Aniołowie chaosu - Graham Masterton - ebook
Opis

Piękny słoneczny dzień u wybrzeży Gibraltaru.

Dla kaskadera Noaha Flynna to kolejny dzień pracy pełnej niebezpiecznych wyzwań. W trakcie kręcenia kolejnej sceny z jego udziałem, Flynn odnajduje na dnie morza dziwny medalion oraz natyka się na wrak samolotu. Medalion ma wygrawerowane dziwne znaki, będące, jak się wkrótce okazuje, starożytnym pismem klinowym, samolot natomiast jest znaleziskiem nie mniej intrygującym – na jego pokładzie bowiem w momencie katastrofy znajdował się generał Władysław Sikorski.

Wkrótce tajemnicza organizacja morduje Flynnowi żonę, a on sam ledwo uchodzi z życiem. Śledzony przez dwóch groźnych psychopatów w szarych garniturach, usiłuje dowiedzieć się, do kogo należał znaleziony w morzu medalion i jaki związek z nim ma śmierć zarówno generała Sikorskiego, jak i wielu innych polityków, którzy stracili życie w tajemniczych okolicznościach.

Aniołowie chaosu to jeden z najbardziej popularnych thrillerów Grahama Mastertona, w którym fani autora odnajdą zarówno wartką akcję, jak i doskonale skonstruowaną intrygę, a wątki związane z polską polityką zagraniczną i śmiercią generała Sikorskiego zaskoczą niejednego miłośnika teorii spiskowych!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Grahama Mastertona:

Kandydat z piekła

Dom kości

Krzywa Sweetmana

Niewinna krew

Trauma

Geniusz

Niemy strach

Trans śmierci

Dziecko ciemności

Rook

Sekta

Potomek

Sissy Sawyer. Przepowiednia

Polecamy również:

Dziedzictwo Manitou

Graham Masterton i polscy autorzy

(antologia dedykowana G. Mastertonowi)

Tytuł oryginału

CHAOS THEORY

Copyright © by Graham Masterton, 2007

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Marta Akuszewska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Tłumaczenie wstępu

Robert Cichowlas

Wydanie elektroniczne 2016

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-396-7

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

WSTĘP

Pomysł na powieść Aniołowie chaosu zrodził się, kiedy wraz z moją już świętej pamięci żoną Wiescką odwiedziliśmy Polskę po raz pierwszy. To było w roku 1989. Wiescka była Polką – choć urodziła się w Niemczech, w obozie dla wysiedleńców – i nigdy wcześniej nie miała okazji odwiedzić rodzinnego kraju, dlatego bardzo ucieszyliśmy się, mogąc się do niego wybrać, bo byliśmy niezwykle jego ciekawi.

To działo się blisko trzy dekady temu, a Polska, jak wiadomo, była wtedy zupełnie inna od tego tętniącego życiem, świetnie rozwijającego się państwa, jakim jest teraz. Ale my, tak samo jak teraz, czuliśmy ogromną bliskość zarówno z jego mieszkańcami, jak i z samym krajem nad Wisłą. Sam jestem w jednej czwartej Polakiem, więc oboje poczuliśmy się tutaj jak w domu.

Z biegiem czasu zacząłem studiować na własny użytek historię Polski, a także napisałem swoją pierwszą powieść, której akcja w całości się w niej toczy. Mowa oczywiście o Dziecku ciemności, którego fabuła osadzona jest w Warszawie zaraz po tym, jak upadł komunizm, a zachodni inwestorzy rozpoczęli wielką transformację – między innymi centrum stolicy. Cały czas jednak w mojej głowie kreował się pomysł na Aniołów chaosu – widząc zmiany na lepsze, jakie zaczęły zachodzić w Polsce, pomyślałem, że nadszedł czas, aby zrobić mały research i napisać o tym.

Fundamentalne pytania, jak sobie zadawałem, brzmiały: jaka byłaby Polska, gdyby nie doszło ani do pierwszej, ani do drugiej wojny światowej? Jak świat by wtedy wyglądał? Czy postęp technologiczny rozwinąłby się tak bardzo, gdyby nie doszło do wojen i konfliktów, które ostatecznie przyśpieszyły naszą potrzebę szybszej i lepszej komunikacji, wpłynęły na rozwój broni czy też medycyny?

Czy mielibyśmy samoloty odrzutowe? Albo telewizję? Albo komputery? Albo telefony komórkowe? Czy mielibyśmy tak doskonale rozwinięty przemysł związany z produkcją żywności? A może wciąż podróżowalibyśmy dorożkami albo koleją parową, a wieczorami grywalibyśmy na pianinie i śpiewali pieśni ludowe dla wspólnej zabawy?

Z drugiej strony: może te wszystkie tragedie związane z wojnami, śmierć tych ludzi, którzy polegli, ta światowa katastrofa uczyniła ludzi lepszymi?

Ponieważ pomysł na Aniołów chaosu narodził się w Polsce, zadecydowałem, by rozpocząć moją historię w szczególnym punkcie historii tego kraju. Wydarzyło się to 4 lipca 1943 roku o godzinie 23:07, kiedy samolot Liberator z generałem Władysławem Sikorskim na pokładzie runął do morza szesnaście sekund po starcie z lotniska na Gibraltarze.

Czy to był wypadek? Czy ładunek znajdujący się na pokładzie maszyny przesunął się na jej tyły – jak twierdzą niektórzy – i to doprowadziło do przeciągnięcia? A może był to zamach? A jeśli rzeczywiście był to zamach, to kto do niego doprowadził i jaki miał tego cel?

Odpowiedź na te oraz na wiele innych pytań znajdziecie na kartach Aniołów chaosu.

Nieustannie, kiedy tylko mogę, odwiedzam Polskę. I za każdym razem poznaję nowych przyjaciół, za każdym też razem czuję się w tym kraju jak w domu. Wiescki niestety nie ma już z nami, ale jeśli jej duch jest gdziekolwiek obecny, to tym miejscem na pewno jest Polska. Z kart tej powieści dowiecie się, że ludzie, których kochamy i tracimy, nigdy nie zostają zapomniani – że czasami tracimy ich z jakiegoś konkretnego powodu. Pomimo naszego żalu życie toczy się dalej i może być lepsze, a słońce pojawia się każdego poranka.

Jak Polacy zwykli mawiać w tamtych mrocznych czasach drugiej wojny światowej: Gdy słoneczko wyżej, to Sikorski bliżej.

A ja mówię Wam teraz: przeczytajcie Aniołów chaosu, a zobaczycie, że zmienicie swoje spojrzenie na temat wszystkiego, czego kiedykolwiek nauczyliście się o historii świata…

Graham Masterton, 2016

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Słońce późnego popołudnia niemal dotykało już szczytu Skały Gibraltarskiej i Richardowi Bullmanowi zaczynały w związku z tym puszczać nerwy.

– Ruszamy jeszcze raz! – zaskrzeczał w uchu Noaha jego ostry głos. – I tym razem postarajcie się nie dogonić go tak cholernie szybko! Chcę widzieć więcej przejazdów przez ślad za motorówką. Więcej bryzgania wodą! Więcej podskakiwania na wodzie! Więcej cholernej dramaturgii, na miłość boską!

Noah skinął mu głową, że zrozumiał, i powoli zatoczył skuterem wodnym marki Yamaha szerokie koło. Siedząca za nim Silja pochyliła się i wykrzyczała mu do ucha:

– O co chodzi? Jeszcze jeden dubel?

– Chce więcej cholernej dramaturgii.

– Co? – zdziwiła się. Miała przesadny fiński akcent. – Myślałam, że zależy mu na cholernej akcji, a nie na cholernej dramaturgii. Może powinniśmy to wykonać w cholernych szekspirowskich kostiumach? Ach, cholera… mita vittua.

Powrócili do pierwszej pozycji niedaleko jaskrawej pomarańczowej boi, znajdującej się trzydzieści pięć metrów od plaży. Noah zmniejszył obroty czterocylindrowego silnika do minimum; teraz maszyna jedynie cicho mruczała, czasami tylko głośniej parskając. Noah wyjął z kieszeni paczkę marlboro, zapalił dwa papierosy i jeden podał Silji do tyłu.

– Pracowałaś kiedyś z Vittoriem Baldo? – zapytał ją.

– Z Vittoriem Baldo? Nie. Ale ktoś mi mówił, że jest bardzo wybredny.

– Wybredny? Baldo kazał mi kiedyś skakać z półciężarówki siedemnaście razy w jedno popołudnie. Nie podobało mu się to, w jaki sposób koziołkuję po asfalcie. „Dlaczego tak wymachujesz rękami i nogami? Wyglądasz jak indyk”.

Silja roześmiała się. Pracowali razem w Gibraltarze dopiero drugi tydzień, ale Noah zdecydowanie ją polubił. A co ważniejsze, także jej ufał. Miała około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, szerokie ramiona i długie nogi. Czarna peruka, którą miała teraz na głowie, dublując Rayleigh, Martin, niezbyt pasowała do jej świetlistej skandynawskiej cery. Była bardzo kobieca, chociaż równie silna jak większość mężczyzn, z którymi kiedykolwiek pracował Noah, a jej wyczucie akcji było niemal cudowne. No i lubiła pikantne dowcipy.

Noah gotów był jako pierwszy przyznać, że jest dla niej za stary i zbyt zniszczony. W ostatni wtorek obchodził czterdzieste ósme urodziny, gdy tymczasem Silja miała zaledwie dwadzieścia cztery lata. Przynajmniej był od niej wyższy – smukły, gibki mężczyzna o stalowosiwej fryzurze na jeża i pobrużdżonej kościstej twarzy. Dzisiaj nie musiał wkładać peruki: dublował Lee Kellogga, który był równie siwy.

Oparł się na kierownicy skutera, korzystając z chwili wypoczynku. Było późne popołudnie, wciąż jednak utrzymywała się wysoka temperatura, a morze miało kolor purpury. Za skuterem Skała Gibraltarska, masywny kieł prehistorycznego wapienia, wysoki na ponad czterysta metrów, stawała się coraz ciemniejsza. Kilka mew przysiadło na martwej fali niedaleko, jakby akceptowały skuter wodny jako zastępczego rodzica.

Dwieście metrów dalej do mola przycumowana była długa czarna motorówka marki Fountain. Pracowało przy niej trzech mechaników. Od czasu do czasu włączali silnik, który ryczał jak opętany, po czym bezsilnie kaszlał jak kłócący się dwaj palacze i znowu cichł. Motorówka występowała jako ekspresowy ścigacz, na którym geniusz zła Karl Mordant miał podjąć próbę ucieczki przed ścigającym go tajnym agentem Jackiem Brandem i jego zadziorną asystentką Morning Glory.

– Więcej cholernej dramaturgii – powtórzyła Silja pogardliwie, wyrzucając niedopałek papierosa do morza. – Zapieprzać na skuterze czy nie zapieprzać na skuterze, oto cholerne pytanie.

– Może mogłabyś wstać dwie lub trzy sekundy wcześniej? – zasugerował Noah. – Mogłabyś też szeroko rozłożyć ramiona jak jeździec na koniu. To by było dramatyczne.

– Och, jasne. Szczególnie gdybym wpadła dupą do morza.

– W czasie, kiedy ty byś wstawała, zmniejszyłbym trochę obroty silnika. Podniósłbym też nos skutera do góry, żebyś mogła na moment oprzeć się na moich plecach.

– Dobra, skoro chcesz spróbować, wchodzę w to. Najgorsze, co mogłoby mi się przydarzyć, to wpadnięcie do wody obok skutera płynącego z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Kij ci w oko, Willie E. Coyote.

Czekali z nadzwyczajną cierpliwością ludzi, którzy większość życia zawodowego spędzają na oczekiwaniu. Zapalili jeszcze po jednym papierosie. Od czasu do czasu z jedynego pasa w Gibraltarze startował samolot, zaledwie dwieście metrów z ich lewej strony, i błyszcząc, wzbijał się w popołudniowe niebo. Jack Brand i jego zadziorna asystentka, Morning Glory, mieli ścigać Karla Mordanta, między innymi skacząc przez tylny luk dwusilnikowego samolotu transportowego, kiedy tylko maszyna pojawi się nad oceanem, przez cały czas dosiadając skutera wodnego niczym latającego konia.

Noah ani myślał protestować, że – w rzeczywistości – woda jest tak płytka, iż oboje od razu by się zabili, a przynajmniej połamali większość kości. Był w końcu kaskaderem, a nie scenarzystą.

Od dłuższego czasu nie było słychać silników motorówki i Richard Bullman w końcu pofatygował się osobiście na koniec mola, żeby sprawdzić, co się dzieje. Przynajmniej dwadzieścia razy Noah wyraźnie usłyszał dobiegające stamtąd słowo „cholera”.

– Nie wiem, dlaczego facet nie każe na dzisiaj skończyć – powiedziała Silja.

– Prognozy zapowiadają na jutro duże zachmurzenie. Poza tym w piątek po południu musimy już być w Agadirze.

Silniki motorówki niespodziewanie obwieściły powrót do życia. Richard Bullman ciężkim krokiem zszedł z mola i wspiął się z powrotem do kabiny swojego żurawia. W różowej koszulce i szerokich białych spodenkach z daleka przypominał niemowlaka.

– Kamera! – krzyknął. – I… akcja!

Aktorzy grający Karla Mordanta i jego ochroniarza Drillbita pobiegli przez molo ścigani przez policjantów w cywilnych ubraniach, którzy zaczęli strzelać, ale Drillbit się odwrócił i posiekał ich strzałami z uzi. Wszyscy trzej zachwiali się i z pluskiem wpadli do morza.

Mordant i Drillbit wskoczyli do motorówki i odwiązali cumy. Z przeraźliwym wyciem silników motorówka oderwała się od mola i pognała na pełne morze, natychmiast ścigana przez dwie kolejne. W obu znajdowały się ekipy z kamerami.

Noah przygazował i czekał na sygnał. Kiedy nadszedł, puścił sprzęgło i skuter skoczył do przodu, podskakując i rozbryzgując wodę. Kaskaderzy czuli się tak, jakby jechali po kocich łbach na motocyklu bez opon.

Szybko wpłynęli na wodny ślad motorówki – dwie głębokie bruzdy białej piany. Tym razem Noah prowadził skuter z jednej strony tego śladu na drugą, przecinając obie bruzdy. Co chwilę to wzbijali się w powietrze, to opadali na wodę. Kręgosłup Noaha wyginał się i drżał, a kiedy dopływali bliżej motorówki, woda była tak wzburzona, że skuter niemal nurkował pod jej powierzchnię.

Poprzez pianę dostrzegał Karla Mordanta, ściskającego w dłoniach barierkę tylnego pokładu, wywrzaskującego coś i gestykulującego do nich, oraz Drillbita, kierującego ku nim pistolet maszynowy, który trzymał w obu rękach. Kamerzysta z ręcznym arrifleksem zajmował pozycję pomiędzy nimi.

Skuter i motorówka robiły tyle hałasu, że Noah nie był w stanie słyszeć strzałów z broni maszynowej, widział jednak małe obłoczki dymu, unoszone przez wiatr. Od czasu do czasu schylał głowę na boki, jakby naprawdę chciał uniknąć kul.

Drillbit musiał przeładować automat, a to dla Noaha było sygnałem, że ma skierować skuter prosto w burtę motorówki. Dał silnikowi pełną moc i skuter jeszcze szybciej skoczył do przodu, a jego nos uniósł się nad wodę jak rekin w Szczękach. I wtedy Noah na moment zwolnił.

Silja poderwała się na nogi i przytrzymała się Noaha, dopóki nie uzyskała równowagi. Czuł jej kolana, przyciśnięte do swoich pleców, a jej cień na wodzie podpowiedział mu, że szeroko rozkłada ramiona. Wówczas znowu dodał gazu. Uderzył w motorówkę, ostro hamując w tym samym momencie, w którym Silja wyskoczyła w górę, wykonując w powietrzu pełne salto w przód.

Wylądowała dokładnie tam, gdzie powinna, to znaczy na środku tylnego pokładu, jednak hamowanie Noaha było zbyt gwałtowne. Dziewczyna bezwładnie potoczyła się po pokładzie i w końcu z impetem zderzyła się z kamerzystą. Oboje przelecieli ponad boczną burtą motorówki i wpadli do wody.

– Cięcie! – wrzasnął Richard Bullman niemal Noahowi do ucha. – Cięcie, cięcie, cholera, cięcie! Do ciężkiej cholery, co to miało znaczyć?

Silniki motorówki umilkły, a Noah okrążył ją, aby pomóc Silji i kamerzyście wydostać się z wody. Silja powoli płynęła kraulem i śmiała się, ale kamerzysta utrzymywał się na powierzchni, rozpaczliwie wymachując ramionami.

– Moja kamera! Moja kamera wpadła do morza!

Silja wspięła się na skuter i wyciągnęła rękę do kamerzysty. On jednak wciąż bił wodę rękami, wypatrując pod powierzchnią jakiegokolwiek śladu swojego arrifleksa. Morze było tutaj płytkie i bardzo czyste, jednak arriflex miał kolor biało-szary i wcale nie było łatwo go wypatrzyć.

– Noah, co się stało? – zapytał Richard Bullman.

– Przepraszam, Richard. Zdaje się, że źle oceniłem prędkość.

– Cholerne żarty. Wracaj na stanowisko i spróbujemy jeszcze raz, zanim całkowicie stracimy światło.

– Mamy mały problem, Richard. Mac upuścił do wody arrifleksa.

– Cholera. Zniszczony?

– Nie wiem. Kamera po prostu wpadła do wody.

Nastąpiła przedłużająca się cisza. Noah wyobrażał sobie, że Richardowi Bullmanowi po prostu odebrało mowę. Słońce w połowie zginęło już za skałą i było jasne, że nie powtórzą tej sceny – ani dzisiaj, ani jutro, jeżeli prognozy pogody się sprawdzą. Być może będą musieli tutaj powrócić po zakończeniu zdjęć w Maroku.

Następny glos, który usłyszał Noah, należał do Kevina Langana. Kevin był szefem produkcji. Mówił sucho i bez emocji, jakby czytał listę wymogów technicznych, ale w taki sposób odzywał się zawsze, nawet kiedy był wściekły.

– Noah, na pokładzie naszej łodzi motorowej znajdziesz boję sygnalizacyjną. Pod siedzeniami na górnym pokładzie, trzeci schowek po prawej stronie. Weź ją i oznacz swoją pozycję.

– Jasne. Co potem?

– Jutro rano, o świcie, założysz swój sprzęt do nurkowania, zejdziesz pod wodę i znajdziesz naszą kamerę.

– To nie będzie łatwe, Kevin. Na dnie jest mnóstwo wodorostów.

– Nic mnie to nie obchodzi, Noah. Masz ją znaleźć. Jeśli nie znajdziesz, będę bardzo niezadowolony.

Noah wiedział, co to znaczy. Kilku kamerzystów i techników, którzy uczynili Kevina Logana „bardzo niezadowolonym”, nie mogło wrócić do pracy przez długie lata.

– Dobrze cię zrozumiałem, Kevin. Bez odbioru.

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka bladym świtem byli już w małej łodzi dla nurków, która mocno cuchnęła rybami i olejem silnikowym. Zgodnie z prognozami chmury były gęste, nad morzem wisiała mgła, a w powietrzu niemal nie było czuć wiatru.

Noah miał tak potężnego kaca, jakby przywalił w coś głową w samochodzie w czasie czołowego zderzenia. Poprzedniego wieczoru ekipa poszła do La Bayuca. Podczas długiego i hałaśliwego wieczoru wypił o dwie butelki wina rioja za dużo; w sumie cztery.

– Nie musisz nurkować, jeśli nie jesteś gotowy – powiedziała Silja. – Ja mogę to zrobić.

Noah wydmuchnął dym papierosowy i potrząsnął przecząco głową.

– Nie. To była moja wina, więc to moja sprawa. Poza tym Kevin i tak nie pozwoliłby mi o tym zapomnieć.

Właściciel łodzi podpłynął do boi sygnalizacyjnej i wyłączył silnik.

– Gotów, przyjacielu?

– Gotów, jak zawsze.

Noah wyprostował się. Ubrany był w jasnozielone spodenki z palmami i papugami, które kupił w zeszłym roku w Honolulu, kiedy kręcił Hurricane Force. Ciało miał sprężyste i muskularne, opalone na oliwkowy kolor. Jego klatkę piersiową znaczyło wiele blizn, a na przedramieniu miał wytatuowany symbol Seabees – pszczołę w marynarskiej czapce, unoszącą się w powietrzu z wiertarką elektryczną i zestawem kluczy francuskich.

Sprawdził regulator, założył na twarz maskę, a potem przechylił się przez burtę i wskoczył do wody.

Mimo że była dopiero połowa września, woda była zaskakująco chłodna. Lato tego roku długo nie nadchodziło i Morze Śródziemne nie nagrzało się do swojej zwykłej temperatury. Noah okręcił się i wykonał kilka mocnych ruchów nogami, dzięki czemu od razu popłynął pionowo w dół.

Najpierw przepłynął przez lśniące ławice tęczowych sardynek. W tym miejscu morze miało zaledwie osiemnaście metrów głębokości, dzięki czemu dno było doskonale widoczne. Większa jego część pokryta była wodorostami, które falowały jak bladozielone włosy. Były to zmutowane wodorosty – Caulerpa taxifolia – które oryginalnie wyhodowano w Monako do akwariów. Do tej pory jednak rozprzestrzeniły się na tysiącach akrów dna Morza Śródziemnego.

Dostrzegł coś lśniącego wśród wodorostów i popłynął w tamtym kierunku. Natrafił na jedną z wielu pustych butelek po winie, które ktoś wyrzucił za burtę po jakiejś imprezie, razem z mnóstwem pobitych talerzy. Prawdopodobnie Grecy urządzili sobie zabawę w bicie naczyń stołowych. Po arrifleksie Maca nie było natomiast ani śladu.

Używając łańcucha boi sygnalizacyjnej jako centralnego punktu, zaczął zataczać coraz szersze koła. Nawet by mu się to podobało, gdyby nie straszny łomot w głowie, przypominający uderzenie młotkiem. Nauczył się nurkować, kiedy był w Zatoce Perskiej, w oddziałach Seabees. Stał się wtedy jednym z ich najlepszych podwodnych specjalistów. Jego specjalnością było podwodne spawanie – naprawianie burt statków zniszczonych przez bomby, bez konieczności odtransportowywania ich do suchych doków.

Przed nim znajdowało się wgłębienie pełne wodorostów, szerokie niemal na siedemdziesiąt metrów. Podpłynął ponad jego brzegiem i tam, wśród zwoju sieci i lin, błyszczały soczewki kamery. Sięgnął na dno, złapał rączkę kamery i pociągnął do góry. Modlił się, żeby nagranie Maca było nietknięte. Arriflex wraz z oprzyrządowaniem wart był ponad siedemdziesiąt tysięcy dolarów, jednak nagranie na taśmie w środku miało sto razy większą wartość.

Teraz niby płynął, niby podskakiwał, kierując się ku boi sygnalizacyjnej, jakby spacerował po księżycu. Nad sobą widział już zarys łodzi i drobne fale, iskrzące się jak diamenty. Przepłynął nad szeroką połacią nagiego piachu. Nurkowie oczyścili ten teren z Caulerpa taxifolia za pomocą pomp ssących. Walka z tymi wodorostami była jednak z góry skazana na niepowodzenie. Wodorosty natychmiast odrastały – znacznie szybciej niż jakakolwiek roślina, która rosła tu od wieków.

Właściwie bezmyślnie Noah zaczął pływać nad tym fragmentem dna. Znajdowało się na nim najwięcej podwodnych śmieci: wraków i części wraków, różnych szczątków, które zostały wyssane z piasku razem z wodorostami i które z powrotem opadły na dno.

Dostrzegł aluminiową poręcz z fotela starego samolotu. Obok niej leżał szkielet walizki z rączką i przyczepioną do niej wywieszką bagażową. Zobaczył męski sznurowany but, kiedyś prawdopodobnie czarny, a teraz szarozielony, dalej emaliowany kubek w połowie zżarty przez rdzę. Parasol. Splątane sieci rybackie i mnóstwo różnych bloczków i innych przyborów, które wyglądały, jakby służyły do naciągania żagli.

Miał zamiar zawrócić, kiedy dostrzegł częściowo zakopany w piasku pojemnik na lornetkę. Pokrywające go płótno było niemal do białości wypłukane przez morze, istniała jednak szansa, że lornetka, znajdująca się w środku, mogła przetrwać. Dwa miesiące wcześniej w czasie zdjęć w Montrealu Noah stracił doskonałą lornetkę Nikon Premier i nie zdążył jeszcze kupić sobie nowej. Podpłynął i złapał za pasek pojemnika.

Wydawał się zbyt lekki, żeby mógł zawierać lornetkę, jednak kiedy nim potrząsnął, coś w środku zagrzechotało. Spróbował otworzyć pudełko, jednak zamek był zbyt skorodowany, przywiązał zatem pojemnik do pasa.

Nie tracąc już więcej czasu, popłynął w kierunku boi, dzierżąc w dłoni kamerę. Przywiązał ją do liny spuszczonej z łodzi i trzykrotnie szarpnął, dając znać, że znalazł to, czego szukał, i można go wciągać do góry. Obok niego pojawiła się ławica jakichś ciekawskich ryb, ale szybko się rozproszyły, kiedy energicznym ruchem wystartował do góry.

Silja wychyliła się za burtę i pomogła mu wydostać się z wody.

– Dobra robota. Teraz możesz mi postawić śniadanie. Prawdziwe angielskie śniadanie, z grzankami i czarnym puddingiem.

– Chyba żartujesz. Potrzebuję tylko Krwawej Mary: wódki stolicznej z podwójnym tabasco i sosem Worcestershire.

Wzięli taksówkę do hotelu O’Callaghan’s Elliot na Governor’s Parade, gdzie mieszkała cała ekipa Dead Reckoning, i poszli do Rooftop Restaurant na śniadanie. Przez panoramiczne okna widać było Cieśninę Gibraltarską, południową Hiszpanię i Maroko, chociaż mglista aura sprawiała, że widok był niesamowity.

– Zadziwiasz mnie – powiedział Noah, patrząc, jak Silja je tłustą angielską kiełbasę.

– Mam bardzo szybką przemianę materii – wyjaśniła, uśmiechając się do niego.

Bez ciemnej peruki Rayleigh Martin nie wyglądała tak anemicznie. Jej włosy były tak jasne, że niemal białe, i nadawały jej wygląd elfa. Miała wysokie kości policzkowe i niebieskie oczy, tak blade jak zimowe niebo. Jednak najbardziej atrakcyjna, zdaniem Noaha, była jej siła fizyczna… i myśl, że w walce bez żadnej broni najprawdopodobniej nie zdołałby jej pokonać.

Do ich stolika podszedł Richard Bullman, w byle jakiej zielonej płóciennej marynarce, rzemykowych sandałach i żółtych spodniach. Miał workowatą, ziemistą twarz. Jego czarne kręcone włosy były nieuczesane i wyglądał, jakby się nie golił co najmniej od czterech dni.

– Myślałem, że to was zainteresuje: Kevin sprawdził właśnie arrifleksa. Pieprzona elektronika poszła w diabły, ale nagranie się zachowało, i to bynajmniej nie dzięki wam.

– Będziemy jeszcze raz kręcili tę scenę? – zapytał Noah.

Obwisłe policzki Richarda Bullmana zatrzęsły się.

– Nie, dzięki Bogu. Mówię to bez przyjemności, jednak ostatniej nocy przejrzałem nagrania z innych kamer i są cholernie dobre. Nie jest to to, o co mi dokładnie chodziło, ale sposób, w jaki Silja koziołkuje przez ten cholerny pokład… istna kula armatnia.

– To cholerna ulga.

– Dla ciebie tak.

Uchwycił spojrzenie Jean Bottaro, jednej z producentek filmu, siedzącej po drugiej stronie sali, i pomachał do niej.

– Jean. Muszę porozmawiać z cholerną Jean.

Kiedy sobie poszedł, Noah położył na stoliku pojemnik na lornetkę. Wziął nóż do smarowania chleba i zaczął dłubać w zamku.

– Chyba nie myślisz, że znajdziesz tam lornetkę.

Potrząsnął głową.

– Nie. Ale coś tam jest.

Któryś z kelnerów podszedł bliżej, z dezaprobatą przyglądając się, jak Noah zdrapuje rdzę na biały obrus. W końcu udało mu się wsunąć czubek noża pomiędzy uchwyty zamka i otworzyć pojemnik. Najpierw wyciągnął czerwono-złote pudełko do tytoniu, pokryte plamami rdzy, a następnie wielki czarny medalion, o średnicy mniej więcej siedmiu centymetrów i grubości pół centymetra. Do medalionu dołączony był ciężki czarny łańcuch.

Noah wziął medalion do ręki i zaczął go uważnie oglądać. Jedna jego strona pokryta była równoległymi liniami, które można by uznać za prymitywne strzały. Na drugiej znajdował się sierp księżyca, jakieś kółka i litery PRCHAL.

– Co to jest? – zapytała Silja. Wyciągnęła z kieszeni okulary bez oprawek i popatrzyła na medalion ponad stolikiem.

– Nie mam zielonego pojęcia. Wygląda jednak na bardzo starą rzecz, co?

– A te litery? Może to są jakieś inicjały?

– Kto to wie? Obejrzyjmy pudełko.

Pudełko było pokryte emalią, na wierzchu widniał wizerunek szkarłatnego diabła palącego długą fajkę. Napis pod diabłem brzmiał: „Tabak Cert”.

Noah powoli otworzył pudełko. W środku znajdowała się jeszcze pewna ilość grubej czarnej tabaki i sześć albo siedem kawałków poplamionych fragmentów gazet, starannie podzielonych na kwadraty.

– Zdaje się, że komuś brakowało bibułki papierosowej – powiedział Noah. Wziął kawałek gazety do ręki i spróbował czytać. – Nie rozumiem ani słowa – powiedział po chwili. – Jak myślisz, co to za język? Może węgierski?

Silja wzięła papier do ręki i po chwili powiedziała z przekonaniem:

– Czeski. Widzisz to słowo, nemocnice? To znaczy „szpital”. Naderwałam ścięgno Achillesa, kiedy byłam na zdjęciach w Pradze, i zabrali mnie właśnie do nemocnice.

– A więc może PRCHAL znaczy coś po czesku? Może to jednak nie są żadne inicjały? Może to po czesku „zagadka”? To prawie tak brzmi, prawda? PRCHAL.

Silja popatrzyła na niego ponad okularami, wcale nie rozbawiona. Wzięła od Noaha jeszcze jeden fragment gazety i popatrzyła na tekst.

– Popatrz, tutaj jest data. 30 czerwca 1943. Sześćdziesiąt cztery lata temu.

– Zatem ktoś to zgubił w czasie drugiej wojny światowej. Pewnie wypadło z jakiegoś statku albo okrętu. A może pochodzi z jakiejś katastrofy lotniczej? Na dnie morza, tam, gdzie to znalazłem, było wiele różnych części samolotu, a to miejsce leży mniej więcej na przedłużeniu pasa startowego.

Noah wyciągnął z kieszeni dwa marlboro i oba zapalił.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Wydawnictwo Replika poleca:

DZIECKO CIEMNOŚCI

Graham Masterton

PIERWSZA I ZARAZEM JEDYNA KSIĄŻKA GRAHAMA MASTERTONA, KTÓREJ AKCJA OSADZONA JEST W CAŁOŚCI W POLSCE!

W centrum Warszawy dochodzi do serii brutalnych morderstw. Ofiary pozbawiane są głów i odnajdywane w całym mieście, między innymi na placu budowy nowoczesnego Hotelu Senackiego. Nadzorująca inwestycję Sarah Leonard, chcąc uniknąć opóźnień spowodowanych strachem robotników przed „Oprawcą”, wzywa na pomoc emerytowanego policjanta Claytona Marsha. Doświadczony gliniarz we współpracy z polskim policjantem Stefanem Rejem prowadzą nieoficjalne śledztwo. Szybko okazuje się, że dobór ofiar nie był przypadkowy, a morderca prawdopodobnie nie jest do końca człowiekiem.

Konfrontacja z potworem, przyczajonym w kanałach Warszawy, jest nieunikniona i prowadzi do serii dramatycznych wydarzeń.