Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Anegdoty i fraszki - Placyd Jankowski

Anegdoty i fraszki doznanej usypiającej własności” to zbiór krótkich humorystycznych utworów opisujących różne zabawne wydarzenia – zarówno z życia osób sławnych, jak i całkiem anonimowych, oraz ich celne, budzące uśmiech wypowiedzi. Niektóre formułują puentę w niemal aforystyczny sposób, co stanowi dodatkowy walor zbioru. Placyd Jankowski (1810–1872) był polskim duchownym (najpierw unickim, a następnie prawosławnym) oraz pisarzem. Debiutował w 1835 roku utworem „Chaos”. Pisywał powieści, szkice, wspomnienia oraz poezje, był ceniony jako humorysta. Używał pseudonimu artystycznego John of Dycalp. Zajmował się także tłumaczeniami z angielskiego, niemieckiego i włoskiego, jako jeden z pierwszych tłumaczył Williama Shakespeare’a. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Anegdoty i fraszki - Placyd Jankowski

Fragment ebooka Anegdoty i fraszki - Placyd Jankowski

Placyd Jankowski

Anegdoty i fraszki

doznanej usypiającej własności przez Komitet Medyczny sprawdzone i aprobowane

Warszawa 2012

[Anegdoty i fraszki]

1

Na poczerniałym, niegdyś różnobarwnym oknie jednej gotyckiej świątyni, dotąd jeszcze daje się czytać następujący napis:

„Ofiara i pamiątka urodzonego Antoniego Grzymałły, rotmistrza kawalerii narodowej, Tutora i opiekuna małoletniego jaśniepana Ignacego Zaremby, stolnikowicza województwa b., uczyniona łącznie z jaśniepanem Ignacym Zarembą, sumptem zaś rzeczonego małoletniego stolnikowicza”.

Dla ocalenia napisu, który z każdym dniem staje się mniej czytelny i dla niejakiego podobieństwa pracy, jaką sobie zadaliśmy do heroicznej ofiary doktora Antoniego Grzymałły: niech nam będzie wolno użyć lego napisu za wstęp do naszej zbieranej drużyny.

2

Skromny śpiewak mówił o sobie: – Już to do dobrego śpiewu to może mi i daleko, ale czuję, że mam mocne piersi i śpiewam nieźle.

– A ja, Adasiu – rzekł mu brat starszy – muszę mieć bardzo słabe piersi, bo zawsze mi się źle robi od twojego śpiewu.

3

– Panie Majstrze! – zawołał żałośnie czeladniczek – wszakże to ja oślepłem! Nie widzę ani odrobiny masła na moim chlebie!

Majster ofuknął gospodynią za zbytnią oszczędność i kazał, aby dodała chłopcu porcję sera.

– Panie Majstrze! – dało się słyszeć znowu.

– Cóż tam jeszcze?

– Już widzę, panie majstrze! Widzę tak dobrze, że mógłbym przez ser przeczytać najdrobniejsze pismo.

4

– Patrzcie tylko państwo jak pilnie Azorek przypatruje się swojemu cieniowi! Co też się to mu zdaje?

– A co Pan rozumie! – rzekł jeden z obecnych. – I psy nie są bez wyobraźni! Ja sam miałem pudla, który raz przez cały tydzień wyobrażał sobie, że jest szpicem!

5

– Ta sentymentalność w pudlu bynajmniej mnie nie dziwi! – odrzekł Pan H. – Jest to zwierzę niepoliczonych zalet. Pudel zna nawet najpiękniejszą z cnót naszych, ludzkość, chociażbym to w nim raczej ośmielił się nazwać psiością, jeślibyście mi państwo dali słowo, że nie wydacie mię przed Panem K. nim ukończy druk swojej najpoprawniejszej Gramatyki. Ale gramatyka na stronę, a rzecz tak się miała. Przed dwoma laty mieszkałem na jednym piętrze i w ościennym sąsiedztwie ze sławnym naszym chirurgiem panem *. Wchodzę raz do niego i zastaję zwijającego się błyskawicznie, jak zwykle, nad operacją. Chciałem wyjść natychmiast, by mu nie zawadzać, ale Pan * dostrzegł mnie i zawołał: „Wróć się, bo musiałeś, jak uważam nie dojrzeć pacjenta”. W rzeczy samej, nie miałem tym razem serca rzucić nawet okiem na smutne poręczowe krzesło, które nazywałem zawsze prokustowem. Jakież było moje zadziwienie, gdym ujrzał najspokojniej siedzącego na krześle białego pudla, któremu nasz doktor zawijał i zamykał w leszczotki złamaną nogę. „Zastałeś mnie nad praktyką zupełnie miłosierną!” – mówił śmiejąc się Pan * – „biedny ten pudel bez niczyjego polecenia, spotkał się ze mną i musiał zapewne upatrzyć w mojej osobie coś niepospolicie doktorskiego, bo na zawołanie przy kulał za mną aż tu na piętro. Musiałem mu oddać moją bolesną usługę, przez samą wdzięczność za okazaną mi ufność. A ty zły człowieku, co tyle wygadujesz na medycynę, powinieneś mi teraz przyrzec, że przynajmniej cały tydzień powstrzymasz się od bluźnienia przeciw naszej archandrii!”. – A jak mi to zaszkodzi? – spytałem tonem pacjentalnym. „To gadaj zdrów sobie, nim kiedyś nie dostaniesz się w moce nasze. Ale podziel się ze mną dobrym uczynkiem i weź tego psa na czas kuracji do siebie. Dobre to też zwierzę i warto, aby się do nas przy wiązało, ale gdzież znów taki jak ja włóczęga przyswoi i zobowiąże sobie choć pudla”. – Rekomendowałem panu zawsze i teraz rekomenduje tyle świetnych... poczekaj, bo doktorze!

Ale chirurg mój już był na ulicy i zaturkotał z Bogiem. Pacjent został przy mnie. Przeegzaminowałem go trochę: osobliwość! Jeśli mu czego brakło, to chyba może jednej tylko łaciny. Gdy go jednak nazwałem prudensem i to przyjął. Zresztą podać i odnieść co tylko kazałem, zawołać chłopca, zbudzić mnie, kiedy zasnąłem nie zgasiwszy świecy – słowem całą pokojową służbę umiał na pamięć. Od pierwszych dni polubiłem go bardzo. Z tym wszystkim, jeżeli mi on z oczu wypatrywał myśli i potrafił wkrótce na podziałce mojego humoru czytać tak, że zdawał się zgadywać jak też mi którego wieczora dopisał referans, to nawzajem mogę sobie oddać świadectwo, że także zajrzałem trochę w głąb tej tajemniczej istoty. Widywałem go nieraz w takim jakimś smutnym i melancholijnym usposobieniu, jak gdyby miał wielkie zgryzoty. Zresztą, myślałem sobie, może też to jest i skutek kuracji, która szła swoją drogą.

Po czterech tygodniach Pan odjął leszczotki, obejrzał chorą nogę zdumiał się nad szybkim procesem zrośnięcia się kości, i powiedziawszy coś z tego powodu na pochwałę natury zwierzęcej, oddał pacjentowi czwartą nogę – do wiadomego użycia. Co też to było skoków, susów, krzyku i radosnego skomlenia! Obtańcowawszy nas obu, prudens w półotwarte drzwi wybiegł na schody i w oka mgnieniu wypadł na ulicę.

– Popędził do Redakcji – rzekłem mojemu doktorowi – aby ci wygotować na piątek uroczyste podziękowanie. Szkoda że nie udał się do któregoś z młodych gojniczych (jak was przepolszczył Przybylski), bo ci mają gotowe już na ten cel aryngi, drukujące się czasem bez wiedzy pacjentów, a niekiedy nawet w imieniu takich osób, których familie od dwóch wieków w naszym kraju wygasły. Z tym wszystkim minął dzień, jeden, drugi: pudla nie ma. Nadszedł wreszcie uprzywilejowany piątek, za nim środa: oboje z Panem wertowaliśmy pilnie dodatki do kuriera, żeby choć słowo o podziękowaniu!

Aż dziesiątego dnia, o godzinie dziewiątej z rana, kiedy razem z Panem * piliśmy herbatę, słyszymy na schodach i wnet pod samymi naszymi drzwiami taką wrzawę, jak gdyby z całej ulicy szewczyki na naszych schodach gotowali się do czubów. Otwieram drzwi niecierpliwie – i cóż Państwo powiecie? Na czele wbiega nasz niewdzięczny prudens, a za nim sztyki, sztyki, ośmiu psów kulawych, ślepych, skoszlawionych, zbolałych – i wszystko to nam do nóg!

– Osiem psów! Co Pan dobrodziej powiadasz! – zawołał młody malarz, mimowolnie powstawszy. –A to wyborny byłby obraz!

– A zapewne! – odpowiedział Pan H. z krwią najzimniejszą.

6

– Dlaczego to w dni radosnych dla kraju obchodów, strzelają z dział sto i jeden raz – a nie sto równo?

– Zda mi się, dlatego – ktoś odpowiedział – że po stu wystrzałach, nic już nie znaczy artylerzystom wystrzelić raz jeszcze, na wiwat!

7

Doktor K. lękał się otyłości. Przeciwnie Pan B., chociaż dobrego był zdrowia, zawsze o coś siebie oskarżał i każdej dobrej tuszy ledwie, że niewidocznie zazdrościł.

Raz, przy obiedzie, doktor K. dał się słyszeć, że wcale nie rad jest z siebie i że chętnie zamieniłby swą kompleksją z Panem B.

– Słuchaj B. – zawołał Kapitan G. do siedzącego nieco opodal Pana B. – Winszuje ci! Wszakże to nasz Doktor chce pozamieniać się z tobą na kompleksję!

I nielitościwy dodał:

– Tak mu już widać obrzydło życie!

8

Gdy Napoleon wjeżdżał do Poznania, tamtejsi żydzi dla różnicy od Polaków i Niemców, wyjechali na spotkanie Cesarza w ubiorach tureckich.

– Nie bój się, Najjaśniejszy Panie! – zawołał jeden srogi basza, przyskakując do cesarskiego pojazdu – to nie Turcy! To wszystko my! Poznańscy żydzi!

9

Znakomity znawca języków starożytnych, pełen dowcipu P. L. Courier, usilnie nakłaniany o zdanie względem nowego przekładu Juvenalisa, odpisał tłumaczowi: „Przekład pański, o ile przekonać się mogłem, zaleca się jak największą wiernością. Wszystkie miejsca niezrozumiałe dla mnie w oryginale, znalazłem takimi zupełnie i w jego tłumaczeniu”.

10

Uważano z zadziwieniem, że znany z nieużytości skąpiec słuchał kazania o miłosierdziu i jałmużnie, z pełnymi łez oczyma.

– Jakże dzisiejsze kazanie? – spytał go ktoś, na wyjściu z kościoła.

– Tak piękne, tak przekonywające, tak czułe, że gotów byłbym od dziś dnia sam prosić jałmużny!

11

Żona znakomitego urzędnika, rzekła raz do żony urzędnika niższego bez porównania:

– Śniłaś się mi dziś Pani!

– Jaśnie Wielmożna Pani tak dobra – odpowiedziała uszczęśliwiona – że mi robi tyle zaszczytu. To owszem, moim powinno było być obowiązkiem...

12

W chwili gdy Fryderyk W. przejeżdżał obok jednej ze szkół Berlińskich, wysypało się na ulicę ze zwykłą wrzawą szubrawstwo i przerwało myśli Monarchy.

– Do szkoły! Próżniaki! – rzekł król niecierpliwie.

– Patrzcie tylko panowie! – zawołał jeden berbeć za odjeżdżającym – a też on nie wie, że skończyły się lekcje? A zdaje się król!

13

Gdy podano wreszcie znamienite stare wino, do którego ciągle podczas obiadu odwoływał się gospodarz, okazało się, że jest kwaśne i nie do picia.

Pomimo to, gospodarz nie przestawał powtarzać, że to jest stare, arcystare wino.

– Tak stare – dodał, wtórując mu niby Pan S. – że aż zdziecinniało!

14

Sławny prezydent Malesherbes, skazany na śmierć przez Robespierra, zachował do ostatniej chwili całą moc ducha. Stanąwszy na dziedzińcu więzienia, gdy już był prowadzony na rusztowanie, rzekł z uśmiechem:

– Zła przepowiednia! Na moim miejscu wróciłby się każdy Rzymianin i przez cały dzień nie wyszedłby z domu.

15

Goethe rozmawiał raz z młodym uczniem jeńskiego uniwersytetu. Nagle wszedł gość nowy. Gospodarz pośpieszył na jego spotkanie, posadził na swoim miejscu na kanapie, obok pierwszego gościa, a sam usiadł na krześle. Uczony jeński ani się ruszył.

– Muszę też panów poznajomić z sobą – rzekł Goethe z uśmiechem – Oto jest Pan L., student z Jeny, a to jego wysokość panujący książę weimarski!

16

O parę stacji od Berlina, wsiadł do dyliżansu młody jakiś jegomość z orderową wstążeczką u fraka i zajął jedyne pozostałe miejsce na przedzie. Po niejakim czasie, powiódłszy raz i drugi badawczym okiem po towarzyszach podróży i upatrując widocznie coś szczególniej potulnego w siedzącym na przeciw siebie niemłodym już człowieku, rzekł do niego:

– Jestem von * wojenno-cywilny urzędnik tutejszego obwodu. Przyznam się Panu, że nie przywykłem nigdy siedzieć na przedzie karety. Proponowałbym zatem zamianę miejsca, a w potrzebnym razie możesz Pan być pewnym, że potrafię to sobie przypomnieć.

W rzeczy samej, wezwany z największą powolnością ustąpił swojego miejsca. W ciągu drogi, urzędnik był bardzo wesół, rozmowny, dotykał wielu rzeczy uczonych i jakby dla wynagrodzenia staruszka, obracał się do niego najczęściej i objaśniał mu w najpopularniejszy sposób różne pytania naukowe. Gdy na koniec dyliżans zatrzymał się w miasteczku *, gdzie wojenno-cywilny urzędnik oświadczył, że pozostanie. Staruszek rzekł do niego z ukłonem:

– Chciej mnie Pan zachować w swojej łasce i pamięci!

– Proszę mi tylko powiedzieć swoje nazwisko! – rzekł urzędnik biorąc się do pugilaresu.

– Aleksander Humboldt.

17

Młody członek francuskiej izby deputowanych zaczął swą mowę od słów:

– Ze wszystkich istot zwierzęcych, najnieszczęśliwszy człowiek.

Ale rzuciwszy okiem po zgromadzeniu, stracił zupełnie śmiałość i uciął.

– Prosimy o wydrukowanie mowy! – dało sic słyszeć w izbie.

– I z portretem autora! – dodał głos inny.

18

Naczelnik jednego zakładu, opuszczając swe miejsce, czytał przygotowaną pożegnalną mowę jednemu z członków tegoż zakładu. Odczytując słowa, którymi żegnał swych pomocników, rzekł do swojego słuchacza:

– Wszystko to inaczej się wyda! Bo ja w tym miejscu będę płakał. Rozumie Pan?

– Nie, tu Pan nie płacz! W tym miejscu my będziemy płakali!

– Więc bardzo dobrze! Kiedy tak, to ja sobie oznaczę to miejsce krzyżykiem i poczekam aż państwo skończycie.

19

– Gorszę się i nie poznaję Pani. Chustka jej była nam dotąd żaglem i kotwicą.

Wiedzieliśmy kiedy zaczynać płakać, kiedy kończyć, a na dzisiejszej tragedii upłakaliśmy się, jestem pewny, w wielu miejscach najfałszywiej: za wszystko to spada odpowiedzialność na Pani albo na tym, kto jej serce zatwardził na dzisiaj.

– Dobry Panie B., jakże mi było płakać, sam osądź, kiedy dziś jeszcze mam być na balu!

20

Zapalacz ulicznych latarni potrącił przypadkiem jakiegoś słusznego cienkiego pana i poplamił mu suknie. Besztany za to ostatnimi słowami, biedny człowiek rzekł spokojnie:

– I Panie! Trochę tłustości ci nie zaszkodzi.

21

Smutna to dla sławy pisarzy niesprawiedliwość jakaś losu, że ich pieśni i książki, chociaż nawet zejdą czasem do klas niższych, to w tym przejściu nigdy nie dochowują imion autorów. Tak, że i w tym razie sprawdza się znamienity wiersz Syllera „iż powinno zaginąć w rzeczywistości, co na zawsze ma żyć w pieśni”.

“Was unsterblich im Gesang soll leben.

Muss im Leben untergehen”.

Szczęśliwy gmin zdaje się nie domyślać nawet, że żyli na świecie, ci nieśmiertelni, natchnieni, których pieśni powtarza albo czyta utwory.

Pan *, autor i tłumacz dzieł wielu (jak niekiedy ze ścisłością dyplomatyczną lubią podpisywać się autorzy), zobaczył raz swojego służącego czytającego pilnie jakąś książkę i nie bez miłego wrażenia, poznał własne dzieło.

– Wiesz przynajmniej, mój Jakubie – zapytał – kto napisał te książkę?

– Wielmożny Pan żartuje sobie ze mnie – odpowiedział czytelnik. – Wszakże to książka drukowana!

22

Co dzień bardziej błękitną mgłą zachodzi w Wilnie słynne niegdyś imię poety witajnika Szurkowskiego. Należał on do tegoż samego zgromadzenia, co i zdolniejszy od niego Baka, ale nie związany żadnymi ślubami, nie podzielił losów oddalającego się zgromadzenia i zachował tylko sobie na pamiątkę jedną opończę, w której zwykle improwizował. Wraz z upływającym czasem stara opończa widocznie zaczęła nie odpowiadać niestarzejącej się wenie poety. Zatem wielbiciele i wielbicielki talentu, pośpieszyli z ofiarowaniem Szurkowskiemu nowej opończy, na której wyszyty był złotem pegaz, w całym biegu. Wdzięczny wieszcz nie składał już odtąd nigdy tej oznaki okazanego mu hołdu.

Znakomity profesor B. położył Szurkowskiemu następujący nagrobek:

„Najmocniejszy z poetów spoczywa w tym grobie:

Kogo Pegaz, on nosił Pegaza na sobie”.

23

Poecie Wesel nastąpił w teatrze jakiś młody człowiek dość mocno na nogę i zawoławszy tylko:

– Oj! – poszedł dalej.

– Posłuchaj Pan – rzekł głośno za odchodzącym Wesel – jeśli mi drugi raz nastąpisz tak na nogę...

– To powinienem przeprosić – przerwał obracając się młodzieniec – a więc bardzo przepraszam!

– Nie, nie to jest – odpowiedział z uśmiechem poeta – ale pamiętaj Pan, że w takim razie do mnie należy, a nie do niego zawołać „oj!”.

24

Młody, wesoły czeladniczek, idąc wieczorem po ulicy, nucił sobie współczesną ulubioną piosenkę, ale w połowie jednej zwrotki, zdradzony widać od pamięci lub może porwany w stronę jakąś nagłą myślą, zatrzymał się i uciekł.

W tej chwili głos jakiś tuż za nim dokończył niedośpiewanej zwrotki.

– Mój Panie! – zawołał chłopak, obracając się z żywością – jeżeli drugi raz spodoba się mu jaka moja piosenka, to proszę ją sobie i zaczynać.

25

Sławny jeden dramaturg francuski siedział raz w teatrze obok jakiegoś wytwornie ubranego młodzieńca. Między pierwszym a drugim aktem, sąsiad, w wyrazach pełnych uszanowania przeprosił go, że śmie przerwać myśli tak znakomitego męża i zaczął się unosić nad pięknościami różnych dzieł jego, które zdawał się znać doskonale. Hołd z taką znajomością rzeczy oddawany, nie mógł być niemiłym. Wkrótce jednak zachmurzyło się nieco czoło dramaturga, gdy młodzieniec ciągle nazywając go jedynym wzorem i wyrocznią, zakończył prośbą o pozwolenie przeczytania mu swojego wodewilu. Odmówić jednak po wysłuchaniu tylu grzeczności było niepodobna.

W oznaczonym czasie, młody autor nie omieszkał się stawić ze sporym zwojem papieru. Ale gospodarz ufał bezpiecznie w swoje sposoby strategiczne, nieraz już z najlepszym powodzeniem używane. Przygotował szklankę wody z cukrem, umieścił się wygodnie w swoim krześle, położył obok siebie zegarek, dał znak, że jest gotów i dla skupienia niby całej uwagi, przymrużył oczy. Strategia w rzeczy samej nie zawiodła go i tym razem. Po pierwszych scenach zasnął snem sprawiedliwego sędziego. Jak długo spał? Nie wiadomo, bo gdy się na koniec obudził wśród głębokiej ciszy i chciał wiedzieć godzinę, nie znalazł ani zegarka, ani autora, ani kosztowniejszych cacek na stoliku, ani nawet srebrnej łyżeczki w szklance. Natomiast na pulpicie, w tym miejscu, gdzie leżał zegarek, była karteczka zapisana ładnym angielskim pismem:

„Młode talenty należy zachęcać, kierować i wspierać, nie zaś obchodzić się z nimi, jakby z jakąś ingrediencją usypiającą – jak to Pan od dawna już masz w nagannym zwyczaju.

P.S. Jeśli się Pan nie doliczysz niektórych dokoła drobnostek, za to zostawiam mu, w chwili jego przebudzenia się, gotową, prześliczną i jak śmiem sobie pochlebiać, wcale nawet nową sytuację do wodewilu”.

26

Młodziutki i najpotulniejszy w świecie saper, kwaterujący w domu żydowskim, rysował spokojnie w swoim pokoju. Nagle otwierają się drzwi i zadyszana gospodyni, najzamożniejsza w tym mieście kupcowa, dźwigając jakąś sporą pakę, prosi go, jak o największą łaskę, o pozwolenie zostawienia na chwilę – chwileczkę, w jego pokoju przyniesionych rzeczy. Po czym, nie czekając pytań ani odmówienia, zostawia pakę i wychodzi.

Nie upływają dwie minuty, daje się słyszeć ruch i zgiełk zwykły w całym domu. Wrzawa zbliża się stopniami ku drzwiom sapera i jakiś głos groźno inkwizycyjny zapytuje:

– A tu co macie?

– Och! Ciszej Pan! Zmiłuj się! – odpowiada przerażona niby gospodyni. – Tu mieszka porucznik od saperów, ale taki straszny gbur i grubianin, że niech Bóg broni! Przechodząc mimo drzwi, my wszyscy musimy zdejmować obuwie: zaraz gotów z pistoletem rzucić się na człowieka, nie uważając kto on będzie taki. Powiadają, że on już wyprawił na tamten świat siedmiu kwartalnych, a raz wystrzelił nawet do samego Horodniczego. Jak napije się herbaty, to nie zna wtedy nikogo przed sobą. A i teraz, ot tylko co, niedawno, człowiek wyniósł od niego samowar. Zobaczcie panowie, że jeszcze musi być gorący.

Słuchając tej cudownej relacji o swoich siedmiu mężobójstwach porucznik polegał od śmiechu.

– Spróbowałby on do mnie wystrzelić! – odezwał się, głos jeden. W pewnym już oddaleniu.

Po tym wszystkim orszak rewizorski przeniósł się szczęśliwie na drugą stronę domu.

27

Mówiono raz o nader względnie małej ludności Litwy.

– Och! Cóż w tym dziwnego – odezwał się Pan S. – proszę tylko policzyć, ile to ludu, co najwyborniejszego ludu, zginęło marnie w jednych witoldowych bojach!

28

Dozorca jednego muzeum, pokazywał między innymi osobliwościami miecz, którym Balaam chciał zabić swoją oślicę.

– Ależ Balaam nie miał przy sobie miecza – zarzucił ktoś z odwiedzających – mówi się tylko, że on chciał mieć miecz na podorędziu.

– Toteż ja Panu i pokazuję ten sam miecz właśnie, którego Balaam chciał wtedy – odpowiedział niezmieszany dozorca.

29

Wolno praktykujący lekarz, człowiek już niemłody, zdawał egzamin na stopień doktora. Po wielu innych pytaniach, kazano mu wyliczać lekarstwa obudzające poty. Kandydat wyliczył ich niemało. Jednak profesorowie nie uznali jeszcze tematu za dostatecznie wyczerpany. Wreszcie Dziekan, chcąc naprowadzić egzaminowanego na stanowczą odpowiedź, zapytał:

– A jeśliby wszystkie wymienione przez pana sposoby nie skutkowały, jakżebyś postąpił z chorym?

– A cóż? – odpowiedział biedny człowiek z widoczną rozpaczą – chyba bym go wziął na egzamin!

30

Samuel Johnson, bez wątpienia jedno z najpiękniejszych imion, których ma tyle szczęśliwa Anglia. W każdej jego myśli, w sposobie jej wydania, w każdym prawie słowie, jakaś patriarchalna godność, prostota, pogląd szlachetny i głęboki. W samej postawie i zwyczajach życia tego znakomitego człowieka, było też wiele patriarchalnego. Raz w Lichfield, miejscu rodzinnym Johnsona, właścicielka tego miejsca, Hrabina L. oczekiwała go z obiadem. Było to w listopadzie, w najprzeraźliwszą angielską słotę. Pora obiadowa dawno już przeszła: oczekiwać dłużej z powodu licznych gości było niepodobna, podano więc obiad – wniesiono potem i herbatę – a Johnsona nie było. Na koniec, gdy już goście rozchodzić się mieli, służący oznajmił Johnsona. Widok jego Wprawił wszystkich w podziwienie. Nadzwyczaj blady, znużony, był cały przemokły i miał jeszcze szmaty śniegu na włosach. Przytomni spoglądali na niego w milczeniu.

– Proszę mi wybaczyć! – rzekł obracając się do gospodyni – dając pani słowo, zapomniałem zupełnie, że dziś 21 listopada. Pani mnie nie rozumie? Opowiem więc wszystko. Niech mi to posłuży za karę. Czterdzieści lat temu, stary, chory mój ojciec rzekł do mnie: „Samuelu! Ja niedomagam, weź mój wózek, jedź do Walstal i wyręcz mnie w sprzedaży książek”. Ja nadęty mą uczonością, którą byłem winien jemu jednemu, nie usłuchałem. Wtedy mój ojciec z dobrocią, o której nie mogę nigdy wspomnieć bez gorzkiego żalu, rzekł, jeszcze: „Samuelu! Bądź dobrym synem, pojedź: dziś dzień targowy, szkoda go utracić”. Ale i te słowa rozbiły się o głupią mą dumę. Na koniec chory starzec sam pojechał. Dzień był tak słotny jak dzisiaj. W tydzień potem – on umarł.

Po tych słowach, Johnson zakrył twarz rękoma i głośno zapłakał: wkrótce jednak przezwyciężył się i mówił dalej:

– Od tego czasu dziś jest lat czterdzieści. W ciągu tych lat przyjeżdżam zawsze na 21 listopada do Lichfield. Drogę, której nie chciałem wtedy przejechać, odbywam teraz piechotą i na czczo: a w Walstal stoję przez cztery godziny na tym miejscu, gdzie mój ojciec przez lat trzydzieści zajmował się sprzedażą książek, z której utrzymywał nas wszystkich. Mój Boże! Już temu lat czterdzieści. Starszy jestem od ojca – i nie mogę umrzeć!

31