Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 557 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 52 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 52 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Anioł stróż - Nicholas Sparks

Julie zostaje wdową w wieku dwudziestu pięciu lat. Wraz z listem pożegnalnym od męża, w który Jim obiecuje jej, że bedzie jej aniołem stróżem, otrzymuje nieoczekiwany prezent - niemieckiego doga. Mijają cztery samotne lata. Julie stopniowo dojrzewa do nowej miłości. O względy dziewczyny zabiega przystojny i pewny siebie Richard, w którym Julie dostrzega pokrewną duszę - pomimo, że ukochany pies go nie akceptuje. Wielką przyjaźnią darzy natomiast Mike`a - najlepszego przyjaciela zmarłego męża. Gdy w zachowaniu jednego z mężczyzn Julie odkrywa coś niepokojącego i daje mu kosza jej zycie zamienia się w koszmar...

Opinie o ebooku Anioł stróż - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Anioł stróż - Nicholas Sparks

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE GU­AR­DIAN

Co­py­ri­ght © Ni­cho­las Sparks En­ter­pri­ses Inc. 2003

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2004

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Zy­cho­wicz 2004

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Sy­czew­ska-Ol­szew­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Mi­kha­il Du­da­rev/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-030-4

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Lar­ry’emu Kir­sh­bau­mo­wi i Mau­re­en Egen,wspa­nia­łym lu­dziom,wspa­nia­łym przy­ja­cio­łom.

Po­dzię­ko­wa­nia

Na wstę­pie pra­gnę po­dzię­ko­wać Ca­thy, mo­jej żo­nie od pra­wie czter­na­stu lat. Je­steś naj­mil­szą oso­bą, jaką znam, i ko­cham cię bar­dziej, niż po­tra­fisz so­bie wy­obra­zić.

Oczy­wi­ście, żad­na książ­ka nie mo­gła­by się obejść bez po­dzię­ko­wa­nia dla mo­ich dzie­ci. Mi­les, Ryan, Lan­don, Le­xie i Sa­van­nah by­wa­ją nie­sfor­ni, mimo to jed­nak są dla mnie źró­dłem nie­ustan­nej ra­do­ści. Moje ży­cie by­ło­by bez was nie­peł­ne.

The­re­sa Park z San­ford Gre­en­bur­ger As­so­cia­tes rów­nież za­słu­gu­je na wy­ra­zy mo­jej wdzięcz­no­ści. The­re­so, je­steś moją agent­ką i me­ne­dże­rem, ale też do­brym du­chem i życz­li­wą słu­chacz­ką. Za­li­czasz się do gro­na mo­ich naj­uko­chań­szych przy­ja­ciół. Trud­no uwie­rzyć, że współ­pra­co­wa­li­śmy już przy sied­miu po­wie­ściach, i mam na­dzie­ję, że bę­dzie ich o wie­le wię­cej w przy­szło­ści.

Ja­mie Raab, mój re­dak­tor, jest po pro­stu naj­lep­szy w swo­jej bran­ży, a ta książ­ka, bar­dziej od in­nych wy­ma­ga­ła jego cier­pli­wej po­mo­cy. Ja­mie, nie ukoń­czył­bym tej po­wie­ści bez cie­bie, to dla mnie za­szczyt pra­co­wać z kimś tak mą­drym i życz­li­wym jak ty.

De­ni­se Di­No­vi, pro­du­cent­ka Li­stu w bu­tel­ce orazJe­sien­nej mi­ło­ści, sta­ła się dla mnie kimś szcze­gól­nym. De­ni­se, dzię­ku­ję ci za to, że zmie­ni­łaś moje ży­cie na lep­sze. Nie wiem, czy zdo­łam ci się kie­dy­kol­wiek od­wdzię­czyć.

Ju­lie Ba­rer, agent­ka w San­ford Gre­en­bur­ger, była tak uprzej­ma, że prze­czy­ta­ła pod­czas urlo­pu mój ma­szy­no­pis i pod­su­nę­ła mi pew­ne pro­po­zy­cje. Ju­lie, brak mi słów po­dzię­ko­wa­nia za to, co dla mnie zro­bi­łaś, i mam na­dzie­ję, że spodo­ba­ła ci się głów­na bo­ha­ter­ka.

Chciał­bym rów­nież po­dzię­ko­wać Ho­wie­mu San­der­so­wi i Ri­char­do­wi Gre­eno­wi, moim agen­tom fil­mo­wym w UTA, za ich wkład pra­cy nie tyl­ko w od­nie­sie­niu do tej po­wie­ści, lecz do wszyst­kich mo­ich ksią­żek. Są naj­lep­si w tym, co ro­bią.

Scott Schwi­mer, mój praw­nik, któ­ry fan­ta­stycz­nie zna się na swo­im fa­chu, jest rów­nież przy­ja­cie­lem i ogrom­nie uła­twia mi ży­cie. Dzię­ki za to, że za­wsze sto­isz u mego boku.

Dave Park, mój te­le­wi­zyj­ny agent w UTA, cier­pli­wie pro­wa­dził mnie przez za­wi­ło­ści świa­ta te­le­wi­zji i na­le­żą mu się moje po­dzię­ko­wa­nia za pra­cę, jaką wło­żył w re­ali­za­cję „Na ra­tu­nek”.

Wy­ra­zy wdzięcz­no­ści za ogrom­ne za­an­ga­żo­wa­nie niech przyj­mą rów­nież Lo­ren­zo De Bo­na­ven­tu­ra i Co­ur­te­nay Va­len­ti z War­ner Bro­thers, Lynn Har­ris z New Line Ci­ne­ma oraz Mark John­son, Hunt Low­ry oraz Ed Gay­lord II.

Jen­ni­fer Ro­ma­nel­lo, Emi Bat­ta­glia, Edna Far­ley, pra­cu­ją­cy w re­kla­mie, re­dak­tor John Aher­ne oraz Flag, po­mo­gli mi wszy­scy stać się tym, kim je­stem. Ser­decz­ne dzię­ki.

I na ko­niec chciał­bym po­dzię­ko­wać Tod­do­wi Ro­bin­so­no­wi za tak gor­li­wą pra­cę nad te­le­wi­zyj­nym se­ria­lem. Mia­łem szczę­ście, że mo­głem być w jed­nym ze­spo­le z tobą.

Pro­log

Wi­gi­lia Bo­że­go Na­ro­dze­nia, 1998

Do­kład­nie czter­dzie­ści dni po tym, gdy po raz ostat­ni trzy­ma­ła męża za rękę, Ju­lie Ba­ren­son sie­dzia­ła przy oknie, wy­glą­da­jąc na spo­koj­ne uli­ce Swans­bo­ro. Było zim­no. Od ty­go­dnia nie­bo mia­ło zło­wiesz­czy wy­gląd, deszcz stu­kał ci­cho o szy­by. Na­gie ga­łę­zie drzew kur­czy­ły się w lo­do­wa­tym po­wie­trzu jak po­wy­krę­ca­ne ar­tre­tycz­ne pal­ce.

Wie­dzia­ła, że z pew­no­ścią chciał­by, by po­słu­cha­ła dzi­siaj mu­zy­ki – z głę­bi po­ko­ju do­bie­ga­ły ją dźwię­ki „Whi­te Chri­st­mas” w wy­ko­na­niu Bin­ga Cros­by’ego. Przy­stro­iła też dla męża cho­in­kę, choć za­nim się zde­cy­do­wa­ła na jej kup­no, w su­per­mar­ke­cie zo­sta­ły już tyl­ko same dra­pa­ki, wy­ło­żo­ne na ze­wnątrz do wzię­cia za dar­mo. Nie mia­ło to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Na­wet gdy skoń­czy­ła de­ko­ro­wa­nie drzew­ka, nie po­tra­fi­ła wy­krze­sać z sie­bie dość ener­gii, żeby się nim in­te­re­so­wać. Od cza­su gdy guz mó­zgu ode­brał ży­cie Ji­mo­wi, trud­no jej było od­czu­wać co­kol­wiek.

W wie­ku dwu­dzie­stu pię­ciu lat zo­sta­ła wdo­wą i ca­łym ser­cem nie­na­wi­dzi­ła tego sło­wa – jego dźwię­ku, wszyst­kie­go, co ozna­cza­ło, spo­so­bu, w jaki po­ru­sza­ły się jej usta, gdy je wy­ma­wia­ła. Uni­ka­ła go za wszel­ką cenę. Kie­dy lu­dzie py­ta­li, jak się czu­je, wzru­sza­ła po pro­stu ra­mio­na­mi. Cza­sa­mi jed­nak, ale tyl­ko cza­sa­mi, mia­ła wiel­ką ocho­tę za­re­ago­wać. Je­ste­ście cie­ka­wi, jak się czu­ję po stra­cie męża? – chcia­ła od­po­wie­dzieć py­ta­niem. Pro­szę bar­dzo, po­słu­chaj­cie więc.

Jim umarł, a te­raz, gdy go nie ma, czu­ję się, jak gdy­by ze mnie rów­nież uszło ży­cie.

Czy to wła­śnie, za­sta­na­wia­ła się Ju­lie, chcą usły­szeć lu­dzie? A może wo­le­li­by ko­mu­na­ły? „Po­ra­dzę so­bie. Jest mi cięż­ko, ale ja­koś przez to prze­brnę. Dzię­ku­ję za za­in­te­re­so­wa­nie”. Przy­pusz­cza­ła, że po­tra­fi­ła­by się zdo­być na żoł­nier­ską dziel­ność, nig­dy jed­nak na­wet nie pró­bo­wa­ła. Ła­twiej i uczci­wiej było tyl­ko wzru­szyć ra­mio­na­mi i nic nie mó­wić.

Prze­cież wca­le nie mia­ła wra­że­nia, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Czę­sto wy­da­wa­ło jej się, że nie zdo­ła prze­żyć dnia do koń­ca, nie za­ła­mu­jąc się. A już zwłasz­cza ta­kie­go wie­czo­ru jak dzi­siej­szy.

Ju­lie przy­ci­snę­ła dłoń do szy­by, w któ­rej od­bi­ja­ły się ko­lo­ro­we lamp­ki świą­tecz­nej cho­in­ki, czu­jąc chłód szkła.

Ma­bel za­pro­po­no­wa­ła jej, żeby zja­dła z nią dzi­siaj ko­la­cję, Ju­lie jed­nak grzecz­nie od­mó­wi­ła. Nie przy­ję­ła też za­pro­sze­nia Mike’a, Hen­ry’ego i Emmy. Wszy­scy ją zro­zu­mie­li, a ra­czej uda­wa­li, że ro­zu­mie­ją, po­nie­waż ja­sne było, że każ­de z nich uwa­ża, iż nie po­win­na spę­dzić tego wie­czo­ru sama. I może mie­li ra­cję. Wszyst­ko w domu, co wi­dzia­ła, cze­go do­ty­ka­ła, za­pa­chy, któ­re wdy­cha­ła, przy­po­mi­na­ło jej Jima. Jego ubra­nia zaj­mo­wa­ły pół sza­fy, ma­szyn­ka do go­le­nia nadal le­ża­ła obok my­del­nicz­ki w ła­zien­ce, wczo­raj na­de­szła w po­czcie pre­nu­me­ra­ta „Sports Il­lu­stra­ted”. W lo­dów­ce sta­ły dwie bu­tel­ki He­ine­ke­na, jego ulu­bio­ne­go piwa. Gdy zo­ba­czy­ła je na pół­ce wcze­śniej tego wie­czo­ru, szep­nę­ła do sie­bie „Jim nig­dy ich już nie wy­pi­je”, za­trza­snę­ła drzwicz­ki, opar­ła się o nie i prze­pła­ka­ła w kuch­ni całą go­dzi­nę.

Była tak za­to­pio­na w my­ślach, że wi­dok za oknem roz­ma­zy­wał jej się przed ocza­mi, do­bie­gał ją tyl­ko ci­chy stuk ga­łę­zi o ścia­nę domu. Dźwięk był upo­rczy­wy, cią­gły i nie­mal w tej sa­mej chwi­li zda­ła so­bie spra­wę, że się myli, że to wca­le nie ga­łąź.

Ktoś puka do drzwi.

Ju­lie wsta­ła, po­ru­sza­jąc się jak na zwol­nio­nym fil­mie.

Za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi, prze­cze­sa­ła pal­ca­mi wło­sy, ma­jąc na­dzie­ję, że uda jej się uspo­ko­ić. Je­śli to wpadł ktoś z jej przy­ja­ciół, nie chcia­ła spra­wiać wra­że­nia oso­by, któ­ra po­trze­bu­je wspar­cia i chce, żeby do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa. Jed­nak­że gdy otwo­rzy­ła drzwi, oka­za­ło się, że stoi za nimi mło­dy męż­czy­zna w żół­tym błysz­czą­cym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. W rę­kach trzy­mał duże, owi­nię­te w pa­pier pu­dło.

– Pani Ba­ren­son? – spy­tał.

– Tak.

Nie­zna­jo­my po­stą­pił nie­pew­nie krok do przo­du.

– Mam to pani do­star­czyć. Mój oj­ciec po­wie­dział, że to bar­dzo waż­ne.

– Pań­ski oj­ciec?

– Chciał być pe­wien, że do­sta­nie to pani dzi­siaj wie­czo­rem.

– Czy ja go znam?

– Nie wiem. Bar­dzo na­le­gał, że­bym do­star­czył prze­sył­kę wła­śnie dziś. To pre­zent od ko­goś.

– Od kogo?

– Oj­ciec po­wie­dział, że wszyst­ko sta­nie się ja­sne, gdy roz­pa­ku­je pani pre­zent. Tyl­ko pro­szę nie po­trzą­sać pu­dłem i trzy­mać je tą stro­ną do góry.

Mło­dy męż­czy­zna wci­snął jej pacz­kę w ra­mio­na, za­nim zdo­ła­ła go po­wstrzy­mać, po czym od­wró­cił się i ru­szył przed sie­bie.

– Chwi­lecz­kę – po­wie­dzia­ła Ju­lie. – Nie ro­zu­miem…

Chło­pak obej­rzał się przez ra­mię.

– We­so­łych Świąt! – za­wo­łał.

Ju­lie sta­ła na pro­gu, pa­trząc za nim, gdy wsia­dał do fur­go­net­ki. Wró­ci­ła do środ­ka i po­sta­wi­ła pu­dło na pod­ło­dze przed cho­in­ką, po czym uklę­kła przy nim. Szyb­ka in­spek­cja po­twier­dzi­ła brak wi­zy­tów­ki oraz ja­kich­kol­wiek in­nych wska­zó­wek co do nadaw­cy. Roz­wią­za­ła wstąż­kę, na­stęp­nie pod­nio­sła po­kry­wę, owi­nię­tą od­dziel­nie w ko­lo­ro­wy pa­pier, i do­słow­nie ode­bra­ło jej mowę. Wpa­try­wa­ła się bez sło­wa w pre­zent.

Był po­kry­ty mesz­kiem i przy­po­mi­nał ka­rzeł­ka, wa­żył oko­ło dwóch ki­lo­gra­mów. W rogu pu­dła ku­lił się szcze­niak tak brzyd­ki, ja­kie­go nig­dy w ży­ciu nie wi­dzia­ła. Miał nie­pro­por­cjo­nal­nie duży łeb w sto­sun­ku do resz­ty cia­ła. Spo­glą­dał na nią, skom­ląc ci­cho, w ką­ci­kach oczu ze­bra­ła mu się bla­da­wa wy­dzie­li­na.

Ktoś, po­my­śla­ła, ku­pił mi szcze­nia­ka. Brzyd­kie­go szcze­nia­ka. Do we­wnętrz­nej ścia­ny pu­dła była przy­kle­jo­na ta­śmą ko­per­ta. Gdy po nią się­gnę­ła, za­świ­ta­ło jej w gło­wie, że pi­smo jest jej zna­jo­me – i za­mar­ła. Nie, po­my­śla­ła, to nie­moż­li­we…

Zna­ła je z li­stów mi­ło­snych, któ­re do niej pi­sał z oka­zji ko­lej­nych rocz­nic, z po­śpiesz­nie na­ba­zgra­nych li­ści­ków zo­sta­wio­nych obok te­le­fo­nu, z pa­pie­rów pię­trzą­cych się na biur­ku. Trzy­ma­ła ko­per­tę przed oczy­ma, od­czy­tu­jąc w kół­ko swo­je imię. Na­stęp­nie wy­ję­ła drżą­cy­mi pal­ca­mi list. Jej oczy po­wę­dro­wa­ły do słów, na­pi­sa­nych w le­wym gór­nym rogu.

Naj­droż­sza Ju­les!

Tak na­zy­wał ją piesz­czo­tli­wie Jim. Ju­lie za­mknę­ła oczy, ma­jąc wra­że­nie, że jej cia­ło skur­czy­ło się na­gle. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i za­czę­ła czy­tać od nowa.

Naj­droż­sza Ju­les!

Sko­ro czy­tasz ten list, to zna­czy, że nie ma mnie już na tym świe­cie. Nie wiem, kie­dy od­sze­dłem, ale mam na­dzie­ję, że po­tra­fisz się ja­koś otrzą­snąć. Zda­ję so­bie spra­wę, że gdy­bym zna­lazł się na Two­im miej­scu, by­ło­by to dla mnie bar­dzo trud­ne, pa­mię­tasz jed­nak, że za­wsze uwa­ża­łem, iż z nas dwoj­ga Ty je­steś sil­niej­sza.

Jak sama wi­dzisz, ku­pi­łem Ci psa. Ha­rold Ku­phaldt był przy­ja­cie­lem mo­je­go ojca. Pro­wa­dzi ho­dow­lę do­gów nie­miec­kich od cza­sów, gdy by­łem dziec­kiem, po­nie­waż jed­nak nasz dom był bar­dzo mały, mama nie zga­dza­ła się na to, by­śmy trzy­ma­li psa. Zgo­da, są to duże psy, ale Ha­rold twier­dzi, że rów­nież naj­mil­sze na świe­cie. Li­czę na to, że on (a może ona) przy­nie­sie Ci wie­le ra­do­ści.

W głę­bi du­szy chy­ba za­wsze by­łem świa­do­my, że nie uda mi się po­ko­nać cho­ro­by. Od­su­wa­łem jed­nak od sie­bie tę myśl, po­nie­waż wie­dzia­łem, że nie masz ni­ko­go, kto po­mógł­by Ci przejść przez to wszyst­ko. To zna­czy ro­dzi­ny. Ser­ce mi się kra­je, gdy po­my­ślę, że zo­sta­niesz sama. Nie ma­jąc po­ję­cia, co zro­bić, po­czy­ni­łem sta­ra­nia, że­byś do­sta­ła psa.

Oczy­wi­ście, je­śli Ci się nie spodo­ba, nie mu­sisz go za­trzy­mać. Ha­rold po­wie­dział, że bez pro­ble­mu przyj­mie go z po­wro­tem. (W za­łą­cze­niu po­win­naś zna­leźć nu­mer jego te­le­fo­nu).

Wie­rzę, że ja­koś so­bie ra­dzisz. Od kie­dy za­cho­ro­wa­łem, nie­ustan­nie się o to mar­twi­łem. Ko­cham Cię, Ju­les, na­praw­dę bar­dzo Cię ko­cham. Od mo­men­tu two­je­go po­ja­wie­nia się w moim ży­ciu by­łem naj­szczę­śliw­szym fa­ce­tem na świe­cie. Ser­ce pę­kło­by mi z bólu, gdy­bym przy­pusz­czał, że Ty nig­dy już nie bę­dziesz szczę­śli­wa. Pro­szę więc, zrób to dla mnie. Ciesz się ży­ciem. Znajdź ko­goś, kto Cię uszczę­śli­wi. Może to być trud­ne, mo­żesz uwa­żać, że to w ogó­le nie­moż­li­we, ale pra­gnę, że­byś spró­bo­wa­ła. Świat jest pięk­niej­szy, kie­dy się uśmie­chasz.

I nie oba­wiaj się. Gdzie­kol­wiek się znaj­dę, będę Cię strzegł. Zo­sta­nę Two­im anio­łem stró­żem, ko­cha­nie. Mo­żesz mi za­ufać, po­sta­ram się, że­byś za­wsze była bez­piecz­na.

Ko­cham Cię

Jim

Ze łza­mi w oczach Ju­lie zaj­rza­ła zno­wu do pu­dła i się­gnę­ła do środ­ka. Szcze­niak przy­tu­lił się do jej dło­ni. Wy­ję­ła go i przy­su­nę­ła bli­żej do twa­rzy. Był ma­lut­ki i drżał na ca­łym cie­le, wy­czu­wa­ła pod skó­rą de­li­kat­ne że­bra.

Po­my­śla­ła, że to na­praw­dę małe brzy­dac­two. A gdy do­ro­śnie, bę­dzie wiel­ko­ści nie­du­że­go ko­nia. Co, u li­cha, po­cznie z ta­kim psi­skiem?

Cze­mu Jim nie za­ła­twił dla niej sza­re­go bro­da­te­go sznau­ce­ra mi­nia­tu­ry albo jesz­cze le­piej coc­ker-spa­nie­la ze smut­ny­mi okrą­gły­mi ocza­mi? Po­słusz­ne­go, mi­łe­go psia­ka, któ­ry od cza­su do cza­su sy­piał­by zwi­nię­ty w kłę­bek na jej ko­la­nach?

Szcze­niak za­czął skom­leć, dźwięk wzno­sił się i opa­dał ni­czym echo gwiż­dżą­ce­go w od­da­li po­cią­gu.

– Cśś… wszyst­ko bę­dzie do­brze – wy­szep­ta­ła Ju­lie.

– Nie bój się, nie zro­bię ci krzyw­dy…

Nie prze­sta­wa­ła mó­wić ci­cho do szcze­nia­ka, chcąc, żeby się do niej przy­zwy­cza­ił i pró­bu­jąc po­go­dzić się z my­ślą, że Jim zro­bił to dla niej. Szcze­niak sko­wy­czał da­lej, nie­mal jak gdy­by do­stra­ja­jąc się do me­lo­dii pły­ną­cej ze ste­reo, i Ju­lie po­dra­pa­ła go pod bro­dą.

– Śpie­wasz dla mnie? – spy­ta­ła, uśmie­cha­jąc się ła­god­nie po raz pierw­szy od daw­na. – Tak to brzmi, wiesz?

Pies prze­stał na chwi­lę skom­leć i po­pa­trzył na nią, wy­trzy­mu­jąc jej spoj­rze­nie. Po­tem roz­kwi­lił się zno­wu, choć tym ra­zem nie wy­da­wał się już tak bar­dzo prze­ra­żo­ny.

– Śpie­wak – po­wie­dzia­ła szep­tem. – My­ślę, że dam ci na imię Śpie­wak.

Roz­dział 1

Czte­ry lata póź­niej

Przez lata, któ­re upły­nę­ły od śmier­ci Jima, Ju­lie Ba­ren­son uda­ło się ja­kimś cu­dem zna­leźć spo­sób, żeby za­cząć zno­wu żyć. Nie na­stą­pi­ło to od razu. Pierw­sze dwa lata po jego śmier­ci były trud­ne i sa­mot­ne, ale czas uczy­nił w koń­cu cud dla Ju­lie, ła­go­dząc po­czu­cie stra­ty. Mimo że ko­cha­ła Jima i wie­dzia­ła, że na za­wsze po­zo­sta­nie w jej ser­cu, ból nie był już tak ostry jak kie­dyś. Pa­mię­ta­ła swo­je łzy i kom­plet­ną pust­kę, jaką sta­ło się jej ży­cie, gdy Jim od­szedł na za­wsze, ale przej­mu­ją­cy ból tam­tych dni był już za nią. Te­raz wspo­mi­na­ła męża z uśmie­chem, wdzięcz­na, że przez pe­wien czas był czę­ścią jej ży­cia.

Była mu rów­nież wdzięcz­na za Śpie­wa­ka. Jim po­stą­pił słusz­nie, ku­pu­jąc jej psa. W pew­nym sen­sie to Śpie­wak spra­wił, że uda­ło jej się ja­koś przejść przez to wszyst­ko.

W tej chwi­li, le­żąc w łóż­ku pew­ne­go wcze­sne­go wio­sen­ne­go po­ran­ka w Swans­bo­ro, w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, Ju­lie nie kon­cen­tro­wa­ła się by­najm­niej na tym, jak cu­dow­nym wspar­ciem był dla niej Śpie­wak pod­czas mi­nio­nych czte­rech lat. Prze­kli­na­ła na­to­miast jego nie­zwy­kle na­ma­cal­ną obec­ność, pró­bu­jąc schwy­tać od­dech i po­wta­rza­jąc w my­śli: Nie mogę uwie­rzyć, że umrę w taki wła­śnie spo­sób.

Roz­gnie­cio­na na pla­cek przez wła­sne­go psa.

Śpie­wak le­żał na niej, przy­gważ­dża­jąc ją swo­im cię­ża­rem do ma­te­ra­ca, i Ju­lie wi­dzia­ła już oczy­ma wy­obraź­ni, jak war­gi za­czy­na­ją jej si­nieć z po­wo­du bra­ku po­wie­trza.

– Złaź ze mnie, ty wstręt­ne le­ni­we psi­sko – wy­rzę­zi­ła. – Mor­du­jesz mnie.

Chra­pią­cy gło­śno Śpie­wak nie sły­szał jej, to­też Ju­lie za­czę­ła się wier­cić, pró­bu­jąc wy­rwać go ze snu. Du­sząc się pod cię­ża­rem psa, czu­ła się, jak gdy­by owi­nię­to ją w koc i wrzu­co­no do je­zio­ra, jak to bywa pod­czas ma­fij­nych po­ra­chun­ków.

– Mó­wię se­rio – wy­mó­wi­ła z tru­dem. – Nie mogę od­dy­chać.

Śpie­wak pod­niósł w koń­cu ogrom­ny łeb i uniósł po­wie­ki, pa­trząc na nią pół­przy­tom­nym wzro­kiem. „O co ten cały krzyk?” – zda­wał się py­tać. „Nie wi­dzisz, że pró­bu­ję od­po­czy­wać?”.

– Złaź! – wy­chry­pia­ła Ju­lie.

Pies ziew­nął, przy­tu­la­jąc zim­ny nos do jej po­licz­ka.

– Tak, tak, dzień do­bry – wy­mó­wi­ła z tru­dem. – A te­raz spa­daj.

Par­sk­nął i za­czął gra­mo­lić się na łapy, nie prze­sta­jąc przy­gnia­tać pod­czas pro­ce­su wsta­wa­nia róż­nych frag­men­tów cia­ła Ju­lie. Wy­żej. I wy­żej. Po chwi­li stał, gó­ru­jąc nad nią po­tęż­nym ciel­skiem ni­czym po­twór z ni­sko­bu­dże­to­we­go fil­mu gro­zy, smuż­ka śli­ny lśni­ła na jego war­gach. Do­bry Boże, po­my­śla­ła Ju­lie, ależ on jest wiel­ki. Chy­ba po­win­nam była już się do tego przy­zwy­cza­ić. Za­czerp­nę­ła tchu i zmie­rzy­ła go groź­nym spoj­rze­niem, marsz­cząc brwi.

– Czy po­zwo­li­łam ci wła­zić na moje łóż­ko? – spy­ta­ła.

Śpie­wak zwy­kle sy­piał w nocy w ką­cie jej po­ko­ju, jed­nak­że przez ostat­nie dwie noce ta­ra­ba­nił się za nią do łóż­ka. A ści­ślej mó­wiąc, kładł się na niej. Zwa­rio­wa­ny pies.

Te­raz po­chy­lił łeb i po­li­zał ją po twa­rzy.

– Nie, nie wy­ba­czy­łam ci. – Ju­lie ode­pchnę­ła psa. – Nie pró­buj na­wet się wy­mi­gać. Mo­głeś mnie za­bić. Wa­żysz dwa razy wię­cej ode mnie, wiesz prze­cież do­sko­na­le. A te­raz wy­no­cha z łóż­ka.

Śpie­wak za­kwi­lił jak na­dą­sa­ne dziec­ko, po czym ze­sko­czył na pod­ło­gę. Ju­lie usia­dła, ma­su­jąc obo­la­łe że­bra, i zer­k­nę­ła na ze­gar, my­śląc, już? Obo­je prze­cią­gnę­li się w tym sa­mym mo­men­cie, za­nim Ju­lie od­rzu­ci­ła koł­drę.

– Chodź – po­wie­dzia­ła. – Wy­pusz­czę cię na dwór, a po­tem we­zmę prysz­nic. Ale pa­mię­taj, nie wol­no ci krę­cić się zno­wu przy po­jem­ni­kach na śmie­cie na­szych są­sia­dów. Zo­sta­wi­li mi nie­przy­jem­ną wia­do­mość na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce.

Pies po­pa­trzył na nią wy­mow­nie.

– Wiem, wiem, to tyl­ko śmie­cie, ale nie­któ­rzy lu­dzie mają ta­kie dzi­wac­twa.

Śpie­wak wy­szedł z po­ko­ju, kie­ru­jąc się w stro­nę drzwi wyj­ścio­wych. Ju­lie po­dą­ży­ła za nim, obej­mu­jąc się ra­mio­na­mi i za­my­ka­jąc na chwi­lę oczy. Po­waż­ny błąd. Wy­cho­dząc z sy­pial­ni, wal­nę­ła się z ca­łej siły w duży pa­luch o ko­mo­dę. Ostry ból prze­szył jej nogę od czub­ka pal­ca aż do uda. Krzyk­nę­ła gło­śno, po czym za­czę­ła kląć, łą­cząc prze­kleń­stwa w naj­roz­ma­it­sze wy­myśl­ne wią­zan­ki. Ska­cząc na jed­nej no­dze w ró­żo­wej pi­ża­mie, po­my­śla­ła, że musi wy­glą­dać jak ze­psu­ty re­kla­mo­wy kró­li­czek ba­te­rii Ener­gi­zer. Śpie­wak po­słał jej tyl­ko spoj­rze­nie, któ­re zda­wa­ło się mó­wić: „Co cię za­trzy­ma­ło? Ka­za­łaś mi prze­cież wstać, po­śpiesz się więc. Mam spra­wy do za­ła­twie­nia na dwo­rze”.

– Nie wi­dzisz, że się ude­rzy­łam? – jęk­nę­ła Ju­lie.

Pies ziew­nął zno­wu i Ju­lie roz­tar­ła pa­lec, po czym po­kuś­ty­ka­ła za nim do drzwi.

– Dzię­ki, że po­śpie­szy­łeś mi na ra­tu­nek. Je­steś wprost nie­oce­nio­ny w na­głych wy­pad­kach.

Śpie­wak wy­biegł na dwór, na­stę­pu­jąc przed­tem Ju­lie na obo­la­ły pa­lec – była pew­na, że zro­bił to na­umyśl­nie. Za­miast skie­ro­wać się do po­jem­ni­ków ze śmie­cia­mi, po­wę­dro­wał w stro­nę nie­za­bu­do­wa­nej za­le­sio­nej dział­ki, przy­le­ga­ją­cej z jed­nej stro­ny do jej domu. Ju­lie śle­dzi­ła wzro­kiem psa, któ­ry krę­cił po­tęż­nym łbem we wszyst­kie stro­ny, jak gdy­by chciał się upew­nić, że nikt nie za­sa­dził no­wych drzew ani krze­wów po­przed­nie­go dnia. Wszyst­kie psy lu­bią za­zna­czać swój te­ren, ale Śpie­wak uwa­żał chy­ba, że je­śli znaj­dzie ja­kimś spo­so­bem wy­star­cza­ją­co dużo miejsc, żeby się za­ła­twić, zo­sta­nie na­masz­czo­ny jako Psi Król Ca­łe­go Świa­ta. Dzię­ki temu przy­najm­niej na kró­ciut­ką chwi­lę ode­rwie się od swo­jej pani.

Dzię­ki nie­bio­som za drob­ne ła­ski, po­my­śla­ła Ju­lie. Przez kil­ka ostat­nich dni Śpie­wak do­pro­wa­dzał ją do sza­łu. Cho­dził za nią trop w trop, nie spusz­czał jej z oczu na­wet na dwie mi­nu­ty, chy­ba że wy­pro­wa­dza­ła go na dwór. Nie mo­gła na­wet po­cho­wać na­czyń, żeby nie wpaść na nie­go po dro­dze kil­ka­na­ście razy. Jesz­cze go­rzej było w nocy. Wczo­raj­sze­go wie­czo­ru war­czał przez go­dzi­nę, od cza­su do cza­su uroz­ma­ica­jąc tę czyn­ność szcze­ka­niem, aż w koń­cu Ju­lie za­czę­ła ma­rzyć o na­by­ciu dźwię­kosz­czel­nej budy lub strzel­by du­że­go ka­li­bru.

Fak­tem jest, że za­cho­wa­nie Śpie­wa­ka nig­dy nie było, po­wiedz­my so­bie… nor­mal­ne. Poza siu­sia­niem, pies za­cho­wy­wał się tak, jak gdy­by są­dził, że jest czło­wie­kiem. Nie chciał jeść z psiej mi­ski, nig­dy nie mu­siał cho­dzić na smy­czy, a gdy Ju­lie oglą­da­ła te­le­wi­zję, wska­ki­wał na ka­na­pę i ga­pił się w ekran. Kie­dy mó­wi­ła coś do nie­go – a wła­ści­wie, kie­dy kto­kol­wiek coś do nie­go mó­wił – wpa­try­wał się w tę oso­bę z na­tę­że­niem, prze­chy­la­jąc łeb na bok, jak gdy­by wszyst­ko ro­zu­miał. W więk­szo­ści przy­pad­ków chy­ba rze­czy­wi­ście tak było. Bez wzglę­du na to, co ka­za­ła mu zro­bić, nie­waż­ne, jak idio­tycz­ne było po­le­ce­nie, Śpie­wak je wy­peł­niał. „Czy mo­żesz przy­nieść moją to­reb­kę z sy­pial­ni?”. Po chwi­li pies nad­bie­gał, nio­sąc ją w py­sku. „Zgaś świa­tło w sy­pial­ni”. Śpie­wak sta­wał na dwóch ła­pach i pstry­kał wy­łącz­nik no­sem. „Wstaw tę pusz­kę z zupą do spi­żar­ni, do­brze?”. Brał pusz­kę w zęby i sta­wiał ją na pół­ce. Oczy­wi­ście, inne psy też by­wa­ją do­brze wy­szko­lo­ne, ale nie tak. Poza tym Śpie­wak nie po­trze­bo­wał szko­le­nia. Wy­star­czy­ło, że tyl­ko raz po­ka­za­ła mu, co ma ro­bić, a na­tych­miast już to po­tra­fił. Zna­jo­mym wy­da­wa­ło się to zde­cy­do­wa­nie dziw­ne, ale po­nie­waż dzię­ki temu Ju­lie czu­ła się jak współ­cze­sny dok­tor Do­olit­tle, na­wet jej się to dość po­do­ba­ło.

Cho­ciaż ozna­cza­ło to, że mó­wi­ła do swo­je­go psa peł­ny­mi zda­nia­mi, kłó­ci­ła się z nim i od cza­su do cza­su py­ta­ła go o radę.

Prze­cież nic w tym dziw­ne­go, praw­da? – po­my­śla­ła Ju­lie. Prze­by­wa­my ze sobą tyl­ko we dwo­je od śmier­ci Jima, i na ogół Śpie­wak jest świet­nym kom­pa­nem.

Dziw­ne za­cho­wa­nie psa za­czę­ło się, gdy zno­wu uma­wia­ła się na rand­ki. Nie po­lu­bił żad­ne­go fa­ce­ta, któ­ry sta­nął na pro­gu jej domu w cią­gu dwóch ostat­nich mie­się­cy. Ju­lie wła­ści­wie się tego spo­dzie­wa­ła. Od swo­ich szcze­nię­cych cza­sów Śpie­wak war­czał na każ­de­go ob­ce­go męż­czy­znę, gdy wi­dział go po raz pierw­szy. Ju­lie my­śla­ła czę­sto, że pies ma szó­sty zmysł, któ­ry po­zwa­la mu od­róż­nić po­rząd­nych fa­ce­tów od tych, któ­rych po­win­na uni­kać, ostat­nio jed­nak zmie­ni­ła zda­nie. Nie po­tra­fi­ła oprzeć się my­śli, że jest to po pro­stu wiel­ka fu­ter­ko­wa wer­sja za­zdro­sne­go męż­czy­zny.

To za­czy­na sta­no­wić pro­blem, stwier­dzi­ła. Będą mu­sie­li od­być po­waż­ną roz­mo­wę. Śpie­wak nie chce, żeby spę­dzi­ła ży­cie w sa­mot­no­ści, praw­da? Ja­sne, że nie. Być może upły­nie spo­ro wody w rze­ce, za­nim przy­zwy­czai się do czy­jejś obec­no­ści, ale w koń­cu zro­zu­mie. Do li­cha, kie­dyś bę­dzie praw­do­po­dob­nie cie­szył się jej szczę­ściem. Ale jak ma to wszyst­ko naj­przy­stęp­niej mu wy­tłu­ma­czyć?

Sta­nę­ła, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, za­nim zda­ła so­bie spra­wę z tego, co su­ge­ru­je tok jej my­śle­nia.

Wy­tłu­ma­czyć mu to wszyst­ko? Do­bry Boże, po­my­śla­ła, na­praw­dę tra­cę ro­zum.

Po­kuś­ty­ka­ła do ła­zien­ki, by przy­go­to­wać się do pra­cy. Po dro­dze zdję­ła pi­ża­mę. Sto­jąc nad umy­wal­ką, wy­krzy­wi­ła się do swe­go od­bi­cia w lu­strze. No pro­szę, po­my­śla­ła, mam dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i kom­plet­nie się roz­pa­dam. Że­bra bo­la­ły ją przy każ­dym od­de­chu, pa­lec rwał, a wi­dok w lu­strze by­najm­niej nie wpły­nął na po­pra­wę jej na­stro­ju. W cią­gu dnia brą­zo­we wło­sy były dłu­gie i pro­ste, te­raz jed­nak, po ca­łej nocy, wy­glą­da­ły, jak gdy­by za­ata­ko­wa­ły je po­dusz­ko­we gno­my, nisz­czą­ce grze­bie­nie. Były po­tar­ga­ne i na­stro­szo­ne, „jak­by tra­fił w nie pio­run” (tak okre­ślał to kie­dyś czu­le Jim). Na jed­nym po­licz­ku wid­nia­ły smu­gi tu­szu do rzęs. Czu­bek nosa był za­czer­wie­nio­ny, zie­lo­ne oczy za­puch­nię­te z po­wo­du wio­sen­ne­go uczu­le­nia na pył­ki. Prysz­nic po­wi­nien po­móc na te kło­po­ty, praw­da?

Cóż, chy­ba nie na aler­gię. Otwo­rzy­ła ap­tecz­kę i po­łknę­ła ta­blet­kę cla­ri­ti­nu, po czym zno­wu spoj­rza­ła w lu­stro, jak gdy­by li­czy­ła na na­tych­mia­sto­wą po­pra­wę.

Fu!

Może wca­le nie mu­sia­ła do­kła­dać zbyt wie­lu wy­sił­ków, żeby znie­chę­cić Boba, któ­ry się nią za­in­te­re­so­wał. Od roku strzy­gła mu wło­sy, a ra­czej to, co z nich zo­sta­ło. Dwa mie­sią­ce temu Bob wresz­cie zdo­był się na od­wa­gę, żeby umó­wić się z nią na rand­kę. Szcze­rze mó­wiąc, Boba trud­no ra­czej uznać za ado­ni­sa – ły­sie­ją­cy, z okrą­głą twa­rzą, zbyt bli­sko osa­dzo­ny­mi ocza­mi oraz za­cząt­ka­mi brzu­cha – ale był ka­wa­le­rem i do­brze mu się po­wo­dzi­ło, a Ju­lie od śmier­ci Jima nie umó­wi­ła się z ni­kim ani razu. Po­my­śla­ła, że to oka­zja, żeby prze­kro­czyć pe­wien próg i za­cząć zno­wu się uma­wiać. My­li­ła się. Nie bez ko­ze­ry Bob był sa­mot­ny. Poza tym, że nie grze­szył uro­dą, był tak nud­ny pod­czas rand­ki, że na­wet lu­dzie sie­dzą­cy przy są­sied­nich sto­li­kach w re­stau­ra­cji spo­glą­da­li na nią ze współ­czu­ciem. Po­tra­fił roz­ma­wiać wy­łącz­nie o ra­chun­ko­wo­ści. Nie wy­ka­zy­wał naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia ni­czym in­nym – ani nią, ani kar­tą dań, po­go­dą czy spor­tem lub małą czar­ną, w któ­rą się wy­stro­iła na spo­tka­nie. Tyl­ko ra­chun­ko­wo­ścią. Przez trzy go­dzi­ny słu­cha­ła, jak Bob glę­dzi bez chwi­li wy­tchnie­nia o od­li­cze­niach wy­szcze­gól­nio­nych, dys­try­bu­cji i amor­ty­za­cji zy­sku ka­pi­ta­ło­we­go, i tak da­lej, i tak da­lej. Gdy pod ko­niec ko­la­cji po­chy­lił się nad sto­li­kiem i wy­znał, że zna „waż­ne per­so­ny z urzę­du skar­bo­we­go”, oczy Ju­lie były tak szkli­ste jak ta­fla lodu.

Nie trze­ba do­da­wać, że Bob ba­wił się wspa­nia­le. Od tam­te­go spo­tka­nia dzwo­nił trzy­krot­nie w cią­gu ty­go­dnia, py­ta­jąc, „czy mo­gli­by spo­tkać się na dru­gą kon­sul­ta­cję, chi, chi, chi”. Był bez wąt­pie­nia wy­trwa­ły. De­ner­wu­ją­cy jak dia­bli, ale wy­trwa­ły.

Na­stęp­nym fa­ce­tem, z któ­rym się umó­wi­ła, był Ross. Ross le­karz. Ross przy­stoj­niak. Ross zbo­cze­niec. Wy­star­czy­ła jed­na rand­ka, żeby się na nim po­zna­ła. Ser­decz­ne dzię­ki.

Nie moż­na po­mi­nąć po­czciw­ca Ada­ma. Po­wie­dział jej, że pra­cu­je w ad­mi­ni­stra­cji hrab­stwa, że lubi swo­ją pra­cę. Po pro­stu rów­ny gość.

Wkrót­ce od­kry­ła, że Adam jest ka­na­la­rzem.

Nie czu­ła od nie­go brzyd­kie­go za­pa­chu, nie miał pod pa­znok­cia­mi sub­stan­cji nie­okre­ślo­ne­go po­cho­dze­nia ani tłu­stych wło­sów, Ju­lie wie­dzia­ła jed­nak, że do koń­ca ży­cia nie zdo­ła po­go­dzić się z ewen­tu­al­no­ścią, że któ­re­goś dnia mógł­by sta­nąć w pro­gu, wy­glą­da­jąc wła­śnie tak. „Mia­łem wy­pa­dek w pra­cy, ko­cha­nie. Przy­kro mi, że wra­cam do domu w ta­kim sta­nie”. Na samą myśl o tym do­sta­wa­ła dresz­czy. Nie po­tra­fi­ła też wy­obra­zić so­bie, że po czymś ta­kim bie­rze od nie­go rze­czy do pra­nia. Ich zwią­zek był ska­za­ny od po­cząt­ku na nie­po­wo­dze­nie.

Wła­śnie gdy za­czę­ła wąt­pić, czy w ogó­le jesz­cze ist­nie­ją tacy nor­mal­ni męż­czyź­ni jak Jim, kie­dy za­czę­ła się za­sta­na­wiać, co ma w so­bie ta­kie­go, że zda­je się przy­cią­gać róż­ne dzi­wo­lą­gi mę­skie­go ro­dza­ju ni­czym neon ze świe­cą­cy­mi li­te­ra­mi: „JE­STEM DO WZIĘ­CIA! NOR­MAL­NOŚĆ NIE JEST KO­NIECZ­NYM WA­RUN­KIEM!”, w jej ży­ciu po­ja­wił się Ri­chard.

I dziw nad dzi­wy, na­wet po pierw­szej rand­ce, nadal spra­wiał wra­że­nie… nor­mal­ne­go. Kon­sul­tant w J.D. Blan­chard En­gi­ne­ering z Cle­ve­land, w fir­mie re­mon­tu­ją­cej most łą­czą­cy na­brze­ża po obu stro­nach ka­na­łu, za­warł z nią zna­jo­mość, gdy przy­szedł do sa­lo­nu, żeby się ostrzyc. Na rand­ce otwie­rał przed nią drzwi, uśmie­chał się w od­po­wied­nich chwi­lach pod­czas roz­mo­wy, po­dał kel­ne­ro­wi jej za­mó­wie­nie, gdy byli na ko­la­cji, i nie pró­bo­wał na­wet jej po­ca­ło­wać, kie­dy od­wiózł ją do domu. A w do­dat­ku był przy­stoj­ny w ar­ty­stycz­nym sty­lu – miał moc­no za­ry­so­wa­ne ko­ści po­licz­ko­we, szma­rag­do­we oczy, czar­ne wło­sy i wąsy. Gdy wy­sia­dła z jego sa­mo­cho­du, mia­ła ocho­tę wy­krzyk­nąć: „Al­le­lu­ja! Wi­dzę świa­teł­ko w tu­ne­lu!”.

Śpie­wak na­to­miast nie wy­da­wał się wca­le taki za­chwy­co­ny. Gdy Ju­lie po­że­gna­ła się z Ri­char­dem, ode­grał jed­ną ze swo­ich ról z cy­klu „Ja tu je­stem pa­nem!”. War­czał, do­pó­ki Ju­lie nie otwo­rzy­ła fron­to­wych drzwi.

– Och, prze­stań – skar­ci­ła go. – Nie bądź dla nie­go taki su­ro­wy.

Śpie­wak usłu­chał jej, ale wy­co­fał się do sy­pial­ni, gdzie dą­sał się przez całą noc.

Gdy­by mój pies był jesz­cze odro­bi­nę bar­dziej cu­dacz­ny, po­my­śla­ła Ju­lie, mo­gli­by­śmy stwo­rzyć ze­spół i zna­leźć pra­cę w we­so­łym mia­stecz­ku, gdzie wy­stę­po­wa­li­by­śmy tuż obok fa­ce­ta, któ­ry zja­da ża­rów­ki. Ale wte­dy moje ży­cie też nie by­ło­by nor­mal­ne.

Ju­lie od­krę­ci­ła ku­rek i we­szła pod prysz­nic, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać na­pły­wa­ją­ce wspo­mnie­nia. Po co wra­cać my­ślą do trud­nych chwil? Czę­sto my­śla­ła, że jej mat­ka mia­ła zgub­ny po­ciąg do dwóch rze­czy: al­ko­ho­lu oraz tok­sycz­nych męż­czyzn. Już jed­no by­ło­by złe, ale ta kom­bi­na­cja sta­ła się dla Ju­lie wręcz nie do znie­sie­nia. Mat­ka uży­wa­ła męż­czyzn, tak jak dzie­ci uży­wa­ją pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków, a gdy Ju­lie wkro­czy­ła w wiek doj­rze­wa­nia, w obec­no­ści nie­któ­rych czu­ła się bar­dzo nie­swo­jo. Ostat­ni pró­bo­wał się do niej do­bie­rać. Kie­dy Ju­lie po­wie­dzia­ła o tym mat­ce, ta w na­pa­dzie pi­jac­kiej płacz­li­wej wście­kło­ści oskar­ży­ła ją, że to ona go pro­wo­ko­wa­ła. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a mat­ka wy­rzu­ci­ła ją z domu.

Miesz­ka­nie na uli­cy było strasz­li­wym do­świad­cze­niem, na­wet przez te pół roku, za­nim po­zna­ła Jima. Pra­wie wszy­scy, z któ­ry­mi się sty­ka­ła, bra­li nar­ko­ty­ki i że­bra­li lub kra­dli… albo jesz­cze go­rzej. Prze­ra­żo­na, że nie­ba­wem za­cznie przy­po­mi­nać udrę­czo­nych ucie­ki­nie­rów, któ­rych wi­dy­wa­ła co noc w schro­ni­skach i w bra­mach, szu­ka­ła go­rącz­ko­wo do­ryw­czych prac. Dzię­ki temu nie rzu­ca­ła się w oczy i mia­ła coś do je­dze­nia. Kie­dy po raz pierw­szy spo­tka­ła Jima w ta­niej re­stau­ra­cji w Day­to­na, sie­dzia­ła nad fi­li­żan­ką kawy, na któ­rą wy­su­pła­ła ostat­nie drob­nia­ki. Jim ku­pił jej śnia­da­nie, a kie­ru­jąc się do drzwi, obie­cał, że ju­tro też jej za­fun­du­je, je­śli Ju­lie tu przyj­dzie. Przy­szła, po­nie­waż zmu­sił ją do tego głód, a gdy po­da­ła w wąt­pli­wość jego in­ten­cje (przy­pusz­cza­ła, że zna praw­dzi­we po­wo­dy, któ­ry­mi męż­czy­zna się kie­ru­je, i pa­mię­ta, że wy­gło­si­ła ra­czej że­nu­ją­cą pu­blicz­ną ty­ra­dę na te­mat fa­ce­tów lu­bią­cych mło­de dziew­czę­ta, jak rów­nież od­po­wie­dzial­no­ści kar­nej), Jim za­pew­nił ją, że w jego za­in­te­re­so­wa­niu nią nie ma nic zdroż­ne­go. Pod ko­niec ty­go­dnia, gdy szy­ko­wał się do wy­jaz­du do domu, przed­sta­wił jej pro­po­zy­cję: je­śli Ju­lie po­sta­no­wi prze­nieść się do Swans­bo­ro, w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, on po­mo­że jej zdo­być peł­no­eta­to­wą pra­cę i za­ła­twi miej­sce, gdzie mo­gła­by się za­trzy­mać.

Pa­mię­ta, że ga­pi­ła się na nie­go, jak gdy­by zo­ba­czy­ła, że z uszu wy­ła­żą mu ro­ba­ki.

Po mie­sią­cu, zwłasz­cza że ra­czej nie mia­ła za­pla­no­wa­ne­go ka­len­da­rza to­wa­rzy­skie­go, zja­wi­ła się w Swans­bo­ro. Wy­sia­dła z au­to­bu­su, my­śląc, co ja, u dia­bła, ro­bię w tej za­pa­dłej mie­ści­nie. Nie­mniej jed­nak od­wie­dzi­ła Jima, któ­ry – mimo jej wiecz­ne­go scep­ty­cy­zmu – za­pro­wa­dził ją do sa­lo­nu i przed­sta­wił swo­jej ciot­ce Ma­bel. I rze­czy­wi­ście, od tej pory za­mia­ta­ła pod­ło­gi, otrzy­my­wa­ła wy­na­gro­dze­nie od go­dzi­ny i miesz­ka­ła w po­ko­ju nad sa­lo­nem.

Z po­cząt­ku Ju­lie od­czu­wa­ła ulgę z po­wo­du bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia Jima. Póź­niej, o dzi­wo, za­czę­ło ją to iry­to­wać. W koń­cu, gdy mimo iż cią­gle na nie­go „przy­pad­ko­wo” wpa­da­ła i ro­bi­ła – we­dług niej – bez­wstyd­ne alu­zje, nadal nie zwra­cał na nią uwa­gi, nie wy­trzy­ma­ła i za­py­ta­ła Ma­bel, czy jej zda­niem jest dla Jima mało atrak­cyj­na. Chy­ba do­pie­ro wów­czas po­szedł po ro­zum do gło­wy. Umó­wi­li się na rand­kę, po­tem ko­lej­ną, a po mie­sią­cu spo­tkań hor­mo­ny za­gra­ły. Po­tem nie trze­ba było dłu­go cze­kać na mi­łość. Oświad­czył się jej, sta­nę­li na ślub­nym ko­bier­cu w ko­ście­le, w któ­rym od­był się kie­dyś chrzest Jima, a póź­niej przez kil­ka pierw­szych lat mał­żeń­stwa Ju­lie ry­so­wa­ła bez­wied­nie uśmiech­nię­te buź­ki, roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon. Czy ktoś mógł­by so­bie wy­ma­rzyć lep­sze ży­cie? Cze­go tu jesz­cze chcieć?

Wkrót­ce zda­ła so­bie, nie­ste­ty, spra­wę, że o wie­le wię­cej. Kil­ka ty­go­dni po ich czwar­tej rocz­ni­cy ślu­bu Jim do­stał ata­ku w dro­dze z ko­ścio­ła do domu i zo­stał prze­wie­zio­ny ka­ret­ką do szpi­ta­la. Po dwóch la­tach cho­ro­by zmarł na no­wo­twór mó­zgu i na­gle oka­za­ło się, że dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nia Ju­lie musi za­czy­nać wszyst­ko od nowa. Gdy do­dać jesz­cze do tego nie­ocze­ki­wa­ne po­ja­wie­nie się Śpie­wa­ka, mło­da ko­bie­ta zna­la­zła się w ta­kim mo­men­cie ży­cia, kie­dy już nic nie było w sta­nie jej zdzi­wić.

Obec­nie, po­my­śla­ła, w ży­ciu li­czą się dro­bia­zgi. O ile w jej prze­szło­ści nada­wa­ły mu ton naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia, to te­raz co­dzien­ne zda­rze­nia sta­no­wią o tym, kim jest. Po­czci­wa Ma­bel oka­za­ła się anio­łem. Przy­szła jej z po­mo­cą w zdo­by­ciu upraw­nień, dzię­ki cze­mu Ju­lie mo­gła strzyc wło­sy i za­ra­biać cał­kiem wy­star­cza­ją­co, a może na­wet le­piej, na ży­cie. Hen­ry i Emma, dwo­je do­brych przy­ja­ciół Jima, nie tyl­ko po­mo­gli jej zna­leźć wła­sne miej­sce w mia­stecz­ku, gdy się tu spro­wa­dzi­ła, ale utrzy­my­wa­li z nią bli­skie kon­tak­ty po śmier­ci jej męża. No i był Mike, młod­szy brat Hen­ry’ego i naj­lep­szy przy­ja­ciel Jima od cza­sów dzie­ciń­stwa.

Ju­lie uśmiech­nę­ła się pod stru­ga­mi wody z prysz­ni­ca. Mike.

To jest fa­cet, któ­ry pew­ne­go dnia uszczę­śli­wi ja­kąś ko­bie­tę, na­wet je­śli cza­sa­mi wy­da­je się nie­co za­gu­bio­ny.

Po kil­ku mi­nu­tach, wy­tarł­szy się do su­cha ręcz­ni­kiem, Ju­lie umy­ła zęby i wy­szczot­ko­wa­ła wło­sy, uma­lo­wa­ła się dys­kret­nie i ubra­ła. Po­nie­waż jej sa­mo­chód był w na­pra­wie, mu­sia­ła iść do pra­cy pie­cho­tą – oko­ło pół­to­ra ki­lo­me­tra – to­też wło­ży­ła wy­god­ne buty. Za­my­ka­jąc drzwi na klucz, za­wo­ła­ła Śpie­wa­ka, omal nie prze­oczyw­szy tego, co dla niej zo­sta­wio­no.

Ką­tem oka za­uwa­ży­ła kart­kę we­tknię­tą w szpa­rę skrzyn­ki na li­sty, tuż przy drzwiach wej­ścio­wych.

Otwo­rzy­ła ją z cie­ka­wo­ścią i prze­czy­ta­ła, sto­jąc na we­ran­dzie, gdy tym­cza­sem Śpie­wak wy­padł z lasu i pod­biegł do niej.

Dro­ga Ju­lie!

Wspa­nia­le spę­dzi­łem czas w so­bo­tę. Nie mogę prze­stać my­śleć o To­bie.

Ri­chard

A więc to dla­te­go Śpie­wak wa­rio­wał wczo­raj­szej nocy.

– Wi­dzisz – po­wie­dzia­ła, po­ka­zu­jąc kart­kę psu – mó­wi­łam ci prze­cież, że to sym­pa­tycz­ny fa­cet.

Śpie­wak od­wró­cił pysk.

– Nie rób mi tego. Mógł­byś przy­znać, że się my­li­łeś. My­ślę, że je­steś po pro­stu za­zdro­sny.

Śpie­wak za­czął się do niej ła­sić.

– O to cho­dzi? Je­steś za­zdro­sny? – Ju­lie nie mu­sia­ła schy­lić się tak jak w przy­pad­ku in­nych psów, żeby po­gła­skać go po grzbie­cie. Był wyż­szy niż ona w cza­sach, gdy roz­po­czy­na­ła na­ukę w szko­le śred­niej.

– Nie bądź za­zdro­sny, do­brze? Ciesz się moim szczę­ściem.

Śpie­wak ob­szedł Ju­lie do­oko­ła i spoj­rzał na nią.

– No, chodź­my. Mu­si­my iść pie­cho­tą, po­nie­waż Mike nie skoń­czył jesz­cze na­pra­wiać dżi­pa.

Sły­sząc imię Mike’a, Śpie­wak po­ma­chał ogo­nem.

Roz­dział 2

Tek­sty pio­se­nek Mike’a Har­ri­sa po­zo­sta­wia­ły wie­le do ży­cze­nia, a głos nie spro­wa­dzał sze­fów firm na­gra­nio­wych pod drzwi jego domu w Swans­bo­ro. Mimo to grał na gi­ta­rze, ćwi­cząc co­dzien­nie w na­dziei, że jego wiel­ki dzień jest tuż-tuż. Od dzie­się­ciu lat pra­co­wał z kil­ku­na­sto­ma róż­ny­mi ze­spo­ła­mi – za­rów­no dłu­go­wło­sy­mi fa­ce­ta­mi gra­ją­cy­mi ha­ła­śli­we­go rock and rol­la lat osiem­dzie­sią­tych, jak i ka­pe­la­mi upra­wia­ją­cy­mi mu­zy­kę w sty­lu co­un­try, słu­cha­ną chęt­nie przez kie­row­ców cię­ża­ró­wek. Na sce­nie wkła­dał na sie­bie wszyst­ko, po­czy­na­jąc od skó­rza­nych spodni i węża boa, a koń­cząc na skó­rza­nych ochra­nia­czach na spodnie i kow­boj­skim ka­pe­lu­szu, i cho­ciaż grał z ogrom­nym en­tu­zja­zmem, a człon­ko­wie ze­spo­łu nie mo­gli go nie lu­bić, zwy­kle roz­sta­wa­no się z nim po kil­ku ty­go­dniach, tłu­ma­cząc, że z ja­kie­goś po­wo­du im nie wy­szło. Zda­rzy­ło się to tyle razy, że na­wet Mike zro­zu­miał, że nie wy­ni­ka to ra­czej z nie­zgod­no­ści cha­rak­te­rów, choć nadal nie od­wa­żył się przy­znać, że być może nie jest taki do­bry.

Mike miał no­tat­nik, w któ­rym za­pi­sy­wał w wol­nym cza­sie swo­je my­śli z za­mia­rem wy­ko­rzy­sta­nia tych im­pre­sji w przy­szłej po­wie­ści, jed­nak sztu­ka pi­sa­nia oka­za­ła się znacz­nie trud­niej­sza, niż przy­pusz­czał. Rzecz nie po­le­ga­ła na tym, że bra­ko­wa­ło mu po­my­słów, ra­czej miał ich za dużo i nie po­tra­fił za­de­cy­do­wać, co po­win­no, a co nie po­win­no zna­leźć się w książ­ce. W ubie­głym roku pró­bo­wał na­pi­sać po­wieść kry­mi­nal­ną, któ­rej ak­cja dzie­je się na stat­ku wy­ciecz­ko­wym, coś w sty­lu Aga­ty Chri­stie, u któ­rej zwy­kle wy­stę­pu­je kil­ku­na­stu po­dej­rza­nych. Fa­bu­ła nie wy­da­wa­ła mu się dość in­try­gu­ją­ca, to­też sta­rał się ją ubar­wić, wy­ko­rzy­stu­jąc każ­dy po­mysł, jaki mu kie­dy­kol­wiek przy­szedł do gło­wy, wli­cza­jąc w to gło­wi­cę nu­kle­ar­ną, ukry­tą w San Fran­ci­sco, nie­uczci­we­go po­li­cjan­ta, któ­ry był świad­kiem za­bój­stwa Joh­na Ken­ne­dy’ego, ir­landz­kie­go ter­ro­ry­stę, ma­fię, chłop­ca oraz jego psa, nie­go­dzi­we­go in­we­sto­ra do­star­cza­ją­ce­go ka­pi­ta­łu wy­so­kie­go ry­zy­ka, jak rów­nież uczo­ne­go po­dró­żu­ją­ce­go w cza­sie, któ­ry uciekł przed prze­śla­do­wa­nia­mi Świę­te­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go. W re­zul­ta­cie pro­log osią­gnął ob­ję­tość stu stron, a głów­ni po­dej­rza­ni nie po­ja­wi­li się jesz­cze na sce­nie. Nie trze­ba do­da­wać, że na tym się skoń­czy­ło.

W prze­szło­ści pró­bo­wał rów­nież swo­ich sił w ry­sun­ku, ma­lo­wa­niu, ukła­da­niu wi­tra­ży, ce­ra­mi­ce, rzeź­bił w drew­nie, wy­ko­ny­wał pra­ce tech­ni­ką ma­kra­my. Obec­nie, w przy­pły­wie twór­czej in­spi­ra­cji, stwo­rzył dzie­ło sztu­ki o nie­re­gu­lar­nej for­mie, co ode­rwa­ło go od pra­cy na ty­dzień. Ze­spa­wał i umo­co­wał dru­tem frag­men­ty sta­rych sa­mo­cho­dów, kom­po­nu­jąc trzy ogrom­ne chwiej­ne kon­struk­cje, a gdy za­koń­czył pra­cę, usiadł na stop­niach we­ran­dy, przy­glą­da­jąc się z dumą efek­to­wi i czu­jąc ca­łym ser­cem, że wresz­cie od­na­lazł swo­je po­wo­ła­nie. To uczu­cie nie opusz­cza­ło go przez ty­dzień, do­pó­ki rada miej­ska na po­śpiesz­nie zwo­ła­nym ze­bra­niu nie wy­da­ła roz­po­rzą­dze­nia, za­ka­zu­ją­ce­go za­śmie­ca­nia po­dwó­rek. Po­dob­nie jak wie­lu lu­dzi, Mike Har­ris ma­rzył i pra­gnął zo­stać ar­ty­stą. Nie­ste­ty, nie miał ta­len­tu.

Po­tra­fił za to na­pra­wić prak­tycz­nie wszyst­ko. Był nie­za­stą­pio­ną „zło­tą rącz­ką”, praw­dzi­wym ry­ce­rzem w lśnią­cej zbroi, gdy pod ku­chen­nym zle­wem two­rzy­ły się ka­łu­że albo na­wa­la­ły młyn­ki do roz­drab­nia­nia od­pad­ków. O ile jed­nak Mike był do­bry w na­pra­wach sprzę­tu do­mo­we­go, to moż­na go na­zwać współ­cze­snym Mer­li­nem, kie­dy szło o co­kol­wiek, co wią­za­ło się z czte­re­ma kół­ka­mi i sil­ni­kiem. On i jego brat Hen­ry byli wła­ści­cie­la­mi naj­bar­dziej ob­le­ga­ne­go warsz­ta­tu na­praw­cze­go w mia­stecz­ku. Do Hen­ry’ego na­le­ża­ła przede wszyst­kim pa­pier­ko­wa ro­bo­ta, Mike na­to­miast wy­ko­ny­wał wła­ści­wą pra­cę. Po­tra­fił na­pra­wić każ­dy sa­mo­chód, czy to za­gra­nicz­ny, czy kra­jo­wy, od czte­ro­cy­lin­dro­wych for­dów escor­tów do po­rsche 911 z tur­bo­sprę­żar­ką. Sły­szał stu­ka­nie i brzę­ki w sil­ni­ku, gdy inni ich nie sły­sze­li, i za­zwy­czaj po­trze­bo­wał nie­ca­łych dwóch mi­nut, żeby wy­kryć uster­kę. Znał się na ko­lek­to­rach, za­wo­rach wlo­to­wych, amor­ty­za­to­rach, po­py­cha­czach i tło­kach, chłod­ni­cach i re­gu­la­cji ko­lum­ny kie­row­ni­cy, umiał usta­wić z pa­mię­ci za­płon wła­ści­wie w każ­dym sa­mo­cho­dzie, któ­ry kie­dy­kol­wiek wje­chał do jego warsz­ta­tu. Po­tra­fił zło­żyć z po­wro­tem sil­nik bez za­glą­da­nia do in­struk­cji. Pal­ce miał wiecz­nie po­pla­mio­ne sma­rem i cho­ciaż zda­wał so­bie spra­wę, że jest to cał­kiem nie­zły spo­sób za­ra­bia­nia na utrzy­ma­nie, cza­sa­mi ma­rzył o tym, żeby móc za­sto­so­wać cząst­kę tego ta­len­tu w in­nych dzie­dzi­nach swe­go ży­cia.

Mike’a omi­nę­ła tra­dy­cyj­na sła­wa ba­wi­dam­ka, to­wa­rzy­szą­ca męż­czy­znom, wy­ko­nu­ją­cym za­wo­dy me­cha­ni­ka czy mu­zy­ka. Miał w ży­ciu dwie dziew­czy­ny, z któ­ry­mi cho­dził na po­waż­nie, a po­nie­waż pierw­szy z tych związ­ków się­gał cza­sów li­ceum, a dru­gi, z Sarą, za­koń­czył się trzy lata temu, moż­na by wy­cią­gnąć wnio­sek, że Mike nie chce się wią­zać na dłuż­szą metę, a na­wet choć­by na lato. Mike też się nad tym cza­sa­mi za­sta­na­wiał. Bez wzglę­du na to, jak bar­dzo so­bie ży­czył, żeby było in­a­czej, więk­szość ran­dek koń­czy­ła się po­ca­łun­kiem w po­li­czek, gdy ko­bie­ta dzię­ko­wa­ła mu za to, że jest ta­kim do­brym przy­ja­cie­lem. W wie­ku trzy­dzie­stu czte­rech lat Mike Har­ris był nie­mal eks­per­tem w sub­tel­nej sztu­ce ob­da­rza­nia bra­ter­ski­mi uści­ska­mi ko­biet, pod­czas gdy one wy­pła­ki­wa­ły mu się na ra­mie­niu, skar­żąc się, ja­kim pa­lan­tem był ich po­przed­ni chło­pak. Nie cho­dzi­ło o to, że Mike był nie­atrak­cyj­nym fa­ce­tem. Był przy­stoj­ny w ty­po­wo ame­ry­kań­skim sty­lu: miał ciem­no­blond wło­sy, nie­bie­skie oczy, miły uśmiech i szczu­płą bu­do­wę cia­ła. Nie moż­na też po­wie­dzieć, żeby ko­bie­ty nie lu­bi­ły prze­by­wać w jego to­wa­rzy­stwie, po­nie­waż lu­bi­ły. Jego brak szczę­ścia wią­zał się ra­czej z fak­tem, że ko­bie­ty, z któ­ry­mi się spo­ty­kał, wy­czu­wa­ły, iż Mike’owi tak na­praw­dę wca­le na nich nie za­le­ży.

Jego brat Hen­ry do­sko­na­le wie­dział, cze­mu tak się dzie­je, jego bra­to­wa Emma rów­nież. Ma­bel też zna­ła przy­czy­ny, jak zresz­tą wła­ści­wie wszy­scy zna­jo­mi Mike’a Har­ri­sa.

Wszy­scy oni wie­dzie­li, że jest za­ko­cha­ny w kimś in­nym.

* * *

– Hej, Ju­lie, za­cze­kaj.

Ju­lie, któ­ra do­tar­ła wła­śnie na pe­ry­fe­rie dziel­ni­cy han­dlo­wej, wy­bu­do­wa­nej w sta­ro­daw­nym sty­lu, obej­rza­ła się, sły­sząc wo­ła­nie Mike’a. Śpie­wak po­pa­trzył na nią, za­dzie­ra­jąc łeb do góry. Ju­lie po­ki­wa­ła przy­zwa­la­ją­co gło­wą.

– Leć – po­wie­dzia­ła.

Śpie­wak po­ga­lo­po­wał, spo­ty­ka­jąc Mike’a w pół dro­gi. Męż­czy­zna, nie za­trzy­mu­jąc się, po­gła­skał go po gło­wie i po grzbie­cie, a na­stęp­nie po­dra­pał za usza­mi. Gdy Mike za­brał rękę, pies za­czął trą­cać go no­sem, do­ma­ga­jąc się wię­cej piesz­czot.

– Na ra­zie do­syć, wiel­ko­lu­dzie – rzekł Mike. – Po­zwól mi po­roz­ma­wiać z Ju­lie.

Po chwi­li zrów­nał się z Ju­lie, a Śpie­wak usiadł obok nie­go, w dal­szym cią­gu pod­sta­wia­jąc łeb pod jego dłoń.

– Cześć, Mike – po­wie­dzia­ła Ju­lie z uśmie­chem. – Co się sta­ło?

– Nic szcze­gól­ne­go. Chcia­łem ci tyl­ko po­wie­dzieć, że dżip jest go­tów.

– Co to było?

– Al­ter­na­tor.

Pa­mię­ta­ła, że do­kład­nie to samo po­wie­dział jej w pią­tek, gdy zo­sta­wia­ła sa­mo­chód w warsz­ta­cie.

– Trze­ba było za­mon­to­wać nowy?

– Tak. Twój kom­plet­nie wy­siadł. Dro­biazg, di­ler miał ich mnó­stwo w ma­ga­zy­nie. Przy oka­zji zli­kwi­do­wa­łem też wy­ciek ole­ju. Mu­sia­łem wy­mie­nić uszczel­kę przy fil­trze.

– Wy­cie­kał olej?

– Nie za­uwa­ży­łaś plam na pod­jeź­dzie?

– Nie, ale praw­dę mó­wiąc, nie przy­glą­da­łam się.

Mike uśmiech­nął się.

– Cóż, jak po­wie­dzia­łem, to rów­nież na­pra­wio­ne. Czy chcesz, że­bym pod­rzu­cił ci klu­czy­ki?

– Nie, od­bio­rę je po pra­cy. Do­pie­ro póź­niej będą mi po­trzeb­ne. Przez cały dzień mam klien­tów. Wiesz, ja­kie są po­nie­dział­ki – wy­ja­śni­ła z uśmie­chem. – A jak ci po­szło w „Clip­per”? Ża­łu­ję, że nie uda­ło mi się przyjść.

Mike przez cały week­end grał grun­ge roc­ka z ze­spo­łem chło­pa­ków, któ­rzy rzu­ci­li na­ukę w szko­le śred­niej i nie mie­li więk­szych ma­rzeń niż pod­ry­wa­nie dziew­czyn, po­pi­ja­nie piwa i oglą­da­nie ciur­kiem MTV. Mike był od nich star­szy o kil­ka­na­ście lat i gdy po­ka­zał Ju­lie wor­ko­wa­te spodnie i zła­cha­ny pod­ko­szu­lek, któ­re za­mie­rzał wło­żyć na wy­stęp, Ju­lie po­ki­wa­ła gło­wą i po­wie­dzia­ła: „O, faj­ne”, co na­praw­dę zna­czy­ło: „Bę­dziesz w tym wy­glą­dał ab­so­lut­nie idio­tycz­nie”.

– Chy­ba do­brze – od­po­wie­dział.

– Tyl­ko do­brze?

Mike wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie jest to ra­czej mój szcze­gól­nie ulu­bio­ny ro­dzaj mu­zy­ki. Ju­lie przy­tak­nę­ła ze zro­zu­mie­niem. Mimo że bar­dzo lu­bi­ła Mike’a, jego śpiew­nie bu­dził jej zbyt­nie­go za­chwy­tu. Śpie­wak naj­wy­raź­niej był in­ne­go zda­nia. Uwiel­biał go. Za­wsze gdy Mike śpie­wał dla przy­ja­ciół, pies wtó­ro­wał mu, wy­jąc gło­śno. Zgod­nie z lo­kal­ną opi­nią trud­no prze­wi­dzieć, któ­ry z nich pierw­szy zdo­bę­dzie roz­głos.

– Ile je­stem win­na za na­pra­wę? – spy­ta­ła.

Mike zda­wał się roz­wa­żać to py­ta­nie, dra­piąc się z roz­tar­gnie­niem po bro­dzie.

– My­ślę, że dwa strzy­że­nia będą w sam raz.

– Daj spo­kój. Po­zwól, że tym ra­zem za­pła­cę. Przy­najm­niej za czę­ści. Mam pie­nią­dze.

W cią­gu ostat­nie­go roku jej dżip, star­szy mo­del CJ7, był trzy­krot­nie w na­pra­wie. Mike’owi uda­wa­ło się ja­kimś spo­so­bem utrzy­my­wać go w do­brej for­mie mię­dzy ko­lej­ny­mi wi­zy­ta­mi.

– Prze­cież pła­cisz – za­pro­te­sto­wał Mike. – Cho­ciaż moje wło­sy lek­ko się prze­rze­dzi­ły, po­trze­bu­ją od cza­su do cza­su do­bre­go strzy­że­nia.

– Ale dwa strzy­że­nia to chy­ba nie­spe­cjal­nie do­bry in­te­res.

– Na­pra­wa nie za­ję­ła mi dużo cza­su, a czę­ści do­sta­łem ta­nio. Fa­cet był mi wi­nien przy­słu­gę.

Ju­lie za­dar­ła lek­ko bro­dę.

– Czy Hen­ry wie, że to ro­bisz?

Mike roz­ło­żył ręce z nie­win­ną miną.

– Oczy­wi­ście, że wie. Je­stem prze­cież wspól­ni­kiem. Poza tym to był jego po­mysł.

Ja­sne, po­my­śla­ła Ju­lie.

– No cóż, dzię­ki – po­wie­dzia­ła wresz­cie. – Je­stem ci bar­dzo wdzięcz­na.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. – Mike umilkł. Miał ocho­tę po­roz­ma­wiać z nią dłu­żej, po­nie­waż jed­nak nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy, spoj­rzał na Śpie­wa­ka. Pies przy­glą­dał mu się bacz­nie, z prze­krzy­wio­nym na bok łbem, jak gdy­by go po­na­glał: „No, Ro­meo, zbierz się na od­wa­gę. Obaj zna­my praw­dzi­wy po­wód, dla któ­re­go z nią roz­ma­wiasz”. Mike prze­łknął śli­nę. – Jak ci po­szło z… eee… – Sta­rał się ze wszyst­kich sił, żeby za­brzmia­ło to cał­kiem swo­bod­nie.

– Z Ri­char­dem?

– Tak, z Ri­char­dem.

– Było sym­pa­tycz­nie.

– Aha.

Mike po­ki­wał gło­wą, czu­jąc, że na czo­ło wy­stę­pu­je mu kro­pli­sty pot. Dzi­wi­ło go, że wcze­snym ran­kiem może być tak go­rą­co.

– A więc… eee… Do­kąd się wy­bra­li­ście? – spy­tał.

– Do „Slo­cum Ho­use”.

– Bar­dzo szy­kow­ne miej­sce jak na pierw­szą rand­kę – za­uwa­żył.

– Mia­łam do wy­bo­ru to albo „Piz­za Hut”. Po­zwo­lił mi za­de­cy­do­wać.

Mike prze­stą­pił z nogi na nogę, cze­ka­jąc, czy Ju­lie po­wie coś wię­cej. Nie po­wie­dzia­ła.

Nie­do­brze, po­my­ślał. Ri­chard róż­nił się zde­cy­do­wa­nie od Boba, ro­man­tycz­ne­go po­że­ra­cza liczb, czy Ros­sa, ma­nia­ka sek­su­al­ne­go. A tak­że Ada­ma z wnętrz­no­ści Swans­bo­ro. Mike uwa­żał, że wy­trzy­mu­je kon­ku­ren­cję z fa­ce­ta­mi tego po­kro­ju. Ale Ri­chard? „Slo­cum Ho­use”? „Było sym­pa­tycz­nie”?

– Czy­li… spę­dzi­łaś miło czas? – spy­tał.

– Tak, obo­je ba­wi­li­śmy się do­brze.

Ba­wi­li się? Jak do­brze? Nie po­do­ba mi się to ani tro­chę, po­my­ślał.

– Cie­szę się – skła­mał, sta­ra­jąc się jak naj­le­piej uda­wać en­tu­zjazm.

Ju­lie po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu.

– Nie przej­muj się, Mike. Wiesz, że i tak cie­bie będę za­wsze ko­cha­ła naj­bar­dziej.

Mike we­pchnął ręce do kie­sze­ni.

– To dla­te­go, że na­pra­wiam twój sa­mo­chód.

– Masz o so­bie zbyt ni­skie mnie­ma­nie – za­pro­te­sto­wa­ła Ju­lie. – Po­mo­głeś też za­ła­tać mój dach.

– I do­pro­wa­dzi­łem do sta­nu uży­wal­no­ści two­ją pral­kę.

Ju­lie wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek, a na­stęp­nie po­kle­pa­ła po ra­mie­niu.

– Cóż mogę po­wie­dzieć, Mike? Je­steś po pro­stu po­rząd­nym fa­ce­tem.

* * *

Ju­lie czu­ła na so­bie wzrok Mike’a, gdy szła w kie­run­ku sa­lo­nu, choć nie­co in­a­czej niż w przy­pad­ku in­nych męż­czyzn, któ­rzy się nią in­te­re­so­wa­li. Ani tro­chę nie iry­to­wa­ło jej, że się na nią ga­pił. Jest do­brym przy­ja­cie­lem, po­my­śla­ła, po czym szyb­ko do­da­ła w my­ślach: nie, nie do­brym, lecz na­praw­dę do­brym, kimś, kogo nie za­wa­ha­ła­by się po­pro­sić o po­moc w trud­nej sy­tu­acji. Przy­ja­cie­lem, dzię­ki któ­re­mu jej ży­cie w Swans­bo­ro jest znacz­nie ła­twiej­sze, po­nie­waż wie, że może na nie­go li­czyć te­raz i w przy­szło­ści. Rzad­ko ma się ta­kich przy­ja­ciół, dla­te­go też czu­ła się pod­le, nie wta­jem­ni­cza­jąc go w bar­dziej pry­wat­ne aspek­ty swo­je­go ży­cia – jak na przy­kład ostat­nia rand­ka.

Nie mia­ła ser­ca opo­wia­dać o niej ze szcze­gó­ła­mi, po­nie­waż Mike… cóż, uczu­cia Mike’a do niej nie były ra­czej ta­jem­ni­cą i nie chcia­ła spra­wić mu przy­kro­ści. Co mia­ła po­wie­dzieć? „W po­rów­na­niu z po­przed­ni­mi fa­ce­ta­mi, z któ­ry­mi się uma­wia­łam, Ri­chard jest fan­ta­stycz­ny! Ja­sne, że zno­wu się z nim spo­tkam!”. Wie­dzia­ła, że Mike chce się z nią umó­wić przy­najm­niej od dwóch lat. Ale jej uczu­cia do nie­go – poza tym, że uwa­ża­ła go za naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la – były skom­pli­ko­wa­ne. Jak mo­gły nie być? Jim i Mike przy­jaź­ni­li się od dziec­ka. Mike był druż­bą na ich we­se­lu, a po­tem to on po­cie­szał ją po śmier­ci Jima. Trak­to­wa­ła go ra­czej jak bra­ta i trud­no jej było prze­sta­wić się na­gle na inny układ.

Ale to nie wszyst­ko. Po­nie­waż Jim i Mike byli bar­dzo bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi, a Mike sta­no­wił część ich ży­cia, na­wet myśl o rand­ce z nim po­zo­sta­wia­ła jej nie­ja­sne po­czu­cie zdra­dy. Gdy­by zgo­dzi­ła się z nim umó­wić, czy nie ozna­cza­ło­by to, że w głę­bi du­szy za­wsze tego pra­gnę­ła? Co po­wie­dział­by na to Jim? A ona, czy po­tra­fi­ła­by pa­trzeć na Mike’a, nie my­śląc o Ji­mie i o tam­tych cza­sach, kie­dy byli jesz­cze wszy­scy ra­zem? Nie mia­ła po­ję­cia. A co by się sta­ło, gdy­by się umó­wi­li, ale z ja­kich­kol­wiek po­wo­dów rand­ka by się nie uda­ła? Ich sto­sun­ki zmie­ni­ły­by się, a Ju­lie nie znio­sła­by utra­ty ta­kie­go przy­ja­cie­la. Bę­dzie le­piej, je­śli wszyst­ko po­zo­sta­nie mię­dzy nimi po sta­re­mu.

Przy­pusz­cza­ła, że Mike rów­nież zda­je so­bie z tego spra­wę, i praw­do­po­dob­nie wła­śnie dla­te­go nig­dy nie za­pro­po­no­wał jej spo­tka­nia, mimo że naj­wy­raź­niej miał na to wiel­ką ocho­tę.

Jed­nak­że cza­sa­mi – tak jak ubie­głe­go lata, gdy po­pły­nę­li ło­dzią z Hen­rym i Emmą, żeby po­jeź­dzić na nar­tach wod­nych – mia­ła wra­że­nie, że Mike zbie­ra się na od­wa­gę, żeby to zro­bić. Za­cho­wy­wał się tro­chę ko­micz­nie, gdy wpadł w taki na­strój. Mike, zwy­kle du­sza to­wa­rzy­stwa, bez­tro­ski fa­cet, któ­ry śmie­je się pierw­szy z dow­ci­pów, na­wet ro­bio­nych jego kosz­tem, i któ­ry chęt­nie ska­cze po piwo do skle­pu wte­dy, gdy ni­ko­mu in­ne­mu się nie chce, nie­spo­dzie­wa­nie stał się mil­czą­cy, jak gdy­by po­dej­rze­wał, że cały jego pro­blem z Ju­lie bie­rze się stąd, iż ona nie uwa­ża go za dość od­lo­to­we­go fa­ce­ta. Za­miast śmiać się z tego, co mó­wi­li inni, krzy­wił się, ro­bił miny albo przy­glą­dał się swo­im pa­znok­ciom, a gdy uśmiech­nął się do niej na łód­ce, wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by pró­bo­wał po­wie­dzieć: „Hej, dzie­cin­ko, a może rzu­ci­my to wszyst­ko w dia­bły i pój­dzie­my się na­praw­dę za­ba­wić?”. Jego star­szy brat był bez­li­to­sny, kie­dy Mike za­cho­wy­wał się w ten spo­sób. Za­uwa­żyw­szy tę na­głą zmia­nę na­stro­ju, Hen­ry spy­tał go, czy nie zjadł za dużo fa­so­li na obiad, po­nie­waż nie wy­glą­da naj­le­piej.

Mike na­tych­miast po­padł w przy­gnę­bie­nie.

Ju­lie uśmiech­nę­ła się na to wspo­mnie­nie. Bied­ny Mike.

Na­za­jutrz był zno­wu sobą. Tę wer­sję Mike’a lu­bi­ła zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej. Uprzy­krzy­li jej się fa­ce­ci, ma­ją­cy tak wy­so­kie mnie­ma­nie o so­bie, że uwa­ża­ją, iż każ­da ko­bie­ta po­win­na być szczę­śli­wa, że się nią in­te­re­su­ją. Jak rów­nież tacy, któ­rzy uda­ją zim­nych twar­dzie­li albo wda­ją się w bój­ki w ba­rach, żeby po­ka­zać świa­tu, że nie da­dzą sobą dy­ry­go­wać. Fak­tem jest, że bez wzglę­du na jej po­dej­ście do tej spra­wy tacy męż­czyź­ni jak Mike są w ce­nie. Ma do­bre ser­ce, jest miły i przy­stoj­ny. Po­do­ba­ły jej się drob­ne zmarszcz­ki, któ­re two­rzy­ły mu się wo­kół oczu, gdy się uśmie­chał, uwiel­bia­ła do­łecz­ki w jego po­licz­kach. Za­czę­ła wy­so­ko ce­nić spo­sób, w jaki otrzą­sał z sie­bie złe wia­do­mo­ści zwy­kłym wzru­sze­niem ra­mion. Lu­bi­ła męż­czyzn, któ­rzy się śmie­ją, a Mike śmiał się bar­dzo czę­sto.

I na­praw­dę, na­praw­dę lu­bi­ła jego śmiech.

Jak za­wsze, gdy za­czy­na­ła my­śleć o tym, usły­sza­ła na­tych­miast we­wnętrz­ny głos, któ­ry ją ostrze­gał: daj so­bie spo­kój. Mike jest two­im przy­ja­cie­lem, naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, nie chcesz chy­ba tego ze­psuć, praw­da?

Gdy tak szła, po­grą­żo­na w my­ślach, Śpie­wak trą­cił ją no­sem, przy­wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści. Pa­trzył na nią wy­mow­nie.

– Tak, tak, leć, ty włó­czy­ki­ju – po­wie­dzia­ła.

Śpie­wak po­biegł przo­dem, mi­nął pie­kar­nię i skrę­cił w otwar­te drzwi sa­lo­nu Ma­bel. Do­sta­wał od niej co­dzien­nie her­bat­ni­ka.

* * *

– No i jak po­szła jej rand­ka? – spy­tał Hen­ry, pa­trząc na bra­ta znad pla­sti­ko­we­go kub­ka. Stał opar­ty o fra­mu­gę drzwi warsz­ta­tu, obok eks­pre­su do kawy.

– Nie py­ta­łem jej o to – od­po­wie­dział Mike. Jego ton su­ge­ro­wał, że już sam po­mysł jest idio­tycz­ny. Wcią­gał kom­bi­ne­zon, nie zdej­mu­jąc dżin­sów.

– Dla­cze­go?

– Nie przy­szło mi to do gło­wy.

– Hm – mruk­nął Hen­ry.

Trzy­dzie­sto­ośmio­let­ni Hen­ry był o czte­ry lata star­szy od Mike’a i pod wie­lo­ma wzglę­da­mi sta­no­wił jego doj­rzal­sze al­ter ego. Był wyż­szy i po­tęż­niej­szy, w mia­rę jak wkra­czał w wiek śred­ni, ob­wód w pa­sie zwięk­szał mu się mniej wię­cej w tym sa­mym tem­pie, w ja­kim ły­siał. W cią­gu dwu­na­stu lat mał­żeń­stwa Emma uro­dzi­ła mu trzy có­recz­ki, miesz­kał we wła­snym domu, a nie w miesz­ka­niu, jego ży­cie było usta­bi­li­zo­wa­ne. W prze­ci­wień­stwie do Mike’a nig­dy nie miał żad­nych cią­got ar­ty­stycz­nych. W col­le­ge’u spe­cja­li­zo­wał się w fi­nan­sach przed­się­biorstw pry­wat­nych. Jak więk­szość star­szych bra­ci, nie po­tra­fił za­pa­no­wać nad uczu­ciem, że musi czu­wać nad młod­szym bra­cisz­kiem, by mieć pew­ność, że wszyst­ko u nie­go w po­rząd­ku, że nie robi nic, cze­go by po­tem ża­ło­wał. To jego bra­ter­skie wspar­cie prze­ja­wia­ło się cza­sa­mi w do­ku­cza­niu, bez­ce­re­mo­nial­nych uwa­gach, a nie­kie­dy na­wet w zło­śli­wo­ściach, któ­re mia­ły spro­wa­dzić Mike’a na zie­mię, i mo­gło nie­któ­rym wy­da­wać się nie­czu­ło­ścią, ale jak in­a­czej miał po­stę­po­wać? Hen­ry uśmiech­nął się. Ktoś musi trosz­czyć się o Mike’a.

Mike’owi uda­ło się wcią­gnąć po­pla­mio­ny sma­rem kom­bi­ne­zon do pasa.

– Chcia­łem tyl­ko po­wie­dzieć jej, że sa­mo­chód jest go­to­wy.

– Już? Zda­wa­ło mi się, że mó­wi­łeś coś o wy­cie­ku ole­ju.

– Rze­czy­wi­ście.

– I tak szyb­ko na­pra­wi­łeś?

– Za­ję­ło mi to za­le­d­wie kil­ka go­dzin.

– Uhm… – Hen­ry po­ki­wał gło­wą, my­śląc: Gdy­byś był jesz­cze odro­bi­nę bar­dziej roz­pa­lo­ny, bra­cisz­ku, moż­na by na to­bie sma­żyć ja­jecz­ni­cę.

Nie po­wie­dział tego jed­nak na głos i od­chrząk­nął.

– No więc, co ro­bi­łeś pod­czas week­en­du? Na­pra­wia­łeś jej sa­mo­chód?

– Nie przez cały czas. Gra­łem też w „Clip­per”, ale chy­ba o tym za­po­mnia­łeś, praw­da?

Hen­ry pod­niósł ręce obron­nym ge­stem.

– Wiesz, że je­stem ra­czej fa­nem Gar­tha Bro­ok­sa i Tima McGra­wa. Nie po­do­ba mi się ta no­wo­cze­sna mu­zy­ka. Poza tym ro­dzi­ce Emmy przy­szli na ko­la­cję.

– Mo­głeś ich za­brać ze sobą.

Hen­ry par­sk­nął śmie­chem, omal nie roz­le­wa­jąc kawy.

– Tak, ja­sne. Po­tra­fisz wy­obra­zić so­bie, że za­pra­szam tych dwo­je do „Clip­per”? Uwa­ża­ją, że mu­zy­ka, któ­rą pusz­cza­ją w win­dach, jest zbyt gło­śna, a mu­zy­ka roc­ko­wa to na­rzę­dzie sza­ta­na, umoż­li­wia­ją­ce mu za­pa­no­wa­nie nad ludz­ki­mi umy­sła­mi. Do­sta­li­by krwo­to­ku z uszu, gdy­by wy­bra­li się do „Clip­per”.

– Na­skar­żę Em­mie, co po­wie­dzia­łeś.

– Zgo­dzi się ze mną – od­parł Hen­ry. – To były jej sło­wa, nie moje. No więc, jak ci po­szło? Mam na my­śli „Clip­per”.

– W po­rząd­ku.

Hen­ry po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

– Przy­kro mi to sły­szeć.

Mike wzru­szył ra­mio­na­mi, za­pi­na­jąc kom­bi­ne­zon na su­wak.

– Ile po­li­czy­łeś Ju­lie tym ra­zem za na­pra­wę sa­mo­cho­du? Trzy ołów­ki i ka­nap­kę?

– Nie.

– Błysz­czą­cy ka­myk?

– Cha, cha.

– Py­tam po­waż­nie. Po pro­stu je­stem cie­kaw.

– Jak zwy­kle.

Hen­ry za­gwiz­dał.

– Do­brze, że ja pro­wa­dzę księ­gi ra­chun­ko­we na­sze­go warsz­ta­tu.

Mike rzu­cił mu znie­cier­pli­wio­ne spoj­rze­nie.

– Wiesz do­brze, że ty po­trak­to­wał­byś ją tak samo.

– To praw­da.

– Dla­cze­go więc się cze­piasz?

– Po­nie­waż chcę wie­dzieć, jak się jej uda­ła rand­ka.

– Co ma wspól­ne­go to, ile jej po­li­czy­łem za na­pra­wę, z jej rand­ką?

Hen­ry uśmiech­nął się.

– Nie je­stem pe­wien, bra­cisz­ku. A ty jak są­dzisz?

– Przy­pusz­czam, że wy­pi­łeś za dużo kawy dzi­siaj rano i nie my­ślisz lo­gicz­nie.

Hen­ry od­sta­wił ku­bek.

– Pew­nie masz ra­cję. Je­stem pe­wien, że nic a nic nie ob­cho­dzą cię rand­ki Ju­lie.

– Wła­śnie.

Hen­ry się­gnął po dzba­nek z kawą i na­lał jesz­cze je­den ku­bek.

– Wo­bec tego praw­do­po­dob­nie nie in­te­re­su­je cię też, co o tym są­dzi Ma­bel.

Mike po­pa­trzył na nie­go.

– Ma­bel?

Hen­ry do­dał hoj­ną ręką cu­kru i śmie­tan­ki.

– Tak, Ma­bel. Wi­dzia­ła ich ra­zem w so­bo­tę wie­czo­rem.

– Skąd wiesz?

– Po­nie­waż roz­ma­wia­łem z nią wczo­raj po ko­ście­le i po­wie­dzia­ła mi o tym.

– Na­praw­dę?

Hen­ry od­wró­cił się do Mike’a ty­łem i skie­ro­wał do kan­tor­ku, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

– Sko­ro twier­dzisz, że nic cię to nie ob­cho­dzi, to le­piej daj­my temu spo­kój.

Sia­da­jąc przy biur­ku, Hen­ry wie­dział z do­świad­cze­nia, że Mike dłu­go jesz­cze bę­dzie stał jak słup soli za drzwia­mi.

Roz­dział 3

Mimo że An­drea Ra­dley zdo­by­ła upraw­nie­nia rok temu i zo­sta­ła za­trud­nio­na przez Ma­bel dzie­więć mie­się­cy temu, nie była naj­lep­szym pra­cow­ni­kiem. Nie tyl­ko mia­ła ten­den­cję do bra­nia bez uprze­dze­nia wol­nych dni na za­ła­twie­nie spraw oso­bi­stych – za­zwy­czaj nie za­da­wa­ła so­bie na­wet tru­du, żeby za­dzwo­nić – ale w dni, kie­dy uda­ło jej się do­trzeć do pra­cy, rzad­ko by­wa­ła punk­tu­al­na. Nie była też ra­czej mi­strzy­nią w strzy­że­niu i ukła­da­niu wło­sów i nie bra­ła pod uwa­gę wska­zó­wek klien­tów. Na­wet je­śli klien­ci przy­no­si­li jej zdję­cie albo wy­ja­śnia­li ja­sno, po­wo­li i pre­cy­zyj­nie, o jaką fry­zu­rę im cho­dzi, An­drea strzy­gła wszyst­kich do­kład­nie w taki sam spo­sób. Było to jed­nak bez zna­cze­nia, bo­wiem An­drea mia­ła pra­wie taką samą licz­bę klien­tów co Ju­lie, i to, jak moż­na się było spo­dzie­wać, sa­mych męż­czyzn.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia blon­dyn­ka o dłu­gich no­gach, z któ­rych nig­dy nie zni­ka­ła opa­le­ni­zna, wy­glą­da­ła, jak gdy­by przy­je­cha­ła tu pro­sto z ka­li­for­nij­skich plaż, a nie z ma­łe­go gór­skie­go mia­stecz­ka Bo­one, z Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej, gdzie do­ra­sta­ła. Ro­bi­ła też co w jej mocy, żeby się od­po­wied­nio do tego ubrać – bez wzglę­du na po­go­dę, na­wet gdy było zim­no, no­si­ła w pra­cy mi­ni­spód­nicz­ki. La­tem uzu­peł­nie­niem stro­ju były ob­ci­słe try­ko­to­we bluz­ki z od­kry­ty­mi ple­ca­mi, zimą dłu­gie skó­rza­ne ko­za­ki. Do każ­de­go klien­ta zwra­ca­ła się per „złot­ko”, trze­po­ta­ła dłu­gi­mi, po­gru­bio­ny­mi tu­szem rzę­sa­mi i bez prze­rwy żuła gumę. Ju­lie i Ma­bel chi­cho­ta­ły, wi­dząc roz­ma­rzo­ne spoj­rze­nia, któ­re po­sy­ła­li An­drei męż­czyź­ni, ga­pią­cy się na jej od­bi­cie w lu­strze. Po­dej­rze­wa­ły, że na­wet gdy­by An­drea przy­pad­kiem ogo­li­ła któ­re­goś klien­ta do go­łej skó­ry, i tak by do niej wra­cał.

Po­mi­mo wy­zy­wa­ją­ce­go wy­glą­du An­drea była dość na­iw­na w kon­tak­tach z męż­czy­zna­mi. Owszem, my­śla­ła, że wie, cze­go chcą, i na ogół mia­ła ra­cję. Nie wie­dzia­ła na­to­miast, jak za­trzy­mać przy so­bie męż­czy­znę. Nig­dy nie przy­szło jej do gło­wy, że taki wy­gląd może przy­cią­gać okre­ślo­ny typ męż­czyzn, a od­stra­szać in­nych. An­drea nie mia­ła naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z uma­wia­niem się z wy­ta­tu­owa­ny­mi har­ley­ow­ca­mi, pi­ja­ka­mi snu­ją­cy­mi się po „Clip­per” czy więź­nia­mi wy­pusz­czo­ny­mi wa­run­ko­wo, nig­dy jed­nak nie uda­ło jej się umó­wić z męż­czy­zną ma­ją­cym sta­łą pra­cę. Tak przy­najm­niej twier­dzi­ła, gdy wpa­dła w na­strój uża­la­nia się nad sobą. W rze­czy­wi­sto­ści An­dreę re­gu­lar­nie za­pra­sza­li na rand­ki so­lid­ni, pra­cu­ją­cy męż­czyź­ni, ale to nie oni, lecz ona bły­ska­wicz­nie tra­ci­ła nimi za­in­te­re­so­wa­nie, a po­tem na­tych­miast za­po­mi­na­ła, że w ogó­le chcie­li się z nią spo­tkać.

W cią­gu trzech mi­nio­nych mie­się­cy za­li­czy­ła róż­nych męż­czyzn; trzy­dzie­sto­jed­no­let­nie­go wy­ta­tu­owa­ne­go, sze­ściu har­ley­ow­ców, dwa po­gwał­ce­nia prze­pi­sów zwol­nie­nia wa­run­ko­we­go oraz zero pra­cu­ją­cych, to­też w tej chwi­li była w płacz­li­wym na­stro­ju. W so­bo­tę mu­sia­ła za­pła­cić za ko­la­cję i kino, po­nie­waż jej part­ner był goły jak świę­ty tu­rec­ki, ale czy za­dzwo­nił dzi­siaj rano? Nie, oczy­wi­ście, że nie. Nie przy­szło mu na­wet do gło­wy, żeby za­dzwo­nić. Jej fa­ce­ci nig­dy nie te­le­fo­no­wa­li, chy­ba że po­trze­bo­wa­li pie­nię­dzy albo „czu­li się tro­chę sa­mot­ni”, jak wie­lu z nich lu­bi­ło to okre­ślać.

Za to Ri­chard za­dzwo­nił rano do sa­lo­nu, py­ta­jąc o Ju­lie.

Co gor­sza, Ju­lie za­pew­ne nie mu­sia­ła fun­do­wać mu ko­la­cji, żeby go do tego na­kło­nić. Dla­cze­go, za­sta­na­wia­ła się, do Ju­lie lgną wszy­scy faj­ni fa­ce­ci? Prze­cież na­wet się do­brze nie ubie­ra. Czę­sto wy­glą­da po pro­stu po­spo­li­cie w tych swo­ich dżin­sach, wor­ko­wa­tych swe­trach i – po­wiedz­my szcze­rze – brzyd­kich bu­tach. Nie kiw­nę­ła pal­cem, żeby do­brać stro­je, w któ­rych by­ło­by jej do twa­rzy, nie ro­bi­ła so­bie ma­ni­kiu­ru i nie była w ogó­le opa­lo­na, chy­ba że w le­cie, kie­dy wszy­scy są opa­le­ni. Dla­cze­go więc spodo­ba­ła się tak bar­dzo Ri­char­do­wi? Były obie w sa­lo­nie, gdy Ri­chard przy­szedł się ostrzyc w ze­szłym ty­go­dniu, obie mia­ły aku­rat prze­rwę mię­dzy ko­lej­ny­mi klien­ta­mi i obie jed­no­cze­śnie po­wie­dzia­ły: „Dzień do­bry”. Jed­nak Ri­chard po­pro­sił Ju­lie, żeby go ostrzy­gła, a nie ją, i ja­kimś spo­so­bem za­owo­co­wa­ło to rand­ką. An­drea skrzy­wi­ła się na samo wspo­mnie­nie.

– Au!

Wy­rwa­na tym okrzy­kiem z roz­my­ślań, An­drea spoj­rza­ła na od­bi­cie swo­je­go klien­ta w lu­strze. Był praw­ni­kiem, nie­daw­no prze­kro­czył trzy­dziest­kę. Po­cie­rał te­raz gło­wę. An­drea cof­nę­ła dło­nie.

– Co się sta­ło, złot­ko?

– Dziab­nę­łaś mnie no­życz­ka­mi.

– Na­praw­dę?

– Tak. Za­bo­la­ło mnie.

An­drea za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi.

– Prze­pra­szam, złot­ko. Nie chcia­łam spra­wić ci bólu. Nie je­steś na mnie wście­kły, co?

– Nie… wła­ści­wie nie – po­wie­dział w koń­cu praw­nik, za­bie­ra­jąc rękę. Spoj­rzał zno­wu w lu­stro, przy­glą­da­jąc się jej dzie­łu. – Nie są­dzisz, że moje wło­sy są tro­chę nie­rów­ne?

– Gdzie?

– Tu­taj. – Po­ka­zał jej pal­cem. – Za­nad­to wy­strzy­głaś bak z tej stro­ny.

An­drea za­mru­ga­ła dwu­krot­nie, po­tem po­wo­li prze­chy­li­ła gło­wę z boku na bok.

– Lu­stro jest chy­ba krzy­we.

– Lu­stro? – po­wtó­rzył.

Po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu i uśmiech­nę­ła się.

– My­ślę, że wy­glą­dasz bar­dzo przy­stoj­nie, złot­ko.

– Do­praw­dy?

Sie­dzą­ca przy oknie po dru­giej stro­nie sa­lo­nu Ma­bel pod­nio­sła gło­wę znad cza­so­pi­sma. Za­uwa­ży­ła, że fa­cet po pro­stu roz­ta­pia się w fo­te­lu. Po­krę­ci­ła gło­wą, gdy An­drea pu­ści­ła zno­wu w ruch no­życz­ki. Po chwi­li uspo­ko­jo­ny męż­czy­zna usiadł pro­sto.

– Wiesz co, mam bi­le­ty na kon­cert Fa­ith Hill w Ra­le­igh za dwa ty­go­dnie – po­wie­dział. – Może wy­bra­ła­byś się tam ze mną?

Nie­ste­ty, my­śli An­drei krą­ży­ły zno­wu wo­kół Ri­char­da i Ju­lie. Ma­bel po­wie­dzia­ła jej, że byli w „Slo­cum Ho­use”. „Slo­cum Ho­use”! Wie­dzia­ła, choć nig­dy tam nie była, że „Slo­cum Ho­use” jest wy­twor­ną re­stau­ra­cją, w któ­rej na sto­li­kach sto­ją świe­ce. Je­śli so­bie za­ży­czysz, wie­sza­ją twój płaszcz w spe­cjal­nym po­miesz­cze­niu. I są tam praw­dzi­we ob­ru­sy z ma­te­ria­łu, a nie pla­sti­ko­we w bia­ło-czer­wo­ną krat­kę. Fa­ce­ci, z któ­ry­mi się uma­wia­ła, nig­dy nie za­bie­ra­li jej do ta­kich ele­ganc­kich lo­ka­li. Przy­pusz­czal­nie nie mają na­wet po­ję­cia, gdzie ich szu­kać.

– Przy­kro mi, ale nie mogę – od­po­wie­dzia­ła bez­myśl­nie.

Ri­chard na pew­no przy­słał­by też kwia­ty. Może na­wet róże.

Czer­wo­ne róże! Wi­dzia­ła je wy­raź­nie oczy­ma wy­obraź­ni. Dla­cze­go Ju­lie do­sta­ją się ci naj­lep­si?

– Och! – Z ust męż­czy­zny wy­mknął się jęk za­wo­du.

Po­wie­dział to ta­kim to­nem, że wy­rwał ją z za­my­śle­nia.

– Słu­cham? – spy­ta­ła.

– Nic. Po­wie­dzia­łem tyl­ko: „Och”.

An­drea nie mia­ła po­ję­cia, o czym on mówi. Je­śli masz wąt­pli­wo­ści, po­my­śla­ła, uśmie­chaj się. Tak też uczy­ni­ła. Po chwi­li męż­czy­zna stop­niał zno­wu jak śnieg.

Sie­dzą­ca w ką­cie Ma­bel stłu­mi­ła śmiech.

* * *

Po chwi­li, gdy do sa­lo­nu wpadł Śpie­wak, Ma­bel zo­ba­czy­ła Ju­lie w drzwiach. Chcia­ła się z nią przy­wi­tać, ale prze­szko­dzi­ła jej w tym An­drea.

– Dzwo­nił Ri­chard – po­wie­dzia­ła, nie sta­ra­jąc się na­wet ukryć nie­sma­ku. Pi­ło­wa­ła swo­je ide­al­nie wy­ma­ni­kiu­ro­wa­ne pa­znok­cie z taką za­ja­dło­ścią, jak gdy­by usi­ło­wa­ła ze­trzeć z nich nie­wi­docz­ne mi­kro­by.

– Na­praw­dę? – spy­ta­ła Ju­lie. – Cze­go chciał?

– Nie py­ta­łam – od­par­ła ostrym to­nem An­drea. – Nie je­stem two­ją se­kre­tar­ką.

Ma­bel po­krę­ci­ła gło­wą, jak gdy­by chcia­ła po­wie­dzieć Ju­lie, żeby się nie przej­mo­wa­ła.

Sześć­dzie­się­cio­trzy­let­nia Ma­bel była jed­ną z naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek Ju­lie – i fakt, że była za­ra­zem ciot­ką Jima, nie­wie­le miał z tym wspól­ne­go. Je­de­na­ście lat temu Ma­bel za­ofe­ro­wa­ła Ju­lie pra­cę oraz kąt do miesz­ka­nia i mło­da ko­bie­ta wie­dzia­ła, że nig­dy jej tego nie za­po­mni, lecz jed­no­cze­śnie był to na tyle dłu­gi okres, by Ju­lie zda­ła so­bie spra­wę, iż to­wa­rzy­stwo Ma­bel cie­szy­ło­by ją rów­nież, gdy­by żad­na z tam­tych rze­czy nie mia­ła miej­sca.

Nie prze­szka­dza­ło jej, że Ma­bel była, ła­god­nie to uj­mu­jąc, nie­co eks­cen­trycz­na. Po wie­lu la­tach spę­dzo­nych w mia­stecz­ku Ju­lie zdo­ła­ła na tyle po­znać wszyst­kich jego miesz­kań­ców, że mia­ła świa­do­mość, iż każ­dy z nich jest barw­ną po­sta­cią. Jed­nak­że Ma­bel była eks­cen­trycz­ką przez duże „E”, zwłasz­cza w tym ma­łym kon­ser­wa­tyw­nym po­łu­dnio­wym mia­stecz­ku, i to wca­le nie dla­te­go, że mia­ła dwa nie­szko­dli­we dzi­wac­twa. Ma­bel róż­ni­ła się od in­nych i do­brze o tym wie­dzia­ła. Mimo dwóch pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa nie wy­szła za mąż i już choć­by to wy­klu­cza­ło ją z roz­ma­itych klu­bów oraz krę­gów to­wa­rzy­skich osób w jej wie­ku. Je­śli na­wet po­mi­nąć jej inne dziw­ne przy­zwy­cza­je­nia – fakt, że jeź­dzi mo­to­ro­we­rem, nosi z upodo­ba­niem ubra­nia w krop­ki i uwa­ża swój zbiór pa­mią­tek po Elvi­sie za dzie­ła sztu­ki – Ma­bel nadal uzna­wa­no by za oso­bę dość dziw­ną z po­wo­du tego, co zro­bi­ła po­nad ćwierć wie­ku temu. Gdy mia­ła trzy­dzie­ści sześć lat, po ca­łym do­tych­cza­so­wym ży­ciu spę­dzo­nym w Swans­bo­ro, znik­nę­ła na­gle, nie mó­wiąc ni­ko­mu, do­kąd wy­jeż­dża, a na­wet, że w ogó­le wy­jeż­dża. Przez ko­lej­ne osiem lat przy­sy­ła­ła swo­jej ro­dzi­nie wi­do­ków­ki z ca­łe­go świa­ta – Ay­ers Rock w Au­stra­lii, Ki­li­man­dża­ro w Afry­ce, fior­dy w Nor­we­gii, port w Hong­kon­gu, Wa­wel w Pol­sce. Gdy wresz­cie wró­ci­ła do Swans­bo­ro – zja­wia­jąc się w ro­dzin­nym mie­ście rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, jak kie­dyś znik­nę­ła – roz­po­czę­ła do­kład­nie od tego miej­sca, któ­re opu­ści­ła, wpro­wa­dza­jąc się z po­wro­tem do tego sa­me­go domu i za­czy­na­jąc zno­wu pra­cę w sa­lo­nie. Nikt nie wie­dział, dla­cze­go to zro­bi­ła ani skąd zdo­by­ła pie­nią­dze na po­dróż albo na kup­no sa­lo­nu rok póź­niej, ona też nig­dy nie od­po­wie­dzia­ła na to py­ta­nie, gdy je za­da­wa­no. „To ta­jem­ni­ca” – mó­wi­ła, ro­biąc oko, co do­le­wa­ło jesz­cze oli­wy do ognia i miesz­kań­cy mia­stecz­ka szep­ta­li po ką­tach, że jej prze­szłość nie tyl­ko jest tro­chę po­dej­rza­na, ale że ma­ją­tek Ma­bel jest znacz­nie więk­szy niż parę sko­rup w ser­want­ce z por­ce­la­ną.

Ma­bel nie przej­mo­wa­ła się tym, co my­ślą o niej lu­dzie, ale dla Ju­lie sta­no­wi­ło to część jej uro­ku – ubie­ra­ła się, jak chcia­ła, prze­sta­wa­ła z tym, z kim chcia­ła, i ro­bi­ła to, co chcia­ła. Ju­lie za­sta­na­wia­ła się wie­le razy, czy dzi­wac­twa Ma­bel są praw­dzi­we, czy też star­sza pani po pro­stu wy­my­śla je po to, żeby wiecz­nie in­try­go­wać lu­dzi. Tak czy owak, Ju­lie uwiel­bia­ła w niej wszyst­ko. Na­wet skłon­ność do wści­bia­nia nosa w nie swo­je spra­wy.

– A więc jak się uda­ła rand­ka z Ri­char­dem? – spy­ta­ła Ma­bel.

– Szcze­rze mó­wiąc, mar­twi­łam się tro­chę o cie­bie przez cały czas – od­par­ła Ju­lie. – Oba­wia­łam się, że mo­żesz na­cią­gnąć so­bie mię­sień szyi, je­śli bę­dziesz da­lej wy­krę­ca­ła gło­wę, pró­bu­jąc pod­słu­chać na­szą roz­mo­wę.

– Och, nie mu­sia­łaś tak się przej­mo­wać – uśmiech­nę­ła się Ma­bel. – Ta­blet­ka ty­le­no­lu i na­za­jutrz czu­łam się jak nowo na­ro­dzo­na. Nie zmie­niaj te­ma­tu. Jak było?

– Cał­kiem nie­źle, bio­rąc pod uwa­gę, że do­pie­ro się po­zna­li­śmy.

– Stam­tąd, gdzie sie­dzia­łam, wy­glą­da­ło to pra­wie tak, jak gdy­by cię już skądś znał.

– Dla­cze­go tak my­ślisz?

– Nie wiem. Może spra­wi­ła to jego mina, a może spo­sób, w jaki się w cie­bie wpa­try­wał przez cały wie­czór. Od­nio­słam wra­że­nie, że jego spoj­rze­nie jest przy­twier­dzo­ne do two­jej oso­by nie­wi­dzial­ny­mi sznur­ka­mi.

– To nie rzu­ca­ło się chy­ba aż tak bar­dzo w oczy, co?

– Ko­cha­nie, on wy­glą­dał jak ma­ry­narz, któ­ry uzy­skał po­zwo­le­nie zej­ścia na ląd i oglą­da ka­ba­ret z go­ły­mi pa­nien­ka­mi.

Ju­lie ro­ze­śmia­ła się, wkła­da­jąc ki­tel.

– Przy­pusz­czam, że mu­sia­łam zro­bić na nim pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie.

– Może.

Coś w to­nie Ma­bel ude­rzy­ło Ju­lie.

– O co cho­dzi? Nie po­do­ba ci się?

– Tego nie po­wie­dzia­łam. Prze­cież jesz­cze go nie znam, za­po­mnia­łaś o tym? Nie było mnie tu­taj, kie­dy przy­szedł do sa­lo­nu, a w so­bo­tę nie przed­sta­wi­łaś nas so­bie. By­łaś zbyt za­ję­ta od­wza­jem­nia­niem spoj­rzeń. – Ma­bel pu­ści­ła do niej oko. – Poza tym w głę­bi du­szy je­stem sta­rą ro­man­tycz­ką. Do­pó­ki męż­czy­zna słu­cha z ta­kim za­in­te­re­so­wa­niem tego, co mó­wisz, wy­gląd nie jest taki waż­ny.

– We­dług cie­bie nie jest przy­stoj­ny?

– Och, znasz mnie, mam sła­bość ra­czej do fa­ce­tów, któ­rzy przy­cho­dzą do An­drei. Te ta­tu­aże na ra­mio­nach są ta­kie sek­sow­ne.

Ju­lie par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Uwa­żaj, żeby An­drea nie usły­sza­ła tego, co mó­wisz. Mo­gła­by się ob­ra­zić.

– Nie ma oba­wy. Do­pó­ki nie za­cznę ry­so­wać, nie do­my­śli się, o kim roz­ma­wia­my.

W tym mo­men­cie otwo­rzy­ły się drzwi i do sa­lo­nu we­szła ko­bie­ta. Pierw­sza po­nie­dział­ko­wa klient­ka Ju­lie. Po chwi­li zja­wi­ła się klient­ka Ma­bel.

– No więc… czy za­mie­rzasz się z nim zno­wu umó­wić? – spy­ta­ła Ma­bel.

– Nie wiem, czy mnie o to po­pro­si, ale je­śli tak, to chy­ba się zgo­dzę.

– A chcia­ła­byś, żeby tak się sta­ło?

– Tak – przy­zna­ła Ju­lie. – Ra­czej tak.

– Hm… a co na to po­wie twój cu­kie­re­czek, Bob? – spy­ta­ła Ma­bel z bły­skiem z oku. – Zła­miesz mu ser­ce.

– Może je­śli za­dzwo­ni zno­wu, po­wiem mu, że je­steś za­in­te­re­so­wa­na.

– Och, bar­dzo pro­szę, ko­niecz­nie zrób to, po­trze­bu­ję ko­goś, kto po­mógł­by mi ob­li­czyć po­da­tek. Oba­wiam się jed­nak, że bę­dzie uwa­żał, iż je­stem dla nie­go nie­co zbyt śmia­ła. – Ma­bel umil­kła na chwi­lę. – A jak to przy­jął Mike?

Wi­dzia­ła ich przez okno, jak roz­ma­wia­li.

Ju­lie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wie­dzia­ła, że Ma­bel ją o to za­py­ta.

– Do­brze.

– To świet­ny fa­cet, wiesz o tym.

– Tak, wiem.

Ma­bel nie na­ci­ska­ła wię­cej, ma­jąc świa­do­mość, że jej wtrą­ca­nie się może tyl­ko po­gor­szyć sy­tu­ację. Pró­bo­wa­ła już kil­ka­krot­nie, nie­ste­ty, bez skut­ku. Ża­ło­wa­ła jed­nak, że spra­wy mię­dzy tymi dwoj­giem do­tąd się nie uło­ży­ły. Uwa­ża­ła, że Mike i Ju­lie sta­no­wią świet­ną parę. I bez wzglę­du na to, co każ­de z nich so­bie wy­obra­ża, była pew­na, że Jim nie miał­by ab­so­lut­nie nic prze­ciw­ko temu.

Kto może le­piej od niej to wie­dzieć? Prze­cież była jego ciot­ką.

* * *

Gdy po­ran­ne słoń­ce za­czę­ło nie­źle do­pie­kać, klucz fran­cu­ski Mike’a za­blo­ko­wał się we wnętrz­no­ściach sil­ni­ka. Usi­łu­jąc go uwol­nić, szarp­nął tro­chę za moc­no, ka­le­cząc się przy tym w rękę. Zde­zyn­fe­ko­wał ranę i za­ło­żył opa­tru­nek, po czym spró­bo­wał jesz­cze raz z do­kład­nie ta­kim sa­mym skut­kiem. Za­klął pod no­sem i od­szedł ze zło­ścią od sa­mo­cho­du, mie­rząc go lo­do­wa­tym spoj­rze­niem, jak gdy­by pró­bo­wał wy­mu­sić na nim, żeby pod­dał się jego za­bie­gom. Przez cały ra­nek Mike ro­bił błąd za błę­dem w na­pra­wia­niu, za­ję­ciu, któ­re było jego dru­gą na­tu­rą, a te­raz nie po­tra­fił na­wet wy­swo­bo­dzić głu­pie­go klu­cza. Oczy­wi­ście nie była to jego wina. Winą obar­czał Ju­lie. Jak mógł się skon­cen­tro­wać na pra­cy, sko­ro nie po­tra­fił prze­stać my­śleć ojej rand­ce z Ri­char­dem?

Sym­pa­tycz­nej rand­ce. Świet­nej za­ba­wie.

Co w niej było, za­sta­na­wiał się, ta­kie­go sym­pa­tycz­ne­go?

I co Ju­lie ro­zu­mia­ła przez za­ba­wę?