Anka i diabeł stróż - Nina Majewska-Brown - ebook
Opis

Anka jest nieustannie zaskakiwana przez życie i najbliższych. Nie dość, że przeprowadza się na znienawidzoną wieś, że nareszcie przeciwstawia się toksycznej szefowej,  że w wieku czterdziestu lat ma zostać babcią, to w dodatku sama się zakochuje. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że mężczyznę zna tylko z monitora komputera.

             Co sprawia, że pożycza ukochanemu pieniądze, biorąc kredyty gdzie się da? Że dla niego oszukuje przyjaciół, finalnie zrywając z nimi kontakt? Jaką moc ma ten wirtualny mężczyzna, że dla niego rezygnuje z rodziny, domu, pracy i tylko u jego boku dostrzega jedyną szansę na własne spełnienie?

            Historia o tym, jak zaślepienie potrafi zniszczyć szczęście, odebrać spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Polecamy

Nina Majewska-Brown

Anka. Inne oblicze szczęścia

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów. Tajemnica zamku

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów. Cena szczęścia

Krystyna Mirek

Saga rodu Cantendorfów. Prawdziwa miłość

Krystyna Mirek

Willa pod kasztanem. Światło w Cichą Noc

Krystyna Mirek

Willa pod kasztanem. Światło o poranku

Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska

Ciasteczko z wróżbą

Anna Sakowicz

Na dnie duszy

Kasia Bulicz-Kasprzak

Sprzeczne sygnały

Roma J. Fiszer

Kilka godzin do szczęścia

Roma J. Fiszer

Wzgórze pełne słońca

Roma J. Fiszer

Sezon na szczęście

Roma J. Fiszer

Siedlisko gorących serc

Natasza Socha

Troje na huśtawce

Agnieszka Zakrzewska

Do jutra w Amsterdamie

Dla cudownej przyjaciółki, Ewy

Od godziny rozwścieczona burza szuka miejsca, w którym mogłaby wyładować swój gniew. Błyskawice przecinają granatowe niebo i rozświetlają zastawiony gratami strych. Nie wiem, co mi odbiło, by akurat tego wieczoru zabrać się do rozpakowywania kartonów, które od czasu przeprowadzki kurzą się w towarzystwie starych belek i jeszcze starszych mebli po poprzednich właścicielach.

Właściwie trudno te szczątki nazwać meblami i zupełnie nie rozumiem, dlaczego podczas tak gruntownego remontu, jaki zafundował temu domowi mój mąż, nie zostały po prostu wyrzucone na śmietnik. Teraz nie dość, że zabierają sporo miejsca, to jeszcze ich welurowe, wytarte obicia doskonale absorbują kurz.

Usiłuję przedrzeć się przez szare pudła z resztą rupieci z naszego poprzedniego mieszkania w poszukiwaniu rozpadającego się zeszytu z przepisami po babci. Niby nie gotuję, ale obfitość owoców w sadzie sprawiła, że szkoda mi je zmarnować i nabrałam niespodziewanej ochoty na przerobienie ich na powidła. W sumie wystarczyłoby zajrzeć do internetu, ale myśl o rodzinnej tradycji, dawnych babcinych smakach i tym podobnych bzdetach kazała mi wejść na poddasze i zanurzyć ręce w rzeczach, które gromadziliśmy przez lata małżeństwa, a które teraz najwyraźniej są zbyteczne. W pierwszym pudle natykam się na stare gazety, w które kilka tygodni temu pieczołowicie coś owinęłam, ale oczywiście nie pamiętam co.

Kolejna błyskawica przecina niebo i w niewielkim oknie z szybą tak brudną, jakby nigdy nikt jej nie mył, dostrzegam targane wichurą drzewo, które niebezpiecznie pochyla się w stronę domu. Mam nadzieję, że ma solidne korzenie i nie podda się naporowi szalejącego wiatru. W czterech ścianach powinnam czuć się bezpiecznie, ale się tak nie czuję. Nie znam jeszcze odgłosów nowego domu i w dodatku przerażają mnie dąsy natury, które materializują się w strugach deszczu i pojękiwaniach wiatru. Tymczasem okazuje się, że pogniecione gazety otulają stary pękaty serwis w różyczki po cioci Marii, siostrze dziadka. Dawniej dumnie prężył się na półce w równie brzuchatym kredensie, ale tak za sprawą przemijającej mody, jak i z lenistwa związanego z wygodą korzystania ze zmywarki pewnie już nigdy nie zostanie użyty.

Odkładam go zniechęcona, zupełnie nie wiedząc, gdzie upchnęłam ten cholerny zeszyt. Zawartość kolejnych kartonów jest równie dużym zaskoczeniem. Odkrywam w nich pierwszą elektryczną kolejkę Kamila, którą dostał na czwarte urodziny i która sprawiła tyle radości Maćkowi, ozdoby świąteczne i zestaw do nurkowania, który lata temu powinien trafić raczej do muzeum niż na stos rzeczy mogących się jeszcze kiedyś przydać. Co prawda, jest zaopatrzony w ustnik połączony z gumową maską, a nie szklaną, wciskaną na głowę kulą, ale i tak bałabym się zanurzyć w nim w wannie, a co dopiero w jeziorze. Nie mogę zrozumieć, dlaczego faceci mają manię zbierania, gromadzenia i składowania starych gratów, a ich argumenty, że kawałek rurki czy nadgryziona zębem czasu uszczelka mogą znaleźć zastosowanie w innych sprzętach, zupełnie do mnie nie przemawiają.

Burza zdaje się napierać na dom z jeszcze większą zaciekłością, powodując, że leciwa drewniana konstrukcja dachu zaczyna żyć własnym życiem. Oczywiście Maćka nie ma, a dzieciaki weekend spędzają u jakiejś nieletniej znajomej, która ma ich wdrożyć w proces rodzicielstwa.

Jak ja nie cierpię wsi! Tego odludzia, „swojskich klimatów” i samotności. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że na dobrą sprawę nigdy nie byłam sama choćby przez tydzień w mieszkaniu w bloku, a co dopiero na jakimś zadupiu. Po studiach wprost z domu rodzinnego przeprowadziłam się do kawalerki Maćka, a po śmierci dziadków – do ich dawnego mieszkania. Dlatego tym bardziej jestem oszołomiona panującą zwykle wokół ciszą. Nieporadnie dźwigam się na sztywnych, ścierpniętych nogach i czekam dłuższą chwilę, aż wędrujące wzdłuż łydek mrówki przestaną łazić w tę i z powrotem. Przytrzymuję się chropowatej pionowej belki, uważając, żeby żadna ostra drzazga nie wbiła mi się w dłoń. Przeraźliwy huk rozdziera ciszę. W chwili, gdy wzdrygam się, zgadując, w które z pobliskich drzew uderzył piorun i czy będę w stanie dostrzec ogrom zniszczeń z kuchennego okna, gaśnie światło.

Tkwię w absolutnej, wręcz absurdalnej ciemności, która nie pozwala dostrzec własnej dłoni, a co dopiero odszukać drogę ku prowadzącym w dół schodom. Oczywiście komórkę zostawiłam w sypialni, pozbawiając się nie tylko kontaktu z rodziną, ale też tej odrobiny światła, która mogłaby mi wskazać wyjście. Jestem wściekła. Powoli się prostuję i nieśmiało przesuwając po deskach podłogi stopę, robię mały krok. Kieruję się, taką przynajmniej mam nadzieję, w stronę drzwi i zaraz uderzam głową o coś twardego.

– Auu! Cholera jasna! Debilny dom!

Nie dość, że muszę wymacać, a w zasadzie wyszurać sobie drogę powrotną, to jeszcze jestem zmuszona osłaniać twarz i głowę. Mam wrażenie, że wędrówka trwa wieczność. Błyskawice co rusz rozjaśniają niebo, ukazując krajobraz złożony z kartonów i pudeł, co pozwala mi wykonać sus do przodu, po którym zamieram w bezruchu. Ponownie koncentruję się na wymacywaniu przedmiotów, zmierzając do drzwi. Wreszcie wykończona docieram do szczytu schodów. Z ulgą oddycham głęboko, zastanawiając się, ile stopni dzieli mnie od bezpiecznej korytarzowej wykładziny. Siedemnaście? Przecież przed chwilą, wdrapując się na strych, jak chory na nerwicę natręctw je liczyłam. Boże, co się ze mną porobiło, że nie pamiętam takich rzeczy?

Stopień w dół, kolejny i jeszcze jeden. Głośno liczę do siedemnastu i radośnie pozwalam stopie opaść. Jakież jest moje zdziwienie, gdy niespodziewanie lecę przed siebie. Świat i rzeczywistość robią stop-klatkę i zanim nastąpi bolesny upadek, uświadamiam sobie, że burza traci na animuszu, a grzmoty wydają się coraz bardziej odległe. Wreszcie moja twarz gwałtownie zapoznaje się z podłogą. Uderzam w nią nosem i pozwalam, by ciężar ciała wędrował od niego w kierunku zębów i skroni. Ból jest piekielny. Ognisty, pulsujący i ogłuszający. Z nosa wycieka coś ciepłego, a sądząc po słodkawym zapachu, jest to krew. W uszach cicho dzwonią tysiące dzwoneczków. Leżę tak przez dłuższą chwilę, przywracając, co nie jest proste, oszołomionemu organizmowi normalny oddech. W pierwszym odruchu sprawdzam językiem, czy mam wszystkie zęby, a następnie przesuwam po nich palcem wskazującym, upewniając się, że się nie ruszają. Nie wiem, jakim cudem, ale chyba są na swoim miejscu. Natomiast z nosem dzieje się coś bardzo niepokojącego, zupełnie jakby zaczynał żyć własnym życiem. Nieporadnie siadam i zalewam się łzami bólu i bezradności. Jestem wściekła na siebie, że byłam tak nieostrożna, że polazłam na ten głupi strych i że zachciało mi się robić powidła.

Najwyraźniej świeże wiejskie powietrze ma na mnie ogłupiający wpływ. Uspokajam oddech i w ciemnościach brnę do łóżka, po drodze zahaczając o łazienkę. Obmywam zimną wodą twarz i spoglądam w lustro. Niewyraźne w mroku odbicie wskazuje, że w mojej twarzy pozornie nic się nie zmieniło. No, może jestem trochę bardziej blada niż zwykle i mam rozmazany tusz – jedyny kosmetyk, którego używam na co dzień.

Po burzy w domu panuje ogłuszająca cisza. Jeszcze miesiąc temu szalałabym ze strachu i samotności, tęskniąc za sąsiadami zza ściany, teraz jednak zaczynam powoli oswajać myśl, że nic mi nie grozi.

Na stoliku przy łóżku, obok pilota z alarmem napadowym, leży podłączona do ładowarki komórka, co wydaje się dodatkowym wsparciem, na wypadek gdyby ktoś się włamywał. Co prawda, w starym telefonie bateria jest wiecznie na wyczerpaniu, ale przy minimalnym jej eksploatowaniu z dwiema czerwonymi kreskami zazwyczaj udaje mi się dotrwać do wieczora. Kładę się w miękkiej pościeli i zaciskam szczęki, zupełnie jakbym chciała uchronić zęby przed wypadnięciem.

Śni mi się szkoła Kamila i rozkrzyczany nauczyciel matematyki w groteskowej zielonej marynarce i różowym krawacie tradycyjnie wtłaczający do głowy mojego dziecka informację, że jest wyjątkowym kretynem, który nie potrafi nauczyć się najprostszych wzorów i zasad. Syn kuli się pod słowami profesora, a we mnie wzbiera coraz większa złość, której wreszcie daję upust, wrzeszcząc, że nie pozwolę tak traktować dziecka. W przypływie furii zrywam ze ściany zegar z kukułką, wiszący tuż za plecami beznadziejnego profesora, i trzymając mocno za metalowe łańcuszki zakończone obciążnikami w kształcie szyszek, tłukę nim zadufanego w sobie gościa, który musi potwierdzać swą wartość, wyżywając się na młodzieży. Jestem dumna z wymierzanych celnych razów, które rytmicznie spadają na jego plecy i ramiona. Czuję się obrończynią, wyzwolicielką, siłaczką, która da sobie radę ze wszystkim. I gdy już mam go upokorzyć i ostatecznie pokonać ciętą ripostą, dociera do mnie nieśmiałe:

– Mamo.

Nie rozumiem, dlaczego dzieciak mi przerywa i nie pozwala dokończyć dzieła. Czy tak trudno się zorientować, że staję w jego obronie, że jestem jedyną osobą na świecie, która może dać odpór matematycznemu psychopacie?

– Mamo, wszystko dobrze?

Co za durne pytanie. Bardzo dobrze, nawet znakomicie. Jeszcze chwila, a facet się rozpłacze i zacznie przepraszać.

– Mamo, obudź się.

Otwieram oczy i w pierwszej chwili nie wiem, gdzie jestem. Zniknął zegar z kukułką, podobnie jak matematyk i nastoletni Kamil. Pozostała tylko pulsująca furia i złość, że nie zdążyłam dokończyć tego, co zaczęłam.

– Kamil, co się dzieje?

– Nic, wszystko dobrze. A tobie co się stało?

– A co miało mi się stać?

– Wyglądasz strasznie i krzyczałaś przez sen.

– Miły jesteś. – Przypominam sobie o nieszczęśliwym upadku i zaczyna ogarniać mnie panika, że może za sprawą rozsiadających się na twarzy siniaków faktycznie wyglądam jak zombi.

Gwałtownie się prostuję i podrywam, chwieję się i czuję, jak świat wiruje mi w głowie, usiłując wypłynąć uszami.

– Serio nic ci nie jest?

– Upadłam wczoraj wieczorem, jak wyłączyli prąd.

– Ja pingolę, wyglądasz jak menel spod budki z piwem.

– Na ciebie zawsze można liczyć.

– Nie złamałaś sobie czegoś?

– A niby skąd mam wiedzieć?

– Może masz wstrząs mózgu?

– Może. Przestań snuć apokaliptyczne wizje.

– Może jedź do szpitala? – Kamil jest blady. Sprawia wrażenie autentycznie zaniepokojonego i bezradnego w obliczu mojej nonszalancji.

– Nie ma takiej potrzeby.

– Według mnie to nie wygląda cool.

– Daj spokój.

– Dobra, jak tam chcesz. A, jeszcze jedno. Co zrobić z lodówką?

– A co z nią nie tak?

– Cieknie z niej woda.

– Że co?

– Prądu nie było całą noc, a jest już po jedenastej.

– Jak to po jedenastej? Boże, dlaczego mnie nie obudziliście?!

Zrywam się na równe nogi, zupełnie jakbym musiała gnać do stęsknionej za mną taśmy w fabryce, i czuję, jak w takt każdego ruchu zęby się kołyszą. Ponownie opadam na materac i przegrupowuję siły.

– Dopiero wróciliśmy. Zresztą to chyba dobrze, że wypoczęłaś. Po drodze spotkaliśmy tego całego Leona i od niego wiemy, że wichura powaliła kilka słupów i prądu nie będzie co najmniej jeszcze kilka godzin. No więc co z tą lodówką? Bo jak na moje rozeznanie to te pierogi od pani Zosi szlag trafił.

– Pierogi można ugotować, ale co z zamrożonymi owocami? Boże, sama nie wiem, daj mi pomyśleć.

Człapię w kierunku łazienki, po drodze zbierając myśli i pomysły, co powinnam zrobić z kilkoma pudełkami pierogów i litrami owocowej brei. Nawet gdybym zaprosiła pół wsi na ucztę, to i tak sporo by zostało. Jak automat korzystam z toalety, myję ręce i sięgam po szczoteczkę do zębów. Wyciskam podwójną porcję różowej pasty i ciężko opierając się o umywalkę, zaczynam szorować zęby. O dziwo, przestają aż tak bardzo dawać o sobie znać. Szoruję w pionie, w poziomie, produkuję sporą ilość piany i… zerkam w lustro. Zamieram z kawałkiem zielonego plastiku w ustach, oniemiała na widok odbicia w lustrzanej tafli. Spogląda na mnie szara, ziemista twarz z sinym, spuchniętym nosem zajmującym jej połowę, dwiema asfaltowoczarnymi plamami pod oczami i spierzchniętą górną wargą, która dwukrotnie zwiększyła swoją objętość. Wyglądam jak alkoholik recydywista po udanej libacji w pustostanie i małym patriotycznym łomocie w bramie. Nabrzmiała twarz zdaje się nieproporcjonalnie szeroka i płaska. Splątana aureola ciemnych włosów podkreśla sińce, a zmarszczki są jeszcze wyraźniejsze niż zazwyczaj.

Nie, to nie mogę być ja. Jeszcze jedno spojrzenie i dramatyczna pewność, że to jednak niestety moje odbicie. Przymykam oczy, powoli otwieram je ponownie, ale postać, która w zaciśniętej garści trzyma szczoteczkę do zębów, wygląda dokładnie tak samo jak kilka sekund wcześniej. Co ja sobie zrobiłam? Przecież nie mogę pokazać się nikomu w takim stanie. Wyglądam tak, jakbym uczestniczyła w mafijnych porachunkach, nie wiedząc, po której ze stron się opowiedzieć i obrywając od każdej po trochu. W dodatku biała bawełniana bluzka nosi poczerniałe ślady krwi. Okropność.

Czarne księżyce pod oczami są kwintesencją tego, jak czuje się moja dusza. Jestem zwyczajnie załamana, a świadomość, że bez względu na to, jak wyglądam, muszę stawić się w pracy, jest dobijająca. Zastanawiam się, czy w kosmetyczce mam korektor. Mgliście sobie przypominam, że kiedyś na dnie szuflady w starym mieszkaniu walała się niewielka próbka z białawą pastą, ale nie pamiętam, czy ją spakowałam, czy podobnie jak pamię­tające panieńskie czasy cienie do powiek wylądowała w śmietniku. Jedyna nadzieja w Anecie.

Wyciągam z torebki okulary przeciwsłoneczne i ledwo rozróżniając domowe sprzęty, prę na spotkanie z coraz bardziej pęczniejącą potencjalną synową. Dzień porodu zbliża się wielkimi krokami, a towarzyszące temu panika i podenerwowanie dziewczyny powodują, że w domu trudno o spokój. W dodatku zupełnie nie odnajduję się w roli babci. Zamiast radośnie, czuję się staro, byle jak i mam poczucie, że moje życie zmierza do kresu, a mnie nadal nie udało się niczego osiągnąć. Gdy wspominam cudowny okres wchodzenia w dorosłość i rozpierającą mnie pewność, że zrobię w życiu coś wielkiego, a przynajmniej przeżyję je w ekscytacji, chce mi się śmiać. Zamiast realizować marzenia, zajęłam się walką o przetrwanie od pierwszego do pierwszego, co nie jest niczym niezwykłym, a już z pewnością nie kwalifikuje mnie do stanięcia na podium życiowych zwycięzców.

Aneta siedzi oparta o ścianę na pościelonym, przykrytym błękitnym kocem łóżku i gładzi swój okrągły brzuch. Wygląda, jakby miała zaraz pęknąć. Jej szczupłe ciało rozepchane dzieckiem wydaje się balansować na granicy rozciągliwości i sprawia wrażenie oszołomionego zaistniałą sytuacją. Zresztą jego właścicielka również zdaje się być w permanentnym szoku. Nie dość, że wpadła z moim nieodpowiedzialnym synem, to w dodatku matka wyrzuciła ją z domu, a szkoła okazała się zdecydowanie mniej przyjazna, niż można by sądzić, żądając, żeby wzięła roczny urlop. W zasadzie jej życie wywróciło się do góry nogami i splotło z moim silnym węzłem elementarnej przyzwoitości i troski, które kazały mi się zająć tym nieszczęśliwym stworzeniem. Mimo że mieszkamy razem od dłuższego czasu, nadal nie wyrobiłam sobie o niej jednoznacznej opinii. Jednego dnia mam wrażenie, że jest mi zupełnie obca, a kolejnego dla odmiany zdaje się drugim dzieckiem. Nasza relacja oscyluje od otwartości po skrajną izolację, tak że nigdy nie wiem, z jakim nastrojem Anety się spotkam. Wszystko to powoduje, że nie czuję się swobodnie we własnym domu i nie potrafię się do niej tak całkiem przekonać. Kładę wszystko na karb hormonalnej wojny, jaką ciąża wypowiedziała jej rozumowi, z nadzieją, że po porodzie coś się zmieni. Zatem mieszkam z nieznaną kobietą, i to w dodatku kobietą z innego pokolenia, którą zaledwie toleruję, o sympatii na razie nie ma mowy.

– Dzień dobry.

Aneta podskakuje, jakby zobaczyła ducha, i spogląda na mnie wielkimi spłoszonymi oczami. Wygląda mizernie i robi mi się żal tego dzieciaka, który siłą został wepchnięty w dorosłość i przedwczesne macierzyństwo. Jednak po chwili przypominam sobie, jaka była niemiła podczas niedawnej kolacji, i automatycznie się usztywniam, zła na siebie, że wpadłam na pomysł, żeby prosić ją o wsparcie.

– Słuchaj, miałam mały wypadek i pomyślałam, że może będziesz mogła mi jakoś pomóc. Masz może korektor?

– A co się stało?

– E, nic takiego. Przewróciłam się i trochę potłukłam. Muszę zamaskować cienie pod oczami. To masz ten korektor?

– Mam, oczywiście, już szukam. – Ciężko dźwiga się z łóżka, a ja z przestrachem śledzę każdy jej ruch, zastanawiając się, czy zobaczę strugę wód płodowych i zamiast zajmować się sobą, będę musiała wieźć ją na porodówkę.

Szczęśliwie nic nie wycieka z mojej potencjalnej synowej, która przez dłuższą chwilę się pionizuje, usiłując ustabilizować ciało w poszukiwaniu środka ciężkości.

– Będę ci bardzo wdzięczna.

– A nie powinna pani jechać na pogotowie?

– Nie, skąd. Wszystko OK, tylko te sińce są okropne.

Nic nie jest w porządku. Boli mnie głowa, znowu pulsujące zęby wahają się, czy już wypaść, czy jeszcze chwilę poczekać, w dodatku czuję, że spuchnięty nos nie zniesie dłużej ciężaru okularów. Zdejmuję je, składam i zawieszam na dekolcie bluzki. Przynosi mi to niewielką ulgę, za to zasiewa panikę w umyśle Anety, która gwałtownie się odwróciwszy, oniemiała wpatruje się w moją pokiereszowaną twarz.

– Kurwa. O, przepraszam, chciałam tylko powiedzieć, że wygląda pani okropnie.

– Dzięki.

– To znaczy, w sensie, no... jakby to powiedzieć... naprawdę mocno się pani uderzyła. Ja na pani miejscu jednak poszłabym do lekarza.

– Nic mi nie jest.

– A jak ma pani wstrząs mózgu? Albo jeśli zrobi się pani jakiś krwiak czy coś? Ja tam nie wiem, ale to nie wygląda dobrze. Moja koleżanka, jak się tak uderzyła, to złamała nos, a potem się okazało, że zrobiły się w nim jakieś polipy i chyba miała ropę w zatokach, bo robili jej punkcję.

– Wołałabym, żebyś nie opowiadała mi takich rzeczy.

– Ale dlaczego? Właśnie trzeba takich historii słuchać, żeby ustrzec się błędów.

Szkoda, że nikt przy niej nie wspominał, jakie są konsekwencje uprawiania seksu bez zabezpieczenia, tak że nie mogła wyciągnąć stosownych wniosków z takiej historii. Jestem coraz bardziej rozdrażniona, bo nie dość, że boli mnie głowa, to uświadamiam sobie, że Aneta ma sporo racji i powinnam zasięgnąć opinii lekarza. Jednak myśl o kolejce w szpitalnej przychodni mnie paraliżuje. Po pierwsze, szkoda mi tych kilku godzin czekania, po drugie, nie wiem, czy potrzebne jest skierowanie czy nie, po trzecie, nawet nie wiem, do którego szpitala powinnam pojechać, nie wspominając o tym, że z tego, co się orientuję, nie zakłada się gipsu na złamany nos. Wszystko to sprawia, że co prawda rozgrzeszam się z zaniechania konsultacji lekarskiej, ale nie potrafię opanować natarczywych myśli, że coś złego może mi się dziać w mózgu. Postanawiam się obserwować i solennie sobie obiecuję, że nie zlekceważę żadnego niepokojącego objawu. Teraz jednak muszę się skoncentrować na zatuszowaniu sińców pod oczami i wyjściu do pracy.

– Co z tym korektorem?

– Zaraz znajdę, gdzieś tu powinien być. Może w tym czasie zrobi sobie pani zimny okład? Słyszałam, że na opuchliznę pomaga też świeży pomidor.

– Chyba ogórek.

– Może.

– Jedyne warzywo, jakie mamy w domu, to mrożona marchewka.

Daję się jednak zaprowadzić do kuchni i posadzić na chwiejnym taborecie, jedynej pozostałości po dawnych lokatorach, która wzbudziła w Maćku entuzjazm tak wielki, że osobiście go oszlifował i pomalował na biało. Przy okazji renowacji nie wpadł na pomysł wyrównania nóg i teraz ten z zasady chwiejny mebel jest jeszcze bardziej niepewny, a siadanie na nim przypomina przejażdżkę na rollercoasterze. Nie wiem, czy Aneta chce mnie dobić, sadowiąc mnie właśnie na nim, ale najwyraźniej nadal będąc w szoku, pozwalam się posadzić na zydlu i co rusz łapiąc równowagę, przyglądam się manewrom dziewczyny w naszej zapchanej roztopionymi lodami zamrażarce. Po chwili zostaję zaprowadzona do sypialni, położona na łóżku i obłożona mrożonkami. Na lewym oku, owinięta w ręcznik, spoczywa torebka marchewki z groszkiem, na prawym dla odmiany paczka pierogów z serem. Nie wiem, na jak długo zamieram w tej pozycji, z coraz większym niepokojem wsłuchując się w odgłosy domu i dziwnej szamotaniny. Aneta najwyraźniej coś przesuwa, zamyka, otwiera, posapuje i stęka. Wreszcie, gdy coraz intensywniej się zastanawiam, ile czasu potrzeba, żeby nabawić się odmrożeń, pojawia się tuż obok, tryumfalnie wykrzykując:

– Mam!

Gwałtownie siadam, pozwalając, by mrożonki z łoskotem upadły na podłogę, i przeganiam krążące pod powiekami mroczki. Spoglądam na Anetę niepewnie i dopiero po dłuższej chwili dostrzegam tubkę korektora w wyciągniętej ręce.

– Resztka, ale na dziś powinno wystarczyć.

– Super, tylko jak to się stosuje?

Patrzy na mnie zdziwiona, zupełnie jakbym była ufoludkiem, który nagle przemówił w języku Ziemian.

– Normalnie.

– Czyli jak? – Niecierpliwię się i chyba nawet trochę złoszczę. Gdybym kiedykolwiek używała korektora, nie prosiłabym gówniary o pomoc i nie zadawała żałosnych pytań. Jej spojrzenie pełne niedowierzania jeszcze bardziej wytrąca mnie z równowagi. Zapewne zastanawia się, jak dotrwałam do czterdziestki, nie stosując całej gamy kolorowych kosmetyków, z których połowa powinna coś tuszować, niwelować i wyszczuplać na mojej twarzy, a druga połowa podkreślać coś innego.

– No?

– Najpierw nakłada pani korektor, potem fluid i na końcu puder.

Oczywiście mam tylko puder, którego używam od wielkiego dzwonu, ostatnio podczas szkolenia w Kielcach, więc wciśnięty w szpargały zapewne nadal spoczywa spokojnie w walizce. Chcąc nie chcąc, muszę znowu prosić Anetę o pomoc, przez co kurczę się w sobie z niezadowolenia.

– Musisz mi pomóc, bo nie wiem, gdzie wsadziłam kosmetyczkę.

– Dobrze, nie ma sprawy. To może zacznie pani od korektora, a ja w tym czasie poszukam reszty. Tylko nie wiem, czy dobierzemy właściwy odcień, bo mam trochę ciemniejszą karnację.

Nie wiem, o czym mówi, ale zapewniam pełna entuzjazmu, że to nie ma znaczenia i nie trzeba się niczym przejmować. Byle tylko wreszcie nałożyć ten cholerny korektor i wyjść do pracy. Za pół godziny ma podjechać taksówka, a ja nawet jeszcze nie przebrałam się w firmowy uniform – wynalazek ostatniego tygodnia, zaprojektowany i uszyty przez Marlenę, a raczej jej niezastąpioną krawcową Stasię. Stasia ma tyle lat, że pewnie pożyczała drobne od Mojżesza, wyobraźnię z piekła rodem i wyczucie stylu kloszarda. Pewnie dlatego zamiast klasycznej ołówkowej spódnicy i białej bluzki otrzymałyśmy minisukienki w okropną zielono-czerwoną kratkę z naszytymi na biodrach szerokimi kieszeniami i ze stylowymi kołnierzykami zapinanymi ciasno pod szyją. Wyglądamy w nich jak uczennice z podrzędnej pensji. Trzej faceci zatrudnieni w firmie zostali wciśnięci w zbyt mocno dopasowane garnitury, na które składają się zielone marynarki i spodnie z tego samego materiału co nasze sukienki. Wyglądają w nich jak fircyki w zalotach, a czują się jak banda głupków. Nie mogę powiedzieć: równie zszokowani są odwiedzający nas klienci, którzy niepewnie cofają się do drzwi i spoglądają na wielki czerwony szyld, upewniając się, że nie trafili do cyrku.

Poddaję się manipulacjom małej różowej gąbeczki pod oczami i z pokorą znoszę nakładanie na twarz kolejnych warstw kosmetyków. Wreszcie, gdy spoglądam w lustro, dostrzegam – choć podobną do mojej – to jednak obcą twarz. Zbyt ciemny podkład wyraźnie odcina się od bladej szyi, a ilość sypkiego pudru i korektora stworzyła na moim obliczu coś na kształt maski pośmiertnej. Boję się uśmiechnąć czy choćby odezwać, by sporymi kawałkami nie zaczęła odpadać ta finezyjna tapeta. Skrzywiona Aneta spogląda na mnie z niezadowoleniem.

– Jest lepiej, ale na pani miejscu wytuszowałabym jeszcze rzęsy, podkreśliła brwi i nałożyła błyszczyk.

Zdezorientowana przyglądam się odbiciu w lustrze i odkrywam, że faktycznie zostałam pozbawiona brwi i rzęs pod grubą warstwą pudru. Twarz wydaje się płaska i nijaka. Dlatego godzę się na kolejne manewry, tym razem jakimiś czarnymi kredkami i tuszami, żeby po chwili ponownie się przejrzeć i spojrzeć prosto w oczy klaunowi. Brakuje mi tylko gumowej, czerwonej piłeczki przytwierdzonej do koniuszka nosa. Chryste Panie! Oczywiście nie ma mowy, żeby coś zmienić, zmyć czy zetrzeć, bo z podwórka dobiega niecierpliwe trąbienie taksówkarza. Pospiesznie wciągam szkaradną sukienkę, zupełnie jakbym chciała dodatkowo siebie ukarać, i ruszam do drzwi.

– Dzięki za pomoc. Uratowałaś mnie!

– Nie ma za co. Niech pani weźmie ze sobą korektor, pewnie trzeba będzie poprawić makijaż w ciągu dnia.

– OK.

Wybiegam z domu w idiotycznie krótkiej sukience, która podkreśla nieforemność nóg i tuszę, i czuję, jak wiatr szarpie majtkami. Duszę się ze złości i bezradności, mając poczucie, że ten tragiczny strój to kropla przepełniająca czarę goryczy, jeśli chodzi o pracę w biurze nieruchomości pod władczą ręką Marleny. Może to znak, że czas na zmianę? Tylko na co? Zastanawiając się nad bytem i nad tym, czy ktoś dostrzeże moje siniaki, docieram pod drzwi firmy. Już od progu słyszę wrzask szefowej. Spłoszona spoglądam na zegarek i upewniam się, że jestem chwilę przed czasem.

– Do cholery, jak można być tak nieuważnym? Ile razy mam powtarzać, że dobro firmy jest najważniejsze!

– Ale klient…

– Co klient? Co klient? Klient ma się cieszyć, że w ogóle się nim zajmujemy! To my ustalamy reguły, a nie on.

– Ale co miałam zrobić, skoro nie chciał podpisać umowy w takiej formule?

– Nie podpisywać! Nie dość, że nic na tym nie zarobimy, to jeszcze możemy mieć kłopoty!

– Moim zdaniem…

– Nikt cię nie pyta o zdanie. Gdzie jest Anna? Już dawno powinna tu być. Czy wy nie rozumiecie, jakie są wasze obowiązki?

Usiłuję cichaczem przemknąć w kierunku schodów i do pokoju na piętrze z widokiem na parking przy oczyszczalni ścieków, który został mi przydzielony po zwolnieniu Magdy Krajtek, ale zostaję natychmiast zauważona przez rozwścieczoną szefową.

– O, proszę, o wilku mowa. O której to się przychodzi do pracy?

– Umawiałyśmy się, że będę o dwunastej, a jest za sześć.

– Jak to o dwunastej? Jaja sobie robisz? Niczego takiego sobie nie przypominam!

Robi mi się gorąco i tracę resztki pewności siebie. Przez mózg przewija się galopada myśli, które zmierzają w niebezpiecznym kierunku z wielkim napisem coś ci się pokręciło. Ale nie ma mowy o pomyłce, przecież informowałam Marlenę mejlowo w czwartek, że dziś odbieram sobie kilka godzin z całego różańca nadgodzin przepracowanych w ostatnich tygodniach.

– Ustaliłyśmy mejlowo, że dziś odzyskam kilka godzin z tych przepracowanych dodatkowo.

– Żartujesz?! Wiesz, że w naszej firmie nie ma nadgodzin.

– Ale zgodziła się pani i potwierdziła to…

– Nie wmawiaj mi dziecka w brzuch, wiem, co robię i jakie podejmuję decyzje! Proponuję zająć się pracą, a do spóźnienia wrócimy później.

Pokornie człapię do biurka zawalonego stertami dokumentów. Mam wrażenie, że przybyło ich od ubiegłego tygodnia, i nie wiem, od której kupki zacząć. Wewnętrznie dygoczę ze złości na siebie, że kolejny raz nie potrafiłam się jej przeciwstawić, i stresu, że za chwilę zostanę zwolniona. Przeganiam nieśmiało kiełkującą myśl, że może to najlepsze, co w tej chwili mogłoby mi się przydarzyć, i pokornie zapadam się w niewygodnym biurowym krześle. Pośladki idealnie wpasowują się w dwa wysiedziane zagłębienia, które uformowałam, ugniatając siedzisko przez lata ślęczenia nad umowami, ofertami i odpowiadania na pełne pretensji mejle szefowej.

Wyliniała paprotka spogląda na mnie z wyrzutem z zakurzonego parapetu, a ja dałabym wszystko, żeby zamienić się z nią miejscami. Awantura przewala się przez firmę, zataczając coraz szersze kręgi. I mimo że jako pracownicy mamy liczebną przewagę, w naszym gronie nie ma nikogo, kto mógłby się przeciwstawić pani prezes. W dodatku ból nosa się nasila i promieniuje na tył głowy, wbijając ostre korzenie w przysadkę. Jestem otępiała. Nadmiar pracy, atmosfera w niej panująca nie są tym, o czym marzyłam na studiach, gdy czułam, że mogę przenosić góry i robić w życiu coś wyjątkowego.

Szczytem moich dokonań jest urodzenie syna i sprawienie, że po tylu latach mój mąż jest nadal moim mężem. Tylko czy to daje mi szczęście? Nie mogę się skupić na bilansie strat i zysków wpisanych w mój życiowy plan, bo niespodziewanie w drzwiach staje Agata. Jak zwykle ubrana niestosownie do okazji - jako jedyna nie ma stroju firmowego - i powierzonych jej zadań. Z za małej o kilka rozmiarów bluzeczki, z wielkim dekoltem obszytym wężem złotych cekinów, usiłują się uwolnić duże, miękkie, soczyste piersi, a szwy lateksowych połyskujących spodni trzy czwarte walczą o przetrwanie.

– Cześć, co tam?

– Nic, a co ma być? Kupa roboty.

Spoglądam z niechęcią na największą w firmie plotkarę. Nie mam ochoty na pogaduszki, poza tym prawdopodobnie nie dowiedziałabym się od niej niczego nowego, o czym nie huczałaby firma. A jednak zostaję zaskoczona.

– Nic nie wiesz?

– Niby o czym?

Agata krokiem kocicy podchodzi do okna i kontempluje senny miejski krajobraz z oczyszczalnią ścieków w roli głównej, gęsto poprzecinany kablami i upstrzony reklamami, pozwalając, by moje oczy bezwstydnie wpatrywały się w jej zgrabny tyłek. Nawet przed ciążą, nawet gdy byłam nastolatką, nie zbliżyłam się parametrami do jej rozmiaru. Zasycha mi w ustach z zazdrości.

– Mariusz ma kochankę.

– Jaki znowu Mariusz?

– Wilk.

O Boże, tylko nie to. Przecież firma nie przetrwa bez jego pieniędzy i nie zniesie jeszcze gorszego humoru Marleny.

– Ona już wie?

– Właśnie w tym szkopuł, że nie.

– To chyba nie ma się czym martwić. Nie znam szaleńca, który chciałby jej ogłosić tę nowinę.

Życie erotyczne szefowej interesuje mnie w nikłym stopniu, a w zasadzie tylko pod tym względem, czy wyżyje się na nas, jeśli coś pójdzie nie po jej myśli. Dźwigam rozpadający się segregator z jakimiś fakturami, który powinien trafić do księgowości, a nie na moje biurko. Odkładam go z hukiem na ziemię i postanawiam, że idąc do toalety, zaniosę go dziewczynom dwa pokoje dalej. Komputer z pomrukiem się przeciąga i wyświetla ikonkę, która zachęca do zalogowania się. Domyślam się, że szefowa zza swojego biurka uważnie przygląda się wszystkim naszym ruchom i ściśle odnotowuje rozpoczęcie dnia pracy, więc pospiesznie wklepuję hasło i nerwowo klikam enter.

– Wcześniej czy później się dowie. – Agata gwałtownie się odwraca i wbija świdrujące spojrzenie w moją pokrytą grubą warstwą korektora i pudru twarz. – Coś ci się stało?

– Nie, dlaczego?

– Jakoś inaczej wyglądasz.

– Może to nowy podkład.

Agata wnikliwie lustruje dzieło domorosłego malarza amatora, który systemem impresjonistycznych plam usiłował zamaskować dwa czarne jeziora, jakie rozlały się pod moimi oczami, i z którego pracy do niedawna byłam całkiem dumna. Teraz kiełkują we mnie uzasadnione, jak się okazuje, wątpliwości, bo ocena nie brzmi tak, jakbym sobie życzyła.

– To go zmień. Jakoś ci nie pasuje. Nie wiem, może nałożyłaś go za dużo, ale wyglądasz, jakby ci spuchła twarz.

Bo spuchła, krzyczę w duchu i usiłuję opuścić głowę jak najniżej, żeby oszczędzić sobie kolejnych komentarzy. Najwyraźniej to nie działa, bo Agata peroruje dalej:

– Strasznie ci podkreślił pory, zwłaszcza na nosie. Nie myślałaś, żeby coś z nimi zrobić? Ja na twoim miejscu zaczęłabym od mikrodermabrazji, a potem może jakiś kwas. Chociaż nie, kwas jednak nie, to nie pora na takie zabiegi. Jeszcze by ci wyszły plamy od słońca.

– Daj spokój, mnie to nie przeszkadza.

– Wiesz, dziwię się, jak wy, kobiety w pewnym wieku, przestajecie o siebie dbać, zupełnie jakbyście miały gwarancję, że mąż od was nie odejdzie.

– Nie rozumiem.

– A co tu rozumieć? Kobieta dla faceta ma być jak trofeum, mają mu jej zazdrościć, oglądać się za nią. Wtedy jest dumny, jakby upolował największą zwierzynę. A jak baba przytyje, chodzi z odrostem, tłustymi kłakami, w starych szmatach i bez makijażu, to czym on ma się chwalić? Mnie na miejscu takiego gościa byłoby wstyd.

– A miłość, przywiązanie? Słyszałaś o czymś takim?

– Daj spokój. Raczej przyzwyczajenie. Ale i tak pewnie rozglądają się za jakimiś bardziej wizytowymi dziewczynami.

– Co nie znaczy, że zaraz muszą odchodzić.

– Oczywiście na początku tylko marzą o takiej pannie. Ale co, gdy zaczną realizować marzenia? Ja tam wolę dmuchać na zimne.

– Na to trzeba kasy i czasu.

– Bzdura. Nie chodzi o kasę, no, może trochę tak, ale przecież nikt ci nie każe kupować kosmetyków z górnej półki, te w sieciówkach też są fajne i na każdą kieszeń. Tylko trzeba mieć potrzebę.

– Nie mów, że mam się zaopatrywać w Biedronce.

– A dlaczego nie? Od czegoś powinnaś zacząć.

– Ale ja nie chcę niczego zaczynać!

Robię się coraz bardziej zniecierpliwiona i zła. Nie dość, że boli mnie głowa, to jeszcze wysłuchuję tyrad gówniary na temat tego, co myślą dojrzali faceci i jakie my, dojrzałe babki, jesteśmy głupie, że nie bierzemy tego pod uwagę.

– Dobra, jak tam chcesz, ale potem się nie zdziw.

Obrażona Agata wychodzi, wlokąc za sobą woń ciężkich kwiatowych perfum. Gdyby tylko wiedziała o mojej tajemnicy, zrozumiałaby, że nie wszystkim facetom podobają się młode dziunie. Pewnie byłaby niesamowicie zdziwiona, gdybym opowiedziała jej o Arturze. O naszej nietuzinkowej znajomości i szczęściu, które stało się moim udziałem. Rumienię się z satysfakcji i sięgam do torebki po komórkę. Kładę ją obok klawiatury i zamiast sprawdzić, zastanawiam się, czy dostałam od niego jakąś wiadomość. Ta chwila niepewności jest ekscytująca i sprawia, że czuję się wyjątkowo. Oczywiście, mimo że usiłuję skupić się na porządkowaniu dokumentów, nie wytrzymuję zbyt długo i zerkam na ekran. Dwie wiadomości. Jedna to oferta Smyka, w którym ostatnio byłam, gdy Kamil miał sześć lat, za to najwyraźniej na wieki utknęłam w ich bazie danych, choć kilka razy próbowałam się z niej wykreślić. Informują o promocji pieluch. Druga natomiast jest od Maćka, że się spóźni i sugeruje, żebym chwilę dłużej została w pracy – oto uroki mieszkania na wsi bez samochodu. Jestem zdana na łaskę i terminarz męża, co nie tylko jest niekomfortowe, ale dodatkowo czuję się przytłoczona tą sytuacją i brakiem samodzielności w tak podstawowej kwestii, jaką jest dotarcie do własnego domu.

W pierwszej chwili jestem zawiedziona, że nie otrzymałam najbardziej pożądanego esemesa, ale już po sekundzie ogarnia mnie niepokój, że może Arturowi coś się stało. Przecież wiadomość od niego przychodzi zawsze przed pierwszą kawą. To jeden z naszych małych rytuałów. Esemes na powitanie, mejl na dobranoc, o dwunastej wspólne picie kawy, oczywiście na dwóch krańcach Polski, i mała pogawędka. Dziś po raz pierwszy jest inaczej i nie wiem, co o tym myśleć. Uświadamiam sobie, że nie znam nikogo z jego rodziny, żadnych przyjaciół, znajomych czy choćby sąsiadki, więc gdyby coś mu się stało, nikt by mnie nie powiadomił. Pocę się jak mysz w połogu i wybieram numer Artka. Sygnał, dwa, pięć, osiem i poczta. Oczywiście nie zostawiam wiadomości. Myśli i obawy napierają na siebie, a nieposłuszny mózg produkuje kolejne slajdy: Artur nieprzytomny w łazience, Artur w rozbitym na drzewie samochodzie, Artur pobity do nieprzytomności w ciemnych, gęstych krzakach, Artur chory, Artur z inną dziewczyną, Artur aresztowany! Usiłuję opanować niepokój, ale nie potrafię. Nie przechodzi mi przez myśl, że zwyczajnie jest zapracowany albo coś mu wypadło. Co rusz spoglądam na milczący telefon i wreszcie wklepuję:

Hej, jesteś tam?

Jak idiotka wpatruję się w ekranik, zupełnie jakby niespodziewanie miał do mnie przemówić. Oczywiście nie dzieje się nic, mimo że nawet czas wstrzymał oddech i przycupnął tuż za moimi plecami. Minuty wloką się jedna za drugą i nieśmiało popychają, a ja nie jestem w stanie skupić się na pracy. Cholera. Wyjmuję dokumenty z przezroczystych koszulek, bezmyślnie obracam w dłoniach i na powrót odkładam. Uwagę ogniskuję na czarnym zszywaczu, który niedbale rzuciłam na stos nieotwartej korespondencji, i zastanawiam się, czy zszywkami można by komuś zrobić krzywdę. Po chwili drżę z przerażenia, że może Arturo siedzi w jakimś podejrzanym biurze nadleśniczego, a typ spod ciemnej gwiazdy, który na co dzień zajmuje się wyrębem, przykłada mu niewielki przyrząd biurowy do tętnicy na szyi. Na odgłos kroków z tyłu otrząsam się z absurdalnych myśli, obracam i znajduję twarzą w twarz z Marleną.

– Czyś ty kompletnie oszalała?

Po raz pierwszy w życiu niemal przyznaję jej rację. Pewnie oszalałam, tylko raczej nie w tym obszarze, o którym myśli to babsko.

– O co chodzi?

– Miałaś do mnie przyjść z raportem, a nawet nie odbierasz telefonu. Co ty wyprawiasz?

– Jak to nie odbieram? Nie dzwonił.

– Oczywiście, że nie dzwonił, skoro pewnie źle odłożyłaś słuchawkę.

Dopiero teraz uświadamiam sobie, że w tak zwanym międzyczasie rozmawiałam z klientem, któremu miałam coś pilnie sprawdzić w umowie najmu. Poprosiłam, żeby zaczekał na linii, i zupełnie odjechałam. Kurde, zaraz będę musiała oddzwonić, obym znowu nie zapomniała! Pocę się obficie i czuję zimno zapowiadające gwałtowne uderzenie gorąca. Zamiast skupić się na rozwścieczonej szefowej, zajmuję umysł niespokojną myślą, czy to może już TEN czas, a jeśli tak, to co teraz?

– Słyszysz?

– Przepraszam, zamyśliłam się.

– Ogarnij się, bo jak nie, to na twoje miejsce czeka kolejka chętnych. Za pięć minut u mnie z raportem.

Nierówny stukot obcasów z fałszywą nutą potknięcia o próg wyciska mi z płuc westchnienie ulgi. Chociaż to mi się udało. Raport przygotowałam wcześniej i teraz wystarczy tylko go wydrukować. Otwieram właściwy plik, popatrując niepewnie na telefon, i po chwili wsłuchuję się w miarowy szum drukarki. Pewnie dlatego nie od razu rejestruję ciche kliknięcie informujące o nadejściu wiadomości.

Cześć, kocico, jestem. Byłem zajęty, sorry.

Serce przepełnia mi radość, motyle wirują w żołądku i radośnie pociągają za jelita. Mam ochotę tańczyć, choć nigdy nie tańczę, świat niepostrzeżenie przybrał wyraźniejsze barwy, a kolory są jakieś żywsze. Nic mu się nie stało! Co za kretynka ze mnie, że tak się martwiłam! Boże, jaki człowiek potrafi być głupi, jak potrafi się nakręcić! I po co? Wyobraźnia to największy wróg!

Martwiłam się, że coś Ci się stało.

Tygrysom nie może się stać nic złego.

Cha, cha, cha.

Pracujesz? Jak dzień? Gdzie jesteś?

Jak to gdzie? W pracy, a gdzie mam być?

Myślałem, że może zrobiłaś sobie wolne.

Niby jakim cudem? A co u Ciebie?

Pada, a w zasadzie leje. Siedzę w łóżku i zastanawiam się, czy w ogóle warto ruszać się z domu.

Żartujesz? Bierz się do roboty!

Jakbym miał robotę, tobym się brał. Nie ryj mi beretu, tylko powiedz, czy tęsknisz choć trochę?

Może…

Niedobre stworzenie. Co masz na sobie?

A co Ci do tego?

Wyobrażam sobie ciebie, więc mi podpowiedz, w co mam ubrać marzenia.

Spoglądam na firmowy strój, dziś co prawda w wersji de lux za sprawą nieśmiałej, wymiętej apaszki pod szyją, i zastanawiam się, czy aby na pewno mogę stać się częścią czyichś marzeń. Nieustająco jestem zaskoczona faktem, że wzbudziłam zainteresowanie u osobnika płci przeciwnej, którego PESEL nie zaczyna się od trzydzieści jeden, i czepiam się tej radosnej myśli jak alkoholik pełnej flaszki.

Krótka sukienka i takie tam. Lepiej powiedz, co się stało, że nie poszedłeś do pracy?

Musisz wyglądać pięknie, rozmarzyłem się… Jak zwykle wczoraj wieczorem okazało się, że koleś zwija interes.

Fatalnie. Co teraz zrobisz?

Się zobaczy.

Tak, tylko czy masz z czego żyć? Dasz radę? Mam nadzieję, że chociaż wypłacił Ci pensję.

Niestety nie. Muszę jakoś ogarnąć kasę, mam już dwa zaległe czynsze.

Mogę jakoś pomóc?

Nie, daj spokój, dam radę.

Ale może mogłabym na przykład pożyczyć Ci kilka stówek?

Drukarka przestaje szumieć, za to mruga czerwonym okiem diody, informując, że właśnie skończył się papier. Sięgam do stojącej nieopodal szafki i wyjmuję nową ryzę. Niecierpliwie rozrywam opakowanie i wkładam kartki do pojemnika. Po chwili urządzenie ożywa i wypluwa ostatnie strony raportu.

Nie będę miał jak oddać.

Nie ma sprawy. Oddasz, jak będziesz miał.

Sam nie wiem.

Przecież to nie problem. Skoro mam, to mogę się podzielić. Ile potrzebujesz?

1500 byłoby super.

Jestem trochę zszokowana tą kwotą, ale zaraz przy­pominam sobie o czynszu, pewnie niezapłaconych rachunkach i o tym, że musi za coś żyć, i jakoś ta suma przestaje być tak niepokojąco wysoka.

Dobra, tylko się nie stresuj, że musisz mi jutro oddać.

I tak będę! To upokarzające, że dojrzały facet musi korzystać z pomocy, i to w dodatku kobiety. Jesteś aniołem.

Daj spokój, bywa. Raz na wozie, raz pod wozem.

– Anka! Ile można czekać na raport?! Miałaś być u mnie pół godziny temu! Co się z tobą dzieje? Jeśli nie zależy ci na pracy albo się wypaliłaś, to powiedz i się pożegnamy. Nie będę tolerowała takiego postępowania! Masz wykonywać obowiązki służbowe, a najwyraźniej sobie z tym nie radzisz.

Podrywam się z krzesła, pospiesznie wklepując w komórkę: Pa, muszę lecieć, i biegnę do biura Marleny z myślą o tym, że zaraz po spotkaniu zrobię przelew. Czuję, że wszystko, co rozgrywa się wokół mnie w pracy, nie ma najmniejszego znaczenia w obliczu życiowych problemów Artura, któremu muszę jakoś pomóc. Dlatego obraźliwe i złośliwe uwagi szefowej po raz pierwszy ledwie do mnie docierają, a gdy w końcu wbiją się w świadomość – spływają po mnie jak woda po kaczce.

***

Maciej stał w półmroku. Rozglądał się ze zdziwieniem po pełnej polan stodole, niespodziewanie uświadamiając sobie, ile czasu w niej spędzał. Wydawało mu się, że porąbanie sterty drewna, które leśnicy zrzucili na podwórze tuż po ich przeprowadzce, zajmie mu kilka miesięcy, tymczasem wszystkie duże pniaki zostały porąbane na mniejsze i starannie ułożone pod ścianą. W miarę jak czuł, że mięśnie ramion się wzmacniają i rozrastają odwrotnie proporcjonalnie do zmniejszającego się brzucha, nabierał coraz większego zapału i odkrył w sobie żyłkę drwala. Przyjął kolejne dwie dostawy brzeziny i dębiny, które również przerobił na dające się włożyć do kominka drwa. Gdy nie tak dawno temu rozmyślał o urokach mieszkania na wsi, o ciszy i spokoju, nie sądził, że większość czasu będzie spędzał w stodole, a nie w fotelu z piwem na zacienionym tarasie.

Uciekał od napiętej atmosfery i zgiełku domu, który wypełniony mieszkańcami zatracił swą przytulność, zmieniając się w hotelowe lobby, gdzie przewijały się koleżanki Anety i kumple syna. Panował rozgardiasz i wieczny bałagan. Wszyscy czuli się jak u siebie, tylko nie on. W dodatku ciąża Anety spadła na niego jak klaps na niewinne dziecko. Zupełnie nie widział się w roli dziadka i nie wyobrażał sobie życia pod jednym dachem z rozwrzeszczanym niemowlęciem. Kamil nie wydawał się przejęty nadchodzącą w jego życiu rewolucją i po początkowym zapale znowu nie wykazywał najmniejszego zainteresowania usamodzielnieniem się. Z pasją oddawał się życiu towarzyskiemu i graniu w sieci, zdając się nie dostrzegać zbliżającego się wielkimi krokami dnia narodzin potomka.

– Pochwalony! Co tak sąsiad duma w tych ciemnościach?

Leon jak zwykle wpakował się do środka bez zaproszenia i z zadowoleniem oparł o ceglany filar. Wyciągnął z kieszeni wymiętą paczkę ćmików, wsadził do ust koślawego papierosa i już miał zapalić, gdy Maciej gwałtownie go powstrzymał.

– Co pan wyprawia? Niech mi pan tu nie pali! Przecież wystarczy zaprószyć iskrę, a wszystko pójdzie z dymem.

– Sąsiad jak zwykle przesadza, nie w takich miejscach się paliło i jakoś nic się nikomu nie stało. Wy, miastowi, to jacyś przewrażliwieni jesteście.

– Przewrażliwieni czy nie, palić mi tu nie będziecie.

Leon z niezadowoleniem schował zaślinionego już papierosa do paczki i wsunął ją na powrót do kieszeni spodni, które zwisały, obnażając nieciekawą szarość niegdyś białych gatek. Bez papierosa zupełnie nie wiedział, co począć z rękami, a to sprawiło, że stracił nieco animuszu i pewności siebie. Po chwili wahania splótł ręce za plecami i głośno chrząknął, zastanawiając się, jak znowu zagaić rozmowę. Jednocześnie spod daszka czapki rzucał ukradkowe spojrzenia, analizując, co mogłoby zmienić właściciela i cichaczem znaleźć się pod jego strzechą. Właśnie wypatrzył opartą o drzwi niewielką ręczną piłę i uznał, że bardzo by mu się przydała w gospodarstwie, gdy na podwórzu dało się słyszeć jowialne wołanie proboszcza:

– Dzień dobry!

– Dobry, dobry! – Maciej z ulgą powitał nowego gościa i szczęśliwy, że nie będzie zmuszony po raz wtóry wysłuchiwać biadolenia Leona, wyszedł pospiesznie ze stodoły.

Wysoki jakby ponad miarę ksiądz, suchy i mimo czterdziestki pomarszczony jak kabanos, dziarskim krokiem zmierzał w kierunku domu. Na widok gospodarza przystanął, odwrócił się na pięcie i długimi krokami zbliżył do Macieja. Podali sobie ręce i mocno uścisnęli niczym dobrzy znajomi, a przecież ksiądz Grzegorz zaledwie miesiąc temu objął probostwo po wiekowym poprzedniku, Adamie Giziale, który z niechęcią odszedł na zasłużoną emeryturę.

Ksiądz Adam czuł się tu jak pan na włościach, znał wszystkich, ich tajemnice i okoliczne plotki. Żył w poczuciu, że jest kimś lepszym, wybranym, niemal namaszczonym, kto wnosi do tego gnuśnego towarzystwa powiew świeżości. W rzeczywistości był złośliwym facetem, który przez staroświeckie poglądy i bezkompromisowość zraził do siebie większość parafian. Wytykał ich palcem podczas mszy, żądał pomocy, nieustannie układając listy potrzeb, przyporządkowując do ich realizacji kolejne domostwa, co rusz zbierał do puszek na kolejny szczytny cel w postaci nowej stuły, obrusów czy kielichów. Czuł się jak wyrocznia i tak też się zachowywał. Dzieci w szkole przyprawiał o ataki paniki, na wyrywki odpytując z grzechów głównych, przykazań i każąc recytować skomplikowane modlitwy. W księżowskim domu seniora takich jak on władczych osobników było zapewne wielu, więc nie mógł marzyć o tak szczególnej pozycji i poważaniu, jakie we własnej opinii miał tutaj.

Parafianie jego odejście powitali z euforyczną radością, po cichu odmawiając dziesiątki różańca w intencji nowego proboszcza, życząc sobie, by był choć trochę młodszy, nowocześniejszy i milszy. Najwyraźniej zasłużyli się u Tego na górze, bo wkrótce zesłał im tryskającego radością księdza Grzegorza, którego pełno było w całej wsi. Przez pierwsze dni zapoznawał się z parafią, ze szczególnym uwzględnieniem starszych mieszkańców, radośnie pakując im się do domów i spijając kolejne herbaty oraz sypane, smoliste kawy. Przy okazji nie gardził domowymi nalewkami, które ku uciesze gospodarzy potrafił pić całymi seriami, dziwnym trafem nie dając po sobie poznać, czy wlany w ciało alkohol zmienia jego percepcję i poczucie równowagi.

Toteż szybko zaskarbił sobie sympatię większości mieszkańców Zaduszek i okolicy. Wreszcie nie musieli świadczyć nieustannej pomocy finansowej i pracy fizycznej duszpasterzowi. Dzieciaki chętnie biegały na specjalnie dla nich odprawianą mszę o jedenastej w niedzielę, czekając na kolejne pokazy slajdów i teatralne popisy księdza podczas kazań. Wszystko zmierzałoby we właściwą stronę, gdyby kilku zapalczywych, starych gospodarzy ortodoksyjnie trzymających się wypraco­wanych przez księdza Adama zasad nie szemrało pod nosem, po cichu donosząc na księdza Grzegorza do kurii. Owocowało to częstymi wizytacjami przełożonych i niepewnością co do przyszłości nowego proboszcza. Dlatego od kilku dni ksiądz Grzegorz dwoił się i troił, zastanawiając się, jak się wkupić w łaski tych niechętnych, i konsultując z tymi bardziej życzliwymi kolejne pomysły. Tak było i tym razem.

– Pochwalony Jezus Chrystus. Jak dobrze, że pana zastałem. Chciałem o czymś porozmawiać, jeśli nie będę przeszkadzał.

Leon, ukryty za drewnianymi drzwiami stodoły, popatrywał to na piłę, którą sobie upatrzył, to na rozmawiających, ciekawy, o czym to gadają. Wreszcie podjął decyzję, szybkim ruchem chwycił za metalową część narzędzia i wrzucił je w pobliskie krzaki przetykane gęsto pokrzywami. By stłumić odgłosy, przytknął palec do prawej dziurki nosa i głośno się wysmarkał, tak że śluz ze słyszalnym plaśnięciem opadł na próg. Charknął, otarł nos wierzchem dłoni, po czym wytarł ją w nogawkę. A po chwili wyciągnął rękę przed siebie i radośnie ruszył witać się z księdzem. Ksiądz Grzegorz, który odwrócił się, słysząc dziwny odgłos smarkania, i doskonale widział rozgrywającą się pod stodołą scenę, w panice szukał pretekstu, by nie uścisnąć ręki Leona.

– Dobrze księdza widzieć. – Leon wpatrywał się to w swoją brudną dłoń, to w księżowską włożoną do kieszeni sutanny, nie rozumiejąc, dlaczego nic się nie dzieje.

Grzegorz natomiast pospiesznie przekładał myśli i koncepcje, poszukując wyjaśnienia swojego zachowania. Wreszcie desperacko oświadczył:

– Pochwalony. Pan Leon też tutaj? Przepraszam, że się nie witam, ale coś mnie ręka paskudnie swędzi i nie wiem, czy świądu jakiegoś nie mam, a zarazić bym nie chciał.

Leon gwałtownie cofnął dłoń i wsunął ją do kieszeni, dziękując opatrzności, że nad nim czuwała i że nie zaraził się jakimś świństwem, no i że księdzu umknął zabieg z piłą, a jednocześnie zastanawiał się, gdzie taki, zdawałoby się, porządny człowiek mógł coś takiego złapać. Nie dane mu było długo deliberować, bo obok już toczyła się wartka rozmowa o tym, że trzeba by zorganizować jakiś wieczorek zapoznawczy.

– Może z balem charytatywnym? Tak sobie pomyślałem, że jakby ludzie dobrze się bawili, a zarazem coś dla biednych byśmy zyskali, to może bardziej bym został zaakceptowany.

– Ja tam nie wiem, ale poprzedni ksiądz to co rusz dla innych coś robił. Po prawdzie o swoje wprzódy dbał, ale o innych też zabiegał. Bo ja wiem, czy prześcigniecie starego? – Leon był zadowolony, że mógł dorzucić swoje trzy grosze.

– Ależ ja nie mam zamiaru z nikim się ścigać! Pomysł jest taki, żeby zrobić coś i miłego, i pożytecznego, a jak się jeszcze da połączyć to z dobrą zabawą, to czemu nie?

– Słyszałem, że ludzie mają trochę pretensji, że na mszy jest swobodniej niż za czasów księdza Adama. – Maciej się zadumał, kiedy to ostatni raz był w kościele. Po chwili doszedł do wniosku, że nie tylko nie pamięta, ale też jakoś wcale mu tych wizyt nie brakuje.

– No i w tym problem. Przecież Jezus nie zakazał się radować.

– Niby nie, ale jakby to jeszcze z modlitwą połączyć, byłoby idealnie. Na przykład msza, a potem ten bal.

Ksiądz Grzegorz spojrzał na gospodarza z błyskiem w oku i z nadzieją, że łącząc boskie z ludzkim, może spodziewać się sukcesu, wszak wszyscy powinni być z takiego rozwiązania zadowoleni.

– Ma pan rację. Msza w intencji mieszkańców, a potem charytatywna impreza, tylko cel trzeba wymyślić.

– To już księdza inicjatywa.

– Księdza nie księdza, proszę pomyśleć, co to mogłoby być.

– Przecież ja tu właściwie nikogo nie znam.

– To jedziemy na tym samym wozie. – Tu ksiądz zogniskował spojrzenie na przysłuchującym się rozmowie Szulcu, który w tym momencie zaczął niby od niechcenia rysować w piachu kółka czubkiem buta. Pod wzrokiem wielebnego skurczył się w sobie i niczym umierającemu przed oczami zaczęły się mu przesuwać obrazy przewin, których dopuścił się w ostatnim czasie. Skulił się jeszcze bardziej i już miał postanowić, że jednak nie wróci po upatrzoną piłę, gdy ksiądz uśmiechnął się do niego i radośnie zagadnął: – A może pan Leon by coś podpowiedział, przecież wszystkich tu zna. Nie chciałby pan zostać moim przewodnikiem po tej małej owczarni Pana?

– Ja? – Leon wybałuszył oczy, zastanawiając się, o jakiej owczarni ten człowiek bredzi. Przecież w promieniu pięćdziesięciu kilometrów pewnie nie znalazłaby się ani jedna owca, a co dopiero ich stado.

Najwyraźniej jego mina zdradziła galopadę spanikowanych myśli, bo ksiądz pospiesznie dodał:

– Może mógłby pan coś opowiedzieć o sąsiadach? Jacy są, jak im się żyje, może ktoś potrzebuje szczególnej pomocy. Oczywiście nie będziemy nikogo obgadywać, tylko odbędziemy rozmowę w słusznej sprawie.

– Bo ja wiem? Co tu gadać?

– Panie Leonie, niech pan nie będzie taki cichy i skromny. U mnie to się panu gęba nie zamyka i tylko nadajesz pan na innych.

Pewnie, gadał na sąsiadów, co mu ślina na język przyniosła, i czuł ogromną satysfakcję, gdy mógł wytknąć ich niedoskonałości albo zdradzić jakąś mroczną tajemnicę, ale księżulo raczej się spodziewał, że powie o ludziach coś pozytywnego. A to przecież nie było takie proste. Nie lubił ich, zazdrościł im, podejrzewał, że ciągle coś knują i przeciw niemu nastają, no i jak tu mówić o nich dobre rzeczy albo jeszcze podpowiadać, komu by można pomóc. Przecie to oczywiste, że to jemu najgorzej się powodzi. I chałupa najmniejsza, o tych dwóch hektarach pola, a w zasadzie piaszczystej łachy pod lasem, nie wspominając. A i kobity nie ma, co by go trochę oprała i odkarmiła. A tym wszystkim wsiokom jako tako idzie. No, może Jagoda to ma biedę, bo siedmioro dzieciaków dała se zrobić, w dodatku każdego z innym chłopem, a gdy tylko się okazywało, że zaciążyła, dawca spermy znikał na zawsze. Ale przecie sama sobie winna, jak co rusz po stogach się pokładała, to teraz ma za swoje. To już by wolał pomóc tej starej Kłaczyńskiej, co to ma ze sto lat i jeszcze do studni po wodę chodzi, bo nawet kibla w domu nie ma. Ale co takiej starusze do życia trzeba, przecie i tak za chwilę umrze, to szkoda pieniędzy na nią marnować.

Leon wreszcie się zorientował, że jego milczenie budzi nadzieję w proboszczu, a u Macieja kiełkuje pewność, że zaczyna coś kombinować. Wpatrzeni w niego jak kot w kłębek wełny sprawili, że poczuł się ważny i mentorskim tonem zaczął perorować:

– U nas we wsi to każdy se jakoś radzi.

– Ale zawsze komuś jest trudniej niż innym.

– A bo ja wiem? Jak kto ma biedę, to sam sobie winien.

– Panie Leonie, nie zawsze tak jest, przecież pan wie. Panu też się nie przelewa, prawda?

– Niby nie, ale jak człowiek przywykł, to nie narzeka.

– A nie ma tu kogoś niepełnosprawnego, wdowy z gromadą dzieciaków, babinki, co sobie nie radzi w starości?

– A są, ale przecie to normalne. Adrian Kulkoński to nasz kaleka, ale jak mówiłem, sam sobie winien. Nieraz ludziska mu gadali, coby po flaszce w pole nie łaził. Ale on, gieroj, wiedział lepiej i pod kombajn się wpierdolił, znaczy wlazł. A że nachlany był, to nawet nie zauważył, że girę mu zmiażdżyło, i dopiero jak wytrzeźwiał, to się zdziwił, że doktory kulasa mu odjęły. I widzi ksiądz, co tu takiego żałować i pomagać?

– Słuchajcie, nic nie uradzimy, stojąc tak na podwórzu. Wejdźmy do domu, tam będzie nam łatwiej myśli zebrać. Dzieciaki kompotu wczoraj nagotowały, to was poczęstuję. – Maciej zachęcająco kiwnął dłonią i ruszył pierwszy.

Za nim z szuraniem poczłapał Leon, a za Leonem dziarskim krokiem ksiądz.

Leon liczył na to, że niczym w Kanie Galilejskiej kompot finalnie zmieni się w wino, tym bardziej że już od dłuższego czasu czuł, że zaczyna go suszyć i coś tam można by sobie dziabnąć.

– Dobrze młodych mieć w domu, takim to się jeszcze chce. W mojej poprzedniej parafii dzieciaki pod pretekstem prób chóru się spotykały, ale stale miały nowe pomysły. A to w podchody się bawiły, a to przetwory dla biedniejszych parafian robiły, nic, tylko brać przykład.

Maciej westchnął i przemilczał, że młodzież, która bywa w ich domu, głównie wyżera wszystko z lodówki, pozostawia po sobie chaos w postaci brudnych naczyń i naniesionego piasku. Wrzeszczy, słucha głośno muzyki i popala różne świństwa ze szczególnym upodobaniem do tych zakazanych. W dodatku ciężarna synowa odkryła w sobie pasję do zdrowej i ekologicznej diety, którą katuje wszystkich domowników. Na ich stole często pojawiały się obrzydliwe, pozbawione soli i przypraw hummus, sałatki z liści pokrzywy i dziwne napary z tego, co rosło w okolicy. Znosił to dla dobra zdrowego wnuka, czy wnuczki, jednocześnie zastanawiając się, jaki urodzi im się dziwoląg, skoro w życiu płodowym karmiony jest takimi świństwami. Postanowił, że jak tylko dzieciak trochę podrośnie, otworzy przed nim wrota do świata kotletów, pepsi i czekolady. Już się nie mógł doczekać.

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2018 Nina Majewska-Brown

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Horzowska

Korekta: Ewdokia Cydejko, Grażyna Kompowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Majewski

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Skład i łamanie: Perpentuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-661-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.