Wydawca: The Facto Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Anegdoty dziennikarskie - Maciej Mazur

Na co dzień Maciej Mazur w "Faktach" TVN piętnuje absurdy polskiej rzeczywistości, ale tym razem pod lupę wziął kolegów po fachu i w swoim charakterystycznym stylu opowiada najdziwniejsze, najśmieszniejsze i najbardziej absurdalne historie z życia polskich mediów. Zdradza przed kim i dlaczego Aleksander Kwaśniewski uciekał przez okno po drabinie, jak brzmi Tomasz Lis gdy wydaje mu się, że nikt go nie słyszy, w jakich okolicznościach największe gwiazdy dziennikarstwa puszczały soczyste wiązki na antenie i kto udawał, że jest papieżem. Całkiem zresztą skutecznie. Przy okazji świat dowie się wreszcie, kim jest słynny Rurek - cichy bohater TVN.

Opinie o ebooku Anegdoty dziennikarskie - Maciej Mazur

Fragment ebooka Anegdoty dziennikarskie - Maciej Mazur

The Fac­to bar­dzo dzię­ku­je Ma­rii Bniń­skiej za wspar­cie dla wy­daw­nic­twa.

Pro­jekt okład­ki:

Ka­ta­rzy­na Gin­towt

Zdję­cie wy­ko­rzy­sta­ne na okład­ce:

Krzysz­tof Du­biel

Re­dak­cja, ko­rek­ta i ła­ma­nie:

Aga­ta Mo­ścic­ka

Ber­na­de­ta Le­kacz

Bar­ba­ra Paw­li­kow­ska

ISBN 978-83-61808-33-6

© Co­py­ri­ght by Ma­ciej Ma­zur 2013

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2013

Wy­daw­ca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 War­sza­wa

www.the­fac­to.pl

Dys­try­bu­cja:

DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

www.dic­tum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

KONIEC GRZECZNEJ TELEWIZJI

Maciej Ma­zur, wi­tam Pań­stwa, przed nami fak­ty. Po fak­tach, przed fak­ta­mi i w trak­cie rów­nież. Dziw­ne, śmiesz­ne, nie­ty­po­we, spon­ta­nicz­ne i kla­sycz­ne. Przez po­nad dwa­dzie­ścia lat wol­ne­go pol­skie­go dzien­ni­kar­stwa na­zbie­ra­ło się spo­ro wol­nych żar­tów, ku­rio­zal­nych wpa­dek, nie­spraw­dzo­nych do­nie­sień i nie­praw­do­po­dob­nych hi­sto­rii. Nie­praw­do­po­dob­nych, acz praw­dzi­wych. Więk­szość z tych opo­wie­ści krą­ży w tak zwa­nym śro­do­wi­sku dzien­ni­kar­skim, ale rzad­ko je opusz­cza. Re­dak­to­rzy uwiel­bia­ją bo­wiem ser­wo­wać w me­diach eks­klu­zyw­ne new­sy o in­nych, ale swo­imi do­ko­na­nia­mi ja­koś nie za bar­dzo się chwa­lą – może dla­te­go, że nie­któ­re z nich chwa­ły ra­czej im nie przy­no­szą. W su­mie jed­nak szko­da, bo – w prze­ci­wień­stwie do ar­ty­sty z Rej­su – dzien­ni­ka­rzo­wi zda­rza się być jed­no­cze­śnie twór­cą i two­rzy­wem. I wte­dy do­pie­ro za­czy­na się rejs. Po wzbu­rzo­nych wo­dach pol­skich me­diów. Ahoj, wszy­scy na po­kład, od­bi­ja­my. Po­pły­nie­my da­le­ko. Nie­raz bar­dzo da­le­ko.

LIS POKAZUJE KŁY

Pierw­sza przy­stań to Zbu­czyn. Nie­wiel­ka wieś w po­wie­cie sie­dlec­kim. Prze­bie­ga przez nią dro­ga kra­jo­wa nu­mer dwa, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła raz To­ma­sza Lisa do szew­skiej pa­sji. Za­czy­na­my więc od fak­tów o „Fak­tach”, wia­do­mo: bliż­sza ko­szu­la cia­łu. Hi­sto­ria dzie­je się pod­czas fe­sti­wa­lu pro­te­stów rol­ni­czych w 1999 roku. Dzia­ła­cze Sa­mo­obro­ny blo­ku­ją dro­gi w ca­łej Pol­sce, jed­na z blo­kad sta­je w Zbu­czy­nie. Rol­ni­cy są w bo­jo­wych na­stro­jach, ale sto­jąc tam, na szo­sie do Te­re­spo­la, ra­czej się nie spo­dzie­wa­ją, że nie­chcą­cy na­pi­szą ka­wał hi­sto­rii pol­skich me­diów, jed­ną z naj­chęt­niej po­wta­rza­nych aneg­dot, a przy oka­zji za­pre­zen­tu­ją wi­dzom To­ma­sza Lisa od stro­ny sze­rzej nie­zna­nej.

Blo­ka­dy rol­ni­cze pa­ra­li­żu­ją­ce ruch były tego dnia te­ma­tem nu­mer je­den we wszyst­kich me­diach. Re­dak­cja „Fak­tów” TVN wpa­dła na po­mysł, aby po­ka­zać roz­mach pro­te­stu na świet­nie przy­go­to­wa­nej ma­pie. Plan był ge­nial­ny w swej pro­sto­cie: wy­bie­ra­my naj­więk­sze blo­ka­dy, na­no­si­my je na sieć dróg i go­to­we. Pro­ste? Niby tak, ale…

O go­dzi­nie osiem­na­stej czter­dzie­ści pięć To­masz Lis jak co dzień sia­da na miej­scu pro­wa­dzą­ce­go „Fak­ty”. Dźwię­ko­wiec przy­pi­na mi­kro­fon i od­słuch. Na mo­ni­to­rze obok re­dak­tor ostat­nim rzu­tem oka spraw­dza, czy wszyst­kie przy­go­to­wa­ne ma­te­ria­ły są ta­kie, jak być po­win­ny. Naj­pierw jed­nak pró­ba mi­kro­fo­nu. Sły­chać?

– Do­bra, to ja coś po­wiem z gło­wy… – mówi Lis.

Sły­chać. A na­wet się na­gry­wa. Na­gry­wa się pierw­szy taki prze­bój pol­skie­go in­ter­ne­tu. Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się wła­śnie plan­sza z mapą blo­kad dróg. Pro­wa­dzą­cy pa­trzy na ekran. Pa­trzy, pa­trzy, wy­tę­ża wzrok, twarz mu tę­że­je i na­gle… jak nie huk­nie.

– Li­sta prysz­czy na du­pie po pro­stu! K…! To mają być blo­ka­dy dróg, k…, co to w ogó­le jest?! – Plan­sza naj­wy­raź­niej nie przy­pa­dła do gu­stu. – To cały dzień, k…, ro­bi­li­śmy tę plan­szę, Grze­siu?

Grze­siu to wie­lo­let­ni wy­daw­ca „Fak­tów”, Grze­gorz Ję­drze­jow­ski. Mo­no­lo­gu słu­cha w re­ży­ser­ce.

– Co to jest, k…, Zbu­czyn?! Gdzie jest, k…, na­pi­sa­ne, czy to jest dro­ga kra­jo­wa, lo­kal­na czy ja­kaś?! Skąd ci bied­ni lu­dzie, k…, mają to zro­zu­mieć, bo ja z tego nic nie ro­zu­miem?! Wyp… tę plan­szę, nie ma, k…, tej plan­szy! Z ba­ra­na­mi po pro­stu nie moż­na pra­co­wać! I wyp… mi ten ka­wa­łek z bia­łej. Kon­tak­tu­jesz?! K…, po pro­stu, po pro­stu… Nie mogę tego, k…! Jesz­cze w gra­fi­ce się za­trud­nię kom­pu­te­ro­wej! – Tu prze­mo­wa się ury­wa.

Jesz­cze tyl­ko słów­ko wy­ja­śnie­nia: wspo­mnia­na wy­żej „bia­ła” to za­po­wiedź pre­zen­te­ra. Na­zwa po­cho­dzi z za­mierz­chłych cza­sów Te­le­wi­zji Pol­skiej, kie­dy kart­ki prze­zna­czo­ne do czy­ta­nia na żywo przez pro­wa­dzą­ce­go były w ko­lo­rze bia­łym, te dla lek­to­ra – w ko­lo­rze zie­lo­nym, a tek­sty na­gry­wa­ne przez dzien­ni­ka­rzy (czy­li offy) dru­ko­wa­no na żół­to. A może na ró­żo­wo? Tyle lat mi­nę­ło, kto by pa­mię­tał…

Wła­śnie. Tyle lat mi­nę­ło, wi­dzo­wie o tym na­gra­niu (wciąż błą­ka­ją­cym się po obrze­żach sie­ci) w więk­szo­ści już pew­nie za­po­mnie­li, cho­ciaż w świe­cie dzien­ni­kar­skim stwier­dze­nie „skąd ci bied­ni lu­dzie mają to zro­zu­mieć, bo ja z tego nic nie ro­zu­miem” prze­szło do kla­sy­ki.

PORZĄDEK MUSI BYĆ

Mało kto wcze­śniej znał gwiaz­do­ra wte­dy TVN, a dziś już wszyst­kich in­nych te­le­wi­zji od ta­kiej stro­ny, jesz­cze mniej osób zna ku­li­sy pra­cy w ów­cze­snej re­dak­cji „Fak­tów”. A to do­pie­ro cie­ka­wa hi­sto­ria. Otóż To­masz Lis wszyst­ko miał za­pla­no­wa­ne co do mi­nu­ty.

Go­dzi­na dzie­wią­ta – spo­tka­nie z wy­mie­nio­nym wy­żej Grze­siem, czy­li Grze­go­rzem Ję­drze­jow­skim (jego na­zwi­sko znaj­dzie­cie do dziś w na­pi­sach koń­co­wych „Fak­tów”). Spo­tka­nie od­by­wa­ło się za­wsze w ma­gicz­nym po­ko­ju raz-dwa-trzy, czy­li nu­mer 1.23 w pierw­szej sie­dzi­bie TVN na Au­gu­stów­ce 3. Tam z grub­sza usta­la­ny był szpi­giel, czy­li sce­na­riusz pro­gra­mu – kto i co bę­dzie tego dnia ro­bił oraz w ja­kiej ko­lej­no­ści ma­te­ria­ły po­ja­wią się na an­te­nie.

Go­dzi­na dzie­wią­ta trzy­dzie­ści – ko­le­gium z re­por­te­ra­mi. Wła­sne pro­po­zy­cje dzien­ni­ka­rzy mile wi­dzia­ne, pro­po­zy­cje głu­pie wi­dzia­ne wy­jąt­ko­wo nie­mi­le. Nie­któ­rzy za karę przy­go­to­wy­wa­li póź­niej ma­te­ria­ły o psich ku­pach, inni cały dzień pra­co­wa­li nad czymś, co re­dak­tor z pre­me­dy­ta­cją wy­rzu­cał do ko­sza tuż przed emi­sją pro­gra­mu.

Go­dzi­na dzie­sią­ta – śnia­da­nie w bu­fe­cie na dole. Po śnia­da­niu za­czy­na się dzień pra­cy we­ry­fi­ku­ją­cy cza­sem po­ran­ne za­mie­rze­nia. Re­por­te­rzy ru­sza­ją w te­ren, a pro­wa­dzą­cy do po­ko­ju 1.23 nad­zo­ro­wać sta­ra­nia. Jak się do ko­goś przy­cze­pił – nie było prze­bacz. Pa­weł Płu­ska przy­go­to­wy­wał raz ma­te­riał o le­wi­cy – to było ja­koś tak w koń­ców­ce rzą­dów So­ju­szu Le­wi­cy De­mo­kra­tycz­nej, nie­dłu­go też przed koń­ców­ką rzą­dów Lisa w „Fak­tach”. Szef czy to chciał re­por­te­ro­wi wejść na am­bit, czy też może po pro­stu dbał o naj­wyż­szy po­ziom pre­zen­to­wa­nych ma­te­ria­łów, w każ­dym ra­zie za­ży­czył so­bie set­ki pre­zy­den­ta. Nie cho­dzi­ło oczy­wi­ście o to, aby z Alek­san­drem Kwa­śniew­skim dziab­nąć po ma­lu­chu. Trze­ba było na­grać jego ko­men­tarz. „Set­ka” w slan­gu dzien­ni­ka­rzy te­le­wi­zyj­nych ozna­cza po pro­stu czy­jąś wy­po­wiedź, po­cho­dzi od okre­śle­nia „dźwięk sto pro­cent”, czy­li sama wy­po­wiedź nie­przy­kry­wa­na ko­men­ta­rzem z offu. Szef za­rzą­dził, ale jest pe­wien kło­pot. Pan pre­zy­dent tego dnia nie or­ga­ni­zu­je żad­nej kon­fe­ren­cji, nie wy­jeż­dża w te­ren na spo­tka­nia z na­ro­dem, pra­cu­je so­bie spo­koj­nie w pa­ła­cu. Co ro­bić? Do wie­lu po­li­ty­ków moż­na za­dzwo­nić i po­pro­sić o wy­po­wiedź – zwy­kle nie od­mó­wią – ale do pre­zy­den­ta nie­ste­ty nie. Proś­ba o na­gra­nie zo­sta­wio­na w biu­rze pra­so­wym ra­czej nie przy­nie­sie skut­ku. Z kim jak z kim, ale z pre­zy­den­tem na wy­wiad umó­wić się trze­ba dużo wcze­śniej. Czas leci, pro­wa­dzą­cy co ja­kiś czas do­py­tu­je, czy Kwa­śniew­ski już na­gra­ny, a ko­le­ga Płu­ska w co­raz więk­szych ner­wach. Mija czter­na­sta, pięt­na­sta, szes­na­sta, sie­dem­na­sta. Na­wet je­że­li pre­zy­dent się zgo­dzi, to z na­gra­nia już nici. Re­dak­tor w koń­cu musi prze­ka­zać tę wia­do­mość sze­fo­wi, któ­ry po ry­tu­al­nym po­hu­ki­wa­niu okra­szo­nym wdep­ty­wa­niem w pod­ło­gę, wal­co­wa­niem i pu­blicz­nym prze­cią­ga­niem od­pusz­cza. Wy­star­czy. Po­ka­zał miej­sce w sze­re­gu – tak na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by ko­mu­kol­wiek przez gło­wę prze­szła myśl kwe­stio­no­wa­nia au­to­ry­te­tu sze­fa.

Wróć­my jed­nak do roz­kła­du dnia. Punk­tu­al­nie o trze­ciej po po­łu­dniu Lis za­czy­na pi­sa­nie za­po­wie­dzi ma­te­ria­łów. A co bę­dzie, je­śli sam ma­te­riał wy­glą­da nie­co in­a­czej niż za­po­wia­da­ją­ca go bia­ła? No cóż. Co praw­da bia­ła ma dwa­dzie­ścia pięć se­kund, a ma­te­riał – dwie i pół mi­nu­ty i w ra­zie zmian trze­ba go prze­mon­to­wać, ale oczy­wi­ście zmie­niać bę­dzie­my re­la­cję, a nie za­po­wiedź. To ja­sne jak słoń­ce. Od trze­ciej ci­śnie­nie w re­dak­cji po­wo­li się więc pod­no­si. O szó­stej pro­wa­dzą­cy scho­dzi do cha­rak­te­ry­za­tor­ni, pięt­na­ście mi­nut póź­niej sia­da w stu­diu. Prze­gląd ma­te­ria­łów, Zbu­czyn, za­czy­na się na­krę­ca­nie sie­bie i pod­krę­ca­nie in­nych. Za kwa­drans siód­ma zja­wia się dźwię­ko­wiec i pod­pi­na mi­kro­fon oraz od­słuch. Te­raz już na­wet trud­no się ru­szyć.

– Grze­gorz, te­raz ty trzy­masz za jaja! – Sły­szy wy­daw­ca.

– Trzy, dwa, je­den, je­steś.

– To­masz Lis, „Fak­ty”, wi­tam pań­stwa.

Szef był ostry, co po­twier­dzą też dzien­ni­ka­rze pra­cu­ją­cy z nim póź­niej w Pol­sa­cie, ale wie­dział, cze­go chce. Dzien­nik mu­siał mieć flow, czy­li ko­lej­ne ma­te­ria­ły ja­koś tam się ze sobą za­zę­bia­ły, two­rząc opo­wieść o mi­ja­ją­cym dniu. Mia­ło to oczy­wi­ście do­bre stro­ny, ale tak­że jed­ną złą. Wy­star­czy­ło, aby je­den frag­ment wy­padł, a cała kon­struk­cja się wa­li­ła. Tak obe­rwał John Glenn, naj­star­szy ame­ry­kań­ski astro­nau­ta, któ­ry 29 paź­dzier­ni­ka 1998 roku po­le­ciał w ko­smos w wie­ku sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu lat.

Pro­gram był uło­żo­ny pod nie­go, co ni­ko­go nie dzi­wi­ło, po­nie­waż To­masz Lis ko­chał wy­da­rze­nia ame­ry­kań­skie. No ale nie samą Ame­ry­ką Pol­ska stoi, więc w „Fak­tach” były też inne fak­ty, lo­kal­ne. Zbli­ża się dzie­więt­na­sta. Lis już pod­pię­ty, znów oglą­da efek­ty pra­cy re­por­te­rów i znów nie wie­dząc o tym, sta­je się gwiaz­dą ko­lej­ne­go prze­bo­ju racz­ku­ją­ce­go in­ter­ne­tu. Je­den z ma­te­ria­łów się spóź­nia. Przy­go­to­wu­ją­ca go re­por­ter­ka nie zdą­ży zmon­to­wać re­la­cji i ta nie wej­dzie już do pro­gra­mu. Ka­ta­stro­fa wiel­ko­ści Chal­len­ge­ra. Cały flow się za­ła­mał. Pro­wa­dzą­cy znów daje upust ener­gii, sy­tu­ację opi­su­jąc: „No i wyp… nam w ko­smos dzien­nik, ra­zem z pier… Joh­nem Glen­nem!”. Dru­ga część stwier­dze­nia po la­tach od­le­cia­ła w prze­strzeń za­po­mnie­nia, pierw­sza tra­fi­ła do wiel­kiej księ­gi dzien­ni­kar­skich zło­tych my­śli i jako cy­tat z kla­sy­ka w po­dob­nych sy­tu­acjach uży­wa­na jest do dziś. Zresz­tą Lis w „Fak­tach” zo­stał do dziś. Wła­ści­wie to lis pi­sa­ny małą li­te­rą. Wy­pcha­ne, szcze­rzą­ce kły by­dlę. Stoi so­bie nie­co przy­ku­rzo­ne na sza­fie i nadal z wy­so­ko­ści do­glą­da pra­cy re­por­te­rów, jak gdy­by gro­zi­ło: pa­mię­taj­cie o Zbu­czy­nie!

CIEMNOŚĆ WIDZĘ

A po­tem na­stał rok 2006. Dwa lata po tym jak Lis stra­cił pra­cę w „Fak­tach”, ste­ry fla­go­we­go okrę­tu TVN prze­jął nowy ka­pi­tan, Ka­mil Dur­czok. Przy­szedł dłu­gi ma­jo­wy week­end i dłu­go ocze­ki­wa­ny de­biut na an­te­nie.

Pierw­szy dzień pra­cy w no­wym miej­scu czło­wiek zwy­kle pa­mię­ta dłu­go, zwłasz­cza gdy czło­wie­kiem jest te­le­wi­zyj­na gwiaz­da, a no­wym miej­scem pra­cy – czo­ło­wy pro­gram in­for­ma­cyj­ny. Jak więc mo­że­cie się do­my­ślać, re­dak­tor Dur­czok do­sko­na­le pa­mię­ta pierw­szy dzień pra­cy w TVN. Dzien­nik wy­szedł pierw­sza kla­sa: z przy­tu­pem, śmi­głow­cem, żywy i barw­ny. Ale dzień dru­gi? Ten zwy­kle umy­ka gdzieś w na­tło­ku wy­da­rzeń. Zwy­kle, bo w przy­pad­ku re­dak­to­ra na­czel­ne­go „Fak­tów” nie dość, że nie umknął, to jesz­cze w pa­mię­ci na­sze­go bo­ha­te­ra przy­ćmił nie­co dzień pierw­szy.

Był 2 maja 2006 roku. Po pierw­szym wy­da­niu z no­wym pro­wa­dzą­cym moż­na było otwie­rać szam­pa­ny, po wy­da­niu dru­gim na­le­ża­ło ra­czej się­gnąć po coś moc­niej­sze­go, aby uko­ić ner­wy. Dzień się za­czął nor­mal­nie. Wszyst­ko było po­ukła­da­ne i szło jak z płat­ka. Nie mo­gło być in­a­czej, w koń­cu pół Pol­ski (w tym cała kon­ku­ren­cja) o go­dzi­nie dzie­więt­na­stej bę­dzie ob­ser­wo­wać, jak tam no­we­mu pro­wa­dzą­ce­mu pój­dzie. Ten już wszedł do stu­dia, usiadł za biur­kiem, pod­piął mi­kro­fo­ny i cze­ka na czo­łów­kę pro­gra­mu. W re­ży­ser­ce nad wszyst­kim czu­wa nie­oce­nio­ny Grze­gorz Ję­drze­jow­ski – ten sam, któ­ry la­ta­mi współ­pra­co­wał z To­ma­szem Li­sem, trzy­mał za jaja, prze­żył Zbu­czyn i Joh­na Glen­na, czy­li nic nie po­win­no go za­sko­czyć. A jed­nak. Pięć mi­nut przed an­te­ną od­zy­wa się do re­dak­to­ra pro­wa­dzą­ce­go:

– Nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć… ale wszyst­ko sia­dło. Nic nie mamy. Padł ser­wer emi­syj­ny. Pra­cu­je­my nad tym.

„No pięk­nie – my­śli so­bie Dur­czok. – W dru­gim dniu mo­jej pra­cy w TVN pierw­szy raz w swo­jej hi­sto­rii »Fak­ty« nie uka­żą się na an­te­nie… Cud­nie”.

– Pra­cu­je­my nad tym, wciąż pra­cu­je­my – za­pew­nia w słu­chaw­ce głos wy­daw­cy, a ze­gar po­ka­zu­je osiem­na­stą pięć­dzie­siąt dzie­więć. – Już za chwi­lę coś chy­ba po­win­ni­śmy pu­ścić.

„Ja­sne – my­śli da­lej pro­wa­dzą­cy. – Już wi­dzę ko­men­ta­rze życz­li­wych wi­dzów. Dur­czok przy­szedł do TVN i od razu za­mknął biz­nes”.

– Słu­chaj, jest suk­ces! Pod­nie­śli­śmy czwór­kę – kil­ka se­kund przed siód­mą mówi Ję­drze­jow­ski. – Star­tu­je­my i ja­koś to bę­dzie!

Z ma­łym opóź­nie­niem za­czy­na się pro­gram. Od ma­te­ria­łu za­pla­no­wa­ne­go na po­zy­cji czwar­tej. Po­tem leci ten, co miał być trze­ci. Ser­wer emi­syj­ny od­zy­sku­je ży­cie, a ma­sko­wa­na make-upem twarz pro­wa­dzą­ce­go – ko­lor. Uda­je się w koń­cu też wy­emi­to­wać re­la­cję, któ­ra mia­ła otwie­rać „Fak­ty”. Nie dało się jed­nak wy­pu­ścić wszyst­kie­go. Spóź­nio­ny i skró­co­ny pro­gram do­cie­ra w koń­cu do mety. Lecą na­pi­sy koń­co­we, leci pot z czo­ła, w te kil­ka­na­ście mi­nut dru­gie­go maja po­le­ciał też ja­kiś do­dat­ko­wy rok z ży­cia Ka­mi­la Dur­czo­ka.

RURKU!

Ja wiem, na jaką opo­wieść z ży­cia „Fak­tów” wszy­scy tu cze­ka­ją. Na po­czą­tek jed­nak pro­ste py­ta­nie. Kto jest naj­bar­dziej zna­nym (a już na pew­no naj­bar­dziej lu­bia­nym) pra­cow­ni­kiem TVN? Kuba Wo­je­wódz­ki? Ka­mil Dur­czok? Mo­ni­ka Olej­nik? Może duet Do­ro­ta Wel­l­man – Mar­cin Pro­kop? Może. Ale jed­nak nie. Naj­bar­dziej zna­ny i lu­bia­ny jest Ru­rek. Nie sły­sze­li­ście o nim?! Nie­moż­li­we! Ru­rek swo­ją nie­ocze­ki­wa­ną ka­rie­rę za­wdzię­cza słyn­ne­mu na­gra­niu ze stu­dia „Fak­tów”, któ­re wy­pły­nę­ło w 2009 roku i do­ty­czy­ło kwe­stii czy­sto­ści stu­dia, a w szcze­gól­no­ści – sta­nu, w ja­kim pro­wa­dzą­cy za­stał swój stół. Po­nie­waż ob­ro­sło ono dzie­siąt­ka­mi prze­ró­bek oraz dys­ku­sji, czy ów stół był uje…, czy też może jed­nak upier…, po­ni­żej za­pis ca­ło­ści. Oto Ka­mil Dur­czok z pod­pię­tym i włą­czo­nym mi­kro­fo­nem sia­da za sto­łem pre­zen­ter­skim.

– Rur­ku…

– … – Ru­rek coś od­po­wia­da, ale na na­gra­niu tego nie ma, cho­ciaż ła­two so­bie do­po­wie­dzieć.

– To do­brze, że mnie słu­chasz. Kto od­po­wia­da za to, jak tu wy­glą­da w tym stu­diu?

– …

– Taaa. Nie wk… mnie, do­brze? Od dwóch dni jest tak upier… stół tu­taj, że tyl­ko dla­te­go, że zli­kwi­do­wa­li­śmy ten je… prze­ryw­nik, któ­ry je­dzie z góry, to jesz­cze się to ja­koś, k…, ucho­wa­ło i lu­dzie tego nie wi­dzą. Może by ktoś ru­szył dup­sko po pro­stu i to wy­czy­ścił?!

– …

– A jak tu bę­dzie gów­no le­ża­ło na sto­le, to je też po­ka­żesz, czy bę­dziesz pro­te­sto­wał?!

– …

– Rur­ku, to nie jest „coś wy­my­ślisz”, do­bra? Trze­ba po pro­stu po­wie­dzieć Wo­la­no­wi [cho­dzi o sze­fa re­ali­za­to­rów – przyp. MM], że ma za­ła­twić tak, żeby tu, k…, się ktoś po­ja­wił i to wy­czy­ścił. Albo ja­kie­mu­kol­wiek fa­ce­to­wi, któ­ry się po­czu­wa do mi­ni­mum od­po­wie­dzial­no­ści, co po­ka­zu­je­my czte­rem mi­lio­nom lu­dzi przed te­le­wi­zo­rem. Uje… far­bą czy nie wiem czym?!

I tu na­gra­nie się koń­czy, a za­czy­na ka­rie­ra Rur­ka. Ka­mil Dur­czok nie­mal na każ­dym spo­tka­niu z młod­szy­mi wi­dza­mi jest py­ta­ny o swo­je­go roz­mów­cę ze stu­dia, ba – sam kil­ka razy mu­sia­łem od­po­wia­dać stu­den­tom na ta­kie py­ta­nia. O ska­li po­pu­lar­no­ści Rur­ka ze­spół re­dak­cyj­ny prze­ko­nał się pod­czas Euro 2012, kie­dy re­ali­zo­wa­no ple­ne­ro­we „Fak­ty” sprzed sta­dio­nu w Gdań­sku. Pro­wa­dzą­cy stał na przy­go­to­wa­nym rusz­to­wa­niu, za sobą ma­jąc sta­dion, a przed sobą – wi­dok na tłu­my ki­bi­ców wy­cho­dzą­ce z ko­lej­ki i zmie­rza­ją­ce na mecz. „O, Ru­rek na sce­nie!” – rzu­ca­ła każ­da ko­lej­na nad­cią­ga­ją­ca gru­pa. „Po­zdro­wie­nia dla Rur­ka!” – to obo­wiąz­ko­we uzu­peł­nie­nie ewen­tu­al­nie za­mie­nia­ne na: „A gdzie jest Ru­rek?”. No wła­śnie. Gdzie jest Ru­rek? Uwa­ga, kur­ty­na w górę. Kim jest Ru­rek? Pro­szę bar­dzo. Na­zy­wa się Ar­tur Ru­rarz i oczy­wi­ście jest re­ali­za­to­rem pra­cu­ją­cym przy „Fak­tach”. Naj­słyn­niej­szym re­ali­za­to­rem w Pol­sce, cho­ciaż pew­nie nie wszy­scy jego fani do dziś wie­dzie­li, komu wła­ści­wie ki­bi­cu­ją.

MUCHA NIE SIADA

No do­brze. Do­syć o „Fak­tach”, bo się ko­le­dzy z kon­ku­ren­cji ob­ra­żą, że ich wy­sił­ków nikt nie do­ce­nia. Do­ce­nia, a i owszem. Do­ce­nić moż­na to, że przez kil­ka lat z rzę­du, gdy „Fak­ty” wpro­wa­dza­ły ja­kiś ele­ment – na przy­kład koń­cze­nie pro­gra­mu de­se­rem w po­sta­ci lżej­sze­go fe­lie­to­nu lub pre­zen­ta­cje na ścia­nie mo­ni­to­rów – wkrót­ce po­tem te roz­wią­za­nia po­ja­wi­ły się też na an­te­nie „Wia­do­mo­ści”. Do­ce­nić moż­na bel­ki z pod­pi­sa­mi jak­by żyw­cem wy­ję­te z opra­wy TVN24, do­ce­nić też moż­na ory­gi­nal­ne ozdob­ni­ki ekra­no­we. Gdy w po­łu­dnio­wym wy­da­niu pod­czas Euro 2012 za­go­ści­ła re­la­cja z re­mi­so­we­go spo­tka­nia Pol­ska–Ro­sja, wi­dzo­wie mo­gli po­dzi­wiać dwie fla­gi: Pol­ski oraz Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­we­go sa­mo­bó­ja strze­lił jed­nak sam Piotr Kraś­ko, za­po­wia­da­jąc w mar­cu 2010 roku re­la­cję o se­rii trzę­sień zie­mi.

– Naj­pierw po­nad dwie­ście trzy­dzie­ści ty­się­cy ofiar po­chło­nę­ło trzę­sie­nie zie­mi na Ha­iti, po­tem było Chi­le, Taj­wan i te­raz Tur­cja. W cią­gu mi­ne­ty… – I tu pro­wa­dzą­cy lek­ko się za­ciął, cho­ciaż gło­wy nie stra­cił. – W cią­gu mi­nu­ty zgi­nę­ło tam po­nad sześć­dzie­siąt osób. To było już czwar­te tak sil­ne trzę­sie­nie zie­mi w tym roku.

Ta ory­gi­nal­na za­po­wiedź wstrzą­snę­ła in­ter­ne­tem, ale „Wia­do­mo­ścia­mi” – nie. I nic dziw­ne­go, ka­mien­na twarz bez wzglę­du na oko­licz­no­ści to już taka re­dak­cyj­na tra­dy­cja.

Przez lata gwiaz­dą „Wia­do­mo­ści” była lau­re­at­ka licz­nych Te­le­ka­mer i Wik­to­ra, Jo­lan­ta Pień­kow­ska. Pew­ne­go razu, po­da­jąc po­waż­ną wia­do­mość z ży­cia ko­ali­cji lub też opo­zy­cji (spo­ro cza­su już mi­nę­ło, pa­mięć nie ta), zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na przez na­tręt­ną mu­chę.

– Le­szek Mil­ler za­po­wie­dział, że… – I w tym mo­men­cie na no­sie pre­zen­ter­ki usia­dła czar­na mu­cha, ale je­że­li w swo­im owa­dzim ro­zum­ku li­czy­ła na wpro­wa­dze­nie za­mie­sza­nia, to się prze­li­czy­ła. Jo­lan­cie Pień­kow­skiej nie mru­gnę­ła na­wet po­wie­ka i kon­ty­nu­owa­ła. – So­jusz Le­wi­cy De­mo­kra­tycz­nej wy­stą­pi w sej­mie z pro­po­zy­cją pod­wyż­sze­nia za­sił­ku przed­eme­ry­tal­ne­go do dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent wy­mia­ru eme­ry­tu­ry.

Za­po­wiedź skoń­czo­na, mu­cha od­le­cia­ła. I tyl­ko na­za­jutrz wred­ni re­dak­to­rzy ta­blo­idów ro­ze­bra­li ten wy­stęp na po­szcze­gól­ne klat­ki, pę­ka­jąc za­pew­ne ze śmie­chu. A z cze­go tu się śmiać? Mi­sja pu­blicz­na to bar­dzo po­waż­na spra­wa.

BO TO ZŁE SZYNY BYŁY

Zo­staw­my pre­zen­te­rów i wyjdź­my w te­ren. W po­rów­na­niu z w mia­rę bez­piecz­nym stu­diem te­le­wi­zyj­nym pra­ca w te­re­nie to do­pie­ro pole mi­no­we. Zwłasz­cza pra­ca w te­le­wi­zji in­for­ma­cyj­nej, gdzie pod­sta­wą są wej­ścia na żywo. Za­wsze na miej­scu, za­wsze na czas. Re­por­ter re­la­cjo­nu­je dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­ce się wy­da­rze­nia, na an­te­nie jest ogień, za­do­wo­le­ni wi­dzo­wie nie mogą się ode­rwać od te­le­wi­zo­rów. To ide­ał, ale nie­ste­ty nie za­wsze osią­gal­ny. Bo co zro­bić, gdy re­por­ter musi co pół go­dzi­ny nada­wać re­la­cje do ko­lej­nych ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych, ale nie­ste­ty nie ma żad­nych no­wych in­for­ma­cji? To pro­ste. Mówi się na okrą­gło to samo, tyl­ko za każ­dym ra­zem in­ny­mi sło­wa­mi. Trze­ba tyl­ko pa­mię­tać, że nie wol­no użyć sfor­mu­ło­wa­nia: „Jak już wcze­śniej mó­wi­łem”. Wi­dzo­wie od razu so­bie do­po­wie­dzą: „Re­dak­tor­ku, sko­ro wcze­śniej już mó­wi­łeś, to po co się po­wta­rzasz?”.

Pew­na re­por­ter­ka z ośrod­ka te­re­no­we­go TVP naj­wy­raź­niej nie zna­ła tych za­sad. Wy­sła­no ją na sta­cję, gdzie wy­ko­le­ił się po­ciąg to­wa­ro­wy. W su­mie nic się nie sta­ło, ot – trze­ba bę­dzie po­sta­wić wa­gon z po­wro­tem na szy­ny i je­dzie­my da­lej. No więc je­dzie­my. Stu­dio łą­czy się z re­por­ter­ką raz, dru­gi, trze­ci. O czym tu mó­wić, sko­ro nic wię­cej się nie dzie­je? No wła­śnie.

– Ja­kie są praw­do­po­dob­ne przy­czy­ny tego wy­ko­le­je­nia? – pyta ze stu­dia pre­zen­ter­ka w ko­lej­nym łą­cze­niu.

– Naj­praw­do­po­dob­niej albo szy­ny, któ­re nie były… Nie są rów­ne, albo po pro­stu no… Tak jak mó­wi­łam we wcze­śniej­szym wej­ściu… Eee… Szy­ny… Szy­ny były złe… A pod­wo­zie… Pod­wo­zie… – Re­por­ter­ka ma już dość. Ewi­dent­nie. Czas koń­czyć. – Pod­wo­zie… Pod­wo­zie też było złe!

W re­ży­ser­ce roz­legł się taki re­chot, że sły­chać go na­wet na an­te­nie, ale pre­zen­ter­ka nie tra­ci gło­wy.

– Dzię­ku­ję… Czy­li przy­czy­ny tech­nicz­ne naj­praw­do­po­dob­niej spo­wo­do­wa­ły to wy­ko­le­je­nie.

Naj­praw­do­po­dob­niej tak. Naj­praw­do­po­dob­niej było to też jed­no z naj­gor­szych wejść na żywo w hi­sto­rii te­le­wi­zji, cho­ciaż pe­wien re­por­ter Pol­sa­tu News rów­nież wy­so­ko za­wie­sił po­przecz­kę. Nada­wał z sej­mu, aku­rat gdy któ­raś z ko­lej­nych ko­mi­sji śled­czych (za­pew­ne ta naj­bar­dziej ża­ło­sna, czy­li do spraw na­ci­sków na służ­by) prze­słu­chi­wa­ła An­drze­ja Lep­pe­ra. Prze­słu­cha­nie się skoń­czy­ło, do wie­czor­ne­go ser­wi­su za­pla­no­wa­no live z sej­mu, a mło­dy dzien­ni­karz ma po pro­stu opo­wie­dzieć, co tam prze­wod­ni­czą­cy ze­znał. „Uwa­ga, łą­cze­nie, je­steś”. Pada usta­lo­ne py­ta­nie, ale re­por­te­ro­wi od po­cząt­ku wy­raź­nie nie idzie. Sło­wa nie chcą się kle­ić, a obiek­tyw ka­me­ry świ­dru­je bie­da­ka szkla­nym okiem ni­czym su­ro­wy pro­fe­sor na eg­za­mi­nie mę­czą­cy kom­plet­nie zie­lo­ne­go stu­den­ta. Nasz stu­dent się mio­ta, coś tam z sie­bie pró­bu­je wy­rzu­cić, ale nic z tego. W gło­wie pust­ka, czar­na dziu­ra. Nic już nie pa­mię­ta. Co więc robi? Uprzej­mie prze­pra­sza, dzię­ku­je, od­kła­da mi­kro­fon i ku bez­brzeż­ne­mu zdu­mie­niu re­dak­tor pro­wa­dzą­cej wy­cho­dzi z ka­dru. I już.

SIWY BIAŁY DYM

W tym mo­men­cie każ­dy czy­tel­nik za­py­ta: „Pa­nie Ma­zur, a pan to od po­cząt­ku pew­nie by­łeś ge­nial­ny, co?”. Otóż nie. Też mam po­dob­ną wpad­kę i to przy ja­kiej oka­zji! Przy wy­bo­rze pa­pie­ża! Tak się zło­ży­ło, że za­nim za­ją­łem się dział­ką fe­lie­to­no­wą, by­łem nor­mal­nym re­por­te­rem new­so­wym w TVN24. Pierw­szą po­ło­wę 2005 roku w du­żej czę­ści spę­dzi­łem w Rzy­mie, la­ta­jąc tam za każ­dym ra­zem, gdy po­gar­szał się stan zdro­wia Jana Paw­ła II. Menu lo­ka­li w po­bli­żu kli­ni­ki Ge­mel­li do dziś znam na pa­mięć. By­łem w Rzy­mie na po­grze­bie, by­łem pod­czas kon­kla­we. Pod ko­niec wpa­dłem już w re­por­ter­ską ru­ty­nę, któ­ra oczy­wi­ście bywa zgub­na.

Oto sie­dzę so­bie przy wo­zach trans­mi­syj­nych za­par­ko­wa­nych przed Zam­kiem Anio­ła, ja­kieś pół ki­lo­me­tra od pla­cu Świę­te­go Pio­tra. Tam, w Ka­pli­cy Syk­styń­skiej, trwa kon­kla­we, a tu, w par­ku te­le­wi­zyj­nym, trwa ocze­ki­wa­nie. Piję so­bie colę, roz­ma­wiam z ko­le­ga­mi. Na­gle alarm. Bia­ły dym! Jak dym, to dym. Rzu­cam colę, py­tam pro­du­cen­ta:

– Co ro­bić?

– Leć na plac Świę­te­go Pio­tra, po­łą­czy­my się z tobą te­le­fo­nicz­nie.

Lecę. Z bocz­nych uli­czek wali co­raz więk­szy i co­raz bar­dziej roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny tłum, przy­spie­szam więc kro­ku, a wręcz bie­gnę. Do­bie­gam już do pla­cu, dzwo­ni te­le­fon. Bez zbęd­nej zwło­ki łą­czą na żywo z pro­wa­dzą­cym. Py­ta­nie naj­prost­sze z moż­li­wych:

– Co się dzie­je na pla­cu Świę­te­go Pio­tra?

W bie­gu więc opo­wia­dam, co wi­dzę. Że leci pod­eks­cy­to­wa­ny tłum, że biją dzwo­ny, że lu­dzie krzy­czą, klasz­czą, bie­gną, pę­dzą… Ja też pę­dzę i tak się już za­pę­dzi­łem, że za­po­mnia­łem o od­de­chu. Ła­piąc ner­wo­wo po­wie­trze, za­tch­ną­łem się. Na an­te­nie za­pa­dła krót­ka ci­sza. W ta­kim mo­men­cie! Od­zy­sku­ję od­dech, ale nie od­zy­sku­ję wąt­ku. Co ja wła­ści­wie mam jesz­cze do­dać do tego sa­pa­nia? Wszyst­ko już po­wie­dzia­łem w tym pę­dzie, a kto jest no­wym pa­pie­żem, wie tyl­ko Duch Świę­ty i kar­dy­na­ło­wie wy­cho­dzą­cy z ka­pli­cy. Ci­sza się prze­dłu­ża do kil­ku se­kund.

– Halo, Mać­ku? – Sły­chać pro­wa­dzą­ce­go.

– Halo, halo? – od­po­wia­dam re­zo­lut­nie, wciąż ła­piąc od­dech i wenę.

– Ma­ciek Ma­zur, plac Świę­te­go Pio­tra, sły­szy­my się?

– Ha­aalo? – Oj, chy­ba mnie aku­rat Duch chwi­lo­wo opu­ścił. W gło­wie czar­na roz­pacz na wi­dok bia­łe­go dymu, w płu­cach to do­pie­ro za­dy­ma. W ta­kiej chwi­li!

– Chy­ba mamy pro­ble­my tech­nicz­ne, spójrz­my więc na zdję­cia na żywo z pla­cu – Koń­czy moją rolę w tym hi­sto­rycz­nym mo­men­cie pro­wa­dzą­cy.

No i co? Kto mnie prze­bi­je? Ktoś na pew­no. Może pod­czas ko­lej­ne­go kon­kla­we? Róż­ne są prze­cież ko­le­je re­por­ter­skie­go losu – zwłasz­cza gdy tra­fia na złe szy­ny.