Wydawca: Nowy Świat Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 105 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ani tryumf, ani zgon - Tomasz Łubieński

Książka jest krytyczną analizą obiegowo funkcjonujących opinii, nie pozbawioną jednak życzliwości i zrozumienia dla ludzi uwikłanych w historię. Autor przywołuje fakty historyczne, które wśród apologetów Powstania są pomijane, przemawia głosem tych, którzy w Powstaniu zginęli, i którym nigdy nie dano szansy oceny zrywu, jego celowości i sensu. W czterech esejach autor rozwija szereg wątpliwości wobec racji przemawiających na rzecz decyzji o rozpoczęciu Powstania, demistyfikuje optymistyczne hasła okolicznościowe i polemizuje z romantyczną legendą.

Opinie o ebooku Ani tryumf, ani zgon - Tomasz Łubieński

Fragment ebooka Ani tryumf, ani zgon - Tomasz Łubieński

Tomasz Łubieński

Ani tryumf, ani zgon

Szkice o Powstaniu Warszawskim

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

I GODZINA „W” 1 sierpnia 2004

Społeczny sukces uroczystości zaczął się od dobrze pomyślanego przygotowania. Okazało się raz jeszcze, że środki komunikacji masowej nie są złem same przez się. Mogą doskonale służyć również dobrej sprawie. Od paru miesięcy przypominano Warszawie o rocznicy Powstania. I to niekoniecznie książką czy dyskusją. Równieżoutdoor.Świetnym pomysłem było umieszczenie na szybach przystanków fotograficznych dwukolorowych sylwetek powstańców. Obok teksty wierszy czy piosenek z tamtych dni. Sam byłem świadkiem (więc anegdota prawdziwa), jak na ten widok zareagowali agresywnie wygoleni chłopcy z puszkami „Lecha” w garści. – Ty – powiedział jeden tak zwany łysy do drugiego łysego. – Zobacz, oni byli w naszym wieku. Pomijam towarzyszący wypowiedzi bluzg, bo nie miał związku z jej treścią. Sam fakt, że zwrócili uwagę, mało tego, że odnieśli się do swoich rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat, wydał mi się obiecujący. Że (to już dodam od siebie, na kredyt) odczuli jakąś łączność z tamtymi wyobrażonymi na szybie. Co ewentualnie, ich żywych, choćby przez sekundę skłoni do zastanowienia się nad sobą, niekoniecznie krytycznie, może przeciwnie, z uczuciem ulgi.

Kiedy doczekali się swojego autobusu przeczytałem co dokładnie wydrukowano na przystanku. Utwór jednego z bohaterów Powstania, Zbigniewa Jasińskiego, pseudonim „Rudy”. Był tam wers: „Niechby całe miasto spłonęło”. Oto „Rudy” w imieniu właściwie narodu, a już na pewno w imieniu Warszawy, ofiaruje miasto na całopalenie. I jeszcze: „Ta ofiara nie będzie daremną”. Takie życzenie, taka pewność. Dla mnie punkt wyjścia do rocznicowych rozważań.

Na kilka dni przed obchodami na mieście pojawiły się plakaty podnoszące ten właśnie problem pamięci pokoleń. Oto nasi młodzi współcześni, rozmaicie poubierani, modnie uczesani albo nie uczesani, a na ramieniu biało-czerwona opaska. Tylko po co ten podpis: „Umierali w słońcu” – co on ma właściwie oznaczać? Rozplakatowano program uroczystości z powstańczą kotwicą i zapowiedź książki Normana DaviesaPowstanie 44(tytuł mickiewiczowski). Radio i telewizja umiejętnie stopniowały rocznicowe napięcie. Na ulicy Przyokopowej, w letnim kurzu i ulewie szykowano Muzeum Powstania Warszawskiego z wykorzystaniem starej fabrycznej architektury. Otworzył Muzeum 31 lipca prezydent Warszawy Lech Kaczyński, człowiek wychowany w powstańczej tradycji, dla którego sześćdziesięciolecie Powstania było sprawą osobistej ambicji politycznomoralnej. Książka Daviesa (podobno w ciągu kilku dni sprzedano trzydzieści tysięcy egzemplarzy) zrymowała się z wejściem Polski do Unii Europejskiej. Davies odniósł zresztą trudny międzynarodowy sukces: udało mu się, jak żadnemu dotąd z przyjaciół Polski, dowieść, że jej dzieje, tym razem Powstanie, należą do wspólnej historii.

Ulice wakacyjnej Warszawy opanowali zaproszeni przez miasto stołeczne kombatanci. Odprasowane opaski, biało-czerwone wstążeczki, a w kieszeniach lekarstwa na każdą imprezę. Najwidoczniejsi ci z Zachodu, umundurowani w granatowe marynarki typu klubowego, jasne spodnie, anglosaskie w stylu berety albo furażerki, dystynkcje, odznaczenia. Oraz harcerki i harcerze Rzeczypospolitej w strojach organizacyjnych. Spotkały się szczęśliwie dwa odległe od siebie, na ile biologia pozwala, pokolenia.

Wiadomo: w relacje ojców i synów wpisany jest konflikt, bunt i jego poskramianie. Sąsiednim generacjom wolno mieć z natury odmienne racje, inne życie. Miłość rodzicielska bywa agresywna. A czwarte przykazanie brzmi: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, bo widocznie często jest inaczej. Zresztą każde przykazanie postawione zostało przeciw ludzkim skłonnościom – słabościom. W tym wypadku synowie niekoniecznie przyjmowali za swoją legendę Powstania. „Mój ojciec był bohater, a my jesteśmy nic” – mówił Stary Aktor na pustej scenie jeszcze w finaleWyzwoleniaWyspiańskiego (chodziło o Powstanie Styczniowe). Ale również taki hołd połączony z niską samooceną bywa psychologicznie ryzykowny. Kompleks syna wobec ojca może zamiast podziwu przerodzić się w pretensję. Że ojciec (teraz już o Powstaniu Warszawskim) nie potrafił w swoim zniewolonym powojennym życiu sprostać legendzie. Że łudził się luksusowo, dawał się strofować, mylił się w tę czy w tamtą stronę. Że za mało opowiedział. Że przynudzał. Że skrywał swoją przeszłość, swoją rolę, albo że ją mistyfikował. (Być może syn domyśli się po latach, że ojciec nie chciał swoim doświadczeniem obciążać bliskich, którzy muszą sprostać innej sytuacji). Ale tegorocznymi weteranami opiekowało się już pokolenie wnuków. Wyraźna starość i oczywista młodość potrafi się przy takich nadzwyczajnych okazjach bezinteresownie porozumieć. To dorośli, uwikłani w życie, stwarzają problemy swoim następcom i poprzednikom. Młode ramię w harcerskim mundurku, kubek wody podany z czułą atencją, upewnią starego żołnierza skuteczniej niż przemówienia, fanfary i telebimy, że sześćdziesiąt lat temu nie tylko miał rację, ale że tamta walka, jak widać i słychać dookoła, pomyślnie się skończyła i że było dla kogo walczyć. Bo, to chwila patosu, zachód i wschód słońca są najpiękniejsze.

Rocznica 2004 przyćmiła uroczystości pięćdziesięciolecia wybuchu Powstania, które obchodzono przecież podobnie w wolnym kraju. Przewodniczył prezydent Wałęsa. Przyjechał prezydent Niemiec Roman Herzog, zaproszono życzliwego Polsce prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, ale taktownie (trzeba to zrozumieć) nie przybył do Warszawy. A weteranów było o dziesięć lat więcej niż dzisiaj. (Pomyślmy tylko, jak to szybko idzie: podczas kolejnej ważnej rocznicy 75-lecia Powstania najmłodsi weterani będą mieli po dziewięćdziesiąt lat). W międzyczasie ojcom-powstańcom podrosły wnuki, która to zachwalana tutaj relacja dziadek-wnuk, sprzyja legendzie. Ale legenda jest tylko, bardzo ważną zresztą, częścią prawdy. Tak, częścią, która niewiele kosztuje, ale przydaje się do życia. Oczywiście nie należy, nawet nie wypada, pytać o cenę Powstania jego uczestników: odpowiedzieli już w swoim czasie raz na zawsze. A nawet jeśli potem ten czy ów, już po fakcie, zastanowił się nad swoją wcześniejszą odpowiedzią, to dobroczynny mechanizm ludzkiej pamięci zachowa wspomnienie nadziei, na którą zawsze może się powołać, zwłaszcza tych pierwszych chwil powstańczej wolności. Pomoże zblaknąć obrazom klęski i załamania. Ci, którzy dożyli wolności, aż po radość rocznicowego dnia, mają święte prawo być dumni. Ale większość już poległa albo pomarła: udział w Powstaniu nie tylko pokomplikował, ale przykrócił życie niejednemu. Oni milczą. Więc często zbyt efektownie przemawia się za nich, bo zapewne sporo wśród owych milczków znalazłoby się mizantropów, sceptyków, malkontentów, które to słabości ludzkie wytykano z okazji podniosłej rocznicy. Dlatego warto się o nich upomnieć: ginęli bez różnicy, jak bojowcy, którzy nie znają podobno wahań i trwogi. A może nawet łatwiej: głupio im było za swoje grymasy czy wahania. I chcieli, komu właściwie – chyba głównie sobie – udowodnić, że są w porządku. A skoro trzeba im było aż takiego ostatecznego świadectwa swojejamor patriae,to może naprawdę (tak mogli myśleć) nie warto upierać się przy swoim inteligenckim (mentalnie, nie klasowo) bytowaniu. Dla kontrastu zdarzało się, że niektórzy przedstawiciele powstańczej elity uznali swe życie i zdrowie za zbyt cenne dla kraju, aby nim lekkomyślnie szafować. Ostatnich obrońców Mokotowa, którzy przeszli kanałami do Śródmieścia witały (jest taka relacja) ironiczne uśmiechy eleganckich oficerów i dociekliwe pytania, dlaczego żeście się wycofali?

Z wysokości sześćdziesiątej rocznicy szydzi znany felietonista z tych wszystkich, którzy „dziś jeszcze uważają Powstanie Warszawskie za bezsensowne, głupie, a nawet zbrodnicze”. Nie od rzeczy byłoby przypomnieć, że najcięższe oskarżenia przeciw autorom Powstania wytaczał generał Anders. Wielu uczestników i badaczy „dziś jeszcze” krytykuje decyzję i przebieg Powstania. Nie było ono przecież oczywiste, jak się to tylko wydaje dzisiejszym bezinteresownym apologetom, skoro na ostatniej przed wybuchem naradzie sztabowej w pełnym składzie głosowano remisowo. Pięć za, pięć przeciw (w danych okolicznościach) Powstaniu. Potem zagrała insurekcyjna niecierpliwość, patriotyczne napięcie, osobiste ambicje, bez których nie ma polityki i jej przedłużenia – wojny. Tylko kiedy dzisiejsi harcerze pomagający weteranom dorosną, być może nie wystarczy im oczywistość. Wszystko co zbyt rocznicowe, oficjalne, przestaje być dla młodych, wolnych ludzi atrakcyjne. Myślę, że już dzisiaj rówieśnicy harcerskich wolontariuszy w znacznej liczbie, choćby przez przekorę, dystansują się wobec Powstania. Bo młodzież w ogóle nie przepada za lekcją, zwłaszcza namaszczoną.

Jeśli pamięć o Powstaniu przeżyła tak autentycznie sześćdziesiąt lat, to w znacznej mierze dlatego, że wciąż były z nią, oględnie mówiąc, kłopoty. Władza ludowa nie tylko tępiła Powstanie, ale próbowała odebrać mu wielką rolę, najchętniej zatrzeć w ludzkiej pamięci. Bez powodzenia, więc Powstanie stało się dla władzy problemem. Jak zresztą wiele spraw, z którymi borykała się przez cały czas swego panowania. Kościół, handel, wieś dla przykładu. A z historii najnowszej wymieńmy Katyń, 17 września, właśnie Powstanie Warszawskie. Ale z tej listy Katyń w ogóle nie mógł być rozpatrywany, bo nie istniała żadna zbrodnia radziecka, tylko niemiecka. I koniec. Kto zaczynał sprawę katyńską wśród bliżej nieznajomych, postrzegany był jako wariat, prowokator, niebezpieczny dla otoczenia straceniec. I nie bez powodu. Dość, że Katyń przez kilkadziesiąt lat nie funkcjonował publicznie, jako biała, to znaczy czerwona plama. Co innego 17 września. Tu już nikt nie mógł zaprzeczyć faktom, pleniło się więc kłamstwo interpretacyjne, równie uporczywe, jak mało przekonujące. Bo trudno było wytłumaczyć człowiekowi o jakiej takiej inteligencji i przyzwoitości, że pakt Ribbentrop-Mołotow i jego naturalna konsekwencja w postaci wkroczenia Armii Czerwonej do Polski miała inne, prócz zbójeckiego, uzasadnienie. Natomiast wokół Powstania i z Powstaniem toczono grę. Od początku. Brutalną, oczywiście. Podstępną, jak najbardziej. Prowadzono dyskusje, nawet jeśli były to pseudodyskusje, bo zawsze kwestia nieudzielenia Powstaniu pomocy pozostawała w niedomówieniu. Ale jeśli wbrew słusznym z pewnością, niekiedy, niestety, niewykonalnym zasadom prawa rzymskiego, mówi się tylko część prawdy, a nie całą prawdę, to jednak jest w tym nadzieja przeciwko nieprawdzie totalnej, bo przynajmniej coś prawdziwego ocaleje. I nawet ta niepewna, ułomna prawda jest widoczna, odróżnialna. Trzeba się tylko starać, aby się rozszerzała i pogłębiała. A to, co się zakłamuje, byle nie unicestwia, można czujnie, polując na dobrą okazję, odkłamać.

Autorem wstępu do albumu fotograficznego, który wkrótce po wojnie poświecono ruinom Warszawy, jest Kazimierz Brandys. Przeciwstawia się dowództwu Powstania, opiewa bohaterstwo walczących. I taka będzie, z różnymi odmianami i niuansami, przez czterdzieści lat z górą, linia oficjalna. Różnicująca. Dowództwo z rządem londyńskim w tle. Oraz żołnierzy Powstania i lud warszawski, z którego się wywiedli. Ale przynajmniej język Brandysa jest przyzwoity. Co innego właściciele Polski Ludowej, wcale niekoniecznie stalinowcy. Taki Gomułka, który dziesięć lat później otrzymał rekordowe poparcie narodu (tylko Jan Paweł II i Lech Wałęsa go prześcignęli) już wtedy wyrażał się o Powstaniu nienawistnie. Dla niego było dziełem sanacyjno-oenerowskich awanturników (i któż by śmiał mu to wypomnieć w październiku 1956 roku). Zresztą wszyscy o tym zapomnieli, ale on, mściwy i małoduszny, nie zapomniał, że mimo swoich niebezpiecznych, partyjnych porażek, które przysporzyły mu takiej popularności, rząd londyński był jego pierwszym rywalem, a swoją władzę zawdzięczał obcej armii. I dlatego nie odpowiedział nawet na list dowódcy Powstania, generała „Montera”, który chciał wrócić do kraju, chciał po prostu umrzeć w Polsce i, aby mieć taką możliwość, deklarował w owym liście poparcie dla nowej, ludowodemokratycznej ojczyzny.

Plugawy język, którego symbolem stało się wyrażenie „AK – zapluty karzeł reakcji”, zapożyczono z najgorszej radzieckiej propagandy. W chamski sposób wypowiadał się o Powstaniu premier Edward Osóbka-Morawski, który przeszedł do historii jako przystojny figurant. Porucznik Zenon Kliszko z AL stwierdzał, że ppłk „Żywiciel” poddał Żoliborz Niemcom, żeby tylko nie połączyć się z berlingowcami. Michał Rola-Żymierski, legionista, zawodowy oficer, skompromitowany w aferze korupcyjnej, awansowany na dowódcę Armii Ludowej, wreszcie marszałek Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, świadomie kłamał, że Bór-Komorowski uciekł z Warszawy. W tej propagandzie nie szczędzono również słowa „Targowica”, co miało szczególny smak i zapach w ustach ludzi, których w dość powszechnym odczuciu uważano za spadkobierców tej niesławnej tradycji.

Prócz bezpośrednich szkód, które lata indoktrynacji, szczególnie silnej stalinowskiej, wyrządziły społeczeństwu, zwłaszcza młodemu, miała ona jeszcze jeden uboczny skutek. Otóż w przyzwoitym towarzystwie Powstania należało bronić w całości, jako pomysł i wykonanie. Wyostrzył się rodzaj patriotycznej poprawności, wtórnej cenzury. Obie przetrwały okoliczności, które były przyczyną ich zaistnienia. Żyją nadal własnym życiem i były doskonale widoczne podczas rocznicy. Tak jakby rozważanie Powstania, pytanie nie tylko o przyczyny, ale również skutki, było czymś niestosownym.

Okazuje się, że w niewdzięcznych latach pamiętano o Powstaniu, dyskutując o nim. Ukazywały się w miarę dopuszczalnej możliwości ważne i popularne książki:Kamienie na szaniec, Przemarsz przez piekło.Już po Październiku wydano dwa ważne opracowania wojskowej historii Powstania: Kirchmayera w „Książce i Wiedzy” i Borkiewicza „PAX-ie”. To ostatnie dzieło ma rangę źródła historycznego. Korzystał z niego m.in. obiektywny niemiecki historyk Powstania von Krannhals, którego książka powinna być już dawno przetłumaczona. Oczywiście w dziełach Kirchmayera i Borkiewicza, według przywoływanej zasady (prawda, chociaż niecała prawda, ale przynajmniej część prawdy) nie była zbytnio dotykana postawa radziecka i PKWN-owska wobec Powstania. Tym bardziej w fachowej, wojskowej analizie Powstanie przedstawia się jako czyn bohaterski, ale pozbawiony szans powodzenia. „PAX” zresztą, niezależnie od swej politycznej roli w PRL-u, ma wobec pamięci Powstania wybitne zasługi. Opublikował m.in. wiersze Tadeusza Gajcego, największego poety „Sztuki i Narodu”, które stanowiły okupacyjną tradycję stowarzyszenia. Powstaniec-akowiec (podobnie jak andersowiec z drugiego korpusu) stał się legendą, sekssymbolem lat 40 i 50. Romantyczny, owiany tajemnicą, trochę wyklęty. I piękny. AL-owiec czy berlingowiec nie miał przy nim żadnych szans. Chodził tamten w berecie (andersowskim), bluzie z angielskiego battle-dressu, co było trochę manifestacją, trochę koniecznością, modne ubieranie się po wojnie nie było łatwe. „Wysoki, szeroki w barach” – taki przetrwał w piosence Jacka Kaczmarskiego. Wajda w swoim czasie uczcił PowstanieKanałem,a potem uszlachetniającPopiół i diament,dodał do AKowskiej legendy słynne ciemne okulary Cybulskiego. W ten sposób skomunikował ze sobą tragiczne wojenne i o ćwierć wieku młodsze, konsumpcyjne w ramach PRL-owskiego ubóstwa, pokolenie.

Ale to raczej okupacja, kiedy wróg był jednoznaczny, a przyszłość dostępna nadziei, niż Powstanie z jego przeklętymi pytaniami o cenę, sen i nie doczekaną aliancką pomoc, stało się scenerią filmów paradokumentalnych(Akcja pod Arsenałem)i serialowych. Trzeba też oddać sprawiedliwośćKolumbomRomana Bratnego. Łatwo im wiele zarzucić, zwłaszcza z dzisiejszego punktu widzenia. Przez wiele lat podtrzymywały legendę powstańczego pokolenia, w sposób zbliżony do prawdy, na ile było to podówczas możliwe. Temat Powstania stanowił wyzwanie dla uczciwych historyków w ich obowiązkowych zmaganiach z manipulacją, a także, co bywało przykre, popularnym mitom. Powstanie stało się przedmiotem opozycyjnej edukacji, jak cała najnowsza historia. Pojawiło się również w rozgrywkach partyjno-rządowych. Ponieważ władza, odkąd pozbawiona otwartej przemocy, niepewna swego, starała się na swoją miarę uwiarygodnić. Weteranów kokietowano selektywnymi przywilejami, a w ZBOWID-zie spotkali się ludzi, którzy nie mieli sobie nic do powiedzenia, a raczej mieliby zbyt wiele: ci, którzy siedzieli i którzy sadzali.

Mimo represji czy fałszów pamięci pozwalano sobie na luksus dyskutowania również niewygodnych prawd. Zaraz po wojnie, kiedy tropiono AK-owców, Jan Józef Szczepański napisał ważne opowiadanieButy,