Anielska Czarownica - Eryk Curyło - ebook
Opis

Powieść łącząca gatunki fantastyki oraz psychologii. Opowiada ona historię młodej dziewczyny, która na co dzień boryka się z licznymi problemami. Udaje jej się je rozwiązać dopiero po poznaniu pewnego tajemniczego mężczyzny. Również dzięki niemu dziewczyna odkrywa, że chyba jednak nie jest zwyczajną osobą i ma do wykonania pewną misję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Eryk Curyło

Anielska Czarownica

Poczet Wiedźm Świętokrzyskich

© Eryk Curyło, 2016

Powieść łącząca gatunki fantastyki oraz psychologii. Opowiada ona historię młodej dziewczyny, która na co dzień boryka się z licznymi problemami. Udaje jej się je rozwiązać dopiero po poznaniu pewnego tajemniczego mężczyzny. Również dzięki niemu dziewczyna odkrywa, że chyba jednak nie jest zwyczajną osobą i ma do wykonania pewną misję.

ISBN 978-83-8104-111-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Bo płonąć można tak bardzo różnie

Tlić się zaledwie świecąc nieśmiało

Przed podmuchami migotać trwożnie

Wchłaniając cichutko co się zebrało

Lub błysnąć w góry żółtym jęzorem

Łącząc swe światło z gwiazd promieniami

W krąg rzucić ciepłem jak darów worem

Nie tulić skrzydeł przed wichurami

Choć by i zginąć lepiej na faliNiż zniknąć jak mały ognik w oddali

Rozdział I

Siedziała znudzona w letniej kawiarni. Tak ją nazywał właściciel, bo głównie chodziło o sprzedaż piwa i paluszków. Była zniesmaczona, skończyła drugi rok studiów, miała się zajmować resocjalizacją, a handluje piwskiem. O ironio losu, być może teraz obsługuje swoich przyszłych podopiecznych. Zlustrowała towarzystwo zasiadające za stolikami. Przeciętni młodzi ludzie, głośno rozmawiający, od czasu do czasu wybuchali krótkim wymuszonym śmiechem — szału nie było. Takie to miasto, niby wojewódzkie między Warszawą a Krakowem, a jednak po wyjściu z dworca PKP, idąc po prostej, po paru kilometrach trafiało się w pola. Dobrze, że nie hodowano już krów, bo jechałoby wiochą już po kilometrze. Humor jej siadał, bo uświadomiła sobie, że ona również jest przeciętna.

Z wyglądu na miss się nie nadawała. Do tak zwanego wieszaka sporo jej brakowało, a raczej była zdecydowanie zaokrąglona tu i ówdzie. Brzydka również nie była. Ale jakoś zbyt wielu amantów nie miała. Nawet jeśli jakiś już szczerzył do niej zęby, to albo nie miał ich wszystkich, albo poziom jego dowcipu uwłaczał jej inteligencji. Nie oczekiwała zbyt wiele; ot, po prostu w miarę przystojny facet, z pełnym uzębieniem, z którym będzie mogła pogadać nie tylko o piciu piwa i futbolu. Niestety, na razie żaden taki jej się nie trafił. Taki już los przeciętnej dziewczyny w przeciętnym mieście. Próbowała znaleźć jakieś pozytywy. No tak, jedną rzecz ma nieprzeciętną — biust! Trochę odstawał od reszty sylwetki. Z tym że to akurat przysparzało jej tylko problemów. Od momentu, gdy nauczyciele w podstawówce nie byli w stanie prowadzić zajęć bez ślinienia się na widok jej wypukłości, postanowiła nosić luźne bluzy i swetry, żeby unikać podobnych sytuacji. Potem były wakacje i ratownicy na koloniach, którym bardzo przypadła do gustu. Na początku jej to imponowało, nawet liczyła na dłuższy związek z tym najbardziej rozgarniętym. Ale jak zorientowała się, że do szczęścia to im jej inteligencja niepotrzebna, a rozmowy o książkach czy filmach tylko komplikują sytuację, dała sobie spokój z szybkimi i przypadkowymi związkami. Z tym że akurat inne jej się nie zdarzały.

Tak więc siedziała sobie teraz za barem obserwując skapujące krople złocistego piwa z niedomkniętego kranika. Nawet o tę gównianą pracę musiała się postarać. A nie było łatwo, wysłała z setkę podań o pracę. Była na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. Tylko kto zatrudni przeciętną dziewczynę? W końcu za radą koleżanki wykorzystała swoje nieprzeciętne atuty. Na rozmowę o pracę poszła bez swetra, a bluzeczkę nie dopięła pod samą szyję. Było jej głupio i wstydziła się sama siebie, ale robotę dostała. Szef nawet nie spojrzał jej w oczy, magia nieprzeciętności zadziałała zadziwiająco skutecznie.

Wiara, że kiedyś znajdzie tego właściwego raczej została zepchnięta na samo dno jej obecnych marzeń. Zresztą z jej wiarą też nie było najlepiej. Wypaliła się. Modliła się za młodu bardzo gorliwie, była nawet na pielgrzymce. I co? Była przekonana, że godziny spędzone w kościele nic jej nie dawały. Nie prosiła przecież o wiele. A tu gdzie była, to akurat nie był jej szczyt marzeń. Zaczęła podejrzewać, że raczej wszystko, co ją spotyka jest dokładnie na odwrót jej oczekiwań.

Zamknęła oczy, w głowie nastała pustka, nie myślała o niczym. Zaskoczył ją ten stan — w sumie czuła się nieźle, przynajmniej nic nie bolało i niczym się nie przejmowała. Jeśli Bóg istnieje, to na pewno zrobiłby z niej kogoś wyjątkowego i nie musiałaby świecić cyckami, żeby dostać tę beznadziejną robotę!

Z rozmyślań nad swym ciężkim losem wyrwał Baśkę nowy klient. Spojrzała na gościa bez entuzjazmu. Ten to dopiero był przeciętny; trochę wyższy od niej, nieogolony, tak na oko z 5 dych na karku, ubrany byle jak, zęby niby miał wszystkie, ale ręce brudne i poniszczone. O rany, gdzie ja muszę pracować — Baśka była załamana.

Chwyciła szklankę, żeby nie tracić czasu, im szybciej naleje „żulowi” piwsko, tym szybciej sobie pójdzie do stolika. Klient zrobił zdziwione oczy jej reakcją i zapytał:

— Co można u państwa zjeść ciekawego?

Baśka była zaskoczona, smakosz jej się trafił. Piwo niech chleje a nie komplikuje życia ludziom! Wzięła oddech i wyrecytowała wyuczoną regułkę:

— Jeśli pan sobie życzy coś zjeść do piwa to mogę zamówić pizzę z pobliskiej restauracji.

— A jest taka z salami, kukurydzą, ananasem i dużą ilością sera?

Wzniosła oczy do nieba. Robi się ciekawie. Czemu tacy goście trafiają się zawsze na jej zmianie.

Przyjęła wyzwanie.

— Specjalnie dla pana zamówię taką jaką pan sobie życzy.

— To ja poproszę i sok z czarnej porzeczki pół na pół z bananowym. Wstrząśnięty niemieszany.

Uśmiechnęła się służbowo, dowcip był powalający. Będzie miła dla „żula” postanowiła. Napiwku „dziadyga” nie da, ale i tak nie miała nic ciekawszego do roboty. Podniosła telefon by złożyć zamówienie. Spojrzała przelotnie na Klienta, aby z przyzwyczajenia upewnić się czy nie patrzy na jej niedopiętą bluzeczkę. Zaskoczona nie była — oczywiście patrzył! Już się miała zirytować gdy powoli podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. Nie dało się ukryć! miała w nich dwa pioruny. To była sprawdzona metoda, powinny gościa uziemić na miejscu. Nie uziemiło! nie odwrócił wzroku, patrzył dalej, głęboko. Zbyt głęboko. Nie wytrzymała opuściła szybko wzrok. Ale mi się „dziadyga” trafił. Była przekonana, że potrafi zabić wzrokiem. A ten gapił się, jakby chciał poznać jej wnętrze na wskroś. Nikt nie miał prawa poznawać jej wnętrza! Kwiatkami to tam usłane nie było, raczej mroczno i ponuro. Tym bardziej nikt nie będzie je tam zaglądał. Może jakiś psychiczny i nie kuma jak bardzo ryzykuje.

Zamówiła szybko pizzę i pod pretekstem mycia szklanek odeszła od lady. Była podenerwowana. Znowu gdy chciała być miła i dobra spotkała ją nieprzyjemna niespodzianka. Zajęła się porządkami za barem. Od czasu do czasu zerkała na nieznajomego siedzącego w kąciku. On zresztą też na nią zerkał, co nie poprawiało jej humoru. Liczyła, że pizzę dostarczą szybko i „dziadyga” sobie pójdzie. Przygotowała zamówiony sok dla smakosza pizzy z ananasem i kukurydzą, wzięła głęboki oddech i zaniosła mu do stolika. Gdy układała na blacie szklankę i sztućce, poczuła jak przez jej ciało przesuwa się mrowienie od stóp po czubek głowy. Nie lubiła tego uczucia, ale nie umiała nad nim zapanować.

— Pewnie patrzy mi na tyłek i ocenia moją figurę — pomyślała spanikowana.

Gniewnie spojrzała mu prosto w twarz. Była zaskoczona, miał zamknięte oczy i głupawy uśmieszek na nieogolonym pysku. Odeszła od stolika przekonana, że to na pewno jakiś wariat. Normalni ludzie tak się nie zachowują. Tylko, ilu ona w sumie zna takich normalnych? Czuła się nieswojo, miała poczucie, że „żulisko” przejrzało ją na wylot.

— Mam to w krzyżu — pocieszyła się. Nawet ona nie lubiła zaglądać do swojego wnętrza. Za wiele tam nie było; żyła dniem codziennym, żeby zagłuszyć tęsknotę za lepszym losem. Chyba za dużo naczytała się komiksów, o czytaniu w myślach i supermocach.

Uśmiechnęła się do siebie i zajęła obsługą innych klientów. Pizzę przyniósł chłopak, którego poznała już wcześniej, tak jak ona próbował zarobić na kolejny rok studiów. Zaniosła do stolika czekającemu „żulowi”. Tym razem nic się nie działo. Odetchnęła z ulgą. Zapewne jej się wydawało.

Po paru minutach zapomniała o całym zdarzeniu. Myła szklanki, gdy poczuła, że ktoś za nią stoi. Odwróciła się gwałtownie. „Żul” stał uśmiechnięty z kartą płatniczą na wyciągniętej ręce. Lekko zaskoczona zajęła się obsługą terminala. W sumie dziwiła się, że „żule” mają karty magnetyczne. Skoro zajmują się zbieraniem puszek, powinni raczej posługiwać się gotówką.

— Czyli z napiwku nici — pomyślała. W sumie nie liczyła, że cokolwiek dostanie, ale sama pensja jej nie wystarczy na opłacenie akademika.

„Żul” wystukał PIN, poczekał na połączenie z bankiem. Jak tylko z terminala zaczął wysuwać się wydruk z potwierdzeniem transakcji, wyjął z kieszeni wymięte 50 zł i włożył do stojącego na ladzie słoika z napisem „napiwki” i poszedł. Baśka stała całkowicie zaskoczona. Tego się nie spodziewała. „Dziadyga” miał gest. No cóż, może rzeczywiście następnym razem nie będzie oceniała ludzi po wyglądzie. Ale normalny to on nie był na pewno — pocieszyła się szybko i zajęła znoszeniem pustych szklanek.

Rozdział II

Kolejne dni mijały bez rewelacji. Zbliżał się koniec miesiąca. Baśka niemalże wpadła już w rutynę. Nalewanie piwa, sprzątanie, mycie naczyń i rozliczanie kasy, to była jej codzienność. Nie lubiła tego, ale nie miała wyjścia, musiała jakoś zarobić na studia. A mimo że ta robota rewelacyjna nie była, to korona jej z głowy nie spadała. Szef pojawił się w pracy koło południa. Był w wyjątkowo radosnym humorze i jak zwykle zainteresowany jej biustem. Znosiła to z trudem. Gdy nalewała kolejny kufel piwa, usłyszała głos stojącego za nią szefa:

— Dzisiaj mamy dzień wypłaty, pani Basiu, proszę zostać po pracy trochę dłużej.

Dobra, niech mu będzie, byle tylko wypłacił jej pensję zgodnie z obietnicą. Przecież będzie cały personel, może nawet szef zaprosi na małą imprezkę. Odstawiła kufel i w tym momencie poczuła jak ręka szefa ściska ją za pośladek. Szok, niedowierzanie! Nikt nie będzie tykał jej osobistego i prywatnego tyłka.

Reakcja była natychmiastowa, obrót i otwarta dłoń wylądowała na jego wykrzywionym w świńskim uśmiechu ryju. Echo uderzenia ogłuszyło właściciela i zwróciło uwagę pozostałych kelnerów i części gości. Nie czekała na reakcję, wybiegła z lokalu. Biegła jak mogła najszybciej. Miała tego wszystkiego dosyć, ile razy jeszcze będzie upokarzana. Cały miesiąc pracy poszedł na marne. Przecież ta świnia nie da jej teraz ani grosza. No trudno, radziła sobie jakoś do tej pory, to poradzi i teraz. Musi tylko uciec jak najdalej od tego zapyziałego miejsca. Chciała się znaleźć jak najdalej od ludzi, żeby w samotności wypłakać smutki. Nie mogła zrozumieć, czym zawiniła i czemu los za każdym razem wbija jej nóż w plecy. Biegła ulicą pełną ludzi. Gdzie znajdzie trochę miejsca dla siebie? Zaczęła odczuwać zmęczenie. Pomyślała o parku miejskim, tam powinno być trochę spokojniej. Zresztą przyroda, zieleń zawsze na nią dobrze wpływały. Skręciła we właściwą ulicę i po paru chwilach była już na miejscu. Oczywiście większość ławek była już pozajmowana. Odnalazła jedną nad samym stawem, w którym zawsze pływało mnóstwo kaczek. Co prawda siedział już na niej jakiś starszy pan, ale na samym rożku. Nie zastanawiała się długo, siadła na drugim końcu. Próbowała uspokoić oddech i pozbierać myśli. Łzy same napłynęły jej do oczu. Czemu to życie jest takie okrutne!

Powoli uspokajała się. Zaczęły powracać zmysły. Ku jej zdziwieniu, pierwsze co do niej dotarło to zapach jedzenia. Pociągnęła noskiem powietrze i rozejrzała się dookoła. Na ławce obok leżało otwarte pudełko ze zjedzoną do połowy pizzą. To przynajmniej wyjaśniało, czemu pan obok siedział na samej krawędzi ławki.

Baśka upomniała się, żeby nie patrzeć na pudełko. Jej wałeczkowy współtowarzysz mógłby pomyśleć, że jest głodna i zacząć ją częstować. Nie miała ochoty z nikim gadać, a już na pewno nie przełknęłaby teraz niczego. Mimo starań i ogromnego wysiłku, żeby zapanować nad ciekawością, zerknęła na pudełko. Pizza jak pizza — pomyślała; z salami, kukurydzą i ananasem.

Zamarła. Przypomniała sobie wydarzenia sprzed tygodnia, to nie mogła być prawda. To niemożliwe. Bóg nie mógłby być aż tak bardzo złośliwy. Jeśli był w ogóle!

Podjęła szybką decyzję; za żadne skarby nie patrzeć w stronę starszego pana na końcu ławki, odczekać chwilę i spokojnie odejść. Policzyła do dziesięciu i już miała się podnieść, gdy usłyszała…

— Napije się pani soku z czarnej porzeczki? Bananowego nie mieli, więc nie wstrząsałem.

Całe ciało miała jak sparaliżowane. Wpadła z deszczu pod rynnę. Tego to ona na pewno nie daruje! Komu, tego już nie wiedziała. Nie było dobra na tym podłym świecie. Trwała w odrętwieniu, sekundy dłużyły się w nieskończoność. Czy poznała ten głos? A jakie to miało znaczenie? Tego jednego była pewna. Siedzi na ławce z poznanym tydzień temu „żulem”. Podniosła oczy, spojrzała na koniec ławki. Nie myliła się. Nawet ubranie miał podobne, może nawet to samo. Miała tego wszystkiego dosyć, powoli zaczęła się podnosić z zamiarem odejścia.

— Aniołku, wiecznie nie da się uciekać — odezwał się nieznajomy z końca ławki.

Siadła z powrotem. Było jej wszystko jedno. Nieznajomy kontynuował:

— A może spróbuje pani kawałem pizzy, jest z salami, ananasem i kukurydzą — wypaliła i od razu ugryzła się w język. Zawsze żałowała, że ma niewyparzony.

Spojrzała na nieznajomego i uśmiechnęła się delikatnie. Trudno było się nie uśmiechnąć. Sytuacja była przecież zabawna. Przed chwilą pobiła własnego szefa. Straciła całomiesięczną pensję. A teraz siedzi w parku z „żulem” i je pizzę z ananasem.

Ciężko westchnęła i zapytała:

— A co można robić zamiast ucieczki?

— Uśmiechać się do ludzi i brać życie pełnymi garściami — usłyszała w odpowiedzi.

— Odezwał się ten, co się nachapał. Ogoliłbyś się człowieku! — pomyślała.

— Już się właśnie przed chwilą „uśmiechnęłam” do swojego szefa — powiedziała z ironią, —i zostałam bez pensji — dodała.

Nieznajomy zamknął na chwilę oczy, jak je otworzył, uśmiechnął się do niej i powiedział:

— Szefem sobie głowy nie zawracaj, a pensja ci się należy jak psu buda.

Baśka pokiwała głową. No toś mi właśnie człowieku świat naprawił, już mi lepiej. Nie wiedziała czy ma podziękować za dobre rady, czy powiedzieć, żeby się wypchał. A może mu poradzi, żeby zajął się sobą i kupił sobie nowe ubranie.

O rany, a propos ubrania, przypomniała sobie, że wybiegła z pracy tak jak stała. W szafce została kurtka, spodnie, buty na zmianę i kilka drobiazgów trzymanych w damskiej torebce. Z wypłatą się już pożegnała, ale ubrań było jej szkoda. Nie stać jej było na kupowanie nowych. A torebki na pewno tej świni nie zostawi.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do chłopaka z zaprzyjaźnionej pizzerii. Wyjaśniła pokrótce sytuację i poprosiła, żeby zabrał jej rzeczy z szafki i zaniósł do siebie. Ze zrozumiałych względów nie chciała więcej oglądać byłego już szefa. Chłopak od razu wyraził chęć pomocy i obiecał, że wkrótce oddzwoni.

Wystarczyło trochę poczekać, a może odzyska swoje prywatne ciuchy bez konieczności wracania do firmy. Popatrzyła na nieznajomego. Siedział spokojnie na swoim miejscu. Żuł pizzę. Poczuła głód. Nie miała nic do stracenia.

— Można kawałeczek? — zapytała nieśmiało.

Jadła w milczeniu. Zresztą i tak nie dało się rozmawiać, bo pobliskimi ulicami na sygnale jechała karetka pogotowia. Dźwięk odbijał się od pobliskich budynków i wszystko zagłuszał. Właśnie kończyła drugi kawałek, gdy zadzwonił telefon. Odebrała, to chłopak z pizzerii. Poinformował ją, że nie wziął jej ubrań, bo przecież szafka była zamknięta. (Kompletnie o tym nie pomyślała). Na koniec rozmowy dodał:

— Nie martw się dziewczyno. Możesz śmiało przyjść i zabrać swoje rzeczy. Twój szef po twoim wyjściu, nalał sobie piwa i jakoś nieszczęśliwie szklanka pękła i rozcięła mu nadgarstek, broczył jak świnia, więc go właśnie zabrało pogotowie.

Baska słuchała zaskoczona, w sumie to najbardziej utkwił jej w pamięci fragment „jak świnia”. Postanowiła wykorzystać okazję i odebrać swoje rzeczy zanim szef wróci ze szpitala. Wstała i podziękowała za pizzę. Nieznajomy uśmiechnął się tylko. Wyciągnął zmiętą karteczkę, która kiedyś była chyba wizytówką. I podając jej powiedział:

— Jak się nie boisz ciężkiej pracy za uczciwe pieniądze, u mnie masz robotę zagwarantowaną. Na luksusy nie licz, ale zawsze się coś do jedzenia znajdzie, ciepła herbata i bezpieczny tyłek gwarantowany.

Odruchowo wzięła wizytówkę. Ale skąd wiedział o tyłku? Musiałaby upaść na głowę, żeby po tym, co przeszła pakować się w kolejne kłopoty. Z grzeczności skinęła głową i pobiegła w kierunku restauracji. Nie miała czasu pozbierać myśli. Dziś świat przyspieszył, wszystko działo się tak szybko i nieprzewidywalnie. A wręcz abstrakcyjnie. Jakby jej ktoś nawet zapłacił, to takiego scenariusza nie wymyśliłaby.

Ostrożnie przekroczyła próg restauracji, spięta do granic możliwości w obawie przed spotkaniem z szefem. Chłopak mówił prawdę. Właściciela nie było, dziewczyny zmywały resztki krwi z podłogi. Od razu poszła do swojej szafki. Otworzyła kłódkę i zaczęła wyjmować swoje rzeczy. Podeszła do niej koleżanka ze zmiany.

— Dziękuję ci. Jakbym była taka odważna jak ty to też bym mu przywaliła.

Nawet najgorszy dzień kiedyś się kończy. Nie czuła się dumna. Po prostu zrobiło jej się przyjemnie, że nie była osamotniona w swoich poglądach. Mijając bar, usłyszała za sobą:

— Baśka Zaczekaj!

Odwróciła się nerwowo. Za nią biegł kierownik zmiany. W ręku miał torebkę foliową, a w niej zwitek banknotów.

— Szef kazał ci to przekazać — wymamrotał.

Zaskoczona patrzyła na zawiniątko. W sumie to już nie liczyła, że kiedykolwiek odzyska swoje pieniądze. A może unieść się honorem i kazać tej świni wsadzić je sobie w to miejsce, za które próbował ją złapać? Już otwierała usta. Gdy w głowie odezwał się głos nieznajomego: „należą ci się jak psu buda”.

Jeszcze raz spojrzała na kierownika i zapytała:

— A co powiedział dokładnie?

Chłopak wyszczerzył zęby w zabawnym uśmiechu:

— Tak dokładnie, to coś w stylu: „Dajcie to tej czarownicy i niech mi się tu więcej na oczy nie pokazuje”.

Wzięła zawiniątko bez skrupułów. Pomachała ręką pozostałym i skierowała się do drzwi. Wychodząc usłyszała jeszcze za sobą głos kierownika:

— Zuch dziewczyna. Ogień nie kobita!

Mógł sobie darować, ale zrobiło jej się miło. Może nawet uzna, że ten dzień nie był taki najgorszy. Idąc w kierunku mieszkania przypomniała sobie słowa właściciela.

— Czarownica?! — fuknęła z oburzeniem, świński ryju, gdybym była czarownicą to byś nawet do szpitala nie zdążył. Wydawało się jej, że powiedziała to półgłosem, bo kilku przechodniów obróciło się w jej kierunku. Czyżbym przesadziła? Strząsnęła z siebie całą złość. Dzień się jeszcze nie skończył, a ma wolne popołudnie i wypłatę w kieszeni. Dawno sobie to obiecywała; najpierw kupi sobie upatrzoną torebkę, a potem duży pucharek lodów. Na pewno kilka gałek w biodrach jeszcze się zmieści. Kierunek znała od dawna na pamięć — azymut galeria.

Rozdział III

Kilka dni minęło jej w spokoju i na szukaniu nowej pracy. Niczego konkretnego nie dało się znaleźć, była połowa wakacji i wyglądało na to, że na rynku pracy dorywczej karty już zostały rozdane. Przygnębiona tym niepowodzeniem, zaczęła bardzo ostrożnie rozważać propozycję dziwaka spotkanego w parku. Po ostatnich nieprzyjemnych doświadczeniach w pracy wolała nie podejmować decyzji obarczonych zbyt wysokim ryzykiem. Po kolejnym dniu spędzonym na bezowocnych poszukiwaniach, postanowiła zadzwonić pod numer zapisany na przekazanej karteczce, choćby w celu zaspokojenia ciekawości. Intrygowało ją czy rzeczywiście podejrzani kloszardzi posiadają telefony komórkowe. Zebrała się w sobie, lekko podenerwowana, gotowa w każdej chwili przerwać rozmowę, wpisała nr telefonu do komórki i nacisnęła zieloną słuchaweczkę. Długo czekała i gdy już praktycznie miała zrezygnować, usłyszała znajomy głos:

— Halo.

Basia ostrożnie zaczęła:

— Poznaliśmy się na ławce w parku, wspominał pan o jakiejś pracy dla mnie. Chciałam się dowiedzieć czegoś więcej.

— Aha. I po chwili namysłu kontynuował: — Robota aktualna i czeka na panią.

Rzeczowo odpowiedział. Utwierdziło to Baśkę w przekonaniu, że nie będzie to lekka rozmowa.

— A na czym ta praca miałaby polegać? — nieśmiało zapytała.

— Jak to na wsi. Trochę w ogródku, trochę w polu, a głównie to pomoc w kuchni i sprzątaniu.

Baśka wzniosła oczy do nieba. Ona, studentka z miasta będzie tyrać na wsi… Schodzi na psy coraz bardziej. Na wszelki wypadek, żeby mieć pełen obraz sytuacji, poruszyła najbardziej interesującą ją kwestię.

— Ajakie pan przewiduje wynagrodzenie za taką pracę?

Po chwili namysłu głos w słuchawce odpowiedział:

— Dwa razy tyle, ile zarabiała pani w restauracji.

Była zaskoczona takim podejściem, więc podejrzliwie zapytała:

— A skąd pan wie, ile ja zarabiałam?

— Nie wiem. Liczę na to, że pani mi powie — odpowiedział.

— Przecież mogę pana szukać.

— Ale po co? — zapytał naiwnie.

Nie wiedziała po co, większość ludzi których znała tak by zrobiła. Postanowiła zagrać w otwarte karty.

— Razem z napiwkami zarobiłam przez miesiąc prawie dwa tysiące złotych — pochwaliła się ostrożnie.

— Ooooo. To proszę sobie pomnożyć dwa razy dwa i wynik tego działania będzie kwotą zarobku.

Basia przez chwilę próbowała zebrać myśli, to wszystko wyglądało bardzo podejrzanie; gość na pierwszy rzut oka wygląda na bezdomnego, a proponuje jej pracę za całkiem niezłe pieniądze. Postanowiła drążyć dalej:

— A gdzie znajduje się ta wieś?

— Około 30 km na wschód od miasta, jak się pani zdecyduje podam szczegóły.

— To ja się zastanowię i jak podejmę decyzję zadzwonię raz jeszcze.

Podziękowała za rozmowę i odłożyła słuchawkę.

— O rany, co tu robić? — pomyślała Baśka. To chyba będzie jej najtrudniejsza decyzja. Musi chwilkę odsapnąć i przemyśleć to na spokojnie. Była pewna, że mała porcyjka lodów w tej sytuacji pozwoli jej podjąć właściwą decyzję.

Zwlekała z decyzją cały następny dzień. Nie widząc szansy na żadne inne zajęcie, postanowiła zaryzykować. Zadzwoniła i poinformowała swojego rozmówcę, że spróbuje sprawdzić się w pracy na wsi i poprosiła o adres. Ku jej zdziwieniu, zamiast konkretnej lokalizacji otrzymała instrukcję jak trafić w miejsce położone gdzieś za wsią, na dodatek w środku lasu. Robiło się ciekawie, ryzyko znowu wzrosło. Zadzwoniła do koleżanki, ale ta nie mogła z nią jechać, więc zostawiła jej opis miejsca i umówiły się na telefon w południe. Jak nie zadzwoni, ma powiadomić policję.

Rano spakowała do plecaczka: gaz pieprzowy, ubranie na zmianę, butelkę z wodą mineralną, batonika dietetycznego i niezbędne kosmetyki. Doładowała telefon na maksa, wzięła kilka głębokich oddechów i ruszyła niepewnie na przystanek. Busa jadącego w kierunku Rakowa nie było trudno znaleźć, wsiadła i wyjęła karteczkę z opisem trasy. Czujnie śledziła okolicę, przez którą przejeżdżali, nie znała tych stron, a chciała wiedzieć jak ewentualnie wrócić, choćby piechotą. Minęła Daleszyce i zgodnie z instrukcją wjechali w pierwszy las, potem zakręt w lewo, mała wioska i kolejny las. Teraz miała być czujna, za kolejnym zakrętem w lewo będzie wzniesienie i tam należy wysiąść. Wszystko się zgadzało, gdy samochód zaczął się piąć pod górę, podeszła do kierowcy i poprosiła, żeby ją wysadził. Trochę był zdziwiony, że wysiada niemal w szczerym polu, ale spełnił jej prośbę. Stała rozglądając się dookoła. Gdyby nie była przerażona wielką niewiadomą, jaka ją czekała, to okolicę można by uznać za wyjątkowo uroczą. Przy drodze niemal nie było zabudowy, domki były porozrzucane po pobliskich wzniesieniach i polach. W większości po horyzont dominował las. Zadupie piętnastej kategorii -pomyślała przygnębiona. Jeśli trafiła na jakiegoś psychopatę lub zboczeńca, to lepszego miejsca na miejsce zbrodni nie można było sobie wymarzyć. Jeśli coś jej się stanie, nie znajdą jej tutaj na pewno. Gdyby nie ta jej okropna ciekawość, to już dawno by zawróciła z powrotem do miasta.

Spojrzała na instrukcję. Na samym szczycie wzniesienia, po prawej stronie, gruntowa droga prowadziła w głąb lasu. Niepewnie ruszyła, po kilkuset metrach zobaczyła jak las się przerzedza i trafiła do małej osady z kilkoma uroczymi domkami po obu stronach prowadzącej tu dróżki. Zgodnie z wytycznymi minęła siedlisko i ponownie weszła w las. Nie znała się na przyrodzie. Rozróżniała drzewa liściaste od iglastych i to tylko latem. Tutaj rosły chyba wszystkie, bała się, że nie będzie wiedziała jak wrócić. Zaczęła się już niepokoić, że się zgubiła, po lewej stronie drzewa przestały rosnąć tak ciasno jak dotychczas. Zaskoczona zobaczyła ogrodzenie w środku lasu, a za nim polanę, w głębi której widoczne były małe zabudowania. Z jednej strony była zadowolona, że tu dotarła, z drugiej to był ostatni moment, żeby się wycofać. Raz kozie śmierć, po kilku chwilach wahania, otworzyła bramę i poszła w kierunku zabudowań. Duża polana w lesie była podzielona na ogródek, kilka drzew owocowych i łąkę otoczoną brzozami. Brzozy to były nieliczne drzewa, które potrafiła rozróżnić, w głównej mierze dlatego, że bardzo je lubiła. Na skraju polany, w centrum posesji, znajdowało się kilka zabudowań, z lękiem rozglądała się czy domostwa nie pilnuje jakieś wściekłe psisko. Stojąc zagubiona przed największym z domów, wsunęła rękę do plecaczka, odnalazła pojemniczek z pieprzem i zawołała niepewnie:

— Jest tu kto?!

Po chwili z domku po prawej stronie wyszedł poznany w parku kilka dni wcześniej nieznajomy, ubrany jeszcze gorzej niż widziała go ostatnio.

— Ino ja — padła odpowiedź.

Jego szczery uśmiech rozbroił napięcie. Podchodząc do niej elegancko wytarł rękę w bluzę koloru zielono-brązowego lub odwrotnie, i przywitał się z nią jak prawdziwy mężczyzna miażdżąc jej niemal palce.

— Witam panią na moim ranczu. Jeszcze nie wszystko jest urządzone jak bym chciał, ale nie od razu Kraków zbudowano.

— Nawet tu ładnie, tylko trochę daleko od cywilizacji — bez zastanowienia skomentowała Barbara.

— I właśnie dlatego to miejsce wybrałem — odpowiedział z szelmowskim uśmiechem i bezceremonialnie dodał: — Proszę mi mówić Edi. Oprowadzę panią i pokażę, gdzie czego szukać.

Działka była wydzielona ogrodzeniem jak dla koni z drewnianych bali. Na oko było to kilka hektarów. Parę małych letniskowych domków, szopy na drewno i narzędzia gospodarskie. W centralnym miejscu zabudowań było zadaszenie, pod którym był umieszczony duży drewniany stół z ławami, a obok duży murowany dziwnie wyglądający grill z kominem. Edi pokazał jej, w którym domku może zostawić swoje rzeczy i skorzystać z łazienki. Umówili się za 20 min w ogródku.

Domek był maleńki, wyposażony bardzo prosto, ale we wszystko co, niezbędne do przeżycia kilku dni na wczasach w lesie. Z obawą rozejrzała się za ukrytymi kamerami. Nie znalazła niczego podejrzanego, jedyną rzeczą z elektrotechniki, jaką znalazła to żarówka w prostej oprawie zwisająca z sufitu. Technika chyba docierała tu z opóźnieniem. Zamknęła drzwi i szybko się przebrała, wzięła z sobą portfel i butelkę wody mineralnej i poszła na umówione miejsce zbiórki. Ogródek był położony niemal pod samym ogrodzeniem, około 100 metrów od zabudowań.

Edi czekał tam na nią z grabkami, łopatką i rękawiczkami. Dokładnie wytłumaczył, na czym polega plewienie grządek, a nawet przykładowo wyrwał kilka, demonstrując gdzie odrzucać zbędne rośliny. Po czym życząc jej owocnej pracy, poszedł w kierunku centralnego domku.

Baśka stała zrozpaczona, co prawda na razie nikt jej nie skrzywdził, tylko że grzebanie w ziemi uznawała za najgorszy rodzaj pracy, po sprzątaniu publicznych toalet. Starannie ubrała rękawiczki i rozpoczęła bój z zielonymi potwornościami. Po upływie maksymalnie 20 min była wykończona, nawet woda jej się kończyła w butelce. Sama siebie pocieszała, że może robota nie jest lekka, ale przynajmniej nikt nie dobiera się do jej tyłka. Gdy sięgała po kolejnego chwaściora, na jej rękę odzianą w rękawiczkę spadł całkiem dorodny pająk. Reakcja była natychmiastowa, z piskiem biegła w kierunku zabudowań, otrzepując się nerwowo. Widząc Ediego zwolniła i przerażona wyksztusiła:

— Tam jest pająk!

Chyba nie została dobrze zrozumiana, bo gospodarz nie przejął się tym zupełnie, tylko spokojnie zapytał:

— i?

Jak to „i”, to chyba było oczywiste.

— Rzucił się na mnie! — odpowiedziała oburzona.

— Aha. Ukąsił panią, jest pani ranna? — drążył spokojnie temat.

— Chyba nie, spadł mi na rękę i zdążyłam go strącić — tłumaczyła już spokojniejsza.

— Ale zaatakował przedramię czy chciał przegryźć tętnicę?

Wyczuła w jego głosie ironię. Może rzeczywiście trochę spanikowała, ale ten pająk był olbrzymi i ohydny. Zirytowana jego brakiem zrozumienia, wyniośle zadarła nos do góry i wróciła do ogródka. Teraz uważnie przyglądała się każdej roślince w poszukiwaniu ośmionożnego zagrożenia. Długo nie musiała czekać, siedział na liściu pokrzywy i czaił się na swoją ofiarę. Tym razem upomniała się, żeby nie panikować, trzęsącymi się rękami ostrożnie chwyciła roślinkę i delikatnie, żeby potwór nie stracił równowagi, wyrwała. Odrzuciła jak najdalej od siebie, uff udało się! Nie doś

,że przeżyła, to udało się go wywalić z jej osobistej przestrzeni ogrodniczej. Dalsza praca szła już sprawnie. Butelka z wodą była już niemal pusta, postanowiła wrócić do zabudowań i poprosić o coś do picia. Najwyżej potrąci jej z wypłaty. Już miała się podnosić, gdy znów go zobaczyła. Sunął po jej odzianej w spodnie nodze. W najgorszych koszmarach nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Spięła wszystkie mięśnie, myśli jak pozbyć się intruza przelatywały jej przez głowę jak szalone. Bała się dotknąć go ręką, a nie chciała ryzykować przywalenia mu łopatą w obawie, że jak nie trafi to zrobi krzywdę sobie. Opanowała narastającą panikę, wciągnęła do płuc powietrza, ile tylko mogła. Aż jej ramiączka w biustonoszu zatrzeszczały i dmuchnęła w kierunku wielkiego pajęczaka. Chyba nie był przygotowany na taki tajfun, bo odleciał z podmuchem i znikł w pobliskich zaroślach. Uspokajała się powoli, to było zwycięstwo, którego się po sobie nie spodziewała, godne krótkiej przerwy w pracy. Wstała zadowolona i udała się w kierunku zabudowań.

Znalazła Ediego siedzącego pod zadaszeniem przy drewnianym stole. Powiedziała, że zrobi sobie małą przerwę od siedzenia na słońcu i poprosiła o coś do picia. Z zadowoleniem odpowiedział:

— Dobrze się składa, akurat jest czas na drugie śniadanko, proszę siadać i się częstować. Przygotowałem specjalnie dla pani.

Na stole był wyłożony pokrojony chleb i kilka miseczek z: masłem, smalcem i cebulką, twarożek ze szczypiorkiem i na słodko z miętą ogrodową. Trochę rzodkiewek, pomidorków, żółty ser i miód. Do tego dzbanek z herbatą i woda z cytryną. Ślina sama napełniła jej usta. Zawstydzona podziękowała, zapewniła, że nie jest godna i zasugerowała, że ma na drugie śniadanie batonika dietetycznego.

— Nie wygłupiaj się dziewczyno. Siadaj i jedz. Do roboty trza mieć siłę — zakomunikował.

Przysunął jej talerzyk i sztućce, nalał herbaty do kubka i poszedł do pobliskiego domku. Chyba po to, żeby jej nie peszyć. Postanowiła uszczknąć troszkę na próbę. Jedzenie było proste, chleb świeży i chrupiący, próbowała każdą miseczkę po kolei. Gdy Edi wrócił, siedziała załamana, zjadła wszystkie przygotowane dla niej kromki i połowę zawartości miseczek. Widząc to Edi uśmiechnął się do niej i powiedział:

— Następnym razem jak powie pani, że nie jest głodna to pójdę dokroić chleba.

Zakłopotana odpowiedziała:

— Zjadłabym wszystko! To chyba przez tę fizyczną pracę i świeże powietrze nie mogłam się powstrzymać.

— Przynajmniej będzie pani miała siłę walczyć z pająkami — zażartował.

Dziwny to był człowiek, kompletnie nie rozumiała jego postępowania, ale niebywale szybko zjednywał sobie jej zaufanie. Postanowiła jakoś złagodzić relacje ze swoim pracodawcą.

— Proszę mi mówić Baśka, tak będzie łatwiej nam się porozumiewać.

Uścisnął jej rękę serdecznie i rozbawiony ponownie się przedstawił:

— A ja jestem Edi.

Czując się winna spustoszeniu na stole, posprzątała po śniadaniu, „zatankowała” do butelki wodę cytrynową z karafki i wróciła do ogródka. Widok pająków nie robił już na niej takiego wrażenia, owszem była ostrożna i pozbywała się ich z ogródka z obrzydzeniem, lecz nie miała już ataków paniki. Słońce było już wysoko, oprócz gorąca zaczęły jej dokuczać natrętne muchy i drobne owady. W momencie gdy wynosiła zebrane badyle z grządek na kompostownik, koło jej twarzy przeleciało coś czarno-żółtego bzycząc przeraźliwie. Reakcja ciała była natychmiastowa — pozbyła się niesionego obciążenia i gnała w kierunku zabudowań. Z krzykiem wpadła na przechodzącego Ediego.

— Zaatakowały mnie szerszenie!

— Ile ich było? — spokojnie zapytał.

Po chwili namysłu wydyszała:

— Jeden.

— Aha. Użądlił cię?

— Przeleciał mi koło głowy!

— Aaaaa. Czyli nie jesteś ranna?

No może i nie była, ale przecież balansowała na granicy życia i śmierci! Czy on tego nie widział?

— Jeśli zginę w tym ogródku, proszę powiadomić moją rodzinę, kontakty mam w telefonie. — Ostro poprosiła.

Wracając nadąsana do swoich grządek, zadzwoniła do koleżanki i przekazała, że póki co żyje, szef normalny nie jest, ale się do niej nie dobiera, a do wieczora na pewno zeżrą ją pająki pół na pół z szerszeniami.

Z groźną miną rozpoczęła nową grządkę. Bzyczenie przeszyło powietrze, wstrzymała oddech. Wkoło niej krążyło żółto-czarne skrzydlate coś. Obserwowała lot owada uważnie — usiadł na pobliskim kwiatku i zajął się zbieraniem nektaru. W sumie brzydki nie był, nawet jej się spodobał, jeśli tylko nie będzie siadał na niej, to jakoś przeżyje. Po jakimś czasie chyba się przyzwyczaiła, że nad nią krążyło stadami chyba wszystko, co miało skrzydła i żyło w tym lesie. Miała to gdzieś, było za gorąco, nie chciało jej się biegać do Ediego tylko po to, żeby się dowidzieć, że skoro żyje, to znaczy, że nie została zaatakowana. W pewnym momencie nawet musiała pacnąć ręką wyjątkowo dużą pszczołę, która niemal siadła jej na ramieniu. Upadła półtorej metra od niej, chwilę dochodziła do siebie i odleciała. Gdy pojawiły się blisko niej kolejne dwie, wstała wkurzona, machnęła ręką i wrzasnęła:

—Wynocha mi z mojego ogródka. Bzykać proszę sobie gdzie indziej!

Miała dziwne wrażenie, że latające stwory dały jej spokój i trzymały się z daleka.

Gdy skończyła, zebrała narzędzia i swoje rzeczy, po czym wróciła do letniej kuchni, bo tak Edi nazywał zadaszony stół. Na dziwnym grillu kończyły się smażyć kawałki kiełbasy. Żołądek upomniał się o swoje prawa do obiadu. Była na siebie zła, przyjechała tu do pracy, a obżerałaby się jak na pikniku. Edi również podszedł do stołu. Kazał jej usiąść w cieniu i odpocząć. Zapach smażonego mięsa ją drażnił, obiecała sobie, że jak tylko wróci do miasta to pójdzie na hamburgera i to podwójnego. Edi nałożył na talerz kawał kiełbasy i przypieczonej cebuli, wycisnął trochę musztardy i podał Baśce życząc smacznego.

Siedziała zaskoczona i zawstydzona, starała się łykać ślinę na bieżąco, bała się coś powiedzieć, bo mogłaby nie zapanować nad ślinotokiem. Położył obok niej pokrojony chleb. I zadał jej perfidne pytanie:

— Pijesz piwo? Bo ma tylko chłodne.

Pękła. Kiwnęła głową, że w taki upał to wyjątkowo może się napić łyczek albo dwa. Postawił przed nią oszronioną butelkę. Co było robić, przecież nie będzie piła na pusty żołądek, kęs po kęsie zjadła całą kiełbasę. Smakowała jak nigdy. Posprzątała, poszła się umyć i spakowana przyszła się pożegnać. Gdy przekazywała Ediemu, o której jutro uda jej się przyjechać, na ramieniu usiadła jej jedna z tych dużych pszczół. Zirytowana Baśka energicznie dmuchnęła na nią i owad odleciał. Dopiero wtedy zobaczyła, że Edi patrzy na nią szeroko otwartymi oczami.

— Widzę, że z szerszeniami już sobie radzisz. I dodał poważnie: —