w planach więcej?

– A dlaczego nie?

– Bo nie przeżyję porodu.

– Oszalałaś?!

– Wiesz, jak to boli?

– Dadzą ci przecież coś przeciwbólowego.

– I twoim zdaniem to wystarczy?

– Skąd mam wiedzieć? Nigdy nie rodziłem. Muszę cię o coś zapytać. Co byś powiedziała, gdybym poszedł do wojska?

– Że cię pogięło! Coś ty znowu wymyślił?

– Tak sobie pomyślałem, że to gwarancja stałej pracy.

– Kamil, błagam, powiedz, że to nie na poważnie.

– Sam nie wiem.

– Przecież znikniesz na miesiące, co ja zrobię sama?

– To mnie trochę powstrzymuje, ale…

– Nie ma żadnego ale! Proszę, nie bądź taki, nie zostawiaj mnie.

– Mieszkałabyś z rodzicami, nie byłabyś sama.

– Ale bez ciebie! Myślałam, że raczej mi się oświadczysz, a nie że będziesz myślał o ucieczce.

– A chciałabyś?

– Nie wiem.

Co niby miała mu powiedzieć? Że teraz, gdy zupełnie straciła nadzieję na pogodzenie się z mamą i pośrednio siostrą, czuje się jak rozbitek na wielkim, niespokojnym morzu. Że chce mieć pewność, że ktoś się nią zaopiekuje, że liczy na ślub? Przecież tego mu nie mogła wyjawić. Zresztą wiedziała doskonale, co by powiedział: że to tylko papier, który niczego nie zmienia, że miłości nie trzeba formalnie przypieczętowywać, może nawet by wspomniał, że jako samotna matka dostanie jakieś dodatkowe świadczenia od państwa, i wreszcie, że nie mają na to pieniędzy.

Bała się jego dziwnych pomysłów i braku konkretnego planu na przyszłość. To, co było w nim fascynujące pod balkonami bloku, gdzie spotykał się z całą paczką, w realnym życiu stawało się przeszkodą. Ten cały luz, życie z dnia na dzień, żadnych wartości poza dobrem własnym i wieczna zabawa.

Wyjęła z kąta matę do jogi, usiadła na drewnianym klocku, skrzyżowała nogi i przymykając oczy, skupiła się na oddechu. Mimo że regularnie nad nim pracowała, dziś nie potrafiła opanować tej odrobiny powietrza, które rozpychało jej płuca, żeby przynieść sobie ulgę. Niespokojne myśli przepływały przez jej umysł niczym stado rozwrzeszczanych kruków.

***

Artur znikąd pojawia się tuż przede mną na chodniku, gdy właśnie mam przejść na drugą stronę ulicy, by dotrzeć do biura. Jestem w takim szoku, że tylko siłą woli powstrzymuję się od wrzasku.

– Cześć, słońce, unikasz mnie?

– Skąd! – dyszę, sama nie wiedząc, czy bardziej z zaskoczenia, czy ze strachu, że ktoś nas zobaczy i będzie dociekał, z kim rozmawiałam. – Zamyśliłam się. Co ty tu robisz o tej porze? – Mam ochotę dodać: co robisz w moim mieście, na mojej ulicy i dlaczego mnie śledzisz, ale rozsądnie przemilczam kolejne kwestie, skupiając się na tu i teraz.

– Wyszedłem pobiegać i miałem nadzieję, że cię spotkam.

Dopiero teraz dostrzegam czarne sportowe obcisłe spodenki i białą oddychającą koszulkę.

– No to spotkałeś i możesz biec dalej.

– Wcale nie. Właśnie się zastanawiałem, czy zjesz ze mną lunch.

– Artek, już ci mówiłam, że to nie jest najlepszy pomysł, żeby spotykać się na mieście. Jeszcze ktoś nas zobaczy.

– I wreszcie skończymy z tym udawaniem. O niczym innym nie marzę. Jak długo można odchodzić od męża? Tylko nie mów, że Aneta zaraz będzie rodzić i nie możesz jej zostawić.

– Ale to prawda.

– A co z nami?

– Dobrze jest, jak jest. – Spoglądam na niego uważnie, nie rozumiejąc, co sprawiło, że kilka miesięcy temu tak mnie ujął i w sobie rozkochał. Najchętniej cofnęłabym czas, nie zakładała konta na portalu randkowym i wreszcie nie pożyczała tak dużych pieniędzy, żeby go wyciągnąć z życiowych tarapatów. Ale stało się inaczej. Nie dość, że się w nim zadurzyłam, to pozwoliłam sobie na długotrwały romans i bardzo satysfakcjonujący, choć okazjonalny seks. Jak idiotka poszukiwałam dowartościowania, a znalazłam wielki problem, którego nie dało się ani pozbyć, ani rozwiązać, który w dodatku o poranku zmaterializował się tuż pod drzwiami firmy. Tego mi jeszcze tylko brakowało, żeby któraś z wścibskich koleżanek nas dojrzała. Niespodziewanie uświadamiam sobie, że moje myśli zaczynają się i kończą na nim, ale zamiast jak dawniej na niego czekać, teraz spanikowana zastanawiam się, jak mu umknąć.

– Tobie jest dobrze, bo grasz na dwa fronty, ale nie mnie! Czekam na ciebie tyle miesięcy i tylko to trzyma mnie przy życiu, a ty się mną bawisz!

– Możemy porozmawiać o tym później? Naprawdę spieszę się do pracy.

– Zbywasz mnie?

– Nie, no coś ty?

– To dlaczego wczoraj wieczorem nie oddzwoniłaś?

– Maciej siedział cały czas w domu.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– A powinieneś. Może zobaczymy się w mieście tak około czternastej. Mam spotkanie z klientem na Starym Rynku i moglibyśmy przy okazji coś zjeść.

– Jeśli jestem dla ciebie czymś tylko „przy okazji”, to trudno, ale wolałbym być „przede wszystkim”.

Artur potrząsa bukietem dredów, które dziś ujarzmia zielona bandanka, i przygląda mi się uważnie tymi swoimi wielkimi oczami. Jak zwykle zanurzam się w jego czarnych źrenicach i czuję coś tak dziwnego, co sprawia, że miałabym ochotę rzucić dla niego wszystko, tak że resztkami sił muszę się opanować, by nie biec za nim, tylko spokojnym krokiem ruszyć do drzwi wejściowych firmy. To takie irracjonalne. Z jednej strony mam świadomość, że jest dla mnie zagrożeniem, z drugiej natomiast poszłabym za nim na koniec świata.

Niespodziewanie Artur woła mnie ponownie. Odwracam się rozkojarzona, a on sprężystym krokiem podchodzi i wręcza mi małą paczuszkę. Połyskliwy papier w różnokolorowe baloniki i zawiązana na nim niewielka wstążeczka najwyraźniej świadczą o tym, że to prezent.

– Tak na mnie działasz, że prawie zapomniałem, że mam coś dla ciebie.

– Dla mnie? – Nie mogę się nadziwić, bo wcześniej nie otrzymywałam od niego żadnych prezentów, nie licząc tych polnych kwiatów, a raczej kwitnących chwastów, które zebrał na jakiejś leśnej polanie, a które wtedy zdawały się piękniejsze od tysiąca róż.

– Co się tak dziwisz? Nie mogę zrobić ci prezentu?

– Nie, no, oczywiście, tylko jestem zaskoczona – bełkoczę niepewnie, zastanawiając się jednocześnie, co może skrywać ozdobny papier.

– Prezenty niespodzianki z natury nas zaskakują. Zobacz lepiej, czy ci się podoba.

– Teraz?

– Oczywiście. Jestem ciekawy czy trafiłem.

Pospiesznie rozrywam papier, myśląc, kto też obserwuje mnie teraz z okien biurowca, i jeśli jest to Agata, to z pewnością za jej plecami stoi już pół firmy z nosami wklejonymi w szybę. Nastawiam się na bransoletkę z koralików, może jakiś niewielki kubeczek do kawy, ale z pewnością nie na… budzik.

– O! Budzik – mówię ni to zdziwiona, ni to zawiedziona.

– Podoba ci się?

– Jest śliczny. – Łżę jak pies, bo co może być ładnego w zwykłym czarnym plastikowym budziku z niebieskim wyświetlaczem?

– Wiedziałem, że ci się spodoba.

– Dzięki, nie musiałeś.

– Niech odlicza czas do chwili, kiedy będziemy mogli być razem.

– Artur…

– Nic nie mów. Obiecaj tylko, że postawisz go na stoliku nocnym.

Tyle mogę obiecać. Nie wygląda ani jakoś szczególnie podejrzanie, ani na prezent od kochanka, więc co mi szkodzi korzystać z niego o poranku.

– Obiecuję. Ale teraz naprawdę muszę już iść.

– Będę czekał.

Jak na złość tuż pod drzwiami firmy wpadam na Marlenę, która jak zwykle odziana w zbyt kusą, ciasną sukienkę, za to z nadmiarem makijażu i tapiru wysiada ze swojego ostatniego nabytku, czarnego mercedesa cabrio. Jest mi obojętne, w ile wyciąga do setki, ile pali i jaki to model, ale biorąc pod uwagę zachwycone spojrzenia mijających go mężczyzn, musi to być naprawdę niezła bryka.

– Dzień dobry, a z kim to tak dyskutowałaś?

– Dzień dobry. – Kulę się w sobie. Miałam nadzieję, że nas nie dostrzegła, a teraz w panice zastanawiam się nad odpowiedzią. Wreszcie decyduję się uznać Artura za dalekiego kuzyna, który niespodziewanie nas odwiedził.

– Całkiem przystojnych facetów masz w rodzinie. A czym kuzyn się zajmuje?

– Jest ekologiem.

– Cudownie! Człowiek z misją! Koniecznie musisz mnie z nim poznać.

– Może kiedyś. Artur niebawem wyjeżdża.

– Co za szkoda, no, ale nic straconego. Jak tylko wpadnie do Poznania, dawaj znać. Zawsze pociągały mnie niepokorne dusze.

Rozważam, czy przedsiębiorcę zajmującego się utylizacją odpadów można nazwać niepokornym, i dochodzę do wniosku, że raczej trzeba dużej wyobraźni, żeby do tej kategorii zakwalifikować sporo starszego od szefowej i ociężałego tak fizycznie, jak i umysłowo Mariusza Wilka.

Uprzejmie nie dzielę się tymi spostrzeżeniami i wlokę krok za nią do windy. Niebotycznie wysokie czerwone szpilki, ozdobione zapewne kryształkami Swarovskiego, bo migotliwie odbijają każdy promyk światła, z trudem dźwigają jej posągową postać. Wyćwiczone na siłowni uda nic nie straciły ze swej objętości, za to łydki ukształtowały się w dwa wielkie mięśnie, które teraz pieczołowicie obciska pończocha zdobna szerokim szwem układającym się w krzywą linię. Nie wiem, jak ona wytrzymuje w tych subtelnych nylonach panujące upały, ale nie jest mi dane dłużej się nad tym zastanawiać, bo właśnie zostaję poinformowana o całej liście spraw, których musimy dopilnować. To znaczy ja muszę. Ona tylko je z siebie wyrzuca z prędkością karabinu maszynowego, ja natomiast powinnam je spamiętać, opracować i pod koniec dnia zaprezentować wyniki. W sumie nawet się cieszę, że jestem zawalona taką ilością tematów, bo dzięki temu nie będę miała czasu myśleć o Arturze.

Odbieram segregator z dokumentami od sekretarki i zjeżdżam windą na parter, gdzie od niedawna mam swoje nowe biuro. Czuję się w nim trochę jak małpa w zoo, bo przez panoramiczne okno wychodzące wprost na ulicę i chodnik doskonale widać, czym się zajmuję. Mam wrażenie, że co bystrzejsi spacerowicze są nawet w stanie przeczytać pisanego przeze mnie mejla. Tradycyjnie opuszczam podniesioną przez sprzątaczkę roletę i po chwili mogę dostrzec co najwyżej ich łydki. Idealny układ. Gdy nie widzę twarzy nad nimi, ludzie wydają się milsi i przyjaźniejsi. Po fasonie butów, ich kolorze i stopniu wypastowania usiłuję odgadnąć, do kogo należą: prawnika, emerytki, młodej dziewczyny czy studenta. Zazwyczaj się nie mylę. Jedynie sporadycznie zaskakuje mnie inwencja ich właścicieli, którzy nad wygodę i pospolitość przedkładają atrakcyjność i oryginalność.

Zagłębiam się w umowę dotyczącą najmu aż pięciu kawalerek w pobliskim bloku i nie zauważam, że ktoś przystanął tuż za ramą witryny. Wreszcie, czując na sobie czyjś wzrok, spoglądam w bok i przez nanosekundę dostrzegam znikające dredy. Cholera jasna, on ciągle tu jest. Pospiesznie chwytam komórkę i piszę esemesa.

Odbiło Ci? Znikaj stąd, już wyczaiła Cię szefowa.

Kocico, pięknie wyglądasz.

Dzięki, ale nie możesz tu sterczeć! Widzimy się o 14.00.

Nie denerwuj się, już znikam. A tak przy okazji, ta Twoja szefowa to całkiem niezła babka.

Spadaj.

Ukłucie zazdrości przeszywa mnie na wylot. Mimo że Artur staje się coraz większym zagrożeniem dla mojej wolności, małżeństwa i portfela, myśl, że mógłby związać się z kimś innym, jest co najmniej przykra. Zamiast skupiać się na zapisanych drobnym druczkiem podpunktach na ostatniej stronie dokumentu, myślę o Arturze i o tym, jak powinna ewoluować nasza znajomość. Niechętnie muszę przyznać przed sobą, że równie często myślę o staraniach Macieja i mam coraz więcej wątpliwości, czy powinnam brnąć w ten romans.

Klient, z którym spotykam się w mieście, jest rentierem, który w wieku dwudziestu kilku lat zgłasza pretensje do całego świata. Niby chce sprzedać mieszkanie, ale ma całą litanię wydumanych zastrzeżeń i oczekuje ode mnie, że wskoczę w rolę doradcy finansowego i psychologa jednocześnie i ocenię, jak jego życie ułoży się za dziesięć lat i czy w związku z tym lepiej zatrzymać nieruchomość, czy jednak nie. W dodatku jest pełen fochów, nonszalancji i gówniarskiej, nieuzasadnionej pewności siebie.

Wychodzę zniesmaczona, z przykrą świadomością, że będę musiała spotkać się z nim ponownie. Tymczasem jesienny wiaterek ciągnie mnie za sukienkę. Po upalnym lecie jest przyjemną, dającą wytchnienie odmianą. Nie powiem, żebym tęskniła za zimą, ale tegoroczny skwar zupełnie mnie wykończył. Zamyślona, co chwila potykam się na nierównym chodniku i wreszcie docieram na randkę z Arturem. Cieszę się na chwilę relaksu po spotkaniu z klientem. Artur, który z braku innych zajęć spędza pół dnia na siłowni, opalony podczas licznych protestów na łonie przyrody, kiedy to z prawdziwą pasją przykuwa się do drzew i harwesterów, wygląda jak przepełniony testosteronem samiec, który tylko czyha na ofiarę. Jego mięśnie wyraźnie się zarysowują pod czarnym, jak na moje oko zbyt małym, T-shirtem. Nieustannie mnie zdumiewa, że gdy tylko facet wypracuje najmniejszy zarys bicepsu, za wszelką cenę musi go podkreślić opiętą tkaniną, która czasami wygląda jak namalowana na skórze. Prężę się z dumy, że Artur należy do mnie i że to właśnie ja jestem jego wybranką. Co prawda odkryłam, że jego męskość kończy się na poziomie fizycznym, bo mentalnie coraz częściej przypomina rozwaloną burzą hormonów nastolatkę, ale przecież nikt poza mną o tym nie wie. Wyłapuję ciekawskie spojrzenia dwóch wciśniętych za bar młodych kelnerek, które coś tam między sobą szepczą, zapewne zdziwione, że takie ciacho spotyka się z kimś tak niepozornym jak ja.

Artur na mój widok odkłada gazetę i lekko się unosząc, zaprasza, bym usiadła. Opadam z ulgą na wytarte krzesło z mocno zapadniętym siedziskiem. Mimo grubej warstwy cellulitu wyraźnie czuję niepokorną sprężynę, która usiłuje wwiercić się w mój pośladek. Zupełnie nie mogę zrozumieć mody na urządzanie kawiarni starymi gratami i strasznie wytartymi dywanami. Niby ma to swój urok, ale mnie przede wszystkim kojarzy się z bałaganem i kurzem. Usiłuję wpasować się między ramę krzesła, sprężynę a stojącą z tyłu lampę z wielkim, obszytym frędzlami abażurem w kolorze sraczki. Czuję się jak u ubogiej ciotki na wsi, której dawno nikt nie odwiedzał.

– Hej. Długo czekasz?

– Siedzę tu jak głupek od godziny.

Nie jestem pewna, czy tylko mnie o tym informuje, czy jest to zarys pretensji. Niestety działa to na mnie jak płachta na byka. Miałam ciężki dzień w pracy, a spotkanie z klientem smarkaczem tylko spotęgowało zły nastrój.

– To po co przychodziłeś tak wcześnie? Przecież uprzedzałam, że skończę dopiero po czternastej.

– A co twoim zdaniem miałem robić? – Artur spogląda na mnie nieco zdziwiony i widzę, jak jego ciało się usztywnia.

– Nie wiem. Artur, proszę, nie zaczynaj.

– Widzisz. Znowu uciekasz od tematu. Gdybyśmy razem zamieszkali, mógłbym na przykład ugotować obiad.

– Ale na razie nie mieszkamy.

– Bo nie chcesz.

– Już o tym rozmawialiśmy. Wiesz, że to nie takie proste.

– A może ty nie chcesz niczego zmieniać? Może tak ci dobrze.

– Nie, i wiesz o tym doskonale. Sorry, ale miałam ciężki dzień w pracy i chyba nie mam ochoty na takie dyskusje.

– Kochanie, przecież nikt tu nie dyskutuje. Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy cała będziesz moja. – Pochyla się nad stolikiem, nieco się unosi, by sięgnąć do moich ust, i składa na nich długi namiętny pocałunek.

Kelnerki patrzą na nas oniemiałe, a ja rzucam na nie okiem z głupią satysfakcją. Pewnie podejrzewały, że z taką raszplą mógł się spotkać tylko na gruncie zawodowym, a tu proszę… Trochę jestem zaskoczona, że Artur pachnie piwem, ale trudno mu się dziwić: skoro tyle ćwiczy, ma prawo do odrobiny luzu. Odsuwam się od niego i skupiam na menu wyglądającym jak strzęp komunistycznej gazety.

– Zamówiłeś coś?

– Nie, czekałem na ciebie.

Niespiesznie przeglądam kartę i łapię się na zupełnie zbędnej w tej chwili refleksji, że nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam w knajpie z Maciejem. Przeganiam ją czym prędzej jak papierosowy dym i skupiam się na długiej liście sałatek. Wreszcie decyduję się na firmową zapiekankę z serem pleśniowym i orzechami. Artur twierdzi, że nie naje się zieleniną, i po chwili na jego talerzu ląduje połówka kaczki z trzema pyzami, w wianuszku tartych buraczków z chrzanem. Jestem w szoku, bo niespodziewanie miejsce zdeklarowanego wegetarianina zajmuje łakomy mięsożerca. W myślach podsumowuję rachunek, który najpewniej będę musiała zapłacić, ale nie chcąc stresować Artura, nie wspominam, że mam ograniczone środki na koncie. Kredyty, które jeszcze przez najbliższe pięć lat będę spłacać, pochłaniają lwią część moich dochodów i po zapłaceniu trzech rat nie zostaje mi zbyt wiele. W dodatku powinnam liczyć się z tym, że Artur, który nadal nie może znaleźć pracy, też może potrzebować mojego wsparcia.

– Może zostaniesz u mnie na weekend?

Artur zaskakuje mnie tą propozycją w chwili, gdy przełykam zieloną oliwkę, tak że prawie się duszę.

– Jak to na weekend?

– Normalnie. Powiesz, że gdzieś wyjeżdżasz, i zrobimy sobie domówkę. Tylko ty i ja. Nawet nie musielibyśmy wychodzić z łóżka.

Jestem spanikowana perspektywą spędzenia z nim weekendu w łóżku, mając świadomość, że pod blokiem, w którym Artur obecnie mieszka, regularnie przejeżdża w drodze do i z pracy Maciej. Zresztą co miałabym powiedzieć w domu?

– Brzmi kusząco, ale nie dam rady się wyrwać. Mamy gości w sobotę.

Artur znowu sztywnieje i podświadomie czuję, że za chwilę wyleje na mnie wiadro żółci.

– Świetnie. Nie przejmuj się, że kolejny sobotni wieczór spędzę sam.

– Artur…

– Zupełnie nie wiem, po co się przeprowadzałem. Chciałem być bliżej ciebie, ale najwyraźniej dla ciebie nie ma to najmniejszego znaczenia! Masz sos na brodzie.

Pospiesznie sięgam po serwetkę. Miałabym ochotę się za nią schować, bo coraz głośniejsze pretensje Artura na powrót przyciągają uwagę kelnerek i niespodziewanie dochodzę do wniosku, że noszenie burki w takich sytuacjach byłoby idealnym rozwiązaniem.

– Nie ja cię tu ściągałam i nie obiecywałam, że wszystko się zmieni z dnia na dzień. – Odechciało mi się jeść i najchętniej wybiegłabym, nie oglądając się za siebie.

– A mnie się wydaje, że chcesz zostawić wszystko po staremu. Niby narzekasz i marudzisz, że źle ci w małżeństwie, ale jak przychodzi co do czego, to nie chcesz z niego zrezygnować. Sorry, ale ja mam tego dosyć.

– Proszę cię, ciszej.

– A co? Przeszkadza ci, że inni usłyszą, jaka jesteś?

– Artur.

– Potrafisz gadać tylko o kasie, o tych cholernych ratach, a ja przestałem się dla ciebie liczyć. Mam tego serdecznie dosyć. Z nami koniec. – Z rumorem odsuwa krzesło i wstaje od stołu. I to on, nie oglądając się za siebie, wychodzi i trzaska drzwiami.

Super. To już drugie zerwanie w ciągu miesiąca. Nie sądzę, żeby na dłuższą metę służyło to naszemu związkowi. Zresztą jestem wykończona ukrywaniem naszej znajomości, wiecznymi i coraz bardziej natarczywymi pretensjami Artura, tym, że muszę spłacać te cholerne kredyty, i wreszcie groźbą, że Maciej dowie się o wszystkim.

Kelnerki patrzą na mnie, zupełnie jakby chciały powiedzieć, że to było do przewidzenia. Że taka kobieta i taki facet zwyczajnie do siebie nie pasują. Mam nawet wrażenie, że dostrzegam w ich oczach satysfakcję. Jedna z nich, jak na złość, odkleja się od baru i z gracją podchodzi do stolika.

– Podać coś jeszcze?

– Rachunek – odpowiadam, nie patrząc na dziewczynę.

– Karta czy gotówka?

– Karta.

Po chwili mam przed sobą paragon opiewający na sto siedemnaście złotych. Kaczka kosztowała pięćdziesiąt dziewięć, do tego buraczki siedem, dwa piwa, które prawdopodobnie wypił wcześniej Artur, espresso, po którym na stoliku stoi jeszcze pusta filiżanka, moja woda za pięć złotych i sałatka za dwadzieścia.

Podaję kelnerce kartę i sięgam po telefon.

– Odmowa.

– Słucham?

– Odmowa. Mam spróbować ponownie?

– Tak, oczywiście. Mam środki na koncie.

Kelnerka uśmiecha się z zadowoleniem, że jeszcze tak życie może mi dopiec, i oświadcza:

– Niestety znowu odmowa. Może ma pani gotówkę?

Oczywiście, że nie mam. Tak przywykłam do płacenia wszędzie kartami, że nawet z wygrzebaniem drobnych na parkomat mam wieczny problem.

– Nie, nie mam, ale zaraz sprawdzę na stronie banku, co się stało. Może mają awarię. Proszę dać mi chwilę.

Kelnerka nie jest już taka miła i urocza jak w chwili, gdy weszłam do knajpki. Wzrusza ramionami i odchodzi kilka metrów, uważnie obserwując każdy mój ruch. Odblokowuję komórkę i klikam w ikonkę banku. Loguję się i sprawdzam stan konta. Mam na nim dwadzieścia osiem złotych i czterdzieści siedem groszy. Robi mi się gorąco. Jak to możliwe? Jeszcze niedawno był na nim tysiąc z niewielkim okładem. W pierwszej chwili dopada mnie myśl, że ktoś się włamał na moje konto i je ograbił, ale gdy zaczynam przeglądać historię transakcji, z przerażeniem odkrywam, że sama wszystko wydałam.

Zakupy w IKEA – czterysta trzydzieści pięć złotych, osiemnaście groszy, Artur nie mógł znieść spania w nie swojej pościeli i pod nie swoją kołdrą, z czym nie sposób było się nie zgodzić. Przy kołdrze i poduszce w koszu wylądowały dwa prześcieradła, dwie zmiany pościeli, dwa małe ręczniki i jeden kąpielowy, serwetki, świeczki (jak mawia Artur, nastrój to podstawa), dwa kubeczki, po tyleż talerzy płytkich i głębokich, sztućce, niewielkie podkładki pod zastawę stołową i czarna szczotka toaletowa.

Potem wstąpiliśmy na kawę, za którą też zapłaciłam, niby niewiele, bo tylko czterdzieści jeden złotych. A, i jeszcze zakupy spożywcze, i mały wypad do centrum handlowego, bo miałam ochotę na sukienkę, a zamiast niej wyszłam z ciepłą czarną bluzą dla Artka. Były pierwsze przeceny i jakoś trudno było oprzeć się pokusie.

I wreszcie rata, o której zapomniałam. Dwieście dwadzieścia sześć złotych, dziś ściągnięta z mojego konta. Kurde. Robi mi się niedobrze. Nie mam czym zapłacić, a nie sądzę, żeby kelnereczki zrozumiały, że mam mały kłopot i wrócę z pieniędzmi jutro. Nie mam wyjścia i chcąc nie chcąc, dzwonię do Macieja. Na szczęście odbiera po dwóch sygnałach.

– Mam spotkanie. Coś pilnego?

Usiłuję powstrzymać głos przed drżeniem.

– Słuchaj, mam problem.

– Coś się stało?

– Nie, nie. Tylko utknęłam w knajpie i nie mam jak zapłacić.

– A co ty robisz o tej porze w knajpie? Myślałem, że zaraz po pracy pojechałaś do domu.

– Miałam spotkanie z klientem. – Łżę jak pies, jednocześnie krzyżując palce za plecami.

– Sądziłem, że to oni wam stawiają, a nie wy im.

– Zazwyczaj tak, ale ten się zmył i zostałam z rachunkiem. Robiłam ostatnio sporo zakupów. Sam wiesz, śpioszki, zasypki i takie tam. Nie zauważyłam, że się spłukałam, możesz mi przelać ze dwie stówy?

– Jasne.

– Ale teraz.

– Już działam.

Maciej się rozłącza, a ja wpatruję się w telefon jak narkoman na głodzie w krzak marihuany. Odświeżam ekran i stan konta, na którym mam teraz tysiąc dwadzieścia osiem złotych i czterdzieści siedem groszy. Uff. Maciej jest niezastąpiony i tym bardziej robi mi się głupio. Spotkałam się z kochankiem, a za naszą randkę zapłacił mój mąż. Niedorzeczne. Jak na dłoni życie pokazuje mi, na kogo mogę liczyć i kogo mam po swojej stronie, a ja z uporem maniaka brnę w związek, który zupełnie nie rokuje. Wzdycham głośno. Czuję ulgę, że mam czym zapłacić, i podejmuję postanowienie, że z Arturem definitywnie koniec.

Podchodzę do kelnerki i bez słowa podaję kartę. Transakcja przebiega pomyślnie i po chwili, nie oglądając się za siebie, wychodzę, nie zostawiwszy napiwku.

***

Copyright for Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for text © 2019 Nina Majewska-Brown

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o., ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Horzowska

Korekta: Ewdokia Cydejko, Agnieszka Piotrowicz

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Majewski

Zdjęcia na okładce: Dmitry_Tsvetkov / Shutterstock

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

www.antalis.pl

ISBN: 978-83-8117-296-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.