Anioł z Wiednia - Kate Hewitt - ebook + audiobook + książka

Anioł z Wiednia ebook i audiobook

Hewitt Kate

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

ROK 1940,
OKUPOWANY PRZEZ NAZISTÓW WIEDEŃ.

Podczas gdy bomby spadają na Europę, pielęgniarka Hannah Stern próbuje po prostu przetrwać. Podejmując pracę w renomowanym szpitalu psychiatrycznym wierzy, że to pozwoli jej uciec od niebezpieczeństwa.
Pracę załatwił jej przyrodni brat, stawiając jednak warunek, że zabierze tam również jego syna. Twierdzi, że w tym miejscu Willi będzie bezpieczny. Hannah szybko nawiązuje bliską więź z tym delikatnym chłopcem, którym zobowiązała się zaopiekować. Z początku szpital wydaje się bezpieczną przystanią, ale jest on jednak źródłem wielu tajemnic, które okazują się mroczniejsze, niż Hannah przypuszczała.
Kiedy życie Williego zostaje zagrożone, Hannah musi pokonać własne lęki i podjąć działanie. Odkrywa, że jedna z pielęgniarek próbuje pomagać pacjentom w ucieczce i postanawia wesprzeć ją w tych działaniach.
By uratować choćby jedno życie z rąk nazistów, musi jednak zaryzykować własne... 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 7 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Angel of Vienna

Copyright © Kate Hewitt, 2022

Published in Great Britain in 2022 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Copyright for the Polish edition © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-170-4

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

PROLOG

Wiedeń, sierpień 1946 roku

Przed salą sądową zebrał się tłum ludzi. Powietrze pod letnim niebem było przyjemne i ciepłe, a promienie słońca stanowiły prawdziwe błogosławieństwo. Mimo to twarze tych, którzy tam stali, pozostawały wynędzniałe i smutne. Ręce mieli skrzyżowane, spojrzenia wbite w dal – czekali w ciszy, w napięciu, ale bez większej nadziei. Na nią było już zdecydowanie za późno.

Z tyłu tłumu stała kobieta trzymająca za dłoń małego chłopca. Całe jej ciało było czujne i spięte, a buzująca w niej energia zdawała się sprawiać, że drżała, wpatrując się w drzwi sądu, jakby mogła otworzyć je samą siłą woli. Długo czekała na tę chwilę.

Obok niej stał mężczyzna, pachnący kiszoną kapustą i papierosami. Poruszał się ze znużeniem, raz po raz wzdychając. Twarz miał nieogoloną, a oczy pozbawione wyrazu, wpatrzone gdzieś w dal. Kobieta zastanawiała się, co go tu sprowadziło, kogo stracił.

To już koniec pierwszego etapu procesu Am Steinhof – „morderców dzieci” jak okrzyknięto ich w gazetach. Wszyscy w Wiedniu zachowywali się tak, jakby byli wzburzeni tą wiadomością, potrząsając głowami i mlaskając językami – jakby nigdy o niczym nie wiedzieli i nie mogli sobie tego nawet wyobrazić. To oni byli przecież ofiarami – w tym pierwszym zajętym przez Hitlera kraju. Przynajmniej tak teraz mówili. Nikt już nie pamiętał, że po Anschlussie Austria dokonała w pięć dni tego, na co Niemcy potrzebowały pięciu lat – zapakowała Żydów do autobusów i pociągów wraz z wieloma innymi „niechcianymi” ludźmi, w tym dziećmi.

Kobieta wiedziała, jak było naprawdę. Pamiętała czasy, gdy była to tajemnica, którą wszyscy – współwinni, jeśli niechętni, a takich było bardzo wielu – musieli zachować. Byli gotowi do działania. A jednak, słysząc teraz, jak wypowiadają się ludzie, można by dojść do wniosku, że nikt z nich nie był nazistą.

Drzwi do sali sądowej stanęły otworem i chociaż nikt nie drgnął, wydawało się, jakby tłum zafalował i ruszył naprzód. Ręka kobiety zacisnęła się na dłoni chłopca. Ten odwrócił głowę w jej stronę, a w jego piwnych oczach pojawiło się nieme pytanie. Matka uśmiechnęła się do niego uspokajająco, a przynajmniej próbowała. Pokonali długą i trudną drogę, by dostać się tutaj, do miejsca, w którym są bezpieczni, mają się dobrze i otrzymali wystarczająco dużo jedzenia. Oczywiście wszystkim było ciężko; cały kraj został zniszczony, a ludzie głodowali, próbując odbudować świat z popiołów. Ale od czego w ogóle mieli zacząć?

Z sali wyszedł mężczyzna i stanął na zewnętrznych schodach. Choć nie był żadnym sądowym urzędnikiem, tłum, prawie jak jeden mąż, zwiesił głowy, zbiorowo wstrzymując oddech w dalszym oczekiwaniu.

– Zaraz odczytają werdykt! – zawołał, a kobieta poczuła, jak energia ponownie przenika zbiegowisko. Ludzie się prostowali, zaciskali usta, a ich oczy się zwężały.

Czy wszyscy stracili kogoś z powodu tego, co działo się w klinice, czy też przyszli tu tylko z czystej ciekawości – by zobaczyć, jaki los spotka straszliwego doktora Illinga, zastępcę dyrektora medycznego Am Spiegelgrund, którego nazwisko cieszyło się obecnie złą sławą? Jekelius, jego poprzednik – kobieta go pamiętała – przebywał teraz w sowieckim obozie jenieckim. Jeśli zaś chodzi o innych – Illinga, Hubscha, Türka, Katschenkę – ich losy miały rozstrzygnąć się dziś. Wina lub niewinność. Sprawiedliwość lub kpina.

Kobieta nie uczestniczyła w żadnym z posiedzeń sądu. Nie potrafiła znieść widoku Illinga ani któregokolwiek z pozostałych, opowiadających swoje kłamstwa. Ich twarze emanowały szczerym przekonaniem, gdy próbowali wytłumaczyć swoje haniebne, mordercze czyny.

Nie mieli żadnych szans na przeżycie, żadnej możliwości uzdrowienia czy wyleczenia, żadnej okazji do pracy czy przyjemności… Do swoich obowiązków podchodziłem bardzo poważnie, a kiedy ktoś opowiadał się za umieraniem, było to absolutne błogosławieństwo…

Tyle przeczytała w gazecie – i to wystarczyło, by znów doznała znajomego przypływu wściekłości, a wraz z nim tę starą, przytłaczającą bezradność.

Nawet tutaj, w upalny letni dzień, potrafiła poczuć się tak, jak wtedy – w tamtym miejscu, w parku Am Steinhof, w jesiennym powietrzu. Pamiętała lodowaty strach, jego kwaśny posmak na języku, sposób, w jaki żołądek się kurczył, a dłonie ocierały się o kamień, kiedy słyszeli stukot butów, szczekanie psów i odległe okrzyki: Halt!Halt! A potem straszliwy huk wystrzału, rozbijający spokój chłodnej nocy.

Palce chłopca zacisnęły się na jej dłoni, a ona spojrzała w górę, gwałtownie wciągając powietrze do płuc, gdy drzwi sali rozpraw znów się otworzyły. W progu stanął strażnik z poważnym wyrazem twarzy. Wreszcie zostanie ogłoszony werdykt. W końcu się dowie, czy sprawiedliwości stało się zadość.

Zastanawiała się jednak ponuro, czy sprawiedliwość może kiedykolwiek zostać wymierzona? Jedno życie – za ile? Setki, a może i tysiące na przestrzeni lat. Uratowała zaledwie garstkę, a mimo to wszyscy pozostali nawiedzają ją w snach. Kiedy zamyka oczy, wciąż widzi wynędzniałe twarze i zrozpaczone spojrzenia, czuje ciężar ich nieopisanej rozpaczy. Wie, że w przeciwieństwie do wielu innych, którzy pragną jedynie zapomnieć o wojnie i wszystkich jej okropnościach, u niej nigdy to nie nastąpi. Nigdy też sobie na to nie pozwoli – bo tamte dzieci nie mogą zostać zapomniane. Nie, myśli, wpatrując się w mężczyznę, który ma odczytać werdykt, ona zawsze będzie pamiętać…

ROZDZIAŁ 1

Heim Hochland, Steinhöring,Niemcy, październik 1940 roku

– Przyj!

Hannah Stern obdarzyła rodzącą kobietę – a właściwie dziewczynę, mającą zaledwie szesnaście lat – energicznym, zachęcającym uśmiechem, kucając między jej nogami. Była krzepka, o zaokrąglonych policzkach. Uważała się za oddaną członkinię Bund Deutscher Mädel, trzymała zdjęcie Hitlera pod poduszką i nosiła dziecko w brzuchu. Jak wiele naiwnych, młodych dziewcząt zaprzyjaźniła się nieco za bardzo z jednym z członków Hitlerjugend w Stuttgarcie – i w ten sposób znalazła się tutaj.

Cóż, pomyślała Hannah, życie mogło potoczyć się dla tej biednej dziewczyny o wiele gorzej. Heim Hochland było rajem w porównaniu z tym, co spotykało większość panien w jej położeniu. Trafiła tu dzięki swoim pszenicznie blond włosom i porcelanowo-niebieskim oczom, nie wspominając o doskonałym rodowodzie czystości.

– Nie mogę… – chrząknęła dziewczyna, Elsa, opierając się na łokciach i czerwieniąc z wysiłku po kolejnych próbach. Jej jasne włosy przylgnęły do pyzatej twarzy wilgotnymi, lepkimi pasmami. – Nie mogę.

– Obawiam się, że będziesz musiała – odpowiedziała Hannah z uśmiechem. – To jedyny sposób, jak zapewne wiesz. Co się unosi, musi spaść, a co weszło, musi wyjść, dzieci również to dotyczy.

– Ale doktor… Powinnam mieć tu lekarza! – zawołała Elsa ze strachem w głosie. Nawet w ferworze porodu brzmiała jak ktoś pokrzywdzony, a przy tym nieco rozdrażniony. Tak wiele jej obiecywano w tym domu położniczym o stromym dachu i kolorowych okiennicach, z błękitnym jeziorem i ogromnym posągiem karmiącej matki w ogrodzie. Z aryjską dumą spoglądała na niemowlę trzymane w ramionach. Oferowano najlepszą opiekę medyczną, w atmosferze przypominającej wakacje – gry i muzykę wieczorami, okazjonalne imprezy, a nawet tańce, choć te były zasadniczo zakazane. Spacery po ogrodzie, świeża śmietana i masło, chleb i mięso… Życie tutaj naprawdę było rajem w porównaniu z tym, co czekało innych Niemców w drugim roku wojny.

– Wiem, co ci obiecano – powiedziała Hannah uspokajającym tonem – ale obawiam się, że lekarz jest obecnie zajęty w Berlinie. – Często tak bywało, ponieważ był on jednocześnie dyrektorem medycznym całego programu Lebensborn, rozpoczętego pięć lat wcześniej w celu poprawy wskaźnika urodzeń aryjskich Niemców. Przyjmowanie porodów pozostawiono kobietom takim jak Hannah – pielęgniarce, która pełniła teraz funkcję położnej, choć było to sprzeczne z obowiązującym prawem. Nie po raz pierwszy musiała odebrać poród w Heim Hochland, mimo że jej głównym obowiązkiem, jako pielęgniarki pediatrycznej, była opieka nad ruchliwymi niemowlętami i maluchami o różowych policzkach w żłobku. Dzieci oczekiwały od niej zostania ich matką – choćby na chwilę. Lekarze musieli biegać do tętniących życiem miejsc, by wyglądać na ważnych, więc zasady często bywały zapomniane albo po prostu znoszone.

Hannah nie miała nic przeciwko. Lubiła czuć się potrzebna, a cud narodzin nieustannie ją zadziwiał – wstrzymany oddech, nagły płacz, ulga i radość. Poza tym te dzieci były szczęśliwe, błogosławione: miały zostać adoptowane przez rodziny, które je pokochają i się nimi zaopiekują. Było jej przykro tylko wtedy, gdy dzieci, którymi się opiekowała, pomimo jej najlepszych intencji, nagle znikały ze żłobka i z jej życia.

Teraz spojrzała na Elsę ze współczuciem, gdy dziewczyna znów jęknęła, a jej głowa ciężko opadła na poduszkę. Nie należała do najłatwiejszych pacjentek na oddziale – narzekała niemal na wszystko. Była ledwie dzieckiem, choć gorliwie oddanym Führerowi, gotowym oddać swoje własne dziecko dla sprawy, w którą tak żarliwie wierzyła. Hannah nie potrafiła przestać jej współczuć.

Ciałem Elsy wstrząsnęły konwulsje. Hannah pochyliła się, mrużąc oczy, by ujrzeć kępkę blond włosów – obietnicę dobrego, aryjskiego dziecka, takiego, o jakim marzyła dziewczyna.

– Dziecko już nadchodzi, Elso – powiedziała. – Czy tego chcesz, czy nie. Przyj, a będzie łatwiej, obiecuję. Bycie matką to ciężka praca, która zaczyna się właśnie teraz! – W jej głosie pojawiła się kpiąca nuta, mająca rozładować napięcie. – Jak myślisz, za co dostajesz Mutterkreuz?

– Jakbym kiedykolwiek miała czwórkę… – mruknęła Elsa, dysząc. Nagrodę, składającą się z trzech klas, wprowadzono dwa lata wcześniej. Kobiety, które urodziły czwórkę dzieci, otrzymywały brązowy medal.

– Och, walcz o złoto! Urodź przynajmniej ośmioro – odpowiedziała wesoło Hannah, gdy Elsa wydała z siebie kolejny jęk, który zdawał się pochodzić z samej głębi jej istoty. Główka dziecka wyłoniła się na zewnątrz, zaczerwieniona i pulsująca. Wilgotne blond włoski były umazane krwią.

Gdy Elsa wydała kolejny jęk, dziecko dołożyło własny, przenikliwy krzyk, a dziewczyna uniosła się na łokciach.

– I co? – zapytała bez tchu. – Czy to chłopiec dla Führera?

Hannah wpatrywała się w dziecko przez kilka pełnych napięcia sekund – maleńkie, doskonale uformowane ciałko, które mogła trzymać w jednej ręce. Dziesięć palców u rąk, dziesięć u nóg, silne i proste kończyny, niebieskie oczy wpatrujące się w nią, prawie jakby wiedziały.

– Tak – odpowiedziała cicho. – To chłopiec. Piękny chłopczyk.

– Dzięki Bogu! Dzięki Führerowi!

Führer, pomyślała ponuro Hannah, będzie miał niewiele wspólnego z tym biednym dzieckiem, choć wiele łączyło go z miejscem, w którym się urodziło – Heim Hochland, niecałą godzinę na wschód od Monachium. Jeden z dyskretnych i luksusowych domów położniczych dla dziewcząt takich jak Elsa, które mogły udowodnić swoją czystość w czterech pokoleniach i były gotowe oddać swoje jasnowłose, niebieskookie dzieci pod opiekę ojczyzny.

– Pozwól mi go zobaczyć – poprosiła Elsa. Hannah, szybkim i zwinnym ruchem, chwyciła dziecko za jedno ramię i przecięła pępowinę, gdy jego matka opadła na wilgotne od potu prześcieradło. – Chcę go potrzymać.

Chłopiec miał zostać w ciągu kilku tygodni oddany do adopcji przez godną parę – oficera SS i jego rumieniącą się żonę, którzy dotychczas nie mieli dzieci. Może pewnego dnia kobieta otrzyma Mutterkreuz, ale – Hannah czuła smutek na tę myśl – nie dzięki temu dziecku.

– Czas na łożysko – powiedziała, ignorując prośbę Elsy. – Przyj jeszcze raz, nie za szybko, spokojnie…

Wraz z kolejnym jękiem Elsa wydaliła łożysko w strumieniu płynu i krwi, po czym wyczerpana opadła z powrotem na prześcieradło.

– Mein Gott, czy to już koniec? – zapytała, gdy Hannah, wciąż trzymająca dziecko, sprzątała instrumenty. – Pozwól mi go potrzymać!

Hannah zawahała się, a potem bez słowa podała maleństwo Elsie.

Matczyny, wyczekujący uśmiech Elsy zmienił się w wyraz przerażenia, gdy zobaczyła twarz dziecka.

– Co jest z nim nie tak? – zawołała, odsuwając je od siebie, jakby było śmieciem. Hannah szybko wzięła je na ręce i przytuliła do piersi, obejmując jedną ręką malutką, wilgotną główkę.

– Ma rozszczep podniebienia – wyjaśniła spokojnie. – Sklepienie jamy ustnej nie połączyło się prawidłowo, ale można to naprawić. Naprawdę dość łatwo, wystarczy prosta operacja, gdy będzie miał kilka miesięcy.

– Naprawić. – Elsa powiedziała to takim tonem, jakby nie rozumiała słowa. Nie chciała go zrozumieć. I nie chciała również – jak podejrzewała Hannah – dziecka, które musiałoby zostać zoperowane.

– Poza tym jest całkowicie zdrowym chłopcem – kontynuowała cicho Hannah. – Posłuchaj jego płaczu. – Chłopiec wydał kolejny, pożądliwy pisk, a ona nie mogła powstrzymać uśmiechu, wpatrując się w jego ciemnoniebieskie, szeroko otwarte i czyste oczy. Poza wargą, pomyślała, był naprawdę idealny. Z pewnością lekarze też to zauważą?

Usta Elsy zadrżały i pokręciła głową.

– Zabierz go.

– Elsa… – Hannah zaprotestowała instynktownie, choć wiedziała, że to nie ma sensu. Dziecko i tak zostałoby jej odebrane za kilka dni, może za tydzień. Dlaczego nie od razu?

Dokąd ten chłopiec trafi?

Jako pełniąca obowiązki położnej, musiała zgłosić szczegóły porodu, łącznie z rozszczepem podniebienia. Nie mogła tego pominąć. Gdyby to zrobiła, zostałaby ukarana dyscyplinarnie lub jeszcze gorzej, a ktoś inny i tak sporządziłby raport. Takich rzeczy nie można było ukryć, nie w takim miejscu.

Hannah wiedziała, że w wyniku napisania raportu dziecko zostanie zabrane – ale nie do oficera SS i jego żony, lecz najprawdopodobniej do sierocińca. Która rodzina chciałaby adoptować niemowlę z taką wargą? Fizyczna doskonałość była nie tylko ideałem, lecz również standardem i wymogiem. Dzieci takie jak to kończyły w przytułkach dla sierot. Może siostry zakonne, które nim zarządzają, okażą się dla niego łaskawe.

Hannah miała przynajmniej taką nadzieję.

Naciągając kocyk na brzeg jego twarzyczki, wyszła szybko z pokoju w kierunku żłobka.

*

Później, po tym jak zostawiła dziecko z inną pielęgniarką, która skrzywiła się w obrzydliwy sposób na widok jego twarzyczki, Hannah wyszła na zewnątrz w desperackiej potrzebie zapalenia zakazanego tutaj papierosa. Stała samotnie na chłodnym wietrze październikowego wieczoru, gdy pierwsze gwiazdy wzeszły nad taflę ciemnoniebieskiej wody opływającej ogrody. Pozwoliła swojemu umysłowi pozbyć się wszelkich myśli, koncentrując się wyłącznie na zimnych, błyszczących punkcikach – jakże odległych i pięknych, na gładkiej i pustej tafli jeziora rozciągającej się w ciemności, na dymie unoszącym się ku górze leniwymi, ulotnymi zawijasami, zanim zniknął w mroku.

– Szkoda Elsy – odezwała się Gerda, pielęgniarka z Monachium o spokojnej twarzy i statecznym sposobie bycia. Dołączyła do niej na tarasie. Zerknęła na papierosa Hannah z niechęcią, ponieważ pielęgniarki, zwłaszcza w nazistowskich domach położniczych, nie powinny palić. Hannah nie robiła tego często, ale tego wieczoru, mając świeżo w pamięci niebieskie oczy dziecka i jego wykrzywioną wargę, potrzebowała chwili wytchnienia, jaką dawał jej papieros.

– Wydawała się bardziej zła niż pogrążona w żałobie – zauważyła, wciąż wpatrzona w gwiazdy.

– Bo tak jest. Dziewięć miesięcy chodzenia z rozstępami, opuchniętymi kostkami i wszystko na nic! – Gerda mówiła z samozadowoleniem matki trójki blondwłosych dzieci z Monachium, oddanych na wychowanie krewnym, dzięki czemu mogła pracować tutaj, podczas gdy jej mąż walczył w Norwegii. Dobra matka i żona pod każdym względem, choć jeszcze niezasługująca na Mutterkreuz.

– W końcu ma jeszcze jedno dziecko – zauważyła cicho Hannah. – Z pięknymi, niebieskimi oczami.

Gerda mruknęła coś lekceważąco, a Hannah westchnęła. Po co zawracała sobie głowę kłótnią? Wiedziała, że to nic nie da. Pielęgniarki nie były stworzone do wyrażania opinii, a nawet jeśli, to z pewnością nie przedstawiały ich lekarzom ani innym przełożonym. Nie miała tu ani władzy, ani wyboru, a nawet gdyby ją miała, nie byłaby w stanie zmienić całego systemu – świata, w którym żyli, wymagającego doskonałości i posłuszeństwa. Dziecko miało przynajmniej zapewnioną opiekę, a kto mógł mieć pewność, że pewnego dnia nie znajdzie lepszej rodziny, życzliwszej niż gorliwy esesman i jego żona?

Z kolejnym westchnieniem spojrzała w gęstą ciemność. Wraz z Gerdą wsłuchiwały się przez chwilę w szept wiatru w topolach. Dźwięk ten wydawał się Hannah niejasno groźny jak szmer plotek, szept ostrzeżenia. Kiedy przyjechała do Heim Hochland z Berlina w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku, cieszyła się spokojem i samotnością panującymi na wsi, a także luksusem i komfortem, które domy dla matek Lebensborn obiecały personelowi i matkom – miękkie łóżka, ładna pościel, obfite posiłki, wieczory przy muzyce lub pianinie. Łatwe życie, pomyślała. Czy to nie byłaby dobra zmiana?

Jednak w miarę upływu czasu, uchwalania kolejnych praw i wypowiadania wojny, zaczęła coraz bardziej odczuwać dziwny, pogłębiający się niepokój, nawet pośród takiego spokoju i zadowolenia. Uśmiechnięte dzieci, zadowolone matki, dobre jedzenie – czy były jakiekolwiek powody do narzekań? A jednak coraz trudniej było jej znaleźć przyjemność w pracy, w tej upragnionej łatwości życia. Oprócz ciężarnych matek, które przychodziły do domu, zaczęły pojawiać się tu też małe, jasnowłose dzieci o bladych twarzyczkach, które nie mówiły po niemiecku i płakały za matkami. Hannah tuliła je w nocy i głaskała po główkach, starając się nie myśleć o tym, jak się tu znalazły ani dlaczego.

– Będziesz musiała to zgłosić – odezwała się Gerda. – Będą kłopoty, jeśli tego nie zrobisz.

Hannah strzepnęła niedopałek papierosa w stronę wody, której czarna przestrzeń była nieprzejrzysta i niezgłębiona pod nocnym niebem.

– Już to zrobiłam – odpowiedziała z żalem, bo oczywiście wypełniła formularz, gdy tylko chłopiec się urodził. Musiała to zrobić. Trzymała się nikłej nadziei, że może to oznaczać dla niego lepsze życie, przynajmniej przez jeden dzień.

Odwróciła się po cichu, by wrócić do domu, którego wspaniałe pokoje były teraz ciche i puste.

– Siostro Stern. – Głos matrony był ostry, autorytatywny i stanowczy, niezależnie od tego, czy zwracała się do krnąbrnego malucha, czy do kompetentnej pielęgniarki. Szła w kierunku Hannah, gdy ta wchodziła do środka, z ustami zaciśniętymi w cienką, pełną dezaprobaty linię.

– Tak, matrono? – Hannah wyprostowała się, ściągając razem pięty i unosząc podbródek.

– Przyszedł do ciebie telegram z Berlina. Bardzo to dziwne. – Jej niebieskie oczy zwęziły się, gdy popatrzyła na Hannah, jakby szukała jakiegoś błędu.

Kwalifikując się w tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, rok przed tym, jak naziści zmienili sposób szkolenia pielęgniarek i zmodyfikowali znaczną część programu nauczania, aby dostosować go do dogmatycznych przekonań o czystości rasowej i higienie, Hannah wiedziała, że nie jest idealną nazistowską pielęgniarką, jaką wyobrażała sobie matrona. Nie przypominała jednej z fanatycznych Brunatnych Sióstr, starannie wybranych do przeszkolenia w nazistowskim reżimie i nieustępliwie oddanych swojemu Führerowi. Nie – trzymała się swojej zasady i powściągliwie oceniała sytuację, ale spojrzenie, jakim obdarzyła matronę, było jasne i surowe, z nutą wyzwania.

Nawet po czterech latach spędzonych w Heim Hochland milczała na temat swojego pochodzenia. Dla matrony telegram oznaczał albo coś ważnego, albo kłopoty. Wolałaby oczywiście to drugie, dzięki czemu mogłaby zastąpić Hannah kimś, kto wykazywałby nieco więcej nacjonalistycznego zapału.

– Dziękuję – powiedziała, wyciągając dłoń.

Po kilku sekundach namysłu matrona umieściła w niej telegram, a następnie założyła ręce, czekając, aż pielęgniarka go otworzy. Hannah wiedziała, że nie ma szans na odejście bez poinformowania przełożonej o treści tajemniczej wiadomości.

Odwróciła się lekko, przesuwając paznokciem pod pieczęcią koperty. Starała się ukryć cienką kartkę przed wścibskimi oczami starszej kobiety.

– No i co? – zapytała matrona, gdy Hannah przeczytała kilka linijek. – Czy to jakaś nagła sprawa?

– Oczekują mnie w Berlinie. – Słowa zabrzmiały o wiele poważniej, niż było w rzeczywistości, ale kobieta czerpała perwersyjną przyjemność, słysząc stłumione westchnienie zszokowanej przełożonej i obserwując, jak przymknęła powieki w wyrazie niezadowolenia. Nie lubiła być tak zaskakiwana.

– Oczekiwana w Berlinie – powtórzyła chłodno. – O co tu może chodzić?

Czy ta kobieta wyobrażała sobie, pomyślała Hannah z zawadiackim uśmieszkiem, że będzie musiała zgłosić się do siedziby gestapo na Prinz-Albrecht-Strasse, trzęsąc się ze strachu?Prawdopodobnie na to liczyła. „Zawsze uważałam, że pielęgniarka Stern była podejrzana, a jej Hitlergruss jest zbyt powolny”.

– Mój brat jest oficerem Abwehry – poinformowała matronę. Po służbie w armii Georg Strasser tuż po rozpoczęciu wojny przeniósł się do wywiadu wojskowego. – Oczywiście nie rozmawiam o tym zbyt często. Z telegramu wynika, że potrzebuje mojej obecności w Berlinie i to natychmiast.

Wciąż patrząc na nią przez zmrużone powieki, matrona wyciągnęła rękę, a Hannah podała jej telegram. Kilka linijek tekstu mówiło dokładnie to, co przekazała – Georg prosił, by jak najszybciej odwiedziła go w jego domu. Bilet na pociąg zostanie wysłany pocztą. Żadnych wyjaśnień, przeprosin, bo i dlaczego miałyby się tam znaleźć? Jedynym powodem, dla którego przebywała w Heim Hochland, a nawet dla którego została pielęgniarką, był właśnie jej brat. Jej przyrodni brat, dokładniej ujmując, ale nie miała zamiaru przekazywać tej dodatkowej informacji matronie.

– W Berlinie – powtórzyła kobieta, teraz bardziej z irytacją niż podejrzliwością. – I żadnego wyjaśnienia, w jakim celu? Jesteś tu potrzebna, siostro Stern. Masz swoje obowiązki…

Hannah schowała telegram z powrotem do koperty.

– Jeśli pani uważa, że mogę być nieposłuszna mojemu bratu…

– Jego wezwanie nie ma nic wspólnego z pozycją, którą zajmuje.

Hannah postanowiła milczeć. Zdecydowanie wątpiła w to, że wezwanie Georga nie miało nic wspólnego z jego pracą w wywiadzie wojskowym, ale nie chciała tego mówić. Niech matrona, ze swoimi zimnymi oczami i surowym sposobem bycia, ma powody do rozmyślań.

– To bardzo niefortunne dla nas tutaj, w Heim Hochland, siostro Stern – ciągnęła matrona. – Jesteś potrzebna, masz liczne obowiązki.

Hannah pochyliła głowę, tak potulnie, jak tylko matrona mogła sobie tego życzyć. Obie wiedziały, że w żaden sposób nie mogła odmówić prośbie oficera wywiadu wojskowego.

– Rozumiem, matrono.

Starsza kobieta syknęła z irytacją.

– W porządku. Możesz wysłać swoją odpowiedź. Przypuszczam, że nie jesteś aż tak niezastąpiona.

Hannah skinęła głową w geście podziękowania i odwróciła się, by odejść. Zawahała się jednak, a potem zdecydowanym ruchem zawróciła.

– Matrono… ten chłopiec, którego urodziła dziś wieczorem Elsie Werling?

– Co z nim, siostro Stern?

Ton starszej kobiety był złowieszczy, ale Hannah i tak naciskała, kierowana potrzebą większą niż strach o samą siebie.

– Był całkowicie zdrowy, z wyjątkiem rozszczepu wargi. Wie pani, że można go dość łatwo zoperować, gdy będzie miał kilka miesięcy? Mówię o całkowitym usunięciu wady.

Spojrzenie matrony zwęziło się jeszcze bardziej do dwóch szczelin pełnych pogardy.

– Jesteś lekarką, siostro Stern? Czyżbym nie została poinformowana o twoim awansie?

Hannah wytrzymała wrogie spojrzenie kobiety.

– Procedura jest powszechnie znana. Naprawdę łatwo ją wykonać…

– To dziecko nie jest twoim zmartwieniem.

– Dokąd zostanie zabrany? – Hannah odważyła się naciskać dalej, po prostu chciała to wiedzieć. – Do sierocińca?

Matrona zacisnęła wargi.

– Tak – odparła po sekundzie przerwy. – Do sierocińca. Będzie miał tam dobrą opiekę, siostro Stern, nie ma co do tego wątpliwości, ale chyba rozumiesz, że nie może zostać adoptowany przez członka SS.

Hannah niechętnie skinęła głową, po czym odprawiona skinieniem matrony weszła powoli na piętro.

Jej pokój znajdował się na poddaszu, wysoko ponad wygodniejszymi żłobkami i dormitoriami. Znajdowało się w nim pojedyncze łóżko i biurko, umywalka i nic więcej. Mimo to wystarczał w zupełności, a praca sprawiała jej przyjemność. Jednak Hannah zdała sobie sprawę, że odczuwa ulgę na myśl o wyjeździe z Heim Hochland i pozbyciu się wrażenia ciągłego niepokoju, które towarzyszyło jej do tej pory w tym miejscu, wśród Brunatnych Sióstr i świętoszkowatej matrony, które zawsze bacznie wszystko obserwowały i tylko czekały, by kogoś na czymś przyłapać.

Wciąż się zastanawiała, czego jej przyrodni brat mógł od niej chcieć. Przez cztery lata, odkąd Georg załatwił jej tutejszą posadę, nie napisał oraz nie skontaktował się z nią ani razu. Nigdy oczywiście tego nie oczekiwała. Od początku dawał jej jasno do zrozumienia, że ich relacja była raczej kwestią obowiązku i urazy, a nie jakiegokolwiek uczucia. W rzeczywistości spojrzał na nią dopiero dziesięć lat wcześniej, kiedy w wieku zaledwie osiemnastu lat stała na skraju Cmentarza Inwalidów przemoczona do cna i przyglądała się, jak ich ojciec jest składany do grobu. Georg, wówczas czterdziestoletni mężczyzna, podszedł do niej, a deszcz spływał po ramionach jego wielkiego płaszcza.

– Ty jesteś Hannah, prawda? – powiedział, a jego ton był raczej rzeczowy niż uprzejmy. – Córka mojego ojca. – Jego nieślubna córka, chciał pewnie uściślić, ale Georg wydawał się zbyt szarmancki, by zwrócić uwagę na to, co oboje doskonale wiedzieli. Był ostatnim z trzech braci, dwaj zginęli w błotnistych okopach we Francji. Zmierzył Hannah – jedyne rodzeństwo, które mu pozostało – uważnym spojrzeniem.

Wpatrywała się bez słowa w przyrodniego brata, którego nigdy nie poznała, chociaż widziała go z daleka wiele lat wcześniej, kiedy był z resztą swojej rodziny w Tiergarten. Miała wtedy zaledwie dziesięć czy jedenaście lat. Śledziła ich wesołą rodzinną wycieczkę jak żebraczka, która szuka ochłapów.

Od dnia pogrzebu w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku Georg Strasser postanowił zainteresować się swoją przyrodnią siostrą. Zaaranżował i opłacił jej szkolenie pielęgniarskie w Charité, nie dając jej możliwości wyboru żadnej innej drogi. Hannah czasami się zastanawiała, jak zareagowałby, gdyby poprosiła o szkolenie na sekretarkę lub nauczycielkę, a nawet śpiewaczkę operową. Jego nozdrza rozszerzyłyby się, a usta zacisnęły, po czym poinformowałby ją, że to absolutnie niemożliwe. Oczywiście miałby rację.

Biorąc pod uwagę tragiczne okoliczności w tamtym czasie, Hannah nie była w stanie powiedzieć Georgowi niczego poza słowami szczerego podziękowania. Był jej wybawcą i nie mogła mieć mu za złe, że był taki do niej zniechęcony.

Na swój sposób okazał się zarazem hojny, chociaż zaoferował to tak niechętnie, że bardziej kojarzyło się to ze skąpstwem. Nie zasugerował też głębszej relacji niż te kilka zdawkowych spotkań w ciągu minionej dekady.

Hannah nigdy nie została zaproszona do domu Strassera, nie poznała jego żony, drobnej istoty w białej satynie, którą widziała kiedyś wsiadającą do samochodu, z lśniącymi włosami i czerwoną szminką na bladej, umalowanej twarzy. Nigdy nie była częścią życia przyrodniego brata w jakikolwiek sposób, który byłby znaczący, ważny czy prawdziwy. A jednak po tak długim czasie odezwał się nagle do niej i wzywał ją do swojego okazałego domu w Grunewaldzie. Dlaczego? W jakim celu?

Hannah przypuszczała, że wkrótce się dowie. Zdjęła uniform i wślizgnęła się w koszulę nocną. Przez ostatnie trzy lata nauczyła się, by nie interesować się nadmiernie różnymi sprawami. Nie zadawać pytań, szczególnie takich, na które nie chciało się poznać odpowiedzi. Nigdy nie mruczeć pod nosem, nie przewracać oczami, nie żartować ani nawet nie okazywać grama sceptycyzmu. Nie robić po prostu niczego, co mogłoby sprawić, że zagorzała pielęgniarka lub gorliwy oficer zakwestionują twoją lojalność.

Była to lekcja, którą wpojono jej już w dzieciństwie, na niebezpiecznych ulicach i w brudnych kamienicach Neukölln, ale została ona ugruntowana tutaj, w Heim Hochland. Pilnuj własnych spraw. Siedź cicho i rób swoje. Jak powiedziałaby jej stara sąsiadka Hilde, wszystko, byleby mieć spokojne życie.

Teraz, szczotkując pospiesznie zęby i płucząc usta wodą z dzbanka, Hannah rozwiązała swoje upięte do góry włosy, a następnie wskoczyła pod chłodną pościel.

Gdy tak leżała, wpatrując się w skrawek rozgwieżdżonego nieba widoczny z małego okna na poddaszu i starając się nie drżeć, uświadomiła sobie, że nie myśli o swoim przyrodnim bracie ani o jego zaskakującej prośbie, lecz o bezimiennym chłopcu z niemrugającymi niebieskimi oczami, który wpatrywał się w nią z ufnością i zdumieniem, jakby zaglądał bezpośrednio w jej duszę.

Hannah zamknęła oczy, odcinając się od widoku skrawka nieba i zapragnęła, by nadszedł sen.

ROZDZIAŁ 2

Berlin, październik 1940 roku

Pokojówka, która zareagowała na pukanie Hannah, z teatralnym pociągnięciem nosa odebrała od niej znoszony płaszcz i strój pielęgniarki, po czym poinstruowała ją, by zaczekała w holu, podczas gdy ona sprawdzi, czy major Strasser jest „w domu”. Z pewnością był w domu, pomyślała Hannah. Widziała na podjeździe jego samochód, eleganckiego, czarnego Mercedesa, gdy zapukała do drzwi.

Minęło pięć dni od otrzymania telegramu od brata, i cztery, odkąd bilet na pociąg dotarł pocztą – przekazany jej przez matronę z pełną dezaprobatą. Hannah spakowała swoje rzeczy w Heim Hochland – nie miała ich zbyt wiele – po czym wyruszyła w powolną podróż w kierunku Berlina, bijącego serca ojczyzny, mijając bawarskie wzgórza falujące w jesiennym słońcu.

Upłynęły już trzy lata, odkąd była w mieście, w którym się urodziła. Nie miała żadnego powodu, by tam wracać, a w każdym razie nie miała pieniędzy na podróż. Wynagrodzenie pielęgniarki nie pozwalało na podróżowanie według własnego uznania, a wspomnienia z dzieciństwa w Neukölln nie należały do tych, które szczególnie pragnęła odtwarzać. Pomyślała jednak, że chętnie odwiedziłaby swoją dawną sąsiadkę, Hilde, gdy już będzie w mieście.

Hannah usłyszała cichy głos pokojówki w gabinecie w głębi korytarza, a po nim dudniącą odpowiedź swojego brata. Zastanawiała się, czy zaproponuje jej kolację. Po sześciogodzinnej podróży pociągiem, podczas której nie miała w ustach niczego poza czarnym chlebem i twardym serem, burczało jej w brzuchu. A co z łóżkiem? Nie, hojność Georga z pewnością nie była aż tak wielka. Na pewno nawet o tym nie pomyślał, a ona będzie musiała błagać o nocleg u Hilde, zanim wróci do Heim Hochland – albo dokądkolwiek wskaże jej brat, bo zapewne skończy się to czymś podobnym.

– Major Strasser się z panią spotka – oznajmiła służąca formalnym tonem, a Hannah mruknęła słowa podziękowania, podążając za kobietą ubraną w czarną suknię, schludny czepek i fartuch z białymi falbankami do gabinetu brata.

Pokój był bogato zdobiony i przyjemnie ciepły. Drewniane ściany komponowały się z książkami oprawionymi w skórę, a ciężkie, aksamitne zasłony w kolo­rze rubinowym osłaniały okna. Pomimo ogólnokrajowego niedoboru węgla w kominku wesoło trzaskał ogień.

Pokojówka zamknęła za nią drzwi, a jej przyrodni brat wstał od biurka, opierając się o blat wykonany z wiśniowego drewna inkrustowanego skórą. Bardzo się od niej różnił. Hannah miała jasnobrązowe włosy i oczy oraz drobną, smukłą sylwetkę jak jej matka. Georg Strasser przypominał natomiast ich ojca – miał ciemne włosy, teraz już siwe na skroniach, krótko ścięte, a ciało duże i muskularne. Mierzył ponad sto osiemdziesiąt centymetrów, a teraz, po czterdziestce, dopiero zaczynał tyć.

– Majorze Strasser – przywitała go formalnie Hannah, pochylając głowę. – Guten Abend.

– Guten Abend, Hannah. – Jego usta zwęziły się na widok małej, zniszczonej walizki, którą wciąż trzymała. Czy myślał, że jego przyrodnia siostra zapyta, czy może zostać na noc? Cóż, nie zrobi tego. Skinął energicznie głową i stuknął obcasami – gestem, który zdradzał jego pruskie dziedzictwo i wojskową przeszłość. – Dziękuję za przybycie.

– A miałam wybór? – Hannah starała się mówić swobodnie, lecz w jej głosie dało się wyczuć lekko oschły ton, którego natychmiast pożałowała. Wypowiadanie tak niepotrzebnych uwag było z pewnością poniżej jej godności. Georg zabrał ją z rynsztoka. Zasługiwał co najmniej na uprzejmość.

– Jak się trzymasz? – zapytał, a jego ton był formalny jak zawsze. Jedną dłoń trzymał wsuniętą w kieszeń kamizelki. – Bawaria musi być przyjemniejsza niż Berlin, zwłaszcza w trakcie wojny. – W jego głosie pojawił się ostry ton, który natychmiast przypomniał Hannah, że jedynym powodem, dla którego cieszyła się spokojnym otoczeniem, był właśnie on. – Kiedy skontaktowałem się z doktorem Ebnerem, bardzo dobrze się o tobie wypowiadał.

– Jakże miło z jego strony – odparła Hannah, chociaż w rzeczywistości w Heim Hochland było szesnaście pielęgniarek i wątpiła, by doktor Ebner potrafił wyłowić ją z szeregu identycznie ubranych kobiet, nie wspominając już o mówieniu o niej z uznaniem. Może i pracowała tam od czterech lat, ale dla tak wybitnego człowieka, jak Ebner, pozostawała całkowicie niegodna uwagi. Zawsze tak było.

Georg gestem wskazał jeden z wygodnych foteli przy kominku, w którym żarzył się ogień dający przyjemne ciepło.

– Usiądź, proszę.

Hannah wykonała polecenie bez słowa, odstawiając walizkę przy nogach. Ręce ułożyła na kolanach.

Georg usiadł naprzeciwko niej. Jego postawa emanowała dumą – jak zawsze – gdy rzucał spojrzenie, które można było ulokować gdzieś pomiędzy wyniosłym a powitalnym.

– Cóż, drogi bracie – zauważyła z uśmiechem Hannah. – Chociaż miło jest cię odwiedzić po tylu latach, zastanawiam się, co mogło sprawić, że wezwałeś mnie tutaj aż z Monachium, i to w czasie wojny. Mam nadzieję, że nie czujesz się źle.

– Jestem w dobrym zdrowiu, dziękuję – odpowiedział Georg sztywno.

Hannah uznała, że rzeczywiście wyglądał na zdrowego i dobrze odżywionego, podczas gdy wielu Niemcom zaczynały już doskwierać skutki wprowadzonego przed rokiem racjonowania żywności. A jednak, pomyślała, można by pomyśleć, że żadna wojna nie szaleje, gdyby nie mnóstwo mundurów na ulicach, wszechobecna szarość i brąz, a także czerwień i czerń swastyk.Nawetdziesięcioletniedzieci z dumą nosiły mundury Pimpf lub Jungmädelbund, maszerując po ulicach niczym Wehrmacht.

W gazetach nadal opisywano pozornie niepowstrzymany ciąg zwycięstw Hitlera – Kraj Sudetów, Austria, Czechosłowacja, Polska, Dania, Norwegia, a ostatnio Francja. Te podboje zwiastowały przyjęcia i parady. Gazety przechwalały się również nieustannym bombardowaniem Anglii, utrzymując, że lotnictwo odnosi tam nieustanne sukcesy. Hannah jednak nie mogła powstrzymać się od sceptycyzmu. Mimo to wydawało się, że Niemcy są nietykalne – i z tego powodu ludzie byli albo bardzo dumni, albo całkowicie obojętni, w zależności od tego – jak przypuszczała Hannah – ile mieli jedzenia lub czego mogli się obawiać ze strony swojej chwalebnej Rzeszy.

– Zaprosiłem cię tutaj – odezwał się Georg, przywołując ją do teraźniejszości – ponieważ mam dla ciebie zadanie. – Urwał i oparł łokcie na rzeźbionych, drewnianych podłokietnikach krzesła. – Mam nadzieję, że biorąc pod uwagę nasze powiązania i uprzejmość, jaką okazałem ci w przeszłości, podejmiesz się go z radością i wdzięcznością.

Spojrzał jej prosto w oczy, a Hannah zdobyła się na uprzejmy uśmiech. Radość i wdzięczność to chyba trochę za dużo, choć jego słowa wzbudziły w niej ciekawość. Czegóż to Georg mógł od niej chcieć?

– Co to za zadanie? – zapytała, starając się zachować miły ton.

Milczał, a Hannah zauważyła, jak zaciska palce na podłokietnikach. Knykcie pobielały, co sprawiło, że znów zaczęła się zastanawiać, co u licha może oznaczać ta prośba. Nabrał powietrza, po czym powiedział cicho:

– Mój syn, Willi, wymaga leczenia w szpitalu dla dzieci. Jego matka i ja nie możemy mu towarzyszyć, więc miałem nadzieję, że weźmiesz to na siebie. – Wbił w nią swoje piwne oczy, nie mrugając nawet powiekami, zmuszając tym samym Hannah do odwzajemnienia spojrzenia.

Odniosła wrażenie, że o wielu szczegółach jej nie powiedział, nie miała więc pewności, od której kwestii powinna zacząć.

– Gdzie mieści się ten szpital? – zapytała w końcu, gdy Georg nadal wpatrywał się w nią w milczeniu, czekając na jej odpowiedź.

– W Wiedniu. To nowa klinika, przeznaczona specjalnie dla dzieci. Przyznam, że… dopiero co o niej usłyszałem. – Zacisnął usta, jakby chciał się powstrzymać od powiedzenia czegoś więcej.

– Aż w Wiedniu – zauważyła powoli. – Jestem zaskoczona, przecież Charité jest tuż obok.

– To właśnie profesor de Crinis z Charité polecił mi tę klinikę w Wiedniu. Kilka lat temu zastąpił profesora Bonhoeffera. – Po tym, jak wszystkie oddziały medyczne zostały oczyszczone z Żydów i ich sympatyków, Hannah wiedziała doskonale, co miał na myśli. Łatwo było więc wskazać kogoś takiego jak de Crinis, nawet jeśli nigdy wcześniej nie słyszała tego nazwiska. Georg kontynuował cicho: – Profesor de Crinis również jest Austriakiem. Może dlatego zaproponował jego usługi.

– To możliwe. – Jeśli de Crinis był jak inni lekarze wyznaczeni przez nazistów, Hannah wiedziała, że będzie również opłacanym członkiem partii i prawdopodobnie zagorzałym wyznawcą jedynej słusznej ideologii. Pozostawała podejrzliwa wobec każdego, kto wyznawał taką maniakalną dewocję, ale czy to również dotyczyło jej brata? Chociaż Georg należał do Abwehry, nie mogła być pewna, po której stronie naprawdę się opowiadał. Nie dyskutował z nią o polityce, a czasem myślała, że w ogóle tego nie robił. Ale czy w dzisiejszych czasach nie dotyczyło to większości ludzi? Po co mówić coś, co może wpędzić człowieka w kłopoty, skoro można nie mówić nic? Nie wychylać się i pozostać niezauważonym? To był sposób, który zawsze wybierała.

– Mimo wszystko to dość daleko – zauważyła. – Ponad pięćset kilometrów, co najmniej dziesięć godzin w pociągu. – A na jak długo? Kilka dni? Tydzień? Jej przyrodni brat nie uściślił tego. Wiedziała już, że nie jest to bynajmniej tak zwany „mały” obowiązek.

– Możesz pojechać samochodem – odpowiedział Georg. – Oczywiście sam zapewnię pojazd i kierowcę.

Samochodem aż do Wiednia, i to w czasach racjonowania benzyny? Hannah była zaskoczona, ale jeszcze bardziej zaniepokojona.

– Czy mogę zapytać, na czym polega to leczenie?

– Klinika w Wiedniu jest całkiem nowa – odpowiedział Georg, jakby powtórzenie tego było odpowiedzią na jej pytanie. – Oferowane tam zabiegi są złożone i innowacyjne.

Hannah przekrzywiła głowę, a jej spojrzenie powoli omiatało mężczyznę, który pod każdym względem był jej przełożonym. Miał majątek, władzę, status, przywileje i więcej, niż mogłaby sobie wyobrazić, a jednak w tej chwili pomyślała, że wyglądał na przestraszonego. Dłonie zaciskał na kolanach, a skóra wokół jego zaciśniętych ust była biała. Spojrzał jej w oczy spokojnie, jak zawsze, ale wyczuła, że wymaga to od niego wysiłku, i nagle ogarnęło ją współczucie dla niego, któremu towarzyszyła również narastająca frustracja, że nie był z nią bardziej szczery.

– A jak długo potrwa to leczenie? – zapytała, czując, że musi wyciągać z niego każdy strzęp informacji, i to niechętnie.

Po tym pozornie prostym pytaniu zapadła długa cisza. Potem jej brat przesunął się na krześle, czemu towarzyszył pisk skóry.

– Chyba najlepiej będzie, jeśli sama spotkasz się z Willim – powiedział w końcu. – Pomyślałem, że mogłabyś zostać na kolację. – Zostać na kolację! Musiała zdradzić swoje zaskoczenie, ponieważ kontynuował z dziwnie poruszającym uznaniem obecnej sytuacji. – Moja żona jest na spotkaniu Frauenschaft. Organizują poczęstunek dla żołnierzy odjeżdżających z Anhalter Bahnhof.

– Jak miło – zauważyła Hannah bez emocji. Oczywiście jego żona nie będzie obecna. Hannah nie była pewna, czy kobieta w ogóle wiedziała o jej istnieniu, ale wciąż była to uprzejmość ze strony Georga, że zaproponował jej dołączenie do kolacji.

– Powiem Elfriede, że możesz zostać. To znaczy, o ile…?

Pomyślała, że chyba po raz pierwszy o coś zapytał, a nie od razu nakazał.

– Tak, dziękuję, majorze Strasser – odpowiedziała. – Z przyjemnością zostanę.

Coś przelotnego pojawiło się na jego twarzy, wykrzywiając usta. Nie potrafiła powiedzieć, czy było to poczucie winy, czy niesmak.

– Naprawdę, Hannah, jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Zwracaj się do mnie Georg.

– Oczywiście – odpowiedziała, pochylając głowę. Nigdy wcześniej nie mówiła do niego po imieniu, ale wcześniej też nie została do tego zachęcona. Pomimo jego hojności trudno było jej myśleć o nim jak o krewnym, ale jednak nim był. Dlaczego przypominał jej o tym teraz? Tylko po to, by zabrała jego syna do Wiednia?

Georg wstał i użył dzwonka na biurku, by wezwać Elfriede, a Hannah wpatrywała się w tańczące płomienie, czując, że jej niepokój się pogłębia i staje się bliski złemu przeczuciu. Brat wciąż nie powiedział jej zbyt wiele – dlaczego?

Oczywiście znała doskonale mądrość zamkniętych w tych czasach ust, ostrożnego języka i oczu, które nie widzą tego, co stoi tuż przed nimi. Wszystko, byleby mieć spokojne życie – jak mawiała Hilde. To było jeszcze za czasów Republiki Weimarskiej, kiedy policja wkroczyła i zabiła trzydziestu trzech nieuzbrojonych cywilów na ulicach Neukölln podczas sponsorowanej przez komunistów parady z okazji Międzynarodowego Dnia Robotnika. Mając zaledwie siedemnaście lat, gdy jej matka zmarła, Hannah zamieszkała z Hilde, spała w kuchni i podejmowała tymczasowe prace jako sprzątaczka. Kiedy miała szczęście, pisała na maszynie. Stała, patrząc, jak Hilde zamyka okiennice, skulona w środku, aż walki ucichły, a ulice opustoszały ze wszystkiego poza krwią.

Ale jej przyrodni brat – major wywiadu wojskowego, człowiek o wielkim prestiżu i statusie, ktoś, kogo można się było obawiać… Czego bał się on sam? Co sprawiało, że wydawał się taki spięty i niepewny? I czy Hannah, absolutnie nieistotna w tej bezwzględnej Rzeszy, naprawdę chciała to wiedzieć?

Elfriede podeszła do drzwi, a Georg przemówił do niej cicho, prosząc o drugie miejsce przy stole. Hannah wyczuła irytację kobiety, chociaż ta wypowiadała się grzecznie. Bez wątpienia czuła się lepsza od Hannah, zwykłej pielęgniarki, która nie potrafiła ukryć swojego skromnego pochodzenia ani akcentu klasy robotniczej.

Gdy zamknęły się drzwi, Georg odwrócił się w jej stronę.

– Z przyjemnością przedstawię ci Williego.

Hannah stłumiła cisnącą się na usta cierpką ripostę, związaną z tym, że nigdy wcześniej nie chciał, aby zapoznać jej z kimkolwiek z jego rodziny. Wręcz przeciwnie, nie wiedziała nawet, że miał syna. Przez dziesięć lat ich znajomości spotykali się tylko w anonimowych kawiarniach przy filiżankach kawy – nawet bez skromnego posiłku – a potem tylko kilka razy w innych miejscach.

Jak jednak mogła mieć mu to za złe, skoro to on zaaranżował i opłacił jej szkolenie pielęgniarskie, a następnie zapewnił pracę – najpierw w Charité, potem w Heim Hochland? Skoro uratował ją od nędzy i ubóstwa, zapewnił jej środki do życia i pracę, którą nawet całkiem lubiła? Nie, nie mogła. Oczywiście, że nie mogła. A jednak pozostało to faktem, który nigdy nie przestał jej uwierać – jak drzazga pod paznokciem, jak cierń w boku. Zawsze będzie jego dłużniczką, a oboje nigdy o tym nie zapomną.

– Ja również chętnie go poznam – odpowiedziała w końcu. – Ile ma lat?

– Jedenaście. – W jego głosie zabrzmiała nuta dumy, wymieszana jednak ze smutkiem. – Nigdy nie spotkasz łagodniejszego chłopca.

Łagodność, pomyślała Hannah, nie była słowem pasującym do twardych chłopców z Hitlerjugend, z ich czapkami, sztyletami i ostentacyjną brawurą. Zastanawiała się, jak bardzo Willi jest chory.

Wyraźnie zaniepokojony Georg podszedł do okien. Słońce już zaszło, a zbliżająca się noc była ciemna, chłodna i wilgotna. Zaciągnął zasłony jeszcze szczelniej, otulając pokój aksamitnym ciepłem.

– To było takie piękne lato – zauważył, wciąż odwrócony do niej plecami. – Bardzo ciepłe.

– To prawda.

– Lipy w tym roku cudownie by zakwitły, gdyby nie zostały ścięte.

Hannah spojrzała na niego ostrożnie. Wiedziała, jak wszyscy, że Hitler kazał wyciąć drzewa i zastąpić je flagami ze swastyką ponad pięć lat wcześniej. Kiedy jednak kwitły, robiły to w sposób spektakularny jak drzewa wiśniowe w Tiergarten. Poza tym była już jesień. Dlaczego więc Georg wspomniał o drzewach? Skojarzyło jej się to z jakimś kodem i zdecydowała, że rozsądniej będzie nie próbować go zrozumieć.

Wciąż wpatrując się w okno przez wąską szczelinę między zasłonami, zacytował cicho:

– Kiedyś widziałem wiele kwitnących kwiatów. Na mojej drodze, w lenistwie wzgardziłem ich zrywaniem w drodze i minąłem je w dumnej obojętności. – Pogrążył się w zadumie, podczas gdy Hannah po prostu się w niego wpatrywała.

Znała zakończenie wiersza tak, jak znali je inni, gdy Heine był jeszcze czytany i cytowany przez tak wielu: „Teraz kiedy wykopano mi grób, drwią ze mnie; Teraz, kiedy umieram z bólu, W szyderczej udręce wciąż mnie nawiedzają, Te pachnące kwiaty mej pogardy”.

– Heinrich Heine – powiedziała w końcu, nie mogąc powstrzymać się od wypowiedzenia nazwiska poety i zastanawiając się, dlaczego Georg zacytował żydowskiego autora, którego książki spłonęły na Opernplatz siedem lat wcześniej, zostały zakazane, a jego pomniki usunięte w całych Niemczech.

W „Völkischer Beobachter” regularnie atakowano i potępiano ukochanego niegdyś poetę. Dla Georga Strassera, majora Abwehry i oddanego sługi Rzeszy, cytowanie go w tych czasach było albo niebezpieczne, albo stanowiło pułapkę.

– Znasz się na poezji? – zauważył, odwracając się do niej twarzą, która przypominała maskę.

– Zawsze lubiłam czytać – odpowiedziała ostrożnie, starając się nie wpaść w zasadzkę rozmowy o Heinrichu Heinem. Nie chciała dać po sobie poznać, że ona, niewykształcona dziewczyna z jednej z najbiedniejszych dzielnic Berlina, która rzuciła szkołę w wieku dwunastu lat i pracowała głównie jako służąca, powinna ledwo umieć czytać, a co dopiero znać poezję Heinricha Heinego. Oczywiście nie potrafiłaby go zacytować w sposób, w jaki zrobił to jej przyrodni brat.

Georg sprawiał wrażenie, jakby chciał dodać coś więcej. Hannah instynktownie się spięła. Nie sądziła, że chce usłyszeć, co zamierzał powiedzieć, ale on pochylił tylko głowę i uśmiechnął się chłodno.

– Przejdziemy do jadalni? Elfriede wkrótce poda nam kolację.

Hannah skinęła potakująco. Gdy sięgnęła po walizkę, Georg szybko pokręcił głową.

– Możesz ją tutaj zostawić.

– Dziękuję – mruknęła, po czym wyszła za nim z gabinetu, przez foyer z podłogą z czarno-białego marmuru, do okazałej jadalni. Pomieszczenie było zastawione ciężkimi, mahoniowymi meblami, ciemnymi zasłonami zaciągniętymi na obu oknach, a przy stole na dwanaście osób przygotowano miejsca dla trzech na jednym końcu, z serwetkami z adamaszku, srebrnymi sztućcami i porcelanową wazą z zupą pośrodku.

– Ach, oto i oni – powiedział Georg, brzmiąc na zadowolonego, gdy przez wahadłowe drzwi, łączące jadalnię z kuchnią, wszedł młody chłopiec, któremu towarzyszyła niania lub guwernantka, schludnie ubrana w czarny, wykrochmalony strój i biały fartuch, prowadząc go za ramię.

Na początku Hannah dostrzegła tylko ciemny, lśniący lok na wysokim czole oraz piwne oczy – często surowe u jego ojca, lecz u syna błyszczały złotem i dobrym humorem. Potem, z zaskoczeniem, zarejestrowała w tych oczach pewną obojętność. Zwróciła również uwagę na sposób, w jaki rozchylał usta i lekko wysuwał wargę, powłócząc lewą stopą po podłodze.

Odwróciła się do Georga i zauważyła, że uśmiecha się z łagodnym smutkiem, obserwując, jak chłopiec wchodzi do pokoju.

– To jest mój syn, Willi – oznajmił z cichą dumą w głosie.

ROZDZIAŁ 3

– I co sądzisz o Willim?

Uśmiech, którym obdarzył ją Georg, był jednocześnie zawadiacki i smutny, jakby wiedział, co myślała, ale czekał, aż to powie. Hannah nie była pewna, jak odpowiedzieć na to pytanie. Spodziewała się oczywiście, że Willi jest chory, ale nie…

– On… – Zawahała się, po czym dodała ostrożnie: – Jest niepełnosprawny.

– Tak. – Spojrzenie Georga pozostało niewzruszone.

To była bolesna godzina, podczas której patrzyła na śliniącego się zupą syna, ze zdziwieniem obserwując, jak Georg delikatnie wyciera mu podbródek. To ujawniło wrażliwość i życzliwość jej przyrodniego brata, o której nie miała pojęcia, i która wzbudziła w niej empatię, a także absurdalną zazdrość. Jak Georg mógł być tak delikatny wobec Williego, a jednocześnie tak szorstki wobec niej? Były to absurdalne emocje i wręcz irytowało ją to, że je odczuwa. Te sytuacje w żaden sposób nie były do siebie podobne.

Jednak bardziej niż to wszystko czuła strach. Czy ona, pielęgniarka pediatryczna, jak nikt inny nie znała trudności związanych z posiadaniem w Rzeszy dziecka takiego jak Willi? Z pewnością jej przyrodni brat dobrze o tym wiedział. Wyobraziła sobie pogardę w oczach Elfriede za każdym razem, gdy patrzyła na chłopca pochylonego nad miseczką, z chusteczką wetkniętą za kołnierzyk wybrudzony jedzeniem.

– To nie jest dziedziczne – poinformował ją spokojnie Georg. Byli sami w jego gabinecie – po posiłku pielęgniarka zabrała Williego do jego pokoju. Georg przeszedł przez pokój do małego stolika z karafką sznapsa i dwiema szklankami z rżniętego kryształu.

Francuska brandy, jak przypuszczała Hannah – czarny rynek czy wojenny łup?

– Komplikacje przy porodzie? – zapytała, gdy nalewał sznapsa.

Skinął głową i podał jej szklankę.

– Długi i trudny poród. Lekarze uznali, że stało się to właśnie wtedy.

Oczywiście nigdy nie mogli być pewni. Kto mógł stwierdzić z całkowitym przekonaniem, że nie wydarzyło się to w łonie matki? Hannah widziała to już wcześniej: długie porody pozbawiały dziecko tlenu i prowadziły do objawów takich jak u Williego – chwiejne ruchy, trudności z mową, ślinienie się, wiotkość, problemy z nauką, a nawet drgawki.

Z żalem pokręciła głową.

– Z pewnością wiesz, że w dzisiejszych czasach nie ma znaczenia, co było przyczyną.

– Dla mnie ma. – Georg upił długi łyk swojego sznapsa, a następnie odstawił szklankę na biurko. – Willi jest inteligentny. Ma problemy z mówieniem i chodzeniem, to prawda, ale nie jest idiotą ani imbecylem. Został zdiagnozowany, gdy miał dwa lata, przez Oskara Vogta z Instytutu Cesarza Wilhelma w Berlinie.

– Co to za choroba?

– Kurczowe porażenie mózgowe spowodowane urazem podczas narodzin. – Georg uniósł podbródek, napotykając jej spojrzenie. Hannah zastanawiała się, w jaki sposób udało mu się uzyskać tak pewną diagnozę, że choroba nie jest dziedziczna. Jego wojskowe pochodzenie? Medale zdobyte podczas pierwszej wojny? A może po prostu pieniądze? W każdym razie wszystkie szpitale i instytuty były teraz wypełnione nazistami; ktokolwiek postawił diagnozę, dawno już nie żył, utracił znaczenie lub – co gorsza – stanowił zagrożenie. To samo tyczyło się Williego, zwłaszcza dla człowieka takiego jak Georg, z jego karierą wojskową i nazistowskimi powiązaniami.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji