Wydawca: Filia Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Angelfall. Penryn i świat po ebook

Susan Ee

4.85714285714286 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Angelfall. Penryn i świat po - Susan Ee

W kontynuacji bestsellerowego thrillera fantasy Angelfall niedobitki ocalałe z anielskiej apokalipsy zaczynają organizować się na gruzach cywilizacji. Grupa ludzi porywa Paige, siostrę Penryn, biorąc ją za jednego z potworów; kończy się to masakrą. Paige znika. Ludzie są przerażeni.
Penryn przemierza ulice San Francisco, szukając Paige. Dlaczego miasto zupełnie opustoszało? Gdzie się podziali mieszkańcy? Poszukiwania zaprowadzą Penryn w samo centrum tajnej operacji aniołów, gdzie będzie miała okazję uchylić rąbka ich tajemnicy i zrozumieć, do jak przerażających czynów są gotowe się posunąć.
Tymczasem Raffe próbuje odzyskać swoje skrzydła. Bez nich nie powróci do społeczności aniołów, ani nie zajmie należnej mu pozycji jednego z przywódców. Jakiego dokona wyboru, rozdarty między tęsknotą za skrzydłami, a pragnieniem zapewnienia Penryn ochrony?

Opinie o ebooku Angelfall. Penryn i świat po - Susan Ee

Fragment ebooka Angelfall. Penryn i świat po - Susan Ee

W skrócie –„Penryn i Świat Po” jest FANTASTYCZNE!

Sam/goodreads.com

„Penryn i Świat Po” jest po brzegi wypełnione akcją,

a Penryn naprawdę daje radę! Niestety, Katniss i Tris,

ale teraz Penryn jest moją ulubioną bohaterką.

Scott Reads It

Kiedy zaczęłam czytać nie mogłam odłożyć tej książki,

pochłonęłam ją w ciągu jednej nocy.

Sylvia Brown/amazon.com

Piękna, zaskakująca i jak poprzednia część pozostawia pustkę

w sercu czytelnika.

Rehelmey/lubimyczytac.pl

Zadedykowane pierwszym czytelnikom Angelfall.

Dziękuję, że pierwsi poczuliście się uskrzydleni.

ROZDZIAŁ 1

Wszyscy myślą, że umarłam.

Leżę na skrzyni wielkiej ciężarówki, opierając głowę na kolanach matki. Słabe światło brzasku wydobywa rozpacz z jej twarzy. Czuję, jak wibracje silnika przeszywają całe moje bezwładne ciało. Jedziemy w konwoju ruchu oporu. Kilka wojskowych ciężarówek, furgonetek i SUV-ów posuwa się powoli, lawirując między wrakami samochodów. Oddalamy się od San Francisco. Za naszymi plecami dopala się zniszczone podczas ataku partyzantów gniazdo aniołów.

Witryny sklepów pozaklejano gazetami, przez co ulica przypomina korytarz pamięci Wielkiego Ataku. Nie muszę czytać nagłówków, wiem, czego dotyczą. W pierwszych dniach, kiedy reporterzy wciąż nadsyłali korespondencję z różnych zakątków świata, pochłanialiśmy każde słowo podawane przez media.

PARYŻ W PŁOMIENIACH, NOWY JORK POD WODĄ, MOSKWA ZNISZCZONA

KTO ZASTRZELIŁ GABRIELA, POSŁAŃCA BOŻEGO?

KULE NIE IMAJĄ SIĘ ZWINNYCH ANIOŁÓW

DEZORIENTACJA LIDERÓW PAŃSTW

KONIEC ŚWIATA

Mijamy trzy łyse postacie owinięte płachtami szarego materiału. Rozklejają poplamione i pomięte ulotki jednego z kultów wieszczących nadejście apokalipsy. Ciekawe, ile czasu trzeba, żeby każdy ocalały znalazł się w jednym z ulicznych gangów, wśród wyznawców kultu albo w ruchu oporu. Chyba nawet koniec świata nie stłumił naszej potrzeby łączenia się w grupy.

Członkowie kultu nieruchomieją i odprowadzają wzrokiem naszą wyładowaną ludźmi ciężarówkę.

Jako rodzina wyglądamy pewnie skromniutko – przerażona kobieta, ciemnowłosa nastolatka i siedmioletnia dziewczynka siedzą na skrzyni wśród uzbrojonych mężczyzn. W innych okolicznościach wyglądałybyśmy pewnie jak owieczki pośrodku stada wilków, ale teraz odznaczamy się swego rodzaju „prezencją”.

Jadą z nami uzbrojeni mężczyźni w strojach maskujących. Kilku wciąż trzyma karabiny wycelowane w niebo. Inni niedawno dołączyli do ruchu oporu. Ich ciała zdobią prymitywne tatuaże, które wykonali jako członkowie gangów. Przypalają sobie skórę, by oznaczyć liczbę zabitych przeciwników.

Mimo to mężczyźni trzymają się od nas z daleka, zachowują bezpieczny dystans.

Mama kiwa się w przód i w tył. Czyni to nieprzerwanie, odkąd godzinę temu opuściliśmy wstrząsane eksplozjami gniazdo aniołów. Monotonnie nuci jakąś pieśń w niezrozumiałym języku. Jej głos wznosi się i opada, jakby toczyła zażartą dyskusję z Bogiem. A może z diabłem.

Łza odrywa się z jej brody i ląduje na moim czole. Wiem, że matka umiera z żalu. Z żalu po mnie, swojej siedemnastoletniej córce, której zadaniem było zapewnienie rodzinie bezpieczeństwa.

Matka sądzi, że na jej kolanach spoczywają zwłoki przyniesione przez diabła. Prawdopodobnie nigdy nie zdoła wymazać z pamięci obrazu mojego zwiotczałego ciała, spoczywającego w ramionach Raffego, zza pleców którego wyłaniały się skrzydła demona podświetlane przez płomienie.

Ciekawe, jak zareagowałaby na informację, że Raffe jest w rzeczywistości aniołem, któremu podstępem przyszyto skrzydła demona. Czy zdziwiłoby ją to bardziej niż wiadomość, że tak naprawdę nie umarłam, a jedynie pogrążyłam się w osobliwym paraliżu po tym, jak użądlił mnie skorpionowato-anielski potwór? Prawdopodobnie uznałaby to za wymysły równie wielkiego szaleńca jak ona.

Moja młodsza siostra siedzi jak skamieniała u moich stóp. Patrzy przed siebie beznamiętnym wzrokiem i ma idealnie wyprostowane plecy mimo nieustannego kołysania ciężarówki. Zupełnie jakby się wyłączyła.

Wszyscy twardziele siedzący z nami zerkają ukradkiem w jej stronę jak mali chłopcy wystawiający głowy zza kołdry. Paige przypomina pokrytą szwami i bliznami lalkę z horroru. Wolę nawet nie myśleć o tym, przez co musiała przejść. Chciałabym wiedzieć więcej, ale w pewnym sensie cieszę się, że nie wiem.

Biorę głęboki wdech. Prędzej czy później będę musiała się podnieść. Nie mam wielkiego wyboru – trzeba zmierzyć się ze światem. Paraliż całkowicie ustąpił. Wątpię, abym była zdolna do walki albo jakiegolwiek innego wysiłku, ale poruszać się chyba już potrafię.

Siadam.

No wiem… Okrzyki przerażenia nie powinny mnie w najmniejszym stopniu zaskakiwać.

Najgłośniej krzyczy matka. Jej twarz zamiera w przerażeniu, oczy rozszerzają się do nieprawdopodobnych rozmiarów.

– Wszystko w porządku – mówię. – Wszystko w porządku.

Słowa wypowiadam niewyraźnie, ale na szczęście nie bełkoczę jak zombie.

Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie otrzeźwiająca myśl, która właśnie rodzi się w mojej głowie: żyjemy w świecie, gdzie osoba zachowująca się w taki sposób, jak ja mogłaby zostać uznana za groźne dziwadło i zabita.

Wyciągam ręce w uspokajającym geście. Mówię coś, ale słowa giną w fali krzyków. Najwyraźniej panika na tak niewielkiej przestrzeni rozprzestrzenia się jak wirus.

Podróżujący napierają na siebie, próbując przesunąć się na tył ciężarówki. Niektórzy byliby chyba nawet gotowi wyskoczyć z jadącego pojazdu.

Jakiś żołnierz o pryszczatej twarzy wymierza we mnie karabin. Trzyma go w taki sposób, jakby ogarnęło go przerażenie, że będzie musiał pierwszy raz w życiu kogoś zabić.

Całkowicie zlekceważyłam natężenie atawistycznego lęku wśród tych ludzi. Stracili przecież wszystko: rodziny, poczucie bezpieczeństwa, Boga.

A teraz ożywione ciało wyciąga w ich stronę ręce.

– Nic mi nie jest – mówię powoli, możliwie najwyraźniej. Wytrzymuję spojrzenie żołnierza, aby wiedział, że nie dzieje się ze mną nic nadprzyrodzonego. – Żyję.

Albo sytuacja się rozładuje, albo zaraz zdmuchnie mnie ze skrzyni grad pocisków. Na plecach wciąż mam miecz Raffego, niemal całkowicie ukryty pod kurtką. Dodaje mi pewności, choć oczywiście nie powstrzymałby kul.

– Wyluzujcie – kontynuuję spokojnym tonem. Staram się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. – Byłam po prostu nieprzytomna. To wszystko.

– Byłaś martwa – mówi pobladły żołnierz, na oko mój rówieśnik.

Ktoś uderza w dach ciężarówki.

Wszyscy podskakujemy. Na szczęście nikt nie pociąga przez przypadek za spust.

Okienko do szoferki otwiera się i wysuwa się z niego głowa Dee. Ma surową minę, ale trudno traktować go zbyt poważnie z powodu rudych włosów i chłopięcych piegów.

– Hej! Zostawcie martwą dziewczynę w spokoju. Jest własnością ruchu oporu.

– No właśnie – dopowiada ze środka jego brat bliźniak, Dum. – Potrzebujemy jej do autopsji i innych takich. Myślicie, że tak łatwo znaleźć dziewczynę zabitą przez księcia demonów?

Jak zwykle nie potrafię odróżnić bliźniaków, więc losowo przydzielam im w myślach imiona.

– Zakaz zabijania martwej dziewczyny – oświadcza surowo Dee. – Żołnierzu! Do ciebie mówię.

Wskazuje palcem na chłopaka z karabinem i posyła mu surowe spojrzenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że wygląd budzący skojarzenia z McDonaldowym clownem i przezwiska w rodzaju Tweedledee i Tweedledum powinny pozbawić chłopaków jakiegokolwiek autorytetu, tymczasem oni dysponują niecodzienną umiejętnością przechodzenia w ułamku sekundy od żartów do pełnej powagi.

A przynajmniej mam nadzieję, że żartowali z tą autopsją.

Ciężarówka zatrzymuje się na parkingu, dzięki czemu przestaję być w centrum uwagi. Wszyscy rozglądają się po okolicy.

Budynek z czerwonej cegły wygląda znajomo. Nie chodziłam tu, ale szkołę średnią w Palo Alto, pieszczotliwie zwaną Paly High, widziałam wielokrotnie.

Nasz konwój kilku ciężarówek i SUV-ów zatrzymuje się na parkingu. Żołnierz nie przestaje mnie bacznie obserwować, ale opuszcza karabin.

Kiedy wszystkie pojazdy zajeżdżają na parking, zauważam, że wzbudzam zainteresowanie wielu osób z innych samochodów. Wszyscy widzieli mnie w ramionach istoty ze skrzydłami demona. Wszyscy sądzili, że nie żyję. Zażenowana siadam na ławce obok siostry.

Jakiś mężczyzna wyciąga rękę, aby dotknąć mojego ramienia. Może chce sprawdzić, czy jest ciepłe jak u żywego człowieka, czy zimne jak u umarlaka?

Twarz Paige w sekundzie zmienia się z obojętnej w zwierzęcą. Warczy w stronę mężczyzny. Jakby na potwierdzenie groźby, błyskają jej ostre jak brzytwa zęby.

Mężczyzna się cofa. Jej twarz przybiera z powrotem beznamiętny wyraz, a ciało nieruchomieje, jakby była lalką.

Mężczyzna wodzi wzrokiem między mną a nią, szukając wyjaśnienia, którego sama nie potrafiłabym mu udzielić. Wszyscy na parkingu widzieli zajście i również się w nas wpatrują.

Witamy ponownie w galerii dziwadeł.

ROZDZIAŁ 2

Przyzwyczaiłyśmy się z Paige, że ludzie się na nas gapią. Ja to ignorowałam, a Paige za każdym razem uśmiechała się do ciekawskich z poziomu swojego wózka inwalidzkiego. Niemal zawsze odpowiadali jej uśmiechem. Mało kto potrafił się oprzeć urokowi Paige.

Tak było dawniej.

Matka znów zaczyna mówić językami. Tym razem zawodzi, jakby się do mnie modliła. Gardłowe niby-słowa słychać wyraźnie na tle szeptów innych ludzi. Matka potrafi przyprawić wszystkich o gęsią skórkę nawet w mglisty poranek.

– No dobra, ruszamy – zarządza Abi. Ma co najmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, szerokie bary i umięśnione ciało, a spośród innych przywódców ruchu oporu wyróżniają go pewność siebie i władcze spojrzenie. Wszyscy słuchają jego poleceń, kiedy przechodzi obok kolejnych ciężarówek i SUV-ów. Wygląda jak prawdziwy dowódca na froncie. – Wysiadajcie z ciężarówek i wchodźcie do budynku. W miarę możliwości starajcie się unikać otwartych przestrzeni.

Ludzie przestają się na nas gapić i zeskakują z ciężarówek. Ci z naszej skrzyni rozpychają się, aby jak najszybciej się od nas oddalić.

– Jak wszyscy wysiądą – woła Abi do kierowców – ustawcie pojazdy w pewnej odległości od siebie, ale na tyle blisko, żeby były łatwo dostępne. Schowajcie je między wrakami na ulicy albo w miejscach trudno widocznych z powietrza.

Przechodzi przez rzekę uchodźców i żołnierzy, wskazując kierunek ludziom, którzy w przeciwnym razie byliby zagubieni.

– Nie chcę, aby cokolwiek sugerowało, że ktoś tu mieszka. Nic usuwajcie ani nie porzucajcie nic w promieniu mili. – Abi przystaje, gdy widzi Dee i Duma, stojących obok siebie i wpatrujących się w nas.

– Panowie! – woła i wyrywa ich z transu. Spoglądają w jego stronę. – Pokażcie, proszę, nowym rekrutom, gdzie mają iść i co robić.

– Tak jest – odpowiada Dee i z chłopięcym uśmiechem wykonuje dziecinny salut.

– Nowi! – woła Dum. – Kto nie wie, co robić, idzie z nami.

– Tylko z życiem, ludzie, z życiem! – pogania ich Dee.

Rozumiem, że chodzi również o nas. Wstaję sztywno i odruchowo wyciągam ręce ku siostrze. Zanim zdążę ją dotknąć, nieruchomieję, jakbym instynktownie uznała, że to niebezpieczne zwierzę.

– Paige, idziemy.

Chyba nie wiedziałabym, co zrobić, gdyby się nie poruszyła, ale ona wstaje i podąża za mną. Czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do tego, że potrafi samodzielnie chodzić?

Mama idzie za nami, ale nie przerywa zawodzenia. Robi to chyba nawet głośniej i żarliwiej niż wcześniej.

We trójkę dołączamy do strumienia nowicjuszy podążających za bliźniakami.

Dum idzie tyłem i przemawia.

– Wracamy do szkoły średniej, gdzie jak za młodych lat będziemy się musieli wykazać silnym instynktem przetrwania.

– Jeżeli poczujecie nieodpartą potrzebę napisania czegoś na ścianie albo przyłożenia dawnemu nauczycielowi, zróbcie to w miejscu, gdzie nie zobaczą was żadne ptaszki – dodaje Dee.

Mijamy główny budynek z czerwonej cegły. Z ulicy szkoła wydaje się mała, ale za pierwszym gmachem rozciąga się kampus nowoczesnych zabudowań połączonych zadaszonymi przejściami.

– Jeżeli ktoś jest ranny, niech usiądzie w tej oto pięknej klasie. – Dee otwiera najbliższe drzwi i zagląda do środka. Widzimy zawieszony na stojaku szkielet naturalnych rozmiarów. – W czasie oczekiwania na lekarza towarzystwa dotrzyma wam Kostek.

– A jeżeli ktoś z was jest lekarzem – dodaje Dum – pacjenci już czekają.

– Czy to wszyscy? – pytam. – Nikt poza nami nie ocalał?

Dee zerka na Duma.

– Czy dziewczynom zombie wolno się w ogóle odzywać?

– Jeżeli są urocze i gotowe do walki w błocie z innymi dziewczynami zombie.

– Chłopie… W dziesiątkę trafiłeś.

– Obrzydliwość – stwierdzam i spoglądam na nich z ukosa. Tak naprawdę cieszę się, że nie przeraziło ich moje powstanie z martwych.

– Penryn, no przecież nie wybralibyśmy naprawdę nadgniłych panienek, tylko takie jak ty, świeżo powstałe z martwych.

– No i z rozdartymi ubraniami, i w ogóle.

– I spragnionymi cycuuuuuszków.

– Miał na myśli móżdżków.

– Tak właśnie.

– Moglibyście mimo wszystko odpowiedzieć na pytanie? – wtrąca się jakiś gość w okularach, które nie są w ani jednym miejscu pęknięte. Wyraźnie nie ma ochoty na żarty.

– Jasne – mówi Dee poważnym tonem. – Szkoła pełni funkcję punktu zbiórki. Dołączą do nas inni.

Ruszamy dalej w bladym słońcu. Gość w okularach przesuwa się na koniec pochodu.

Dum nachyla się do Dee i szepcze do niego na tyle głośno, że słyszę: „Chcesz się założyć, że jako pierwszy obstawiłby wynik pojedynku dziewczyn zombie?”.

Uśmiechają się do siebie szeroko, unosząc brwi.

Październikowy wiatr wdziera się pod moją bluzkę. Odruchowo spoglądam w niebo w poszukiwaniu pewnego anioła z nietoperzymi skrzydłami i przewidywalnym poczuciem humoru. Sunę przez trawę i zmuszam się do opuszczenia wzroku.

Okna w klasie są oklejone ulotkami i informacjami na temat wymogów dla kandydatów na różne uczelnie. Na półkach przy jednym z okien wystawiono prace uczniów. Każdy wolny centymetr zajmują figurki z gliny, drewna i papieru mâché w najróżniejszych kolorach i stylach. Niektóre są naprawdę dobre, co napawa mnie smutkiem – upłynie wiele czasu, zanim dzieciaki powrócą do twórczości plastycznej.

Przemierzamy kolejne korytarze. Bliźniaki pilnują, aby cały czas znajdować się za moją rodziną, ja z kolei trzymam się nieco z tyłu, wychodząc z założenia, że powinnam mieć Paige na oku. Porusza się sztywno, jakby nie przyzwyczaiła się jeszcze do chodzenia na własnych nogach. Ja również czuję się nieswojo i nie przestaję myśleć o niezdarnie wykonanych szwach, które pokrywają jej całe ciało, upodobniając ją do laleczki voodoo.

– To naprawdę jest twoja siostra? – pyta Dee cicho.

– Tak.

– Ta, dla której ryzykowałaś życiem?

– Tak.

Bliźniacy kiwają uprzejmie głowami, jak ludzie, którzy nie chcą powiedzieć czegoś nieprzyjemnego.

– Z waszą rodziną lepiej? – pytam.

Dee i Dum spoglądają na siebie, namyślając się.

– Nie… – mówi Dee.

– Niespecjalnie – wtóruje mu Dum.

Naszym nowym domem jest sala historyczna. Na ścianach wiszą plakaty poświęcone różnym rozdziałom historii ludzkości. Mezopotamia, Wielka Piramida w Gizie, Imperium Osmańskie, dynastia Ming. I czarna śmierć.

Nauczyciel historii powiedział nam, że czarna śmierć zabiła trzydzieści sześć procent populacji Europy. Kazał nam sobie wyobrazić, że umiera trzydzieści sześć procent ludzi z naszego otoczenia. Wtedy nie potrafiłam tego zrobić. Wydawało się to zupełnie nierzeczywiste.

Nad plakatami zawieszono, co osobliwe, zdjęcie astronauty na Księżycu z niebieską Ziemią wystającą znad horyzontu za jego plecami. Ilekroć patrzę na tę naszą niebiesko-białą kulkę w przestrzeni kosmicznej, myślę sobie, że musi to być najpiękniejszy świat w całym kosmosie.

Tyle że teraz wydaje się jednocześnie odrealniony.

Z zewnątrz dobiega warkot kolejnych ciężarówek wtaczających się na parking. Podchodzę do okna. Mama zaczyna przesuwać ławki i krzesła na jedną stronę sali. Wyglądam przez okno i widzę bliźniaków wprowadzających do szkoły kolejną grupę oszołomionych nowicjuszy.

Zza moich pleców dobiega głos Paige. Mówi: „Głodna”.

Nieruchomieję i wpycham najróżniejsze okropne myśli do sejfu głęboko w głowie.

Widzę odbicie Paige w oknie. W tej niewyraźnej, nieziemskiej wizji moja siostra spogląda na mamę, jak każde dziecko spragnione posiłku. Ale szyba wypacza obraz, zniekształcając głowę, powiększając szwy i wydłużając ostre jak brzytwa zęby.

Mama pochyla się i głaszcze swoje dziecko po włosach. Zaczyna nucić swoją ekspiacyjną pieśń.

ROZDZIAŁ 3

Usadawiam się na łóżku polowym w kącie sali. Leżę plecami do ściany, dzięki czemu widzę całe skąpane w świetle księżyca pomieszczenie.

Moja siostrzyczka leży na łóżku pod ścianą naprzeciwko mnie. Przykryta kocem wygląda niepozornie pod plakatami z wielkimi postaciami historycznymi: Konfucjuszem, Florence Nightingale, Gandhim, Helen Keller i Dalajlamą.

Czy gdybyśmy nie żyły w Świecie Po, zostałaby kimś równie wielkim?

Matka siedzi po turecku przy łóżku córki i nuci swoją pieśń. Próbowały nakarmić Paige dwoma rzeczami zdobytymi w pogrążonej w chaosie stołówce, która do rana ma się zamienić w kuchnię. Wypluła zarówno zupę z puszki, jak i batonik proteinowy.

Przewracam się w łóżku, szukając pozycji, w której rękojeść miecza nie będzie mnie uwierać w żebra. Przez trzymanie miecza na plecach chcę zapobiec sytuacji, że ktoś spróbuje go wziąć do ręki i odkryje, że jestem jedyną osobą zdolną unieść broń w powietrze. Naprawdę nie mam teraz głowy do wyjaśniania, w jaki sposób weszłam w posiadanie anielskiego miecza.

Bo przecież nie dlatego śpię z bronią na plecach, że w klasie znajduje się moja siostra. W żadnym razie.

Nie ma to również nic wspólnego z Raffem. Miecz to niejedyna pamiątka, jaka pozostała mi po wspólnych chwilach. Moje ciało pokrywa dostatecznie wiele ran i blizn, abym znakomicie pamiętała dni spędzone w towarzystwie anioła, mojego wroga.

Którego prawdopodobnie już nigdy nie zobaczę.

Jak na razie nikt o niego nie zapytał. Nastały takie czasy, że ludzie nie zadają pytań.

Uciszam tę myśl i zamykam oczy.

Siostra wydaje kolejny jęk, który rozbrzmiewa na tle mruczenia matki.

– Idź spać, Paige – mówię. Ku mojemu zaskoczeniu siostra zaczyna oddychać spokojniej i się odpręża. Sama biorę głęboki oddech i zamykam oczy.

Melodia nucona przez matkę stopniowo przycicha.

We śnie powracam na miejsce masakry w lesie. Stoję pod dawnym obozem ruchu oporu, w miejscu, gdzie zginęli żołnierze, gdy próbowali obronić się przed pomniejszymi demonami.

Krew skapuje z gałęzi i bębni po suchych liściach niczym krople deszczu. We śnie nie widzę żadnego z ciał, które powinny się tu znajdować, brakuje też przerażonych żołnierzy, którzy zbili się wtedy w gromadkę, mierząc z karabinów na wszystkie strony.

Znalazłam się po prostu na polanie ociekającej krwią.

Pośrodku stoi Paige.

Ma na sobie staromodną sukienkę w kwiaty, taką samą jak jedna w dziewczynek wiszących na gałęzi. Włosy i sukienka przesiąkły krwią. Nie wiem, co sprawia mi większy ból – widok krwi czy pozszywanych ran pokrywających jej twarz.

Choć ma już siedem lat wyciąga do mnie ramiona, jakby chciała, żebym ją podniosła.

Jestem w zasadzie pewna, że moja siostra nie brała udziału w tamtej masakrze, mimo to stoi teraz przede mną na polanie. Z głębi lasu dobiega głos matki: „Spójrz jej w oczy. Są takie same jak dawniej”.

Nie potrafię się przemóc. Nie potrafię na nią spojrzeć. Jej oczy wcale nie są takie same. Nie mogą być.

Odwracam się i uciekam.

Łzy płyną mi po policzkach. Wołam w las, oddalając się od dziewczynki na polanie: „Paige!”. Głos mi się załamuje. „Nadchodzę. Wytrzymaj. Wkrótce będę przy tobie”.

Ale jedynym dowodem istnienia mojej siostry jest chrzęst liści. Nowa Paige podąża za mną przez las niczym cień.

ROZDZIAŁ 4

Po przebudzeniu widzę, jak mama wygrzebuje coś z kieszeni swetra. Na parapecie okna, przez które do klasy sączy się poranne światło, kładzie żółto-brązową płynną masę i pokruszone skorupki jajek. Obchodzi się z tym dość ostrożnie, pilnuje, aby każda kropla paskudztwa trafiła na parapet.

Paige oddycha miarowo i chyba szybko się nie obudzi. Próbuję otrząsnąć się z resztek snu, ale kilka drobinek uparcie się mnie trzyma.

Rozlega się pukanie.

Drzwi otwierają się i do klasy wsuwa się piegowata twarz jednego z bliźniaków. Nie potrafię rozpoznać którego, więc traktuję go jako Dee-Duma. Marszczy nos, gdy wyczuwa zapach zgniłych jajek.

– Abi chce cię widzieć. Ma kilka pytań.

– Świetnie – mówię sennym głosem.

– Chodź, chodź. Będzie fajnie. – Posyła mi przesadnie promienny uśmiech.

– A jeśli nie mam ochoty na rozmowę?

– Lubię cię, mała – mówi. – Jesteś buntowniczką. – Opiera się o futrynę i kiwa z aprobatą głową. – Ale jeśli mam być szczery, nikt nie ma obowiązku cię karmić, zapewniać ci dachu nad głową, chronić cię, być dla ciebie miłym, traktować jak człowieka…

– Okej, okej. Łapię. – Zwlekam się z łóżka, zadowolona, że spałam w T-shircie i szortach. Miecz ląduje łoskotem na podłodze. Zapomniałam, że leżał przy mnie pod kocem.

– Ciii! Obudzisz Paige – szepcze matka.

Paige natychmiast otwiera oczy. Leży jak nieboszczyk, wpatrzona w sufit.

– Ładny miecz – rzuca Dee-Dum nieco zbyt swobodnym tonem.

W mojej głowie odzywa się alarm. „Niemal tak dobry jak oścień”. Półświadomie spodziewam się, że mama dźgnie go swoim ościeniem, który wisi niewinnie na ramie łóżka.

Ogarnia mnie kolejna fala poczucia winy, kiedy zdaję sobie sprawę, jak bardzo się cieszę, że mama ma oścień. Tak na wypadek, gdyby musiała bronić się przed… ludźmi.

Większość osób nosi przy sobie jakąś mniej lub bardziej prowizoryczną broń. Miecz należy do lepszych, więc na szczęście nie muszę tłumaczyć, dlaczego w ogóle mam go przy sobie. A jednak z jakiegoś powodu przyciąga więcej uwagi, niż bym chciała. Podnoszę go i przypinam sobie za ramieniem, aby zniechęcić Dee-Duma do jakichkolwiek prób zaznajamiania się z moją bronią.

– Nazwałaś go jakoś? – pyta.

– Kogo?

– Swój miecz. – Mówi to takim tonem, jakim ja powiedziałabym: „No raczej”.

– Błagam. Ty też?

Przeglądam przypadkową kolekcję ubrań poznajdywanych przez mamę zeszłej nocy. Przyniosła również masę butelek po coli i innych śmieci, które wytrzasnęła nie wiadomo skąd. Tego stosu nie ruszam.

– Znałem jednego gościa, który miał katanę.

– Ka-co?

– Japoński miecz samurajski. Cudeńko. – Chwyta się za serce, jakby był zakochany. – Nazwał swój miecz Światło. Sprzedałbym babcię w niewolę, żeby dostać coś takiego.

Kiwam głową, jakbym doskonale go rozumiała.

– Mogę nazwać twój miecz?

– Nie. – Wciągam dżinsy i jedną skarpetkę.

– Dlaczego nie?

– Bo już ma imię. – Przeglądam stertę rzeczy w poszukiwaniu drugiej skarpetki.

– Jakie?

– Miś Pooky.

Przyjazny wyraz znika z jego twarzy.

– Swój kolekcjonerski, zajefajny miecz przeznaczony do okaleczania i zabijania, zaprojektowany specjalnie do powalania ogromniastych wrogów i wzbudzania lamentów ich kobiet nazywasz Misiem Pooky?

– Tak właśnie. Podoba ci się?

– Już same tego rodzaju żarty są zbrodnią przeciwko naturze. Rozumiesz to, prawda? Z całych sił staram się nie wygłosić teraz żadnej antydziewczyńskiej uwagi, ale naprawdę mi to utrudniasz.

– No wiem, masz rację. – Wzruszam ramionami. – Może nazwę go Myszka albo Błyskotka. Jak myślisz?

Posyła mi takie spojrzenie, jakby uważał mnie za bardziej szaloną od mojej matki.

– A może coś mi się pomyliło? Chodzi nie o miecz, tylko o kotka?

– Ciekawe, czy znajdę gdzieś różową pochwę dla mojego Misia Pooky. Może wysadzaną błyszczącymi kamykami? Co? Przesadzam?

Wychodzi, kręcąc głową.

Jakże łatwo go podpuścić. Nieśpiesznie przebieram się i dopiero po dłuższej chwili wychodzę za Dee-Dumem.

Korytarz sprawia wrażenie równie zatłoczonego, jak stadion w dniu najważniejszego meczu w sezonie.

Dwóch mężczyzn w średnim wieku dokonuje wymiany: pióro za fiolkę lekarstw na receptę. W Świecie Po będzie to chyba odpowiednik zakupu działki narkotyków. Inny pokazuje na otwartej dłoni coś przypominającego mały palec, ale cofa gwałtownie rękę, gdy drugi chce dotknąć towaru. Zaczynają się spierać szeptem.

Mija mnie para kobiet pochylonych nad kilkoma puszkami zupy, choć z ich min można by wyciągnąć wniosek, że trzymają dzbanek złota. Przedzierają się przez korytarz, zerkając nerwowo na wszystkich. Obok głównych drzwi dwoje ludzi z dopiero co ogolonymi głowami przypina do okna ulotki na temat apokalipsy.

Nieskoszony trawnik przed budynkiem przykrywa warstwa śmieci nanoszonych przez wiatr. Ktokolwiek spojrzałby na budynek z góry, uznałby go za opuszczony jak pozostałe.

Dee-Dum opowiada, że wszyscy już żartują, bo najwyżsi rangą liderzy ruchu oporu zajęli pokój nauczycielski, a Abi rozlokował się w gabinecie dyrektora. Idziemy przez dziedziniec ku budynkowi z czerwonej cegły, trzymając się zadaszonego przejścia, nawet jeśli oznacza to nadłożenie drogi.

Tam w holu i na korytarzach panuje jeszcze większy tłok, ale ludzie przynajmniej wydają się wykonywać konkretne zadania. Jakiś facet śpieszy korytarzem, ciągnąc za sobą kable. Kilka osób przenosi biurka i krzesła z jednej sali do drugiej.

Nastolatek pcha przed sobą wózek ze stosem kanapek i z dzbankami z wodą. Ludzie biorą jedzenie i wodę, jakby praca w budynku uprawniała ich do takich dostaw jedzenia i napojów.

Dee-Dum bierze dwie kanapki i podaje mi jedną. W ten prosty sposób staję się członkiem wewnętrznego kręgu.

Pożeram śniadanie, zanim ktoś zauważy, że jestem tu obca. O mały włos nie dławię się jednym z kęsów, kiedy dostrzegam pewną prawidłowość.

W tym budynku żołnierze są uzbrojeni w karabiny o wyjątkowo długich lufach. Zupełnie jakby miały tłumiki, jakie na filmach zabójcy przykręcają do swojej broni.

W czasie ataku aniołów hałas nie ma znaczenia, ponieważ starcie oznacza, że i tak nas już zlokalizowały. Co innego, kiedy strzela się do ludzi…

Jedzenie, które jeszcze chwilę wcześniej miało urok rozkosznego smakołyku, nabiera nagle posmaku zimnej, oślizgłej mielonki, włożonej między twarde jak skała kromki chleba.

Dee-Dum przeciska się przez drzwi.

– …porażka – mówi głos ze środka pokoju.

Ludzie siedzą przed komputerami rozstawionymi na kilku rzędach biurek, całkowicie pochłonięci obrazami wyświetlanymi na monitorach. Nie widziałam niczego podobnego od czasu ataku. Niektórzy wyglądają doprawdy zjawiskowo, ponieważ okularom towarzyszą gangsterskie tatuaże w kształcie diabelskich rogów.

Inni podłączają nowe komputery, ktoś wtacza wielki telewizor i ustawia go przed tablicą. Ruch oporu najwyraźniej dysponuje stałym źródłem zasilania, przynajmniej na potrzeby tego pokoju.

Po centrum tego kłębowiska krąży Abi. Podąża za nim gromadka ludzi, czekających na akceptację jakichś spraw. Kilka osób na sali ukradkiem obserwuje go znad swojej pracy.

Abiemu towarzyszy Boden. Nos ma wciąż opuchnięty i stłuczony po naszej bójce sprzed kilku dni. Może zacznie wreszcie traktować innych jak ludzi, a nie będzie próbował ich zastraszać – nawet drobnych dziewczynek, które wydają się łatwym celem.

– To była korekta planów, a nie porażka – mówi Boden. – A już na pewno nie ma mowy o żadnej „zdradzie ludzkości”. Ile razy mam to powtarzać?

Ze zdumieniem zauważam przy drzwiach kosz z batonikami. Dee-Dum bierze dwa i podaje mi jeden. Trzymam w dłoni Snickersa i wiem, że trafiłam do miejsca przeznaczonego dla wybrańców.

– Falstart trudno nazwać korektą planów, Boden – mówi Abi, wpatrując się w dokument, który podał mu jeden z wyprostowanych jak struna żołnierzy. – Jak mamy wcielać w życie wojskową strategię, skoro jeden z żołnierzy zmienia czas rozpoczęcia akcji tylko dlatego, że nie potrafił utrzymać języka za zębami? Każdy tułacz z ulicy i każda hotelowa dziwka wiedzieli o naszej akcji.

– Ale to nie była…

– Twoja wina – kończy za niego Abi. – Wiem. Powtarzasz to do znudzenia.

Abi zerka w moją stronę.

Przez chwilę wyobrażam sobie smak batonika, po czym wsuwam go do kieszeni kurtki. Może nakłonię Paige, aby go zjadła.

– Możesz odejść, Boden. – Abi przywołuje mnie gestem dłoni.

Kiedy się mijamy, Boden obrzuca mnie paskudnym spojrzeniem.

Abi uśmiecha się szeroko. Kobieta czekająca na swoją kolej wpatruje się we mnie z więcej niż tylko zawodową ciekawością.

– Cieszę się, że widzę cię żywą, Penryn – stwierdza Abi.

– Miło być wśród żywych – odpowiadam. – Organizujecie klub filmowy?

– Instalujemy zdalny system obserwacji okolic zatoki San Francisco – wyjaśnia. – Na szczęście dysponujemy wieloma geniuszami z Doliny Krzemowej, którzy potrafią uczynić ponownie możliwym to, co wydawało się niemożliwe.

– Kamera dwadzieścia pięć aktywna – woła ktoś z ostatniego rzędu. Inni programiści niewzruszenie stukają w klawiatury, ale wyczuwam ogarniający ich entuzjazm.

– Czego szukacie? – pytam.

– Czegokolwiek, co okaże się interesujące – odpowiada Abi.

– Mam coś! – woła inny programista z tylnego rzędu. – Anioły w Sunnyvale na autostradzie Lawrence.

– Dawaj je na ekran – rozkazuje Abi.

Jeden z dużych ekranów telewizyjnych stojących z przodu klasy budzi się do życia.

ROZDZIAŁ 5

Na ekranie pojawia się obraz.

Anioł z niebieskimi skrzydłami maszeruje przez zniszczoną drogę. Przez środek jezdni przebiega wielka zygzakowata rozpadlina; jeden z brzegów znajduje się wyżej niż drugi.

Za plecami anioła ląduje kolejny, potem jeszcze dwa. Rozglądają się i wychodzą poza ekran.

– Możesz obrócić kamerę?

– Akurat tej się nie da.

– Mam inną! – mówi programista siedzący na prawo ode mnie. – Na SFO.

Zawsze mnie ciekawiło, jak z San Francisco International Airport powstał skrót SFO.

– Wrzuć obraz na ekran – mówi Abi.

Ożywa kolejny telewizor postawiony przed tablicą.

Kulejący anioł usiłuje biec przez asfaltowe lądowisko. Ma jakiś problem z jednym z białych skrzydeł; musi je za sobą ciągnąć.

– Znaleźliśmy chorą ptaszynę – komentuje ktoś za moimi plecami. Z jego głosu bije podniecenie.

– Przed czym ucieka? – pyta Abi, jakby sam siebie.

Kamera nie działa najlepiej. Obraz jest to za jasny, to za ciemny. W końcu dostraja się do jasnego tła, przez co trudno dostrzec szczegóły sylwetki anioła.

Dopiero kiedy podchodzi bliżej kamery i odwraca się w stronę ścigającego, widzimy jego twarz.

To Belial, demon, który ukradł skrzydła Raffego. Jest w kiepskim stanie. Ciekawe, co się stało.

Tylko jedno z ukradzionych skrzydeł wydaje się sprawne. Rozkłada się i składa, jakby odruchowo próbowało poderwać się do lotu. Drugie wlecze się za nim po ziemi. Z bólem serca oglądam scenę poniewierania cudownych skrzydeł Raffego. Staram się też nie myśleć, co przeszły w czasie, gdy znajdowały się pod moją opieką.

Coś jest nie tak z kolanem Beliala. Utyka i oszczędza je nawet podczas biegu. Ranny człowiek poruszałby się co prawda wolniej od niego, ale podejrzewam, że normalnie Belial potrafiłby iść dwa razy szybciej.

Mimo tak dużej odległości dostrzegam jaskrawoczerwoną plamę na białych spodniach, tuż ponad butami. Zabawne, że demonowi przyszło do głowy, aby się ubrać na biało. Zapewne zrobił tak z powodu nowych skrzydeł.

Zbliża się do kamery, ponownie odwraca głowę i ogląda się za siebie. Na jego ustach pojawia się dobrze mi znany szyderczy uśmieszek. Pełny arogancji, gniewu, choć tym razem doprawiony odrobiną strachu.

– Czego się tak boi? – Abi wypowiada na głos pytanie, które sama sobie zadaję w myślach.

Belial kuśtyka, wychodząc poza pole widzenia kamery, która pokazuje teraz tylko pusty fragment pasa startowego.

– Możemy zobaczyć, co jest za nim? – pyta Abi.

– Kamera nie obróci się tak bardzo.

Mija kilka sekund. Wydaje się, jakby cała sala wstrzymała oddech.

W końcu na ekranie pojawia się prześladowca Beliala. Widzimy go w pełnej krasie.

Nad głową wznoszą się rozłożone szeroko skrzydła demona. Światło połyskuje na zakrzywionych haczykach i przesuwa się w dół skrzydeł, w miarę jak anioł podąża za swoją ofiarą.

– O mój Boże – mówi ktoś za mną.

Prześladowcy chyba nigdzie się nie śpieszy – raczej napawa się chwilą. Idzie z pochyloną głową, z twarzą ukrytą w cieniu rzucanym przez skrzydła, przez co rozpoznać go jest jeszcze trudniej niż Beliala. W odróżnieniu od demona nie odwraca głowy w naszą stronę.

Tyle że ja go rozpoznaję. Rozpoznaję go nawet z nowymi skrzydłami.

To Raffe.

Wszystko w nim – powolny krok, zakrzywione skrzydła, pogrążona w cieniu twarz – tworzą razem przerażający obraz diabła podążającego za ofiarą.

Choć jestem pewna, że widzę Raffego, moje serce zamiera ze strachu na jego widok.

To nie jest Raffe, którego poznałam.

Czy Abi rozpozna w nim mojego towarzysza, z którym trafiłam do obozu ruchu oporu?

Chyba nie. Nie jestem pewna, czy ja sama bym rozpoznała Raffego, gdybym nie wiedziała, że ma nowe skrzydła – mimo że każdy detal jego twarzy i ciała wrył mi się w pamięć.

– Trafiliśmy w dziesiątkę! – woła Abi do swoich ludzi. – Kulawy anioł i demon. Wyjazd grupy pościgowej w stronę lotniska za dwie minuty!

Bliźniaki podrywają się, jeszcze zanim Abi skończy wypowiadać rozkaz.

– Robi się – mówią jednocześnie i wybiegają z pomieszczenia.

– Ruchy! Ruchy! Ruchy!

Nigdy nie widziałam Abiego w stanie takiego podekscytowania.

Przystaje w drzwiach i mówi:

– Penryn, dołączysz do nas. Jako jedyna miałaś kontakt z demonem.

Wszyscy wciąż uważają, że to demon odniósł mnie rodzinie, kiedy wyglądałam na martwą.

Zamykam usta, zanim zdążę powiedzieć, że nie wiem nic o demonach. Ruszam szybko, aby dogonić grupę biegnącą już korytarzem.

ROZDZIAŁ 6

Dawniej San Francisco International Airport leżał dwadzieścia minut na północ od Palo Alto – jeżeli na ulicach nie było korków. Teraz autostrada jest oczywiście zatkana i jechanie setką nie wchodzi w rachubę ani nie jest rozsądne. Najwyraźniej nikt nie poinformował o tym Dee-Duma, bo teraz mknie naszym SUV-em pustymi bocznymi drogami, lawirując między porzuconymi samochodami i wpadając co chwilę na chodnik niczym pijany kierowca rajdowy.

– Zaraz zwymiotuję – mówię.

– Rozkazuję ci nie wymiotować – mówi Abi.

– Ojej, mogłeś tego nie mówić – wtrąca Dee-Dum. – To urodzona buntowniczka. Porzyga się tylko po to, aby postawić na swoim.

– Zabraliśmy cię w konkretnym celu, Penryn – wyjaśnia Abi. – Na pewno nie chodziło nam o wymiotowanie w moim samochodzie. Weźcie się w garść, żołnierko.

– Nie jestem twoją żołnierką.

– Jeszcze nie – stwierdza Abi z szerokim uśmiechem. – Może byś tak zdała relację z tego, co wydarzyło się w gnieździe? Opowiedz o wszystkim, co widziałaś lub słyszałaś, nawet jeśli nie wydaje ci się to istotne.

– A gdybyś miała zwymiotować – dodaje Dee-Dum – celuj w stronę Abiego, nie moją.

Relacjonuję wszystko, co widziałam. Pomijam część opowieści związaną z Raffem, ale opisuję niekończącą się anielską imprezę w gnieździe: z szampanem, przystawkami, kostiumami, służącymi i całą dekadencją. Opowiadam o skorpionowato-anielskich płodach w podziemnym laboratorium oraz ludziach, którymi ich karmiono.

Waham się, czy wspominać o eksperymentach na dzieciach. Czy skojarzą fakty i dojdą do wniosku, że to one są pomniejszymi demonami, które pożerały ludzi? Czy nabiorą podejrzeń, że Paige jest jedną z nich? Po krótkim wahaniu wspominam ogólnikowo o dzieciach, na których przeprowadzano operacje.

– A twoja siostra? Wszystko z nią w porządku? – pyta Abi.

– Tak, jestem pewna, że szybko dojdzie do siebie – odpowiadam bez wahania. Oczywiście, że wszystko jest z nią w porządku. Co niby miałoby być nie w porządku? Nie mamy przecież wyboru. Choć zżera mnie niepokój, staram się, aby z mojego głosu biła pewność siebie.

– Opowiedz więcej o tych skorpionowatych aniołach – włącza się drugi pasażer. Ma falujące włosy, okulary i ciemnobrązową skórę. Otacza go aura naukowca podnieconego możliwością rozmowy na jeden z ulubionych tematów.

Uszczęśliwiona zmianą wątku relacjonuję wszystkie szczegóły, które zapamiętałam. Wielkość skorpionów, ich ważkowate skrzydła, niejednorodność, przez którą zupełnie nie przypominały istot hodowanych w laboratoriach, jakie widzi się na filmach. Niektóre przypominały embriony, inne wydawały się w pełni rozwinięte. Opowiadam o uwięzionych w zbiornikach ludziach, z których potwory wysysały życie.

Kiedy kończę, zapada milczenie. Wszyscy próbują jakoś przetrawić moją opowieść.

I kiedy dochodzę już do przekonania, że ominęło mnie najtrudniejsze, pytają o demona, który w trakcie ataku ruchu oporu na gniazdo przyniósł mnie w pobliże ciężarówek przeznaczonych do ewakuacji. Nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy, więc na wszystkie pytania odpowiadam: „Nie wiem, byłam nieprzytomna”.

Mimo to jestem zaskoczona liczbą pytań o „tego demona”.

Czy to był diabeł? Czy wspominał cokolwiek o swoich intencjach? Gdzie go spotkałam? Czy wiem, gdzie poszedł? Dlaczego mnie przyniósł?

– Nie wiem – odpowiadam po raz enty. Byłam nieprzytomna.

– Możesz się z nim skontaktować?

Na dźwięk ostatniego pytania czuję małe ukłucie w sercu.

– Nie.

Dee-Dum sprawnie zawraca z zablokowanej drogi.

– Czy jest jeszcze coś, czym chciałabyś się z nami podzielić? – pyta Abi.

– Nie.

– Dziękuję – mówi. Odwraca się do drugiego pasażera. – Sanjay, twoja kolej. Podobno masz teorię na temat aniołów, którą chciałbyś nam wyjawić.

– Zgadza się – potwierdza naukowiec, unosząc mapę świata. – W mojej ocenie większość ofiar śmiertelnych z wielkiego ataku była przypadkowa. Coś w rodzaju efektu ubocznego przybycia aniołów na Ziemię. Moja hipoteza brzmi następująco: kiedy dwa anioły wkraczają do naszego świata, mamy do czynienia ze zjawiskiem lokalnym. – Sanjay przebija mapę szpilką. – Powstaje dziura w naszym świecie, która pozwala przedostać się kolejnym. Prawdopodobnie dochodzi wtedy do czegoś w rodzaju miejscowego zaburzenia zjawisk atmosferycznych, niczego specjalnie dramatycznego. Ale kiedy do naszego świata wkracza cały zastęp, oto co się dzieje.

Dziurawi płachtę papieru śrubokrętem. Rączka i dłoń przechodzą na drugą stronę i rozdzierają mapę.

– Moja teoria zakłada, że w czasie inwazji aniołów świat ulega rozdarciu. To przyczyna trzęsień ziemi, tsunami, zaburzeń pogody – wszystkich katastrof naturalnych, które spowodowały większość zniszczeń i ofiar.

Jakby na potwierdzenie prawdziwości jego słów, przez szare niebo przetacza się grzmot.