Angielskie lato - Małgorzata Mroczkowska - ebook + audiobook + książka

Angielskie lato ebook i audiobook

Małgorzata Mroczkowska

3,5

Opis

Życie pełne jest niespodziewanych zbiegów okoliczności…

Anna wyjechała z Polski dwadzieścia lat temu. Mieszka w Londynie. Ma męża Anglika, przy boku którego prowadzi spokojne, ustatkowane życie. Pewnego dnia odbiera telefon od dawnej przyjaciółki z Krakowa szukającej wakacyjnej pracy dla swojego syna. Wojtek właśnie dostał się na uniwersytet i chce zarobić na studia. Anna postanawia zatrudnić chłopaka do pomocy w remoncie starego domu odziedziczonego przez jej męża. I choć Wojtek przylatuje do Anglii razem ze swoją dziewczyną, życie napisze dla całej trójki zupełnie inny, zaskakujący scenariusz.

Angielskie lato to przepiękna i wzruszająca opowieść o skrywanych tęsknotach i niespodziankach, które oferuje nam los.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 28 min

Lektor: Katarzyna Bagniewska

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Małgorzata Szkop, 2015

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Malwina Błażejczak

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka

Redaktor prowadzący: Monika Długa

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

ISBN 978-83-7976-260-6

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– Musisz do niej zadzwonić, słyszysz?

Głos Waltera wyrwał ją z drzemki, ale czyż można drzemać, stojąc? Patrzyła przez okno na morze, które w końcu uspokoiło się, ochłonęło, choć w powietrzu czuć było jeszcze napięcie ostatnich godzin.

Dopiero teraz zauważyła, że jej dłonie zaciśnięte były wokół firanki, której trzymała się kurczowo, do bólu.

– Anno, czy ty mnie słuchasz?

– Słucham... słyszę. – Spojrzała na niego oczyma mokrymi od łez.

Walter podszedł do niej i zaczął powoli uwalniać jej palce, jeden po drugim. Uniósł do ust lodowatą dłoń Anny i pocałował.

– Przecież ktoś musi jej o tym powiedzieć. Chyba nie chcesz, żeby dowiedziała się o wszystkim od policji.

– O Boże...

Zamknęła oczy. Znowu zobaczyła skałę i jamę ukrytą na wschodnim wybrzeżu, rozgrzaną wspomnieniami, które wciąż były gorące, pulsowały pod powiekami niczym świeże łzy. Fale rozbijające się z krzykiem o białe kamienie rozrzucone przez sztorm, który przyszedł nocą, i koc, na którym wcześniej leżała, a także plecy Wojtka, poranione piaskiem, który delikatnie wbijał się w skórę. Dotykała jego ramion, gładkich i młodych.

– Chcesz? Opowiem ci o moim kocie.

– Nie wiedziałam, że masz kota.

– Miałem. Wiele lat temu.

– No i co z tym kotem?

– Nie lubił, kiedy wiało. Nasze mieszkanie w Krakowie leży na wzgórzu, i tam zawsze wieje. Kiedy przyplątał się do nas, kiedy z nami zamieszkał, nie mieliśmy pojęcia, że nie lubi wiatru.

– To jak się dowiedzieliście? – zapytała, całując go w ramię.

– Zawsze, kiedy za oknem mocno wiało, chował się pod kanapę w salonie albo pod łóżko i udawał, że go nie ma. Nie lubił, żeby tam do niego zaglądać. Pewnego dnia pojechaliśmy w góry, do naszego letniego domku...

– Zabraliście go ze sobą?

Skinął głową.

– To było dziwne lato. Pogoda zmieniła się nagle, ze słońca zrobiła się burza z deszczem i wiatrem.

– I on wam uciekł?

– Najpierw myśleliśmy, że schował się, jak zwykle. Szukaliśmy go cały dzień, wołaliśmy. Ale nie wrócił, jakby rozpłynął się w powietrzu. Przepadł.

– To było nierozsądne – oceniła. – Zabierać miejskiego kota na odludzie.

– Odnalazł się dopiero w następne wakacje.

– Jak to?

– Pewnego dnia stanął w progu kuchni, zamiauczał, po czym podszedł do mnie i jak gdyby nigdy nic otarł się o moje nogi.

– I co? Zabraliście go z powrotem do domu?

– Wybrał wiejskie życie. Odszedł od nas, ale wrócił się pożegnać, pokazać, że żyje. To miłe. Co prawda, zrobił to tylko raz, tamtego dnia, ale mimo wszystko to było miłe. Nigdy później już go nie widziałem.

Usiadła na kocu.

– Po co mówisz mi o tym właśnie teraz?

Pocałował ją w usta i przeprosił.

Dlaczego teraz przypomniała sobie akurat tę historię? Wspomnienie tamtego dnia było żywe i bardzo świeże, jakby rozmowa wydarzyła się przed chwilą. Anna zastanawiała się, dlaczego nasza pamięć w tak okrutny sposób okazuje swoje przywiązanie do chwil, o których wolelibyśmy zapomnieć. Przecież nie powinna teraz myśleć o nim w ten sposób. Przecież to, co mogło trwać wiecznie, miało nie nastąpić już nigdy.

Prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy go idącego plażą ani chodnikiem. Już nigdy on nie opowie jej o swoich planach i o tym, że nigdy jej nie zostawi. Wciąż nie docierało do niej, że nigdy właśnie się stało.

Spojrzała na stolik, na którym leżał telefon. Czekała ją ta najtrudniejsza rozmowa, której nie wybaczy sobie do końca życia.

Walter podał jej komórkę. Podeszła do sofy, każdy jej krok był kamienny i samotny. Ciężko opadła na siedzenie. Raz jeszcze spojrzała za okno, jakby szukając potwierdzenia tego, co się stało. Po drugiej stronie zatoki zapadał już zmrok. Zbliżała się noc, która niosła ze sobą spokój i wytchnienie od sztormu, jaki przydarzył się tym trojgu zaledwie kilka godzin temu. W oddali widać było jeszcze niebieski błysk świateł policyjnego radiowozu, który wciąż stał na poboczu drogi, tuż nad przepaścią. Ludzie rozchodzili się powoli do swoich domów, by spokojnie opowiedzieć bliskim o tym, co wydarzyło się tego dnia nad urwiskiem. Cała okolica będzie tym żyć przez najbliższy tydzień, a może i dłużej.

– Dlaczego oni wciąż tam stoją?

– Kto?

– Po co patrzą? Po co im to?

Walter podszedł do niej i ostrożnie odprowadził jak najdalej od okna.

– Nie patrz tam – powiedział. – Nie trzeba.

– Ale to jest to samo okno, przez które patrzyłam codziennie, a teraz świat, który przez nie widzę, nie jest mój, Walterze. To nie jest moje morze, to nie jest...

– Napij się wody.

Podał jej szklankę. Była chłodniejsza niż jej dłonie.

– Trzeba to zrobić, Anno. – Spojrzał na telefon. – Im szybciej się z tym uporasz, tym lepiej.

– Ale ja nie umiem jej o tym powiedzieć.

– Po prostu to zrób. Po prostu... powiedz. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.

Wystukała numer z kierunkowym do Polski. Po trzech długich sygnałach usłyszała w słuchawce radosny głos Heleny.

– Anna, właśnie o tobie myślałam! Poczekaj chwilę, wyłączę telewizor, bo nic nie słyszę, a pilot jak zwykle gdzieś mi się zawieruszył. Już jestem. Opowiadaj. Co tam u was?

– Posłuchaj... Nie wiem, jak ci to powiedzieć...

– Coś z Wojtkiem...? O Boże!

 

Anna otworzyła usta, ale poczuła, jakby kamień utknął jej w przełyku. Kamień, który należało albo przełknąć, albo wypluć. Wydusiła z siebie pierwsze słowo, to, które bolało najbardziej.

Po drugiej stronie słuchawki najpierw słychać było tylko ciszę, a po chwili rozdzierający krzyk Heleny, który wzbił się w powietrze niczym drapieżny ptak. Jakby resztki nadziei prysły.

Potem była już tylko rozpacz dwóch kobiet.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lato tamtego roku zaczęło się od ogromnej burzy, która spadła na Londyn, zamieniając wąskie uliczki w rwące potoki. Przez kilka następnych dni miasto przepełniało wilgotne powietrze, osadzające się na policzkach przechodniów niczym pajęczyna w gęstym lesie.

– Zdaje się, że w tym roku mamy porę deszczową zamiast lata – zauważył Walter pewnego popołudnia, podając Annie filiżankę z herbatą.

– Już zdążyłam się do tego przyzwyczaić – odpowiedziała mu szybko.

Po tylu latach życia w tym mieście klimat wyspy stał się dla niej tak oczywisty jak kolor oczu Waltera, lecz mimo to rozmowy o pogodzie, które pojawiały się na początku każdego spotkania z bliskimi lub z całkiem obcymi ludźmi, zaczynały ją już nieco nużyć.

– Te wasze pogawędki o deszczu i słońcu, to takie brytyjskie – westchnęła.

– Pewnie masz rację, dla nas to rzecz święta, jak wyssana z mlekiem matki.

– No tak – uśmiechnęła się. – Nie macie pogody, więc przynajmniej sobie o niej rozmawiacie.

Walter przywykł już do jej nieraz cierpkiego poczucia humoru i nawet polubił to patrzenie na siebie oczami osoby, która mimo wszystko nie była stąd. Chociaż Anna mieszkała w Wielkiej Brytanii od dwudziestu lat, nadal miała status przybysza z kontynentu, który dla każdego Brytyjczyka był wciąż odległy i pełen obcych zwyczajów.

– À propos matki...

– Tak?

– Nie dalej jak wczoraj dzwonił do mnie doktor Seppura. – Walter delikatnie odstawił filiżankę na suchy spodeczek. – Niestety, nie miał dobrych wiadomości.

Anna spojrzała na niego smutno.

– Co masz na myśli?

– To, że moja matka nie ma się najlepiej, i doktor nie widzi sensu, by dłużej ukrywać to przede mną. Uważa, że jej dni są policzone i że należałoby ją przenieść do zakładu opieki, bo pielęgniarka, która regularnie ją odwiedza, nie jest już dla niej dość wystarczająca.

– Na pewno przesadza.

Anna odgarnęła włosy za ucho. Jej mąż podszedł w tym czasie do barku.

– Nie sądzę. Po prostu uczciwie próbował mnie ostrzec czy przygotować na... – urwał nagle.

– ... na najgorsze? – podpowiedziała.

Westchnął ciężko.

– Sam nie wiem – odpowiedział szczerze. – Czy wiadomość o śmierci osoby, z którą i tak niewiele łączyło cię przez ostatnie lata, może być czymś najgorszym? Jestem pewien, że jest z tysiąc rzeczy na tym świecie, które w tej chwili zasmuciłyby mnie bardziej niż śmierć samotnej starej kobiety, która odtrąciła mnie wiele lat temu.

– Mimo wszystko to nadal twoja matka.

– Tego akurat nie zmienię.

– A poza tym... Czy na pewno to ona cię odtrąciła? Czy może było odwrotnie? – zapytała po chwili ciszy Anna.

Wiedziała, że kolejny raz nie uzyska odpowiedzi, ale postanowiła spróbować. Jej mąż unikał tematu własnych rodziców jak ognia, odkąd tylko pamiętała. I tym razem nie udało jej się dowiedzieć niczego nowego o jego przeszłości.

Walter odstawił na stolik pustą szklankę po koniaku i stłumił ziewnięcie.

– Teraz to jest zupełnie bez znaczenia. Wybacz, ale muszę się zdrzemnąć. Jutro mam ważne posiedzenie w klinice. I skomplikowaną operację, której szczegółów, zapewniam cię, nie chciałabyś poznać.

Posłał jej pocałunek w powietrzu i poszedł do sypialni na piętrze, zostawiając ją sam na sam z myślami.

Trzy dni po tej rozmowie, dokładnie wtedy, gdy Anna zaczęła szukać domu opieki znajdującego się w okolicy domu swojej teściowej, dostali telefon zawiadamiający o jej nagłej, choć spodziewanej śmierci.

– Zasnęła i już się nie obudziła – powiedział doktor Seppura. – To dobra śmierć, o jakiej każdy może marzyć. Nie cierpiała. Pielęgniarka znalazła ją w łóżku. Zajęła się wszystkim, trzeba tylko ustalić datę pogrzebu.

Kiedy Walter odłożył słuchawkę, powtórzył Annie całą rozmowę, słowo w słowo.

– Jesteś pewien, że ten doktor powiedział: to dobra śmierć? – Anna nie kryła wzburzenia.

– No cóż, takim słownictwem posługujemy się między sobą my, lekarze.

– Ale czy śmierć w ogóle może być dobra...?

– Po tylu latach pracy w zawodzie mogę cię zapewnić, że tak. Nie masz pojęcia, jak śmierć potrafi być okrutna i bolesna, taki psikus na koniec życia. Okrutny żart, nieraz trzeba umierać w długich i upokarzających męczarniach... – Wziął głęboki oddech. – Biorąc pod uwagę okoliczności, śmierć mojej matki była dobra, jestem tego pewien.

W pierwszej chwili Anna zaczęła przekonywać samą siebie, że dobrze się stało, bo ten kulejący związek między starą matką i całkiem dojrzałym już synem musiał w końcu umrzeć. Im dłużej jednak o tym myślała, tym więcej nabierała wątpliwości. Matka Waltera, pomimo że nigdy nie przestąpiła progu ich domu, a Annę widziała tylko raz w życiu, na ich ślubie, zawsze istniała w ich rozmowach. Mimo wszystko czasem o niej dyskutowali, a Walter wykazywał mimowolne zainteresowanie stanem jej zdrowia czy stanem dachu, którym pokryty był ich rodzinny dom. Dopiero teraz Anna w pełni uświadomiła sobie istnienie okrutnej, lodowatej ściany, jaką przez lata zbudowali między sobą Walter i jego matka. Nigdy do nich nie dzwoniła, nie pytała o drobiazgi codzienności ani tym bardziej o rzeczy ważne. Jakby jej nie było, jakby nie istniała przez te wszystkie lata.

Anna nigdy nie wiedziała, czy matka Waltera bardziej jej nienawidziła, czy się jej bała. Jedno było pewne: nie zabiegała w najmniejszy sposób o kontakt ani z nią, jej jedyną synową, ani z nim, jej jedynym synem. Wszystko to wydawało się Annie bardzo dziwne, nienaturalne, pozbawione uczuć do samych kości, wreszcie okrutne i zwyczajnie nieludzkie. Bo czy możliwe, by matka właśnie tak postępowała wobec syna, który niczym nie zasłużył sobie na takie traktowanie? A może wina leżała po jego stronie? Anna nie umiała odpowiedzieć na to pytanie.

Sama nigdy nie została matką. Miała czterdzieści lat, o dziesięć mniej niż jej mąż. Nie mieli dzieci, a ich jedyną matką była właśnie matka Waltera. I mimo że była częścią ich najbliższej rodziny, pozostawała w ich życiu nieobecna. Rodzice Anny nie żyli od dawna. Nadal bardzo za nimi tęskniła, choć minęło już tyle lat... W jej rodzinnym domu w Krakowie wszystko było normalnie: obiad na stole o trzeciej i dobranocka o siódmej wieczorem. A potem siusiu, paciorek i spać. Dopóki Anna nie weszła do rodziny Waltera, była pewna, że we wszystkich domach jest tak samo.

To, co sprawiło, że postanowili być razem, było jak magnes. Annę pociągał w Walterze najbardziej zapach bezpieczeństwa i opiekuńczości, unoszący się wokół jego ramion, na które zwykle miał zarzucony swój ulubiony błękitny sweter z wełny szetlandzkiej. Tym, co Waltera pchnęło w jej ramiona, było ciepło spokojnego życia, które biło od niej jak słoneczne promienie. Anna była ideałem kobiety, opanowana i radosna, bez nerwów i wiecznych pretensji. Walter zaś miał szeroki gest w wydawaniu pieniędzy i w dniu zaręczyn zapewnił ją o dostatku, który nie opuści jej do końca życia. Czy istnieje człowiek, którego takie zapewnienie nie skusi, nie uwiedzie bardziej niż namiętne usta najbardziej czułego kochanka? Anna uległa jego oświadczynom, tak jak dziecko ulega namowie obcego, który częstując je cukierkami, chwyta za rękę i prowadzi w nieznane. Czy można się nie dać uwieść pokusie, gdy o życiu wie się tyle, co o własnej kieszeni, czyli że jest i że wyjmie się z niej tyle, ile się do niej włożyło?

Anna nigdy nie żałowała podjętej decyzji i każdy dzień, który rozpoczynała w ich małżeńskim łożu, witała z uśmiechem na twarzy. Tak samo jak jej charakter, uśmiech również był opanowany i radosny, a nade wszystko szczery.

Dzień pogrzebu okazał się pierwszym dniem bez deszczu. Mały cmentarzyk położony był na wzgórzu tuż nad morzem, zaledwie dwie godziny drogi od Londynu. Anna czuła, jak jej czarne szpilki z każdym krokiem zapadają się coraz bardziej w zieloną, soczystą trawę, którą niczym dywanem wyłożona była ziemia na cmentarzu.

Uroczystość pogrzebowa, w której uczestniczyło jedynie kilka osób, trwała dwadzieścia minut. Nie było przemówień ani kwiatów. Walter nie wzruszył się nawet, kiedy chowano urnę z prochami jego matki do grobu. Stał nieruchomo jak skała, a jego twarz nie wyrażała ani smutku, ani rozczarowania, ani nawet spokoju spowodowanego tym, że raz na zawsze zakończył się jego trudny związek z kobietą, która już nigdy nie zadzwoni ani nie przyśle kartki na święta. Więc to by było na tyle?, zastanawiała się Anna, całe życie człowieka, dwadzieścia minut i koniec, można wracać do domu?

Matka Waltera spoczęła w rodzinnym grobowcu, obok ciał swoich rodziców i męża, który nie żył od dawna. Anna patrzyła na płaską płytę leżącą na trawie, obok grobu. Data śmierci ojca Waltera wskazywała, że zmarł krótko po tym, kiedy jego jedyny syn dostał się na medycynę. Pomyślała, że los jest przewrotny i niesprawiedliwy; ojciec nie dożył nawet chwili, na którą czeka każdy rodzic, kiedy dziecko kończy wymarzony kierunek studiów. Walter nigdy nie mówił o ojcu. Jak gdyby nigdy nie było go w jego życiu, jakby zawsze był martwy.

– Nawet nie wiem, kim on był – powiedziała, uchylając okno w samochodzie.

– Kto?

– Twój ojciec.

– Nikim szczególnym – rzucił, skręcając w stronę osady położonej nad brzegiem morza.

– A jednak chciałabym wiedzieć. Jeśli to nie jest tajemnica, oczywiście.

Walter kazał jej czekać na odpowiedź dobrą chwilę, zanim przełknął ślinę i rzekł:

– Był lekarzem.

– No wiesz! – wykrzyknęła oburzona. – Jak mogłeś powiedzieć, że nie był nikim szczególnym?

– Bo nie był – wzruszył ramionami Walter. – Fakt bycia lekarzem nie oznacza od razu, że jest się kimś... – zawahał się – wybitnym. Był zwykłym lekarzem, w dodatku bez większych ambicji.

– Dlaczego tak surowo go oceniasz?

– Bo sam jestem lekarzem i wiem, co mówię. Ojcu wystarczyła posadka w wiejskiej przychodni, jakich są tysiące. Przyznasz, że trudno nazwać to karierą.

– Czy wszyscy muszą robić karierę?! Nie wystarczy być po prostu dobrym w tym, co się robi? – Anna nie wierzyła własnym uszom.

– Gdyby był dobry, toby uciekł z tej dziury do większego ośrodka albo choćby do szpitala, w którym miałby okazję nauczyć się czegoś więcej niż diagnozowanie grypy i zapalenia gardła.

– Może był wspaniałym lekarzem, którego miejscowi ludzie uwielbiali.

– Nie był.

– Skąd to wiesz?

– Bo pamiętam. Nie lubił słuchać o chorobach, nie lubił badać ludzi, za to uwielbiał przeglądać ich kartoteki. Powinien był zostać księgowym, a nie lekarzem.

– Więc dlaczego skończył medycynę?

– Dla świętego spokoju.

– Świętego spokoju?!

– Tak. Swojej żony, a mojej matki. To ona miała ambicję bycia panią doktorową, a że sama nie była na tyle zdolna, by studiować tak trudny kierunek, zrobiła wszystko, by zmusić do tego swojego narzeczonego. A później również syna.

Walter wyrzucił to wszystko z siebie jakby nigdy nic, jakby recytował z pamięci wyuczoną lekcję. Jakby powtarzał to sobie wcześniej wiele razy.

– Nie mogę tego dłużej słuchać! Jesteś niesprawiedliwy, przecież to twoja najbliższa rodzina...

– Ty jesteś moją najbliższą i jedyną rodziną – przerwał jej.

Uciekła od jego spojrzenia. Uchyliła okno i oparła o nie rękę. Pozwalała, by wiatr, który wiał od strony morza, łagodnie łaskotał ją w ramię. Powietrze pachniało solą i trawą. Zamknęła oczy, marząc o tym, by ten długi dzień dobiegł już końca.

 

Tam, dokąd zmierzali, w maleńkiej, nadmorskiej miejscowości, znajdował się rodzinny dom jej męża, w którym Walter się wychował i którego jednocześnie nienawidził tak bardzo, że nigdy wcześniej jej tu nie przywiózł.

Do miasteczka prowadziła wąska dróżka, która niczym wstążka wypuszczona z dłoni wiła się między pagórkami usłanymi na zmianę lasami i polami golfowymi. Wokół było zielono i wonnie. Miejscowość składała się z zaledwie kilku domów usytuowanych nad samą zatoką, kamiennego kościółka, cmentarza i pubu, który położony był na samym szczycie klifu. Anna pomyślała, że musi być to jedno z tych miejsc, w których do ceny piwa doliczają coś za widok.

– Pięknie tu – powiedziała, wysiadając z samochodu.

Walter nie skomentował jej wypowiedzi. Anna uznała, że to szczególny dzień, i postanowiła nie narzucać się ze swoimi refleksjami.

– Muszę uzgodnić kilka spraw z naszym prawnikiem – oznajmił, kiedy jeszcze chwilę temu wjeżdżali na podjazd pubu.

– Nie pokażesz mi nawet twojego domu? – zapytała, szerzej otwierając oczy.

– Oczywiście, że pokażę, ale nie teraz. Postaram się załatwić wszystko jak najszybciej.

– A co ze mną? Mam zaczekać w samochodzie?

– To może trochę potrwać – powiedział głosem pozbawionym emocji. – Proponowałbym ci spacer nad morzem. Skoro już tu jesteśmy...

Nad zatokę położoną głęboko u podnóża kamiennych klifów prowadziła kaskada betonowych schodów, przylegających bezpośrednio do ściany wzgórza. Schodząc po nich, Anna niemal ocierała się o bok chłodnej skały, która zdawała się służyć oparciem, w razie gdyby zaistniało niebezpieczeństwo upadku. Dochodziło południe i słońce nieśmiało wychylało się zza chmur. Będąc w połowie schodów, Anna dostrzegła piaszczystą plażę, która szerokim językiem wdzierała się w podbrzusza klifów. Poza mewami na skalistym wybrzeżu o tej porze nie było nikogo. Zdjęła szpilki i boso podeszła do morza. Na piasku leżały porozrzucane białe muszle i owalne kamyki gładko ociosane przez fale.

Zastanawiała się, dlaczego Walter nigdy jej tu nie przywiózł, nie pokazał tych stron, choć znajdowały się przecież tak blisko od miejsca, w którym mieszkali. Czuła, że jego przeszłość wciąż była zbyt świeżą raną, która potrzebowała czasu na zabliźnienie się. Z tylko sobie znanych powodów wolał zabierać Annę na wakacje na drugi koniec świata, a przecież wszystko, co było potrzebne, by nacieszyć oczy, znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

Morze było spokojne i łagodne. Patrzyła, jak morska fala z regularnością oddechu oblewa jej bose stopy, delikatnie muskając skórę.

Ciszę przerywały jedynie plusk wody i głośne nawoływania mew kołyszących się w powietrzu nad szczytem klifów. Z miejsca, w którym stała, widoczne były liczne jamy czy raczej kamienne jaskinie, które przez lata wydrążyła w skałach morska woda. Teraz, podczas odpływu, ziały z daleka ciemnobrunatną wilgocią i strachem, który sprawiał, że człowiek bał się do nich zbliżać. Tuż przy ujściu z jaskini piasek ze złotego nagle stawał się sinozielony, zapewne pod wpływem wilgotnych wodorostów, w które niczym w sieci zaplątane były morskie muszelki i wyschnięte na wiór algi. Wszystko to sprawiało wrażenie dość przygnębiające, choć z drugiej strony tajemnicze groty dodawały temu miejscu niewątpliwego uroku; dzięki nim nie była to zwyczajna plaża, taka, na której nie ma nic prócz morza i piasku. Kamienie zdawały się opowiadać własną historię, a morze było tylko pretekstem do zatrzymania przyjezdnych na dłużej.

Odwróciła się i spojrzała w górę. Tuż nad jej głową ogromna biała mewa zataczała kolejne kółko, krzycząc głośno coś, co mogą zrozumieć tylko inne ptaki. W oddali, na samym szczycie klifu, widać było czerwony dach pubu, który z tej odległości wydawał się wielkości małego palca. Nieco niżej, zaraz przy krańcu skały, rozciągał się taras widokowy, na którym ktoś stał. Zmrużyła oczy.

Walter dawał jej znak, żeby wracała. Usłuchała, choć idąc w stronę schodów, obiecała sobie, że koniecznie musi tu wrócić. Klify kryły w sobie jakiś sekret; czuła to z każdym krokiem, gdy oddalała się od nich coraz bardziej.

 

 

 

 

– Jak woda? – zapytał, kiedy zdyszana pokonała ostatni stopień kamiennych schodów.

– Powinieneś zejść i sam sprawdzić.

Stał nad nią w ciemnym garniturze, który zupełnie nie pasował do otaczającego ich krajobrazu.

– Nie, dziękuję – powiedział, opierając się o balustradę. – Nie jestem w nastroju.

– Do tego nie jest potrzebny jakiś specjalny nastrój, Walterze. Zapewniam cię, że kontakt z morską wodą dobrze by ci zrobił.

– Nie teraz. Nie mamy czasu.

– Oczywiście.

Otrzepała dłonią buty z drobinek piasku i wsunęła w nie gołe stopy.

– Musimy się zastanowić, co zrobić z domem – podjął, ocierając czoło wierzchem prawej dłoni. – Wracajmy do Londynu. Czuję, że za chwilę będę miał potworną migrenę.

– Chwileczkę! – Spojrzała na niego z wyrzutem. – Nie zamierzasz tam nawet pójść?

– To nie jest konieczne, Anno. Mój prawnik już wszystkim się zajął. Ta miejscowość to dziura. Sama zresztą to widzisz, prawda?

– Nie, nie widzę.

– Ale tu nic nie ma. NIC.

– Tu jest wszystko, Walterze.

– Chcę już wracać do Londynu. Możemy?

Wyciągnął do niej otwartą dłoń. Rzadko wykazywał się aż taką stanowczością, ale spróbowała raz jeszcze.

– A dom? Przecież obiecałeś, że mi go pokażesz...

– Nie chciałbym cię rozczarować. Ten dom to kompletna ruina. Trzeba się go jak najszybciej pozbyć.

Powiedział to tak, jakby chciał coś ukryć, zakopać niechciane myśli, zapomnieć i uciec stąd jak najdalej. Objęła go delikatnie.

– Tym bardziej trzeba tam pojechać. Choćby po to, by pożegnać się z domem twojego dzieciństwa.

 

 

 

 

Tak jak przypuszczała, dom znajdował się zaledwie kilka chwil od plaży i w najmniejszym stopniu nie przypominał ruiny. Solidny, wysoki i stary, z białą fasadą i strzelistymi oknami w stylu wiktoriańskim, był ostatnim domem w szeregu takich samych posiadłości znajdujących się przy głównej ulicy miasteczka. Pięć identycznie wyglądających budynków przylegających do siebie ścianami, z tym samym, jednolitym dachem. Każdy z nich był wysoki na dwa piętra, różniły się tylko drzwiami. Widocznie właściciele uznali, że warto jednak nadać domkom odrobinę indywidualności, więc pięć takich samych budynków miało pięć kompletnie różnych drzwi, w zupełnie innych kolorach. Lecz nawet taka nonszalancja stylu nie odbierała im urody. Domy były bardzo angielskie, lekko nadgryzione zębem czasu, a co za tym idzie, kusiły oczy przechodniów urodą. O ile ostatni dom po lewej stronie praktycznie wbijał się w skałę, o tyle ten skrajny po prawej otoczony był niewielkim ogrodem, z którego rozciągał się piękny widok na wzgórza za osadą.

To właśnie był rodzinny dom Waltera – jedyny z nagą ścianą, która odpierała północny wiatr. Uwagę Anny od razu przykuł ów dość sporych rozmiarów ogród od strony ulicy. W Londynie pewnie skutecznie podniósłby cenę budynku, ale czy ta sama zasada obowiązywała na kompletnym odludziu? Czy mieszkańcom wsi w ogóle mogło zależeć na posiadaniu ogródków? Przecież wystarczyło otworzyć drzwi, by nacieszyć oczy niekończącym się widokiem lasów i pól, choćby to miały być pola golfowe.

Dla Anny wszystko, co widziała tego dnia, było całkowitym zaskoczeniem. Czuła się jak ktoś, kto odwiedza nowy, nieznany wcześniej kontynent. Najpierw zaskoczyła ją uroda morskiej zatoki, której zupełnie się nie spodziewała w tych stronach. Teraz stała przed domem, wzruszona jego urokiem. Wiedziała, że cokolwiek zobaczy w środku, to nic nie odbierze jej tej chwili, w której go pokochała, i że żadne słowa Waltera nie przekonają jej do znienawidzenia tego miejsca. W głębi duszy nie mogła zrozumieć, jak on w ogóle mógł porzucić tak piękne miejsce i wyjechać do miasta. Czy jego dzieciństwo naprawdę było aż tak okropne?

Walter wyjął z kieszeni płaszcza przezroczysty foliowy woreczek, w którym schowany był stary klucz.

– Nie jest ci gorąco? – zapytała, patrząc na jego koszulę, zapiętą pod samą szyją.

– Przecież wiesz, że zawsze, kiedy się denerwuję, jest mi zimno – przypomniał, nerwowo obracając w dłoni klucz.

– Uważaj...

Nim zdążyła dokończyć, klucz wysunął się z jego dłoni i upadł na betonowy chodnik z pustym brzęknięciem.

– Przepraszam...

– Daj spokój. Ja to zrobię. Tylko mi pozwól.

Schyliła się, by podnieść klucz, a Walter postawił kołnierz płaszcza, choć dzień z każdą chwilą robił się coraz gorętszy, letni, prawdziwie czerwcowy.

Chyba jeszcze nigdy nie widziała męża w takim stanie.

 

 

 

 

Stary krzak róży, posadzony wiele lat temu przy werandzie, piął się leniwie po dachu, a następnie opadał na ceglany murek, którym otoczony był niewielki ogród. Kwiaty przygotowywały się właśnie do swojej najważniejszej roli; jedne były już całkiem ubrane w dorodne płatki, inne – wciąż skulone w pąkach – spały w cieniu ciężkich liści. Na samym szczycie, tam, gdzie słońce grzało najmocniej, ciemnożółte aksamitne serwetki kwiatów blakły od promieni i spadały na ziemię po byle dmuchnięciu wiatru znad zatoki, tworząc na trawniku złote wzory. Zapach róż, trawy i morskiego powietrza był esencją lata. Czuło się tu jakąś głęboką tajemnicę, którą skrywały ściany każdego starego domu. Na murku usiadł gołąb i gruchając hałaśliwie, rozglądał się z ciekawością, jakby chciał zapytać: Czego tu szukacie? To nie jest wasze miejsce, nigdy was tu nie było.

Siedzieli w ogrodzie. Drewniany stół stał tuż przy ogrodzeniu z cegieł, stanowiącym doskonałe schronienie od wiatru i ulicy. Wyblakły, zaniedbany blat gdzieniegdzie porośnięty był młodym mchem. Anna zastanawiała się, kiedy ostatni raz ktoś postawił na nim filiżankę herbaty, Walter zaś stukał rytmicznie czubkiem buta w drewnianą nogę mebla.

– Czemu ona po prostu się tego nie pozbyła? – zapytał głośno. – Po co trzymać taki rupieć pod oknem?

– Może miała do niego sentyment? Może przypominał jej cudowne chwile, kiedy siadała tu z ludźmi, którzy ją kochali?

Walter obrócił głowę i spojrzał na nią z wyrzutem. Po chwili jego wzrok jednak złagodniał.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Nic nie rozumiesz, Anno.

– Zgadza się – przyznała. – Ale nie pomagasz mi w tym za wiele.

Jej mąż wstał i podszedł do muru, który oddzielał ogród od ulicy. Rozpiął płaszcz i choć było już całkiem upalnie, nadal nie czuł się na tyle pewnie, by go zdjąć i przewiesić przez oparcie krzesła. Z zainteresowaniem oglądał każdą cegłę. W końcu wysunął rękę z kieszeni płaszcza i zaczął dotykać ich delikatnie, jakby badał fakturę, szukając groźnych zniekształceń. Anna pomyślała, że przecież jest lekarzem, że może to taki zawodowy nawyk – dziwny, ale w końcu lekarze są tylko ludźmi, jak wszyscy.

Przypomniała sobie słowa swojej matki, która nie kryła zadowolenia, kiedy dowiedziała się, kim jest Walter.

– Będziesz żyć wiecznie, moje dziecko – zawyrokowała.

– Co ty opowiadasz, mamo? Walter jest tylko lekarzem, nie cudotwórcą.

– To wystarczy. To zupełnie wystarczy. Będzie o ciebie dbał, byle kaszel zaleczy, zanim zdążysz pójść do apteki. Tacy oni już są. A on cię kocha, ja to wiem. I będzie o ciebie dbał. I o twoje zdrowie.

Matka myliła się. Walter kochał Annę, to fakt, ale nigdy nie miał czasu na jej drobne choroby, z którymi wysyłał ją do przychodni. Za to swoim pacjentom poświęcał się całkowicie. I za to szanowała go najbardziej.

– Byłem pewien, że znajdowała się wyżej! – wyrwał ją z zamyślenia. Dotykał właśnie jednej z cegieł.

Anna z radością zauważyła, że na jego twarzy po raz pierwszy tego dnia zagościł uśmiech.

– O czym mówisz? – zapytała z zainteresowaniem.

– Byłem wtedy trochę niższy niż teraz. Podejdź tu, coś ci pokażę.

Kiedy znalazła się przy nim, Walter ujął jej drobną dłoń i położył na cegle, która poruszyła się pod jej palcami. Cofnęła rękę, zaskoczona, a wtedy mąż ostrożnie wysunął ceglany blok z muru.

– To było moje okno na świat – powiedział dziwnym, odległym głosem.

Pochyliła i zajrzała do środka. Wyrwa była idealnie prostokątna, czerwonobrązowa i pachnąca wilgocią. Anna zmrużyła oczy. Przebijające zza muru słońce boleśnie oślepiało, ale widok, który rozciągał się z drugiej strony, łagodził chwilową niedogodność. Jak na pocztówce widać było morze po sam horyzont, z kawałkiem błękitnego nieba. Ściana otaczająca dziurę niczym rama scalała solidnie całość obrazu, zamykając go w bezpiecznej przestrzeni.

– Cudowne – szepnęła. – Sam to zrobiłeś?

– Z pomocą kolegi, który mieszkał po sąsiedzku. Oni nie mieli ogródka z widokiem na morze, więc postanowiliśmy zrobić sobie okno tutaj. – Walter oparł się ramieniem o mur. Jego ciemny płaszcz upstrzony był drobinami ukruszonej cegły. – Lubiłem patrzeć na morze przez ten otwór. Wracałem ze spaceru i od razu biegłem do ogródka sprawdzić, czy w moim „okienku na świat” nic się nie zmieniło. Dziwne, co?

– Dlaczego?

– Bo miałem morze cały czas wokół, mogłem sobie patrzeć na nie z każdej strony, ile chciałem, ale ten widok przez otwór w murze był jakiś inny, dawał mi poczucie innej perspektywy... To znaczy wtedy, będąc dzieciakiem z rozbitymi kolanami, nie zdawałem sobie z tego sprawy...

– Zdawałeś, tylko nie umiałeś tego nazwać.

Uśmiechnął się do niej ciepło, jakby po tylu latach wciąż zaskakiwało go, jak dobrze potrafi ubrać w słowa jego myśli.

– Jak zawsze masz rację, Anno. No więc to nienazwane uczucie, własne małe okienko, sprawiało, że czasem czułem się jak ktoś wyjątkowy, kto jako jedyny na świecie ma taki widok na morze, a z drugiej strony, zwłaszcza w ponure, zimowe dni, wyobrażałem sobie, że jestem tu mimo wszystko uwięziony, skazany na ten widok do końca życia. Takie tam chłopięce zabawy.

– Więc czułeś się tu jak więzień? – Anna drgnęła.

– Trochę tak.

Nagle uniósł cegłę, zamachnął się i z całej siły rzucił nią o ścianę domu. Wystraszony gołąb poderwał się do lotu i trzepocząc skrzydłami, stracił kilka piór, które wolno opadły na trawnik.

Jego żona położyła dłoń w miejscu, w którym brakowało cegły. Między palcami czuła chłodny podmuch wiatru; delikatnie muskał jej skórę.

– Czas wracać – oznajmił sucho Walter, otrzepując dłonie. – Jutro mam ciężki dzień w klinice.

 

 

 

 

Przez całą drogę powrotną nie zamienili ani słowa. Jechali ruchliwą autostradą, prowadzącą do miasta od strony zachodniej. W radiu grała muzyka, którą zagłuszał miarowy szum przejeżdżających obok samochodów, jadących zbyt szybko i zbyt brawurowo. Robiło się coraz cieplej. Walter wreszcie pozbył się płaszcza, podwinął rękawy koszuli i włączył klimatyzację. Anna patrzyła na skórę na własnych gołych ramionach, która pokrywała się nabrzmiałymi, miniaturowymi pęcherzykami. Zastanawiała się, skąd pomysł, by nazwać to gęsią skórką. Było jej chłodno, a sweter leżał w siatce w bagażniku. Nie chciała prosić męża, by się zatrzymywał, w końcu do Londynu mieli jeszcze zaledwie jakieś dwadzieścia minut drogi. Właściwie mogła poprosić go, żeby zmniejszył klimatyzację, ba, mogła sama wcisnąć odpowiedni guzik, ale nie zrobiła tego z sobie tylko znanych powodów.

Wczesnym popołudniem usiedli na tarasie swojego domu w Chelsea, w zachodniej części miasta, i w milczeniu wypili herbatę. Walter wyraźnie pogrążony był we własnych myślach, do których nie dopuszczał nikogo. Zmarszczone czoło wskazywało, że nie były one zbyt wesołe.

– Tabletki pomogły? – zapytała, gładząc go po policzku.

Pod opuszkami palców czuła jego delikatny zarost. Lubiła jego twarz, dostojną i męską, właściwie pozbawioną zmarszczek, może poza dwiema bruzdami biegnącymi przez środek policzków, które zamiast dodawać mu lat, nadawały rysom charakteru. Walter zdecydowanie miał silny charakter, choć nigdy nie był porywczy czy nerwowy. Zawsze słuchał żony z uwagą i umiał poświęcić jej swój cenny czas codziennie, każdego dnia. Nawet jeśli chodziło o błahostki, o butelki po mleku czy o cenę zasłon, zawsze był gotów wysłuchać jej do końca.

– O co pytałaś? – Pocałował ją w rękę, po polsku, bo przecież Anglicy tego nigdy nie robią.

– Głowa. Nadal boli?

– Nie. Zupełnie przeszło. Dziękuję – powiedział, a następnie delikatnie ją pocałował.

– A to za co?

– Za cały dzień, tam... – urwał i zacisnął usta. – Nie poradziłbym sobie bez ciebie.

– Co ty opowiadasz?

– Wiem, co mówię. Dziękuję, że tam ze mną pojechałaś.

– Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zrobić inaczej. W końcu to była twoja matka...

Walter oparł głowę na poduszce, która leżała między jego szyją a welurowym oparciem fotela. Wyglądał na wykończonego.

– Nie myśl już o tym – poradziła. – Odpocznij, dzień już się kończy. Przygotowałam ci gorącą kąpiel na górze.

– Dziękuję, kochanie – odrzekł. Podniósł się ciężko i posłał jej słaby uśmiech. – Jesteś aniołem.

– Jestem twoją żoną.

– W takim razie poślubiłem anioła.

 

 

 

 

Akurat weszła na taras, by pozbierać filiżanki, kiedy zadzwonił telefon.

– Hello? – zapytała, podnosząc słuchawkę.

Głos po drugiej stronie odezwał się dopiero po chwili.

– Anna? To ja.

W głowie zaczynało jej szumieć od nadmiaru wrażeń, lecz mimo to stanęły jej przed oczami znajome twarze z przeszłości, z młodości, którą spędziła w Polsce. Łagodny kobiecy głos, który znała i który przywoływał tylko dobre wspomnienia, powoli stawał się coraz bardziej znajomy.

– Helena...?!

– Anno! Tak się cieszę, że mnie jeszcze rozpoznajesz!

– Cudownie, że dzwonisz! Opo...

– Nie rozmawiałyśmy ze sobą chyba ze sto lat, co?

Anna usiadła wygodnie w fotelu i oparła bose nogi o kant szklanego stolika. Nagle poczuła się zupełnie odprężona i młodsza o jakieś dwadzieścia lat.

– Opowiadaj, co u ciebie? – zachęciła przyjaciółkę.

– Wiesz, jak to jest: praca, dom, praca. Ale przynajmniej lato mamy piękne, no, jak na razie. A jak tam u was z pogodą? Angielskie lato czy polskie?

Głos Heleny nie zmienił się ani trochę od czasu, gdy chodziły razem do szkoły. Zabawne, pomyślała Anna, człowiek zmienia się przez te wszystkie lata, włosy siwieją, skóra wysusza się, a głos zostaje taki sam, jakby czas go ominął i poszedł dalej.

– No to jak tam u was z pogodą? – ponowiła pytanie Helena.

– Do tej pory lato było angielskie i to bardzo, ściana deszczu od połowy kwietnia. Ale od wczoraj zaczęło się jakby przejaśniać, więc jest nadzieja.

– Kiedy przylatujesz do Polski?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Anna, westchnąwszy głęboko. – Pewnie nieprędko.

– Jak to?

– Najwcześniej na jesieni. Wiesz, trochę nam się pozmieniały plany, Walter planuje wyjazd na konferencję na Florydę, a ja...

– ... a ty powinnaś w tym czasie spakować walizkę i przylecieć do nas. Obiecałaś mi kiedyś, że pojedziesz ze mną na naszą działkę w górach. Słuchaj, te widoki, i jacy górale, co roku coraz młodsi! Wiesz, w tym