Anioły do wynajęcia - Malwina Ferenz - ebook + audiobook + książka

Anioły do wynajęcia ebook i audiobook

Ferenz Malwina

4,0

Opis

Romeczek Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) to niespełniony pisarz, który w oczekiwaniu na światową sławę chałturzy (z czegoś trzeba żyć), tworząc teksty reklamowe o odkurzaczach i pieluszkach. Miłość jego życia, Elena, wpada na kompletnie wariacki pomysł, który pozwoli wydusić z talentu ukochanego nieco więcej pieniędzy. Będzie jednak potrzebować pomocy. Na kogo może liczyć? Na Barbarę, która dopiero co pochowała męża i wbrew wszystkim uważa, że nie był wcale taki beznadziejny. Na Dorotę pałającą chęcią zemsty na swoim byłym, który zostawił ją dla młodszej i to w momencie najgorszym z możliwych. I wreszcie na Martę, której po raz trzeci z rzędu nie udało się dostać na studia aktorskie, czeka więc nadal na swój wielki moment, pracując w call center. Drużyna jedna na milion. Co może pójść nie tak? Niespodzianka goni niespodziankę, na dodatek szczerze ubawiony Amor pudłuje, posyłając swoją strzałę zupełnie nie tam, gdzie powinna trafić.

Wrocław. Miasto idealne do tego, by zacząć wszystko od nowa. Miasto, w którym miłość kiełkuje na najmniej oczekiwanym gruncie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 20 min

Lektor: Donata Cieślik

Popularność




Mojemu mężowi i trzem córkom –

sensowi mojego życia

szukam świata

w którym jedna jaskółka

czyni wiosnę

gdzie szewc

chodzi w butach

gdzie jak cię widzą

to dzień dobry

szukam świata

w którym

człowiek człowiekowi

człowiekiem

Jarosław Borszewicz

*** (Szukam świata…)

Prolog

Elektroniczny zegarek stojący na biurku przy komputerze pokazał drugą w nocy, dając tym samym do zrozumienia, że już sam fakt, że ktoś to wskazanie dostrzegł, należy uznać za wysoce niestosowny. Druga w nocy to pora, kiedy zegarki mogą informować świat do upojenia. Mogą wręcz wydzierać się analogowo – za pomocą drewnianej kukułki wydającej z siebie odgłos paszczowy, który nawet po pijaku trudno pomylić z kukaniem – lub cyfrowo, wyrzucając w przestrzeń partie fotonów z nastaniem każdej kolejnej sekundy. Jeśli ktoś się temu przygląda, zamiast spać, czynią to z fochem i bywają nieco skrępowane.

Zegarek na biurku Eleny nie bardzo wiedział, jak się zachować, ponieważ jego właścicielka po zerknięciu nań nie poświęciła mu potem ani sekundy uwagi. Wpatrywała się natomiast intensywnie w ekran komputera, kręciła z niedowierzaniem głową, a na jej ustach zagościł uśmiech, z początku skąpy, potem coraz szerszy, aż w końcu Elena zakręciła się na obrotowym krześle i głośno roześmiała.

Patrzyła na stan swojego konta bankowego.

Tak, tak, ze wszystkich szalonych decyzji życiowych, jakie podejmowała, ta pobiła wszelkie rekordy wariactwa. To było jak skok w przepaść z zamkniętymi oczami i pytaniem zadanym już w locie: „Przepraszam, czy tam jest woda?”. Owszem, Elena nigdy nie miała problemu z opuszczaniem strefy komfortu, wprost przeciwnie – jak mogło pokazać jej dotychczasowe życie – na sam widok majaczącej gdzieś na horyzoncie wyspy stabilizacji kierowała swój statek w zupełnie innym kierunku, ale tym razem to naprawdę przesadziła. Pomyślała sobie jednak o wszystkim, co się wydarzyło na przestrzeni tych kilku ostatnich miesięcy, aż do… – właściwie który dzisiaj? Ach, tak, już 15 maja 2018 roku – no więc od połowy września aż do maja i stwierdziła, że gdyby miała decydować raz jeszcze, zrobiłaby to samo. Nigdy w życiu nie przypuszczała, że rzeczywistość może jej zafundować (zupełnie gratis!) tyle gwałtownych zwrotów akcji, tyle niespodzianek, tyle emocji, że egzystencja przypominała poranne wsiadanie do rollercoastera i wysiadkę dopiero wieczorem, kiedy już człowiek kompletnie nie przypominał siebie samego.

Och, oczywiście, że wszystko sobie zaplanowała. Przemyślała każdy krok, po czym i tak zdecydowała się skoczyć w ciemno. Życie jak to życie, roześmiało się w głos, po czym zakpiło z niej, każąc jej grać rolę, której wcześniej kompletnie nie przećwiczyła, do scenariusza, który samo napisało. Bo tak. Tak to już jest. Życie to premiera bez próby generalnej i na dodatek bez przewidzianych powtórek. A jednak… Kiedy pomyśli o tych wszystkich emocjach, o tych ludziach, których poznała, to czy można było postąpić inaczej? Pewnie tak, ale cóż. Wszystko można, ale nie wszystko warto. Elena teraz widzi, że innej drogi nie byłoby warto wybierać.

Usłyszała kroki z tyłu za sobą, a potem ktoś położył jej ręce na ramionach, pochylił się i złożył na jej szyi długi pocałunek. Odwróciła się i uśmiechnęła.

– Romeczku, zostawiłeś mi ślad po szmince. Mówiłam, żebyś nie brał tej w kolorze strażackiej czerwieni, trudno zmyć ślady.

– Daj spokój, zaraz i tak idę do łazienki. W końcu kiedyś trzeba – odpowiedział mężczyzna przyjemnym barytonem. – Po prostu nagle poczułem ochotę na twoją szyję. Jakbym miał jakieś przyzwoite kły, to wpiłbym się w ciebie bez litości.

Elena przyciągnęła go do siebie, chwytając ręką za dekolt bufiastej sukienki w odcieniu słodkiego różu i namiętnie pocałowała w usta. Odchyliła się i ze śmiechem starła z warg czerwoną szminkę. Romeczek odruchowym gestem poprawił biust, po czym zatrzepotał długimi rzęsami, co w jego zamyśle miało wyglądać uwodzicielsko. Sztuczne rzęsy z lewej powieki odkleiły się i z wdziękiem sfrunęły na ziemię. Podniósł je i bardzo niekobieco podrapał się po łydkach skrytych pod różowymi rajstopami.

– Ładnie ci w tym kolorze – powiedziała Elena, przyglądając mu się i nie przestając uśmiechać.

– Wiem – przyznał mężczyzna. – W końcu jestem blondynem z jasną cerą. Jestem wręcz stworzony do różu.

Ziewnął głośno i szeroko. Mózg najwidoczniej wcisnął czerwony przycisk, informując, że jedzie na rezerwie i za moment po prostu się wyłączy.

– Zmęczony?

– O matko, jeszcze jak! Wykończony! Tyle się dziś wydarzyło!

– To połóżmy się, Romeczku.

– Tak, tak, położymy się, tylko wcześniej chyba musisz się o czymś dowiedzieć.

– O tak.

– Wiesz, o co chodzi? – Romeczek zamrugał zdumiony.

– Domyślam się. Ale ty też musisz o czymś wiedzieć.

– Oho! No to mamy ukrytą prawdę.

Elena westchnęła i ostatni raz zerknęła na stan konta. Tak, muszą w końcu porozmawiać. Chyba nie można tego dłużej odkładać. Gdyby ktoś kilka miesięcy temu powiedział jej, że tak właśnie się to wszystko potoczy, powaliłaby go śmiechem. Kilka miesięcy temu sprawy rysowały się zupełnie inaczej…

POCZĄTEK

1.

Elena westchnęła. Niedziela handlowa w galerii to taki czas, kiedy człowiek wie, że przychodzi do pracy bez sensu. Zwłaszcza jeśli się pracuje w butiku roszczącym sobie pretensje do miana luksusowego. Skądinąd słuszne. Był to jeden z takich sklepów, w których ceny zaczynały się daleko dalej po tym, jak możliwości Eleny się kończyły. Nigdy nie przestała się dziwić, że zawsze znajdzie się ktoś chętny zapłacić piętnaście razy więcej za coś tylko dlatego że to coś ma określony napis na metce. Albo nie tylko na metce, najlepiej po prostu na froncie lub gdziekolwiek, bo przecież istniało uzasadnione ryzyko, że ktoś inny metki zwyczajnie nie zauważy i nie zacznie w związku z tym szanować właściciela odzieży bardziej niż innych ludzi. Może więc cała tajemnica tkwiła w tym, że nie kupowano drogiej szmatki, tylko dostęp do społecznej loży VIP. Przynajmniej tak to widziała. Tak czy inaczej za dostęp trzeba było słono zapłacić.

Większość, ba, nawet ogromna większość klientek kręcących się po butiku nie miała odpowiedniej ilości pieniędzy, by wystarczyło im na klucz otwierający bramy raju, ale przecież zawsze można było ciuch po prostu przymierzyć. W niedzielę taką jak ta całe pielgrzymki przemierzały przestrzeń sklepu na trasie od wieszaków do przymierzalni, gdzie po wciągnięciu na siebie tego i owego następowała sesja fotograficzna. Właściwie autosesja. Wystarczyło zrobić obowiązkowy dziubek, pstryk, pstryk, potem wrzucić foteczkę w ocean mediów społecznościowych i już człowiek mógł poczuć się lepiej, czyli jak nie on sam. Po zakończeniu sesji wskakiwano we własne ciuszki i spokojnie udawano się w rejony sklepu samoobsługowego po jakieś świeczki zapachowe i podróbkę Crocsów za piętnaście złotych, słowem, po to, co jest tak niezbędne w niedzielę i bez czego absolutnie nie można się obejść do poniedziałku.

Elena nie miała nic przeciwko mierzeniu ubrań, sęk w tym, że część była zwyczajnie niszczona. Tu ślad szminki, tu smugi po pudrze, tam pozostałości antyperspirantu, naderwany zamek błyskawiczny (Co?! Ja w to nie wejdę? Ja nie wejdę? Ja?! Zobaczycie! Ojej…) i tego typu sprawy. Zabrała z wieszaka przy przymierzalniach kolejną partię ciuchów, przyjrzała się im krytycznie i zajęła się tym, co głównie robiła w niedzielę – odwieszaniem rzeczy na przynależne im miejsca.

Och, to nie jest tak, że praca w ekskluzywnym butiku nie miała swoich zalet. Jedną z nich była regularnie wypłacana pensja. Niewysoka, bo przecież mówimy o stanowisku zwykłego sprzedawcy (myśląc „zwykły”, Elena westchnęła ponownie), ale stała i regularnie pojawiająca się na koncie. To było ważne. Ze względu na Romeczka. Drugą zaletą była możliwość przemyślenia sobie wszystkiego jeszcze raz od początku. Co też było ważne. I też ze względu na Romeczka. Ciekawe, że każde z tych przemyśleń, które odbywało się gdzieś między wieszakami z bielizną a rzędem supermodnych bluzeczek w jakieś farfocle, niezależnie od tego, jak długo by trwało, zawsze prowadziło do tego samego wniosku.

Mianowicie, że tak już dłużej nie można.

We wrześniu 2017 roku minęło pięć lat (mój Boże, jak to zleciało!), odkąd Elena Wołodymerewna Rusłan przyjechała ze Lwowa do Wrocławia przyniesiona tu na skrzydłach miłości, które dodatkowo napędzał silnik wielkich nadziei. Obecnie wszystko wskazywało na to, że były to nadzieje tak wielkie, jak niespełnione. Albo przynajmniej szansa na ich spełnienie leżała gdzieś pod murem i dogorywała po cichutku, wychłostana batem bezwzględnej rzeczywistości. Och, życie jej i Romeczka dokądś wytrwale zmierzało, tylko niekoniecznie był to kierunek, w którym Elena chciała się poruszać.

Zmierzało bowiem rączym kłusem ku bardzo wielkiej przepaści.

Słabo się orientowała w historii Polski, zwłaszcza tej współczesnej, nie mówiąc już o sytuacji politycznej, nie mogła więc znać słynnych bon motów słynnego polskiego noblisty. Gdyby je znała, dokonałaby ich parafrazy, mówiąc, że nie o takiej Polsce marzyła. A nie marzyłaby wcale, gdyby właśnie nie Romeczek.

***

Pięć lat temu trzydziestoletni wówczas Roman Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) pojawił się w jej życiu nagle i nieoczekiwanie, wyskakując jak filip z konopi, a ściślej rzecz ujmując, nie wyskakując, a wskakując i nie w konopie, a do restauracji. Roman poczuł przemożną potrzebę wskoczenia do jednego z lokali, które były tak licznie rozmieszczone w obrębie lwowskiej starówki i oferowały turystom (głównie Polakom) specjały kuchni lwowskiej oraz ukraińskiej. Zrządzeniem losu trafił tam, gdzie akurat pracowała dwa lata od niego młodsza Elena Rusłan. Oczywiście nie miał pojęcia, jaka jest między nimi różnica wieku. Nie miał nawet pojęcia o jej istnieniu aż do momentu, kiedy stanęła przy jego stoliku uzbrojona w notesik oraz długopis i zapytała aksamitnym altem, co podać. Roman podniósł wówczas wzrok znad przewodnika turystycznego i najpierw zatrzymał go na wysokości bioder Eleny skrytych pod czarną, ołówkową spódnicą, częściowo osłoniętą przez biały, przewiązany w pasie fartuszek. Przesunął spojrzenie wyżej i zatrzymał je na drobnym, acz najwidoczniej jędrnym biuście, czego można było się domyślać za sprawą rozpięcia u nieskazitelnie białej koszuli, rozpięcia – dodajmy – sięgającego o jeden guzik za daleko. W końcu oczy Romana powędrowały wyżej i spotkały się ze spojrzeniem błękitnych oczu drobnej, delikatnej blondynki, której długie włosy związane były w koński ogon i która niezwykle wdzięcznym ruchem odgarnęła za ucho niesforny kosmyk włosów. Speszyła się nieco, zauważywszy, że Roman świdruje ją wzrokiem tak intensywnie, że zawstydziłby tym niejeden aparat rentgenowski. Na jej policzki wystąpił delikatny rumieniec, a potem usta o pełnych, przecudnie zakrojonych wargach powtórzyły pytanie.

Roman spojrzał jeszcze raz i przepadł.

Mówi się, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia i nawet jeśli to prawda, Roman i Elena byli wyjątkiem od tej reguły. Elena spoglądała na młodego mężczyznę siedzącego przy stoliku i choć ten już jakiś czas temu złożył zamówienie (co okazało się czynnością nad wyraz trudną, bo przez dobrą minutę nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa), nie odchodziła od stolika. Patrzyła na jego jasne, lekko kręcone włosy, kompletnie nieposłuszne staraniom mężczyzny, by nie opadały mu na czoło, przesuwała wzrokiem po cienkich, drucianych oprawkach okularów i zachwyciła się ciepłym, niskim głosem, zupełnie niepasującym do tego drobnego mężczyzny. Zza okularów przemawiały do niej bez słów oczy tak samo niebieskie jak u niej i tak samo okolone wianuszkiem długich rzęs (z tą różnicą, że ona swoje dodatkowo pomalowała).

Gość był Polakiem i odezwał się zresztą w swoim ojczystym języku, co nie stanowiło we Lwowie żadnego problemu, przynajmniej w restauracjach. Elena ogarnęła się wreszcie, jeszcze raz upewniła, czy na pewno niesamowity klient chce zamówić to, co zamówił, a kiedy potwierdził, odeszła, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, na jakiej jest planecie. Krzątając się po sali i wykonując swoje obowiązki, zerkała na niego raz po raz i za każdym razem spotykała się z jego spojrzeniem, bo on również spoglądał w jej kierunku i jakoś tak w tych samych momentach. No, czyż nie można było tego nazwać przeznaczeniem?

Pobiegła do kuchni, przekazując polecenie, by zamówienie dla tego, o, blondyna przy drzwiach potraktować priorytetowo i starannie unikając odpowiedzi na pytanie, jaki jest tej priorytetowości powód. Kucharze wzruszyli ramionami i wywiązali się z zadania, a Elena w naprawdę ekspresowym tempie postawiła przed mężczyzną parującą potrawę. On podziękował i zabrał się do jedzenia, a dziewczyna krążyła wokół niego jak rekin, już to udając, że coś robi, już to faktycznie zajmując się swoimi obowiązkami.

Przyszła w końcu (ach, jakże przez nią niechciana!) pora zapłacenia rachunku. Blondyn uiścił należność, zostawił napiwek, ale nie wychodził.

– Czy mogę zadać pani pytanie? – wydusił w końcu z siebie, a ją przeszedł dreszcz.

– Jeśli tylko umiem odpowiedzieć.

– Na pewno pani umie – uśmiechnął się. – Mam tutaj przewodnik – wskazał na książkę – ale jest raczej słaby. To, co było w nim polecone, już zobaczyłem. Potrzebuję czegoś innego. Czy zna pani jakieś miejsca we Lwowie, które warto zobaczyć, a które nie są takie, no, oczywiste?

Elena odetchnęła z ulgą. W tych rejonach polszczyzny była otrzaskana, nie miała najmniejszych problemów ze zrozumieniem tajemniczego mężczyzny w (uroczych? tak, uroczych!) okularach. Przysiadła się do jego stolika, nachyliła ku niemu, a on miał okazję poczuć jej perfumy i zapach ten z miejsca zawładnął nim tak samo jak jej spojrzenie.

– Mogę zobaczyć? – sięgnęła po przewodnik, który on ku niej skwapliwie podsunął.

Rzeczywiście turystyczna sztampa. Elena z radością poinformowała gościa o kilku miejscach, w które warto zajrzeć i które być może nie są uznawane za wybitne atrakcje, ale mają swój niepowtarzalny klimat.

Na wieść o klimacie blondyn wyraźnie się zapalił i poinformował, że właśnie specyficzny, może nieco tajemniczy klimat jest tym, o co mu chodzi, bo on jest, tak skromnie zaznaczy, pisarzem i poetą, a przyjechał tutaj szukać natchnienia do powstającego właśnie kolejnego tomiku wierszy. Elena rozszerzyła oczy ze zdumienia i poczyniła głębszy wdech, przez co jej jędrny biust uniósł się nieco, co z kolei nie uszło uwagi gościa. Poeta! Pisarz! Jeszcze nigdy nie spotkała prawdziwego pisarza! Co za niesamowity zbieg okoliczności! Polszczyzną przeplataną z ukraińskim zapytała, czy może jej coś więcej powiedzieć o swojej twórczości, a on na to, że bardzo chętnie, tylko czy ona ma teraz czas (i tu potoczył wzrokiem po sali). Ona spojrzała na zegarek i stwierdziła, że naprawdę świetnie się składa, bo ona właśnie kończy swoją zmianę, więc niech on da jej dziesięć minut i porozmawiają. On na to, że bardzo chętnie zaczeka i oczywiście porozmawiają, ale jeszcze lepiej by się stało, gdyby ona go po tych wskazanych przez siebie miejscach osobiście oprowadziła. Jeśli może, oczywiście. Oczywiście, ona może, och, jak ona bardzo może! Jeszcze jak może! Ona bardzo chętnie to zrobi, niech on więc zaczeka, a ona wskoczy w inne łaszki, nie takie służbowe, i już z nim idzie.

Wyjątkowo ciepły początek września 2012 roku sprzyjał zwiedzaniu i Elena oprowadziła Romana po rozmaitych lwowskich zakamarkach, co zajęło im czas do późnego wieczora. Podczas tych kilku godzin obojgu serca waliły jak szalone, w głowie się kręciło, wybuchali śmiechem bez powodu i najczęściej w tych samych momentach, a bariera językowa wydawała się kompletnie nie istnieć. Cóż, język miłości jest ponadnarodowy jak esperanto, jednak w przeciwieństwie do tego drugiego posługuje się nim znacznie więcej osób. Na szczęście. Słowom wypowiedzianym i wszystkim, które zawisły w powietrzu i zasygnalizowały swoją obecność wyraźniej, niż gdyby je ubrać w dźwięki, towarzyszyły spojrzenia i niby przypadkowe, a potem już zupełnie celowe muśnięcia dłoni. Muśnięcia dłoni płynnie przeszły w muśnięcia ust i stało się całkiem jasne, że nie można tak po prostu tego spotkania zakończyć i musi nastąpić ciąg dalszy, bo w przeciwnym wypadku dojdzie do jakiejś katastrofy na skalę kosmiczną i masowego wymierania gatunków. Oboje postanowili nie sprzeciwiać się prawom fizyki. Wszak bywa to niebezpieczne.

Finał wędrówki krajoznawczo-turystycznej nastąpił więc w pokoju hostelu, który Roman wynajmował, i finał ten obfitował zarówno w emocje, jak i w wiedzę. Elena dowiedziała się (kiedy Roman niecierpliwie rozpinał, a wręcz rozszarpywał guziki w jej koszuli), że jej świeżo poznany kochanek stoi u progu międzynarodowej kariery, a jego twórczość cieszy się niesamowitym uznaniem (taki młody, a taki zdolny, myślała, kiedy on nader sprawnie poradził sobie z jej stanikiem) i już naprawdę niewiele brakuje, by ostatecznie stanął w blasku sławy (co przekazał, kiedy jednym szarpnięciem ściągnął z niej majtki). I kiedy błądził zachłannymi rękami po jej ciele, zaprowadzając ją tym samym na skraj szaleństwa, zapytał, czy ona chciałaby go wspierać w jego karierze samym byciem przy nim, bo choć sam nie może w to uwierzyć, wystarczyło kilka godzin, by zakochał się w niej bez pamięci. A ona pomyślała, że niczego innego nie pragnie, bo – choć dla niej również to brzmi jak bajka – czuje, że on jest tym, na którego czekała całe swoje dwudziestoośmioletnie życie, i innego nie będzie, bo być po prostu nie może. Dlatego zapewniła go o swoim wsparciu, odpowiadając (co ciekawe, po polsku) zgodnie z rytmem jego ruchów: tak, tak, tak, tak, tak.

Trzy dni później rodzina Eleny padała na kolana i rwała włosy z głowy, przekonywała, błagała i zaklinała, żeby nie robić tego, co Elena właśnie robiła: żeby nie jechać do Polski z kompletnie nieznajomym mężczyzną. Panna Wołodymerewna Rusłan sama się sobie dziwiła, bo choć zdarzało jej się wcześniej tworzyć związki (raczej nieudane, ale to przemilczmy), nigdy siła uczucia nie była tak potężna, by pociągnąć za sobą decyzje tak szalone. Fakt pozostaje faktem, że na początku września 2012 roku wsiadła do starego i zjechanego Forda Fiesty, zapakowała trzy pękate walizy i wyjechała. Świat wydawał się gorąco kibicować wulkanowi miłości, który właśnie z rozmachem eksplodował, bo nawet formalności urzędowe udało się załatwić w tempie wprost niesamowicie ekspresowym. Jak nigdy. Czy to uczucie tak promieniowało na innych, czy to Amor zamiast zwyczajowej strzały użył moździerza i w ten sposób zwiększył siłę rażenia, dość że urzędnicy w sposób nadprzyrodzony stanęli na rzęsach i Elena Wołodymerewna Rusłan wyposażona w niezbędną wizę siedziała obok Romana Słowackiego, zmierzając ku nowej ziemi obiecanej.

Miejscem docelowym okazał się Wrocław, ściślej osiedle Szczepin położone bardzo blisko jego centrum, a jeszcze ściślej ulica Młodych Techników. Kiedy opadł pierwszy pył po erupcji uczucia i wreszcie można było na trzeźwo rozejrzeć się wokół, Elena stwierdziła, że nie zgadza się właściwie nic poza tym uczuciem właśnie.

Szybko okazało się, że pukająca do drzwi międzynarodowa sława Romana Słowackiego (nazwisko zobowiązuje!) okazała się wytworem jego jakże bujnej wyobraźni. Romeczek w swoim czterdziestodwumetrowym, trzypokojowym mieszkaniu położonym na parterze brzydkiego, klockowatego bloku z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, tworzył, owszem, och, jak on tworzył, tworzył na potęgę kolejne tomiki wierszy, których – cóż za rozczarowanie – nikt nie chciał wydać. Elena czytała je (zapoznając się w ten sposób z ojczystym językiem swojego ukochanego) i kobieca intuicja podpowiadała jej, że Romeczek naprawdę dysponuje talentem i to niemałym, jednak splot wydarzeń i okoliczności oraz – nie oszukujmy się – reguł rynkowych sprawia, że jak dotąd pozostaje twórcą prawie nieznanym. Prawie, bo Słowacki nie poddawał się bez walki. Kiedy kolejny tomik poezji był odrzucany przez wydawców, wypuszczał go własnym sumptem, ogołacając się w ten sposób raz po raz ze gromadzonych z trudem niewielkich oszczędności. Tomiki wierszy walające się gdzieś po półkach nielicznych księgarni, które chciały je u siebie mieć, znajdowały nabywców albo nie (częściej nie) i Romeczek odhaczał kolejne nieudane podejście do sukcesu. Przez jakiś czas wylizywał rany, a kiedy wyczuwał ponowny przypływ sił i nadziei, po raz kolejny rzucał się w wir pracy twórczej, mając głębokie przekonanie, że tym razem to już na pewno.

Oprócz poezji Roman Słowacki sprawdzał się twórczo na niwie prozy. Raz po raz siadał do powieści swojego życia, która – jakże by inaczej! – zaraz po ukazaniu się miałaby zostać zekranizowana, a producenci filmowi czekaliby na kolejną pozycję jak głodny pies na parówki. Romeczek więc pisał, pisał i pisał, ale niestety, co za pech, żadna z powieści nie okazała się w jego oczach na tyle dobra, by doczekała się ukończenia. Słowackiego charakteryzował częsty wśród artystów czy też tych, którzy pretendowali do tego miana, słomiany zapał. Pary starczało mu mniej więcej do połowy, a kiedy wena twórcza się wypalała i trzeba było zapełnić pustkę po niej wytrwałą, żmudną, codzienną pracą, Romeczek składał broń, wywieszał białą flagę i stwierdzał, że to nie jego wojna.

Podczas pięciu lat mieszkania z uroczym blondynem Elena naliczyła pięć kolejnych niedokończonych powieści i kilka tomików wierszy, z których żaden nie ukazał się inaczej, jak za ich własne pieniądze. Oczywiście, gdyby Słowacki miał poprzestać jedynie na tym, wkrótce, po zjedzeniu ostatnich tapet w mieszkaniu, sczezłby marnie gdzieś na działkach lub w noclegowni, podzielając tym samym los znakomitego Cypriana Norwida. Romeczkowi zależało, rzecz jasna, by znaleźć się w panteonie niezapomnianych, niekoniecznie jednak za sprawą śmierci głodowej, pochówku w zbiorowej mogile i docenienia dopiero przez potomnych. Żył w dwudziestym pierwszym wieku, a to wymagało pewnych wysiłków przystosowawczych z jego strony.

Romeczek pisał więc dużo jako freelancer copywriter i trzeba mu to przyznać, że jeśli producent pieluch potrzebował porządnego tekstu na temat możliwości chłonnych swojego nowego produktu, zlecano zadanie w pierwszej kolejności właśnie Słowackiemu. Jak nikt potrafił uwypuklić zalety nowej tkaniny wyposażonej w mikrokanaliki zwężane z jednej strony, co znakomicie podnosiło efektywność zatrzymywania wilgoci w środku. Pisał o kremach do opalania i o kosiarkach spalinowych nowego typu, pisał o konieczności ubezpieczenia domu i o fenomenalnych telewizorach, pisał o dziesięciu nowych sytuacjach, w których nie spodziewasz się zdrady, i sześciu sposobach na zadziwienie przyjaciółek podczas letniego party. Oraz czy można osiągnąć orgazm, siedząc na pralce. Przede wszystkim jednak prowadził rubryki typu „napisz do Kasi”, gdzie z emfazą i zaangażowaniem produkował listy czytelniczek, na które zresztą sam potem odpowiadał. Jako Kasia. Był w tym naprawdę dobry.

Słowem, Romeczek Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) był mistrzem świata w rozmienianiu się na drobne, wybitnym znawcą dziedziny chałturnictwa stosowanego, wciąż czekającym na swój wielki moment i z trudem dociągającym do pierwszego.

Razem z Eleną doskonale się uzupełniali i kiedy on błądził z głową w chmurach, ona stała mocno nogami na ziemi. Bardzo szybko zorientowała się, że nie samą miłością żyje człowiek, ale wypadałoby od czasu do czasu kupić chociażby ziemniaki, dlatego znalazła pracę w branży sprzedażowej, która jak wiadomo, zawsze potrzebuje świeżej krwi. Pracowała to tu, to tam, aż w końcu osiadła w ekskluzywnym butiku w pobliskiej galerii Magnolia (do pracy chodziła na piechotę, ach ta oszczędność!), co pozwoliło na ustabilizowanie ich wspólnego, mocno rozchwianego budżetu.

Wbrew oczekiwaniom wszystkich dookoła, z rodziną Eleny na czele, ich miłość, która tak gwałtownie zapłonęła, nie tylko nie skonała, zdeptana twardym buciorem bezwzględnych realiów życiowych i rozczarowań, ale trwała dzielnie, cementując się dzień po dniu. Wewnętrzny ogień nadal płonął i Elena naprawdę bardzo kochała Romeczka, a Romeczek ubóstwiał swoją Elenę, tylko, cholera, kasy było wiecznie brak. Ostatnio zresztą było jej brak bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i panna Rusłan poczuła, że to jest ten moment, kiedy wreszcie trzeba powiedzieć stop.

***

Odwiesiła na wieszaczek do bielizny majtki, starając się nie patrzeć na nie, by nie dostrzec tego, co dostrzec się spodziewała. Nie, tak dalej być nie może. Jej natura domagająca się zmiany i parcia na przód ku lepszej przyszłości poczuła się już zmęczona i przytłoczona pięcioletnią stagnacją i nieustannym ciągnięciem prowizorki. Prowizorka jest, jak wiadomo, rzeczą najtrwalszą we wszechświecie, w związku z tym bywa szczególnie niebezpieczna i jak już raz chwyci ofiarę w swoje szpony, nie wypuszcza jej czasem aż do śmierci. Elena czuła, że chce od życia czegoś więcej niż tylko okazji do odwieszania na miejsce drogich staników i majtek, które ktoś przymierzył, by trzasnąć sobie fotkę. Ponieważ jednak myślała nie tylko o sobie, ale i o Romeczku, postanowiła wpaść na coś takiego, co pomoże połączyć jej skłonność do ryzyka i trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość z kreatywnością jej ukochanego, który też zasługuje na coś więcej niż tylko na pisanie o nieudanych orgazmach. Myślała więc i myślała, co by tu zrobić, aż w końcu, przy lnianych żakietach, doznała iluminacji.

Tak, to będzie to! Boże, pomysł jest genialny! To musi się udać! Oczywiście, że tak! Trzeba by trochę zainwestować, ale spokojnie, to da się zrobić. Są drobniuteńkie oszczędności, bo Romeczek nie skończył jeszcze konstruować kolejnego tomiku wierszy, pieniądze nie rozeszły się więc na self-publishing. Sprzeda swoją biżuterię, opyli jakieś książki w serwisie aukcyjnym i może jeszcze kilka mebli. Nie wszystkich potrzebują, da się żyć. Tak, to ma szansę powodzenia. Gdyby wszystko poszło po jej myśli, wypłyną na szerokie wody. Romeczek będzie miał szansę wreszcie objawić się światu, ona poczuje się w swoim żywiole, tworząc coś nowego od zera, a poza tym – i to jest w tym wszystkim najważniejsze – zaczną wreszcie normalnie zarabiać.

– Eleno, czy coś się stało? – usłyszała za sobą. – Ten żakiet chyba jednak jest czysty.

Kierowniczka butiku stała i przypatrywała jej się z troską.

– Ach, nie, nic, nic. Zamyśliłam się, przepraszam. Tak, żakiet jest bez zarzutu – Elena wróciła do rzeczywistości.

Nie ma co zwlekać, jeśli ma się działać, trzeba zabrać się za to od razu. Od razu też trzeba porozmawiać z Romeczkiem.

***

– Że co zamierzasz zrobić?! – Romeczek oderwał wzrok od komputera, gdzie powstawał tekst o najnowszym drobiowym pasztecie bez grama GMO, i kawałek kanapki z ogórkiem wypadł mu z ust na talerzyk.

– Powtórzę jeszcze raz: odejdę z butiku i otworzymy agencję artystyczną – ze stoickim spokojem powiedziała Elena, siorbiąc przy tym łyk kawy.

Słowacki nadal patrzył na nią i niczego nie rozumiał.

– Ale na miłość boską, po co?! – wyjąkał wreszcie.

– Po co? Po co? – zirytowała się Elena. – A dobrze ci się żyje? Masz pieniądze? Zarabiasz piórem, to prawda, ale robisz to nieefektywnie. Agencja artystyczna pomoże nam wykorzystać twój talent. Będziesz wsparciem merytorycznym.

– I na czym niby miałoby to wsparcie polegać? – Romeczek pozostawał sceptyczny.

– Będziesz układał scenariusze naszych działań. Jeśli trzeba będzie napisać wiersz na jakąś okazję, to go napiszesz, jeśli trzeba będzie ułożyć piosenkę, to ją ułożysz. Znasz się na pisaniu, jesteś w tym dobry. Moglibyśmy na tym zarobić.

– Teraz też niby mogę – marudził Słowacki, ale czuł już podskórnie, że stoi na przegranej pozycji, bo ogień zdecydowania płonący w jego połowicy trawił wszystko naokoło, zostawiając popiół i zgliszcza.

– Teraz to, co robisz, przypomina zabawę w chowanego w kawalerce. Niby można, ale możliwości są mocno ograniczone. Ja chcę, jak to się mówi, wypłynąć na szerokie wody.

Romeczek trochę pomilczał i trochę podrapał się po głowie.

– A jak sobie to wyobrażasz?

– No cóż. Mamy trzy pokoje. Jeden z nich zaadaptujemy na biuro i to będzie nasze miejsce pracy, ewentualnie miejsce prób czy czegoś w tym rodzaju, jeśli będziemy tego potrzebować. Sprzedam moją biżuterię… Nie patrz tak na mnie! Weźmiemy to, co miało iść na twój tomik wierszy… No nie patrz tak, mówię! Oddychaj! Jak zarobimy, wydasz to, tylko że w o wiele większym nakładzie. Będziemy organizować urodziny dla dzieci, prowadzić zabawy taneczne, przygotowywać spotkania dla małych firm i dużych korporacji, zajmować się konferansjerką i w ogóle, rozumiesz, obsługą wydarzeń artystycznych i nie tylko.

– Ty to masz rozmach wizji, kobieto…

– Poważnie mówię! I zobacz, Romeczku, zaczniesz być rozpoznawalny, a to na pewno pomoże twojej karierze pisarskiej.

– Tylko nie wiem, jak sobie poradzimy we dwoje.

– Och, nie poradzimy sobie we dwoje! – Elena uśmiechnęła się. – To znaczy nie tylko we dwoje. Potrzebujemy jeszcze trzech osób. Kobiet.

– Kobiet?

– Koniecznie kobiet. Obowiązkowo. Taki mam plan, że to mają być kobiety i kropka. Jedynym wyjątkiem będziesz ty.

– Ale dlaczego?

– Szczerze? Nie wiem. Tak po prostu czuję. Czuję, że tak właśnie ma być. A nie mam zamiaru bić się z intuicją, zawsze kiepsko na tym wychodziłam. Przeprowadzimy więc casting i wybierzemy trzy osoby, które będą razem z nami pracować.

Romeczek pokręcił głową i podniósł ręce do góry.

– Poddaję się. Wy, kobiety, na zawsze pozostaniecie dla mnie tajemnicą. To czyste szaleństwo, zdajesz sobie z tego sprawę?

– Oczywiście. Czystym szaleństwem było też przyjechanie z tobą tutaj, do Wrocławia, ale nie żałuję tej decyzji. Dobrze nam razem, prawda?

– No pewnie! – przytaknął skwapliwie.

– No właśnie. Tym razem też się uda. Zobaczysz. Czuję to. Czuję, że to naprawdę będzie coś wielkiego.

– Nigdy nie widziałem cię takiej podnieconej – mruknął Romeczek barytonem, który nabrał jakby pluszowego odcienia, a w oczach pojawił mu się błysk.

– Naprawdę? – Elena zbliżyła się do niego i usiadła okrakiem na jego kolanach. – To jeszcze niewiele widziałeś.

– Chciałbym zobaczyć więcej – mruczał dalej, przyciskając usta do jej szyi.

– Jest na to szansa – odpowiedziała. – A swoją drogą – ciągnęła, choć Romeczek najwyraźniej przestał słuchać tego, co mówi jego ukochana, poświęcając uwagę czynnościom dla niego daleko bardziej priorytetowym – bardzo ciekawa jestem tych kobiet. Kto to będzie? Założę się, że będą postrzelone co najmniej tak samo jak ja.

2.

Dorota Kotecka zaklęła szpetnie, pociągnęła spory łyk czerwonego wina i otarła rękawem usta. Chwilę później zerwała się z narożnika w pokoju i rzuciła szczupakiem w kierunku łazienki, w ostatniej chwili dopadając toalety i oddając jej dopiero co wypity trunek. Znów wytarła usta, objęła czule muszlę klozetową i zapłakała rzewnie nad swoim losem. A niech to jasna cholera! A to drań! A to łajdak skończony! A to kawał sukinsyna! Jak mógł! I nawet się człowiek upić normalnie nie może, choć chciałby, bo od razu kursuje do łazienki i przytula czoło do porcelanki.

Spuściła wodę, umyła ręce, wróciła do pokoju i ponownie zajęła narożnik. Westchnęła głęboko i powtórzyła wiązankę przekleństw. Gdyby chociaż dwa tygodnie temu ktoś jej powiedział, że coś takiego się wydarzy, roześmiałaby się głośno. Ale jednak. W wieku czterdziestu dwóch lat stały się dwie rzeczy, których wcześniej kompletnie nie brała pod uwagę.

Rzucił ją. Normalnie wziął i ją rzucił. Nie do pojęcia. Jeszcze bardziej nie do uwierzenia jest to, że ona durna niczego się nie domyślała. Nie wychwyciła żadnych sygnałów, nie nachodziły jej najmniejsze wątpliwości. Jak mogła być taka głupia? Taka ślepa i głucha? Wierzyła mu bezgranicznie, a tymczasem on… I to jeszcze w jakim stylu ją rzucił. Klękajcie narody!

***

Bartłomiej Goryczka odsunął Dorocie krzesło przy stoliku w restauracji. Restauracja znajdowała się w niezwykle dogodnym położeniu, bo niemalże naprzeciwko bloku, w którym mieszkali. Wystarczyło dosłownie przejść przez ulicę. Mało tego, znajdowała się w znanym i najwyższym wrocławskim budynku, słynnym Sky Tower. Pójść do restauracji w Sky Tower – no, to jest coś!

Dorota przysunęła się do stolika i zerknęła w kartę dań. Proszę, proszę. Dziś najwidoczniej obowiązywać będzie wersja na bogato. Stolik w lekkim oddaleniu od innych, a zatem będzie też intymnie. Czyżby czekał ich jakiś zupełnie wyjątkowy wieczór?

Usiadł naprzeciw niej i uśmiechnął się do niej jednym z tych swoich czarujących uśmiechów. Nic dziwnego, że straciła dla niego głowę. Rzuciła dyskretnie okiem na prawo i lewo. No niestety, tym razem żadna laska nie wlepiała w niego gałów, jak to się często zdarzało i co zawsze Dorotę bawiło (choć nadużyciem byłoby stwierdzenie, że się do tego przyzwyczaiła). Trudno nie zwrócić uwagi na wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta o posturze Jamesa Bonda. Kiedy się odzywał, jego niski, głęboki i ciepły głos od razu powodował ugięcie nóg w kolanach i szybsze bicie serca. Kiedy zdejmował koszulkę… Och, lepiej żeby nie zdejmował, bo z miejsca powodowało to u płci przeciwnej potrzebę zrzucania warstw własnej odzieży. Gdyby jednak ją ściągnął, można by zobaczyć jego wyćwiczone na siłowni mięśnie. Ach!

Zamówiła coś lekkiego, ale smacznego, i poprawiła swoje rude kręcone włosy upięte w kok. Naturalnie rude, żadnego farbowania. On patrzył na nią i milczął. Uśmiechał się tylko jakoś nietypowo.

– Wiesz co, jest taki film Chłopaki nie płaczą, kojarzysz? – zagadnęła.

Skinął głową.

– No i wiesz co? Śmiać mi się chce, bo tam jest taka scena, kiedy ona i on przychodzą do drogiej restauracji, takiej jak tutaj. Wiesz, on zaprasza ją tam, żeby powiedzieć jej, że z nią zrywa – roześmiała się. – Tak mi się skojarzyło.

On znów się uśmiechnął. Zamówienie zostało przyjęte, potrawy wjechały na stół i przez jakiś czas mówili mało lub poruszali tematy banalne, do momentu, aż skończyli jeść. A tak, pojawiły się jakieś panienki, które rozbierały wzrokiem jej Bartusia. Ciekawe, czy to jest ten moment, żeby mu powiedzieć. Miała trochę inne plany, chciała to zrobić inaczej, ale kto wie, może to teraz jest odpowiedni czas?

– Mówisz, że on zaprosił ją do restauracji, żeby z nią zerwać? – zagadnął znowu Bartłomiej Goryczka.

– No tak. Powiedział, że ją zostawia i nie mogą być dłużej razem.

– Co za zbieg okoliczności…

Dorota roześmiała się, ale uśmiech zamarł jej na wargach, kiedy spojrzała na niego ponownie.

– No przestań, Bartuś, to nie był dobry żart.

Bartłomiej przeszył ją wzrokiem sprawniej niż wiązka promieni X.

– To wcale nie był żart – odezwał się cichym, głębokim głosem.

Dorota z otwartymi ustami wpatrywała się w niego, rozpaczliwie łącząc literki, które nijak nie chciały się złożyć w jedną, sensowną całość.

– O czym ty…

– Doroto, skarbie, nie możemy być dłużej razem.

Nie cierpiała, kiedy zwracał się do niej „Doroto”, a jeszcze bardziej nie lubiła, kiedy wyjeżdżał ze „skarbem”.

– O czym ty, do cholery, mówisz, o, boski Barti?

– O nie, tylko mnie tak nie nazywaj! – syknął.

Aha, czyli jednak dotarło.

– Co ty do mnie mówisz? Nic nie rozumiem – niemal jęknęła.

– To jeszcze raz. Mówię, że odchodzę. Nie mogę dłużej z tobą być, mieszkać i takie tam.

W „takim tam” mieściło się całe jej życie i nadzieje. Dziwne uczucie, kiedy da się to wszystko upchnąć w dwóch krótkich wyrazach.

– Nadal nic nie rozumiem. Dlaczego?

Bartłomiej westchnął i zerknął na nią z politowaniem. Pod jego spojrzeniem poczuła się brzydka i jakaś taka kanciasta.

– Odchodzę. Będę z Jowitką.

– Jaką, kurwa, Jowitką?! – krzyknęła, a trzy stoliki popatrzyły w ich stronę. Na ustach kobiet zakwitły pogardliwe uśmieszki.

– Ciii, nie rób scen – syknął. – Takie jest życie, to się czasem zdarza. Staram ci się to powiedzieć tak, żeby zachować styl i klasę, nie utrudniaj sytuacji. Ja i Jowitka… cóż, zakochaliśmy się w sobie i… spotykamy się od jakiegoś czasu.

– Od jakiego czasu? – spytała głucho.

– Czy to istotne? No dobra, od kilku miesięcy.

– Kilku… miesięcy?! Dlaczego ja o niczym nie wiedziałam?

– No cóż… – nie kontynuował wyjaśnień, tylko znów zerknął tak, jakby uważał, że nie ma co dziecku tłumaczyć, tylko na pytanie „dlaczego” odpowiedzieć „bo tak”.

– Znam ją? – drążyła.

– Nie, nigdy jej nie spotkałaś. Pracujemy razem w urzędzie. Ma trzydzieści trzy lata, jeśli już musisz wiedzieć.

Nie musiała, ale mimo wszystko nie oszczędziła sobie uwagi.

– Jest od ciebie dziesięć lat młodsza! Zabierasz się za takie panienki? Kryzys wieku średniego cię dopadł?

– Na miłość boską, zachowaj choć trochę klasy, podobno ją masz – syknął. – Rozstajemy się i wszystko. Wyprowadzam się do Jowitki i kropka. Życie toczy się dalej. Rachunek biorę na siebie – wskazał ręką na stolik i zaczął podnosić się z krzesła.

– Chwileczkę! – powstrzymała go trochę głośniej, niż zamierzała, i ciekawe oczy innych klientów restauracji ponownie zawędrowały w ich stronę. – Siadaj!

Usiadł, ale całą swoją wysportowaną sylwetką dawał tak wyraźne oznaki zniecierpliwienia, że gdyby wypisał je neonowym sprayem na ścianie, efekt byłby dużo skromniejszy.

– W tym filmie Chłopaki nie płaczą jest jeszcze coś. Jak on już ją do tej restauracji zaprosił i powiedział jej, że odchodzi, to wiesz, co dalej jest?

– No co? – przewrócił oczami.

– Ona mu wtedy mówi, że jest w ciąży.

– No i?

– Co za zbieg okoliczności.

Bartłomiej ponownie przyrósł do krzesła i otworzył szeroko oczy.

– Jesteś w ciąży? Ty?!

– Takie rzeczy się zdarzają. Zwłaszcza kobietom. Mężczyznom jakoś rzadziej – Dorota szczodrze zaczerpnęła z krynicy sarkazmu. – I co ty na to?

Bartłomiej z otwartymi ustami wpatrywał się w Dorotę. Chwilę to trwało, ale zebrał się w sobie i ogarnął.

– I co ten w filmie zrobił?

– Zmienił zdanie i został.

Goryczka westchnął i znów się podniósł.

– Właśnie tym się różni rzeczywistość od filmu. Jutro przyjdę po rzeczy.

I poszedł. Po prostu zabrał swój szanowny, wysportowany tyłek i wyszedł z restauracji.

***

To była właśnie ta druga rzecz, która wywróciła życie Doroty do góry nogami. Ciąża. Pierwsza. Po czterdziestce. No czy może być coś gorszego? Zwłaszcza gdy się doda, że krótko po tym, jak się o tej ciąży dowiedziała, ojciec dziecka zabrał swoje zabawki i przeniósł się do innej piaskownicy.

Dorota miała wrażenie, że grunt osunął jej się pod nogami, a ona zapada się w ruchomych piaskach. Chwyciłaby się czegokolwiek, żeby się uratować, nawet węża, jak to było w przypadku Indiany Jonesa (ale on nie był w ciąży, farciarz), ale jak na złość na horyzoncie nie było niczego, co pozwoliłoby jej odbić się i wykaraskać.

Pierwsza ciąża po czterdziestce. Efekt niezwykle udanych wakacji na Wyspach Kanaryjskich, gdzie udali się z Bartusiem… to znaczy z boskim, cholera jasna, Bartim we dwoje i już pierwszego dnia postanowili przetestować lokalne trunki, jako że cieszyli się wykupioną opcją all inclusive. Ona się wzbraniała, bo w końcu wylecieli z Wrocławia bardzo wcześnie rano, jeszcze wcześniej musieli wstać, żeby dotrzeć na lotnisko, a poprzedniego dnia do późna się pakowała, jej kondycja pozostawiała więc sporo do życzenia. Do tego jeszcze z miejsca przypiekło ich słońce i wysmagał silny, oceaniczny wiatr, dlatego wystarczyło mniej niż zwykle, by się człowiek wziął i zapomniał. Trunki były boskie, wieczór był iście upojny, a co się działo dalej, kompletnie nie pamięta. Cóż, niektórzy z Kanarów przywożą magnesy na komórkę, ona przywiozła potomstwo. Niech to szlag.

Kiedy już zorientowała się, że coś mocno nie gra, na miękkich nogach poszła do apteki po test ciążowy, po czym, nie czekając na najmilszą chwilę poranka, zrobiła go. Jedenaście testów ciążowych później wynik nadal był ten sam i uparcie nie chciał okazać się halucynacją, a ona siedziała na środku pokoju wśród porozwalanych opakowań. Oczywiście, co prawda z Bartusiem… tfu, z boskim Bartim, psia mać, nie planowali żadnego potomstwa, a przynajmniej on zdecydowanie nie planował, a ona nie ciągnęła tematu, ale skoro stało się, to przecież wiadomo, że jakoś to wszystko się ułoży.

Otóż właśnie okazało się, że jednak nie ma zamiaru się ułożyć, bo szanowny ojciec od pół roku czy iluś tam bzykał na boku jakąś cholerną Jowitkę, a teraz oficjalnie zostawia Dorotę z tym całym kramem. Niech to szlag. Życie to mistrzostwa świata w organizowaniu burdelu na kółkach.

Kompletnie nie wiedziała, co robić. Ponieważ wszystkie jej dzieciate koleżanki miały potomstwo w wieku zdecydowanie nie niemowlęcym, a do niektórych – strach się bać! – będzie się można już niedługo zwracać per „babciu”, nie miała kogo się poradzić. Teraz dodatkowo doszło do tego wszystkiego poczucie wstydu, bo na pytanie „O, to ojciec dziecka pewnie się cieszy?”, trzeba by było odpowiadać, że jakoś nie bardzo, a tak w ogóle to właśnie dał nogę. Masakra.

Pewnie trzeba by się jakoś ogarnąć, do lekarza pójść lub coś w tym guście, ale póki co Dorotę stać było tylko – na złość własnej ciąży – na próbę utopienia smutków w winie. Zresztą również zakończoną porażką, ponieważ alkohol nagle okazał się całkowicie niestrawny. Niestety tak samo jak kawa i to już Dorotę zupełnie zdołowało. Zapłakała po raz kolejny, sięgnęła po nowe opakowanie chusteczek higienicznych i wysmarkała nos.

Gdzieś od strony kolan rozległo się głębokie mruczenie, jakby ktoś uruchamiał silnik bardzo drogiego samochodu i o nogi Doroty Koteckiej otarło się bardzo puchate i słusznych rozmiarów kocie ciało. Chwilę potem wielki kocur rasy maine coon wskoczył na narożnik i bezceremonialnie całym swoim siedmiokilowym ciałem wyłożył się na kolanach Doroty.

– No co jest, Dedlajn? – zapytała. – Micha pusta?

Dedlajn posłał jej spojrzenie mówiące, że nie samą karmą kot żyje i są jeszcze sprawy, które ocierają się o transcendencję, a do nich należy na przykład przymilne mruczenie i złożenie swego słodkiego ciężaru na człowieku w celach stricte terapeutycznych. Bez podtekstu kulinarnego. Choć jeśli już przy tym jesteśmy, to przecież żaden normalny kot nie będzie się wzbraniał, gdyby człowiek chciał się wykazać taką kulinarną inicjatywą. Nie musiałby nawet patrzeć znacząco, stojąc przy misce… Jeśli więc panna Kotecka wpadłaby na ten pomysł…

Dorota owszem, wpadła. Dosypała kotu karmy i wróciła na swoje ulubione miejsce. Obecność Dedlajna sprawiła, że poczuła się nieco lepiej, a mózg powoli przełączał się z trybu „krańcowa rozpacz” na tryb „dalej żyjemy, coś trzeba ze sobą zrobić”. Żeby nie zwariować. Doszła do wniosku, że czas się ogarnąć i coś zrobić. Coś! Bez przesady! Nie można się dać pokonać sytuacji! Kto tutaj rządzi w tym życiu, co? Ona, do diabła, czyż nie? Poza tym jest ruda i to naturalnie ruda, bez grama jakiejkolwiek farby. A rudy, jak powszechnie wiadomo, to nie tylko kolor włosów, ale przede wszystkim charakter.