Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky - ebook

Ani żadnej rzeczy ebook

S.M. Borowiecky

0,0
17,84 zł

lub
Opis

Na dachu Bazyliki Świętego Piotra zostaje ukrzyżowana kobieta. Po tym, jak udaje jej się cudem przeżyć, jej pierwsze słowa brzmią "Heil Hitler". Jeszcze siedem dni wcześniej, nic nie zapowiada tego makabrycznego wydarzenia... 28 letnia Zoja mieszka w Nowym Jorku. Pracuje jako sprzedawca luksusowych europejskich nieruchomości. I nagle dowiaduje się, że śmierć zebrała żniwo wśród jej najbliższych. Nie wie, dlaczego to akurat ją wybrano do wypełnienia szaleńczej misji. W ciągu siedmiu dni, przemierzając pół Europy, odkrywa swoją przeszłość i makabryczną tajemnicę skrywaną przez Kościół. Wszystkie drogi prowadzą do nazistów i ich haniebnych eksperymentów na dzieciach, a także do Watykanu i początków chrześcijaństwa…


Jaką prawdę chce ukryć Kościół i kardynał Giovanno?

Czym jest tajemne Bractwo Chryzmonu i czy naprawdę istnieje?

Jaką rolę w całej sprawie odgrywa tajemniczy mężczyzna?

Czy Hitler i Eva Braun mieli dzieci?

Co łączy Ewę Braun i Hitlera z prastarą historią prawdy o chrześcijaństwie?

Czy Chrystus przeżył ukrzyżowanie?

Czy potomkinie Apostolic żyją i jaki związek ma z nimi Zoja?

Jaka jest w tej historii rola Świętej Anny, znanej jako matka Maryi?


Odpowiedzi na te pytania, kryją kolejne strony powieści Ani żadnej rzeczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 411




S. M. BorowieckyANI ŻADNEJ RZECZY

Redakcja ikorekta

Grzegorz Kołbuś

Projekt okładki

Studio Karandasz

Zdjęcia naokładce:

Studio Karandasz oraz zdjęcia zserwisu Fotolia.com

(autorzy zdjęć - fotomaximum, Anterovium, mizina, rueangrit, Sergii Figurnyi, igor, Maffy)

Redakcja techniczna, skład iłamanie

PAB-Font s.c.

ul. Krasnobrodzka 2/2

03-214 Warszawa

[email protected]

Copyright 2015 Sandra Borowiecky iSzpalta

Wydawca

Szpalta Sandra Borowiecka

ul. Jerzego Waszyngtona 34/36 lok. 216

81-342 Gdynia

www.szpalta.com

[email protected]

Wydanie I

ISBN 978-83-943061-3-7

Spis treści

Początek ikoniec 5

Drogi się krzyżują 14

Ogień trawi 36

Mrok 59

W drodze ku prawdzie 64

Listy odnalezione 82

Hodegetria wskazuje drogę 95

Ta, która poczęła 107

Po jego śladach 110

Oto Człowiek 124

Napad na sejf 127

Ucieczka 142

I stało się wedle słowa 148

Wiedeński tort zfatalną niespodzianką 151

Najwyższy czas 168

Jerozolima utracona 179

Grób na skale 181

Królewski klasztor 192

Siostra porwana! 216

Fatalne spotkanie 220

Słowo 228

Od autorki 229

W pięknym kraju Prowancji, śród wyniosłejgóry,

Góry granitowemi najeżonejskały,

Którą zieloną szatą sosnyprzyodziały,

A srebrnym baldachimem ocieniają chmury —

 

Bieleją się klasztoru opuszczonemury,

Gdzie pustelnik samotny, wiekiemposiwiały,

Wskazuje wiernym miejsca, co niegdyś widziały

Żal iłzy Magdaleny, śród groty ponurej. —

 

O! córo Galilei, nadobnagrzesznico:

Kobieto zczułem sercem — której nie łezzdroje,

Ale miłość otrwarła do niebiospodwoje!

 

Lubię widzieć twój obraz, pięknapokutnico,

Jak cię Tycjan malował — wgłębi ciemnejgroty,

Osłonioną jak płaszczem, wjasnych włosów sploty! 

 

Konstanty Gaszyński, Święta Grota, 1834

Początek i koniec

Wschodzące słońce raziło oczy turystów, idących Placem Świętego Piotra wkierunku wrót bazyliki. Miarowy stukot podeszew obruk, gruchanie gołębi, łapczywe siorbnięcia kawy zplastikowych kubków zlogo Starbucks, kaszlnięcia, splunięcia iciche szepty dzieci, plączących się pod nogami rodziców, tworzyły ulotną melodięporanka.

Było bezchmurnie ipięknie, idealnie na zwiedzanie atrakcji Wiecznego Miasta. Lekkie podmuchy kwietniowego wiatru, niosące znad ulicy Citta del Vaticano zapach świeżo skoszonej trawy isubtelną woń pomarańczy kwitnących dziko wparkach, dawały znać obudzącej się do życia wiośnie. Gołębie, wylatujące zOgrodów Watykańskich, wznosiły się skąpane wzłotej poświacie, stając się częścią pejzażu, jakiego nie powstydziłby się sam MichałAnioł.

Przewodnik Dominic Dulli, trzydziestojednoletni Włoch, szedł na przedzie grupy. Miał na sobie skromną drelichową bluzę ipogniecione spodnie koloru khaki. Szare, znoszone mokasyny, które założył nad ranem wybiegając wpośpiechu zmałego mieszkania na wschodzie Rzymu, szurały ciężko po kocich łbach. Rozdał przepustki izaczął mówić po angielsku zwyraźnym włoskimakcentem:

     – Idziemy szybko itylko tam, gdzie wskazuję. Nie zostajemy wtyle inie dotykamy eksponatów. Itak większości nie sposób dotknąć – wtrącił pod nosem inerwowo zachichotał, po czym jego głos znów przybrał beznamiętny ton. – Ponieważ jesteśmy pierwszą grupą tego dnia, mamy przed sobą chwile wyjątkowe iniepowtarzalne, co należy docenić iwykorzystać, bez zbędnego marudzenia. Zaczniemy od tarasu widokowego na szczycie kopuły bazyliki. Widok zapierający dech wymaga pełnego skupienia, ale iostrożności, bo wypadki iw Watykanie chodzą po ludziach, aroztargnienie to pierwszy stopień do złamaniakar…

     – Toaleta?! – przewał mu znienacka damski, piskliwygłos.

Dulli zazgrzytał zębami. Młoda Hiszpanka ztwarzą jak łasiczka, ubrana wszaro-różowy dres znapisem Nike na piersi, stojąc kilka kroków za plecami swojego chłopaka ijego siostry, przestępowała znogi na nogę. Dulli posłał jej wściekłe spojrzenie. Chwilę później bez słowa poprowadził całą grupę do oddalonego okilkadziesiąt metrów budynku znapisem „Toilets”.

     – Pięć minut – powiedział głośno, stukając palcem wcyferblat sportowego zegarkaCasio.

Coś podpowiadało mu, że to nie będzie dobry dzień. Wewnętrzny kompas drgał od pierwszej chwili. Coś było nie tak. Wiedziałto.

Kiedy został sam, Dulli wyjął zplecaka listę uczestników iszybko przeleciał po niej wzrokiem. Dwie młode Hiszpanki iHiszpan, kobieta zPolski zczteroletnią córką, małżeństwo ze Stanów zośmioletnim synem Jonnym, Kanadyjczyk zdziesięcioletnim synem odziwnym imieniu Kane. Razem dziesięć osób. Znimjedenaście.

Jedenaście.

     – Nie, to nie może być prawda – wyszeptał.

Poczuł jak ze strachu oblewa go zimny pot. Zrobił wpowietrzu znak krzyża inerwowo rozejrzał się wokół siebie, na koniec jeszcze raz zerkając na listę. Upewniwszy się, że nie ma mowy opomyłce wsunął ją do plecaka, azamiast niej wyjął zkieszeni maleńki dziennik zapisany po brzegi izaczął nerwowo przerzucać kartki. Wkońcu palec wskazujący zatrzymał się na jednej znich, zabazgranej notatkami iskomplikowanymi wzorami matematycznymi. Oczy Dullego zaczęły wędrować od lewa do prawa, ajego źrenice zaczęły się rozszerzać.

Symbole nie pozostawiały złudzeń. Wcześniejsze znaki znalazły dopełnienie.

Jedenaścioro apostołów po zdradzie Judasza. Jedenaście, jako biblijny symbol zaburzenia pełni inieporządku.

Dulli wyjął zkieszeni stary model Nokii. Wstukał na klawiaturze numer, po czym trzęsącymi się palcami zacząłpisać:

MIAŁEŚ RACJĘ. JEDENAŚCIE. IAM TEMPUS EST

     – Iam tempus est. Już czas – wyszeptał Dulli, wysyłając wiadomość.

W ciągu kilku sekund pojawiło się potwierdzenie doręczenia. Dulli odetchnął zulgą. Jeśli cokolwiek mogło go wtej chwili uspokoić, była to właśnie świadomość, że zdołał podzielić się tym co wie zkimś, komu zależy na tej wiedzy jeszcze bardziej niż jemu.

Od strony budynku toalety dało się słyszeć śmiechy. Po chwili przy Dullim pojawili się pierwsi turyści. Mrużąc oczy spoglądał na nich zniepewną miną.

Które znich zostałowybrane?

Ruszyli wdalszą drogę. Nie tracąc ani chwili Dulli zaczął gorączkowo analizować. Jego wzrok wędrował od twarzy do twarzy, niczym skaner poszukujący kodów.

Dwie Hiszpanki iHiszpan – nie. Polka zcórką – nie. Małżeństwo ze Stanów – nie. Kanadyjczyk – nie. Jego syn… jak on ma na imię? Dulli drżącą ręką znów wyjął zplecaka listę, żeby sobie przypomnieć. Kane. Dziwne imię, bardzo dziwne. Spojrzał na chłopaka, apotem na tego drugiego, syna pary ze stanów. Wyglądało na to, że chłopcy trzymają się razem. Jonny iKane. Kane iJonny. Dwaj bracia. Biblijna Księga Rodzaju. Koran. Pięcioksiąg Ashburnhama…

„Jak do diaska mogłem to przeoczyć!” – pomyślał Dulli igwałtownie przystanął, wlepiając wzrok wplecy chłopców idących przed nim.

Otaczające ich aury nie pozostawiały wątpliwości. Dwa omeny. Dwa jako symbol dwóch Tablic Mojżeszowych ikary za wszystkie grzechy, odebranej wdwójnasób. Dwa jako nawiązanie do historii Kaina iAbla...

     – Jonny iKane… – powtórzył Dulii zdławionym szeptem.

Szli wkierunku wrót bazyliki. Jonny iKane wyprzedzili pozostałych ipodbiegli do gołębi pijących wodę zpobliskiej kałuży. Widząc jak kilka znich podrywa się do lotu, mała Polka natychmiast wydała zsiebie dziki pisk.

     – W Watykanie nie krzyczymy!!! – natychmiast zwrócił jej uwagę Dulli.

Matka dziewczynki zoburzeniem zmierzyła go wzrokiem iprzyciągnęła ją do siebie. Po chwili mała znów wyrwała się zramion matki ipobiegła za Jonnym iKanem, wskazując na kolorowych żołnierzy zhalabardami.

     – Ajajaj! Pomponiści!

     – Guardia Svizzera Pontificia… – wysyczał coraz bardziej wściekły Dulli.

Przez grupę przebiegł szmer śmiechu. Dorośli powyjmowali aparaty izaczęli pstrykać zdjęcia. Halabardy gwardzistów skrzyły się wsłońcu, niczym włócznie świętego Piotra. Feeria barw żołnierskich mundurów, pomarańcz, granat, błękit, zieleń, aprzy tym pióra isatyna, mieszały się stanowiąc wspaniałą ucztę dla oka. Dystyngowane, idealnie zsynchronizowane ruchy każdego zgwardzistów, wyglądały jakby sterował nimi zręczny kuglarz, który celowo ustawił na środku placu marionetki poruszane za pomocą niewidzialnych sznurków.

Dulli zerknął na zegarek, apotem zcoraz większym niepokojem na telefon. Nie było żadnej odpowiedzi.

     – Niech to cholera… – przeklął pod nosem.

Nagle usłyszał za plecami głos.

     – Idziemy?

Dulli gwałtownie się odwrócił. Obok niego stał Kane. Chłopak miał tak bystre spojrzenie, że przeszły mu po plecach ciarki.

     – Dokąd? – zapytał zakoczonyDulli.

Chłopak zrobił zdziwioną minę.

     – Dobrze się pan czuje? – rzucił niepewnie – Przed chwilą mówił pan, że musimy siępośpieszyć…

     – Ach, no tak, racja, e necessario fare in fretta! – odpowiedział zmieszany Dulli iczując na sobie badawcze spojrzenie chłopaka, zaczął zwoływać resztę grupy.

W tym samym czasie czterej gwardziści opuściwszy halabardy weszli do Bazyliki, aci kończący wartę przecięli plac izniknęli za rogiem uliczki, pośród gęsto rosnących drzew.

W końcu grupie udało się dotrzeć do wrót bazyliki. Stanęli wcieniu, czekając aż Dulli, stojący wcieniu masywnej ściany zkamienia, skończy rozmawiać zjednym zgwardzistów.

     – Mamo… – wyjęczał podekscytowanyJonny.

     – Coznowu?!

     – Na dachu. Zobacz. Tam ktośjest.

     – Tak synku, posągi świętych. Pan przewodnik mówił onich przed chwilą – odpowiedziała matka, ciągnąc go za ramię wstronę wejścia.

     – Nie, to nie... maaaamo, no zobacz, musisz… no zooobacz!

Podekscytowany Jonny, podskakując zpalcem wgórze, zerkał to na matkę, to na dach bazyliki, wmiejsce, gdzie znajdowały się posągi jedenastu apostołów iChrystusa. Wprzeciwieństwie do niego, Kane stał nieco dalej na uboczu ijak zahipnotyzowany od dłuższej chwili nie odrywał wzroku od dachu świątyni.

Dwie minuty później prawie cała grupa weszła do chłodnego wnętrza bazyliki. Troje Hiszpanów iPolka zcórką na ramieniu poszli jako pierwsi, kierując się boczną nawą wstronę schodów prowadzących na dach. Tuż za nimi szedł Kanadyjczyk, zajęty rozmową zkuzynem ze Stanów ijego żoną. Dwaj chłopcy zostali daleko ztyłu.

     – Wąskie przesmyki, strome schodki, duszno, parno, klaustrofobicznie… – oznajmił głośno Dulli, ajego głos odbijał się echem od sufitu wąskiego korytarza, powodując że wszyscy zamilkli – kto by pomyślał, że takie wrażenia może przynieść wspinanie się na szczyt drugiej na świecie największej świątyni chrześcijańskiej, wybudowanej na grobie świętego Piotra. Państwa odczucia nie są teraz może zbyt miłe, jednak naprawdę warto się pomęczyć dla widoku rozpościerającego się zdachu – zapewnił ijakby na potwierdzenie tych słów zamachał ręką, wskazując na strome schody, których setki majaczyły wgórze, znikając za niebezpiecznymi, wąskimi zakrętami.

Wszystkie głowy uniosły się wgórę, apotem dał się słyszeć szmer niezadowolenia.

Nie zważając na marudzenie, Dulli przepuścił wszystkich, rozglądając się wposzukiwaniu chłopców. Szli od strony wejścia, nic sobie nie robiąc ztego, że ich woła.

     – Pani, to była pani – szeptał nerwowo Jonny. – Awidziałeś czerwone? Wdziałeś?

     – Nie widziałem. Nie było czerwonego – odpowiedziałKane.

     – Bo ja patrzyłem ostatni. Iwtedybyło.

     – Bujasz. Powiem twojej mamie izobaczysz.

     – Nie kłamię! – zdenerwował się Jonny ikopnął Kane`a wkostkę. Pobiegł wzdłuż ukrytej wcieniu nawy bocznej iprzepychając się obok przewodnika wbiegł na schody. Po chwili dołączył do niego Kane inatychmiast zaczęli się ścigać, zmuszając wspinających się przed nimi ludzi, żeby ustąpili im miejsca.

     – Chłopcy! Chłopcy! – próbował przywołać ich do porządku Dulli. – To jestniebezpieczne!

Piętro wyżej dało się słyszeć, jak chłopcy parskają śmiechem.

     – Nie biegnij! – wydarła się matka Jonny`ego, wychylając się na schodach iwymachując groźnie zaciśniętą pięścią. – Jak cię dogonię, przyłożę ci wdupsko! Nie będę tu wysłuchiwałaskarg!

Jonny iKane dotarli już dwa piętra wyżej. Sapiąc iz trudem łapiąc oddech, wspinali się po stopniach masywnej kopuły zbrunatnych cegieł, wyglądem przypominającej obronną wieżę.

     – Sto dwadzieścia.. sto trzydzieści…trzydzieści jeden… – liczył kolejne stopnie Kane, oglądając się zuśmiechem na biegnącego za nim Jonny`ego.

Kilkadziesiąt stopni niżej trójka Hiszpanów, zziajana izniechęcona, wspinała się schodek po schodku, wymyślając przewodnikowi od najgorszych, za to, że zmusił ich do wspinaczki. Chcieli jak najszybciej wejść, zejść iudać się do kawiarni po łyk zimnej Coca-Coli lub latte zlodem. Do tego śniadanie, duże, włoskie, zszynką parmeńską. Tak, szynka parmeńska iser, dużo sera mozarella, którym usłane są uliceRzymu…

     – Nie mogę. Nie dam rady – wyjęczała młodsza Hiszpanka, przystając na stopniu, podtrzymując się ramienia swojego chłopaka.

Jej koleżanka wspięła się wyżej, zostawiając ich samych.

     –  Nie marudź. To był twój pomysł. Mówiłem, żeby jechać doToskanii.

     –  Ico byś ztej Toskaniimiał?

     –  Aco będę miał ztego?! – odpowiedział chłopak idopił ostatni łyk wody zbutelki, po czym wcisnął plastik wszparę wzakratowanymoknie.

Dulli szedł za nimi. Przysłuchiwał się ich rozmowie, kiwając głową zrezygnacją.

„Kolejni parszywi turyści, których nie da się zadowolić” – pomyślał.

Wyjął butelkę ze szpary ischował ją do plecaka. Nagle jego telefon ukryty wkieszeni spodni zaczął wibrować. Podekscytowany wyjął go inie patrząc na numer na wyświetlaczu, odebrał połączenie. Po drugiej stronie dał się słyszeć piskliwy, pretensjonalny głos.

     – Tylko nie to – wyszeptał zrozpaczą Dulli.

Był to kolejny pilny telefon zbiura, dotyczący jakiejś parszywej wycieczki. Tak, oczywiście że przyjmie dodatkową grupę, oczywiście, stawka jak zwykle. Rozłączył się ipostanowił odsapnąć. Zniepokojem wyjrzał przez zakratowane okienko na dachy budynków widoczne woddali. Gdy znad Piazza Cita Leonina dało się słyszeć bicie dzwonów, kilka gołębi siedzących na parapecie znienacka poderwało się do lotu.

     – Już czas… – wyszeptał Dulli, zerkając na Plac Świętego Piotra.

Tymczasem Jonny iKane ścigali się już nie zsobą, lecz zczasem. Liczyła się każda sekunda, bo szczyt schodów był coraz bliżej. Kiedy Jonny pokonał ostatni stopień, jego oczy powędrowały wkierunku ciągnącego się przed nim korytarza otoczonego ścianami zhartowanegoszkła.

     – Zaczekaj! – rozkazał Kane, dysząc ze zmęczenia.

Po chwili pokonał ostatni stopień izgięty wpół stanął obok Jonny`ego. Nagle dostrzegł woddali niewyraźny ruch. Gwałtownie się wyprostował ispojrzał przed siebie, dziękując wduchu, że od rozległej przestrzeni tarasu widokowego dzielą ich drzwi iściany. Chociaż zdołu dało się słyszeć głosy rodziców, byli jakieś dwa piętra niżej. Kane wiedział, że przynajmniej przez dwie, trzy minuty będą zdani sami na siebie.

Korytarz na którym się znaleźli, był wąski ipanował wnim zaduch; gorące powietrze zwczorajszego dnia, mieszało się ztym nagrzanym od porannego słońca, wpadającym przez wąskie wywietrzniki zamontowane pod niskim sufitem. Ostrożnie stawiając każdy krok chłopcy podeszli do masywnych szklanych drzwi. Jonny złapał za srebrną klamkę ispróbował cicho przekręcić, ale materiał, zktórego wykonano drzwi sprawił, że były owiele cięższe niż sądzili. Nie tracąc czasu, zaparli się izaczęli pchać najmocniej jak umieli. Wkońcu na korytarz zsykiem wdarł się powiew świeżego powietrza. Kane wyszedł na taras pierwszy iod razu oniemiał zprzerażenia. Zoddali dochodziły mrożące krew wżyłach jęki ipłacz. Tuż przed sobą zobaczył rozmazaną na ziemi krew, ciągnącą się długą wąską linią przez środek starych, drewnianych paneli, jakimi wyłożona była podłoga tarasu. Czując na plecach oddech Jonny`ego, odwrócił się ispojrzał mu woczy. Natychmiast zrozumiał, że nie może narażać tego ośmiolatka na tak wielkie niebezpieczeństwo.

     – Zaczekaj tu na rodziców – rozkazałstanowczo.

     – Nie ma mowy! – upierał sięJonny.

Nie widząc innego wyjścia, Kane złapał go za ramiona iodepchnął wkierunku drzwi. Nieprzygotowany Jonny zhukiem wylądował na drewnianej podłodze. Poderwał się ize łzami woczach pobiegł wkierunku schodów.

     – Przepraszam Jonny – wyszeptał Kane, czując rosnącą gwałtownie gulę wgardle.

Odwrócił się ispojrzał wkierunku szczytu tarasu. To tam powinny być posągi świętych, które wdział zdołu. Wspomnienie obrazu sprzed paru minut zmroziło mu krew wżyłach. Przeraził się jeszcze bardziej, gdy dotarło do niego, że na dachu zapanowała złowroga cisza.

     – Jestem sam imuszę być dzielny – spróbował się pocieszyć.

Nabrał powietrza iprzylgnął plecami do ściany. Wychylił się iwyjrzał za róg. Było pusto. Znieco większą odwagą wyszedł na rozległą przestrzeń tarasu widokowego iruszył przed siebie. Zatrzymał się na wprost linii posągów, zwróconych twarzami do Placu Świętego Piotra. Apostołowie iŚwięty Jan stali na swoich miejscach, dokładnie tak, jak widział to zdołu. Tak jak się spodziewał, pośród nich brakowało tylko jednej figury. Chrystus zkrzyżem zniknął zpostumentu ico najbardziej przerażające, miejsce po nim nie było puste. Makabryczny widok sprawił, że przed oczyma Kane`a zapadła na kilka sekund nieprzenikniona ciemność. Zamknął oczy izagryzł wargę, żeby nie zacząć krzyczeć.

     – Rany… – wyszeptał po chwili.

Podszedł kilka kroków izatrzymał się. Wnozdrzach poczuł zapach krwi istarego drewna.

Słońce padające na dach oświetlało wiszące na ogromnym krzyżu ciało kobiety wśrednim wieku. Wyglądała niczym anioł. Rozpostarte ręce rozłożone na boki, przybite ogromnymi gwoździami do ramion drewnianego kolosa, upodabniały ją do Chrystusa. Piersi itułów były okryte białym kirem, po którym wkilku miejscach spływała krew. Wolno skapując ze stóp kobiety, tworzyła kałużę. Kane podszedł bliżej iwyciągnął rękę, próbując dotknąć ciała ofiary. Wtej samej chwili usłyszał za plecami przerażający huk silnika iwarkot śmigieł. Oniemiały ze strachu odskoczył na bok iprzeczołgał się pod kamienne barierki. Uniósł głowę izobaczył, że nad dachem bazyliki unosi się helikopter. Wtej samej chwili usłyszał niewyraźne wołanie, wktórym zdołał rozróżnić swoje imię.

Dulli wbiegł na taras. Powietrze wirowało dookoła jak podczas huraganu. Nieznośny huk niemal rozrywał uszy. Zgięty wpół zdołał przebiec kilka metrów. Rzucił się na ziemię pod ścianą izaczął wołać Kane`a ile sił wpłucach. Zobaczył unoszący się nad dachemhelikopter.

     – Skąd do cholery… – wyszeptał, zakrywając głowę przed podmuchami pyłu.

Po chwili helikopter odleciał. Dulli poderwał się ipobiegł ile sił wnogach do leżącego niedaleko posągów chłopaka. Przez chwilę bał się, że jest martwy.

     – Kane! Odezwij się!

Chłopak zamachał ręką. Cały się trząsł ibył wymazany krwią, ale wyglądało na to, że nic mu nie jest. Na tarasie zjawił się jego ojciec. Ztwarzą czerwoną jak byk biegł wich stronę.

     – Dlaczego pan zablokował wyjście! – wydzierając się zamachał pięścią przed twarzą przewodnika – Co pan wyprawia, złożę skargę! Gdzie mój… oBoże… – wyjęczał, spoglądając na wiszącą na krzyżu kobietę.

Dulli zmierzył go lodowatym spojrzeniem, po czym odszedł kilka kroków. Wyjął telefon izastanawiając się jak najsensowniej ująć wsłowa to co się stało, wstukał numer biura. Coraz bardziej przerażona kobieta po drugiej stronie słuchała chlipiąc do słuchawki. Wyglądało na to, że wpadła whisterię.

     – Przestań płakać! – wydarł się do słuchawki. – Zawiadom służby iprzyślij mi tu kogoś!

Dulli rozłączył się zwściekłą miną. Biorąc pod uwagę, że ma najwyżej minutę, zanim drzwi jadącej na górę windy otworzą się zhukiem iwypadną znich uzbrojeni po zęby żandarmi, każda sekunda była na wagę złota. Nie zwracając uwagi na to czy ktoś patrzy, Dulli podszedł do drewnianego krzyża ikorzystając ztelefonu zrobił zdjęcie. Dodał je jako załącznik iznów wysłał pod ten sam numer co wtedy, gdy byli jeszcze na placu. Treść wiadomości brzmiała:

UKRZYŻOWALI KOBIETĘ NA DACHU BAZYLIKI. UCIEKAJCIE

Kiedy kilka sekund później stalowe drzwi wind otworzyły się zhukiem, wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Wszystkie wyjścia zBazyliki zostały obstawione patrolami, acały teren Watykanu otoczyła gwardia szwajcarska iżandarmi. Dullego iprzerażonych turystów stłoczono na dachu, pod jedną ze szklanych ścian, obok schodów. Kane iJonny siedzieli samotnie wnajdalszym kącie. Dulli zdołał się do nich przecisnąć. Usiadł po turecku iwyszeptał:

     – Musimy pogadać chłopaki.

Kane skulił się wsobie. Jonny nie przerywał nerwowego dłubania kawałkiem patyka wszparze wpodłodze. Zjego kolana nadal ciekła krew.

     – Boli? – zapytał Dulli.

     – Nie tak bardzo – odpowiedziałJonny.

Dulli uśmiechnął się ipoklepał go po plecach. Po chwili zwrócił się do Kane`a:

     – Kane, muszę wiedzieć co widziałeś. Muszę to wiedzieć zanim oni – wskazał na prokuratora ipolicjantów kręcących się wokół krzyża – przyjdą, żeby cię zapytać.

     – W helikopterze była dziewczynka.

Dulli drgnął.

     – Wcześniej była na dachu. Słyszałem jak płakała.

     – To bardzo ważna informacja – powiedział Dulli łamiącym się głosem. – Powiedz mi wszystko. Wszystko, dobrze?

Jonny schował głowę między kolana izaczął płakać. Kane objął go ramieniem ioblizując spierzchnięte wargi ze strachem spojrzał na Dullego.

     – Kim panjest?

Dulli przez kilka sekund zastanawiał się nad odpowiedzią.

     – Przyjacielem – odpowiedział wkońcu, patrząc chłopakowi woczy.

Kane pokiwał głową. Wziął oddech izaczął mówić. Jego głos nie brzmiał już jak głos dziecka. Był matowy ibezbarwny, jakby zduszy chłopca wyparowała cała radość.

Dwóch funkcjonariuszy zwydziału kryminalnego zagrodziło taśmą dostęp do miejsca na tarasie widokowym, gdzie patomorfolog iprokurator czekali, żeby zabrać się do pierwszych oględzin. Krzyż zdjęto zpostumentu ipołożono na ziemi, anad nim rozłożono biały baldachim, osłonięty prowizorycznymi ścianami zbrezentu.

     – Żyje.

     – Co? – zapytał prokurator, wlepiając wzrok wpatomorfologa nachylającego się nad kobietą.

     – Żyje. Została odurzona jakimiś silnymi środkami. Wygląda na to, że zaczyna sięwybudzać.

     – Powiedziałacoś?

     – Yhm… tak jakby – zmieszał się patomorfolog. Wstał izaczął zdejmować białe rękawiczki. Spojrzał na prokuratora ipoklepał go po ramieniu. – Niech ją zapakują do karetki izawiozą do szpitala. Rany są powierzchowne, ścięgna wdłoniach istopach nie zostały zerwane. Wygląda na to, że świr, który zorganizował całe to przedstawienie zna się na rzeczy. Zadbał oto, żebyśmy zdążyli tu dotrzeć, zanim straci za dużo krwi.

     – Na pewno nie zrobił tego sam, ale mniejsza ztym. Czyli będzie mogła zeznawać? – dopytywał sięprokurator.

     – Z całą pewnością.

     – To dobra informacja – ucieszył się. Widząc, że patomorfolog wychodzi, zagrodził mu drogę. – Co takiego powiedziała, że nie chcesz powtórzyć?

Patomorfolog nachylił się nad jego głową iwyszeptał mu do ucha konspiracyjnym tonem:

     – Heil Hitler.

Prokuratorzbladł.

     – Żeco?!

     – No mówię ci. Otworzyła oczy ipowiedziała Heil Hitler.

Drogi się krzyżują

Siedem dniwcześniej.

Słońce wisiało na niebie wyznaczając środek słonecznego dnia, jednego zpierwszych po długiej isrogiej zimie, którą mieszkańcy okolic zapamiętają jako zimę stulecia. Mimo że był już początek kwietnia, mróz nie odpuszczał, awysokie na pół metra zaspy śniegu, usypane wzdłuż pełnych śmieci przydrożnych rowów ipopękanych asfaltowych jezdni, wcale nie topniały.

Drogi wokolicy były liche, bo nikt nie dbał oto by zmienić ich stan. Od lat nie było specjalnej potrzeby, by dojeżdżać czy wyjeżdżać. Życie mieszkańców, garstki starców, zapomnianych przez świat, toczyło się spokojnie wrytmie wyznaczanym przez pory roku. Było ich tu może czterdziestu. Od czasów przybycia nowego proboszcza nikt do nich nie zaglądał. Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, zaszła zmiana. Pozornie nic nieznacząca, jednak ogromna dla tych, którzy stali przed wiejskim sklepem, opierając wątłe ciała oramy zdezelowanych rowerów.

Na wyłożony betonowymi płytami parking zajechało czarne BMW X6 E71. Sześciocylindrowy silnik kolosa zawył, apotem ucichł, dając ludziom chwilę, by mogli nacieszyć się widokiem limuzyny ikobiety wyglądającej przez uchyloną szybę.

     – Do plebanii to tędy? – zapytała kobieta.

Była młoda, ładna imiała wyraźny obcy akcent. Pytająco wpatrywała się wtwarz starca stojącegonajbliżej.

     – Tak, tędy, prosto iw lewo leśną drogą! – odpowiedział tamten, wsuwając zmarznięte ręce do kieszeni kurtki. Kilku młodych mężczyzn zaczęło rechotać, kręcąc się koło drzwi sklepu, zwiszącym nad nimi neonem „Super Sam Albert”.

Plebania parafii św. Mateusza Apostoła iEwangelisty znajdowała się pięć kilometrów dalej. Bogiem aprawdą nikt ztutejszych nie śmiał nazywać plebanią tego przybytku bożej łaski. Była to raczej zapomniana zabudowa, składająca się zwalącego się kościoła zczerwonej cegły zdzwonnicą, która dwa lata temu wpadła do środka, przewracając się na ołtarz, niczym znak czasów. Był tam też budynek dwupiętrowy, lichy, przaśny, niegdyś jednak piękny, wktórym wedle legendy zakonnice kościoła mariawickiego ukrywały dzieci istarców przed zakusami wojennych rozrób, dobiegającymi echem od miasta Łodzi. Najstarsi mieszkańcy Sobótki Nowej pamiętali jak wlecie 1944 roku, nocami, gdy chmury nie były zbyt gęste, aksiężyc świecił wpełni, ztamtejszego cmentarza było widać brunatną łunę zdymu ipopiołu, unoszącą się nad płonącym gettem.

Kobieta nawet nie podziękowała. Zamknęła okno, silnik zawył – ityle ją widzieli. Tyle wzupełności wystarczyło, by wciągu kilku minut wieść oprzybyciu obcej do Sobótki Nowej rozniosła się po okolicy lotem orła.

Kilka minut później, gdy ludzie zaczęli gadać, apod sklepem zaroiło się od kum, kilka kilometrów dalej BMW zajechało pod bramę plebanii. Dookoła panowała cisza, przerywana od czasu do czasu jedynie złowrogim krakaniem wron. Kobieta wysiadła zauta, nałożyła na nos okulary przeciwsłoneczne izdecydowanym krokiem ruszyła ścieżką wkierunku budynku zczerwonej cegły. Miała na sobie karmelowy płaszcz od Chloe, dżinsy zmetką Armani iledwie widoczną pod połami płaszcza białą koszulę od Valentino. Jej czarne włosy spięte wkucyk, rozsypały się smagane wiatrem. Nie poprawiła ich, zamiast tego otuliła się szczelniej płaszczem ipostawiłakołnierz.

Nagle usłyszała za plecami męskigłos:

     – Pietrowna?

Kobieta gwałtownie się odwróciła. Młody mężczyzna, wysoki ipostawny, szedł wjej stronę. Zjego twarzy nie schodził serdeczny uśmiech.

     – Zoja Pietrowna, zgadza się – odpowiedziała, mierząc go wzrokiem.

     – Miło, naprawdę miło panią poznać! – ucieszył się mężczyzna. Wjego głosie pobrzmiewał silny niemiecki akcent. – Czekaliśmy tu na panią.

Podszedł bliżej iwyciągnął rękę na powitanie. Jego dłoń okazała się być chłodna, auścisk silny izdecydowany; dokładnie taki, jakiego oczekiwała za każdym razem, gdy wgrę wchodziły duże pieniądze lub szybkie załatwieniespraw.

     – Piotr Gruner. Jestem proboszczem tej parafii. To ze mną rozmawiała pani przez telefon kilka dni temu.

     – Ach… no tak – zdziwiła sięZoja.

Poczuła się nieswojo. Nie tak wyobrażała sobie proboszcza parafii wzapadłej dziurze na końcu świata. Miał wsobie delikatny, chłopięcy urok, połączony zmęską stanowczością. Jego ciemne oczy były przenikliwe ibystre. Mimo paskudnego stroju, jaki miał na sobie, dało się zauważyć dobrze zarysowane barki imięśnie, wypracowane zapewne dzięki systematycznemu uprawianiu sportu. Był wysoki, co Zoja bardzo lubiła wmężczyznach.

     – Bałem się, że pani nie dojedzie. Jeszcze wnocy sypał śnieg. To niespotykane jak na początek kwietnia, tym bardziej, że zima była długa iwyjątkowo ciężka. Wwielu miejscach wokolicy nadal leżą wysokie zaspy. Nocą temperatura potrafi spaść do zera. Ciężkie warunki, jak dla kogoś, kto na co dzień żyje wnajwiększej metropolii świata – powiedział zatroskanym tonem.

Zoja przyznała mu rację. Kiedy nad ranem wysiadła zsamolotu, na płycie lotniska uderzył ją niemal arktyczny chłód. Przy wynajmowaniu samochodu zwypożyczalni trzęsła się zzimna, akiedy wyjeżdżała zWarszawy, po zewnętrznej stronie szyb widać było szron. WNowym Jorku zima nie była tak sroga, awiosna przychodziła na czas. WNowym Jorku wkwietniu nie było mowy ośniegu czy mroźnych nocach. WNowymJorku…

     – Zapraszam do środka – zaproponował ksiądz iwskazał ręką na budynek. – Specjalnie na pani przyjazd upiekłem ciasto. Zaparzę herbaty, rozgrzeje się pani.

Ciasto? Facet upiekł ciasto? Zoja wzdrygnęła się na samą myśl, że będzie musiała cokolwiek przełknąć, choćby miała to być najzwyklejsza herbata.

Ukryła ręce wprzepastnych kieszeniach wełnianego płaszcza iruszyła za księdzem. Szli ścieżką, kiedy Zoja usłyszała przeraźliwe krakanie. Przestraszona, podniosła głowę. Ogromna wrona przysiadła na gałęzi sosny, tuż obok niej. Wparę sekund zleciało się jeszcze kilka itakże zaczęły krakać. Zoji wydało się to idiotyczne, absolutnie niemożliwe, jednak przeleciało jej przez myśl, że wielkie ptaszyska obserwują każdy jej krok.

„Jak to było?” – pomyślała Zoja. „Melanie spotyka przystojnego prawnika, Mitcha. Kupuje dla niego papużki nierozłączki, jedzie znimi na wieś, atam, na plaży atakuje jąmewa…”

     – Oglądał ksiądz Ptaki,Hitchcocka? – zapytała kilka minut później Zoja, siedząc na krześle przy okrągłym stole nakrytym białym obrusem.

Ksiądz wyjrzał zkuchni.

     – Oglądałem. Ale szczerze przyznam, nie lubię Hitchcocka.

Zoja westchnęła izaczęła się bawić, gniotąc wpalcach serwetkę. Nie spodziewała się innej odpowiedzi. Ksiądz, żyjący na końcu świata, niemający nawet telewizora, nie może znać żadnych dobrych filmów. Nawet, jeśli ukończył wybitną uczelnię wGenewie inawet jeśli – tak jak mówi – zwiedził wiele miejsc na świecie. Będąc księdzem od dziesięciu lat, miał na pewno wąskie pole zainteresowań. Tylko czekała, aż zacznie kadzić odemoralizacji albo czymś podobnym, co ma związek zrolą kina wżyciu przeciętnych ludzi.

     – Skomplikowane zachowania ludzkie izłożoność sytuacji za bardzo mnie przytłaczają – kontynuował ksiądz.

Tak, tak, typowy marudnyklecha…

     – Wolę komedie. Albo coś wstylu Felliniego.

Zoja drgnęła. Zzaciekawieniem spojrzała na księdza ipowiedziała dokładnie to, co myśli oróżnicy między filmami Felliniego aHitchcocka.

     – Też wolę Felliniego, La Dolce Vita to mój ulubiony film. Ite czarno-białe ujęcia, idealne na chłodne wieczory wdomu… – rozmarzyła się Zoja, ale szybko wróciła do tematu. – Ale tam dopiero mamy skomplikowane sytuacje itrudnych bohaterów.

Ksiądz przyglądał jej się zcoraz większym rozbawieniem. Zupełnie jakby odgadł, że zpoczątku Zoja wzięła go za niezbyt obeznanego wkwestii kina inie tylko.

     – Tak, ale Fellini dotyka tego, co tkwi wzewnętrznych warstwach człowieka, tego jak postrzega życie, anie, jak je sobie rujnuje popełniając zbrodnię – zmierzył Zoję nieoczekiwanie chłodnym spojrzeniem. – Chociaż może zbrodnią samą wsobie jest zbyt łatwe postrzeganieżycia…

Poczuła się lekko dotknięta tą uwagą.

     – Co ksiądz chce przezto…

W pokoju rozległ się odgłos pukania wszybę. Zoja prawie krzyknęła ze strachu. Jakiś mężczyzna stał pod oknem, próbując zajrzeć do środka. Ksiądz pomachał do niego, apotem szybko poszedł otworzyć drzwi.

     – To pan Kraśko zzakładu pogrzebowego – przedstawił mężczyznę, wprowadzając go do pokoju.

     – Miło panią poznać – powiedział tamten iukłonił się zsuwając zgłowy puchową czapkę zdaszkiem.

Zoja uśmiechnęła się chłodno. Dziękowała wduchu, że nowoprzybyły nie zdecydował się uścisnąć jej ręki. Miał ogromne, zgrabiałe dłonie ibrud pod paznokciami, jakby używał ich do pracy zamiast łopaty.

     – Wracam zprosektorium – powiedział. Jego głos był niski idonośny. Cokolwiek mówił, brzmiało to tak, jakby wygłaszał ostatnie pożegnanie. – Pojechaliśmy na jedenastą, tak jak było ustalone. Miało być na dziewiątą, ale przez mgłę wolałem przesunąć na później, bo drogi zmarznięte itrudno się jedzie – spojrzał na Zoję, przyglądającą mu się ze zniecierpliwieniem . – Zresztą to bez znaczenia, czy dziewiąta czy jedenasta, bo itak musieliśmy czekać, ai zczekania nic nie wyszło – bezradnie rozłożył ręce.

Podszedł do stołu ipołożył czapkę obok szklanek iimbryka zherbatą, które naszykował ksiądz. Wziął ztalerza spory kawałek ciasta iwcisnął go sobie do ust. Mlaszcząc, zaczął mówićdalej:

     – Ciała nie chcieli wydać. Powiedzieli, że dokumentów nikt nie podpisał, ot co. Jakiś człowiek, zktórym się umawiali, nie przyjechał. Dali nam do niego numer, ale od kilku godzin nikt nie podnosi słuchawki. Powiedzieli, że jak ktoś zrodziny nie przyjedzie inie podpisze kwitów, nie wydadzą. Cały problem wtym, że nie ma za dużo czasu. Jeśli pogrzeb ma być jutro wpołudnie, musimy dziś odebrać ciało. Trzeba zmarłą przygotować. Ubrać. Umalować. Do trumny złożyć, no ido kaplicy przewieźć, żeby już na ostatnią drogę czekać mogła.

Zoja przyglądała się Kraśce zoburzoną miną. Zapewne nie załatwił sprawy jak trzeba, niezbyt się postarał iteraz szuka wymówki. To częste, niezależnie od tego czy mowa oludziach zNowego Jorku, czy jakiejś tam wsi pod Łodzią.

     – Może wtakim razie trzeba pojechać – rzuciła zaczepnym tonem.

Kraśko wybałuszył oczy.

     – Nibygdzie?

     – No do tego kogoś, kto miał odebrać ciało – powiedziała Zoja, kręcąc głową zdezaprobatą.

Kraśko szykował się, żeby wziąć kolejny kawałek ciasta, ale cofnął rękę izaczął się drapać pobrodzie.

     – No… To ja właśnie po toprzyjechałem.

Zoja zamarła. Nie spodziewała się, że tak szybko będzie zmuszona stawić czoła największemu problemowi. Żeby przeciągnąć czas, wyjęła papierosy izapalniczkę ztorebki, ipodeszła do okna. Uchyliła lufcik iodpaliła jednego, nie pytając czy ksiądz lub jego gość mają coś naprzeciwko. Strzepnęła popiół do doniczki zfikusem iodsunęła firankę, żeby wyjrzeć na dwór. Tak jak się obawiała, żaden nowy samochód nie pojawił się na parkingu.

     – Czy ten mężczyzna, który miał odebrać ciało, to jedyna osoba zrodziny? – zapytała.

Nagły powiew wiatru wdarł się do pokoju. Lufcik uderzył oframugę. Żółtawa firanka zafalowała iuniosła się wpowietrzu, niczym żałobny kir. Ksiądz iKraśko jednocześnie wlepili wnią oczy. Wyglądali tak, jakby ktoś jednocześnie zdzielił ich łopatą po głowach.

     – Nie bardzo rozumiem – wydukał Kraśko, wybałuszającoczy.

     – Ja też nie – dodałksiądz.

Zoja westchnęła ciężko. Wjej oczach nagle pojawiły się łzy. Widać było, że mówienie przychodzi jej ztrudem.

     – Nazywam się Zoja. Zoja Pietrowna – westchnęła znowu. – Ta kobieta, której pogrzeb ma się odbyć, podobno jest moją babką. Nie mogę tego potwierdzić, bo otym, że tak jest, dowiedziałam się zaledwie dwa tygodnie temu, aktoś kto obiecał mi to wszystko wyjaśnić, miał tu być na pierwszą – spojrzała na zegar wiszący na ścianie iukryła twarz wdłoniach.

W pokoju zapadła grobowa cisza. Ksiądz zerknął na zegar izaczął pod nosem liczyć czas. Kraśko opadł na krzesło ikręcąc głową wepchnął sobie do ust kolejny kawałek ciasta. Jadł na tyle łapczywie, że wpewnym momencie zakrztusił się. Momentalnie zbladł ipróbował nabrać powietrza, jednocześnie pokazując ręką na plecy. Ksiądz natychmiast podbiegł irąbnął go wnie zcałej siły.

     – Dzięk… oj… dziękuję… – wysapał Kraśko, biorąc głęboki wdech. Jego twarz zaczęła nabierać kolorów – Byłbym… – zakasłał – …byłbym zszedł.

     – Nie daj Boże, panie Kraśko, nie daj Boże! – powiedział ksiądz izrobił wpowietrzu znak krzyża.

Zoja nie wiedząc co robić, zaśmiała się nerwowo.

     – Pani się śmieje, ato nic śmiesznego. Nic śmiesznego taka śmierć! – oburzył sięKraśko.

     – No już, już. Trochę śmiechu nie zaszkodzi panie Kraśko – odpowiedział mu ksiądz, po czym nachylił się nad stołem iściszył głos do szeptu. – Niech się pani nie martwi. Moim zdaniem pół godziny to właściwie żadne spóźnienie. Ja wierzę, że jest pani wnuczką zmarłej inie widzę powodu, dla którego ktokolwiek miałby to podważać.

     – Ale dokumentów wprosektorium nie podpisze… – żachnął sięKraśko.

Widać było, że interesuje go wyłącznie doprowadzenie sprawy pogrzebu do końca.

     – Cicho panie Kraśko, cicho… – skarcił go ksiądz iznowu odwrócił się do Zoi. – Do niczego pani nie zmuszam, ale pan Kraśko ma trochę racji. Trzeba odebrać ciało.

Choć Zoja czuła się tak, jakby żar rozczarowania palił jej wnętrzności, azłość rozsadzała umysł, musiała przyznać, że to co mówił ksiądz, miało sens. Pomoże jemu iKraśce, ado tego czasu ten, na kogo czeka, na pewno zdąży się pojawić.

Tak, na pewno zdąży.

Przecież obiecał.

Kiedy kilkadziesiąt minut później zajechali pod Uniwersytecki Szpital Kliniczny imienia Norberta Barlickiego, ciemne chmury przesłoniły słońce, az nieba lunął deszcz. Wycieraczki szurające rytmicznie po przedniej szybie, rozgarniały gęste krople na boki.

Zoja przekręciła kluczyk wstacyjce tylko opół obrotu, chcąc jak najdłużej cieszyć się miłym ciepłem znawiewu. Wyjrzała naparking.

     – No igdzie ten Kraśko?

     – Może przyjechał przed nami ijest już wśrodku – powiedział spokojnie ksiądz. Siedział na fotelu pasażera iz na wpół przymkniętymi oczami przekładał wpalcach paciorki różańca.

     – Nie widzę nigdzie karawanu – nie dawała za wygraną Zoja.

     – Pewnie zaparkował pod wejściem do prosektorium. Szczęściarz zniego, wtaką ulewę też wolałbym nie obchodzić całego szpitaladookoła.

Zoja pokręciła głową. Wcale nie była tego taka pewna. Kraśko od początku wydawał się jej podejrzany iza nic nie zmieni zdania – no chyba, że wyskoczy zza rogu idołączy do nich wdrodze do prosektorium. Ale na to nic niewskazywało.

Wyłączyła silnik, spięła włosy wkucyk iwzięła płaszcz ztylnego siedzenia. Ksiądz schował różaniec do kieszeni, poprawił koloratkę izasunął bluzę, zarzucając na głowę kaptur.

     – Idziemy? – rzucił otwierając drzwi, jakby nadal bał się, że kiedy wysiądzie, Zoja możeodjechać.

     – Nie mamy innego wyjścia.

Wyobraźnia podpowiadała jej inne rozwiązanie. Wciąż może wyciągnąć nogę zkałuży, wsadzić ją do samochodu, zatrzasnąć drzwi iprzekręcić kluczyk. Może odjechać. Docisnąć pedał gazu iopuścić parking, istojącego wstrugach deszczu księdza, który wpatrywałby się wniknące woddali reflektory jej auta. Może się wycofać, jak wiele razy wżyciu, kiedy uznawała, że transakcja, do której ma dojść nie przyniesie jej korzyści, na jakie liczyła. Może się wycofać, jak kilka lat temu, kiedy życie zaczęło ją przerastać…

Ksiądz zapukał wszybę. Stał na zewnątrz iprzyglądał się Zoi, skąpany wstrugach deszczu. Wciąż jeszcze zatopiona wniespokojnych myślach, spojrzała na jego twarz. Ukryta pod kapturem, wyglądała upiornie, niczym maska. Wzdrygnęła się iprzymknęła oczy.

Tak, maska.

„Amoże to właśnie ja noszę maskę, którą boję się zdjąć?” – pomyślała.

     – Dosyć tego – wyszeptała Zoja ienergicznie wysiadła, stając zkluczykami wdłoni obok księdza. Wielkie krople zimnego deszczu spadały zgóry, przeciekając przez kołnierz wpłaszczu Zoi. Wprzeciwieństwie do księdza nie miała kaptura ibardzo tego żałowała.

Lawirując pomiędzy zaparkowanymi samochodami, próbowali przedostać się na chodnik. Wpewnej chwili Zoja omały włos nie wpadła pod wyjeżdżające audi. Kierowca docisnął hamulec, koła zawyły na śliskiej nawierzchni, auto zatrzymało się dosłownie przed jej nogami. Przeciągły dźwięk klaksonu prawie przyprawił Zoję ozawał. Gdyby nie natychmiastowa reakcja księdza, który odciągnął ją na chodnik, przewróciłaby się na maskę. Idąc wkierunku szpitala, jeszcze przez dłuższą chwilę słyszeli, jak wściekły kierowca wydziera się, wygrażając Zoi pięścią przez szybę.

Na wysokości głównego wejścia do szpitala skręcili wlewo iposzli na przełaj rozmokniętym trawnikiem, do niewielkiego budynku ukrytego pośród gęsto rosnących sosen ijodeł. Na chwilę przystanęli pod wiatą.

     – Tak jak myślałam, nie ma karawanu – powiedziała Zoja, rozglądając się po niewielkim parkingu wyłożonym betonowymi płytami, które pod wpływem deszczu zamieniły się wogromną kałużę.

     – Faktycznie – odpowiedział ksiądz, chowając telefon do kieszeni. Wjego głosie dał się słyszeć cień zawodu. – Kraśko nie odbiera telefonu.

     – Czułam że tak będzie.

Ksiądz bezradnie zamachał rękoma. Wszedł po schodach inacisnął na sfatygowany przycisk dzwonka. Po chwili system zabrzęczał jednostajnym niskim dźwiękiem idrzwi się otworzyły. Ksiądz wszedł do środka pierwszy, Zoja zniepewną miną tuż za nim.

Znaleźli się wsłabo oświetlonym korytarzu bez okien. Zoja zdjęła przemoczony płaszcz irzuciła na jedno zkrzeseł stojących wdługim rzędzie pod ścianą. Przyśpieszyła kroku, chcąc dogonić księdza idącego wstronę stanowiska, które miało chyba służyć interesantom jako namiastka szpitalnej rejestracji.

     – Śmierdzi tu lizolem… – skrzywiła się Zoja, kiedy już go dogoniła.

     – Jak to wszpitalu – wzruszył ramionami ksiądz.

Ich kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Blade światło rzucało cienie na podłogę wyłożoną prostokątnymi kaflami wstylu przedwojennych angielskich szpitali. Długi rząd krzeseł, ciągnący się wzdłuż ściany od wejścia, zastąpiły teraz metalowe sarkofagi na kółkach, ustawione po obu stronach korytarza.

„Klaustrofobiczna trupiarnia” – pomyślała Zoja, ze wstrętem spoglądając przed siebie. Siedząca za szybą rejestracji otyła pielęgniarka wbiałym kitlu, obserwowała każdy ich krok. Od pierwszej chwili zrobiła na Zoi fatalne wrażenie.

     – Pani po kogo?

Zoja położyła na blacie paszport.

     – Trocińska.

     – Zofia – dodał ksiądz.

Pielęgniarka nieprzytomnie zatrzepotała rzęsami. Niespokojnie poderwała się zobrotowego krzesła, otworzyła jakiś zeszyt iprzeleciała po nim wzrokiem. Znalazłszy to czego szukała, porwała zbiurka telefon izniknęła za przeszklonymi drzwiami, jakby nie chciała, żeby słyszeli jej rozmowę. Po krótkiej chwili wróciła, odłożyła telefon na miejsce ibez słowa zaczęła nerwowo spoglądać wstronę korytarza po lewej stronie.

W oddali zaskrzypiały drzwi. Zpoczątku ciche, potem głośniejsze szuranie chodakami potwierdziło przypuszczenia Zoi, że ktoś został pilnie poproszony do recepcji.

Na horyzoncie pojawił się niski mężczyzna wwygniecionym białym kitlu. Sprawiał ponure wrażenie, ado tego bił od niego silny zapach chloru iinnych środków do dezynfekcji. Przywitał się zksiędzem, jakby zrozmysłem ignorując obecność Zoi. Jego obcesowość ibezosobowy sposób zwracana się były tak samo koszmarne, jak kolejny korytarz, jakim poprowadził ich chwilę później, kierując się wkierunku sali A32.

Z przeciwległego końca korytarza wyłoniło się dwóch pielęgniarzy pchających wózek zciałem.

Na ich widok Zoja gwałtownie przystanęła. Blada jak ściana za jej plecami, złapała księdza za rękę.

     – Nie dam rady… – wyjęczała, próbując złapać oddech.

     – Pani Zoju.... – spróbował ją uspokoić ksiądz. – Wszystko będzie dobrze.

Zasłoniła usta dłonią ipokiwała głową.

     – Nie będzie. Zaraz się zrzygam – wyjęczała.

Pielęgniarz odwrócił się ipowiedział:

     – Toaleta jest na końcu korytarza. Drzwi powinny być otwarte… – zamachał ręką izrobił krok wtył, żeby Zoja mogła go ominąć.

Przez chwilę dało się słyszeć jedynie stukanie obcasów opodłogę. Potem zapanowała cisza, przerywana jedynie głośnymi westchnieniami księdza, spoglądającego zlękiem wstronę drzwi łazienki. Po chwili dało się słyszeć ciche skrzypnięcie drzwi icoraz głośniejszy odgłos kroków.

     – Już lepiej? – zapytał ksiądz, kiedy Zoja podeszłabliżej.

Pokiwała głową izmieniła chusteczkę, którą przyciskała do mokrego czoła.

     – Jak bardzo pani nie chce, może pani nie wchodzić – zaproponowałpielęgniarz.

Zoja spojrzała znadzieją naksiędza.

     – Zrobi to ksiądz dlamnie?

Spojrzał na nią ze zdziwioną miną, kiwnął na pielęgniarza, po czym obaj zniknęli za półotwartymi, masywnymi drzwiami ze stali.

Zoja wzięła głębszy wdech iusiadła na podłodze, opierając głowę ościanę. Chłód kafelków był przyjemniejszy niż się spodziewała, azapach lizolu nie tak ostry jak jeszcze chwilę temu.

„Uspokoję się iwszystko będzie dobrze” – pomyślała Zoja.

Zamknęła oczy ipodparła głowę rękoma. Miała gdzieś to, co pomyśli ktoś, kto będzie przechodził korytarzem. Na razie dookoła panowała cisza, aostre światło, padające przez wąską szparę wniedomkniętych drzwiach sali, rzucało na podłogę tuż przy jej nogach trójkątny snop żółcienia. Wyglądało na to, że ksiądz ipielęgniarz świetnie sobie radzą bez niej. Słyszała ich cichą rozmowę, zktórej wynikało, że wszystko idzie zgodnie zplanem. Tak jak mówił za drzwiami ksiądz, podpisze dokumenty, awtedy ludzie zzakładu będą mogli odebraćciało.

     – Kraśko… – wyszeptała nagle Zoja, czując tępe ukłucie wśrodku głowy. Nagle pod na wpół przymkniętymi powiekami błysnęło światło. Obrazy pojawiły się znienacka, przesuwając się jak taśma wnadpalonej kliszy. Postać mężczyzny whabicie, grożącego Zoi palcem była tak wyraźna, że oblał ją lodowaty pot. Poczuła nagły przypływ winy. Co by powiedział, gdyby nagle się tu zjawił izobaczył ją siedzącą na podłodze pod drzwiami sali, wktórej leży ciało jej babki, czekające na ostatnią drogę? Co ona sobie wogóle wyobraża, zrzucając na innychodpowiedzialność…

Zoja poderwała się na równe nogi jak rażona piorunem. Podbiegła do drzwi irozsunęła je na całą szerokość, wchodząc do środka.

Mrużąc oczy spojrzała na stojącego tyłem do niej księdza, który na jej widok gwałtownie się odwrócił. Pielęgniarz, nachylający się nad zawieszoną nisko szeroką stalową półką, którą miał zamiar wsunąć do ogromnej chłodni, stanął na baczność.

Zoja wzięła głęboki wdech, próbując opanować przerażenie. Zrobiwszy kilka niepewnych kroków, podeszła bliżej istanęła obok księdza. Jej wzrok powoli powędrował wkierunku ciała. Martwa kobieta była niewielkiego wzrostu. Miała długie białe włosy, opadające wzdłuż ramion. Jej twarz wyglądała na spokojną, aim dłużej Zoja się wnią wpatrywała, tym bardziej czuła, że nie ma wniej żadnych wspomnień, które – jak liczyła – mogłyby nagle odżyć wjej umyśle, pozwalając poczuć choć cień żalu po stracie. Zoja przeniosła wzrok na ciało idopiero teraz przyszło jej do głowy, że coś tu nie pasuje.

Spojrzała na księdza inie mogąc się zdecydować, czy jej słowa go nie urażą, rzuciła najogólniej jakumiała:

     – Wydaje mi się, że kiedy wsadzają trupa do lodówki, jest nagi.

Ksiądz najpierw spojrzał na nią, jakby powiedziała, że potrzebuje egzorcysty, adopiero po chwili nieznacznie skinął głową, jakby przyznawał jej rację.

     – Nie, niech pan nie wychodzi, proszę tu zostać iwyjaśnić mi oco chodzi! – krzyknęła Zoja do pielęgniarza, który jedną nogą stał już na korytarzu.

Odwrócił się irzucił przestraszonym tonem, po czym czmychnął jakmysz:

     – Ja nic nie wiem, proszę pytać lekarza!

     – No pięknie. Po prostu cudownie – powiedziała Zoja zwściekłością. Spięła ciasno włosy ipoprawiła koszulę. – Naprawdę uważa ksiądz, że zapytałam ocoś niewłaściwego? Nigdy nie widziałam, żeby ciało wchłodni było okryte prześcieradłem. Wżadnymfilmie.

Ksiądz zastanowił się przez chwilę, po czym dodałniepewnie:

     – Nie wydało mi się to dziwne do czasu, aż nie zwróciła pani na to mojej uwagi. Faktycznie, niezbyt to częste. No chyba, że chcą coś przed nami ukryć.

Zoja spojrzała na księdza wskazując głową naciało.

     – Zrobi toksiądz?

     – Znowu ja?! – oburzył się, ale podszedł dociała.

Zoja zasłoniła oczy izacisnęła usta. Gdy je znowu otworzyła, wydała zsiebie krzyk przerażenia.

     – Co oni… – wyjęczała słabym głosem, wskazując ręką na linię grubych szwów, idących od klatki piersiowej aż po łono kobiety. Nie było wątpliwości, że została rozpłatana na pół iza pomocą grubych chirurgicznych nici poskładana wcałość. Nawet laik taki jak ona mógł ocenić, że zostało to zrobione dość niezręcznie, jakby ktoś bardzo się spieszył.

Dosłownie wtej samej chwili wdrzwiach pojawiła się sylwetka mężczyzny wzielonym uniformie. Miał na rękach pokryte krwią rękawiczki, az szyi zwisała mu maseczka. Wyglądało na to, że został oderwany od pracy.

     – Pani jest wnuczką zmarłej, tak?

Zojaprzytaknęła.

     – A ten pan?

     – Ten pan… ten pan to też rodzina – skłamała Zoja, siląc się na spokojny ton.

Lekarz splótł ręce na piersi iwszedł do sali, wyraźnie oburzony.

     – Nazywam się Witold Grądziela ito ja wykonywałem sekcję zwłok – jego ton nie pozostawiał złudzeń, że traktuje Zoję iksiędza jak intruzów. – Rozumiem, że nie zostaliście państwo poinformowani ojejwynikach?

     – Nie. Co gorsza, nikt nie pytał nas ozgodę przed jej wykonaniem – rzuciła groźnieZoja.

Lekarz wydawał się niewzruszony. Oparł się plecami oskraj wysuniętej szuflady, tuż obok ciała, po czym spojrzał na Zoję pełnym niechęci wzrokiem.

     – W sytuacji, gdy nie możemy ustalić przyczyny zgonu wsposób jednoznaczny, mamy prawo przeprowadzić sekcję zwłok bez pytania rodziny ozgodę.

     – Co właściwie chce pan przez to powiedzieć? – zapytałaZoja.

     – To co powiedziałem – odparł ze złością lekarz.

Nagle wdrzwiach pojawiła się kolejna postać. Był to mężczyzna wpodobnym, lekarskim uniformie. Wprzeciwieństwie do patologa miał uśmiech na twarzy inie wyglądał na przytłoczonego obowiązkami, chociaż ion przyglądał się Zoi iksiędzu zpodejrzliwą miną.

     – Przepraszam, nie mogłem szybciej – rzucił przepraszająco.

     – Nie szkodzi, nie zaszliśmy zbyt daleko – odpowiedział oschle patolog izabrał się do zdejmowania rękawiczek. Ostentacyjnie uścisnął jego dłoń, ewidentnie chcąc pokazać Zoi, że tylko wybrani zasługują na takie względy.

     – Krzysztof Jaros, jestem zastępcą ordynatora oddziału onkologicznego – przedstawił się nowoprzybyły izaraz uścisnął rękę Zoji, apotem księdza. – Byłem lekarzem prowadzącym pani… – przerwał, spoglądając pytająco na Zoję.

     – Była moją babką – powiedziała ztrudem Zoja.

Otworzył teczkę, którą trzymał pod pachą iwyjął zniej kilka dokumentów. Zerknął na nie, kiwając głową, jakby chciał się upewnić, że pamięta historię choroby, po czym zacząłmówić:

     – Pacjentka została przyjęta na oddział onkologiczny wstanie ogólnym dobrym, szóstego kwietnia wgodzinach porannych. Chorowała na nowotwór złośliwy lewej nerki, zprzerzutami do wątroby. Tego dnia miała przyjąć kolejną dawkę chemii. Hospitalizacja miała trwać planowo do dziesiątego kwietnia, ale…

     – Nastąpił zgon…– wtrąciła Zoja.

Lekarz pokręcił głową. Patolog zakasłał, dając znak, że teraz jegokolej.

     – Niezupełnie – powiedział nieco spokojniejszym tonem niż wcześniej. – Choroba nowotworowa nie była aż tak zaawansowana, by doprowadzić do śmierci. Narządy były znacznie powiększone, obszar przerzutów rozległy, ale nie to było bezpośrednią przyczyną śmierci.

Zoja spojrzała na jednego idrugiego, jakby nie rozumiała co mówią.

     – Panowie, to chyba jakiś absurd… – zaśmiała się nerwowo.

Na kilka sekund wsali zapadła mrożąca krew wżyłach cisza. Lekarz zpatologiem spoglądali na siebie pełnym obaw wzrokiem. Wkońcu ten drugi odważył się zabraćgłos.

     – W badaniu toksykologicznym wykryte zostały bardzo duże ilości substancji będącej pochodną fenantrenu.

     – Może pan mówić jaśniej?

     – Pan doktor ma na myśli substancję roślinną znaną jako opium.

     – Szprycowała się opium?! – wrzasnęłaZoja.

     – Nie do końca. Substancja została wstrzyknięta tylko raz. Nie mamy wątpliwości, że dawka isposób podania zostały precyzyjnie dopasowane do celu, jaki ktoś chciał osiągnąć – wyjaśnił patolog.

     – Pani Zoju – zaproponował łagodnym tonem lekarz prowadzący. – Proponuję kontynuować rozmowę wmoim gabinecie. Tak będzie lepiej i– zerknął konspiracyjnie na patologa – bezpieczniej dla nas wszystkich.

Kilkadziesiąt minut później Zoja wybiegła na dwór. Powoli zapadał zmrok. Usiadła na brzegu mokrej ławki, strzepując ręką wodę ze szczebli.

     – Już dobrze – powiedział ksiądz widząc, że nadal cała się trzęsie.

Nie, wcale nie było dobrze. Spojrzała na niego ipoprosiła, żeby podał jej torebkę, wktórej miała papierosy.

     – Zapali ksiądz? – zaproponowała Zoja.

     – Nie, nie palę, ale dym mi nie przeszkadza – odpowiedział iusiadł na ławce.

Foliowa torba, którą od dłuższej chwili trzymał wdłoni zaszeleściła złowrogo, przypominając Zoi ostraszliwej rozmowie zlekarzami.

     – Jak policja mogła odmówić wszczęcia śledztwa?!

     – Nie wiem pani Zoju. Też nie mieści mi się to wgłowie.

     – I dlaczego zabronili lekarzom przeprowadzić sekcjęzwłok?!

Ksiądz spuścił głowę iwzdychając powiedział, że bądź co bądź itak dobrze, że wykazali się odwagą iprzeprowadzili ją na własną rękę.

     – Dobrze że nie pada – zmieniła temat Zoja.

     – O tak – odrzekł ksiądz iuniósł głowę, głośno wciągając nosem chłodne powietrze przesycone wilgocią.

Zoja zrobiła to samo. Uniosła głowę iprzymykając oczy zaczęła powoli wciągać nosem powietrze, które po chwili wydychała ustami. Proste ćwiczenie relaksacyjne, jakiego nauczyła się pracując po kilkanaście godzin na dobę, zawsze skutkowało, choć wiedziała, że nie na długo. Wdech. Moją babkę, Zofię Trocińską, zamordowano. Wydech. Lekarze przeprowadzili sekcję zwłok, żeby potwierdzić, że została otruta. Wdech. Policja odmówiła wszczęcia śledztwa, aprokurator zagroził lekarzom odebraniem prawa do wykonywania zawodu. Wydech. Człowiek, który nakłonił ją do przyjazdu do Polski, zaginął, choć przecież zaledwie przed kilkoma dniami zapewniał ją, że dotrze na czas. Wdech. Została wmieszana wśmierć kobiety, której nawet nie pamięta. Wydech. Co do cholery powinnam terazzrobić?

Zoja otworzyła oczy. Kręciło jej się wgłowie iczuła jak mroźne powietrze przeszywa ją do szpiku kości. Wilgotny płaszcz narzucony na plecy wcale nie dodawał ciepła. Wzdrygnęła się ispojrzała na księdza – on także trząsł się zzimna.

     – Co do cholery powinnam zrobić? – rzuciła, przerywając ciszę izaczęła chuchać wdłonie, żeby sięrozgrzać.

     – To co powiedzieli tamci dwaj lekarze.

Zoja zamarła. Nie mogła pojąć, co ksiądz ma na myśli.

     – Dali mi to, kiedy wyszła pani do łazienki – wyjaśnił, wyjmując zkieszeni bluzy niewielki notes ipęk zardzewiałych kluczy.

     – Co to takiego? – zdziwiła się Zoja.

     – Ten młodszy lekarz powiedział, że udało mu się to zabrać zsali, wktórej leżała, chwilę przed tym, zanim przyjechałprokurator.

Zoja wzięła od niego notes iprzyświecając sobie zapalniczką, przekartkowała go.

     – Nic tam nie ma – oceniła po chwili, oddając notesksiędzu.

Klucze upadły na ziemię. Rozległ się cichy brzękmetalu.

     – A jednak… – powiedział ksiądz ijeszcze raz otworzył notes, śliniąc palec powoli przekładał kartka po kartce, jakby wiedział czegoszuka.

     – O, to tu – powiedział ipodał Zoi.

Schylił się ipodniósł klucze. Wtym czasie Zoja niezbyt pewnie składała litery, tłumacząc, że mówi po polsku lepiej niż czyta. Kiedy skończyła wymawiać ostatnią sylabę, spojrzała na księdza ze zdziwieniem.

     – Myśli ksiądz, że…

Ksiądz pomachał jej przed nosem kluczami. Chytrze się uśmiechając, powiedział:

     – To całkiem możliwe. Myślę, że jeżeli chcemy dowiedzieć się czegoś więcej, powinniśmy zaryzykować.

*

BMW sunęło po kocich łbach, zagłębiając się wciemność, rozświetlaną jedynie dwiema ulicznymi latarniami, rozstawionymi wodległości stu metrów od siebie. Gdzieś zpodwórza dało się słyszeć ciche skomlenie psa. Niskie, dwupiętrowe kamienice stały wrzędzie wzdłuż chodnika. Wnajdłuższej, pokrytej szarą, łuszczącą się farbą, zdużych plastikowych okien wyzierała ciemność. Tylko wdwóch oknach znajdujących się na piętrze na lewo od bramy, zza zasłon wydostawał się pomarańczowy snop ciepłego światła. Nie trwało to długo; gdy silnik samochodu zgasł, zasłona woknie się poruszyła, mignął cień postaci, akilka sekund później wszystkie światła pogasły.

W samochodzie dało się słyszeć skrzypienie skóry, którą obite były fotele. Obdrapana tabliczka wisząca na fasadzie budynku tuż pod latarnią potwierdzała, że dotarli namiejsce.

     – Przemysłowa 34 – odczytał ksiądz ischował głowę dosamochodu.

Zoja położyła palec wskazujący na niewielkim przycisku wdrzwiach. Szyba od strony księdza zaczęła się powoli zamykać. Wnętrze auta znów zaczęło wypełniać ciepło.

     – A co, jeśli ktoś tam będzie? – rzuciła niepewnie, spoglądając wstronę bramy, apotem na okna, wktórych zgasłyświatła.

     – Tym lepiej. Szybciej uda nam się czegoś dowiedzieć – odpowiedział ksiądz tonem nieznoszącym sprzeciwu ienergicznie wysiadł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Zoja zamknęła samochód idrżąc zzimna ruszyła za nim wkierunku ciemnej bramy, coraz bardziej żałując, że zgodziła się na to całeszaleństwo.

Obchodzili budynek dookoła, gdy nagle ksiądz zrobił minę, jakby zobaczył ducha iprzystanął pod ścianą. Zawołał Zoję, wskazując ręką na wmurowaną kamienną tablicę, znajdującą się na wysokości jego oczu.

     – Tu było wejście do Obozu dla młodych Polaków Policji Bezpieczeństwa wŁodzi. Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt – głośno przełknął ślinę ipełnym bólu wzrokiem spojrzał na Zoję. – Wczasie drugiej wojny był tu obóz dla sierot. Wmiejscu gdzie stoi ten budynek było wejście do kompleksu, wktóry zgładzono tysiące dzieci tylko dlatego, że były polskiej narodowości.

Zoja poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Moja babka mieszkała na terenie byłego obozuzagłady?!

W czasie, gdy próbowała otrząsnąć się zszoku, ksiądz przyklęknął na jedno kolano iuderzył się wpierś.

     – Moja wina, moja bardzo wielka wina... – wyszeptał łamiącym się głosem. – Chociaż nikt nie rodzi sięnazistą…

Zoi zrobiło się go szkoda. Chciała położyć mu dłoń na ramieniu iwyjaśnić, że jej zdaniem kolejne pokolenia Niemców nie mogą wciąż kajać się za winy swoich przodków, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ksiądz zniknął wciemnej bramie. Zabrzęczał klucz idało się słyszeć skrzypienie ciężkich drzwi.

     – Pani Zoju, szybciej, proszę za mną! – ponaglił ksiądz. Jego pewność siebie wróciła. Stał bokiem, trzymając na wpół otwarte drzwi prowadzące na klatkęschodową.

Zoja przyśpieszyła kroku iprześlizgnęła się przez uchylone drzwi. Obydwoje zksiędzem znaleźli się wciemnym korytarzu, wktórym śmierdziało wilgocią iuryną.

     – Światło?! – zapytała niepewnie Zoja, wytężając wzrok. Jej głos brzmiał nienaturalnie iobco, podobnie jak głos księdza. Jakby znaleźli się wstudni albo więziennej celi.

     – Wygląda na to, że nie ma – odpowiedział ksiądz iużywając telefonu jako latarki ruszył wkierunku schodów.

Zoja przeklęła pod nosem iposzła za nim. Zaczęli się wspinać po stromych drewnianych schodach prowadzących na piętro. Za ich plecami brama zatrzasnęła się zgłośnym hukiem, sprawiając że Zoja gwałtownie się obejrzała, wydając zsiebie zduszony krzyk; spodziewała się widoku bandyty celującego do nich z