Ania z Szumiących Topoli - Lucy Maud Montgomery - ebook

Ania z Szumiących Topoli ebook

Lucy Maud Montgomery

0,0
9,99 zł

lub
Opis

 

Czwarta powieść cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza!

Rozpoczyna się nowy rozdział w życiu Ani. Po ukończeniu studiów otrzymuje posadę dyrektorki liceum w Summerside. Przeprowadza się do Szumiących Topoli, do domu na końcu Alei Duchów… W nowym miejscu zdobywa wielu przyjaciół, ale musi też zjednać sobie członków rodziny Pringle, która nieoficjalnie sprawuje rządy w miasteczku i od pierwszej chwili pała niechęcią do rudowłosej nauczycielki.

Czy Ania odnajdzie się w nowym miejscu? Czy uda jej się stopić lód w najtwardszych sercach mieszkańców Szumiących Topoli?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 389

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Lucy Maud Montgomery

ANIA Z SZUMIĄCYCH TOPOLI

Copyright © by Lucy Maud Montgomery

Copyright © by Virtualo

Tłumaczenie: Ewa Łozińska-Małkiewicz

Projekt okładki: Łukasz Różyński

Wydanie I

Warszawa, 2020 r.

ISBN: 978-83-272-6630-9

Korekta i redakcja Danuta Zakurzewska

konwersja.virtualo.pl

PIERWSZY ROK

1

(List Ani Shirley, licencjatki, dyrektorki liceum w Summerside, do Gilberta Blythe’a, studenta medycyny na Akademii Redmondskiej w Kingsport.)

Szumiące Topole,

Aleja Duchów,

Wyspa Księcia Edwarda, Summerside

poniedziałek, 12 września

NAJDROŻSZY!

Czyż to nie zachwycający adres? Czy słyszałeś kiedykolwiek coś równie cudownego? Szumiące Topole to nazwa mojego nowego domu, którym jestem zachwycona! Podoba mi się także Aleja Duchów, która właściwie nie jest formalną nazwą. Powinna nazywać się ulica Trent, ale nikt jej tak nie nazywa z wyjątkiem przypadków, kiedy w jakikolwiek sposób dostanie się do tygodnika Weekly Courier. Wtedy powoduje to, że czytelnicy patrzą na siebie z niedowierzaniem i mówią; „Gdzież, u licha, znajduje się taka ulica? To Aleja Duchów”. Jednak nie mogę Ci powiedzieć z jakiego powodu tak się nazywa. Spytałam o to Rebekę Dew, ale nie umiała mi powiedzieć niczego, oprócz tego, że nazwa ta funkcjonuje od najdawniejszych czasów, gdyż kiedyś miejsce to było nawiedzane przez duchy. Lecz ona nie widziała tam nigdy nikogo, kto wyglądałby inaczej niż zwykli mieszkańcy tej ziemi.

Muszę jednak kontynuować moją opowieść. Jeszcze nie znasz Rebeki Dew, ale to się oczywiście zmieni. Przewiduję, że zajmie ona pokaźne miejsce w mojej korespondencji.

Teraz zapada już zmierzch, najdroższy. (A tak przy okazji, czyż słowo „zmierzch” nie jest pełne czaru? Podoba mi się bardziej niż „zmrok”. Brzmi tak aksamitnie i cieniście, i … zmierzchliwie.) W świetle słońca należę do świata, a w nocy do snu i wieczności. Ale o zmierzchu uwalniam się i należę tylko do siebie i do Ciebie. Zachowam więc tę porę wyłącznie na korespondencję z Tobą. Ale nie będzie to list miłosny. Mam niezbyt dobrze piszące pióro, a takie nie nadaje się do pisania listów miłosnych, podobnie jak ostre lub stępione. Możesz więc liczyć na miłosny list tylko wtedy, gdy będę miała stuprocentowo odpowiednią stalówkę. A teraz opowiem Ci o moim nowym domu i jego mieszkańcach, Gilbercie. Są tacy kochani!

Przyjechałam tu wczoraj z nadzieją znalezienia pensjonatu. Pani Rachela Linde przyjechała ze mną pod pretekstem zakupów, ale wiem doskonale, że jej głównym celem było znalezienie mi pensjonatu. Mimo że ukończyłam wydział filologiczny i uzyskałam licencjat, pani Linde nadal uważa mnie za niedoświadczoną młodą osóbkę, którą trzeba kierować, ustawiać i nadzorować.

Przyjechałyśmy pociągiem i wyobraź sobie, Gilbercie, miałam taką śmieszną przygodę. Jak wiesz, przygody to moja domena, przyciągam je do siebie, acz nie wiem jak! Zdarzyło się to akurat w momencie, gdy pociąg wjeżdżał na stację. Wstałam i schyliwszy się, by podnieść walizkę pani Linde (planowała spędzić niedzielę z przyjaciółką w Summerside), oparłam się kłykciami zaciśniętej dłoni na czymś, co wydawało mi się błyszczącym oparciem fotela. W jednej sekundzie otrzymałam gwałtowne uderzenie, aż z trudem powstrzymałam okrzyk bólu. Gilbercie, wyobraź sobie, że to, co wzięłam za element siedzenia, było łysą głową jakiegoś mężczyzny! Niespodziewanie obudzony patrzył na mnie z wściekłością. Przeprosiłam go niezręcznie i wysiadłam z pociągu, nie oglądając się za siebie. Kiedy rzuciłam ostatnie spojrzenie na przedział, siedział tam nadal, wrogo mierząc mnie wzrokiem. Pani Linde była przerażona, a kłykcie mojej dłoni są nadal obolałe!

Nie przewidywałam specjalnych kłopotów ze znalezieniem pensjonatu, gdyż wiedziałam, że pewna pani, niejaka Tomaszowa Pringle, wynajmuje pokoje kolejnym dyrektorkom szkoły średniej od co najmniej dwunastu lat. Jednak dla jakiejś nieznanej przyczyny naraz okazała się zmęczona i odmówiła przyjęcia mnie. Kilka innych niezłych miejsc także wykręciło się jakimś pretekstem. Gdzie indziej znów nie bardzo mi się podobało. Chodziłyśmy po miasteczku całe popołudnie, zgrzane i zmęczone, z chandrą i bólem głowy, aż wreszcie znalazłam! Byłam już gotowa poddać się w rozpaczy, kiedy naraz zdarzyła się Aleja Duchów!

Wpadłyśmy na nią w drodze do pani Braddock, dawnej koleżanki pani Linde. Pani Braddock powiedziała, że całkiem możliwe, że będę mogła zamieszkać „u wdów”.

Słyszała, że chcą wziąć lokatora, aby mieć na wynagrodzenie Rebeki Dew. Nie mogą pozwolić sobie na dalsze utrzymywanie Rebeki, chyba że uzyskają jakieś dodatkowe pieniądze, a jeżeli Rebeka odejdzie, to kto będzie doił starą, rudą krowę?

Pani Braddock popatrzyła na mnie surowo, jak gdyby przyszło jej do głowy, że to ja powinnam doić rudą krowę, ale nie uwierzy, że potrafię to zrobić, nawet gdybym złożyła przysięgę.

– O jakich to wdowach mówisz? – spytała pani Linde.

– Jak to, nie kojarzysz? O cioci Kasi i cioci Hani – powiedziała pani Braddock, jak gdyby każdy powinien je znać, nawet niezbyt mądra licencjatka w dziedzinie literatury. – Ciocia Kasia to pani Amasowa MacComber - wdowa po kapitanie, a ciocia Hania to pani Lincolnowa MacLean - „cywilna” wdowa, ale wszyscy nazywają je cioteczkami. Mieszkają na końcu Alei Duchów.

Aleja Duchów! Ta nazwa wystarczyła, by mnie przekonać. Musiałam zamieszkać u wdów!

– Chodźmy to sprawdzić – poprosiłam panią Linde. Zdawało mi się, że jeżeli stracimy choćby jeszcze jedną chwilę, to Aleja Duchów zniknie z powrotem w krainie czarów.

– Możesz pójść do nich, ale o tym, czy cię przyjmą, zadecyduje Rebeka Dew. To ona rządzi w Szumiących Topolach, o tym mogę was zapewnić.

Szumiące Topole! To nie mogło być prawdą, nie mogło! Chyba śnię. A pani Rachela Linde oceniła, że faktycznie jest to dziwna nazwa dla domu.

– Och, kapitan MacComber nazwał tak ten dom. Należał do niego, rozumie pani. Obsadził go topolami, z których był szalenie dumny, chociaż rzadko bywał w domu i nigdy nie przyjeżdżał na długo. Cioteczka Kasia mawiała zazwyczaj, że to niewygodne, ale nigdy nie udało nam się ustalić, czy miała na myśli jego krótkie pobyty, czy też fakt, że w ogóle wraca. Cóż, panno Shirley, mam nadzieję, że dostanie pani to mieszkanko. Rebeka Dew jest świetną kucharką, a szczególny geniusz wykazuje, przyrządzając sałatkę z ziemniaków. Jeżeli panią polubi, zarysuje się przed panią wspaniała przyszłość. Słyszałam, że w mieście jest nowy bankier, który poszukuje pensjonatu; niewykluczone, że będzie wolała jego. To śmieszne, że Tomaszowa Pringle nie chciała pani przyjąć. Całe miasteczko Summerside jest pełne członków rodziny Pringle’ów i osób z nimi spokrewnionych. Nazywani są rodziną królewską i musi pani zyskać ich względy, panno Shirley, albo też nigdy nie odniesie pani sukcesu w liceum Summerside. Zawsze byli tu najważniejsi, jest nawet ulica, która dostała nazwę po kapitanie Abrahamie Pringle’u. Stanowią świetnie zorganizowany klan, a na jego czele stoją dwie stare damy z Klonowego Wzgórza. Słyszałam, że nie przepadają za panią.

– A dlaczegóż to? – wykrzyknęłam. – Przecież mnie nie znają!

– Otóż chodzi o to, że pewien ich dalszy kuzyn ubiegał się o stanowisko dyrektora liceum i cały klan był przekonany, że to on powinien je uzyskać. Kiedy przyjęto pani podanie, wszyscy się rozzłościli. Cóż, tacy są ludzie. Musimy ich akceptować takimi, jacy są. Z pozoru będą dla pani mili, ale cały czas będą knuć przeciwko pani. Nie chcę pani zniechęcać, ale ostrzeżony to uzbrojony! Mam nadzieję, że poradzi pani sobie mimo ich niechęci. Jeżeli wdowy panią przyjmą, nie będzie pani miała nic przeciwko temu, żeby jeść posiłki w towarzystwie Rebeki Dew, prawda? Nie jest służącą. To daleka kuzynka kapitana. Nie siada do stołu, kiedy przyjmowani są goście. Wówczas zna swoje miejsce, ale jeżeli zamieszka tam pani jako lokatorka, nie będzie pani traktowała jako gościa.

Zapewniłam niespokojną panią Braddock, że z wielką przyjemnością będę konsumować posiłki w towarzystwie Rebeki Dew i pociągnęłam panią Linde do upragnionego miejsca. Zrozumiałam, że muszę tam dotrzeć przed bankierem.

Pani Braddock poszła za nami aż do drzwi.

– I niech pani nie rani uczuć cioteczki Hani, dobrze? Bardzo łatwo sprawić jej przykrość, jest taka wrażliwa, biedactwo. Nie ma aż tylu pieniędzy co cioteczka Kasia, choć cioteczka Kasia także nie ma ich za wiele. Lecz cioteczka Kasia bardzo kochała swojego męża, zaś cioteczka Hania nie przepadała za swoim. Nic w tym dziwnego! Lincoln MacLean był starym zrzędą, ale jej zdaniem, ludzie ją o to obwiniają. Całe szczęście, że dziś sobota. Gdyby był piątek, ciocia Hania nie wzięłaby nawet pod rozwagę pomysłu, aby przyjąć panią na lokatorkę. Można by się spodziewać, że to cioteczka Kasia jest zabobonna, prawda? Tacy są bowiem marynarze! Ale okazuje się, że to cioteczka Hania, mimo że jej mąż był cieślą. Była bardzo ładna w latach młodości, biedactwo.

Zapewniłam panią Braddock, że potraktuję uczucia cioteczki Hani jak świętość, lecz ona nadal szła za nami ścieżką.

– Kasia i Hania nie będą grzebać w pani rzeczach, gdy pani wyjdzie z pokoju. Są bardzo przyzwoite. Może to robić Rebeka Dew, ale nie będzie na panią donosić. I na pani miejscu nie podchodziłabym od drzwi frontowych. Wykorzystują je jedynie na bardzo ważne okazje. Nie przypominam sobie, aby były otwierane od dnia pogrzebu Amasa. Pukajcie do bocznych drzwi. Trzymają klucz pod doniczką na parapecie, tak więc jeżeli nikogo nie będzie w domu, możecie po prostu otworzyć drzwi, wejść do środka i poczekać. A cokolwiek zrobicie, nie wychwalajcie kota, ponieważ Rebeka Dew go nie cierpi.

Obiecałam także nie wychwalać kota i wreszcie udało nam się rozstać z naszą rozmówczynią. Niebawem znalazłyśmy się w Alei Duchów. Jest to bardzo krótka boczna uliczka prowadząca na otwartą wiejską przestrzeń, a w głębi widoczne jest z niej błękitne wzgórze, które stanowi piękne tło. Z jednej strony wcale nie ma domów, a ziemia opada łagodnie w kierunku portu. Z drugiej strony stoją tylko trzy. Pierwszy jest zwyczajny, nie mam nic więcej do powiedzenia o nim. Następny to imponujący, ponury dwór z wykończonej kamieniami czerwonej cegły, z mansardowym dachem, lukarnami, metalową balustradą dookoła dachu, otoczony tak wieloma świerkami i jodłami, że trudno go dostrzec. Wewnątrz musi być niezwykle ciemno. Trzeci i ostatni dom to Szumiące Topole, na samym rogu, z uliczką zarośniętą trawą z przodu i prawdziwą wiejską drogą, piękną w cieniu drzew, po drugiej stronie.

Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Jak wiesz, są domy, które robią wrażenie na pierwszy rzut oka dla przyczyny, którą trudno zdefiniować. Takie są właśnie Szumiące Topole. Mogłabym Ci opisać dom z białej ramy, bardzo białej, z zielonymi, bardzo zielonymi okiennicami, z wieżyczką na rogu i po jednym oknie mansardowym z każdej strony, z niskim murkiem oddzielającym go od ulicy, z topolami i osikami rosnącymi wzdłuż i wielkim ogrodem z tyłu, gdzie pomieszane są cudowne kwiaty i warzywa, ale wszystko to nie odda jego uroku. Krótko mówiąc, to dom, który ma w sobie coś z Zielonego Wzgórza.

– To miejsce w sam raz dla mnie, na pewno tak chciał los – powiedziałam gwałtownie.

Pani Linde wyglądała, jak gdyby nie całkiem ufała memu przeznaczeniu.

– Będziesz miała daleko do szkoły – powiedziała z powątpiewaniem.

– Jest mi to obojętne. Przyda mi się trochę ruchu. Och, niechże pani przyjrzy się temu uroczemu brzozowo-klonowemu zagajnikowi po drugiej stronie drogi!

Pani Linde popatrzyła, ale jedyny jej komentarz był taki:

– Mam nadzieję, że nie będzie tu plagi komarów.

– Ja też mam taką nadzieję. Nienawidzę komarów. Jeden komar zapewni mi dłuższą bezsenność niż wyrzuty sumienia.

Byłam zadowolona, że nie musimy wchodzić frontowymi drzwiami. Wyglądały zniechęcająco: duże, dwuskrzydłowe, drewniane z panelami z czerwonych, szklanych kwiatów po bokach. Zupełnie nie pasowały do całego domu. Małe, zielone boczne drzwiczki, do których dotarłyśmy ścieżką z cienkich, płaskich płyt kamiennych miejscami zatopionych w trawie, były o wiele bardziej przyjazne i gościnne. Na krawędziach ścieżki znajdowały się zadbane kwietniki z ozdobną trawą, ładniczkami, liliami tygrysimi, czerwono-białymi stokrotkami, lwimi paszczkami i groszkiem pachnącym oraz czymś, co pani Linde nazywa sośniczkami. Oczywiście o tej porze roku nie kwitły, ale widać było, że we właściwym czasie pełne były kwiecia. W dalszej części ogrodu znajdowała się różana rabatka, a pomiędzy Szumiącymi Topolami i ponurym sąsiednim budynkiem znajdował się murek z cegieł, cały zarośnięty pnącym bluszczem, z łukiem pergoli ponad bladozieloną furtką. W samym środku pokrywała ją winna latorośl, z czego wynikało, że nie otwierano jej od dawna. W gruncie rzeczy, w dobrym stanie była tylko dolna połowa furtki, gdyż górna jej część była wyłamana, dzięki czemu jawił się naszym oczom zarośnięty chwastami ogród po drugiej stronie.

Kiedy wchodziłyśmy bramką do ogrodu Szumiących Topoli, zauważyłam małą kępkę koniczyny, tuż na prawo, przy ścieżce. Jakiś impuls kazał mi się pochylić i przyjrzeć się jej. Nie uwierzyłbyś, Gilbercie! Tuż przede mną znajdowały się trzy czterolistne koniczyny! Potraktowałam to jako omen! Nawet rodzina Pringle’ów nie jest w stanie zmienić mojego przeznaczenia. I od razu zdałam sobie sprawę, że bankier na pewno nie zdołał dotrzeć tu przede mną.

Boczne drzwi były otwarte, a więc niewątpliwie ktoś znajdował się w domu. Nie musiałyśmy więc szukać niczego pod doniczką. Zapukałyśmy i do drzwi podeszła Rebeka Dew. Od razu wiedziałyśmy, że to ona, ponieważ nie mógł to być absolutnie nikt inny. A poza tym, żadne inne imię by do niej nie pasowało.

Rebeka Dew ma około czterdziestu lat i gdyby pomidor mógł mieć czarne włosy zaczesane od czoła, małe, błyszczące, czarne oczka, drobny nosek z bulwiastym końcem i cienką kreskę zamiast ust, wyglądałby zupełnie jak ona. Wszystko ma nieco za krótkie: ręce i nogi, szyję i nos, wszystko, z wyjątkiem uśmiechu, który rozpościera się od ucha do ucha.

Jednak w tym momencie nie uśmiechała się. Wyglądała bardzo poważnie, kiedy spytałam, czy zastałam panią MacComber.

– Czy chodzi pani o panią kapitanową MacComber? – sarknęła, jak gdyby w tym domu mieszkało co najmniej tuzin różnych pań MacComber.

– Tak – odparłam pokornie i wtedy wprowadziła nas do saloniku, i tam pozostawiła. Pokój był mały i ładny, nieco zagracony poduszkami, ale o spokojnej i przyjaznej atmosferze, która mi odpowiadała. Wszystkie meble znajdowały się na przeznaczonych im miejscach, zajmowanych od wielu lat. Jak te meble lśniły! Żadna kupna politura nie dałaby takiego połysku. Wiedziałam, że to zasługa Rebeki Dew. Na kominku znajdowała się butelka ze statkiem pod pełnymi żaglami, co bardzo zainteresowało panią Linde. Zupełnie nie mogła pojąć, w jaki sposób dostał się on do środka, ale szybko doszła do wniosku, że ten drobiazg nadawał pokojowi „morskiego charakteru”.

Weszły wdowy. Od razu je polubiłam. Cioteczka Kasia jest wysoka, szczupła, siwa i nieco surowa, dokładnie w rodzaju Maryli; cioteczka Hania niska, szczupła, także siwa oraz nieco smętna. Być może była kiedyś bardzo ładna, lecz z tej urody nie pozostało nic oprócz oczu – łagodnych, wielkich, koloru piwnego.

Objaśniłam powód mej wizyty, a wdowy popatrzyły po sobie.

– Musimy naradzić się z Rebeką Dew – orzekła ciocia Hania.

– Bez wątpienia – potwierdziła ciocia Kasia.

Wezwano zatem z kuchni Rebekę Dew. Przyszedł z nią kot, wielki, puszysty maltańczyk o białej piersi i białym kołnierzu. Z przyjemnością pogładziłabym go, ale pamiętałam ostrzeżenie pani Braddock, i dlatego go zignorowałam.

Rebeka popatrzyła na mnie z cieniem uśmiechu na twarzy.

– Rebeko – powiedziała ciocia Kasia, która, jak odkryłam, nie zwykła marnować słów – panna Shirley pragnie u nas zamieszkać. Nie przypuszczam, abyśmy mogły zaoferować jej mieszkanie.

– A dlaczego nie? – zapytała Rebeka Dew.

– Obawiam się, że byłoby to dla ciebie dodatkowym obowiązkiem – powiedziała ciocia Hania.

– Jestem przyzwyczajona do obowiązków – odparła Rebeka Dew.

Nie można, Gilbercie, oddzielić tych dwóch imion. To niemożliwe, chociaż wdowy to robią. Zwracając się do niej, nazywają ją Rebeką. Nie wiem, jak to im się udaje.

– Jesteśmy chyba za stare, aby znieść kręcenie się tu młodych ludzi – upierała się ciocia Hania.

– Mów za siebie! – sprzeciwiła się Rebeka Dew. – Mam zaledwie czterdzieści pięć lat i wszystkie moje organy funkcjonują jeszcze prawidłowo. I uważam, że miło byłoby, gdyby wreszcie zamieszkała tu jakaś młoda osoba. Oczywiście wolę dziewczynę niż chłopaka. Paliłby taki papierosy w dzień i w nocy, aż spłonęłybyśmy w łóżkach. Jeżeli już musicie brać lokatora, radzę, żeby to była ona, ale oczywiście to wasz dom.

Powiedziała to wszystko i zniknęła, że zacytuję tu Homera. Pojęłam, że cała sprawa została załatwiona, ale ciocia Hania wspomniała, że muszę najpierw pójść na górę i zobaczyć, czy odpowiada mi przeznaczony dla lokatora pokój.

– Damy ci pokój z wieżyczką, kochaneczko. Nie jest równie wielki jak pokój gościnny, ale ma komin, co umożliwia wstawienie pieca zimą, poza tym roztacza się z niego o wiele ładniejszy widok: z okna można dostrzec stary cmentarz.

Wiedziałam, że pokój mi się spodoba. Sama już nazwa „pokój z wieżyczką” jest taka podniecająca. Miałam wrażenie, że zamieszkam w tej starej piosence, którą kiedyś śpiewaliśmy w szkole w Avonlea na temat panny, „która żyła w wysokiej wieży nad szarym morzem”. Pokój okazał się cudowny. Weszłyśmy do niego po schodkach bocznej klatki schodowej, prowadzących z podestu. Pokój jest raczej mały, lecz nie aż tak jak okropna sypialnia, którą miałam na pierwszym roku w Redmond. Zobaczyłam dwa okna, jedno mansardowe wychodzące na zachód, a drugie na północ, zaś w wykuszu utworzonym przez wieżę znajdowało się kolejne: o trzech skrzydłach, otwierające się na zewnątrz, pod którym znajdowały się półki na książki. Podłoga jest pokryta okrągłymi, tkanymi dywanami. Na nich stoi duże łoże z płóciennym baldachimem i kołdrą z pierza, która wygląda tak perfekcyjnie gładko, że pomyślałam sobie, że szkoda będzie zakłócić tę perfekcję, udając się na spoczynek. I, Gilbercie, łóżko jest tak wysokie, że by na nie wejść, muszę skorzystać z małych przenośnych schodków, które w ciągu dnia są ukryte pod nim. Wydaje się, że kapitan MacComber kupił cały ten zestaw w jakimś obcym kraju i sprowadził do domu.

W rogu znajduje się mała szafka narożnikowa z półeczkami ozdobionymi białym papierem i bukietami kwiatów namalowanymi na drzwiczkach. Na parapecie leży okrągła błękitna poduszka z guzikiem zagłębionym w środku, dzięki któremu wygląda jak wypieczone błękitne pączkowe gniazdko. Obok zaś stoi umywalka z dwiema półeczkami: górną - wystarczającą, by ustawić na niej miskę i dzban koloru błękitnego jak jajka rudzika, a dolną na mydelniczkę i dzban gorącej wody. Ma też szufladę z mosiężnym uchwytem, pełną ręczników, i półeczkę nad nią, na której siedzi biała damulka z porcelany, z różowymi butkami, złotym pasem i czerwoną różą z porcelany w złotych, porcelanowych włosach.

Całe to miejsce złoci światło przedostające się przez zasłony koloru zboża, a na wybielonych ścianach wisi niezwykła makatka, na którą padają wzorzyste cienie topoli rosnącej na zewnątrz, czyniąc z niej żywy obraz, zmieniający się i ruchomy. W jakiś sposób pokój ten wydał mi się niezwykle radosny. Poczułam się bardzo bogata.

– Będziesz tu bezpieczna, to pewne – powiedziała pani Linde, gdy wychodziłyśmy.

– Oczekuję, że pewne rzeczy mogą być tu dla mnie trudne po swobodzie, jaką miałam w Ustroniu Patty – przekomarzałam się.

– Swobodzie! – powiedziała z przekąsem pani Linde – Swobodzie! Nie mów jak jankeska, Anno.

Wprowadziłam się dzisiaj, z torbą i resztą bagażu. Oczywiście bardzo niechętnie opuszczałam Zielone Wzgórze. Nieważne jak często i długo przebywam poza domem, w chwili gdy pojawia się jakikolwiek wolny dzień, wracam tam natychmiast i czuję się, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Serce kraje mi się, gdy znów muszę odjechać. Ale wiem, że tutaj będzie mi się podobać i to miejsce mnie także lubi. Zawsze wiem, czy dom mnie akceptuje, czy nie.

Widok z moich okien jest uroczy. Nawet stary cmentarz otoczony rzędem ciemnych świerków, do którego można dotrzeć wijącą się alejką z rowami po bokach. Z okna wychodzącego na zachód widzę cały port aż do odległych, zamglonych wybrzeży ze ślicznym portem jachtowym, który mnie zachwyca, i statkami wychodzącymi w morze do nieznanych portów. Co za fascynujące wyrażenie! Takie pole dla wyobraźni! Z okna północnego widzę brzezinę i klony po drugiej stronie drogi. Wiesz, że zawsze byłam wielką wielbicielką drzew. Kiedy studiowaliśmy Tennysona na anglistyce w Redmond, zawsze potrafiłam współczuć Enonie, rozpaczającej nad zniszczonymi sosnami.

Za brzeziną i cmentarzem znajduje się urocza dolina z wijącą się dalej błyszczącą, czerwoną wstęgą drogi i punkcikami białych domów wzdłuż niej. Niektóre doliny są urocze, acz trudno powiedzieć dlaczego. Wystarczy tylko spojrzeć na nie i odczuwa się radość. A dalej znajduje się moje błękitne wzgórze. Nazywam je Królem Sztormów, wiesz, że to moja pasja.

Kiedy tylko zechcę, mogę być tu zupełnie sama. Zdaję sobie sprawę, że samotność od czasu do czasu to coś uroczego. Wiatry będą moimi przyjaciółmi. Będą łkać i wzdychać, i jęczeć wokół mojej wieży. Białe zimowe wiatry, zielone wiosenne, błękitne letnie, szkarłatne jesienne i dzikie wiatry wszelkich pór. „Burzowy wiatr spełniający jego słowa” - jakże ekscytował mnie zawsze ten ustęp Biblii, jakby każdy wiatr miał dla mnie jakąś wiadomość. Zawsze zazdrościłam chłopcu, który odleciał z północnym wiatrem w tym uroczym, starym opowiadaniu George’a McDonalda. Którejś nocy, Gilbercie, otworzę okno w mojej wieży i skoczę w ramiona wiatru, a Rebeka Dew nigdy się nie dowie, dlaczego tej nocy nie spałam w łóżku.

Mam nadzieję, najdroższy, że kiedy znajdziemy nasz wymarzony dom, dookoła niego będą wiały wiatry. Zastanawiam się, gdzie jest ten nieznany dom. Czy będzie mi się najbardziej podobał w świetle księżyca czy o świcie? Ten dom przyszłości, w którym zaznamy miłości, przyjaźni i gdzie będziemy pracować. I przeżyjemy parę radosnych przygód, które rozweselą nas na stare lata. Stare lata! Czy to możliwe, że będziemy kiedyś starzy, Gilbercie? Chyba nie!

Z lewego okna wieży widzę dachy miasta. To w tym miejscu będę żyć co najmniej przez rok. Ludzie, którzy mieszkają w okolicy, będą moimi przyjaciółmi, chociaż jeszcze ich nie znam, a być może niektórzy wrogami. Ponieważ ludzie pokroju rodziny Pye’ ów znajdują się wszędzie, acz posiadają najrozmaitsze nazwiska, rozumiem, że trzeba wziąć poprawkę na rodzinę Pringle’ów. Jutro zaczyna się szkoła. Będę musiała nauczać geometrii! Mam nadzieję, że nie będzie to gorsze niż uczenie się geometrii. Modlę się do niebios, żeby wśród dzieci Pringle’ów nie było matematycznych geniuszy.

Jestem tu zaledwie pół dnia, ale mam wrażenie, jakbym znała wdowy i Rebekę Dew całe życie. Już poprosiły mnie, żebym zwracała się do nich „cioteczko”, a ja w zamian zaproponowałam, by mówiły mi „Aniu”. Do Rebeki Dew zwracam się „panno Dew”… w każdym razie zrobiłam tak raz.

– Panno… co? – zdziwiła się.

– Dew – powiedziałam pokornie. – Czyżby to nie było pani nazwisko1?

– No tak, jest, ale nikt mnie nie nazywał panną Dew od tak dawna, że bardzo mnie to zdziwiło. Lepiej niech pani tego nie robi, panno Shirley. Nie jestem do tego przyzwyczajona.

– Będę pamiętać, Rebeko Dew – powiedziałam, ze wszystkich sił starając się opuścić nazwisko, ale bezskutecznie.

Pani Braddock miała rację, twierdząc, że ciocia Hania jest wrażliwa. Odkryłam to w porze kolacji. Ciocia Kasia powiedziała coś na temat sześćdziesiątych szóstych urodzin Hani. Akurat spojrzałam na cioteczkę Hanię i od razu zobaczyłam, że ma w oczach łzy. Nie użyłam dobrego określenia, żeby to opisać. Po prostu z oczu ciekły jej łzy. Nagromadziły się w jej wielkich, piwnych oczach i płynęły z ich brzegów, bez żadnego wysiłku, w milczeniu.

– Co tym razem, Haniu? – raczej kwaśno spytała cioteczka Kasia.

– Ależ… ależ to zaledwie sześćdziesiąte piąte urodziny – wybąkała cioteczka Hania.

– Och, wybacz, Haniu – przeprosiła cioteczka Kasia i znów powróciło słońce. Kolejnym mieszkańcem jest tu uroczy wielki kocur o złotych oczach i eleganckim, nienagannym futrze maltańczyka. Cioteczki nazywają go Dusty Miller, ponieważ tak mu naprawdę na imię, a Rebeka Dew mówi „ten kot” ponieważ go nie lubi, a szczególnie złości się z tego powodu, że musi co rano i wieczór dawać mu kawał wątroby, usuwać jego kłaki z fotela w saloniku starą szczotką do zębów za każdym razem, gdy przekradnie się tam i zostawi po sobie ślady, a także na niego polować, gdy ucieknie w nocy.

– Rebeka Dew zawsze nienawidziła kotów – wyjaśniła ciocia Hania – a w szczególności nienawidzi Dusty Millera. Pies starej pani Campbell, gdyż miała ona kiedyś psa, przyniósł go tutaj w pysku dwa lata temu. Chyba doszedł do wniosku, że nie ma sensu zabierać go do pani Campbell. Taki biedny, malutki kociak, mokry i zmarznięty, z kosteczkami sterczącymi spod skóry. Trzeba byłoby mieć serce z kamienia, aby odmówić mu schronienia. Zaadoptowałyśmy go więc wraz z Kasią, ale Rebeka Dew nigdy nam tego nie wybaczyła. W tamtych czasach nie znałyśmy się jeszcze na dyplomacji. Powinnyśmy były odmówić zatrzymania go. Nie wiem, czy zauważyłaś – cioteczka Hania spojrzała ostrożnie w stronę drzwi dzielących jadalnię od kuchni – jak radzimy sobie z Rebeką Dew.

Zauważyłam. Było to wspaniałe przedstawienie. Summerside i Rebeka Dew mogą uważać, że to ona rządzi w tym domostwie, ale wdowy są przekonane o czymś zupełnie innym.

– Nie chciałyśmy wynająć pokoju pracownikowi banku. Młody mężczyzna zakłóciłby nasz spokój i musiałybyśmy martwić się, gdyby nie chodził regularnie do kościoła. Ale specjalnie udałyśmy, że wolimy mężczyznę i właśnie dlatego Rebeka Dew natychmiast się sprzeciwiła. Tak się cieszę, że wynajęłyśmy pokój tobie, kochaneczko. Jestem przekonana, że z przyjemnością będzie dla ciebie gotować. I mam nadzieję, że polubisz nas wszystkie. Rebeka Dew ma mnóstwo wspaniałych zalet. Kiedy zamieszkała z nami piętnaście lat temu, nie była tak schludna jak dzisiaj. Pewnego dnia Kasia napisała jej imię i nazwisko na lustrze w salonie, aby pokazać, jak bardzo jest zakurzone, ale potem nigdy więcej już nie musiała tego robić. Rebeka Dew chwyta takie sugestie w lot. Mam nadzieję, że będzie ci wygodnie w tym pokoju, kochaneczko. Możesz mieć okna otwarte całą noc. Kasia nie lubi nocnego powietrza, ale wie, że lokatorzy muszą mieć pewne przywileje. Śpimy razem i zorganizowałyśmy to tak, że jednej nocy okno jest zamknięte, tak jak ona lubi, a następnej otwarte, tak jak lubię ja. Małe kwestie tego rodzaju zawsze można rozstrzygnąć, prawda? Wystarczy tylko dobra wola, a znajdzie się rozwiązanie. Nie denerwuj się, jeśli usłyszysz, jak Rebeka chodzi po nocy. Stale słyszy jakieś hałasy i wstaje z łóżka, aby sprawdzić ich źródło. Myślę, że to dlatego nie chciała tu pracownika banku. Bała się wpaść na niego w nocnej koszuli. Mam nadzieję, że małomówność Kasi nie będzie ci przeszkadzać. Taka już jest. A jest tyle rzeczy, o których mogłaby mówić. W czasach młodości zwiedziła cały świat z Amasem MacComberem. Żałuję, że nie mam tylu tematów do rozmów co ona. Przyznać muszę, że ja nigdy nie wyjechałam poza granice Wyspy Księcia Edwarda. Nieraz zastanawiam się jak to możliwe. Uwielbiam rozmowę i nie mam nic do powiedzenia, a Kasia miałaby tak wiele do omawiania, a nienawidzi rozmowy. Ale myślę, że los najlepiej wie jak to wszystko urządzić.

Chociaż cioteczka Hania jest całkiem gadatliwa, od czasu do czasu dopuszcza mnie do głosu. Robię uwagi w odpowiednich momentach, nie mają jednak one specjalnego znaczenia.

Wdowy mają krowę, która pasie się u pana Jamesa Hamiltona, kawałek dalej przy drodze, a Rebeka Dew chodzi tam, żeby ją wydoić. W domu jest zawsze świeża śmietana, a rano i wieczorem Rebeka podaje szklankę świeżego mleka przez otwór w furtce „kobiecie - pani Campbell”. Jest ona przeznaczona dla „Elżbietki”, która według zaleceń doktora musi pić mleko. Kim są „kobieta” i „Elżbietka” muszę się jeszcze dowiedzieć. Pani Campbell to mieszkanka i właścicielka fortecy położonej obok, która nosi nazwę Dom Wśród Wiecznej Zieleni.

Nie sądzę, żeby udało mi się dziś zasnąć. Nigdy nie potrafię zasnąć w pierwszą noc w obcym łóżku, a to jest najdziwniejsze łóżko, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiło. Ale nie będę się tym przejmować. Zawsze kochałam noc i z przyjemnością poleżę, czuwając i myśląc o wszystkim, co przytrafiło mi się w życiu w przeszłości oraz teraz i o tym, co czeka mnie w przyszłości. Szczególnie o tym, co mnie czeka!

To bezlitosne pisać tak obszerny list, Gilbercie. Myślę, że nie powinnam narażać Cię na czytanie tak długiej epistoły. Ale chciałam opowiedzieć Ci wszystko tak, abyś wyobraził sobie nowe miejsce mego pobytu. Teraz kończę, spoglądam jeszcze na port, gdzie księżyc tonie w krainie cieni. Muszę jeszcze napisać list do Maryli. Dotrze na Zielone Wzgórze pojutrze, a Davy przyniesie go do domu z poczty, po czym wraz z Dorą będą kłębić się dookoła Maryli, czekając, aż wreszcie go otworzy, a pani Linde cała zamieni się w słuch. Och… och…! To przypomina mi o tęsknocie za domem. Dobranoc, najdroższy! Życzę Ci tego ja, na zawsze Twoja.

Z najserdeczniejszymi uczuciami,

Ania Shirley

2

(Urywki z różnych listów tej samej autorki do tego samego adresata)

26 września

Czy domyślasz się, dokąd chodzę, aby czytać Twoje listy? Naprzeciwko Szumiących Topoli znajduje się zagajnik. Jest tam niewielka dolinka, gdzie słońce spija rosę z paproci. Przez nią wije się strumyk. W najbardziej widocznym miejscu rośnie pokrzywione drzewo pokryte z jednej strony mchem, na którym siadam w towarzystwie prześlicznego rzędu młodych brzózek. Później, kiedy śnię pewien sen, złoto-zielono-szkarłatny sen, ten najpiękniejszy ze wszystkich, wyobrażam sobie, że pochodzi on z tajemniczej doliny brzóz, zrodził się z jakiegoś mistycznego powiązania pomiędzy najdelikatniejszymi, najbardziej uduchowionymi siostrzyczkami-brzozami i towarzyszącego im strumyka. Uwielbiam tam siedzieć i słuchać panującej w zagajniku ciszy. Czy zauważyłeś ile jest odmian ciszy, Gilbercie? Cisza lasu, wybrzeża, łąk, nocy i letniego popołudnia. Inne są półtony, które je tkają. Jestem przekonana, że gdybym była całkowicie ślepa i niewrażliwa na gorąco i zimno, natychmiast umiałabym powiedzieć, gdzie się znajduję po jakości otaczającej mnie ciszy.

Rok szkolny trwa już teraz od dwóch tygodni i chyba udało mi się wszystko nieźle zorganizować. Przyznać muszę, że pani Braddock miała rację. Dzieci z rodziny Pringle’ów to problem i na razie nie wiem, jak go rozwiążę, mimo moich koniczynek przynoszących szczęście. Jak twierdzi pani Braddock, są słodkie jak śmietanka, ale równie śliskie.

Jest to klan, w którym jeden na drugiego trzyma haki, często walczą między sobą, ale postawieni twarzą w twarz z obcymi, podejmują wspólny, solidarny front. Doszłam do wniosku, że istnieją dwa rodzaje mieszkańców Summerside – ci, którzy są Pringle’ami i ci, którzy nimi nie są.

Moja klasa jest pełna Pringle’ów, a wielu uczniów o innych nazwiskach ma w sobie ich geny. Ich przywódczynią jest Jen Pringle, zielonooka czarodziejka, która wygląda jak Becky Sharp2 prezentowała się w wieku czternastu lat. Jestem przekonana, że umyślnie organizuje subtelną kampanię nieposłuszeństwa i lekceważenia, z którą ciężko mi będzie sobie poradzić. Ma niezwykły talent do robienia komicznych min i kiedy słyszę z trudem powstrzymywany śmiech z tylnych ławek za moimi plecami, wiem doskonale, co go spowodowało. Do tej pory nie udało mi się jej na tym przyłapać. Sprytna dziewczyna z tej małej diablicy! Potrafi pisać wypracowania, które należałoby zaliczyć do dalekich krewnych literatury pięknej, i jest błyskotliwa w dziedzinie matematyki. Na pohybel nauczycielce! We wszystkim, co mówi, jest jakiś błysk, ma też poczucie śmieszności zabawnych sytuacji, co mogłoby nawet nawiązać między nami braterstwo dusz, gdyby u samego zarania nie przeważyła nienawiść do mnie. W tej sytuacji obawiam się, że dużo wody upłynie, zanim Jen i ja będziemy mogły z czegoś śmiać się razem.

Myra Pringle, kuzynka Jen, to największa piękność w szkole i wyraźnie widać, że mądrość nie idzie w parze z jej urodą. Wzbudza częstokroć śmiech, jak na przykład wtedy, kiedy powiedziała na historii, że Indianie uważali Champlaina3 i jego ludzi za bogów czy też „coś nieludzkiego”.

Rodzina Pringle’ów należy do klasy socjalnej, którą Rebeka Dew określa jako śmietankę towarzyską Summerside. Zostałam już zaproszona na kolację do dwóch domów, ponieważ wypada tu zaprosić nowego nauczyciela, a Pringle’owie nie uchylają się od tego obowiązku. Poprzedniego wieczoru byłam u Jamesa Pringle’a, ojca wyżej opisanej Jen. Wygląda jak profesor uniwersytetu, ale w rzeczywistości jest głupi i pozbawiony jakiejkolwiek wiedzy. Mówił wiele na temat dyscypliny, stukając w obrus paznokciem, którego czystość pozostawiała wiele do życzenia, od czasu do czasu potwornie traktując gramatykę. Szkoła średnia w Summerside zawsze rządzona była twardą ręką przez doświadczonego nauczyciela, a najlepsi wśród nich byli mężczyźni. Uważa, że jestem za młoda. „Jest to jednak wada, którą czas szybko naprawi, i to o wiele za szybko”, powiedział ze smutkiem. Nie zareagowałam na to, ponieważ obawiałam się, że mogę powiedzieć za dużo. W związku z tym byłam równie słodka i miła, jak wszyscy Pringle’owie dookoła mnie, patrzyłam tylko na niego z naganą, zwracając się do niego w duchu „Ty zrzędliwy, pełen uprzedzeń starcze!”

Jen musiała odziedziczyć zdolności umysłowe po matce, którą polubiłam. W obecności rodziców Jen była modelem dobrego zachowania, ale chociaż używała uprzejmych słów, stosowała je jednak niezwykle bezczelnym tonem. Za każdym razem, gdy mówiła „panno Shirley”, starała się, aby brzmiało to jak obelga. A kiedy patrzyła na moje włosy, miałam wrażenie, że pod jej wzrokiem stają się czerwone jak marchewka. Jestem przekonana, że nikt z Pringle’ów nigdy nie przyzna, że mam kasztanowe pukle.

Rodzina Mortona Pringle’a bardzo mi się spodobała, mimo że on sam nigdy nie słucha tego, co się do niego mówi. Wypowiada jakieś słowa, a następnie, kiedy ty odpowiadasz, zajmuje się przygotowywaniem następnej uwagi.

Pani Stephenowa Pringle, wdowa, (Summerside obfituje we wdowy), napisała do mnie wczoraj list: miły, uprzejmy, trujący. Millie ma za dużo pracy domowej. Millie to delikatne dziecko, któremu nie wolno się przepracowywać. Pan Bell nigdy nie dawał jej żadnych prac domowych. Jest bardzo wrażliwa, co koniecznie trzeba zrozumieć. I oczywiście pan Bell rozumiał to doskonale! Pani Stephenowa jest przekonana, że ja także zdołam to pojąć, o ile się postaram!

Nie wątpię, że pani Stephenowa uważa, że to z mojej winy Adamowi Pringle leciała dzisiaj krew z nosa i z tego powodu musiał wrócić wcześniej do domu. Obudziłam się w środku nocy i nie mogłam ponownie zasnąć, ponieważ przypomniało mi się „i” w pytaniu napisanym na tablicy, nad którym nie postawiłam kropeczki. Jestem pewna, że Jen Pringle zauważy to i wkrótce cały klan się o tym dowie.

Rebeka Dew twierdzi, że wszyscy Pringle’owie zaproszą mnie na kolację, z wyjątkiem starych pań z Klonowego Wzgórza, a potem będą mnie już zawsze ignorować. Ponieważ są miejscową śmietanką, może to oznaczać, że nie zostanę dopuszczona do życia towarzyskiego w Summerside. Cóż, zobaczę! Walka trwa i za wcześnie jeszcze mówić o zwycięstwie lub klęsce. Jednakże czuję się z tego powodu raczej nieszczęśliwa. Nie można dyskutować z uprzedzeniem. Jestem taka, jak kiedyś w dzieciństwie: nie mogę znieść myśli, że ktoś mnie nie lubi. Myśl o tym, że rodziny połowy moich uczniów mnie nienawidzą, nie jest przyjemna, tym bardziej, że nie ponoszę za to żadnej winy. Dobija mnie ta niesprawiedliwość. Znów piszę kursywą! Ale kursywa niewiele pomoże na poprawienie humoru!

Poza sprawą Pringle’ów muszę przyznać, że bardzo lubię moich uczniów. Niektórzy są mądrzy, ambitni, pracowici, naprawdę zainteresowani poszerzeniem wiedzy. Lewis Allen zarabia na szkołę, pracując jako pomocnik w pensjonacie i w ogóle się tego nie wstydzi, a Zofia Sinclair codziennie dojeżdża, jadąc na oklep na starej, szarej kobyle swego ojca (ponad sześć kilometrów do szkoły i sześć kilometrów z powrotem). Cóż za hart ducha! Tak się cieszę, że mogę pomóc tej wspaniałej dziewczynie, że łatwiej mi będzie znieść Pringle’ów.

Jeżeli jednak nie uda mi się zyskać ich życzliwości, nie bardzo będę miała szansę pomóc komukolwiek.

Za to kocham Szumiące Topole! To nie jest pensjonat, lecz prawdziwy dom! I one lubią mnie. Nawet Dusty Miller mnie lubi, chociaż czasami jest ze mnie niezadowolony i okazuje to umyślnie, siadając tyłem do mnie i zerkając swoim złotym okiem, żeby sprawdzić, jak to przyjmuję. Raczej nie okazuję mu uczuć, gdy Rebeka Dew jest w pobliżu, gdyż naprawdę ją to złości. W ciągu dnia jest to zamyślone, senne, oswojone zwierzę, nocą natomiast zmienia się w dziką bestię. Rebeka twierdzi, że to dlatego, że pozwala się mu długo pozostawać nocą poza domem. Nienawidzi wystawać na podwórku, wołając go. Twierdzi, że wszyscy sąsiedzi z niej się śmieją. Woła go tak wściekłym, oschłym głosem, że naprawdę słychać ją w całym mieście, szczególnie gdy noc jest cicha, a ona wykrzykuje: „kici, kici! kici, kici! KICI, KICI!” Wdowy popadłyby w rozpacz, gdyby Dusty Miller przebywał poza domem w chwili, gdy udają się do łóżek. „Nikt nie ma pojęcia, ile ja przeszłam przez tego kota, nikt!!” - zapewniała mnie wielokrotnie Rebeka.

Życie z wdowami układa mi się bardzo dobrze. Lubię je coraz bardziej. Cioteczka Kasia nie jest przekonana do czytania powieści, ale informuje mnie, że nie ma zamiaru cenzurować książek, które ja czytam. Cioteczka Hania kocha powieści. Ma kryjówkę, w której je trzyma. Przemyca je z biblioteki miejskiej wraz z pudełkiem kart do pasjansa i różnymi innymi rzeczami, których, jej zdaniem, cioteczka Kasia nie powinna widzieć. Ta kryjówka znajduje się w siedzeniu fotela, o czym nikt oprócz cioteczki nie wie. Podzieliła się ze mną tą tajemnicą, gdyż jak podejrzewam, chce, żebym była jej wspólniczką w wyżej wskazanym przemycie. W rzeczywistości nie ma potrzeby robić specjalnej kryjówki w Szumiących Topolach, gdyż trudno byłoby znaleźć drugi dom z tak wielką liczbą skrytek. Aczkolwiek prawdę mówiąc, Rebeka Dew nie pozwoliłaby im na zachowanie tajemniczości. Ciągle sprząta je z niezwykłą werwą. „Dom sam nie utrzyma się w czystości”, twierdzi ze smutkiem, kiedy wdowy próbują protestować. Jestem pewna, że od razu pozbyłaby się powieści czy pudełka kart, gdyby je znalazła. Stanowią potworność dla jej ortodoksyjnej duszy. Rebeka Dew twierdzi, że karty to wymysł szatana, a powieści są jeszcze gorsze. Jedyne rzeczy, jakie Rebeka czytuje poza Biblią, to kolumny towarzyskie gazety Guardian. Uwielbia być na bieżąco z domami, wszystkimi meblami i życiem milionerów.

– Proszę sobie wyobrazić kąpiel w złotej wannie, panno Shirley – mówi rozbawiona.

W gruncie rzeczy jest z niej jednak dobra kobieta. Wynalazła gdzieś wygodny fotel na biegunach pokryty wypłowiałym brokatem, który idealnie pasuje do mojego gustu, i rzekła – To twój fotel, panienko. Zachowamy go dla pani. – Nigdy nie pozwala Dusty’emu Millerowi na nim spać z obawy, że jego sierść może przyczepić się do mojej szkolnej spódnicy i stanowić doskonały pretekst do plotek.

Wszystkie trzy są bardzo zainteresowane moim pierścionkiem z pereł i jego znaczeniem. Cioteczka Kasia pokazała mi swój pierścionek zaręczynowy (nie może go nosić, gdyż zrobił się za mały) przyozdobiony turkusikami, a biedna cioteczka Hania z rozpaczą w oczach wyznała, że nigdy nie otrzymała pierścionka zaręczynowego, gdyż jej mąż uważał to za zbytek. Była wówczas w moim pokoju, z maseczką z maślanki na twarzy. Robi ją co wieczór, aby zachować ładną cerę, i zobowiązała mnie do zachowania tego w tajemnicy przed cioteczką Kasią.

– Pomyślałaby, że to śmieszna próżność u kobiety w moim wieku, a poza tym jestem pewna, że Rebeka Dew uważa, że dobra chrześcijanka nie ma prawa dbać o urodę. Kiedyś schodziłam do kuchni, żeby nałożyć maseczkę, gdy Kasia poszła spać, ale zawsze bałam się, że zastanie mnie przy tym Rebeka Dew. Nadstawia uszu jak kot, nawet kiedy śpi. Gdybym tylko mogła wpadać tu i nakładać tę maseczkę co wieczór, och, dziękuję ci, moja droga!

Dowiedziałam się trochę o naszych sąsiadach w Domu Wśród Wiecznej Zieleni. Pani Campbell (urodzona jako Pringle!) ma osiemdziesiąt lat. Nie widziałam jej dotąd, ale z tego co wiem, jest bardzo ponura. Ma służącą, Martę Monkman, niemal równie leciwą i ponurą jak ona sama, o której wszyscy zazwyczaj mówią „kobieta pani Campbell”. Pani Campbell wychowuje prawnuczkę, małą Elżbietę Grayson. Elżbieta, której do tej pory nie widziałam mimo dwutygodniowego pobytu, ma osiem lat i chodzi do szkoły publicznej boczną drogą, skrótem przez tylne podwórka, nigdy więc nie spotykam jej w drodze do lub ze szkoły. Jej matka nie żyje, a była ona wnuczką pani Campbell, którą starsza pani też wychowywała. Rodzice zmarłej wnuczki też nie żyją. Matka dziewczynki poślubiła niejakiego Pierce’a Graysona, „jankesa”, jak powiedziałaby pani Małgorzata Linde. Zmarła, kiedy Elżbieta się urodziła, a ponieważ Pierce Grayson musiał natychmiast wyjechać z Ameryki, aby objąć oddział firmy w Paryżu, maleństwo zostało wysłane do domu starej pani Campbell. Podobno ojciec córki nie znosił, gdyż urodziła się kosztem życia matki, i nigdy nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Oczywiście mogą być to jedynie plotki, ponieważ ani pani Campbell, ani jej „kobieta” nigdy nie wypowiadają się na ten temat.

Rebeka Dew jest zdania, że obie postępują zbyt surowo z małą Elżbietką i jej życie w tym domu nie jest łatwe.

– Nie jest jak inne dzieci. Wydaje się zbyt dorosła jak na osiem lat. A rzeczy, które czasami wygaduje! Raz mówi do mnie: „Rebeko, przypuśćmy, że wchodziłabyś już do łóżka, żeby położyć się spać, kiedy nagle coś by cię ugryzło w kostkę?” Nic dziwnego, że boi się kłaść do łóżka w ciemności. A one ją do tego zmuszają. Pani Campbell twierdzi, że w jej domu nie ma miejsca dla tchórzy. Pilnują jej jak dwa kocury myszy i rządzą nią bezlitośnie. Nie ma prawa zrobić najmniejszego hałasu, bo to prawie powoduje ich zejście śmiertelne. Cały czas mówią tylko „sza! sza”! Powiem ci, że uciszą kiedyś to dziecko na śmierć. Ale nic z tym nie można zrobić.

– Rzeczywiście!

Chciałabym ją zobaczyć. Wydaje mi się wzruszającą postacią. Cioteczka Kasia twierdzi, że z fizycznego punktu widzenia jest należycie zadbana. A dosłownie ujęła to w takie słowa: „Karmią ją i ubierają należycie.” Ale dziecko nie może żywić się jedynie chlebem. Nigdy nie zapomnę mego życia, zanim przybyłam na Zielone Wzgórze.

W przyszły piątek jadę do domu, aby spędzić w Avonlea dwa piękne dni. Jedyny minus będzie taki, że nieważne kogo spotkam, każdy będzie mnie pytał, czy lubię nauczanie w Summerside.

Pomyśl o Zielonym Wzgórzu, Gilbercie. Jezioro Lśniącej Toni z unoszącą się nad nim błękitną mgiełką, na drugim brzegu strumyka - klony, które powoli nabierają szkarłatnej barwy, złotobrązowe paprocie w Lesie Strachów i cienie o zachodzie na Dróżce Zakochanych - ukochanym moim miejscu. W głębi serca tak bardzo chciałabym teraz tam być, zgadniesz z kim?

Czy wiesz, Gilbercie, że zdarzają się takie momenty, kiedy mam podejrzenia, że Cię kocham?!

Szumiące Topole,

Aleja Duchów,

Summerside,

10 października

WIELCE SZANOWNY PANIE

Tak zaczynał się list miłosny babki cioteczki Hani. Czyż to nie rozkoszne wyrażenie? Jakież poczucie wyższości musiało mu dawać! Czy może wolałbyś taki nagłówek: „Kochany Gilbercie”? Ale oczywiście bardzo się cieszę, że Ty nie jesteś tym czy innym dziadkiem. Cudownie jest cieszyć się naszą młodością, kiedy przed nami całe jeszcze życie, prawda?

(Kilka stron pominięto, gdyż pióro Ani najwidoczniej nie było ani ostre, ani tępe, ani zardzewiałe.)

Siedzę na parapecie okna w wieżyczce, wyglądając na drzewa, które kołyszą się na tle bursztynowego nieba, a poza nimi dostrzegam także port. Wczoraj wieczorem odbyłam uroczy samotny spacer. Musiałam gdzieś się przejść, gdyż w Szumiących Topolach czułam się troszeczkę rozczarowana. Cioteczka Hania płakała w saloniku, ponieważ zraniono jej uczucia, cioteczka Kasia płakała w swojej sypialni, gdyż była akurat rocznica śmierci kapitana Amasa, zaś Rebeka Dew płakała w kuchni z nieznanej nikomu przyczyny. Nigdy dotąd nie widziałam płaczącej Rebeki Dew. Ale kiedy starałam się w sposób taktowny ustalić, co się stało, rzuciła pytanie, czy w tym domu nie można popłakać, kiedy ma się na to ochotę? Tak więc zrezygnowałam i wykradłam się z domu, zostawiając je przy tej rozkosznej czynności.

Poszłam w stronę drogi prowadzącej do portu. Powietrze miało przyjemny, mroźny październikowy zapach zmieszany z wonią świeżo przeoranych pól. Szłam, szłam, aż zmierzch pogłębił się w oświetloną księżycem, jesienną noc. Byłam sama, ale nie samotna. Odbywałam mnóstwo wyimaginowanych rozmów z wyimaginowanymi kolegami i wymyśliłam tak wiele epigramów4, że sprawiło mi to znaczną przyjemność. Spacer ten dostarczył mi wielkiej radości mimo zmartwień, jakich przysparzają mi Pringle’owie.

Na myśl o nich mam ochotę wyć. Z trudem to przyznaję, ale sytuacja w szkole średniej w Summerside układa się nie najlepiej. Nie ma wątpliwości, że uknuto przeciwko mnie intrygę. Na przykład żadne z Pringle’ów lub na pół-Pringle’ów nigdy nie wykonuje prac domowych. I nic nie daje skarżenie się rodzicom. Są układni, uprzejmi i unikają rozmów na ten temat. Wiem, że wszyscy uczniowie, którzy nie są Pringle’ami, lubią mnie, ale wirus nieposłuszeństwa, którym zarażają Pringle’owie, podważa morale całej klasy. Pewnego ranka odkryłam, że moje biurko zostało splądrowane, a jego zawartość wywrócona do góry nogami. Oczywiście nikt nie wiedział, czyja to sprawka. Nikt również nie chciał albo nie mógł powiedzieć, kto pozostawił na nim następnego dnia pudełko, z którego po otwarciu wyskoczyła sztuczna żmija. Ale potem każdy Pringle w szkole wył ze śmiechu na mój widok. Mam wrażenie, że musiałam wyglądać na bardzo zaszokowaną.

Jen Pringle spóźnia się do szkoły co drugi dzień, zawsze z jakimś doskonałym wykrętem uprzejmie przekazywanym z bezczelnym wykrzywieniem ust. Podczas lekcji pod moim nosem podaje koleżankom liściki. Włożywszy dziś płaszcz, znalazłam w jego kieszeni obraną cebulę. Z największą radością zamknęłabym gdzieś tę dziewczynę o chlebie i wodzie, aż nauczyłaby się zachowywać.

Najgorsza rzecz, jaka dziś mi się przydarzyła, to karykatura na tablicy - wykonana białą kredą, ze szkarłatnymi włosami. Nikt się nie przyznał, wśród przeczących była Jen, ale wiem, że jest jedyną uczennicą w klasie, która umie tak dobrze rysować. Rysunek był świetny. Mój nos, który, jak wiesz, był zawsze dla mnie powodem do dumy, został udekorowany garbem, a usta odpowiednie byłyby dla skwaśniałej starej panny, która naucza w szkole pełnej Pringle’ów od trzydziestu lat. Była to bez wątpienia moja karykatura. Dziś w nocy obudziłam się o trzeciej i przewracałam się z boku na bok na to wspomnienie. Czy zgodzisz się ze mną, że to bardzo dziwne, iż sprawy, które uniemożliwiają nam sen rzadko kiedy są złe? Najczęściej jedynie upokarzające.

Mówią o mnie rozmaite rzeczy. Oskarżają, że zaniżam oceny na dokumentach egzaminacyjnych Hattie Pringle, ponieważ należy do tej rodziny. Plotka głosi, że śmieję się, kiedy dzieci popełniają błędy. Prawdę mówiąc, rzeczywiście śmiałam się, kiedy Fred Pringle podał definicję centuriona5 jako człowieka, który żył sto lat. Nie mogłam się powstrzymać.

James Pringle twierdzi: „w szkole nie ma absolutnie żadnej dyscypliny.” Krąży też plotka, że jestem „znajdą”.

Zaczynam odczuwać antagonizm Pringle’ów także w innych dziedzinach. Summerside zdaje się tańczyć, jak zaśpiewają Pringle’owie zarówno na polu towarzyskim, jak i naukowym. Nic dziwnego, że przezywają ich „rodziną królewską”. W zeszły piątek nie zaproszono mnie na przyjęcie u Alice Pringle. A kiedy pani Franciszkowa Pringle zorganizowała herbatkę dla wsparcia kościelnego projektu charytatywnego (jak informuje mnie Rebeka Dew, panie zamierzają wybudować nową wieżę!), byłam jedyną dziewczyną w kościele prezbiteriańskim, której nie poproszono o zajęcie stolika do prowadzenia kwesty. Dowiedziałam się, że żona pastora, która jest osobą nowo przybyłą do Summerside, zasugerowała, by poproszono mnie o włączenie się do chóru, a w odpowiedzi usłyszała, że wszyscy Pringle’owie natychmiast wystąpiliby z niego, gdybym przyjęła tę ofertę. To zostawiłoby tak szczątkowy szkielet, że chór nie mógłby dalej istnieć.

Oczywiście nie jestem jedyną nauczycielką, która ma problemy z uczniami. Kiedy pozostali nauczyciele przysyłają do mnie swoich uczniów w celu ich ukarania (ależ nienawidzę tego słowa!), połowa z nich to Pringle’owie. Ale na tych nauczycieli nikt się nie uskarża.

Dwa dni temu kazałam Jen zostać w szkole celem wykonania pracy, którą umyślnie pominęła. Dziesięć minut później zatrzymał się przed szkołą powóz z Klonowego Wzgórza, a w drzwiach stanęła panna Ellen. Pięknie ubrana, ślicznie uśmiechnięta starsza pani w eleganckich rękawiczkach z czarnej koronki, o orlim nosie i wyglądzie, jak gdyby przeniosła się tu prosto z 1840 roku. Jest jej bardzo przykro, ale czy mogłaby odebrać Jen? Zamierza odwiedzić przyjaciół w Lowvale i obiecała im, że przywiezie ją ze sobą. Jen wyszła tryumfalnie, a ja ponownie pojęłam, jak wielkie siły zgromadzono przeciwko mnie.

Gdy jestem w nastroju pesymistycznym, przychodzi mi do głowy, że Pringle’owie to połączenie Sloane’ów i Pye’ów. Ale wiem, że tak nie jest. Mam wrażenie, że mogłabym ich polubić, gdyby nie byli moimi wrogami. W większości są to szczerzy, radośni, lojalni ludzie. Umiałabym nawet polubić pannę Ellen. Nigdy nie widziałam panny Sary. Panna Sara od dziesięciu lat nie opuszcza Klonowego Wzgórza.

– Jest zbyt delikatna lub też za taką się uważa – prychnęła Rebeka Dew. – Ale nie ma nic nadzwyczajnego, jeśli chodzi o jej dumę. Wszyscy Pringle’owie są dumni, lecz te dwie przekraczają wszelkie granice. Powinna pani usłyszeć, jak opowiadają o swoich przodkach. Ich stary ojciec, kapitan Abraham Pringle, był cudowny. Jego brat Myrom nie był już tak cudowny, ale nie usłyszysz od krewnych wielu słów na jego temat. Bardzo się martwię, że wszyscy oni przysporzą pani wielu kłopotów. Kiedy już zdecydują się na coś lub na kogoś, nigdy nie zmieniają raz powziętego postanowienia. Niech pani trzyma głowę do góry, panno Shirley, niech pani trzyma głowę do góry!

– Tak chciałabym otrzymać przepis panny Ellen na jednofuntowe ciasto – westchnęła cioteczka Hania. – Wiele razy mi go obiecywała, ale nie dotrzymała słowa. To stary angielski przepis rodzinny. Są bardzo tajemnicze w tych sprawach.

W najdzikszych, fantastycznych snach widzę, jak zmuszam pannę Ellen do wręczenia tego przepisu cioteczce Hani na kolanach i zmuszam Jen, żeby pamiętała o wszystkich literkach „p” i „q”. Do szału doprowadza mnie fakt, że z łatwością poradziłabym sobie z Jen, gdyby cały klan nie wspierał jej w diabelskich sztuczkach.

(Dwie strony pominięte)

Twoja posłuszna służka,

ANIA SHIRLEY

P.S. Tak właśnie cioteczka Hania podpisywała swoje listy miłosne.

15 października

Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że na drugim krańcu miasta ubiegłego wieczoru miało miejsce włamanie. Włamywacze weszli do domu i ukradli pieniądze oraz srebrne sztućce. W związku z tym Rebeka Dew udała się do pana Hamiltona z pytaniem, czy może pożyczyć od niego psa. Przywiąże go do werandy z tyłu domu, a mi radzi, żebym schowała pierścionek zaręczynowy!

Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego Rebeka Dew płakała. Okazuje się, że się szpetnie pokłóciły. Dusty Miller znów coś przeskrobał i Rebeka Dew powiedziała cioteczce Kasi, że musi coś zrobić z tym kotem. Wykończy ją nerwowo. Zdarzyło się to po raz trzeci w tym roku i zrobił to umyślnie. Cioteczka Kasia odparła, że jeżeli Rebeka Dew zawsze będzie wypuszczać kota na dwór, kiedy tylko słyszy jego miauczenie, uniknie jego brzydko pachnących uczynków.

– To ostatni gwóźdź do mojej trumny – powiedziała Rebeka Dew.

I pojawiły się łzy!