Anhusz - Martine Madden - ebook
lub
Opis

OPOWIEŚĆ BĘDĄCA DOWODEM NA TO, ŻE MIŁOŚĆ TO DZIKI KWIAT, KTÓRY WYROŚNIE NA KAŻDYM, NAWET SKALANYM KRWIĄ GRUNCIE

Urokliwa sceneria wybrzeża Morza Czarnego oraz wesele przyjaciółki wprawiają Anhusz Czarkudian w nostalgiczny nastrój. Kobieta marzy o życiu poza swoją niewielką, nie dającą żadnych perspektyw ormiańską wsią. Realia okrutnego konfliktu zbrojnego nie pomagają w realizacji celów. Na dodatek Anhusz doskonale zdaje sobie sprawę, że miłość to nieprzewidywalna i nieokiełznana siła. Na przekór społecznym normom, wdaje się w sekretny i niebezpieczny romans z oficerem tureckim – Dżahanem Orfalea. Na tle szalejącej I wojny światowej Ormianie są uznawani za nieprzyjaciół stanu, a okrutnym zbrodniom nie ma końca.

JAK POGODZIĆ SIĘ Z LOSEM SKORO MIESZKAŃCY ARMENII TO WROGOWIE STANU, A DO SZALEŃSTWA KOCHA SIĘ PRZEDSTAWICIELKĘ TEGO NARODU?

Wewnętrznie rozdarci, mimowolnie wciągnięci w bezwzględne sidła trwającego konfliktu zbrojnego, kochankowie uparcie próbują zostać razem, mierząc się z prześladowaniami i nienawiścią.

___

Zgrabnie napisany i głęboko wzruszający debiut. Madden ma naturalny talent do tworzenia opowieści. Warte zapamiętania i przejmująca.

– "Sunday Time’s Culture"

O autorce:

Martine Madden urodziła się w irlandzkim mieście Limerick, pracowała w Dublinie, a po wyjściu za mąż przeniosła się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Usłyszane tam historie opowiadane przez członków diaspory ormiańskiej stanowiły główną inspirację do napisania powieści Anhusz. Martine powróciła do Irlandii w 1990 roku, a obecnie mieszka w Midlands z mężem i piątką dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 438


Johnowi

Podziękowania

Jestem niezwykle wdzięczna i niezmiernie zobowiązana bardzo wielu osobom, które sprawiły, że ta książka ujrzała światło dzienne. W szczególności pragnę podziękować całemu zespołowi The O’Brien Press, zwłaszcza Michaelowi O’Brienowi, który podjął się ryzyka pójścia w nieznane, Ivanowi, Ruth, Clare, Gráinne i Jamie, a także Emmie, która zaprojektowała przepiękną okładkę. Chcę wyrazić również ogromną wdzięczność wydawcy – wspaniałej Susan Houlden – za jej przychylność, zaangażowanie i trafne sugestie.

Przekazuję podziękowania z głębi serca trójce cudotwórców: mojej serdecznej przyjaciółce Eileen Punch oraz Conorowi i Zhannie O’Clerym, bez których uprzejmości i szczodrości ta książka nigdy by nie powstała.

Kolejne podziękowania kieruję do Zarmine Zeitounsian, która poprawiała mój koślawy ormiański, i do Keitha Barreta, który przygotował mapkę Imperium Osmańskiego.

Dziękuję Melisse Marshall i Gillian Stern, które z zaciekawieniem czytały pierwsze wersje tekstu. Wasze miłe słowa i zachęta stoją u podstaw wszystkiego, co napisałam.

Chcę wyrazić ogromną wdzięczność dla całej rodziny i przyjaciół, których entuzjazm i wsparcie dla tej książki czasem przewyższały moje własne. Wasza pomoc była nieoceniona. Pragnę też upamiętnić mojego ojca, Percy’ego O’Kennedy’ego, który jako pierwszy opowiadał mi piękne historie.

Mojemu drogiemu mężowi Johnowi i naszym pięciu cudownym córkom – tę książkę dedykuję właśnie wam.

Na koniec pragnę podziękować dwóm niezwykłym Ormianom: Houry’emu Belianowi i Salpy’emu Godgigianowi – ku jego pamięci.

Historia będzie na próżno szukać słowa… „Armenia”.

Winston Churchill

Anhusz

Trapezunt, Imperium Osmańskie, wiosna 1915 r.

Zmiany przyszły do wioski razem z tureckimi żołnierzami. Było ich wielu; maszerowali dziarsko drogą, jakby chcieli ją ubić i wyrównać. Kobiety tuliły dzieci, a starcy odwracali głowy, wsłuchując się w echo kroków odbijające się od kamiennych ścian domów. Żołnierze pojawili się w Trapezuncie w październiku 1914 roku, a w samej wiosce – sześć miesięcy później. Świat pogrążony był w wojnie, więc wszyscy rozprawiali o niestrzeżonych granicach albo o inwazji rosyjskiej. Już wiele miesięcy wcześniej wszystkich młodych mężczyzn ze wsi ubrano w mundury i zabrano na wojnę, a rodziny nadal opłakiwały ich nieobecność. Jednak ci, którzy przyszli, nie byli stąd, nie byli Ormianami. Ich nadejście było jak uderzenie zimnego wichru.

Z kościelnych schodów przemarsz obserwowały dwie ormiańskie dziewczyny. Kiedy żołnierze skręcili na plac i ustawili się wzdłuż południowej pierzei zabudowań, obydwie poszły za kolumną. Niższa z nich, Sosi Talanian, niosła bochenek czarnego chleba. Gdy porucznik wykrzyczał komendę, przestraszyła się i chleb upadł jej na ulicę pełną pyłu. Setka kolb karabinów uderzyła w ziemię, wzbijając kłęby kurzu wokół żołnierskich butów. Chleb natychmiast zniknął w pysku głodnego psa, który chyba jako jedyny nie zwracał uwagi na wojsko. Anhusz Czarkudian, wyższa z dziewczyn, odwróciła się ku drodze. Po przeciwnej stronie, w drzwiach sklepu Tufenkiana, stała niewysoka kobieta, jej matka. Miała trzydzieści dziewięć lat, ale ponieważ była niezwykle szczupła, wyglądała na znacznie starszą. Patrzyła na żołnierzy wyzywająco, jednak jej twarz, schowana za chustką, była blada jak śmierć. Tę chwilę Anhusz zapamiętała na całe życie. Nigdy nie była w stanie wyrzucić jej z pamięci. Zrozumiała, że jej matka umiera ze strachu.

Anhusz przeszła przez zardzewiałą furtkę i podążyła porośniętą chwastami ścieżką do zagrody Talanianów. Kiedyś mieli oni kozę, dwie świnie z prosiętami, krowę, która dawała im mleko, i porządny kurnik pełen kur, ale w 1914 roku wszystko się zmieniło. Ojciec Sosi i jej dwóch starszych braci zostali wcieleni do tureckiej armii i od tamtej pory pani Talanian starała się sama prowadzić gospodarstwo na tyle, na ile mogła. Dziewięć miesięcy, odkąd przestały przychodzić listy, kobieta nadal nie miała o nich żadnych wieści i całkiem się poddała. Świnie zniknęły – jedną sprzedała, a drugą zjedli, więc chlewik stał pusty. Koza również przepadła, a koń był za stary, żeby mógł się do czegokolwiek nadawać. Dom, podobnie jak sama pani Talanian, wyglądał, jakby uległ naporowi czasu i zapadł się w sobie. Dach z czerwonych dachówek osunął się w połowie, a dzikie pnącza oplotły jego podbicie i wpełzły pod okap, zwieszając swoje zielone macki przez okno do środka izby, w której Sosi spała z Hawat, swoją siostrą. Najbardziej wilgotny kąt jednego z pokojów na dole opanował grzyb, a okiennice się poluzowały i po części poodpadały. Anhusz, przechodząc wzdłuż okna, pchnęła jedną z nich, a ta, przeżarta rdzą, odpadła z chrzęstem na ziemię. W obejściu spotkała najmłodszego z dzieci Talanianów, jedenastoletniego Keworka, który właśnie wychodził z obórki z widłami w ręku.

– Pari lujs, Anhusz – przywitał się, wlepiając wzrok w zakryty koszyk, który trzymała.

– Lujs pari, Kework. Gdzie są pozostali?

– Sosi i mama są w wiosce. A Hawat tam.

Hawat zeskoczyła z huśtawki wiszącej w stodole i podeszła do nich.

– Co tam masz? – zapytał Kework, wskazując głową na koszyk.

– Sam spróbuj.

Chłopiec podniósł wieczko i wciągnął głęboko smakowity zapach. Wziął palcami smakołyk i zjadł, uśmiechając się do siebie.

– Twoja babcia robi przepyszne kamsi köfte – powiedział, dając kawałek swojej siostrze.

Usiedli pod dębem, jedząc mięsne kulki z sardelami, aż pochłonęli wszystkie do ostatniego okruszka.

W powietrzu rozszedł się zapach ryby, więc zaintrygowane nim gęsi Talanianów podniosły łebki.

– Nie zostało nic dla ciebie. – Kework się zaśmiał.

– Chcę więcej – odezwała się Hawat, z okruchami na brodzie.

– Ale nic więcej nie ma, Hawi, więc przestań się ślinić.

Chłopiec wytarł obcesowo siostrze brodę końcem rękawa.

– Później pójdziemy po jajka. Może znajdziemy jakieś na kolację.

Wiedzieli jednak, że kury przestały się nieść, więc Talanianowie żyli z ostatnich już kurczaków i tego, co dali im sąsiedzi.

– Przyniosę coś jutro – obiecała Anhusz. – Może pilaw.

Hawat się uśmiechnęła, wypychając językiem dolną wargę, a oczy jej się zaświeciły na szerokiej buzi. W wiosce przezywali ją Mongołką, ponieważ jej twarz przypominała twarze mongolskich jeźdźców, którzy przybywali z dalekich rosyjskich stepów, najeżdżając Rize i Trapezunt. Wieśniacy mawiali, że jej matka była za stara na dzieci, kiedy ją rodziła, ale ku zdziwieniu wszystkich potem zaszła w ciążę jeszcze raz i urodziła Keworka, który okazał się zdrowym chłopcem.

– Pani Stewart pytała o ciebie – zwróciła się do niego Anhusz. – Chciała wiedzieć, dlaczego nie byłeś w szkole.

– Pracuję teraz w gospodarstwie. Muszę pomagać mamie.

– Jutro będą rozdawać nagrody. Może nie powinnam ci mówić, ale chyba jest coś dla ciebie.

Kework rzucił na nią okiem.

– Medal?

Anhusz kiwnęła głową potwierdzająco.

– Byłeś pierwszy.

Chłopiec zastanawiał się przez chwilę.

– Daj go Sosi. Ja mam robotę.

– Wydaje mi się, że twój tata chciałby, żebyś sam go odebrał.

– Tata by wolał, żebym się zajął gospodarstwem.

Pan Talanian, jak wielu innych wieśniaków, nie potrafił czytać ani pisać, ale zachęcał swoje dzieci do nauki. Przyjaźnił się z ojcem Anhusz od dziecka, był też dalekim krewnym jej matki. Anhusz nie znała swojego ojca. Był dla niej jedynie portretem wiszącym przy drzwiach i pędzlem do golenia, który stał u niej w izbie. Pozował do zdjęcia w sztywnym kołnierzu i marynarce, stojąc obok matki, siedzącej w tradycyjnym stroju ormiańskim. Oboje wpatrywali się uroczyście w obiektyw, jak dwoje nieznajomych, którymi zresztą dla siebie byli. Dagerotyp wyblakł i pozieleniał, tracąc odcień sepii; sprawiał teraz wrażenie obrazu z innego świata. Nie umniejszało to jednak życzliwości spojrzenia ojca czy połysku jego gęstych, brunatnych włosów. Anhusz obdarzała mężczyznę ze zdjęcia taką miłością, jaką może czuć córka kochająca ojca, którego nigdy nie poznała. Byli do siebie podobni, oprócz wzrostu, ponieważ jej ojciec był nieprzeciętnie wysoki. Mieli takie same ciemne oczy i włosy. Ich wspólne podobieństwo było dla niej źródłem wielkiego ukojenia, dlatego kiedy inne dziewczęta z wioski w wieku lat dwunastu upinały włosy do góry, Anhusz zaczesywała swoje gładko i zaplatała w gruby warkocz, który wystawał jej spod chustki i kołysał się między łopatkami jak ogon wielkiego kota.

– Popchniesz mnie? – zapytała Hawat, wzięła Anhusz za rękę i pociągnęła do stodoły.

Usiadła na siedzeniu, a Anhusz stanęła za nią i zaczęła ją delikatnie popychać.

– Mocniej.

Lina zaskrzypiała, a belki, do których przymocowana była huśtawka, jęknęły. Stopy Hawat przecinały chłodne powietrze.

– Wyżej! – krzyknęła, wyciągając się do tyłu.

Stara stodoła zdawała się wyłamywać z fundamentów, a belki z każdym bujnięciem wysuwały się coraz bardziej z ziemi.

– Mocniej!

– Spadniesz, Hawi – ostrzegła Anhusz, popychając ją mocno.

Gwałtowne zgrzytnięcie metalu poderwało do lotu jaskółki siedzące na krokwiach. Anhusz schwyciła liny i zatrzymała huśtawkę z Hawat. Kework, który pracował w ogrodzie, rzucił widły i zaciekawiony wyszedł na ścieżkę. Od kiedy sprzedali dwukółkę, nikt nie otwierał bramy; na drogę wychodzono po prostu przez dziurę w kruszącym się murze. Zawiasy zardzewiały na powietrzu przesyconym solą morską, więc zgrzytnęły przeciągle, kiedy grupa żołnierzy usiłowała otworzyć bramę. Mundurowi weszli do ogrodu w chwili, kiedy Anhusz i Hawat wyłoniły się ze stodoły. Wyglądali nieprzyjaźnie i niebezpiecznie. Jeden z nich podszedł do chłopca. Był chudy i wcale nie wyższy niż Kework. Miał szczupłą twarz, długi nos i wąsko rozstawione oczy, podobne do szczurzych: jedno brązowe i jedno szaroniebieskie.

– Mieszkasz tu?

Kework pokiwał głową.

– A ty? – żołnierz zapytał Anhusz.

– Mieszkam po sąsiedzku.

Szczur odwrócił się do towarzyszy.

– Odwiedziny! Lubię się zajmować gośćmi! – zaśmiał się i znów spojrzał w stronę dziewczynek. – Przyszliśmy po jedzenie. Zabieramy wszystko, co jest. Idźcie do domu i przynieście wszystko.

– Ale tu nie ma jedzenia – odpowiedziała Anhusz.

– Kłamiesz.

– Ale to prawda. Tu nic nie ma.

– Przeszukać dom! – rzucił rozkaz Szczur, więc jego podkomendni zniknęli wewnątrz.

– To ruina – stwierdził jeden, wychodząc z pustymi rękoma. – Nic tu nie ma do żarcia. Nawet ziemianka jest pusta.

Z okna na górze sfrunęły ubrania, a za nimi z głuchym odgłosem wypadły ciężkie buty.

– Zabieram je – powiedział żołnierz stojący w oknie.

Hawat, chowająca się za Anhusz, zaczęła płakać.

Trzeci z żołnierzy pojawił się w drzwiach, niosąc zdjęcie w ramce.

– Nie! – krzyknął Kework. – To mój ojciec!

Żołnierz odepchnął chłopca, ale ten nadal usiłował mu wyrwać fotografię.

– Oddaj!

– Odejdź, szczeniaku!

– To moje!

– No to masz!

Żołnierz rozbił szybkę o ścianę stodoły i zabrał srebrną ramkę. Kework podniósł podartą fotografię, pokrytą odłamkami szkła.

– Przetrząśnijcie obejście – zarządził Szczur i dwóch żołnierzy zniknęło w chlewiku i stodole.

– Pusto – zameldował jeden z nich. – Zostało jedynie stare świńskie łajno.

– W stodole jest tylko kilka kur. Nic więcej.

– To je weźcie. Idź z Sanayim i ukręćcie im łby.

Podkomendni weszli do stodoły i zamknęli za sobą wrota. Wszyscy stojący na podwórku mogli usłyszeć trzepot skrzydeł i cięcia siekierą, a potem ciszę. Wrota otworzyły się ponownie i ze stodoły wyłonili się żołnierze z czterema kurczakami bez głów.

– Posłuchaj no, dzieciaku, gdzie jest reszta zwierząt? – zapytał Szczur.

– Tu nic nie ma – powtórzyła Anhusz. – Nic już nie zostało do zabrania.

– Nie pytam się ciebie, tylko chłopaka. On tu wygląda na gospodarza. Tak?

Kework skinął głową.

– No to gdzie one są?

Kework milczał.

– Patrzcie – wtrącił nagle jeden z żołnierzy. – Gęś.

Rozłożył ramiona i pochylony ruszył na ptaka, a wtedy gęś rozpostarła skrzydła i zaczęła nimi uderzać, sycząc i plując. Żołnierz odskoczył, a jego towarzysze zaczęli się śmiać.

– Co ty, Hanim, boisz się gęsi?

– To ją złap.

– No to patrz.

– Nie zabierajcie jej – odezwała się Anhusz. – Proszę… Nie mamy nic więcej.

– No chodź tu, gąsko – mówił pod nosem żołnierz, zdejmując płaszcz. – O, tak.

Gęś zaczęła ponownie bić skrzydłami, obniżyła głowę i ruszyła na mężczyznę, lecz ten się nie cofnął, tylko zarzucił na nią płaszcz. Musiał jednak przygnieść szamoczącego się ptaka, więc zaczął wołać kolegów na pomoc.

Kework pobiegł w jego stronę z krzykiem, ale jakaś silna dłoń złapała go za kołnierz i rzuciła na pełne pyłu podwórko.

– Daj mi siekierę – powiedział Szczur.

Zdjął z gęsi płaszcz, a dwóch żołnierzy rozciągnęło jej szyję na kawałku drewna.

– Trzymajcie dobrze.

Podniósł siekierę nad głowę i opuścił na szyję gęsi. Ciepła krew trysnęła, jakby sama była żywym stworzeniem, ochlapując ich ubrania, ręce i twarze. Jeden z pomocników otworzył usta i zlizał krew, podczas gdy Szczur trzymał bezgłowe ciało w górze jak trofeum.

W tym momencie podbiegł do niego Kework, gryząc i kopiąc ile sił.

– To szczeniak jeden!

Szczur z rozmachu uderzył chłopca pięścią w twarz. Hawat krzyknęła, a oszołomiony Kework upadł. Po chwili wstał, podszedł chwiejnie do Szczura, lecz kolana odmówiły mu posłuszeństwa, osunął się na nie i zaczął wymiotować. Anhusz ruszyła, by mu pomóc, jednak Szczur był szybszy: zaczął raz po raz okładać chłopca pięściami.

– Zostaw go! Zostaw go natychmiast!

– Hanim… uspokój się… to tylko dzieciak.

Szczur odchrząknął i znowu podniósł pięść, by uderzyć nieprzytomnego chłopca raz jeszcze, a wtedy Anhusz uniosła widły i wbiła mu w piętę buta. Szczur wrzasnął, odwracając się ku niej, i wyciągnął widły. Upadł na bok, chwycił się za but i sprawdził, jak mocno został zraniony.

– Ormiańska suka! – zaklął, patrząc, jak krew przecieka przez skórzany but. – Moja kostka!

Podniósł się i stanął na zranionej nodze. But ją stabilizował, więc żołnierz sprawdził, czy może chodzić.

– Teraz ci pokażę. Nie zapomnisz tego do końca życia.

Utykając, skierował się do stodoły i zaraz wyszedł z liną w ręku.

– Trzymajcie ją!

– Hanim…

– Powiedziałem, trzymajcie ją!

Zawiązał na linie pętlę i przerzucił ją przez konar dębu.

– Dawajcie tu chłopaka.

– Nie… Boże, nie…

Anhusz poczuła, jak miękną jej kolana, ale żołnierze trzymali ją mocno. Kework jęczał, kiedy postawili go na nogi i pociągnęli pod drzewo.

– Proszę… – mówiła prawie bezgłośnie Anhusz. – Proszę… Przepraszam. Błagam was.

Hawat, stojąca pod stodołą, krzyczała głośno imię brata:

– Kewo!… Kewo!

Szczur związał ręce chłopca na plecach, założył mu pętlę na szyję i mocno ją zacisnął. Ucisk liny przywrócił chłopcu przytomność. Kework zakołysał się na nogach i zaczął łapczywie chwytać ustami powietrze.

– Patrzysz na to, suko?

Szczur pociągnął za drugi koniec liny tak, że Kework musiał stanąć na czubkach palców. Jego twarz zrobiła się czerwona, a potem zaczęła ciemnieć. Chłopiec z trudem oddychał, ale Szczur ponownie szarpnął liną, patrząc w oczy Anhusz.

– Podoba ci się to?! Już nie jesteś taka odważna, co?!

Kework łapał powietrze otwartymi ustami i wypychał wargi językiem. Anhusz szlochała, a Hawat zasłoniła oczy rękami.

– A to dopiero początek, suko. Ty będziesz następna.

– Hanim!

Na podwórko wjechało dwóch żołnierzy na koniach. Szczur puścił linę, a Anhusz podbiegła do Keworka, który ciężko upadł na ziemię.

– Co tu się dzieje?

– Zostaliśmy zaatakowani, kapitanie. Chcieliśmy tylko zabrać gęś, a oni rzucili się na nas z widłami.

Kapitan Orfalea się rozejrzał. Był młodszy niż wielu jego podwładnych i wyraźnie się od nich odróżniał. Miał schludny, dopasowany mundur i czyste, wypastowane buty. Nie nosił wąsów ani brody, a jego proste, czarne włosy były zaskakująco długie.

– Zostaliście zaatakowani… – stwierdził pogardliwie. – Pięciu. Przez dwie dziewczynki i chłopczyka.

Żołnierze rozglądali się niepewnie, ale Szczur patrzył na kapitana z ponurą miną.

– Nie chciałem mu nic zrobić. Tylko trochę nastraszyć.

Kapitan podjechał do miejsca, gdzie na ziemi leżał Kework. Chłopiec miał złamany nos, jego twarz była posiniaczona i nabrzmiała, szyję owijała mu zakrwawiona lina.

– Poruczniku, odprowadźcie tych ludzi do obozu.

– Zaatakowała mnie! – rzucił Szczur. – Miałem prawo się bronić.

– I zamknijcie kaprala Hanima w areszcie, dopóki nie zdecyduję, co z nim zrobić.

Żołnierze poszli ścieżką za porucznikiem, a kapitan podszedł do Anhusz, która pochylała się nad Keworkiem.

– Już w porządku?

Anhusz kiwnęła głową. Pomogła chłopcu usiąść i rozpięła mu guzik koszuli. Kapitan rozejrzał się po podwórku, zauważył rozbite szkło i okaleczoną gęś.

– Niech przez jakiś czas chłopak zostanie w domu. A na przyszły raz nie bierzcie do ręki wideł.

Anhusz podniosła się chwiejnie.

– Następnym razem wsadzę mu je w bebechy.

Dziennik dr. Charlesa Stewarta

Konstantynopol, 14 kwietnia 1900 r.

Przybyliśmy do Konstantynopola dwa tygodnie temu. Deszcz padał niemiłosiernie i miałem poczucie, że na powrót jestem w zimnym Nowym Jorku. Hetty i ja byliśmy wycieńczeni podróżą, więc widok Eliasa Riggsa, czekającego na nabrzeżu, przyniósł nam niewymowną ulgę. Nie wiem już sam, czego oczekiwałem od podstarzałego, amerykańskiego misjonarza, ale nie wyobrażałem sobie, że może się w nim mieścić tak wiele energii i że jest taki wysoki. Przez czterdzieści lat z okładem pracował na rzecz Imperium jako doktor, ale kiedy mu opowiadałem o planach dotyczących badań nad jaglicą, zdawało mi się, że zamiast słuchać woli rozprawiać o godzinach nabożeństw w okolicznie położonych kościołach. To niezwykle pobożny człowiek, co, rzec można, wpędza nas z wolna w niejaką niezręczność. Zgodziłem się jednakże przyjąć posadę doktora „misjonarza”. Kiedy wspomniałem o tym po raz pierwszy mojej Hetty, ona zaśmiała się, że jestem przecież ateistą, a ona – żydówką. Owszem, chadzamy czasem na msze, przynajmniej niektóre, ale moim zdaniem Elias zaczął już podejrzewać, że nie jestem tym, za kogo mnie uważał. Przez moment wyglądało na to, że powziął zamiar odesłania nas z powrotem, ale potrzeby jego kliniki okazały się nazbyt wielkie, a ponadto znalazł nić porozumienia z Hetty.

Naszym celem jest niewielka wioszczyna w okolicach Trapezuntu, leżącego nad samym Morzem Czarnym. Z tego, czego do tej pory się dowiedziałem, miejsce to jest położone niedaleko Trapezuntu, większego miasta i ważnego portu morskiego. Wioska z kolei leży w samym środku regionu, najbardziej chyba w tym kraju toczonego jaglicą, co każe spodziewać się trudów i nawału pracy.

Przez krótką chwilę mieszkaliśmy w dzielnicy Pera, w alei Istiklal. Nie było to miejsce przesadnie luksusowe, ale czyste i spełniające nasze potrzeby, no i po europejskiej stronie Bosforu. Ledwo trzy izby, któreśmy dzielili z grecką posługaczką, tureckim sługą (prawdziwy „siedem fachów – ósma bieda”, niech go diabli) i polskim kucharzem. Za to Hetty, czyli moja chanum*, jak tu na takie mesdameswołają, jest w swoim żywiole. Nie może praktykować leczenia, jako że kobiety lekarze mogą leczyć jedynie w haremach, ale co dzień od świtu szkicuje ruiny starego Konstantynopola. Łatwo jest mi zrozumieć jej fascynację. Ladacznica Orientu bez dwóch zdań zasługuje na to miano i jest na równi wspaniała, co upadła.

Na dowolnie wybranej ulicy znaleźć można obrazy zapierające dech w piersiach. Poraża wielkość meczetu Świętej Zofii czy przepych pałacu Topkapi, lecz za chwilę tuż za rogiem natrafiam na godne pożałowania zagródki sklecone na ruinach domów, zniszczonych w 1894 roku przez trzęsienie ziemi. Po europejskiej stronie Bosforu, wzdłuż eleganckich bulwarów ciągnie się, rzec można, Paryż w miniaturze, z kolei po drugiej stronie okryte burkami kobiety chadzają trzy kroki za swymi małżonkami, a słowo Proroka króluje niepodzielnie. Jak mawia Elias, to miasto kontrastów i przeciwności.

Poczyniliśmy pewne przyjaźnie, zwłaszcza z amerykańskim ambasadorem Henrym Morgenthauem i jego małżonką Josephine. Są Żydami, więc Hetty czuje się u nich jak w domu, a Henry ma nader interesujące i stymulujące usposobienie. Życie prowadzi po królewsku i ma zacną piwniczkę, bawi go więc, że „biedny doktor misjonarz” ma niezwykłą słabość do dobrego bordeaux. Państwo Morgenthau znają w Konstantynopolu w zasadzie wszystkich, począwszy od dyplomatów, a skończywszy na młodzianach, przybywających tu na swoje Grand Tour, co zrodziło w nich determinację, byśmy tych wszystkich ludzi poznali. Ale jeszcze z nimi w niedalekiej przyszłości pobędziemy, gdyż Hetty jest przy nadziei, a rozwiązanie będzie na jesieni, stąd nasze plany podróżnicze musieliśmy odroczyć. Opóźnienie to jest tyle nieuniknione, co frustrujące, wydaje mi się jednak, że i tak zmuszono by nas do oczekiwania przez brak zezwolenia na dalszą podróż.

W tym kraju nic nie da się załatwić bez zaświadczeń i poświadczeń: pracować, budować i tak dalej. Elias doradza, bym uzbroił się w cierpliwość. Powiada, że kiedy przybył tu po raz pierwszy, stary padyszach zakazał wwozu zagranicznych pism i lamp gazowych w obawie przed zepsuciem umysłów swoich poddanych. Wbija mi zarazem do głowy, że jestem szczęściarzem, bo mam co czytać i mam lampy, żebym widział, co czytam. Amen!

*Chanum lub bajan (tur.) – pani.

Anhusz

W miejscu, gdzie rzedniał zagajnik, porastający wzniesienie po północnej stronie, rzeka skręcała ku morzu szerokim łukiem, a jej nurt zwalniał w rozległym korycie. Wystające z wody głazy, przypominające głowy kąpiących się olbrzymów, wzburzały powierzchnię. Na brzegu kilka kobiet z wioski zabierało się do prania. Anhusz i jej matka szły w milczeniu w stronę rzeki, trzymając w rękach koszyki. Kiedy wyłoniły się zza zakrętu, usłyszały głosy piorących i chlupot mokrych tkanin uderzanych o głazy.

– Pari lujs, Anhusz. Pari lujs, bajan Czarkudian.

Parzik Setian stała razem z Sosi na płyciźnie i machała ręką, pozdrawiając Anhusz i jej matkę. Obydwie dziewczynki miały spódnice wetknięte za pasek i deptały stopami rzucone na dno ubrania. Na pobliskiej skale siedziała Hawat, majtając nogami w wodzie.

Matka Anhusz odpowiedziała im zdawkowo i wyjęła z koszyka pranie na brzeg rzeki. Zdjęła buty i pończochy, a potem podwinęła do góry spódnice i weszła do wody.

– Co się tak na nie gapisz? – warknęła na córkę. – Myślisz, że pranie samo się zrobi?

Anhusz wyjęła zawartość swojego koszyka i usiadła, żeby zzuć buty i zdjąć pończochy. Ubrania należały do właściciela ziemi, na której mieszkały, Kazbeka Taszdżiana i jego syna Husika. Były bardzo brudne i śmierdziały tak strasznie, że Anhusz nie chciała nawet myśleć, z jakiego powodu. Wzięła kostkę mydła i koszulę, zanurzyła ją w chłodnej wodzie, natarła, wybiła o kamień, a potem rozłożyła na wysokiej skale, żeby wyschła.

Matka i córka pracowały przez jakiś czas razem, nie odzywając się do siebie ani słowem. Anhusz z wysiłkiem próbowała dorównać matce tempem. Handut Czarkudian była żylasta i silna, choć jej niski wzrost skutecznie maskował tę siłę. Odkąd zmarł jej mąż, to ona przycinała i przybijała deszczułki, żeby załatać dach, i wykonywała inne ciężkie prace. Była dumna, że umie kopać rowy, naprawiać bramę i wykonać w zasadzie dowolną czynność w obejściu. Gohar, babcia Anhusz, uprawiała niewielki warzywnik. Z kolei Anhusz starała się brać na siebie wszystkie inne zajęcia, które mogły dawać jakiekolwiek zyski, choć większość niestety ich nie przynosiła. Jej matka nigdy nie była zadowolona. Gdyby nie ona, Handut Czarkudian – jak lubiła im przypominać – mieszkałyby na ulicy, więc spotkało je niezwykłe szczęście, że są razem. To, co czuła Anhusz, mieszkając z matką, trudno było jednak nazwać szczęściem. Tej kobiety nie można było zadowolić ani sprawić jej przyjemności. Drażniły ją ogólnie wszystkie aspekty życia, a zwłaszcza jej córka.

– Pssssst…

Parzik skinęła dłonią. Anhusz odpowiedziała kiwnięciem głowy i spojrzała na matkę, która wyciskała mydliny ze skręconych spodni.

– Pójdę życzyć Parzik szczęścia – powiedziała. – Matka szyje jej suknię ślubną.

– Tylko szybko – odparła Handut, nawet się nie odwracając.

Parzik stała w rzece, trzymając ręce na biodrach; wyglądała niczym mityczny kolos, zanurzony do połowy w wodzie. Była bardzo wysoka, jak na dziewczynę, a jej wzrost dodatkowo podkreślały szczupła budowa ciała i niezwykle długa szyja. Jej głowę otaczały grube, czarne włosy, upięte w dziewczęcy wianek, a przezwisko Tiriczan, czyli ptaszek, pod jakim wszyscy ją znali, zawdzięczała orlemu nosowi. Nie była tak ładna jak Anhusz czy Sosi, ale miała już pełne piersi i szerokie biodra, które, nie wiedzieć jak, pojawiły się u niej nagle dwa lata temu. Parzik była jedyną przyjaciółką Anhusz, która się zaręczyła. Jej narzeczonym był Wartan Ajkanian, miejscowy murarz i zarazem jej daleki kuzyn. Ponieważ pracował w okolicznych koszarach, ominął go pobór do wojska i Wartan był jednym z nielicznych młodych mężczyzn, jacy zostali w wiosce.

– Słyszałam, co się stało – zaczęła Parzik.

– Cicho! Moja matka o niczym nie wie. Jak się czuje Kework? – zapytała Anhusz, odwracając się ku Sosi.

– Już dobrze.

– A Hawat?

Wszystkie trzy dziewczyny spojrzały na siostrę Sosi, która wpatrywała się w swoje odbicie w wodzie.

– Dużo płacze. Nie powiedziałam jej, że Kewo zniknął.

– Jak to zniknął? Gdzie?

– Mama zabrała go do mojego wuja do Ordu. Pojechali do Trapezuntu dzisiaj rano.

Anhusz patrzyła, jak rzeka powoli toczy swe wody w stronę morza.

– Co masz zamiar zrobić? – zapytała Sosi.

– Ja?

– Tamten żołnierz cię rozpozna. Ty też nie jesteś tu bezpieczna.

– Ale kapitan jest chyba uczciwy – wtrąciła Parzik. – Jakie to szczęście, że przyszedł we właściwej chwili.

– To Turek – odparła Anhusz. – Oni wszyscy są tacy sami.

– Chcę tylko powiedzieć, że jeśli jest w okolicy, nie musisz się bać.

– Mojego brata niemal powiesili – rzuciła Sosi – a ty myślisz, że ona nie ma się czego bać?

– To nie tak. Zobacz… Anhusz na pewno nic się nie stanie, a ja wychodzę za mąż. Trzeba się radować. Chociaż trochę. – Parzik się uśmiechnęła i pokazała palcem na siebie. – Bajan Parzik Ajkanian to teraz ja.

– Jeśli rzeczywiście Wartan cię zechce – westchnęła Sosi.

– Zechce, bo będzie ze mną szczęśliwy! Jestem kobietą, a nie dzieciakiem!

Sosi chlapnęła wodą Parzik i zaczęła się śmiać. Całkowicie zaskoczyła swoją przyjaciółkę. Zimna woda spłynęła Parzik po piersi i zamoczyła jej bluzkę. Dziewczyna szybko się otrząsnęła, wielkimi dłońmi nabrała wody i ochlapała po równo Sosi i Anhusz. Teraz śmiały się wszystkie i nawet Hawat wstała ze skały, żeby do nich dołączyć. Woda pryskała wszędzie. Pochłonięta zabawą Anhusz całkiem zapomniała o matce. Ale Handut była już cała mokra od pracy i woda kapała jej z rękawów i spódnicy. Z powodu hałasu i śmiechów Anhusz dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ktoś ją woła. Odwróciła się i zobaczyła, jak jej matka wywija nad głową mokrą koszulą i rzuca nią w jej kierunku. W tym samym momencie przed Anhusz wskoczyła Parzik, a wtedy rękaw owinął się wokół jej długiej szyi jak wąż. Chwyciła materiał, żeby go odwinąć, i straciła grunt pod nogami. Upadła jak długa w wodę, ale szybko się podniosła, łapiąc z trudem oddech. Była całkiem przemoczona.

– Choz! – splunęła w kierunku kobiety. – Świnia!

Handut odwróciła się do nich plecami.

– Wariatka! Jesteś szalona!

– Parzik…

– Zostaw mnie – ta odparła, odpychając Anhusz.

Parzik, z Hawat i Sosi u boku, wróciła do brzegu, ocierając wodę z twarzy. Wszystkie trzy dziewczyny zebrały swoje rzeczy i poszły. Anhusz miała ochotę płakać ze wstydu. Jej matka kipiała z wściekłości. Okrutna, pokręcona i złośliwa baba. Anhusz przeklinała w myślach los, który upatrzył sobie na jej matkę tę właśnie kobietę i pozbawił ją ukochanego ojca. Zostawiła pranie na głazach i puściła się biegiem do drogi prowadzącej ku wybrzeżu. Skręciła w ścieżkę, wiodącą ku niewielkiej zatoczce, i przeszła przez plażę w stronę klifu. Brodząc w płytkiej wodzie, czuła powiew wiatru na twarzy i chłód rąbka spódnicy szybko nasiąkającego wodą. Szarobure fale rozpryskiwały się wokół niej na skałach. Po chwili ucisk w jej piersi zelżał, a oddech się uspokoił. Wiatr gwizdał jej w uszach, a fale szumiały na piasku, zagłuszając gderliwy głos matki. Chciała iść wzdłuż brzegu, daleko, aż do samego końca, może nawet do Konstantynopola. Tam, gdzie już nigdy jej nie zobaczy.

Zauważyła go w ostatniej chwili. W pierwszym odruchu na widok mężczyzny w mundurze tureckiej armii chciała uciec, ale w tym żołnierzu było coś znajomego. Sposób chodzenia. To, jak trzymał głowę. Z daleka widziała, że ją obserwuje, więc serce zaczęło jej bić przyśpieszonym rytmem. Zrównali się ze sobą, a wtedy – ku jej wielkiemu zaskoczeniu – kapitan przywitał ją po ormiańsku i poszedł dalej. Oddalali się od siebie. Anhusz szybko dotarła do brzegu klifu i nie mogła iść dalej. Nie mając innego wyboru, odwróciła się, lecz już go nie dostrzegła. Tylko bezkresne morze i pusta plaża. Na piasku był tylko jeden łańcuszek śladów stóp – jej własnych.

Dżahan

Najpierw zwrócił uwagę na to dziwne splątanie przeciwności. Dziewczyna, którą widział w gospodarstwie, była zarazem młoda i dojrzała. Jej dziewczęcy warkocz w połączeniu z wyzywającym i stanowczym zachowaniem nie pozwalały odgadnąć jej prawdziwej natury. Wydarzenia, których był świadkiem w tamtej zagrodzie, nie dawały mu spokoju. Nie miał wątpliwości, co by się stało, gdyby nie pojawił się we właściwym momencie.

Bywały chwile, kiedy dopadała go bezradność, ponieważ nie był w stanie utrzymać w ryzach swoich ludzi jak wcześniej. Po ukazaniu się dekretu dotyczącego utworzenia batalionów pracowników przymusowych wszyscy Ormianie służący w osmańskim wojsku zostali zdemobilizowani i przydzieleni do takich nieuzbrojonych batalionów. Przez to kapitan stracił mniej więcej jedną trzecią pierwotnego stanu swojej kompanii – oddanych żołnierzy, których znał i szanował, czego nie można było powiedzieć o ich następcach. Większość nowych rekrutów przeszła jedynie elementarne szkolenie wojskowe, a pozostałych, takich jak kapral Hanim, wyciągnięto prosto z więzień. Niewielu mógł ufać, nie licząc porucznika. Rekruci opowiadali z wyraźnym okrucieństwem w głosie o losie ormiańskich żołnierzy. Twierdzili, że byli oni rozstrzeliwani za rzekome sprzyjanie Rosji lub rozkazywano im uciekać, traktując ich potem jako żywe tarcze ćwiczebne. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, Dżahan od tamtej pory ani nie widział, ani nie słyszał o ormiańskich żołnierzach, a każdy artykuł w gazetach i każde rządowe oświadczenie pełne było antyormiańskiej propagandy.

Wieczorem kapitan wybrał się na spacer długą plażą i – ku swojemu zaskoczeniu – ponownie spotkał tę dziewczynę. Szła w jego kierunku; jej zamoczone spódnice głośno chlupotały, a wiatr targał jej ciemne włosy. Mimo nieładnej chustki i dziurawych ubrań dostrzegł jej urodę, pomyślał nawet, że jest piękna. Zastanawiało go, dlaczego chodzi sama, szczególnie po tym, co się wydarzyło. Już wcześniej, pod pretekstem dowiedzenia się czegoś więcej o młodym chłopaku, dyskretnie rozpytał się w wiosce i o nią. Wiedział, że pracowała dla miejscowego lekarza, amerykańskiego misjonarza o nazwisku Stewart, i pomagała jego żonie w prowadzeniu szkoły.

To wszystko było dla niego bardzo niezwykłe, ponieważ dziewczęta w Imperium zwykle młodo wydawano za mąż i nie pozwalano im pracować poza domem. Po jakimś czasie sam się zdziwił, kiedy zrozumiał, że zaczyna jej szukać i myśleć o niej jak o niepospolitej kobiecie. Czasem widział ją z mokrymi włosami i ubraniem; zgadywał, że pływała, choć nie zobaczył jej nigdy w wodzie i starał się zachowywać dystans wobec niej. Dopiero gdy minęła go na plaży, zdobył się na przywitanie, zresztą po ormiańsku, choć ona go nie odwzajemniła, a jej spojrzenie mroziło jak zimny wiatr. Nie winił jej za to. Nie oczekiwał, że bardziej się do niej zbliży, niemniej jednak czuł z tego powodu pewien żal.

Dziennik dr. Charlesa Stewarta

Muszar

Trapezunt

6 maja 1901 r.

To był najdłuższy, najbardziej irytujący i niszczący plecy dzień, jaki kiedykolwiek spędziłem w siodle, i żywię nadzieję, że długo taki się nie powtórzy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Minęło już kilka miesięcy od czasu, kiedy przybyliśmy do Konstantynopola, i przez ten czas sporo się wydarzyło. Hetty i ja zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma osobami, poznaliśmy przyzwoicie język turecki, a powierzchownie grekę i ormiański. No i staliśmy się dumnymi rodzicami Thomasa George’a Stewarta. Przed trzema tygodniami, zanim udaliśmy się do Trapezuntu, pożegnaliśmy Eliasa Riggsa i państwa Morgenthauów. Hetty ze smutkiem przeżywała rozstanie i choć rozumiem doskonale, że wyprawa z małym dzieckiem u piersi na dzikie rubieże wschodu Turcji nie może być niczym zachęcającym, to przysięgam, że ja wręcz przeciwnie – spieszyłem się, by rozpocząć pracę. Musieliśmy zabrać cały niezbędny majdan, więc organizowanie przewozu mebli, medykamentów i instrumentów, i oczywiście prowiantu na samą wyprawę, pochłonęło długie tygodnie. Był to niekończący się korowód wypraszania pozwoleń i wciskania bakszyszów, ale na koniec wszystko dało się załatwić i wyruszyliśmy w drogę.

Do Trapezuntu dopłynęliśmy niewielką, przybrzeżną fregatą o nazwie Mesudiye. Kapitan, z pochodzenia Czerkies, powiedział nam, że miasto wywodzi swe miano od greckiego słowa trapezi, co oznacza „stół”. Gdy statek wpływał do zatoki, naszym oczom ukazały się wały starego miasta, wzniesione na płaskowyżu górującym nad okolicą i wzmocnione średniowiecznymi murami. Miasto było zadziwiająco duże i nie wyglądało na zaścianek, tak jak to sobie wyobrażałem. Na nabrzeżu portowym kłębił się tłum ludzi, widać było szeregi mułów i handlujących nimi kupców, stojących w oddali.

Każdy statek obstępowali jak muchy domokrążcy, celnicy, bagażowi, tragarze i wszelkiej maści i gatunku naciągacze. Nad tym gąszczem górował jednak jeden człowiek, przewyższając wszystkich o głowę i barki. Wyglądał cudzoziemsko, więc z tego powodu odgadłem, że to nasz przewodnik, Anglik, którego wynalazł Elias. Ale tuż przy trapie, okrążony stadem kłębiących się postaci, stał miejscowy dygnitarz. Miał na sobie długi kaftan, przewiązany zielonym pasem, który podkreślał jego wydatny brzuch, a na nogach tradycyjne tureckie meszty. Głowę, jak niewielki minaret, spowijał mu turban, a jego palce błyszczały od kamieni skrzących się w pierścieniach. Dwóch sługów trzymało rozpiętą markizę nad jego głową, a pod stopy rozwinięto mu dywanik. Na Hetty ledwo co zerknął, natomiast ze mnie nie spuszczał czarnych oczu. Zdążyłem już przywyknąć do ludzi wpatrujących się we mnie, ale pod spojrzeniem tego człowieka poczułem się jak półmisek, z którego miał zamiar spożywać wieczerzę.

– Salam alejkum – pozdrowiłem go.

– Alejkum salam – odrzekł.

Nie odezwał się więcej ani słowem, a ja stałem, zachodząc w głowę, czy oddać mu pokłon, czy płacić bakszysz, czy bez słowa iść w swoją stronę.

– Za pozwoleniem, oto pan wali*, zarządca Trapezuntu – rozległ się głos. Wyglądający na nietutejszego mężczyzna ściągnął z głowy kapelusz. – Proszę wybaczyć… Powinienem był najpierw się przedstawić. Paul Trowbridge.

Wzrostem dorównywał Riggsowi, był wysoki i kościsty, a jego lniany surdut i spodnie były tak mocno znoszone, że zwieszały się smętnymi, pomarszczonymi worami na łokciach i kolanach. Pochylił się nad Hetty i poklepał Thomasa po policzku.

– Witamy w Trapezuncie. Pan wali bardzo pragnie państwa poznać.

Urzędnik powiedział coś Trowbridge’owi w dialekcie, którego nie znałem, i poszedł. Byłem przeświadczony, że to jakiś pozbawiony większego znaczenia popis, ale Paul zapewnił mnie gorąco, że jest całkiem na odwrót.

– To oznaka szacunku. To wielki honor. Pan wali nie co dzień wita cudzoziemców w porcie.

– Czy zawsze ma takie dziwne maniery? – zapytałem. – Zawsze tak wpatruje się w ludzi?

– Tylko wtedy, kiedy ktoś mu odpowiada.

Paul, widząc zadziwienie na mej twarzy, roześmiał się i opowiedział o plotkach, jakie pojawiły się przed moim przybyciem, że jakoby posiadam doświadczenie stomatologa.

– Pragnie, by złożył mu pan wizytę. Nasz czcigodny wali ma wielce zaniedbane uzębienie…

Wyładunek tobołów i przytroczenie pakunków mułom strasznie się przeciągało, więc Paul zaproponował, byśmy w międzyczasie udali się z nim na obiad do pobliskiego hotelu. Zarówno obiad, jak i hotel prowadzony przez dwóch braci – Francuzów z Bayonne, okazały się zadziwiająco wyborne. Przy posiłku Paul opowiedział nam nieco o sobie. Kiedy tylko zdał egzamin doktorski, wyruszył w podróż po Europie; większość czasu zabawił w dużych miastach, dopiero potem skierował się przez Ateny do Konstantynopola. Elias Riggs był jedynym człowiekiem, którego tutaj znał, więc został w mieście i pracował z nim przez kilka lat.

– Nie jako misjonarz, rzecz jasna – oznajmił. – Nigdy nie podzielałem wiary w to, że mój Bóg jest lepszy niż cudzy. To jakiś nonsens.

Po chwili przeprosił za swoje słowa, mówiąc, że nie chciał urazić nas w żaden sposób, i spytał, czy nie postrzegamy jego postawy za zbyt impertynencką, a ja w duchu bardzo polubiłem tego człowieka. To Riggs zaproponował Paulowi posadę w Trapezuncie, gdy jego przyjaciel doktor Fred Sheppard zmarł na tyfus, a władze szukały kogoś, kto mógłby go zastąpić.

– A ile to już lat trwa pan na posterunku? – zapytała Hetty.

– Zbyt dużo, łaskawa pani – odparł. – Przestałem nawet liczyć. Moi rodzice nie żyją, a jedyny brat mieszka w Anglii, rzadko więc pojawiam się w tamtych stronach. To tak naprawdę jest mój dom. Żywię nadzieję, że jak i ja, i państwo uznają go z czasem za taki.

Zapewniłem go solennie, że nie poddamy się przeciwnościom, i byłem o tym w pełni przeświadczony. Nauczony trudami długiej podróży przez Europę, nie miałem żadnych wątpliwości, że decyzja o przyjechaniu do tego kraju była właściwa. Patrząc jednak na to z perspektywy mojej kariery lekarza, decyzja była katastrofalna. Byli tacy – z matką Hetty na czele – którzy uważali tę ideę za szalony pomysł, ale Paul Trowbridge utwierdził mnie w przekonaniu, że dobrze postąpiłem. A gdy na stole pojawiło się jadło i wino, sam sobie gratulowałem udanego posunięcia.

Nim skończyliśmy posiłek, Hetty opowiedziała nieco Paulowi, co robiliśmy w Nowym Jorku, i widać było, że oboje przypadli sobie do gustu. Była oczarowana jego starodawnymi manierami, a on ujęty jej opanowaniem i dobrym samopoczuciem. Powinienem był chyba zrazić się do niego, jako że jestem jego całkowitym przeciwieństwem – jest to człowiek wysoki, przystojny i czarujący – ale od pierwszej chwili wiedziałem, że nie można go nie polubić. To wielce życzliwy i przykładny kompan, z którym mogliśmy mile spędzać czas, zanim nie nadeszła pora, by ruszać do Muszar.

Ostatnia część podróży była zarazem najtrudniejszą. Paul ostrzegał nas przed mnogością much w górach, które musieliśmy przebyć, by dotrzeć do wioski, jednak nie byliśmy gotowi na tak wielką plagę. Mieliśmy ze sobą kapelusze o szerokim rondzie z siatkami i baldachimek dla dziecka, lecz okazały się one bezużyteczne wobec szturmu miriad insektów, które spadły na nas, gdy pokonywaliśmy przełęcz. Zjawiły się, kiedy tylko weszliśmy w las, i żadne packi, machanie czy siatki nie uchroniły nas przed tym tałatajstwem. Cała droga minęła mi na opędzaniu się od czarnej chmury nad głową, choć zauważyłem, że nad głową Paula mało co latało. Kiedy karawana mułów i koni przecisnęła się przez góry i zeszła po ich drugiej stronie, naszym oczom ukazała się wioska Muszar. Jakiż to był kontrast w porównaniu z przepychem Konstantynopola czy elegancją portu w Trapezuncie! Zakurzone, cuchnące uliczki, pełne skowyczących psów i obdartych dzieci i rozbrzmiewające brzęczeniem much i komarów.

– Şapka giyen insanlara gel! – podśpiewywały dzieci, a Paul przetłumaczył, że krzyczą: „Chodźcie zobaczyć ludzi w kapeluszach!”.

Wokół nas kłębiły się czarnookie dzieci w kolorowych ubraniach, podczas gdy ich matki zakrywały twarze chustami, zerkając tylko jednym okiem. Same spokojnie szły przez kłębowisko kur, owiec i psów, aby dobrze się nam przyjrzeć. Wiele dzieci miało opuchnięte oczy, spowite czarnym całunem much. Zapytałem Paula, czemu ich nie odganiają.

– Ponieważ ci ludzie wierzą, że to sprowadzi na nich chorobę oczu. Jaglicę. Jest tu powszechna.

Jaglica, którą przenoszą właśnie muchy, prowadzi do chronicznych zakażeń i pozostawiona samej sobie mogłaby doprowadzić do ślepoty przynajmniej u połowy tych dzieci. Patrzyłem, jak biegną za końmi w kłębach insektów. Dorośli nie byli wcale w lepszym stanie, lecz oni również nie zawracali sobie głowy odganianiem much z twarzy. Wciskali nam prosto w pokryte kurzem dłonie podarki z owoców, koziego mleka i kiści wspaniałych winogron. Jedna z kobiet, dzierżąca malutkie dziecko, wcisnęła Hetty w dłoń kawałek niebieskiej szmatki z wyszytym symbolem oka, jednocześnie pokazując palcem na drzemiącego Thomasa.

– Mówią na to aczka ulunk – pośpieszył z objaśnieniem Paul. – Ludzie noszą te talizmany, by odwracały złe spojrzenie.

Dzieci nosiły błękitne paciorki, muszelki lub złożone w trójkąciki kawałeczki chustek, na których był ten sam symbol i wyszyte wewnątrz wersety Koranu. Hetty pochyliła się, by dotknąć dziecka, któremu amulet wisiał na szyi, ale jego matka z miejsca owinęła dziecko szalem i odsunęła je.

– Proszę nie brać tego do siebie, łaskawa pani – odezwał się Paul. – Tu nie chwali się dziecka, bo może to na nie ściągnąć złe spojrzenie, a jeśli ktoś się zapomni, musi szybko powiedzieć Maşallah, co znaczy „Oto wola Boża”.

Wioska Muszar, jak się później okazało, była większa, niż myślałem z początku, rozciągała się z zachodu na wschód wzdłuż brzegu morza. Porośnięte gęstym lasem pagóry ciągnęły się niemalże do samej linii brzegu, gdzie nieskazitelnie czyste i niczym niezmącone białe piaski lśniły w blasku południowego słońca. Środek wioski przedstawiał się bardziej cywilizowanie niż jej opłotki: wokół sporego ryneczku stały drewniane dwu-, a nawet trzypiętrowe domy. Nad wszystkim dominowały chrześcijański kościół i meczet, poza tym był tylko jeden budynek wart uwagi, a mianowicie skład, przez którego drzwi bezładnymi stosami wysypywały się najrozmaitsze produkty. Paul prowadził nas wąską uliczką, biegnącą z tyłu ormiańskiego kościoła, a potem skręcił w zarośniętą, brukowaną alejkę. Na jej końcu widniał niebrzydki, kamienny domek w kolorze piasku, który zdawał się być przywiezionym z angielskiej wioski. Miał prostą formę – centralnie umiejscowione drewniane drzwi, zwieńczone półkolistym naświetlem, i dwoje typowo angielskich, podnoszonych do góry okien po bokach. Ten układ był powtórzony na piętrze, tam jednak pośrodku widniało trzecie okno. Zarośla wokół domu zdradzały obecność niegdysiejszego ogrodu, a u jednego boku rosły pokryte kwieciem owocowe drzewka.

– Tu jest cudownie – westchnęła Hetty.

– Kto, u diaska, miałby tu zbudować taki dom? – zapytałem.

Paul zsiadł z konia i spojrzał na niego.

– Mówią na niego usucczi dun, „dom nauczyciela”. Pobudowała go Jane Kent, kiedy uczyła w miejscowej szkole.

– Wygląda jak domek z jakiejś angielskiej nowelki – stwierdziła ze śmiechem Hetty.

– Taki był pierwotny zamysł. Dom miał być kopią domu Jane z Surrey.

Zapytałem Paula, czemu nauczycielka opuściła to miejsce, ale on zaczął już krzątać się przy rozładunku mułów i zdawał się nie słyszeć pytania. Weszliśmy do środka i oglądaliśmy pokoje.

Po obu stronach drzwi wejściowych były okna niewielkich saloników z bawialniami, podczas gdy okna jadalni wychodziły na ogród od tyłu. W kuchni po jednej stronie były drzwi do maleńkiego pokoiku pokojówki, a po drugiej – do pomywalni, kredensu i spiżarki. Na piętrze były cztery sypialnie przyzwoitych rozmiarów, garderoba, pokój kąpielowy i szafa do przesuszania bielizny. W obejściu była wygódka. Jak można było sobie wyobrazić, niezamieszkały od jakiegoś czasu dom był zakurzony, wilgotny i czuć było w nim stęchliznę, ale miał wiele uroku i przy odrobinie wysiłku włożonego w wyczyszczenie i umeblowanie stałby się niechybnie wygodnym domostwem.

Nieco później, gdy wszyscy poszli i w końcu zostaliśmy z Hetty sami, wycieńczeni usiedliśmy na dwóch fotelach.

– Strasznie to dziwne, nie uważasz? – zaczęła Hetty.

– Dom? Spodziewałem się, że ci się spodoba.

– Mam na myśli to, że Jane Kent musiała opuścić to miejsce. Zdaje mi się, że Paul nie miał ochoty o tym mówić.

– Czyżby?

– Zauważyłeś, że mówił o niej, używając jej imienia?

– Sugerujesz, że coś zaszło między nimi?

– Mówię tylko, że on zna ten dom lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

– Może tu mieszkał? – zastanawiałem się głośno. – Albo dbał o ten dom…

– Może… – odparła Hetty. – Nawet jeśli pracuje w Trapezuncie, to przecież tylko trzy godziny drogi stąd.

Zaśmiałem się, myśląc w duchu, co też Paul by pomyślał, gdyby słyszał nasze spekulacje.

Jest już dobrze po północy i Hetty domaga się, bym zgasił świecę i odłożył pióro, ale wiem, że sen przyjdzie mi z trudem. Umysł pracuje na wysokich obrotach, zajmując się planami. Tak wiele jeszcze musimy dowiedzieć się o tym miejscu i tak wiele jest do zrobienia. Niewielka izdebka pokojówki będzie wybornym miejscem na moje laboratorium. Jutro zaniosę tam moje przyrządy. Przynajmniej będzie to jakiś początek.

*Wali (z arab.) – popularne określenie zarządcy, gubernatora wilajetu, odpowiednika województwa (przyp. red.).

Dżahan

Kapitan i Anhusz spotkali się ponownie na tej samej plaży. Kapitan zobaczył dziewczynę z daleka, jednak tym razem była czymś zajęta i go nie zauważyła. Trzymała w rękach buty i rzuciła nimi z wściekłością w zakrzywioną linię brzegową, jak gdyby chciała kogoś trafić w głowę. Jeden przeleciał mu obok ucha i wylądował niedaleko w płytkiej wodzie. Chwycił go i zaniósł dziewczynie.

– Chybiłaś – stwierdził. – Ale pozwolę ci nim rzucić jeszcze raz, jeśli wyświadczysz mi przyjemność wspólnego pospacerowania.

Zaśmiał się przepraszająco, ściskając w dłoni mokry but, a ona odpowiedziała głośnym śmiechem. Jej oczy przepełniała jasność morza; kiedy po latach wracał do tego dnia, wspominał go jako ten, w którym się w niej zakochał.

Szli brzegiem w stronę wschodniego końca zatoki. Uśmiech dziewczyny szybko zgasł i ustąpił miejsca czujności. Plaża była osłonięta przez klif i las, więc kiedy tylko mogła, odwracała się, patrząc ku ścieżce biegnącej do drogi. Kapitanowi nawet nie przyszło do głowy, że ona może się go obawiać, za to doskonale rozumiał, że nie chciała, by ktoś zobaczył ją w jego towarzystwie. Usiłował znaleźć sposób, by ją uspokoić. Nieraz spoglądał na nią, chcąc skrzyżować spojrzenia, jednak ona uparcie patrzyła przed siebie. Na policzki wypełzły jej urocze rumieńce, ale widział to tylko wtedy, gdy udawał, że się potyka, by ujrzeć całą jej twarz. Miała ona niemal idealny owal, złamany szerokimi brwiami, krótkim, prostym nosem i bladą cerą, bardziej jednak kremową niż mleczną, do tego szeroko rozstawione oczy w kolorze karmelu. Ale jego uwagę bardziej przykuwały usta – pełne, nieco wystające, koloru krwistej hurmy, leciutko opadające w kącikach.

W odpowiedzi na jego spojrzenie dziewczyna odwróciła głowę.

– Trudno jest tu trafić – odezwał się. – Ścieżka jest niemal niewidoczna.

– Ale pan trafił.

– No tak. Choć właściwie szedłem za tobą.

Przez jej twarz przemknął niepokój.

– Nie mogłem znaleźć drogi z głównej plaży. Ty szłaś przede mną i skręciłaś w tę stronę, więc… – Wzruszył ramionami. – Wybacz mi, jeśli się narzuciłem, odkrywając twoją kryjówkę.

– To nie jest moja kryjówka – odparła, idąc dalej. – Każdy może tu przyjść.

– Tu jest tak pięknie. To dziwne, ale to miejsce przypomina mi dom.

– Konstantynopol?

– Skąd wiesz?

– Po akcencie. Mówi pan też francuskie i angielskie słowa.

– To ty mówisz po francusku i angielsku?

– Trochę. Pani Stewart uczy nas w szkółce misyjnej.

Kapitan płonął z ciekawości.

– Pochodzisz stąd? Masz tu rodzinę?

Nieoczekiwanie ona znowu zaczęła go ignorować.

– To rzeczywiście niegrzeczne z mojej strony – skonstatował. – A czemu ty mnie o coś nie zapytasz? Coś za coś.

Chciała spytać o wiele rzeczy. Czuł, jak pulsuje w niej ciekawość, a jednocześnie jak nie pozwala jej się ponieść.

– To może opowiem ci nieco o sobie. Jestem najstarszym dzieckiem i jedynym synem z czworga dzieci moich rodziców. Moja najstarsza siostra, Dilar, to straszna flirciarka, więc na pewno kiedyś unieszczęśliwi jakiegoś biedaka. Średnia siostra, Melike, jest z kolei nieśmiała i siedzi z nosem w książkach, ale za to pięknie maluje. Z kolei moja najmłodsza siostra, Tansu, oczarowałaby każdego w całym Imperium. Ojciec jest emerytowanym wojskowym, bo musiał odejść z armii przez wzgląd na zdrowie, więc jego ambicje mam realizować ja i przejąć to, czego on dokonał. A matka? Chce, żebym jak najszybciej poślubił jakąś dziewczynę. Tyle. Teraz wiesz wszystko. Twoja kolej.

– Niczego nie obiecywałam – odparła szybko. – Wydaje mi się, że to pan ma dobrą zabawę.

Zaśmiał się w odpowiedzi, a rumieniec na jej twarzy jeszcze się pogłębił.

– Powiedz mi przynajmniej, co robisz, kiedy nie wbijasz wideł. – Poczuł satysfakcję, że wywołał na jej twarzy niewielki uśmiech.

– Pomagam pani Stewart w szkole. I jestem pomocnicą pielęgniarki w szpitalu doktora Stewarta.

– Spotkałem doktora Stewarta. To poważny i ciekawy człowiek.

Zauważył, że łatwiej i bezpieczniej było jej mówić o nich niż o swojej rodzinie lub o sobie. Przez jakiś czas opowiadała o Stewartach, więc dowiedział się, że byli w wiosce, od kiedy ona sięga pamięcią. O tym, że doktor Stewart jest bardzo szanowany, i o tym, jak postawił w wiosce szpital, i o tym, że przybywają do niego ludzie aż z Trapezuntu, a nawet z jeszcze dalszych stron. Amerykanie – powiedziała – mówią po turecku, słabo po ormiańsku i kurdyjsku, ale ludzie wspomagają ich różnymi datkami, bo widzą, jak ciężko pracują. Pani Stewart, czy bajan Stewart – jak ją tu nazywano – leczy kobiety i prowadzi szkołę, którą zorganizowała poprzednia nauczycielka. Założyła też spółdzielnię szwaczek i hafciarek dla dziewcząt i jest uwielbiana przez kobiety z wioski.

W tym momencie doszli do końca plaży, gdzie drogę zagrodził im skalisty cypel. Mogli tylko zawrócić, jednak kapitan nie chciał jeszcze kończyć pogawędki.

– A to co takiego? – zapytał nagle, wskazując na klif. – Tam, na górze?

– Ruiny kościoła. I cmentarz.

– Można tam jakoś wejść?

Wskazując kilka wyciosanych stopni w ścianie klifu, dziewczyna odparła, że kiedyś można było, ale mało kto tam się zapuszczał, ponieważ niektórzy uważali, że miejsce jest nawiedzane przez duchy.

– Pokażesz mi?

Zawahała się, więc się przestraszył, że odmówi, jednak w końcu podeszła do śliskich stopni i zaczęła się wspinać, ostrzegając, by uważał na miejsca, gdzie są wyszczerbione. Szedł za nią, ostrożnie stawiając stopy, i podziwiał lekkość, z jaką pięła się w górę. Było jasne, że robiła to już wielokrotnie i żadne duchy jej nie przerażały. Gdy dotarli na szczyt, wiatr wiał im prosto w twarz i kluczył między nagrobkami niewielkiego cmentarza. Niektóre z nich spadły już w morze, inne z kolei przechylały się jak pieńki zębów u starca. Sam kościół był niewielki i przypominał ul. Brakowało części dachu, a główne wrota przechyliły się nieco na zachód, widać więc było przez nie morze, ale jednocześnie chroniły przed wiatrem. Wewnątrz tynki już dawno odpadły i odsłoniły mistrzowską pracę kamieniarzy, którzy zbudowali okrągłe ściany z ciosanych bloków granitu. Kamienna posadzka była upstrzona odchodami nietoperzy i ptaków, a całe miejsce śmierdziało stęchlizną i solą morską. Kapitan obszedł ściany, chrzęszcząc butami po resztkach tynku, podczas gdy ona obserwowała go u wejścia. W środku nie było niczego, zdobień, ikon, żadnych znaków, może oprócz krótkiego transeptu w wierzchołku okręgu przeciwległego do wejścia. Nad jego głową przeleciała jaskółka i wzbiła się w rozświetlone niebo.

– Tylko ptaki mogłyby uznać to miejsce za swój dom – powiedział, starając się pokonać głosem jęki wiatru. – Czuję się, jakbym stał w środku jakiegoś kotła.

– Niech pan idzie na koniec – odezwała się nagle. – Na sam koniec.

Poszedł w stronę najciemniejszej części kościoła, pod ścianę przeciwległą do wejścia. Wystarczyło kilka kroków i gwizd wiatru ustał – zrobiło się upiornie cicho. Wrócił do drzwi i z powrotem usłyszał poświstywanie i zawodzenie wiatru.

– Niezwykłe!

Ale tego słowa ona już nie usłyszała, ponieważ wyszła na zewnątrz. Widział jej granatową spódnicę i jasną bluzkę, migającą wśród skał. Głowę trzymała pochyloną, słońce odbijało się od jej grubego warkocza, wystającego spod chustki.

– Muszę już iść – powiedziała, gdy do niej podszedł.

– Pozwól mi pójść z tobą.

– Nie. Pójdę sama do domu.

Zaczął nalegać, ale ona nie chciała nawet słyszeć, że ją odprowadzi.

– Nie powiedziałaś mi, jak masz na imię! – zawołał za nią.

Zatrzymała się i odwróciła.

– Anhusz.

– Było mi bardzo miło cię poznać, Anhusz. Na imię mi…

– Wiem jak.

Puściła się biegiem przez przylądek i zniknęła w rosnących za nim leszczynowych zaroślach.

Dziennik dr. Charlesa Stewarta

Muszar

Trapezunt

8 czerwca 1901 r.

W końcu zaczęliśmy prowadzić odpowiednią praktykę medyczną, choć nie wiem, czy słowo „odpowiednia” jest w tym przypadku zasadne. Izdebka pokojówki jest teraz wypełniona mikroskopami, okazami i szkiełkami. Byłem zmuszony używać kuchni jako gabinetu zabiegowego, a jeden z saloników stał się izbą przyjęć. Pacjenci, którzy schodzą się do mnie już od wczesnego ranka, stanowią istną menażerię: mężczyźni w szarawarach i szerokich kaftanach, ale są i tacy w zachodnich strojach. Oprócz tego przychodzą kobiety okutane burkami i czarczafami, z dziećmi siedzącymi nawet po kilkoro na biodrach matek, jak na gałęziach drzew figowych. Na początku wpatrywali się we mnie z ponurymi minami, jak gdybym nie przystawał do ich wyobrażeń o doktorach, i zawsze żałowali porzucenia porad miejscowego czekedżi, czyli znachora, ale jestem zdania, że w końcu zrozumieliśmy się wzajemnie. Musieli dopasować się do moich wymagań, a ja musiałem dostosować się do nich.

Miejscowe zwyczaje, dotyczące ważności jednych nad drugimi i wpływów poszczególnych person, były jak dla mnie podobne do tych, które poznaliśmy w Konstantynopolu, jednak tu były o wiele silniej wyrażane. Istniał szczególny system kast, szczegółowy porządek mówiący, kto w jakiej kolejności winien być zbadany, bez oglądania się na to, czy ktoś bardziej zaniemógł czy mniej. Kolejność ta wywodzi swój początek z długiej i trudnej historii tej krainy i z grubsza może być określona tak: najpierw Turcy, potem Kurdowie, a na końcu Ormianie. Turcy są klasą panującą, ciemiężcami, jeśli kto woli, bo historia uczy, że pierwsi na tych ziemiach byli Ormianie. Kurdowie to twardy lud górali, dla których niczym jest zabić człowieka, by zdobyć jego konia czy trzos. Traktują ich z respektem nawet Turcy. To wszystko sprawia, że Ormianie, postrzegani przez władze jako sprzyjający Rosji, traktowani są jako odwieczny wróg i mają mizerne szanse na poprawę swego losu. Wiele razy rozprawialiśmy o tym z Paulem. On jest zdania, że Ormianie są uciskani bezprawnie, ale – jak niejednokrotnie mu mówiłem – Turcy są niezwykle przywiązani do zdobytych terytoriów i wszystkich, z którymi nie są powiązani sojuszem, traktują z podejrzliwością.

W tymże czasie udało mi się także pozyskać przewodnika, choć pewnie lepiej można by go opisać jako osobistego opiekuna. Udaje się on zawsze ze mną, kiedy opuszczam wioskę, a czasem przychodzi, kiedy jestem w domu. Hetty mówi, że niedługo będziemy jadać razem śniadania albo że pewnego ranka zastanie go ze strzelbą przy naszym łożu. Nazywa się Mamud Aga i jest Kurdem. Przyprowadził kiedyś swojego najmłodszego syna, który okazał się przypadkiem najbardziej zaawansowanej jaglicy, jaką w życiu widziałem. Chłopiec był niemal ślepy, więc po skutecznym jego wyleczeniu Mamud ofiarował swe usługi przewodnika i opiekuna. Jest pasterzem, jak zresztą większość Kurdów pochodzących z gór, i spędza czas, wypasając owce i konie. Ma trzech starszych synów, żonę, którą nazywa kuledoken, czyli „popielnicą”, i wiele „dzieci”, jak nazywa swoje córki. Pozwolono Hetty leczyć dziewczynki, kiedy będą chorować, oraz większość miejscowych kobiet, ale mężczyźni widują się tylko ze mną, doktorem Stippetem, jak mnie tu zwą. Kiedy wieczorem przyszedł na kolację Paul, opowiadałem mu o tym wszystkim i o kilku niezwykłych przypadkach, jakie mi się przytrafiły. Szczególnie intrygujące były dla mnie liczne i niepokojące przypadki poparzeń u dzieci i blizn na szyi i brzuchu od żelaza do znakowania zwierząt.

– Tak, przypalanie uważa się tu za lekarstwo na urazy – objaśnił Paul. – Lub żeby przezwyciężyć strach.

Odpowiedziałem mu, że przeraża mnie taki poziom ignorancji, ale on poradził mi, bym nie odrzucał pochopnie metod tradycyjnych.

– Chyba nie mówisz poważnie, że chciałbyś je utrwalać?

– Nie, ale sam odkryjesz, że stare metody leczenia są dla nich równie ważne, co nowe. Jeśli postawisz ich przed wyborem, powrócą do tego, co dobrze znają.

– Nawet jeśli to fałszywe lub niebezpieczne? Naszym zadaniem jest nie tylko leczyć, lecz także nauczać.

– Nauka idzie przez przykład, Charles. Kiedy pojmą, że zachodnia medycyna jest skuteczna, przekonasz ich do niej. Choć nigdy nie do samego końca.

Rozmawialiśmy dalej w tym tonie i opowiedziałem mu o sześcioletniej dziewczynce Anhusz Czarkudian, którą operowałem dzisiejszego ranka. Nie była przypalana czy zmuszana do przełknięcia jakiegoś obrzydlistwa, ale miałem podejrzenia, że została pobita, i to prawdopodobnie przez własną matkę. Paul uznał, że to nie jest normalne. Oznajmił, że tureckie dzieci w ogólności grzecznie się zachowują, a ich rodzice rzadko stosują kary cielesne, jednak w tym przypadku wątpliwości nie było. Dziecko siedziało przed pokojem ze swoją babcią, a z rany nad okiem sączyła się mu krew. Kiedy zawołałem ją do siebie, spojrzała z lękiem na babcię, ale weszła grzecznie do pokoju. Rana była głęboka, wymagała kilku szwów i choć zabieg szycia był niełatwy i zajął mi trochę, ona nie pisnęła przez ten czas ani słowa. Kiedy skończyłem, patrzyła na moje instrumenty i karty wiszące na ścianach, a ja zapytałem jej babkę, co się stało i gdzie jest jej matka.