Angele Dei - Dariusz Domagalski - ebook
lub
Opis

Powieść rozgrywa się w czasach biblijnych, w okresie wypraw krzyżowych i współcześnie, bohaterami jest troje ludzi, których losy wiąże wspólna tajemnica.

W Niebiosach szykuje się wojna. Po buncie Samaela, który nie mógł się pogodzić z wywyższeniem przez Boga ludzi i został strącony w piekielną otchłań, kolejni aniołowie podważają odwieczny ład. Zazdrośni o bożą miłość planują zagładę ludzkości.

Podczas najazdu wojsk Nabuchodonozora na Królestwo Judy ze świątyni jerozolimskiej zostaje wywieziony tajemniczy artefakt, którym zbuntowane anioły chciały się posłużyć, by zerwać przymierze ludzi z Bogiem. Buntownicy rozpoczynają poszukiwania, ślad jednak rozwiewa się jak dym…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 438


ROZDZIAŁ 0

GŁUPIEC

Wędrowiec wyrusza w podróż. W barwnym kostiumie, nie przybrudzonym jeszcze przydrożnym kurzem, z podręcznym tobołkiem i zapałem w sercu. Słońce oświetla mu drogę, więc ufnie stawia pierwsze kroki. Zdaje się pląsać niesiony radością i wolnością. To niefrasobliwy marzyciel. Spogląda w górę, na obłoki, marząc o wielkiej przygodzie. Gdyby tylko spojrzał w dół, dostrzegłby, że zmierza ku przepaści. Za nogawkę ciągnie go pies, usiłując ostrzec przed niebezpieczeństwem i zawrócić z obranej drogi. Ale jest już za późno. Głupiec runie w dół i rozpocznie podróż, która odmieni jego życie.

Jerozolima, 586 rok p.n.e.

Od świtu słońce prażyło niemiłosiernie, zwiastując kolejne gorące lato, które na dobre rozgościło się w Królestwie Judy. O tej porze roku mieszkańcy Jerozolimy sypiali na dachach swoich domów, po całodziennym upale szukając ukojenia w chłodnych podmuchach wiatru. Z nadejściem poranka niespiesznie schodzili do głównej izby na parterze, gdzie siadali na matach rozesłanych na kamiennej posadce i całą rodziną zjadali pierwszy posiłek. Na śniadanie nie mogło zabraknąć świeżo upieczonego chleba smarowanego miodem, miski soczewicy z czosnkiem, ogórkiem i cebulą. Do tego kubek koziego lub owczego mleka. Potem wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć.

Mężczyźni przeciskali się w zaduchu ciasnymi, tłocznymi uliczkami miasta, żeby zdążyć na czas do warsztatów rzemieślniczych. Inni na targu rozstawiali kupieckie kramy. A najbiedniejsi zmierzali za mury miasta do pracy w okolicznych kamieniołomach. Kobiety zaś doglądały domostwa.

Ale tego dnia Jerozolima wyglądała zupełnie inaczej.

Habakuk szedł przez opustoszałe miasto, z przerażeniem spoglądając na zniszczenia, których dokonała wojna. Chłopiec miał czarne włosy kaskadą opadające na ramiona, duże brązowe oczy, w których dostrzec można było niezwykłą łagodność, ale i ciekawość świata. Liczył sobie zaledwie dwanaście lat i nie zdążył poznać świata, z całym bagażem jego okrucieństw. Dotąd zawsze miał dach nad głową i nigdy nie był głodny.

Pochodził ze średnio zamożnej rodziny hebrajskiej od pokoleń trudniącej się handlem. Ojciec Habakuka przywoził z odległego Ofiru mirrę, drewno sandałowe, olejki z krzewu balsamowego, sproszkowaną korę cyprysową i inne wonności. W całym Królestwie Judy nie było kupca, który lepiej znał się na pachnidłach. Tak wiele dla niego znaczyły, że nawet swemu pierworodnemu dał imię oznaczające bazylię w języku chaldejskim.

Rodzice Habakuka długo czekali na syna. Po pięciu córkach, które zdążyły już dorosnąć i wyjść za mąż, Jahwe wreszcie obdarzył ich męskim potomkiem. I jak to zazwyczaj bywa, gdy na świat przychodzi wymarzone dziecko, chłopiec stał się oczkiem w głowie rodziców. Ojciec nieprzyzwoicie go rozpieszczał, a matka niczym jastrzębica, która polując, jest krwiożerczą bestią, lecz ze wszystkich ptaków najbardziej troszczy się o pisklęta, strzegła go przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Ale w tych ciężkich czasach matczyna miłość mogła nie wystarczyć.

Babilończycy oblegali Jerozolimę już ósmy miesiąc. Wojska króla Nabuchodonozora zacisnęły krąg wokół miasta. Dzień w dzień machiny oblężnicze ciskały głazy, nadkruszając potężne mury, łucznicy słali chmary płonących strzał, wzniecając pożary i panikę, zbrojni tłukli w bramy taranami. Od czasu do czasu powstawały wyłomy, w których zaraz pojawiali się wojownicy w stożkowych hełmach. Uzbrojeni w długie włócznie z dwoma grotami dokonywali krwawej rzezi wśród obrońców. Jednakże Hebrajczycy, chociaż nie byli tak wyśmienicie uzbrojeni i ustępowali w sztuce wojennej zaprawionym w boju żołnierzom babilońskim, dzielnie stawiali im czoło. Bronili przecież własnych rodzin. Dobrze wiedzieli, że gdy wróg wkroczy do miasta, nie okaże im litości.

Ale czego nie dokonały wojska Nabuchodonozora, uczyniły głód i zaraza. W wyniku długiego oblężenia brakowało wszystkiego. A przede wszystkim jedzenia. Doszło do tego, że matki zjadały własne dzieci, które zmarły z wycieńczenia lub choroby. Na ulicach zalegało tyle trupów, że nie nadążano z ich grzebaniem. Wszędzie unosił się swąd spalenizny i dym z dogasających pożarów.

Habakuk przeciskał się między przewróconymi kramami, zniszczonymi wozami i ruinami okazałych niegdyś budynków. Przeskakiwał nad obalonymi belkami, szczątkami glinianych naczyń i ludzkimi trupami. Od czasu do czasu natykał się na zwęglone ciała pozostawione w pogorzeliskach. Wówczas szybko odwracał wzrok.

Wtem spostrzegł dziewczynkę. Mogła być w jego wieku lub trochę młodsza. Siedziała oparta o jedyną ocalałą ścianę domu, w którym zapewne mieszkała. Wydawało się, że odpoczywa. Nosiła lniany sadin, tak brudny, że nie sposób było rozpoznać koloru szaty. Na głowie nie miała chusty i wiatr rozwiewał jej bujne włosy koloru kory figowca. Spoglądała gdzieś w dal, na wschód, gdzie według legendy znajdował się Eden, jakby wypatrywała tam nadziei na lepsze jutro.

Dziewczyna w jej wieku nie powinna samotnie przebywać na ulicach Jerozolimy. Tym bardziej w czas wojennej zawieruchy. Babilończycy w każdej chwili mogli wedrzeć się do miasta, a wówczas jej los byłby przesądzony.

Habakuk zawołał do niej, pytając, czy potrzebuje pomocy. Nie odpowiedziała. Chłopak zmarszczył czoło i zaniepokojony ruszył ku niej. Nie zwróciła na niego uwagi. W połowie drogi zrozumiał, że coś jest nie tak.

Gdy stanął przed nią, zadziwiła go jej uroda. Twarz o delikatnych rysach, teraz wymizerowana i blada, ale wciąż piękna, łabędzia szyja, na którą niesfornie opadały kosmyki włosów, i duże, brązowe oczy. Oczy wypełnione pustką.

I Habakuk już wiedział, że nigdy z nią nie porozmawia, nie ujrzy uśmiechu na jej ustach, nie pozna jej zwyczajów i nie dowie się, jaka ona jest. Dziewczynka nie żyła co najmniej dobę. Pewnie umarła z głodu. Czując zbliżającą się śmierć, wyszła przed dom, żeby po raz ostatni ujrzeć wschód słońca. Czy doczekała świtu? Chłopiec wierzył, że tak. Może z pierwszym blaskiem słońca sam Mojżesz po nią przyszedł, żeby zaprowadzić ją do raju.

Habakuk poczuł, jak łzy spływają mu po policzku. Szybko się odwrócił i zaczął biec. Biegł ile sił w nogach, jakby uciekał od koszmaru wojny. Zastanawiał się, dlaczego bóg Hebrajczyków dopuszcza do takich okrucieństw. Do wojny i śmierci niewinnej dziewczyny, pięknej niczym kwiat, któremu nie dano rozkwitnąć.

Zwolnił, dopiero gdy dotarł pod mury miejskie. W ich cieniu leżeli żołnierze. Jedni próbowali złapać trochę snu, inni modlili się lub siedzieli w milczeniu, czekając na kolejny szturm wroga. Odziani byli w ubrudzone białe tuniki ściągnięte niebieskim pasem, kończące się na wysokości kolan kolorowymi frędzlami. Niektórzy mieli marne pancerze płytkowe, które z łatwością przebiłaby babilońska włócznia.

Dawno minęły czasy zwycięstw Jozuego i Dawida. Hebrajczycy, rozleniwieni dobrobytem i pokojem panującym w Królestwie Judy, zatracili umiejętności walki. Za solidnymi murami Jerozolimy czuli się całkowicie bezpieczni. Mówiono, że miasto obroniłaby załoga złożona wyłącznie z chromych i ślepych. Bywało, że mieszkańcy musieli odpierać ataki samozwańczych królów lub dzikich plemion z pustyni i radzili sobie z nimi bez problemu. Ale nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z tak potężnym wrogiem. Nigdy nie mieli przeciw sobie kogoś takiego jak Nabuchodonozor.

Żołnierze podnosili głowy i zdziwieni przyglądali się chłopakowi, bo niewielu mieszkańców zbliżało się do murów. Byli tu tylko zbrojni. Ale żaden z nich nie zainteresował się, co Habakuk tutaj robi. Nikt mu nie zwrócił uwagi, że znalazł się w niebezpiecznym rejonie, nie zapytał, czy potrzebuje pomocy. Przekonani, że gdy tylko mury Jerozolimy padną, i tak pisana mu śmierć, żołnierze wzruszali ramionami i wracali do swoich zajęć.

Habakuk przez jakiś czas szedł wzdłuż północno-wschodnich murów, po czym skręcił w boczną uliczkę i zaczął się wspinać na wzgórze Moria. Tu nie było już zabudowań. Ścieżka wiodła wśród skał, zielonych krzewów i wydm rudego piachu naniesionego przez pustynny wiatr. Ojciec twierdził, że to właśnie stąd Jahwe zebrał ziemię, z której stworzył Adama. Mówił też, że wzgórze jest nie tylko sercem Jerozolimy, ale i całego świata. Habakuk musiał mu przyznać rację, gdy stanął wreszcie na szczycie i ujrzał świątynię.

Najświętszy przybytek Izraelitów nie wyglądał zbyt okazale. Surowy, prostokątny, bardziej przypominał spichlerz albo portowy magazyn. Miał około sześćdziesięciu kroków długości i dwadzieścia szerokości. Do ścian bocznych i tylnej przylegały trzy zabudowania z pomieszczeniami dla kapłanów i służby. Niemniej świątynia zapierała dech w piersiach. Może to za sprawą najczystszej bieli, jaką została pomalowana? Może dzięki złotym ornamentom, jakimi ją przyozdobiono? A może to świadomość obecności Najwyższego, który tutaj przebywał, jak wierzyli Izraelici?

– Nareszcie jesteś! – Chłopak wzdrygnął się, usłyszawszy chropowaty, rozgniewany głos nad swoim uchem. – Czekam na ciebie od świtu.

Habakuk już chciał coś powiedzieć na usprawiedliwienie, zełgać, jak to musiał z rana pomóc ojcu, ale spojrzawszy w surowe oblicze proroka Jeremiasza, zrozumiał, że ten rozpozna każde kłamstwo. Spurpurowiał na twarzy i zdołał tylko wydukać przeprosiny.

Mężczyzna okryty był zgrzebnym płaszczem pustelnika, przepasany sznurem i chociaż nie miał więcej niż sześćdziesiąt lat, już podpierał się kosturem. Jego twarz okalała gęsta broda, lecz dało się zauważyć głębokie bruzdy na policzkach. Wiecznie zmarszczone czoło i roziskrzone oczy nadawały mu groźny wygląd. Ale Habakuk nie bał się. Służył mu już od roku i wiedział, że w głębi serca to dobry człowiek.

Jeremiasz przez chwilę spoglądał na chłopaka z dezaprobatą, po czym pokręcił głową i straciwszy nim zainteresowanie, przeniósł spojrzenie na równinę otaczającą miasto. Ze wzgórza roztaczał się widok na całą okolicę i jak na dłoni widać było wojska babilońskie szykujące się do kolejnego szturmu. Aż po horyzont roiło się od machin oblężniczych, rydwanów bojowych, drewnianych taranów ciągniętych przez woły i zbrojnych niosących drabiny.

– Dzisiaj runą mury Jerozolimy – rzekł z przekonaniem.

Habakuk spojrzał na niego niedowierzająco. Chociaż słowa proroka zazwyczaj się sprawdzały, tym razem nie dał im wiary. Przecież miasto przetrwało już pół roku oblężenia, wojownicy odpierali ataki, a wody starczy jeszcze na kilka miesięcy. Dlaczego akurat dzisiaj miałoby dojść do klęski?

– Babilończycy uczynią wyłom w murze i wedrą się do środka. – Jeremiasz przymknął oczy i mówił nawiedzonym głosem. – A wówczas rozpocznie się krwawa rzeź. Rozjuszeni zdobywcy zaczną mordować, grabić, gwałcić i palić. Miasto Dawida obróci się wniwecz. Ze świątyni i pałacu królewskiego pozostaną jeno okopcone gruzy i sterczące kikuty kolumn. Jerozolima zostanie zburzona.

Tym razem chłopak nie miał już żadnych wątpliwości, że prorok wieszczył prawdę. Jeremiasz często ostrzegał mieszkańców przed babilońskim niebezpieczeństwem. W płomiennych mowach błagał rodaków, żeby się opamiętali i nie występowali przeciw Nabuchodonozorowi. W snach widział bowiem, że przyniesie on zagładę całemu Królestwu Judy. Niestety nie posłuchali go. Pewnego razu nawet obrzucili proroka kamieniami i wtrącili do więzienia. Ludzie pokładali nadzieję w sojuszu z Egiptem, ale Nabuchodonozor rozgromił armię faraona i stanął pod murami Jerozolimy.

– Spieszmy się – rzekł zniecierpliwiony Jeremiasz i szybkim krokiem ruszył w stronę świątyni.

Habakuk poszedł za nim. Kilkukrotnie musiał podbiec, żeby nadążyć za świętym mężem, który szedł żwawym krokiem. Chłopak nie zadawał pytań. Wiedział, że i tak nie uzyska żadnej odpowiedzi. Prorok pogrążony był we własnych myślach, a wówczas wszelkie pytania zbywał milczeniem. Zresztą dlaczego miałby się tłumaczyć zwykłemu słudze?

Weszli na główny dziedziniec. Pośrodku stał ołtarz do składania ofiar całopalnych, na którym płonął wieczny ogień. Opodal niego znajdowała się olbrzymia misa wypełniona wodą do obmywania zwierząt ofiarnych. Odlana z brązu, spoczywała na dwunastu wołach z tegoż metalu zwróconych trójkami w cztery strony świata. W czas pokoju było tu mnóstwo mieszkańców i pielgrzymów, którzy przybyli złożyć ofiarę Bogu. Dzisiaj jednak plac był opustoszały.

Gdy tylko pojawili się na dziedzińcu świątyni, z budynku wyszedł arcykapłan w śnieżnobiałej szacie. Potomek Aarona, gdyż tylko oni mogli piastować ten najwyższy urząd, spojrzał z niechęcią na przybyszów. Na pewno nie w smak mu była wizyta proroka. Nie od dziś było wiadomo, że ci dwaj nie darzą się przyjaźnią.

– Czego chcesz, Jeremiaszu? – zapytał bezceremonialnie arcykapłan.

– Już czas – odparł prorok.

Habakuk był przekonany, że opiekun świątyni zaraz wybuchnie śmiechem, jak to często bywało podczas ich konfrontacji, do których dochodziło w czasie zgromadzeń na miejskim placu. Przekomarzali się, krzyczeli na siebie, wyzywali, a niekiedy nawet sobie grozili. Jednakże ku zaskoczeniu chłopaka arcykapłan tylko ciężko westchnął.

– Jesteś pewien? – zapytał.

– Tak – odparł starzec z przekonaniem. – Miałem wizję.

Arcykapłan pokiwał głową. Wyglądało na to, że publicznie nie zgadzał się z Jeremiaszem, ale w głębi serca wiedział, że mówi on prawdę o zagładzie, którą przyniesie Babilon. A może przekonało go oblężenie Jerozolimy?

– A więc to koniec – rzekł rozpaczliwie. – Wszystko stracone.

– Jerozolima upadnie, a nasz naród trafi do niewoli babilońskiej i służyć będzie obcym bogom. Tego już nie zmienimy. Ale możemy ochronić nasz największy skarb. Nie dopuśćmy, żeby dostał się w ręce Nabuchodonozora.

Arcykapłan spojrzał w mroczne wnętrze świątyni.

– Jak chcesz to uczynić?

– Znam pewien sposób.

Strażnik świątyni długo przyglądał się Jeremiaszowi, zastanawiając się, czy może zaufać nawiedzonemu prorokowi. Potem przeniósł spojrzenie na równinę rozciągającą się poza murami miasta. Ujrzał morze babilońskiego wojska podchodzące do murów. W niebo wzbiły się okrzyki bojowe, szczęk oręża i krzyki umierających.

– Zgoda. – Pokiwał głową. – Ja zostanę w świątyni do końca i pewnie tutaj mój żywot dobiegnie kresu. Jednak wyznaczę kogoś, kto ci dopomoże…

– Nie! – zaprotestował Jeremiasz. – Pójdę tylko ja i chłopak. Im mniej osób będzie o tym wiedziało, tym lepiej.

Arcykapłan krytycznie spojrzał na Habakuka, taksując jego mizerną posturę.

– Dacie sobie radę?

– Wszystko w rękach Boga – odparł prorok. – Spieszmy się!

Habakuk poczuł żal. Nagle sobie uświadomił, że już nigdy nie zobaczy ojca i matki. Właśnie miał wstąpić na ścieżkę, z której nie ma odwrotu. Nie wahał się jednak ani chwili. Ruszył za Jeremiaszem.

Jego los został przesądzony.

Zamek Montfort, 1228 rok n.e.

Słońce chyliło się już ku zachodowi i mrok spowijał okoliczne wzgórza, gdy strażnicy przy głównej bramie zamku dostrzegli samotnego jeźdźca pędzącego wprost na nich. Mocniej ścisnęli drzewca włóczni i zmrużyli oczy, próbując wypatrzyć, z kim mają do czynienia. Odetchnęli z ulgą, gdy w młodzieńcu o jasnych, targanych przez wiatr długich włosach rozpoznali Hugona von Salzę, który wracał właśnie z konnej przejażdżki.

Przytulony do grzbietu kasztana galopował traktem, wzbijając kurz. W roziskrzonych oczach, błękitnych niczym morze w słoneczny dzień, widać było radość życia, pogardę dla niebezpieczeństwa i niczym jeszcze nie zmąconą pewność siebie, tak charakterystyczną dla nieopierzonych młodzików.

Nie przejmował się, że w okolicznych lasach widziano Saracenów, których podjazdy coraz śmielej zapuszczały się na ziemie Królestwa Jerozolimskiego. Rycerze z załogi zamku Montfort, którzy do Ziemi Świętej przybyli przed dwudziestu laty z wyprawą krzyżową Ryszarda Lwie Serce i już tutaj zostali, z przekonaniem twierdzili, że muzułmanie szykują się do kolejnej wojny. Według nich pierwszym celem niewiernych będzie położona niedaleko Akka.

Jednakże młodzieńca to nie martwiło. Przeciwnie – marzył o wielkiej bitwie, w której mógłby dowieść męstwa i rycerskiej sprawności. Oczyma wyobraźni widział już siebie w pierwszym szeregu chrześcijańskiego wojska. Nakładał przyłbicę, pochylał kopię i dając wierzchowcowi ostrogę, szarżował na niezliczone zastępy wroga. Powalał Saracenów jednego po drugim, zdobywając szacunek towarzyszy i sławę, która ustami bardów nieść się będzie po królewskich dworach. Nie wątpił w swoją siłę i wojenny kunszt, chociaż nie miał jeszcze okazji utoczyć z przeciwnika krwi, a swoją wiarę opierał na udziale w jednym turnieju rycerskim.

Hugo von Salza przybył do Królestwa Jerozolimskiego zaledwie przed miesiącem, ściągnięty przez brata Hermana – wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego. Wcześniej młodzieniec nie opuszczał rodzinnej Turyngii i wszystko w Ziemi Świętej było dla niego nowe, a co za tym idzie, niezwykle ekscytujące. Zachwycał się pustynnym krajobrazem tak różnym od tego w rodzinnych stronach. Słońce prażyło tu mocniej, powietrze było suche, a rośliny odmienne od europejskich. W miastach panował zgiełk. Roiło się w nich od pielgrzymów oraz kupców przybyłych z najróżniejszych stron świata. I były jeszcze ciemnookie kobiety o oliwkowej skórze, które nie skąpiły swoich wdzięków, jeśli miało się wystarczającą ilość brzęczących monet.

Młodzieniec pogrążony w marzeniach przemknął obok strażników, minął bramę i z impetem wpadł na zamkowy dziedziniec. Z chrzęstem ciężkiej kolczugi gładko zeskoczył z konia i oddał go pod opiekę stajennych.

– Pewnego dnia skręcisz kark – usłyszał przyganę. Głos należał do siwowłosego rycerza o orlim nosie i wodnistych oczach.

– Nie jestem już dzieckiem, Gilbercie – odparł Hugo. – Nie musisz mnie niańczyć.

Nie przekonany mężczyzna pokręcił głową. Młodzieniec roześmiał się i położył dłoń na ramieniu starego rycerza, który służył jego rodzinie już od trzydziestu lat. To on nauczył go władania mieczem, jazdy konnej i obyczaju rycerskiego. Opowiadał Hugonowi o wyprawach wojennych, wielkich bitwach, jak również o dworskiej miłości. Bardziej był mu ojcem niż stary von Salza.

– Co tu się dzieje? – zapytał. Dopiero teraz spostrzegł na dziedzińcu tuzin rycerzy. Rozsiedli się pod murami i czujnie spoglądali na załogę zamku.

– Mamy gości.

– Joannici – stwierdził Hugo, widząc na ich ramionach czarne płaszcze z białym krzyżem.

– To poczet dostojnego Guerina de Montaigu.

– No proszę, proszę… – Na ustach młodego rycerza pojawił się krzywy uśmieszek. – Wielki mistrz zaszczycił nas swoją obecnością.

Wszyscy wiedzieli, że joannici i Krzyżacy nie darzą się wielką sympatią. Co prawda walczyli ramię w ramię przeciw Saracenom, ale gdy tylko działania wojenne ustawały, zaraz brali się za łby, rywalizując o polityczne wpływy w Akce. Często wybuchały między nimi sprzeczki, a nawet dochodziło do rozlewu krwi. Joannici uważali się za lepszych, bo służyli w zakonie o dłuższych tradycjach, natomiast aroganccy Niemcy gardzili wielonarodową hołotą. Nic dziwnego zatem, że wizyta ich wielkiego mistrza w siedzibie Krzyżaków budziła zdziwienie.

– To nie wszystko – rzekł Gilbert, wyciągając dłoń w stronę kuchni. – Spójrz tam.

Młodzieniec otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Na ławie przed budynkiem siedziało kilku kolejnych rycerzy zakonnych, racząc się wiktuałami z kuchni. Oni również nosili białe płaszcze, tylko że z czerwonym krzyżem.

– Templariusze – wyszeptał Hugo. – Wnoszę, że to poczet ich wielkiego mistrza.

– Nie inaczej – odparł Gilbert. – Pierre de Montaigu przybył do nas aż z Jerozolimy.

Los, a raczej knowania rodziny Montaigu sprawiły, że rodzeni bracia stali na czele dwóch najpotężniejszych zakonów rycerskich w Królestwie Jerozolimskim.

– O co tutaj chodzi? – zastanawiał się na głos młody von Salza. Stary rycerz, myśląc, że pytanie skierowane jest do niego, wzruszył ramionami. – Dlaczego joannici i templariusze zjechali nagle do Montfort?

– Przybyli tu na zaproszenie twojego brata.

Hugo von Salza uniósł brew. Tajne spotkanie mistrzów trzech różnych zakonów oznaczało, że szykuje się coś wielkiego. Może nowa wojna przeciw Saracenom, na której można zdobyć bogate łupy i chwałę? – myślał z nadzieją młodzieniec i zaraz pobiegł do kapitularza.

Strażnicy nie chcieli go wpuścić do głównej sali zamku, ale awanturował się tak długo, aż uchyliły się dębowe drzwi i stanął w nich rozzłoszczony Herman von Salza. Wielki mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie był postawnym mężczyzną o smutnych oczach i wiecznie zmarszczonym czole. I chociaż liczył sobie niecałe czterdzieści lat, miał już całkiem siwą brodę i sieć głębokich zmarszczek na twarzy. Wyglądało to tak, jakby na jego obliczu uwypukliły się wszystkie troski i zmartwienia. A miał ich niemało.

Zakon krzyżacki powstał zaledwie dwadzieścia lat wcześniej podczas trzeciej krucjaty. Na prośbę mieszczan z Bremy i Lubeki niemieccy rycerze krzyżowi założyli bractwo mające sprawować opiekę nad rannymi i chorymi Niemcami, gdyż powstałe wcześniej zakony rycerskie, mimo że powinny opiekować się wszystkimi krzyżowcami, przede wszystkim troszczyły się o rodaków. Po zdobyciu Akki papież usankcjonował istnienie bractwa i przyznał mu rozległe dobra wokół miasta. Wśród nich zamek Montfort, w którym mieściła się siedziba zakonu.

Krzyżacy jednak ustępowali innym bractwom rycerskim. Słabi i nieliczni nie mieli praktycznie żadnych politycznych wpływów w Ziemi Świętej. Dopiero za sprawą Hermana von Salza zakon zaczynał zyskiwać na znaczeniu. Przed objęciem przez niego władzy Krzyżacy nie mogli nawet wystawić dziesięciu rycerzy w pełnej zbroi, teraz zaś stać ich było na całą chorągiew. A to wszystko dzięki Hermanowi, który okazał się wybitnym politykiem, zręcznym dyplomatą i dalekowzrocznym przywódcą.

Hugo dumny był z brata, który potrafił wyjednać u papieża i cesarza odpowiednie przywileje oraz majątki. I to nie tylko w Królestwie Jerozolimskim. Dzięki różnym nadaniom zakon zyskał liczne posiadłości na terenie Włoch i Niemiec. Konwenty krzyżackie powstawały jeden za drugim, a dotacje płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Herman von Salza zdawał sobie jednak sprawę, że muzułmański Wschód interesował panów feudalnych i kupców niemieckich dopóty, dopóki stwarzał szansę zdobyczy terytorialnych i rozwoju handlu. Jednakże panowanie chrześcijan się kończyło, wojska Saracenów poczynały sobie coraz śmielej i zainteresowanie sprawą Ziemi Świętej wygasało.

Rycerstwo niemieckie nadal chętnie walczyłoby w obronie wiary, ale już nie na odległym Wschodzie, lecz w krajach Słowian. Zamiast bronić pustynnych piasków, woleliby zdobywać żyzne ziemie, brać niewolników i obfite łupy. Łatwiej było o to w Europie, z bliskim wsparciem z Rzeszy. Herman von Salza planował stworzyć tam silne państwo zakonne i w ostatnim czasie na tym właśnie celu skupiał wszystkie swe działania. Sprawy Królestwa Jerozolimskiego coraz mniej go zajmowały, więc tym bardziej dziwne to było spotkanie.

– Dobrze, że jesteś, Hugonie – rzekł Herman. – Miałem właśnie po ciebie posłać.

Otworzył szerzej drzwi, zapraszając brata do środka. Młody rycerz spodziewał się, że zastanie przywódców zakonów w gorączce planujących wielką ofensywę przeciwko niewiernym, tymczasem bracia de Montaigu, wygodnie rozparci na siedziskach, popijali wino ze zdobionych kielichów, które niegdyś w dowód uznania za szturm na Damiettę przysłał Krzyżakom król Cypru. Od razu dało się zauważyć rodzinne podobieństwo. Obaj mieli orle nosy, wysokie czoła i bystre niebieskie oczy, którymi taksowali młodzieńca.

Hugo stanął przed nimi, ukłonił się i wyrzekł zwyczajową formułę powitania. Zakonnicy odpowiedzieli tylko skinieniem głowy. Nie przestawali się w niego uważnie wpatrywać. Jakby go oceniali. Rycerz z Turyngii poczuł się niepewnie. Opuścił głowę i zaczął niespokojnie przestępować z nogi na nogę. Teraz żałował, że przyszedł do kapitularza. Trzeba było przeczekać spotkanie w swojej komnacie i nie przeszkadzać w naradzie. Jednakże młodzieńcza ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem.

Zaraz jednak Hugo przypomniał sobie, że Herman sam zamierzał go wezwać. Może chciał z nim omówić plany wojenne? Zapytać go o radę? Wyprostował się dumnie, wolny od refleksji, o cóż to najbardziej wpływowi ludzie w tej części świata mogliby pytać gołowąsa, który dopiero niedawno przybył do Ziemi Świętej.

– To on? – zapytał starszy Montaigu, który przewodził joannitom.

Hugo poczuł, że ciarki przechodzą mu po plecach. W głosie zakonnego dostojnika było coś niepokojącego.

– Tak, Guerinie – odparł Herman von Salza.

– To nieopierzony młodzik! – parsknął Pierre de Montaigu. – Nie podoła temu zadaniu.

Hugo poczerwieniał ze złości. Już chciał odpowiedzieć templariuszowi, że chociaż liczy sobie ledwie dwadzieścia wiosen, to na odwadze mu nie zbywa, a i w mieczu wyćwiczony, o czym wielki mistrz może się przekonać, stając z nim na ubitej ziemi, gdy Herman, widząc jego wzburzenie, położył mu dłoń na ramieniu.

– Został wybrany – rzekł.

Zdziwiony Hugo spojrzał na brata. Nagle uszła z niego cała złość. Pozostało zaciekawienie i ukłucie lekkiego strachu. Na usta cisnęło mu się tysiące pytań. Do czego został wybrany? Przez kogo? Co ma uczynić? Milczał jednak, czując, że odpowiedź nie będzie łatwa do zaakceptowania. Wiedział, że gdy ją usłyszy, już nic nie będzie takie samo. Świat, który znał, zawali się i będzie musiał go sobie układać na nowo.

Zapadła głucha cisza. Mistrzowie trzech zakonów uważnie mu się przyglądali. Templariusz kręcił głową, joannita w zadumie gładził brodę, a Krzyżak z dumą i nadzieją spoglądał na brata. Wyglądało na to, że tylko on jeden wierzy w Hugona.

Wreszcie Guerin de Montaigu poruszył się na siedzisku, wzniósł oczy ku górze i rzekł:

– Jeśli taka jest wola Opatrzności, winniśmy ją uszanować.

– Nie podoba mi się, że tak ważną sprawę powierzamy pisklęciu, które ledwie opuściło gniazdo – dodał jego brat, mrużąc oczy. – Jednakże niezbadane są wyroki Pana naszego i ścieżki, jakimi wędruje Jego mądrość.

Herman von Salza pokiwał głową.

– Musimy mieć wiarę i nadzieję w sercu.

Zniecierpliwiony Hugo nie mógł dłużej wytrzymać niepewności.

– Czy ktoś mi wreszcie rzeknie, o co tutaj chodzi?

Gdańsk, 2016 rok n.e.

W mieszkaniu na dziewiątym piętrze stojącego tuż nad morzem wieżowca panowała cisza, którą przerywały tylko miarowe uderzenia opuszków palców o klawiaturę komputera. Wydawać by się mogło, że to jedyny dźwięk na świecie rozbrzmiewający tego ponurego listopadowego wieczoru. Ale wcale tak nie było. Za oknami świszczał wiatr – zapowiedź zbliżającego się sztormu.

Gdyby tylko mężczyzna siedzący przy biurku wyjrzał na zewnątrz, zobaczyłby rozświetloną nadmorską promenadę, rozkołysane gałęzie drzew, spacerujące zakochane pary, szczekające psy puszczone ze smyczy, roześmianych młodych ludzi okupujących ławki i palących papierosy w tajemnicy przed rodzicami. W oddali zaś dostrzegłby światła statków stojących na redzie gdańskiego portu, rozbujane przez wzbierające fale. Lecz on całą uwagę skupiał jedynie na ekranie laptopa.

Mężczyzna miał czterdzieści dwa lata, ale wyglądał najwyżej na trzydzieści. W jasnych, potarganych włosach próżno było szukać oznak siwizny, na twarzy bruzd charakterystycznych dla ludzi, którzy niejedno w życiu już wycierpieli, a delikatne zmarszczki w kącikach ciemnoniebieskich oczu tylko dodawały mu uroku. Niewątpliwie cieszył się powodzeniem u kobiet.

Wiatr się wzmagał. Mężczyzna pisał coraz szybciej i szybciej, jakby był w jakimś przedziwnym transie. Palce śmigały po klawiaturze, wzrok przeskakiwał ze zdania na zdanie, które na ekranie pojawiały się w ekspresowym tempie. Od czasu do czasu marszczył czoło, wstrzymywał pisanie, szukając odpowiedniego słowa, ale po chwili już uśmiechał się zadowolony i kontynuował swoje dzieło.

Na biurku, tuż obok laptopa, stał pełen kubek z kawą. Musiał tak stać już dosyć długo, bo aromat się ulotnił. Zaabsorbowany mężczyzna nawet jej nie skosztował. Co prawda kilka razy po nią sięgał, ale wówczas nagle do głowy przychodziła mu jakaś myśl, którą trzeba było natychmiast utrwalić, żeby nie uciekła w niebyt, i odstawiał kubek na miejsce.

Wiatr się wzmagał. Gwizdał w szparach okiennych ram, akompaniując monotonnemu stukaniu w klawiaturę. Na promenadzie uginały się najgrubsze konary, spacerujące pary czmychnęły do domów, podobnie jak właściciele psów ze swoimi zwierzakami. Tylko rozbawiona młodzież wciąż siedziała na ławkach, wierząc, że nic złego nie może jej spotkać. W oddali morze nie szumiało już kojąco i łagodnie, lecz gniewnie pomrukiwało, jakby budziło się z nieprzyjemnego snu. Światła statków stojących na redzie pojawiały się i znikały rozkołysane w obłędnym tańcu. Na falach tworzyły się gęste białe grzebienie. Woda wdzierała się w głąb lądu, zalewając gdańską plażę.

Pochłonięty pracą mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z szaleństwa żywiołów. Co prawda wzdrygnął się dwukrotnie, słysząc gwizd wiatru, ale był to odruch, instynktowna atawistyczna reakcja na zagrożenie odziedziczona po praprzodkach, którzy pozbawieni solidnych mieszkań, mieli pełne prawo obawiać się groźnej natury. Ale jego świadomość nawet tego nie zarejestrowała. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że nawet Apokalipsa nie zdołałaby oderwać go od komputera.

Nagle uśmiechnął się szeroko i triumfalnie pstryknął palcami. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem ostatni akapit, poprawił literówki, zmienił szyk kilku słów i z zadowoleniem pokiwał głową, sam sobie gratulując dobrze wykonanej pracy. Następnie powoli, celebrując i napawając się tą chwilą, napisał wielkimi literami słowo KONIEC.

Zadowolony odchylił się w fotelu i jeszcze przez jakiś czas kontemplował tekst. Na jego twarzy można było dostrzec satysfakcję i specyficzną nostalgię, która pojawia się, gdy kończy się jakiś etap w życiu. A tak właśnie było w tym wypadku.

Skończył pisać książkę, nad którą pracował cały rok. Wsadził w nią serce, duszę, co niemiara myśli i emocji, które się w nim kotłowały, czasami żonglując na skraju absurdu, starając się nie wypaść poza granice dobrego smaku. A to sztuka niezwykle trudna i wyczerpująca.

Wtem sobie o czymś przypomniał. Wstał od biurka i ruszył do aneksu kuchennego. Tam, w jednej z szafek, trzymał butelkę czerwonego wina czekającą specjalnie na tę okazję. Kupował wino, gdy tylko zaczynał pracę nad nową powieścią, i otwierał po napisaniu ostatniego zdania. Robił to tyle razy, że stało się to już rytuałem.

Uporał się z korkiem, sięgnął do szafki po dwa kieliszki i postawił na blacie. Nagle się zreflektował. Kończąc poprzednią powieść, miał z kim świętować. Teraz był zupełnie sam. Westchnął ciężko i już chciał odstawić jeden z kieliszków do szafki, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Zabrzmiał obco i natrętnie, krusząc niemal absolutną ciszę panującą w mieszkaniu.

Pisarz zamarł w oczekiwaniu. Miał nadzieję, że dźwięk więcej się nie powtórzy, a on będzie mógł spokojnie wrócić do tego, co sobie zaplanował. Pragnął usiąść na kanapie, przymknąć powieki i przez cały wieczór słuchać smooth jazzu, o niczym nie myśląc. Jutro wyśle plik z powieścią do wydawcy, a potem zaczną się działania marketingowe. Spotkania autorskie, rozdawanie autografów na targach książki i udzielanie wywiadów. Dzisiaj jednak chciał mieć święty spokój.

Dzwonek rozległ się ponownie. Mężczyzna i tym razem się nie poruszył. Zmarszczył tylko czoło, jakby miał tym odstraszyć natręta stojącego po drugiej stronie drzwi. Czy był to sąsiad, który chciał pożyczyć wiertarkę, czy akwizytor, który jakimś sposobem zmylił portiera, czy nawet sam dalajlama pragnący osobiście pogratulować mu skończonej powieści – nie miało to najmniejszego znaczenia. Dzisiaj chciał być sam. Zupełnie sam.

Postanowił zignorować nieproszonego gościa, ale dzwonek rozległ się po raz trzeci i tym razem już nie przestawał hałasować. Wył jak opętany, niemiłosiernie gwałcąc uszy i wbijając się niemal do mózgu.

Rozwścieczony mężczyzna odstawił butelkę. Przemierzając korytarz, obiecał sobie, że rozszarpie gołymi rękoma intruza, który ośmielił się zakłócać mu spokój. I to właśnie dzisiaj.

Gwałtownie otworzył drzwi i miał już w ostrych słowach pogonić natręta, gdy zamarł osłupiały. Spodziewał się akwizytora, dozorcy, namolnego sąsiada, który rozpoczynał kolejny remont, świadków Jehowy, może nawet strażaka z wieścią, że w budynku wybuchł pożar, ale na pewno nie pięknej kobiety w wieczorowej sukni.

Jej twarz okalała sięgająca ramion burza czarnych włosów. Delikatne rysy kontrastowały z roziskrzonymi miodowymi oczami gorejącymi dzikim żarem. Na cudownie ukształtowanych ustach błąkał się zalotny uśmiech.

– Marek Burzyński? – spytała.

Oszołomiony, nie mogąc wydusić słowa, skinął głową. Kobieta uśmiechnęła się szerzej, odsłaniając rząd perłowych zębów, płynnie minęła pisarza i w jednej chwili znalazła się w jego mieszkaniu.

Marek bezwiednie zamknął za nią drzwi, zastanawiając się, kimże ona jest. Był pewien, że nigdy wcześniej jej nie widział. Kogoś takiego nie sposób zapomnieć. A może to jakaś fanka? – myślał gorączkowo. Był w miarę popularny. Dwie z jego książek znalazły się w rankingu najlepszych powieści roku. Miewał spotkania autorskie w bibliotekach i księgarniach, uczestniczył w panelach dyskusyjnych na targach literackich, czasami zapraszano go do radia i telewizji. Ale to nie ten kaliber popularności co w wypadku aktorów i piosenkarzy. Na pewno nie był żadnym celebrytą.

A może to prostytutka? – zgadywał dalej. Może wynajął ją któryś z jego kumpli, zawsze skorych do żartów? Jednak jej szyk, dumna postawa, ruchy pełne gracji świadczyły, że nie może być zwykłą dziwką. A na luksusowe żadnego z jego przyjaciół nie było stać.

Kobieta uważnie rozglądała się po mieszkaniu. Przez chwilę przypatrywała się z bliska reprodukcjom obrazów Ernsta i Duchampa, których Burzyński bardzo sobie cenił, ale widocznie dadaistyczne wizje do niej nie przemawiały, bo skrzywiła się i podeszła do biblioteczki. Przy niej zatrzymała się dłużej. Dotykała palcem grzbietów książek, szeptem odczytując ich tytuły. Zdawały się bardziej ją ciekawić niż jego reprodukcje. Następnie podeszła do okien i opuściła żaluzje.

– Kim pani jest? – wreszcie wykrztusił Burzyński. – I po co pani przyszła?

Kobieta popatrzyła na niego, ale w jej oczach nie sposób było nic wyczytać. Markowi wydawało się, że spogląda w otchłań studni lub czarną dziurę, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością i przyszłością.

– Czego chcesz? – spytał i zaraz sobie uświadomił, że zagrzmiał zbyt obcesowo, więc dodał już łagodniej: – Proszę mi wybaczyć, ale nie spodziewałem się gości.

– Czyżby? – Kobieta lekko uniosła brew, spoglądając znacząco na butelkę wina i dwa kieliszki stojące na kuchennym blacie.

Marek machnął ręką. Nie miał ochoty tłumaczyć się z pomyłki, a tym bardziej opowiadać o swym zawodzie miłosnym.

Nieznajoma podeszła do kuchennego blatu i bez pytania nalała wina do obu kieliszków. Wzięła jeden ze sobą i ruszyła do pokoju. Wygodnie rozsiadła się na kanapie i założyła nogę na nogę, odsłaniając zgrabne udo w rozcięciu czarnej sukni.

Czuła się jak u siebie w domu, co Marka jeszcze bardziej zezłościło. Ta kobieta miała czelność wtargnąć do jego mieszkania, zakłóciła jego spokój, a teraz pewnie będzie chciała go gdzieś wyciągnąć. Nabrał przekonania, że to jednak jakiś głupi żart przyjaciół. Obiecał sobie, że ten z nich, który wpadł na tak głupi pomysł, gorzko tego pożałuje.

– Posłuchaj mnie uważnie – wycedził, próbując zachować spokój. – Nie wiem, kim jesteś ani kto cię wynajął…

– Wynajął? – Uniosła lekko brew.

Nagle się roześmiała. I nie był to zduszony chichot kobiety, którą coś rozbawiło, ale pilnuje się, żeby tego zbytnio nie okazać. Ani rubaszny rechot, gdy puszczają wszelkie hamulce. Naturalny śmiech nieznajomej zadźwięczał melodyjnie w uszach Marka. W jednej chwili cała złość minęła i pozostało tylko zauroczenie.

– Ty niczego nie rozumiesz? – stwierdziła raczej, niż zapytała.

– Co mam rozumieć?

– Usiądź przy mnie. – Uśmiechnęła się, wskazując mu miejsce na kanapie, jakby to ona była tu gospodarzem. – Wszystko ci opowiem.

Text copyright © by Dariusz Domagalski 2016

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by

REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach:

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor: Grzegorz Jackowski

Projekt, opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Ilustracje kart tarota w książce: © Studio_3321 / Fotolia.com

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Angele Dei, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-738-3

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl