Wydawca: Novae Res Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Anielski śpiew - Adrian Turzański

Bóg odszedł dawno temu, pozostawiając władzę w niepewnych rękach. A skoro nie wiadomo co dalej, najlepiej zdaniem Archaniołów rozpętać apokalipsę. Nadchodzi koniec i wypada go porządnie zwiastować.

Pech chciał, że Archaniołowie wybrali nieudolnego skrzydlacza, który mimo wytycznych i niemałej mocy spaprał całą robotę. Jedyne, co Gabrielowi przysparza teraz uśmiechu na twarzy to fakt, że niedługo odnajdzie miecz zdradzieckiego Michała i napełni swój kielich ludzką krwią. No i nareszcie pozbędzie się tych wszystkich kłopotów związanych z Upadłym!

Mimo wszystko są na tym i tamtych dwóch światach osoby, którym wizja końca nijak się nie podoba.

Nadchodzi koniec, a z nim On... i wszyscy wyklęci.

Opinie o ebooku Anielski śpiew - Adrian Turzański

Fragment ebooka Anielski śpiew - Adrian Turzański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spytał mnie raz:

Czy Słońca nadejdzie czas

Odpowiedź wysnuła się sama

Gdyż pole gwiazd usiane przez Wiecznego Pana

NARRATOR

 

 

 

 

 

Ujrzałem, że w nich napisano to,

że z pokolenia na pokolenie czynić będą zło,

aż powstanie pokolenie sprawiedliwe,

a pokolenie czyniących zło zostanie zniszczone

i grzech odejdzie z ziemi i nastanie na niej

wszelkie dobro.

APOKALIPSA NOEGO,KSIEGA HENOCHA

 

 

Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało,

ani serce człowieka nie zdołało pojąć,

jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.

APOKALIPSA ELIASZA

PROLOGSPOTKANIE PO LATACH…

 

 

 

PRZEDBRAMIE NIEBIOSGODZINA PAŃSKA

Złota godzina w niebie zawsze była czymś wyjątkowym, dlaczegoż by nie? Przecież Anioł Pański zstępuje na ziemie jak ongiś sam Pan do rajskiego ogrodu na spotkanie z Adamem, jeszcze przed Ewą, ba, jeszcze przed Lilith. Schodził tak każdego dnia, właśnie w tak miłe południe, kiedy słońce i jego opiekun wzbijały się nad swym okręgiem w najwyższym majestacie. Tak było naprawdę, bardzo, ale to bardzo dawno temu. Ale kto wymyślił, że jakiś, za przeproszeniem Anioł, w dodatku Pański, jak piesek miał zstępować w miłosiernej aurze na ziemię po to, by nieść ludziom pokój, nadzieję i inne takie tam pierdoły. To godzina zwyczajna, jak każda inna, i nie powinno się jej nadto wywyższać… wszak to nie niedziela.

Smukła twarz, gładko zgolona o nieznacznych rumieńcach dodającym jej uroku, opadła, znużona dwugodzinnym wyczekiwaniem, ale tak to już jest, gdy się rodzeństwo umawia incognito. Starannie uczesana grzywa prostych, ciemnokasztanowych kosmyków sięgających ramion, zwieńczających wyniosłe czoło należące do Michała, tak, tego Michała. Archanielskie skrzydła jak to zwykle, a raczej z przyzwyczajenia bywa okrywał czar, dzięki któremu nie były dostrzegane gołym okiem. W zasadzie anioły w tym czasie już rzadko kiedy paradowały jawnie z bialuśkim upierzeniem na plecach, to takie niemodne. Teraz używa się ich z reguły ceremonialnie lub w ostateczności. Stereotypem jest natomiast fakt, że służą im do przemieszczania się, istna bzdura. Ale jak to zazwyczaj bywa, dziś nawet w najgłębszym kłamstwie możemy doszukać się ziarna prawdy. Owszem, kiedyś im do tego służyły, na początku. Później było to zbyt ryzykowne, zawały ludzi na ich widok, i takie tam, po co się narażać. Potem Bóg stworzył im międzyświaty, takie dróżki, którymi po niedługim spacerku można było się dostać tam, gdzie się żywnie chciało. To też nie wypaliło, aż w końcu nadszedł czas na wolny lot, czyli w najbliższym przybliżeniu teleportacja, i teraz tak po prostu skaczą sobie z miejsca na miejsce, a skrzydła mogłyby pójść już w cholerę, choć, jak już wcześniej wspomniano, przydają się w ostateczności. Jednakże pewne jest to, że wizyty w jednej z niebiańskich sal nie możemy nazwać ostatecznością.

W niewielkim pokoju o rażąco białych ścianach stał długi, prostokątny stół i cztery zwykłe krzesła, rozstawione prostopadle do niego. Taki zestaw spokojnie moglibyśmy znaleźć w pierwszym lepszym salonie meblowym, jednak to nie o gustach przyszło nam dyskutować. Pomieszczenie przynosiło na myśl dentystyczną poczekalnię, no i w pewnym sensie taką spełniało rolę. Oczywiście nie chodzi mi o przedpokój stomatologa, w żadnym bądź razie, tu szło o pokój spotkań niebiańskich istot. Aniołów.

Archanioł sam nie wiedział, po co został wezwany, zwłaszcza po tych kilku głuchych latach, kiedy Niebo milczało. Przesunął subtelnie dłonią po ułożonej czuprynie, mierzwiąc nerwowo szykowną fryzurę. Brązowy kosmyk zsunął się delikatnie na jego policzek. Dmuchnął, odganiając niechcianego gościa i westchnął głucho, zakładając ręce.

„Może nareszcie coś w tej sprawie się ruszyło — pomyślał — Nie. Z całą pewnością ja wiedziałbym pierwszy, to musi być coś innego. Przecież nie po to tyle lat szuk…”

Przez izbę przeleciał bezwstydnie wiaterek. W mgnieniu oka zrobiło się porównywalnie chłodniej niż wcześniej, co mogło wróżyć w tym miejscu tylko jedno. Wolny lot, a co za tym idzie, innego anioła.

— Witaj — zaczął oschle Michał, unosząc głowę. Odrzucił nieco bardziej na bok pukiel włosów, który w czasie podniesienia makówki obsunął mu się na oczy, po czym przyjrzał się uważniej przybyłemu archaniołowi.

Jak zwykle, nic do zarzucenia.

Nienagannie podczesana burza włosów, obkutych złotem czy innym świecidełkiem, nadającym przyjacielską aurę i coś, czego nie dało się opisać słowami… a może jednak. Czar sprawiający, że kto by nie spojrzał, od razu dawał złapać się na ten haczyk i mógłby oddać się jasnowłosej postaci bez końca.

Na Michale nie robiło to większego wrażenia, przecież był potężniejszy, a przynajmniej za takiego uchodził. Nawet w oczach Najwyższego Pana.

— Już jesteś? — spytał nietaktownie w szczerym zdziwieniu, poprawiając oklapły kołnierz kremowego prochowca, w taki sposób, że teraz wyglądał jak bandyta w eleganckim płaszczu.

— Siadaj! — podsunął niebiański brunet, wskazując dygnięciem gładkiego podbródka krzesło naprzeciwko siebie.

Jego brat raptownie odsunął je i kompromisowo na nim usiadł.

— To co tak szybko? — wyszczerzył dwa rzędy nieskazitelnie mlecznych zębów.

Michał do razu rzucił surowym spojrzeniem w jego kierunku. „A niby kiedy miałem przyjść” — powiedział w myślach, ale nie chciał już pogłębiać się w tych zarzutach i przy okazji nie miał zamiaru zaczynać od kłótni.

— No dobra, dobra — machnął rękami złotowłosy. — Przecież znasz mnie nie od dzisiaj. Lubię się spóźniać, czy coś w tym dziwnego? Każdy ma jakieś hobby — dodał nieadekwatnie.

Najwyższy spośród archaniołów dostrzegł w słowach Gabriela nieco racji. Znał go nawet za dobrze i świetnie wiedział, że musiałaby być wigilia, żeby jego brat, jak zwykle się nie spóźnił, a trafił w samą porę. Te kilka… kilkanaście, kto by to zliczył, tysiącleci powinno go już przecież odpowiednio uodpornić na niepunktualność jasnowłosego. Jak do tej pory znosił to poniekąd z ulgą, ale teraz, gdy wszystko się wali, a Bóg nadal nie wraca z niezapowiedzianych wakacji, nie było na to za dużo czasu.

— Niech ci będzie — podjął surowo, odpuszczając tylko dla swego postanowienia. — Mów, co słychać w niebie?

— Od kilku lat nic się nie zmienia. Po staremu. Odkąd szukasz na ziemi Ojca… — urwał nagle i zaczął się zastanawiać. — W sumie nic konkretnego — oznajmił po chwili.

Michał spojrzał na niego jeszcze raz surowym spojrzeniem. Dostrzegł, że jest nie do końca szczery i wiedział, że anioł długo nie wytrzyma pod ciężarem jego wzroku. Taka wrodzona cecha, czy tam zdolność wymuszania na kimś zeznań. Przydałby się ktoś taki w policji, oj, przydał.

— Gabriel! — chlapnął gorączkowo.

Złotowłosy uciekł oczami i opuścił do połowy powieki, wpatrując się bezcelowo w kant stołu i koniuszkiem palca zaczął po nim przejeżdżać.

— Takie to zwyczajne, ludzk…

— Gabriel! — powtórzył z impetem, wbijając zaciśniętą pięść z rozmachu w lico heblowanego blatu.

— Nie w tej chwili, Michale! — mruknął pośpiesznie. — I nie tutaj.

— A niby gdzie?

— Ciii… — przyciągnął palec do ust, ten sam, którym sprawdzał jakość mebla. Błękitne niczym poranne fale spokojnego morza oczy archanioła powiodły po sklepieniu podłużnej sali. Michał podparł się wygodnie o oparcie stołka. I zrobił to samo, co jego brat. Malowidło, jakie pokrywało sufit, było typowym dla tradycyjnego chrześcijaństwa miszmaszem w stylu fresków Michała Anioła. Dużo rozłożystych drzew, obficie przesilonych dojrzałymi owocami, o różnych barwach i wielkościach, zwierzętach pasących się beztrosko na zielonych polankach, marmurowa fontanna wyrzeźbiona ręką nie inną jak Boga, z której tryskały cztery lazurowe strumyki, kobieta, mężczyzna. Radość, łaskawość, doskonałość we wszystkich proporcjach. Ot, po prostu — Eden. Jedyne, co w tym wszystkim nie harmonizowało, to wychylająca się zza jabłoni postać kosmatego blondynka o cherubinkowej twarzy, nadzwyczaj realistycznej jak na imitację renesansowego fresku.

Brunet zerknął kątem oka na brata. „Nie, to nie on” — pomyślał i tym razem baczniej przyjrzał się podejrzanej postaci. „Niebiański” — stwierdził. W dodatku jakby dygnął nieznacznie. Gabriel przechylił się nad stołem do Michała.

— Przyjdź tam, gdzie zawsze, zanim… — wyszeptał rubasznie. — O północy, wiesz gdzie — dodał po chwili pokrętnie, przewracając błękitnymi oczyma.

Michał pokiwał zdecydowanie głową. Zrozumiał brata doskonale, bez jakichkolwiek wyjaśnień. Od bardzo dawna brakowało mu takich miejsc, jak te.

— To znaczy, że jak się spóźnię ociupinkę — pokazał na palcach delikatną wnękę. — Tak o kilka godzin, to nic się nie stanie — uśmiechnął się na koniec półgębkiem i z błyskiem w bursztynowych oczach, co było wielkim wyjątkiem wśród anielskiej świty, puścił dziarskie oczko.

Lekki wiatr poruszył blond czuprynę Gabriela. Znów zrobiło się nieznośnie chłodno. Tym jednak razem był to tak zwany chłód odlotu, bardziej mroźny po wylocie niż po przybyciu.

Michała nie było już w pokoju.

Zniknął…

Złotowłosy archanioł pokręcił z niesmakiem makówką, nieznacznie uchylając usta. Wstał, oparł się o ścianę, spojrzał w górę, po czym wyszczerzył się w pełni szelmowsko. Ułożył zgrabnie dłonie w piramidkę na rąbku podwiniętej koszuli i pokiwał wskazującym palcem.

— A my, Natanielu, mamy sobie co nieco do pogadania — wypowiedział ze szczyptą przestrogi, zaciskając wyciągniętą pięść w górę i nagle szarpnął nią z powrotem do siebie. Z malowidła wypadł anioł. Lokowany, na pierwszy rzut można by było uznać go za jeszcze nieletniego. I upadł, obtłukując sobie wszystkie kości. A swoją podróż turlającą zakończył tuż pod wystawionym szpicem buta archanioła.

— Cy, cy, cy… — cedził przez uśmiechniętą gębę. — To teraz się nieco zabawimy.

Wyciągnął naszyjnik zakończony platynowym krzyżykiem i zaczął mamrotać coś w języku znanym tylko przedbabelowym.

 

*

 

CENTRAL PARK. NOWY JORK

Cichutki szmer wiatru, przedzierającego się przez liściaste gałęzie, znakomicie koił. W tak spokojnym miejscu jak to nie można było się wiecznie denerwować. Tu zawsze panowała aura spokoju. Krystaliczna tafla wody odbijała niczym gładkie zwierciadło srebrzysty majestat księżyca, będącego niemalże w pełni. Michał znał to miejsce bardzo dobrze. Jeszcze za czasów pustostanu spotykał się tu z Gabrielem, ale to nie wszystko. To miejsce było jego samotnią, odskocznią od wszelkich boskich poleceń. Było… Niegdyś to miejsce miało w sobie większą wyjątkowość, dziś pozostał po tym jedynie cień, choć nadal czuć tu silną ingerencję Stwórcy, a — jak wiadomo — to nie jest zbyt powszechne. Poza mistycznym skarbem na dnie niewielkiego jeziorka w nowojorskim Central Parku, archanioł znał wszystkie tego typu miejsca na ziemi. Jedno, jak go pamięć nie myli, znajdowało się w pobliżu ośnieżonego szczytu góry Kailash, drugie na Golgocie i trzecie na górze Synaj, gdzie ongiś sam Metatron zszedł w imieniu i postaci Bożych rąk, by ofiarować nijakiemu Mojżeszowi słowo Pana, a ten spisał je jako ludzkie prawa — Dekalog — i zaniósł swemu ludowi. Tych miejsc, jakby tak dobrze pomyśleć, nie było aż tak mało, ale kto by je tam wszystkie zliczył. Ostatnie, jakie miało większe znaczenie, leżało gdzieś w środkowej Europie, na wzgórzu. Michał nie był teraz w stanie określić dokładnego miejsca jego położenia. W zasadzie nie był nawet pewny, czy to do końca jedno z tych miejsc, czy tylko jakaś głęboko zakorzeniona legenda miejskich mitów, o niespotykanych czakramach i innych takich…

— Święty Michale Archaniele, broń nas w walce.A przeciw niegodziwościom i zasadzkom złego ducha, bądź nam obroną — przerwał mu bez namysłu schrypnięty głos starszej pani. Anioły moją to w genach, że gdy tylko ktoś w pobliżu skieruje do nich swe modły, od razu dostają o tym cynk, po prostu to słyszą. Teraz może nie aż tak często jak dawniej, a w sumie z dnia na dzień takie modły stają się ulotną chwilą. Czymś, co nie ma już prawa bytu w obecnym świecie.

Spacerująca po parku dwójka zakochanych przeszła koło archanioła, głośno rozmawiając o nieprzyzwoitych planach na wieczór.

Michał miał zblazowaną minę.

„Kto by to widział” — pomyślał. I to tak przed ślubem, wyczytał jeszcze z umysłu dziewczyny. Nie robił tego często, ale dziś, nawet tak z nudów, chciał się tylko upewnić, czy ten świat już całkowicie się nie stoczył.

Niebiański był tu zaledwie dwa lata temu, a asfaltowy deptak pofałdował się nie do poznania, nabierając kilku pokaźnych nierówności. Miejsce spotkań było wyznaczone, brakowało tylko drugiego anioła. Mimo zwodniczego tonu i krętego języka Gabriela, skrzydlaty nie pomylił się ani na jeden cal. Przecież tylko tutaj się spotykali.

„A może źle usłyszałem” — zastanowił się Michał. Nie, zdecydowanie to tutaj. Innej opcji nie ma, a do północy zostało jeszcze kilka minut. Spojrzał na zegarek, by się jeszcze upewnić, ile pozostało mu czasu.

Zmęczony wiecznym wyczekiwaniem anioł zaczynał myśleć nieracjonalnie. Jedyne na co miał teraz ochotę, to sen. Długi, w mięciutkiej pierzynie w skandynawskim motelu, ogrzewanym przez kilka ceglanych kominków. Poza tym anioły też śpią, bez wyjątku, no może z tym jednym… Złym.

Michał, szurając gumową podeszwą po nawierzchni, przyczłapał do pobliskiej ławki, leżącej tuż pod długimi konarami starego dębu. Na brzozowych, solidnie wydłutowanych deseczkach, pociągniętych bardzo ciemnym lakierem, nadającym ławeczce kasztanowej barwy, leżała stara, przetarta na okładce Biblia. Ze zgrabnie wsuniętą pomiędzy stronice pokerową kartą, z widniejącym na kancie napisem „Joker”. Michał nie musiał dużo główkować, by domyślić się, że nie leży ona tam przypadkiem, a tylko jedna osoba mogła ją tam zostawić. Podniósł ją, otworzył na wyznaczniku i przewertował pierwsze co rzuciło mu się w oczy:

— Potem ujrzałem: Oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem… —przeczytał na głos pierwsze zdanie, intonacją godną wprawnego lektora i zrozumiał tyle co nic. Choć coś mu w głowie świtało. Ktoś…

Pokiwał nieporadnie makówką i wykrzywił twarz w niedbałym grymasie.

— Możesz już wyjść, Gabrielu — powiedział.

W największym cieniu, krył się cień podpierający drzewo. Po chwili wysunął się z niego swobodnie, ukazując swe piękne oblicze w świetle parkowej latarni. Wsunięte po łobuzersku dłonie w kieszenie, sugerowały, że stał tam już od jakiegoś czasu. Podszedł do swojego brata i umownym gestem dygnięcia podbródka, pokazał, że jest gotowy na pytania, jakiekolwiek by one nie były.

— Podsuwasz mi tu jakieś wycinki z ludzkiej interpretacji — zarzucił. — Co to niby ma znaczyć?

— Nic — odparł przekomarzająco blondwłosy.

— Gabriel, powiedz mi, co tak naprawdę dzieje się w niebie? — spytał, zatrzaskując palec w księdze, na ostatnio czytanej stronie.

— Jak już wcześniej wspomniałem, wszystko po staremu — odpowiedział wątpliwie. — Cnoty żrą się z Panowaniami, serafini sprzeczają z cherubinami o to, kto ma większe zadanie. À propos, przecież każdy wie, że to właśnie cherubiny odegrają niedługo istotną rolę…

Michał zmierzył brata podejrzliwie.

— …święci tradycyjnie wadzą, a Metatron panoszy się po sali tronowej, jakby to on teraz przejął dowództwo i stał się pod nieobecność Ojca jego zastępcą, czy nawet, Adonai — wyparł z niekrytą pogardą, a dobrze jest wiedzieć, że Metatrona nigdy nie cierpiał, jeszcze zanim wybudowano te wszystkie świątynie. Zbyt wyniosły i arogancki, jak na kogoś w swoim położeniu. — I co… — kontynuował Gabriel — …że to jego dawniej wybrał Pan, by stworzył nowe zastępy. To było dawno i nieprawda. Nie ma już swych mocy, został niedołężnym młodzieńcem wśród starców. Poza tym, reszta poczyna podobnie. No, może za wyjątkiem Opiekunów, ci prócz tego, że nie za dobrze radzą sobie ze swoimi zadaniami, użalają się nad sobą, swymi podopiecznymi i tym całym zgniłym światem. Ale już niedługo i oni wcale nie będą nam potrzebni — złapał się raptownie otwartą dłonią za usta, i dopiero wtedy zorientował się, że nie powinien tego głośno mówić. Zwłaszcza przy kimś takim jak Michał. Z zupełnie innym przekonaniem, na którego trzeba znaleźć sposób. Bo jest potężniejszy.

— Wiem, po co mnie wezwałeś, Gabrielu — oświadczył zdezorientowany brunet.

— Tak naprawdę nic nie wiesz — wyrzucił sucho. — Od czasu kiedy szwendasz się po całym świecie w bezcelowym poszukiwaniu Pana, nic nie wiesz.

Archanioł spojrzał kpiąco prosto w błękitne oczy brata.

— Co ty w ogóle masz na myśli? — spytał.

— Nic, co byłoby sprzeczne z wolą Pana — odpowiedział.

— Że co?

— Przecież przeczytałeś — skrzydlaty wskazał gestem na trzymaną przez Michała księgę, po czym kącik jego ust powędrował ku górze, tworząc szelmowski półuśmiech.

Michał, nie zważając na nic, otworzył Biblię na przytrzymywanej przez palec stronie. Jeszcze raz prześledził tekst, tym razem znacznie dokładniej i zlustrował tytuł widniejący na nagłówku górnej części kartki.

Wzdrygnął się nieznacznie.

— Apokalipsa świętego Jana? — krzyknął zdumiony. — Czy wyście już wszyscy do reszty oszaleli?

Aureola zalśniła złotawą poświatą nad głową jasnowłosego. Archanioł wyraźnie wyszczerzył mleczaki.

Wzruszył ramionami i zaśmiał się obłędnie.

— Michale, czas jest odpowiedni — objaśnił czupurnie, mierzwiąc stylowo ściętą brodę.

— Czas?! Na co?

— Jeszcze się głupio pytasz? — zaśmiał się. — Na sąd ostateczny, wielkie bum, ostateczną rozprawkę z Upadłym i jego poplecznikami, i oczywiście nową witrynę świata — dodał powoli.

Michał zmrużył nieporadnie czoło. Coś było nie tak, naprawdę nie tak.

— Nie ma czego żałować — stwierdził Gabriel. — Odrobina gruzu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Oni i tak prędzej czy później do tego doprowadzą, a patrząc na ich wiarę i poczynania, zdecydowanie prędzej. Ten świat jest jak kwiat… ten kwiat właśnie więdnie, nie ma tu miejsca dla Boga. Pod ciężarem grzechu wszystko runie, a my nic sobie przez to nie robimy. Ale to się teraz zmieni i ty…

— Co ja? — wtrącił.

— Co ty? — rzucił prześmiewczo. — Od samego początku wiedziałeś, na co się piszesz. Właśnie ty, najwyższy z nas, generał wojska niebieskiego i pan boskiego miecza — zawiesił głos, opadając figlarnie na ławkę. — Ty i nikt inny, chyba że…

— To nie jest takie proste — przerwał, przysiadając się obok.

— Wiedziałem — zacisnął niechętnie wargi. — Od samego początku wiedziałem — powtórzył celowo, nadając rozmowie ironicznego tonu.

— Nie rozumiesz? On by tego nie chciał.

— A myślisz, że dlaczego nas opuścił? — zapytał dosłownie. — Boga, jakiego znamy, już nie ma, Michale — wycedził bez ogródek, w zawrotnym przekonaniu. — Zniknął, zostawił nas, ludzi, i ten cholerny świat, jak resztę innych światów, które zaczęły mu się nudzić. Opuścił go na zawsze, a to, że ty nadal w niego wierzysz, zresztą mnie nie dziwi. Sam od czasu do czasu odczuwam jego obecność i sam mam obawy. Ale na litość boską uwierz, że teraz gówno — uciął. — Bo inaczej tego nie mogę nazwać, gówno go obchodzi jakieś Niebo, anioły, demony i ludzie. Zostawił nas, bo sam nie chciał brudzić sobie rączek apokalipsą… to my mamy ją rozpocząć, i to my ją rozpoczniemy. Czy ci się to podoba czy nie. Ten świat zasługuje na lepsze… na Boga… ale teraz nie jest godzien go przyjąć. Takie jest nasze ostatnie zadanie. Zanim nastanie Nowa Jerozolima.

Ciemnowłosy archanioł spojrzał jeszcze raz w głębie bratnich oczu. Niewielka łza zalśniła pod jego powieką.

— Sam widzisz. Przez te kilkanaście lat zmieniłeś się, zmieniłeś się w kogoś, kim nie chciałby, żebyś się stał. To takie ludzkie — parsknął kąśliwie.

— Nie, Gabrielu — zaprzeczył. — To przejawy miłosierdzia.

— Miłosierdzia? — powtórzył zdziwiony. — Uważasz się za Boga czy co?

„Nie” — odpowiedział w myślach.

— Michale, zrozum wreszcie, my nie mamy już odczuwać współczucia — sprostował. — Mamy działać wedle zaleceń Ojca, a jego ostatnim poleceniem było odkupienie, odkupienie całego świata.

Niebiański książę wyczuł coś niepokojącego. Na twarzy wysokiego anioła wymalował się podejrzany obłęd, ziarno pychy pożerające od środka, a nie przystało to bowiem jednemu z wyższych, choćby nie wiadomo, jakich czynów dokonał przed wiekami. Nie przystoi aniołowi, za takie rzeczy każe się upadkiem. A trzeba napomknąć, że był już jeden taki, nadmiernie miłujący Ojca. Świecący najjaśniej w chórze niebiańskich książąt. Pierwszy z aniołów, idealny przykład na daną chwilę, bo nawet tacy potrafią zniżyć się do najpodlejszego.

Ludzie głoszą steki bzdur i niedomówień, ta z nich jest największa. Myślą, że poszło o boski tron, całą tę władzę nad światem i niczym nieograniczoną moc. A większej herezji nie słyszałem, tak przecież nie było. Było znacznie gorzej…

Wszechmogący stoi ponad wszystkim i nigdy, ale to nigdy nie było możliwości, by ktoś z własnej woli raczył go zastąpić, choć w obecnej sytuacji, któż wie? Wracając do sedna sprawy. Upadłemu, temu pisanemu przez wielkie U, chodziło o coś, co dostali ludzie. Dar, którego można by rzec, poskąpiono boskim sługom. Pożądanie Pierwszegostało się tak wielkie, że przerodziło się w obsesję, a co za tym poszło — zajął się tym, o czym żaden anioł wcześniej nie śmiał choćby pomyśleć. Lata mijały nieubłaganie, a on pogrążał się w swym obłędzie, tworząc dzieła karygodne i niechciane za żadną cenę. Do czasu, aż przestał nad tym panować i wystąpił przeciw Bogu. Stworzył zło i skusił ludzi do łamania zasad, dał kobiecie owoc, a ona go wzięła i już na zawsze zagnieździła w sercu ludzkości grzech. Wielki bunt nieba był dopiero początkiem, na ziemi działy się rzeczy tak okrutne, że nikt nie odważyłby się ich spisać. A jednak stały się… wojna pochłonęła setki anielskich istnień. A tysiące zostały strącone z progu nieba wprost do otchłani, żelaznego więzienia wewnątrz świata. Niektórzy zdołali zbiec i skryć się pośród ludzi, by szerzyć szatańskie słowo, kusić i zabierać esencję dusz. Michał pamiętał ten dzień znakomicie, wszak sam musiał strącić swego brata w to piekło, by już do końca świata cierpieć i oczekiwać Ostatecznego Sądu. Demon przeszłości, jego nie da się wyrzucić, ma przypominać to, co trzeba naprawiać, ale nie ceną wszystkich istnień. Nie chciał przecież takiego losu dla Gabriela, jeśli Koniec okazałby się wielką pomyłką.

— Ehm, ehm, ehm… — odchrząknął płowowłosy anioł, wybijając brata z odmętów cienia przeszłości. Odpiął dwa górne guziki jedwabnej koszuli i westchnął głucho. Przy wyprężeniu piersi wysunął mu się przypadkowo złoty wisiorek, z wizerunkiem ukrzyżowanego Jezusa. Jedynego mieszańca, pół człowieka, pół niebiańskiego.

— A co o tej waszej apokalipsie sądzi Młody, co? — spytał zaciekawiony, wbijając się spojrzeniem w zwisający naszyjnik.

Gabriel zastanowił się chwilę.

— On — podjął melodyjnym tonem. — Nie ma nic przeciwko, zamknął się w tronowej sali i wysłuchuje bujd Metatrona, ale poza tym nie ma nic przeciwko.

— Nie ma nic przeciwko — powtórzył ironicznie, niczym echo.

— Ma ważniejsze sprawy na głowie. To nie jego misja.

— Jakie sprawy mogą być w ogóle ważniejsze? — zasyczał. — Bóg zaginął, aniołom z tobą na czele poprzewracało się w głowach. A on ot tak, ma coś innego na głowie?

— Nie pytaj, to nieistotne.

— Gabriel! — rzekł twardo, pusząc się gniewnym wciągnięciem powietrza. — Ty coś kręcisz, wzywasz mnie do nieba, później twierdzisz, że tam ściany mają uszy. A teraz odwracasz kota ogonem, co z tobą? Po co mnie w ogóle wezwałeś? Przecież wiesz, że ja nie przyłożę palca do waszych durnych pomysłów.

Na twarzy blondyna zagościł potulny grymas.

— Ty dobrze wiesz, o co mi chodzi — mrugnął do brata.

— Nie. Nie wiem i nie mam zamiaru grać z tobą dłużej w te twoje gierki. Jeśli to jakiś kolejny twój żart — zacisnął gniewnie pięści — to lepiej, żebyś zniknął teraz, albo zobaczysz… uciszę cię na wieki wieków. Amen.

Skrzydlaty poczerwieniał ze złości.

— Nie masz wyboru — odparł po chwili niejasno. — Wiesz, że to On, i nikt inny wybrał dla ciebie takie zadanie.

— Jakie zadanie?

— Ostateczne…

Michał pobladł, wszystko okazało się tak jasne, jak Najświętsza Panienka Wiecznie Dziewica.

— Łatwo wypowiedziane słowa z ust kogoś takiego jak ty, Gabrielu — odrzekł zręcznie, przybierając surowy głos, którym mógłby straszyć lwy w pobliskim zoo. — Twoje zadania z reguły nie były zbytnio skomplikowane. Odbieranie zaszczytów, pławienie się w chwale, piecza nad duszami, łonem Abrahama i zwiastowanie. Pojawianie się w snach ludzi, i to w takim wieku, w którym samo już pojawienie się anioła potrafiło zdziałać cuda, a ty… zaprawdę, to mogło męczyć. A moim… — zaciął się nieobecnie — … a moim jest zgładzenie własnego brata — spuścił ponuro lico.

Gabriel wzruszył ramionami.

— Nie musi tak być — zasugerował łagodnie, przerzucając na bok pasemko gęstej grzywy. Poczekał.

— Przecież… — Michał zamyślił się zmieszany. — Nalegałeś… kręciłeś… bym…

— Znalazłem jeden, taki mały kruczek w boskim prawie — wtrącił spokojnie. — Taka luka prawna, zapisana małym druczkiem pomiędzy wersami twojego przeznaczenia. Inny wybór.

— Inny? — powtórzył kasztanowłosy.

— Owszem, zupełnie inny — odpowiedział równie opanowanym tonem. Rozsiadł się wygodniej, odetchnął i lustrował maślanym spojrzeniem taflę jeziorka.

Wciąż czekał.

— No, mów! — ponaglił gorączkowo.

Złota aureola zajaśniała nad gęstą czupryną anioła, ostatecznie znikając w mroku. Staruszek siedzący po drugiej stronie w małej altance, otoczony stadem gołębi, które właśnie nakarmił, nie dowierzał własnym oczom.

Zemdlał. Zatrzymując akcję serca.

Twarz Gabriela rozciągnęła się wraz z dzikim uśmiechem.

— Widzisz, Michale — zaczął, wsuwając pod pazuchę rękę, po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni zwyczajny, plastikowy grzebyk…

„Co on tym razem kombinuje” — zastanowił się ciemnowłosy.

…dłoń archanioła przesunęła się wzdłuż mocno opierzonej głowy, rozczesując palikami szczotki chmarę niesfornych loków.

— Do sedna — burknął zniecierpliwiony słowną grą brata.

Skrzydlaty z powrotem wsunął grzebyk do kieszonki. Odwrócił się w stronę Michała i spojrzał błękitem swych oczu wprost na niego.

— Musisz po prostu oddać mi miecz… — powiedział niezwykle dźwięcznym głosem, wplątując w to szczyptę miłej pokusy.

Generał niebiańskich zastępów zwrócił gwałtownie głowę do blondyna. Z początku przyjrzał się bratu, niedowierzając uszom. Sądził, że ot tak, zdarzyło mu się przesłyszeć, ale nie.

— Powtórz! — zażądał burzliwie.

— Yyy… — złotowłosy wydobył z siebie niezrozumiały odgłos. — To jak będzie? — dopytał, unikając odpowiedzi, która mogła jeszcze bardziej uświadomić Michała o tym, czego właśnie od niego zażądał. Nie chciał narażać się komuś, kto na razie jest od niego potężniejszy.

Michał poruszył się nadmiernie wzburzony. Widocznie dopiero teraz słowa Gabriela zakłuły go w serce. Policzki rozpaliły mu się żarliwymi rumieńcami, wypalając na jego twarzy szkarłatne ośmiorniczki, z przepełnionych gorliwością krwinek. Jasnowłosy archanioł podkulił się pod gniewnym spojrzeniem brata. Nie był to bowiem odpowiedni czas na strojenie sobie żartów, z których dawniej tak bardzo słynął loczkowaty anioł, a już na pewno nie był to odpowiedni temat do takich rozmów, pomijając już istotę żądania. W takim stanie nie widział Michała od dnia strącenia, gdy miał do wszystkich i wszystkiego żal, najbardziej zaś do siebie samego, to wtedy narodził się w nim prawdziwy pustelnik.

— Chciałeś poznać sposób, to poznałeś — usprawiedliwił się szybko jasnowłosy, chcąc odwrócić od siebie jakiekolwiek podejrzenia.

Najwyższy spośród archaniołów buchnął powietrzem z nozdrzy.

Wstał i przeszedł parę kółek wokół ławki, przemyśliwając to i owo.

W pewnym momencie zatrzymał się i nabrał pełne płuca powietrza. Odetchnął głęboko. Gabriel uznał, że to odpowiednia chwila, by znowu uderzyć.

— Posłuchaj — rozpoczął, próbując jak najbardziej ukryć w sobie pokłady niepewności. Podszedł wolnym krokiem do brata. — Tak będzie lepiej. Ja jestem gotowy. Przez całe życie byłem na to gotowy. A teraz mam szansę wyjść wreszcie z twojego cienia.

Michał bił się z myślami.

— No, spójrz tylko — snuł dalej, układając mu w geście przyjaźni dłoń na ramieniu. — Wystarczy tylko, że oddasz mi…

Uniesiona nagle głowa przerwała propozycję.

— Słucham — wyrzucił z podźwiękiem brunet.

Gabriel przełknął głośno ślinę, odwrócił spojrzenie od archanioła i cofnął sceptycznie rękę.

— Wystarczy… — kontynuował — …że przekażesz mi pałeczkę. A ja już sobie z nią poradzę. Tylko dzięki niej będę mógł jego pokonać. To jedyna zdolna do tego broń. Przecież nożykami Samaela nie pochlastam Władcy Piekieł.

Kasztanowłosy zamyślił się jeszcze głębiej, jakby owa propozycja była kusząca i zrównoważona.

— Gabriel, tak sobie czasem myślę… — złagodniał zwodniczo. — Czy nie bolało cię, jak tak sobie spadłeś z nieba? — zmieszany blondyn zmrużył niejasno brwi. Nie zrozumiał dziwacznej aluzji. — No wiesz, tak na głowę — dodał wyjaśniająco.

— Ale przecież…

— Nic nie przecież — zawrzał gwałtownie. — Nie pozwolę, by tak potężny oręż trafił w ręce pierwszego kuglarza nieba. Nigdy nie oddam ci miecza… Nigdy! A teraz zejdź mi z oczu, bo będę skłonny spalić cię jak niegdyś Sodomę… i tym razem zrobię to z ochotą i szczerym uśmiechem. Słyszysz? Ty i te twoje Niebo możecie zapomnieć o najpotężniejszej broni Boga.

Biblia spadła wprost na ławkę.

Nocny firmament pochmurniał ni stąd, ni zowąd.

Z każdą chwilą srebrzyste odbicie w przejrzystej tafli parkowego akwenu topiło się w napływających falach burzowych chmur. Zapadł niemal całkowity mrok, a światła latarni zaczęło coś tłumić. Przyciemniając obwód swego blasku.

Świetliste piórko, bez wątpienia archanielskie, nad wyraz puszyste i szlachetne, opadało powoli na ziemię. To jedyne co w tym czasie pozostało po Michale, pomijając lodowaty podmuch. Niebiański odwrócił się na pięcie, podnosząc z deski starą księgę. Chwycił za wystającą kartę, pogładził po szyderczo wyszczerzonym licu kolorowego błazna, nie takiego zaś zwyczajnego jokera, tego akurat wyróżniały doprawione skrzydła. Po chwili przełożył kilka pożółkłych stron. Anioł rozchylił szeroko usta, uśmiechając się do karty, po czym wsunąwszy pokerową zakładkę między wiersze, odstawił na ławkę.

— Niech się dzieje wola Pańska — szepnął zuchwale, ruszając wzdłuż chodnika przed siebie. Włożył ręce do kieszeni płaszcza.

Parę kroków wystarczyło, aby rzucił przez ramię spojrzenie. Rozciągnął policzki w bardziej znaczącym uśmiechu.

Biblii już tam nie było…

A on, pstrykając palcami, gasił pobliskie latarnie.

Poczciwy staruszek ocknął się z letargu. W pewnym sensie nie wiedział, co się stało, nie pamiętał lub myślał, że to tylko przelotne majaki. W tym samym czasie latarnie zaiskrzyły się iskrami. Starszy mężczyzna, choć lekko przygłuchy, słyszał zbliżające się do niego echem wesołe nucenie i ciche kroki.

— Bliskie jest Królestwo Boże, nawracajmy się… — starzec ślęczał oniemiały — …i wierzmy w ewangelię.

Prosto z nieba spadło kilka zimnych kropli. W oddali świszczał już pierwszy pomruk burzy. Kto by pomyślał, że taki staruszek może się jeszcze do czegoś przysłużyć.

Gwałtowna burza zapewne nie była zjawiskiem naturalnym, przynajmniej nie ta. Deszcz zacinał mocno od wschodu. Piorun rzucił trafnym światłem w strużkę cieknącej żyły czerwonego strumyczka. Cień anioła rozpościerającego skrzydła i ten śmiech, zabójczo znajomy…

Trzecia ławka po prawej stronie od altanki, tuż koło rozdroża parkowych ścieżek. I niestarannie wyskrobany napis na środkowej desce oparcia:

 

Przyjdziemy wkrótce, a z nami przyjdzie nowy dzień. A ja powstanę na nowo, i blask mojej chwały znów zalśni wieczystym płomieniem. Na niebie nie obudzi się już żadna z gwiazd.

 

Latarnie znów się zapaliły i na powrót zapanowało światło.

ROZDZIAŁ IKIELICH GABRIELA

 

 

 

HOTEL ESPANIOLA. PRZEDMIEŚCIA LONDYNU

Tu się zaczęło i tu się ma skończyć” — archanioł ćwiczył w myślach kwestie. — Ale to nie tu się zaczęło, a kto wie, gdzie się skończy — dopowiadał.

Pchnął obrotowe drzwi i wszedł do środka.

Zwyczajny hotel, w zwyczajnym miejscu. Akurat. Przeszedł wzdłuż zgrabnie wyścielonego dywanu, kiwnął głową do portiera stojącego za kontuarem przeciętym hotelowym logo, a ten wymownym gestem pokłonił niedbale makówkę. Szedł dalej, korytarzem nietypowo wąskim jak na tak pierwszorzędne, a co za tym idzie — drogie, miejsce. Skręcił w prawo, tuż przed wyjściem awaryjnym. Korytarz ściemniał, a nad ledwo widzianymi drzwiami świecił niepasujący w żadnym stopniu do tego miejsca, neon z napisem „Bar”.Taki hotelowy, nie restauracja, tylko osobny bar, w którym można było także usiąść przy świeczce i co nieco przegryźć. Ale on nie po to tutaj przyszedł.

Ach, te interesy…

Nacisnął klamkę i uchylił jedno skrzydło drzwi. Wślizgnął się po cichu do środka.

Wnętrze motelowego baru na pierwszy rzut oka mogło wydawać się przesadnie ekstrawaganckie jak na miejsce, w którym przechyla się kieliszek za kieliszkiem. Nazbyt przystrojone ściany udekorowane obrazami, haftami i innymi, wbitymi na siłę dekoracjami. Nienagannych manier dodawał sali wielki pozłocony kandelabr, zwisający tuż nad środkiem wnętrza. Kilka dwuskrzydłowych okien zasłaniały grubo splecione kotary, tłumiące każdy próbujący się dostać do środka promień słońca. Nie było tam ciemno, co to, to nie. Nastrojowy klimat nadawały przyciemnione lampy oraz woskowe świeczki, żarzące się na co drugim stoliku.

W tle kapela przygrywała na żywo klasycznego bluesa, zdaje się, że More Than I Can Stand z repertuaru Roberta Craya. Atmosfera była bardzo spokojna, nawet zbyt spokojna jak na przytulne gniazdko wampira.

Przy długim, obłożonym czarnym szkłem barze, siedziała długowłosa blondynka, obracająca się niespokojnie na wysokim krzesełku. Wpatrywała się pomiędzy butelkami drogiej whisky w panoramiczne lustro. Dojrzała coś niepożądanego i z podręcznej torebki wyjęła szminkę. Poprawiła na czerwono barwę ponętnych ust, po czym cmoknęła charakterystycznie, jak na filmach.

Wejściowe drzwi zaświstały zamykane. Kobieta, wyjęta z myślowych mocowań, rzuciła odruchowo w ich stronę spojrzeniem. Dopiero teraz wyjaśniło się, że na kogoś czekała. Koło drzwi stał wysoki mężczyzna, płowowłosy, ze starannie przyciętą bródką w stylu charakterystycznym dla Brada Pitta, splecioną u nasady w drobniutkie warkoczyki. Na sobie miał jaskrawy płaszcz i srebrzystą koszulę. Był bardzo przystojny, sama przyznała, ale sądząc po jej minie, już się kiedyś spotkali.

Blondyn rozejrzał się, szukając kogoś po sali. Tymczasem przesuwnym ruchem zdjął z siebie prochowiec i przerzucił go przez przedramię. Uciskając go do ciała, by się nie zsunął, podwinął rękawy szykownej koszuli i zerknął na szwajcarski zegarek. Dygnął zawadiacko głową, najwyraźniej się nie spóźnił. Jeszcze raz przeanalizował wystawne pomieszczenie i zatrzymał się dopiero na skąpo, acz gustownie ubranej kobiecie. Odrzucił włosy z czoła.

Wspomnianą kobietą była owa blondynka.

Bez zbędnego zastanowienia podążył w jej kierunku, puszczając czarujące oczko. Odwzajemniła gest zalotnym potrząśnięciem maźniętymi rzęsami.

— Można się przysiąść? — spytał grzecznie, wskazując dwoma palcami wolny stołek.

— Proszę — uśmiechnęła się uroczo, nabierając wstydliwych rumieńców. To na niego czekała cały wieczór.

Usiadł.

Maślane oczy nie odrywały się od stylizowanej bródki jej towarzysza. Zwłaszcza teraz, z jej perspektywy przypominał Brada Pitta, choćby z tymi misternymi warkoczami, które w dziwny sposób dodawały mu powagi, a już na pewno sprawiały, że wyglądał o niebo bardziej dystyngowanie. To nawet i dobrze, wtapiał się w otoczenie tego wnętrza tak, jakby urodził się jego właścicielem.

— Oj, Lili, Lili — zachwycił się namiętnie blondyn, uchylając nieco usta, demonstrując białe zęby. — Równie piękna i zachwycająca, jak przed kilku laty. Ty się chyba nigdy nie zmienisz — powiedział z lubieżnym grymasem.

Wstydliwe rumieńce na jej twarzy dopiero teraz nabrały żarliwej barwy. Podparła się łokciem na przyciemnionym szkle kontuaru.

— A ty, Gabrielu… — podjęła, przybliżając się nieznacznie do towarzysza, po czym zaprezentowała ścianę perłowo-białych ząbków — …wiecznie, hmmm… czarujący — dokończyła.

Archanioł wyraźnie się ucieszył owym komplementem.

— Dobrze więc — powiedział. — Najpierw jednak obowiązki, a dopiero później przyjemności. Po to mnie przecież tutaj wysłali — rzucił w nią błękitnookim spojrzeniem. — Masz to, o co cię ostatnio poprosiłem?

Dziewczyna kiwnęła głową, ale zanim jeszcze przekazała mu to, czego chciał, powiedziała do niego z wątpliwością, zagryzając dolną wargę.

— A ja myślałam, że to ty tam teraz dowodzisz.

— I tu mnie masz — podkulił lekko głowę, zrobił to jednak tak uroczo, że nie miała już do niego żadnych ans. — Po prostu, chcę mieć to już przy sobie, taka anielska pewność. Wybacz, to wrodzone.

Podstarzały barman, chory na jakąś wrodzoną dolegliwość związaną z cerą, rzucił rubasznie poszarpanym głosem.

— Coś podać? — pociągnął obleśnie nosem.

— Mmm… tak — odwrócił się do niego Gabriel. — Niech pomyślę, kieliszek szkockiej poproszę.

— A dla damy? — przymrużył niesmacznie powieki.

— A dla damy… — powtórzył z prześmiewczym grymasem. — Drink z palemką, tylko niech będzie z lodem, i… najlepszy, jaki jest na stanie.

Barman skrzywił się nieadekwatnie do danej sytuacji. Niewątpliwie wcześniej wyglądał znacznie bardziej przyzwoicie.

— Ale u nas nie serwuje się drinków — objaśnił, wyszczerzając pożółkłe od papierosowego dymu zęby.

— Niech będzie wódka — odparł archanioł i wymownie machnął dłonią. W tej chwili coś innego zajmowało mu uwagę. Usta Lili, były, jak sam stwierdził, ponętną iskierką w szkaradnym mroku.

Po krótkim, ale jednak przyjemnym flircie, barman podsunął do nich niezdarnie szklane kieliszki, nie szczędząc przy tym rozlania kilku przejrzystych kropli.

— Setka to setka — oburzył się śmiało skrzydlaty. — A z tą kałużą wódki nie sądzę, bym doliczył się choćby pięćdziesiątki.

— Eee… — zająknął się łysiejący mężczyzna. — To niech… — chwycił pośpiesznie za butelkę i dolał do równej krawędzi.

— To niech co? — ponaglił zdawkowo anioł.

Barman zmierzył uważnie posturę klienta. Nie myślał wcześniej, że ktoś taki jak on mógłby mu wyrzucić ot tak, prosto w twarz, że popełnia wielki błąd. Nie bał się czy co? I te niebieskie ogniki w jego oczach, dałby sobie rękę uciąć, że płoną wewnętrznym ogniem, tylko błękitnym. Przełknął strużkę śliny i ugiął się przed tak piorunującym spojrzeniem.

— Na koszt firmy — wydusił z poczerwieniałej gęby, zwrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków w stronę sali. Jeszcze przez chwilę rzucał stłamszonym wzrokiem na majestat jegomościa, który nie bał się postawić takiemu dryblasowi.

— Hym… To ty nic się nie zmieniłeś, Gabrielu — stwierdziła kobieta, wsuwając dyskretnie dłoń do kieszeni anioła, który wyciągał ją tak szybko, jak tylko się dało. Ale to nie był jeden z tych gestów, którym ośmiela się mężczyzn. Ona po prostu coś mu wsunęła. Złożoną karteczkę z tym, czego chciał.

Skrzydlaty uśmiechnął się nieprzystępnie, upijając z wieczka trunku.

— To obowiązki mamy za sobą — zaznaczył.

— Gabrielu… — zaczęła kusząco i zniżyła ton do absolutnego szeptu. — A masz może na to ochotę?

Wstała i ruszyła wolnym krokiem, z gracją prawdziwej uwodzicielki w stronę drugiego wejścia, prowadzącego wprost do piętrowych apartamentów.

Archanioł wyciągnął z kieszeni dziesięciofuntowy banknot, położył go na blacie i sieknął do dna kieliszek. Ułożył go na banknocie i dygnął w kuglarskim kaprysie. „Niech ma coś za fatygę” — pomyślał i zwrócił się w kierunku znikającej już za drzwiami kobiety.

Dogonił ją, wiadomo.

Razem wjechali windą na szóste piętro, udali się do pokoju 303. Lili wyciągnęła klucz i podała go niebiańskiemu.

— Zaraz wrócę — oświadczyła i potruchtała z powrotem do windy.

Gabriel przekręcił klucz w zamku, wszedł, zamknął za sobą drzwi, rzucił niedbale płaszcz na komodę i opadł bezwładnie na fotel. Rozsiadł się wygodnie, splótł dłonie w grot strzały, ułożył nogę na nogę, kącik ust powędrował mu do góry i z szelmowskim grymasem czekał na najlepsze.

Dwa piętra niżej pewien mężczyzna wyrwał się gwałtownie z koszmaru, cały oblany gorączkowym potem.

Jego twarz pokrywały rzędy przeraźliwych blizn, można by rzec — potwór w ludzkiej postaci, ale on nie był taki, jak go wyzywali. Dobrze mu z oczu patrzyło. Bodajże był żołnierzem, strażnikiem białej flagi, uczestnikiem korpusu pokoju. A pokojowe misje w Afganistanie, na które go wysyłano, nie do końca były tak pokojowe, jak o nich mówiono. To właśnie dlatego jego twarz dzisiaj wygląda jak sieczka rzeźnika.

Mężczyzna westchnął trapiąco i podniósł się na łokciach.

Ciemność, całkowita ciemność, z tylko jednym, małym wyjątkiem.

Pordzewiały nieśmiertelnik leżący pod oknem na okrągłym stoliku mienił się w resztce światła, wpadającej przez pokrzywioną żaluzję. Wisior z całą pewnością należał do owego mężczyzny.

 

Norman Hamilton

Grupa Krwi — 0RH+

Urodzony 14.03.1986

Londyn

 

Wypukły napis zalśnił w nasilonym świetle ulicznej latarni, rażąc nieoswojone oczy żołnierza. Poza rzeźbionym stolikiem i kilkoma oklapłymi kwiatkami, rozstawionymi wzdłuż parapetu, nie było nic widać.

Mężczyzna przetarł oczy i podrapał się po nosie. Coś nie dawało mu zasnąć. Rozciągnął prężnie ręce za plecy, próbując wymacać na oślep włącznik nocnej lampki. Pod pierzyną nagle zrobiło się ciepło. Odrzucił więc puszystą kołdrę i wreszcie odnalazł przełącznik. Drobne, żółte światełko rozświetliło wnętrze foremnego pokoju. Kilka szafek, niedbale ułożone książki, medale za zasługi dla kraju i oczywiście niewielki telewizorek, stojący naprzeciwko łóżka.

Poza tym… mężczyzna drygnął.

Nad jego łóżkiem stała ubrana tylko w minispódniczkę kobieta, jasnowłosa, zalotnie mrugająca do niego.

„Bóg nie poskąpił jej urody” — to pierwsze, co nasuwało mu się na myśl. To sen, to musi być sen, albo halucynacje. Doktorzy mówili, że po tak traumatycznych przeżyciach, wybuchu, porwaniu, operacji… mogą wystąpić, powinny wystąpić. I są, tylko dlaczego tak realistyczne?

Przetarł jeszcze raz dla pewności oczy. Uszczypnął się solidnie w ramię. Zabolało jak cholera. Ale cud piękność nie zniknęła, nawet nie wykrzywiła się. To musiało dziać się naprawdę.

— A pani to…? — spytał z uprzejmości, bo nic innego nie przychodziło mu w tej chwili do głowy. Zastanowił się, czy aby dozorca nie mógłby otworzyć jej drzwi kluczem.

Kobieta mrugnęła jedynie uroczo. Nie odpowiedziała. Normana przeszył przyjemny dreszcz.

— Czy pani do mnie? — dopytał zakłopotany, nie wiedząc, co ma zrobić.

Cud piękność potwierdziła skinieniem głowy.

Żołnierz zdziwił się już nie na żarty. Uznał, że to niewątpliwie musi być dowcip jednego z jego dawnych kompanów, w każdym bądź razie dość przekonujący. Wynająć dziwkę, no proszę.

— Śmieszne, naprawdę śmieszne — wypalił, kręcąc głową. — A kto tak w zasadzie cię przysłał? John? Max? No kto? Chociaż tyle możesz mi powiedzieć, prawda?

Dziewczyna zmrużyła z gracją brwi. Tym razem milczała.

— Heh… — zarżał, czując, że dochodzi do sedna sprawy. — Przecież nie przyszłaś tu z własnej woli.

Blondynka wdzięcznie ułożyła się na łóżku i gestem dwóch poruszających się palców mknęła w jego kierunku.

Norman przełknął ślinę.

— Więc nie był to Phil? — szepnął pokornie.

Kobieta z przekonaniem i wdziękiem przytaknęła ruchem podbródka. Potem musnęła go już delikatną dłonią po dobrze zbudowanym bicepsie, wpatrując się w jego muskularne ciało tymi kocimi oczkami.

— To co teraz? — odezwała się wreszcie, a jej głos zabrzęczał w jego uszach niczym melodyjne westchnienie anioła. Sądził, że gdyby spotkał prawdziwego anioła, to jego głos brzmiałby tak samo jak jej.

Zdumiał się i nabrał powietrza.

Po chwili szatyn dał omotać się jej urokowi i opadł dziarsko, podpierając się jednym łokciem.

— Nie wiem, zaproponuj coś — odparł nieśmiało, wpatrując się nadal z niedowierzaniem w piękne ciało swojego gościa. Już od paru dobrych lat nie był sam na sam w intymnej sytuacji z kobietą. „Czemu by nie” — pomyślał.

Objął czule cud piękność i zapieczętował się na jej ustach pocałunkiem.

Stało się…

Na korytarzu, o późnej godzinie wieczornej, słychać było donośny głos męskiej rozkoszy. Mocowań i ćwiczeń, jakich nie dałby mu żaden trening. Wyraziste odgłosy przerwał raptownie przeraźliwy jęk.

Była noc, nikogo to nie zdziwiło, szczególnie w miejscu takim jak to. To nie pierwszy raz, kiedy jakiś podstarzały biznesmen zabiera na romantyczną kolację młodą dziewczynę, której spokojnie mógłby być ojcem, a potem wybiera się z nią do hotelu i robi, co mu się żywnie podoba. No właśnie, takie rzeczy się zdarzają.

Po chwili ciszy klamka jednego z pokoi opadła ciężko w dół, nie robiąc przy tym większego hałasu. Z pomieszczenia wyślizgnęła się w pośpiechu blondwłosa kobieta, podejrzliwie kryjąc coś pod skrawkiem podwiniętej sukni.

Wsiadła do windy, przetarła usta, rozmazując szminkę i wcisnęła guzik z oznaczeniem szóstego piętra. Winda ruszyła…

 

*

 

W TYM SAMYM CZASIE… KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO DAMIANA. ASYŻ

Franciszek za życia był kimś świętym, lubującym się w pomaganiu innym, dającym coś od siebie. Dlatego nikogo też nie zdziwiło, że po śmierci został okrzyknięty świętym, i dzięki temu Metatron przyjął go z otwartymi rękoma do nieba. Ale nic nie jest takie, jakie by mogło się wydawać, święci w niebie są owocem częstych kpin i krzywych spojrzeń. Niebo jest dla aniołów, tak mu zawsze odpowiadali. Nie czuł się więc tam dobrze. Zrozumiał go dopiero Michał i uznał, że jest godzien czegoś więcej. Człowiek święty za życia zostaje świętym po śmierci, a gdy się odradza z drobną anielską pomocą jest już innym człowiekiem, nadal świętym.

Tradycyjnie, jak miał w swoim zwyczaju leciwy mniszek, po wieczornej mszy — niezbyt udanej z racji małej frekwencji wiernych, wciąż malejącej (Boże, jest przecież niedziela) — kapłan udzielał sakramentu pokuty. Zaniedbany i nieco podgryziony przez korniki konfesjonał stał w bocznej nawie świątyni, ukryty tuż za bocznym ołtarzem. Takie usytuowanie sprawiało, że świece nie rzucały tam światła, a co za tym idzie, spowiednik nie był w stanie określić bądź rozpoznać osoby, której raczył odpuszczać grzechy, nie było mu to zupełnie potrzebne. To mogło tylko zachęcić do tego sakramentu, bo tak jawnie żaden człowiek nie lubi obwieszczać, co ma na sumieniu, a dzięki takiemu małemu zabiegowi wszystko szło w dobrym kierunku. Braciszek nie był złośliwy, chyba że widział kogoś maltretującego zwierzątko, wtedy owszem. A tak mógł choćby spowiadać z własnej nieprzymuszonej woli o tej dziesiątej w nocy…

…I tak nikt nie przyszedł.

Gdy staruszek nie czuł pomiędzy palcami kolejnych koralików, westchnął. „Już chyba nikt nie przyjdzie” — zasmucił się w myślach, po czym wsunął do kieszeni burego habitu różaniec. Strzelił stawami palców dla odprężenia.

Wstał powoli, poprawiając nierównie zwisający kaptur i zaciągnął sterczący sznur. Już ściskał w dłoni za wyjściową kotarę, gdy nagle — ni stąd, ni zowąd — usłyszał niezapowiedziane:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — zabrzmiał zachrypnięty głos, dobyty zza konfesjonałowego okienka. Nad wyraz dobrze udawany.

Mnich cofnął się, usiadł z powrotem na niestarannie oheblowanym siedzisku, ciągle wpijającym się w rzyć i przybliżył ucho do kraty.

— Na wieki wieków — odpowiedział.

— W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen — pokutnik jakby odzyskał pełną sprawność duchową, a barwa jego głosu nabrała… harmonijności. Uczynił płynnie znak krzyża i czekał.

Braciszek podsunął się bliżej i bardziej wytężył słuch, głos wydał mu się znajomy. Nie w takim sensie…

— Ostatni raz spowiadałem się… — kontynuował pokutnik, zatrzymując się przy ostatnim słowie — …Pana Boga obraziłem następującymi grzechami… — nie było to właściwe, w zasadzie kapłan powinien przerwać, kiedy miał jakiekolwiek wątpliwości, ale uznał, że właściwiej będzie dowiedzieć się czegoś więcej. Może nie miał aż tak dużo na sumieniu. Dodatkowo ciągle pragnął dokładniej określić, dlaczego ten głos jest taki znajomy.

— Nie wypełniłem woli swego Pana i… — zamilczał, zastygając w bezruchu — …i moich braci. Złamałem kodeks, znalazłem lukę i złamałem kodeks. Zabijał, zabijał na moją komendę wszystkich, których kazałem mu wytropić… moich braci, upadłych braci.

Kapłan wyjrzał przez krateczki w okienku, aby upewnić się, czy aby umysł go nie zwodzi na manowce. Bo słyszy to nie pierwszy raz.

— Michał? — spytał. — Czy to ty? — dodał pewnie.

Głowa pokutnika opadła mimowolnie. Wypuścił kłąb powietrza.

— Tak — odparł.

— Powiedz mi — kapłan złożył dłonie jak do modlitwy. — Co ty tu w ogóle wyprawiasz? To raczej ty powinieneś być po tej stronie, a ja powinienem się u ciebie spowiadać. Zwłaszcza po tym, co dla mnie zrobiłeś. A ty ciągle to samo…

— Franciszku, nie zrozumiesz tego — sparował smutno. — Byłeś dobrym człowiekiem, wręcz świętym. Dlatego z powrotem zesłałem cię na ziemię. Tu brakuje takich ludzi jak ty. Potrzebują cię, a ja potrzebuję tych ludzi. Bez nich… — tłumaczył zawzięcie — …ten i inne światy prędzej czy później schylą się ku upadkowi i nastanie mrok. Gloria nieba przeminie, a Bóg nigdy już nie powróci — uciął. — Zbiegłem z nieba, nie dlatego, że się bałem. Zbiegłem z nieba, by chronić to, co jeszcze tutaj zostało. Nadzieja… A oni tak po prostu chcą… — rozchylił kratkę w okienku, i spojrzał bursztynowymi oczami na mnicha — … chcą zniszczyć świat, doprowadzić do apokalipsy, rozpętać piekło na ziemi i uwolnić z piekielnych łańcuchów hordę upadłych. Świat tego nie przeżyje. Brakuje im tylko mnie. A raczej… — sprostował — …mojego miecza i mocy równej mnie. Więc…

Umilkł.

Kapłan zmrużył w niezrozumieniu czoło. „Przecież archanioł nie chce się chyba ot tak zabić — zastanowił się starzec — to byłoby za proste, i nie w stylu kogoś takiego jak Michał. On zawsze ma plan, zawsze.

Niebiański wyciągnął powoli i niepewnie spod rąbka zwiniętego prochowca długi, na pozór zwyczajny miecz z czarną, wzorem mrocznej otchłani klingą i pokarbowaną rękojeścią, cały zeżarty przez pleśniową rdzę. Zawinięty niczym ryba, w stary, przetarty sagum, związany wełnianym sznurkiem, takim samym, jaki dyndał luźno przy pasie mnicha. Zaciskał na nim palce, jakby nic innego nie było ważne, jakby ten jeden relikt wart był więcej niż niejeden żywot.

— Przechowaj go dla mnie — poprosił. — Bez niego nie będzie końca.

Franciszek przyjrzał się dokładniej wyciągniętemu do połowy żelastwu. Nie zrozumiał o co tyle krzyku. Nawet nie jest w formie, a co dopiero…

— To jest ten potężny pogromca szatana? — zdziwił się na głos staruszek. — Przecież to bezużyteczna wykałaczka, w dodatku nie bardziej niebezpieczna niż plastikowy nożyk. Masła tym nie rozsmarujesz.

— Nie lekceważ go, kleryku — oburzył się skrzydlaty. — Schowaj go jak cię o to proszę, tam, gdzie nigdy nie zaglądasz. A wiem, że tutaj nie brakuje takich kryjówek.

— Skoro nalegasz — wykrzywił się w pociesznym grymasie. — Coś dla niego się znajdzie.

Odebrał przekazany mu oręż.

Przybliżył obnażone ostrze do twarzy, odchylił się nieznacznie, by na miecz padła choć odrobina światła. Przejechał wolno wskazującym palcu po lodowatych wypukłościach nasady, aż dotarł do zaostrzonej na kształt gołębiego dzioba, głowicy.

Syknął, zaciskając ciężko zęby.