Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 441 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Anatomia skandalu - Sarah Vaughan

Ostra i trzymająca w napięciu powieść o skandalu wśród brytyjskich elit oraz o kobietach, które muszą walczyć o prawdę.

Wciągający i prowokacyjny dramat psychologiczny.

Chcesz wierzyć swojemu mężowi. Ale ona chce go zniszczyć.

"Anatomia skandalu" stopniowo odkrywa historię małżeństwa z wyższych sfer, które staje w obliczu kryzysu.

James – kochający mąż, świetny tata, wzięty polityk – zostaje oskarżony o przestępstwo.

Jego żona Sophie wierzy, że jej mąż jest niewinny, i desperacko próbuje chronić rodzinę przed kłamstwami, które mogłyby ich zniszczyć.

Prawniczka Kate jest przekonana o winie Jamesa i chce, by za nią zapłacił. Za wszelką cenę dąży do jego ukarania.

I jest jeszcze przyjaciółka Kate, niepozorna Alison, która odkrywa pewien mroczny sekret z przeszłości. Tajemnicę łączącą wszystkie osoby uwikłane w skandal…

Opinie o ebooku Anatomia skandalu - Sarah Vaughan

Fragment ebooka Anatomia skandalu - Sarah Vaughan

Anatomia skandalu

Tytuł oryginału: Anatomy of a Scandal

Copyright © by Sarah Vaughan, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Agnieszka Śmiechowska-Kłoczko

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Simon & Schuster UK Ltd

Zdjęcia na okładce: East News, Johnny Ring

ISBN: 978-83-8053-337-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojemu ojcu Chrisowi z miłością

Potrzebni są winni. Zatem znalazł winnych. Aczkolwiek niekoniecznie tego, co im się zarzuca.

Hilary Mantel, Na szafocie,

przeł. Urszula Gardner

Kate

2 grudnia 2016

1

Moja peruka leży na biurku, gdzie ją cisnęłam. Wygląda jak wyrzucona na piasek meduza. Poza salą sądową zupełnie o nią nie dbam, okazuję jej rażący brak poszanowania, co jest w oczywisty sposób sprzeczne z samą ideą, która stoi za tym podstawowym elementem prawniczego uniformu. Peruka jest z końskiego włosia, ręcznie robiona i droga – kosztowała prawie sześćset funtów. Chcę, by się zestarzała i dodawała powagi, której – jak się czasem obawiam – mi brak. Pragnę, by linia włosów pożółkła od wieloletniego potu, by ciasne kremowe loki się rozluźniły i zszarzały od kurzu. Minęło dziewiętnaście lat, odkąd zostałam przyjęta do palestry, a moja peruka nadal wygląda tak, jakby należała do sumiennej, świeżo upieczonej prawniczki, która bynajmniej nie odziedziczyła jej po ojcu. A ja chcę właśnie taką perukę: wyblakłą, pokrytą patyną tradycji, przywilejów i wieku.

Kopnięciem zrzucam buty – czarne czółenka ze złotymi klamerkami z przodu, obuwie regencyjnego modnisia, woźnego w parlamencie lub kobiety adwokata, która delektuje się historią, bezsensownym ceremoniałem i absurdalnością tego wszystkiego. Drogie buty są ważne. Rozmawiając z kolegami z palestry, klientami, woźnymi i policją, od czasu do czasu spuszczamy wzrok, by nie wyjść na osobę o nastawieniu konfrontacyjnym. Każdy, kto zerknie na moje buty, stwierdzi, że ma do czynienia z osobą rozumiejącą to dziwactwo ludzkiej psychiki i traktującą siebie poważnie. Wszyscy widzą kobietę, która ubiera się w taki sposób, jakby wierzyła, że wygra.

Lubię wyglądać odpowiednio do roli. Robić wszystko jak należy. Kobiety adwokaci mogą nosić sam front koszuli ze skrawka bawełny i koronki, który wygląda jak śliniaczek i kosztuje około trzydziestu funtów. Ale mogą też ubierać się tak jak ja: w białą tunikę z kołnierzem dopinanym na specjalne szpilki z przodu i z tyłu, do tego spinki do mankietów, czarna wełniana marynarka i spódnica lub spodnie oraz – zależnie od odniesionych sukcesów i stażu – wełniana lub wełnianojedwabna czarna toga.

Teraz nie mam na sobie tego wszystkiego. Zrzuciłam część przebrania w szatni sądowej. Toga zdjęta, kołnierz i mankiety rozpięte, moje średniej długości blond włosy, które na sali sądowej noszę zebrane w kucyk, uwolnione, odrobinę rozczochrane.

Bez zawodowego kostiumu jestem bardziej kobieca. Wiem, że gdy mam na sobie perukę i okulary w grubych oprawkach, wyglądam aseksualnie. Z całą pewnością nieatrakcyjnie – choć da się zauważyć moje kości policzkowe: dwie ostro zarysowane linie, które pojawiły się w okolicy dwudziestki i z biegiem lat podobnie jak ja sama stały się ostrzejsze i twardsze.

Bez peruki czuję się bardziej sobą. Taka jaką jestem w głębi serca, a nie taka jaką prezentuję się w sądzie czy też jaką byłam w którymkolwiek z poprzednich wcieleń swojej osobowości. Oto ja, Kate Woodcroft, starszy adwokat sądowy specjalizujący się w sprawach kryminalnych, członkini Inner Temple1, z wielkim doświadczeniem jako pełnomocnik oskarżyciela w sprawach o przestępstwa na tle seksualnym. Mam czterdzieści dwa lata, jestem rozwiedziona, samotna, bezdzietna. Na moment opieram głowę na dłoniach i pozwalam, by powietrze uszło ze mnie w jednym długim wydechu. Chcę choć na chwilę odpuścić, ale to się na nic zdaje. Nie potrafię się odprężyć. Na nadgarstku mam mały wykwit egzemy, który smaruję maścią; opieram się chęci, by się tam podrapać. By podrapać swój swędzący brak satysfakcji z życia.

Zamiast tego wpatruję się w wysoki sufit swojego gabinetu. Mam tu kilka pomieszczeń w oazie spokoju w samym sercu Londynu. Wnętrza są z XVIII wieku, z ozdobnymi gzymsami w postaci złotych liści wokół bladoróżowego sufitu i widokiem z wysokich wykuszowych okien na dziedziniec Inner Temple i okrągły Temple Church z XII wieku.

Oto mój świat. Archaiczny, anachroniczny, uprzywilejowany, ekskluzywny. Uosabia wszystko, wobec czego powinnam – i normalnie to robię – udawać niechęć. A jednak uwielbiam to, ponieważ ta enklawa budynków na skraju City, schowana za Strandem i opadająca ku rzece, ten przepych i hierarchia, status, historia i tradycja są czymś, czego istnienia nie byłam kiedyś świadoma, i nie sądziłam, że mogłabym do tego aspirować. Wszystko to pokazuje, jak daleko zaszłam.

Ale sprawia też, że jeśli nie idę do pracy z jednym z kolegów i kupuję sobie cappuccino, zamawiam też kubek gorącej czekolady i dodatkowe porcje cukru, które wsuwam w dłoń dziewczyny skulonej w śpiworze w bramie na Strandzie. Większość ludzi jej nie zauważa. Bezdomni opanowują niewidzialność do perfekcji lub też my jesteśmy świetni w sprawianiu, że są niewidzialni: odwracamy oczy od śpiworów w kolorze khaki, od szarych twarzy i ciał skulonych w za dużych bluzach i towarzyszących im wychudzonych psów, przemykamy obok, by zanurzyć się w przepychu Covent Garden lub ekstrawagancji rozrywek kulturalnych czekających na południowym brzegu rzeki.

Wystarczy jednak spędzić czas w jakimkolwiek sądzie, by się przekonać, jak kruche bywa życie. Jak świat może się nagle zawalić z hukiem, jeśli się nie uważa, jeśli w jednym fatalnym ułamku sekundy postąpi się bezprawnie. A raczej jeśli się jest biednym i złamie się prawo. Bowiem sądy, podobnie jak szpitale, są niczym magnesy dla tych, którzy wystartowali w życie z niskiej pozycji, którzy źle wybrali partnerów i tak ugrzęźli w bagnie nieszczęść, że stracili kompas moralny. Bogaci nie są na to tak bardzo narażeni. Wystarczy spojrzeć na unikanie podatków czy też oszustwa podatkowe, bo tak będzie to nazwane, jeśli oskarżony nie zatrudnia zdolnego księgowego. Pech – lub brak sprytu – nie prześladuje bogatych tak zawzięcie jak biedaków.

Och, jestem w złym nastroju. Można to poznać po tym, że zaczynam myśleć jak studentka w szeregach partyjnej młodzieżówki. Zwykle zachowuję swoje opinie czytelnika „Guardiana” dla siebie, bo nie znajdują zrozumienia u co bardziej tradycjonalistycznych spośród moich kolegów. Mogłyby wywołać gorące dyskusje podczas formalnych kolacji, na których jemy zakąski masowo produkowane przez firmy cateringowe – paszteciki z kurczakiem lub łososiem – i pijemy równie poślednie wino. O wiele bardziej dyplomatycznie jest ograniczyć się do plotek ze światka prawniczego: który adwokat dostaje tak mało spraw, że składa aplikację na stanowisko sędziego; kto zasłuży na jedwab przy todze; kto popadł w niełaskę u woźnego sądowego. Mogę tak gawędzić, jednocześnie rozmyślając o czekającej na mnie pracy, martwiąc się swoim życiem osobistym, a nawet planując, co kupić na jutrzejszą kolację. Po dziewiętnastu latach jestem ekspertem w dopasowywaniu się. Osiągnęłam w tym biegłość.

Jednak w swoim sanktuarium mogę sobie czasem pozwolić na odrobinę swobody, więc na minutę kładę głowę na dłoniach, z łokciami na mahoniowym biurku, mocno zaciskam powieki i ściskam skronie kłykciami. Pod powiekami widzę gwiazdy: białe ukłucia szpilek w ciemności, jasne jak diamenty w pierścionku, który sama sobie kupiłam, wiedząc, że nikt inny tego nie zrobi. Lepiej oglądać gwiazdy, niż się popłakać.

Właśnie przegrałam sprawę. Wiem, że do poniedziałku przeboleję porażkę, wezmę się w garść, bo kolejne sprawy i kolejni klienci czekają, by się nimi zająć, a jednak czuję gorycz. Nieczęsto mi się to zdarza i rzadko się do tego przyznaję, bo lubię wygrywać. Cóż, wszyscy lubimy. To całkowicie naturalne. Potrzebujemy wygranych, by zapewnić sobie rozwój i błyskotliwą karierę. I w ten właśnie sposób działa nasz sądowy system kontradyktoryjny.

Pamiętam swój szok, gdy powiedziano mi o tym na początku studiów adwokackich. Poszłam na prawo z głową pełną ideałów – nadal niektóre zachowałam, nie zgorzkniałam jeszcze do reszty – i nie spodziewałam się, że wyjaśnią nam to tak brutalnie.

– Prawda to śliska sprawa. Słusznie czy nie, system kontradyktoryjny nie jest w rzeczywistości poszukiwaniem prawdy – powiedział nam mecenas Justin Carew, nam, dwudziestokilkulatkom ze świeżymi dyplomami Oxfordu, Cambridge, Durham i Bristolu. – Tu chodzi o to, by być bardziej przekonującym niż wasz oponent – kontynuował. – Możecie wygrać, nawet jeśli dowody świadczą na waszą niekorzyść, pod warunkiem że jesteście lepsi. A w tym wszystkim, rzecz jasna, chodzi o to, by wygrać.

Jednak czasami, pomimo wielkiego daru przekonywania, przegrywamy. W moim przypadku ten moment nieuchronnie nadchodzi, gdy świadek okazuje się chwiejny, jeśli nie uda mu się udowodnić swojej racji, jeśli w krzyżowym ogniu pytań jego historia plącze się jak motek wełny turlany przez kocię i powstaje masa sprzeczności, które tylko plączą się bardziej, gdy za nie pociągnąć.

To właśnie wydarzyło się na rozprawie Butlera. Była to sprawa o gwałt owiana mgłą przemocy domowej. Ted Butler i Stacey Gibbons mieszkali razem od czterech lat i przez większość tego czasu on nią pomiatał.

Od początku wiedziałam, że nie będzie łatwo. Sędziowie przysięgli chętnie skażą drapieżnego gwałciciela, archetypowego złoczyńcę czającego się w ciemnych zaułkach, jednak gdy chodzi o gwałt w związku, woleliby o nim nie wiedzieć.

Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, przysięgli rozumieją sytuację, ale w tym przypadku było inaczej. Czasem wydaje mi się, że utknęli w erze wiktoriańskiej i uważają, że skoro ona jest żoną lub konkubiną, to wszystko, co dzieje się za drzwiami ich sypialni, jest ich prywatną sprawą. Szczerze mówiąc, rzeczywiście jest coś odstręczającego w zagłębianiu się w życie intymne jakiejś pary, w wysłuchiwaniu zwierzeń na temat tego, co ona nosi w łóżku – za duży T-shirt z supermarketu – albo jak on zawsze pali papierosa po stosunku, choć przecież wie, że ona ma astmę i dostaje od tego duszności. Zastanawiam się nad motywami ludzi siedzących na galerii dla widzów. Po co przyszli na ten smutny, żałosny spektakl? Czy dlatego, że chwyta za serce bardziej niż opera mydlana, bo występują tu prawdziwi ludzie, szczerze szlochający podczas składania zeznań, którzy na szczęście nie mogą widzieć publiczności na galerii? A może porusza ich widok ofiary za ekranem odgradzającym ją od oskarżonego, by nie musiała patrzeć na swego rzekomego oprawcę o grubym karku i świńskich oczkach, w tanim garniturze, czarnej koszuli i krawacie, którego groźna obecność nabiera pewnej szacowności dzięki temu, że siedzi on na ławie oskarżonych za szybą ze zbrojonego szkła.

Wszystko ma zatem świński, lubieżny posmak. Jest inwazyjne. A ja mimo to zadaję swoje wścibskie pytania, którymi badam chwile największego obnażenia i przerażenia, jakiego doświadczyła Stacey. Robię to, ponieważ wbrew temu, co powiedział nam przed laty nasz znakomity wykładowca, w głębi serca pragnę dotrzeć do prawdy.

I wtedy obrońca porusza temat porno. Wolno mu to zrobić tylko dlatego, że przyjęto jego wniosek o dopuszczenie tego wątku, w którym według jego argumentacji istniały analogie pomiędzy sceną na płycie DVD leżącej na szafce nocnej a tym, co się zdarzyło w sypialni.

– Czy nie jest możliwe – pyta głębokim, zniewalającym barytonem mój uczony kolega Rupert Fletcher – że była to gra erotyczna, którą teraz panna Gibbons uważa za nieco żenującą? Fantazja wcielona w życie, która może w jej odczuciu wymknęła się nieco spod kontroli? Na filmie widzimy kobietę związaną dokładnie tak, jak została związana panna Gibbons. Można by odnieść wrażenie, że w momencie penetracji Ted Butler wierzył, że Stacey Gibbons poddaje się fantazji, którą wcześniej przedyskutowali. Wierzył, że odgrywa ustaloną rolę, na którą oboje wyrazili zgodę.

Dalej ujawnia kolejne szczegóły wideo, by w końcu przytoczyć treść esemesa, w którym ona przyznaje: „To mnie nakręciło”. A ja widzę grymas wstrętu na twarzach kilku sędziów przysięgłych – na przykład kobiety w średnim wieku i eleganckim ubraniu, która być może spodziewała się historii włamania lub morderstwa i której podczas tej rozprawy prawdziwie otworzyły się oczy – i już wiem, że ich współczucie dla Stacey znika szybciej niż woda z plaży podczas odpływu.

– Snuła pani fantazje na temat bycia związaną, prawda? – pyta Rupert. – Wysłała pani esemesa do swojego kochanka, by powiedzieć mu, że chciałaby pani tego spróbować.

Czeka, pozwalając, by szloch Stacey wybrzmiał wśród pozbawionych okien ścian sali sądowej. A potem:

– Tak – przyznaje Stacey szeptem.

I od tej chwili przestaje mieć znaczenie, że Ted prawie ją udusił, gwałcąc, że od więzów, z których próbowała się uwolnić, zrobiły jej się rany, które zapobiegliwie nagrała na iPhonie. Od tej chwili jest już tylko równia pochyła.

Biorę karafkę z kredensu i nalewam sobie whisky. Nieczęsto piję w pracy, ale to był długi dzień, a teraz jest już po piątej. Zapada zmrok, chmury są miękko podświetlone na brzoskwiniowo i złoto, co sprawia, że dziedziniec wygląda wyjątkowo ładnie. Poza tym zawsze mi się zdaje, że po zmroku alkohol jest dozwolony. Single malt spływa mi do gardła i rozgrzewa przełyk. Zastanawiam się, czy Rupert będzie dziś świętował zwycięstwo w barze naprzeciwko sądu. Musiał się domyślić – po śladach na nadgarstkach Stacey, po uśmieszku na twarzy Teda, gdy ten usłyszał werdykt – że jego klient był winny jak cholera. Ale wygrana to wygrana. Choć gdybym to ja była obrońcą w sprawie takiej jak ta, miałabym dość przyzwoitości, by nie chełpić się zwycięstwem, a już na pewno nie oblewałabym go szampanem wraz ze swoim klientem. Poza tym i tak staram się nie brać takich spraw. Choć uważa się, że prawnik potrafiący stanąć po obu stronach jest lepszy, to ja wolę nie kalać sumienia reprezentowaniem osób, które podejrzewam o to, że są winne zarzucanych im czynów. Dlatego wolę stać po stronie oskarżenia.

Stoję bowiem po stronie prawdy, a nie tylko po stronie wygranych, i jeśli wierzę oskarżycielowi prywatnemu, to znaczy, że istnieją wystarczające dowody na to, by założyć sprawę. Dlatego też pragnę wygrać. Nie tylko dla samej wygranej, ale także dlatego, że stoję po stronie ofiar takich jak Stacey Gibbons oraz tych, których historie są bardziej oczywiste i jeszcze brutalniejsze: sześciolatki zgwałconej przez dziadka, jedenastolatka wielokrotnie molestowanego przez drużynowego skautów, studentki zmuszonej do seksu oralnego, gdy popełni błąd, decydując się na pieszy powrót do domu późnym wieczorem. Tak, jestem zwłaszcza po ich stronie. W sprawach karnych obowiązują wysokie standardy dotyczące materiału dowodowego: nie może on budzić uzasadnionych wątpliwości ani zmuszać do przerzucenia ciężaru dowodowego w sądzie cywilnym na stronę przeciwną. Dlatego właśnie Ted Butler odszedł dziś wolny – bo istniało ziarenko wątpliwości, ta możliwość, którą przedstawił swym aksamitnym głosem Rupert, że Stacey, kobieta, którą przysięgli mogli odebrać jako nieco szorstką, zgodziła się na przemoc seksualną, a dopiero dwa tygodnie później, gdy doszła do wniosku, że Ted jednak przesadził, poszła na policję. Jakoś nie pomyśleli o tym, że ofiara mogła przeżyć traumę, być sparaliżowana poczuciem wstydu i obawiać się – słusznie, jak się okazało – że w sądzie zostanie zmiażdżona i nie da się jej wiary.

Dolewam sobie whisky i kapkę wody. Dwa drinki to mój limit, którego się trzymam. Jestem zdyscyplinowana. Muszę być, bo wiem, że pijąc więcej, osłabiam swój intelekt. Może już czas wracać do domu? Jednak myśl o powrocie do uporządkowanego dwupokojowego mieszkania jakoś mnie nie kusi. Zwykle lubię mieszkać sama. Jestem trudną osobą w związkach, przekorną, wiem o tym, zaborczą w kwestii przestrzeni, samolubną i lubiącą dyskutować. Samotność to dla mnie luksus, bo dzięki niej nie muszę dopasowywać się do czyichś potrzeb, gdy mózg działa mi na najwyższych obrotach podczas przygotowań do rozprawy lub gdy po zakończonej sprawie jestem całkowicie wykończona. Jednak kiedy przegrywam, nie lubię tej wszystko rozumiejącej otulającej ciszy. Nie chcę być wtedy sama, by roztrząsać swoje zawodowe i osobiste braki. Dlatego w takich chwilach zwykle ociągam się z wyjściem z pracy. Lampa w moim biurze pali się jeszcze długo po tym, jak wszyscy moi koledzy wyszli, by spędzić wieczór w domach z rodzinami. A ja poszukuję prawdy wśród sterty papierów i rozpracowuję to, w jaki sposób wygrać.

Dziś wsłuchuję się w stukot obcasów moich kolegów na osiemnastowiecznych drewnianych schodach. Dociera do mnie stłumiony wybuch śmiechu. Jest początek grudnia, zaczyna się przedświąteczna gonitwa. Atmosfera piątkowego wieczoru jest wręcz namacalna, czuje się powszechną ulgę z powodu dotarcia do końca długiego tygodnia. Nie dołączę do kolegów w pubie. Mam kwaśną minę, jak mawiała moja matka, a na dziś wystarczy mi aktorstwa. Nie chcę, by koledzy czuli się w obowiązku mnie pocieszać, mówić, że będą kolejne bitwy do wygrania, że w sprawach dotyczących przemocy domowej od początku jest się na przegranej pozycji. Musiałabym się uśmiechać pomimo wewnętrznego rozżalenia. Nie chce mi się. I nie chciałabym, by mój gniew zwarzył atmosferę. Będzie tam Richard, mój dawny opiekun podczas praktyk, okazjonalnie kochanek; obecnie bardzo okazjonalnie, bo jego żona Felicity dowiedziała się o nas, a ja nie chcę wystawiać na próbę – ani tym bardziej rozbijać – jego małżeństwa. I nie chcę, by się nade mną litował.

Ciszę przerywa pukanie do drzwi: szorstkie stuk-puk, znamionujące jedyną osobę, której obecność mogę znieść w tej chwili. To Brian Taylor, mój asystent od dziewiętnastu lat, odkąd pracuję w 1 Swift Court. Czterdzieści lat w zawodzie, więcej rozsądku i lepsza znajomość psychologii niż u większości prawników, którym pomaga. Pod tymi przylizanymi szpakowatymi włosami, porządnie zapiętym garniturem i grzecznym zwrotem „panno” – bo upiera się, by trzymać się hierarchii, przynajmniej w biurze – kryje się świetna znajomość ludzkiej natury i głęboka moralność. Jest też bardzo skryty. Potrzebowałam czterech lat, by zdać sobie sprawę, że opuściła go żona; kolejnych czterech, by zrozumieć, że odeszła do innej kobiety.

– Tak myślałem, że jeszcze tu siedzisz – mówi, zaglądając zza drzwi. – Słyszałem o sprawie Butlera. – Jego wzrok pada na moją pustą szklankę, przenosi się na karafkę i z powrotem na szklankę, nie wyrażając niczego. Absolutnie niczego.

Mruczę coś wymijająco, co brzmi jak gardłowe warknięcie.

Staje przed moim biurkiem z rękami za plecami, w pełni zrelaksowany we własnej skórze i gotowy podzielić się jakimś klejnotem mądrości. Odchylam się na krześle i ku własnemu zdziwieniu czuję, że wbrew sobie odrobinę wynurzam się z ponurego nastroju.

– Teraz trzeba ci czegoś treściwego. Czegoś z wysokiego szczebla.

– Nie musisz mi mówić. – Czuję ulgę, że ktoś zna mnie tak dobrze i traktuje moją ambicję jak coś naturalnego.

– Trzeba ci czegoś – ciągnie, patrząc na mnie figlarnie, a jego ciemne oczy płoną od emocji wywołanych podniecającą sprawą – co wyniesie cię na nowy poziom. Czegoś, co odmieni twoją karierę.

Trzyma coś w ręce, tak jak sądziłam. Od 2015 roku wszystkie sprawy wpływają do nas drogą elektroniczną, koniec z grubymi plikami przewiązanymi ciemnoróżowymi wstążkami niczym listy miłosne. Ale Brian wie, że wolę czytać wersje drukowane, bo mogę nad nimi ślęczeć, bazgrać po nich i obklejać je fiszkami, aż stworzę mapę, która będzie mnie prowadzić w czasie procesu.

Zawsze drukuje dokumenty. A w tej chwili to dla mnie najsłodsze listy, które pokazuje mi gestem magika.

– Mam tu dokładnie taką sprawę, jakiej ci trzeba.

Sophie

21 października 2016

2

Sophie nigdy nie myślała o swoim mężu jako o kłamcy.

Oczywiście wie, że potrafi konspirować. Na tym między innymi polega jego praca – by oszczędnie dzielić się prawdą. To właściwie warunek wstępny na stanowisko ministra w rządzie.

Jednak nigdy nie sądziła, że mógłby okłamać ją. Lub raczej że mógłby prowadzić równoległe życie, o którym ona nic nie wie; że mógłby mieć sekret, gotowy – niczym tykająca bomba – wysadzić w powietrze jej z miłością pielęgnowany świat.

W ten piątkowy poranek patrzy, jak mąż zabiera dzieci do szkoły, i czuje tak silne ukłucie miłości, że musi się zatrzymać na schodach tylko po to, by nasycić się widokiem ich trójki razem. Stoją objęci framugą drzwi niczym ramą, James odwraca się i unosi na pożegnanie dłoń tym gestem zawodowego polityka, z którego kiedyś żartowała, a który teraz zdaje się taki naturalny; drugą rękę opiekuńczo kładzie na głowie Finna. Ich syn, z grzywką opadającą na oczy i skarpetkami marszczącymi się wokół kostek, szura nogami na płytkach podłogi, jak zawsze niechętny, by iść. Jego starsza siostra Emily, która już w wieku dziewięciu lat nie znosi się spóźniać, wybiega za drzwi.

– No to do zobaczenia! – woła do niej mąż. Promienie jesiennego słońca padają na jego nadal chłopięcą czuprynę, tworząc aureolę i lekko podświetlając kontur jego wysokiej postaci.

– Cześć, mamo! – krzyczy córka, zbiegając po schodach.

– Pa, mamusiu – mówi Finn, wybity z rytmu zmianą rutyny, tym, że dziś to ojciec zabiera ich do szkoły; wysuwa dolną wargę i cały się rumieni.

– No chodź, mały. – James prowadzi go za drzwi. Jest taki kompetentny, autorytarny, a nawet rozkazujący, co Sophie nadal wydaje się atrakcyjne, choć zauważa to z lekkim zawstydzeniem. Potem uśmiecha się do syna, a jego twarz łagodnieje, bo Finn jest jego ulubieńcem. – Wiesz, że gdy już tam będziesz, spodoba ci się.

Kładzie rękę na ramionach syna i prowadzi przez ich wypielęgnowany zachodniolondyński ogród z przyciętymi drzewami laurowymi, stojącymi niczym wartownicy wokół ścieżek obramowanych lawendą. I wychodzą na ulicę, oddalając się od niej.

„Moja rodzina”, myśli, patrząc na tę idealną trójkę: córkę z kościstymi nogami i rozkołysanym kucykiem, wysforowaną przed resztę, by chłonąć dzień; na syna z rączką w dłoni ojca, na którego patrzy z niekłamanym podziwem sześciolatka. Podobieństwo pomiędzy mężczyzną i chłopcem – bo Finn jest miniaturą ojca – tylko potęguje jej miłość. „Mam pięknego chłopca i pięknego mężczyznę”, myśli, obserwując barczystego Jamesa, dawnego wioślarza, i czeka, nie tyle z przekonaniem, ile z nadzieją, że odwróci się i uśmiechnie do niej. Bo do tej pory nie uodporniła się na jego charyzmę.

Oczywiście on się nie odwraca, więc Sophie patrzy, jak znikają jej z oczu. Najdrożsi ludzie w jej świecie.

Ten świat rozpada się o 20.43. James się spóźnia. Powinna się domyślić, że tak będzie. Dziś przypada jego kolej, by objąć piątkowy dyżur dla jego okręgu wyborczego w Surrey w pokoju przyjęć jasno oświetlonego ratusza.

Gdy został wybrany po raz pierwszy, jeździli tam w każdy weekend. Przenosili się do zimnego, wilgotnego wiejskiego domu, w którym nigdy nie czuli się jak u siebie pomimo przeprowadzonych remontów. Po kolejnych wyborach z ulgą przestali udawać, że z radością spędzają połowę tygodnia w Thurlsdon. Owszem, latem było tam uroczo, za to zimą ponuro. Stała wtedy w oknie, gapiąc się na nagie drzewa w ich wiejskim ogródku, podczas gdy James zajmował się sprawami okręgu, i próbowała uspokoić swoje miejskie dzieci, które łaknęły gwaru i bodźców, do jakich były przyzwyczajone w swoim prawdziwym domu w North Kensington.

Teraz jeżdżą tam raz w miesiącu, a za to James odrabia pańszczyznę w co drugi piątek w formie dyżurów. Dwie dodatkowe godziny w piątkowe popołudnie. Obiecał, że wyjdzie o szóstej.

Odkąd jest wiceministrem, ma swojego kierowcę. Biorąc pod uwagę korki, powinien wrócić przed 19.30. Mieli iść do przyjaciół na nieformalną kolację. Cóż, przynajmniej ona nazywa ich przyjaciółmi. Matt Frisk też jest wiceministrem, agresywnie ambitnym w sposób, który im niezbyt odpowiada. W ich rozumieniu sukces jest nieunikniony, lecz nagą ambicję uważa się za wulgarną. Ale on i Ellie są ich bliskimi sąsiadami i Sophie nie może tak po prostu znów wymówić się od kolacji.

Obiecali, że dotrą na 20.15. Teraz jest dziesięć po, więc gdzież on się podziewa? Październikowy wieczór wkrada się przez duże okna – czerń zmiękczona poświatą ulicznych lamp. Czuje się jesień. Sophie uwielbia tę porę roku. Przywodzi jej na myśl nowy początek: początek nauki w Christ Church Meadows, bieg przez szeleszczące liście i podniecenie otwierającym się przed nią całkiem nowym światem. Odkąd pojawiły się dzieci, to dla niej czas moszczenia gniazda, siadania przed rozpalonym kominkiem, pieczenia kasztanów, energicznych spacerów i gulaszu z dziczyzny. Lecz w tej chwili jesienny wieczór jest pełen napięcia. Słychać stukot obcasów gdzieś na chodniku, a potem kobiecy zalotny śmiech. I głębszy męski głos. Nie Jamesa. Odgłos kroków przybiera na sile, a potem słabnie i niknie w dali.

Sophie wciska w telefonie guzik ponownego wybierania numeru. Po kilku sygnałach jego telefon przełącza się na pocztę głosową. Sophie dźga palcem gładki wyświetlacz, zaskoczona swoim brakiem opanowania. Przerażenie ściska jej żołądek i przez chwilę zdaje się jej, że znów jest w chłodnej portierni college’u w Oxfordzie i poprzez wiatr świszczący na dziedzińcu nasłuchuje dźwięku telefonu na monety. Widzi współczucie na twarzy portiera. Lodowaty strach – tak intensywny w tym ostatnim tygodniu jej pierwszego letniego trymestru – że zdarzy się coś jeszcze gorszego. Ma dziewiętnaście lat i wtedy też pragnie, by on zadzwonił.

Jest 20.14. Próbuje ponownie, nienawidząc się za to. Tym razem jego telefon od razu przełącza się na pocztę głosową. Sophie pociera nieistniejącą plamkę, poprawia bransoletki i krytycznie ogląda swoje schludnie opiłowane niepolakierowane paznokcie, tak różne od lśniących żelowych tipsów Ellie.

Kroki na schodach. I dziecięcy głos:

– Czy tatuś już wrócił?

– Nie. Uciekaj do łóżka – odpowiada tonem ostrzejszym, niż zamierzała.

Emily patrzy na nią, unosząc jedną brew.

– Połóż się, kochanie – dodaje łagodniej.

Odprowadza córkę na górę i czule otula ją kołdrą.

– Powinnaś już spać. Nie martw się, wkrótce wróci.

– Przyjdzie powiedzieć mi „dobranoc”? – Emily wydyma wargi, wygląda przy tym niemożliwie ślicznie.

– Hm, wychodzimy dziś, ale jeśli nie będziesz jeszcze spała…

– Nie będę.

Determinacja Emily, ustawienie szczęki i niezachwiana wiara w siebie czynią z niej nieodrodną córkę jej ojca.

– W takim razie na pewno przyjdzie. – Sophie cmoka ją w czoło, by uciąć dalsze dyskusje, i upycha kołdrę wokół jej ciała. – Ale nie wychodź już z łóżka. Rozumiemy się? Cristina się wami zajmuje, jak zwykle. Przyślę tu tatę, gdy wróci.

20.17. Nie będzie do niego dzwonić. Nigdy nie była typem żony, która kontroluje męża. Jednak ta całkowita cisza z jego strony nie jest normalna. Zwykle nie ma problemu z komunikacją. To do niego niepodobne. Sophie wyobraża sobie, że utknął na M25 i przegląda dokumenty na tylnym siedzeniu samochodu. Zadzwoniłby, napisał esemesa lub maila, nie kazałby jej tak czekać – z nianią kręcącą się po kuchni, myślącą tylko o tym, kiedy oni wyjdą, bo chciałaby już zwinąć się na sofie i mieć dom dla siebie. Idealnie nałożony makijaż Sophie zaczyna być odrobinę mniej idealny, kwiaty dla Frisków więdną, czekając na stoliku w holu.

20.21. Postanawia, że o wpół do dziewiątej zadzwoni do Frisków. Ale gdy ta chwila nadchodzi, Sophie nie dzwoni. 20.35, 36, 37. O 20.40 wysyła Ellie Frisk krótkiego esemesa z przeprosinami i wyjaśnieniem, że coś im wypadło w biurze i nie będą mogli przyjść, choć wie, że to w złym guście.

W „The Times” jest artykuł o Państwie Islamskim autorstwa Willa Stanhope’a, ale słowa jej dawnego kolegi z college’u nie przebijają się do jej świadomości. Równie dobrze mogłaby to być historia dinozaura astronauty, którą czyta Finnowi, tak mało ją to teraz obchodzi. Sophie całkowicie koncentruje się na jednym.

I oto jest. Dźwięk klucza w zamku. Skrobanie, a potem skrzypnięcie ciężkich dębowych drzwi. Odgłos kroków: wolniejszych niż jego zwykły dziarski, asertywny chód. Głuche stuknięcie odkładanej czerwonej teczki – dźwięk na chwilę odłożonej odpowiedzialności – równie cudowne w piątkowy wieczór, jak cichy chlupot nalewanego do kieliszka białego wina. Brzęk kluczy o stolik w holu. A potem znów cisza.

– James? – odzywa się Sophie, wchodząc do holu.

Jego piękna twarz jest poszarzała, napiętego uśmiechu nie widać w jego oczach, wokół których zbierają się zmarszczki głębsze niż zwykle.

– Lepiej odwołaj wizytę u Frisków.

– Już to zrobiłam.

Zdejmuje płaszcz i starannie odwiesza go na wieszak, odwracając twarz.

Sophie zamiera na moment, a potem obejmuje ramionami jego talię – wciętą i nadającą jego figurze kształt litery V jak u młodego drzewa – ale on sięga do jej ramion i delikatnie je odsuwa.

– James? – Sophie czuje w brzuchu kłujący sopel lodu.

– Jest Cristina?

– Tak.

– Odeślij ją do jej pokoju, dobrze? Musimy porozmawiać na osobności.

– Dobrze. – Na dźwięk własnego przybitego głosu czuje przyspieszone bicie serca.

Mąż obdarza ją kolejnym wymuszonym uśmiechem.

– Możesz to zrobić teraz, proszę? – W jego głosie pojawia się nuta zniecierpliwienia, jakby Sophie była krnąbrnym dzieckiem lub nieposłuszną służącą.

Patrzy na niego i nie poznaje go w tym nastroju. Nie spodziewała się takim go zobaczyć.

James pociera czoło długimi, mocnymi palcami i przymyka zielone oczy. Jego rozbrajająco długie rzęsy kładą się miękko na policzkach. A potem nagle spogląda na nią tak samo jak Finn, gdy ma zamiar wyznać winę i prosić o przebaczenie. Dwadzieścia trzy lata temu patrzył tak również James, tuż przed przyznaniem się do kryzysu, który go przerastał, który sprawił, że się rozstali, którego wspomnienie nadal wywołuje u niej dreszcze i którego teraz Sophie znów się boi.

– Przepraszam cię, Soph. Tak bardzo mi przykro – mówi, jakby dźwigał nie tylko ciężar swojej pracy jako pomocnik sekretarza stanu w obliczu rosnącego ekstremizmu, ale jakby był odpowiedzialny za cały rząd. – Dałem dupy na całego.

Nazywa się Olivia Lytton. Sophie zawsze myślała o niej nie inaczej, jak tylko o asystentce Jamesa robiącej badania parlamentarne. Blondynka, dwadzieścia osiem lat, sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ustosunkowana, pewna siebie, ambitna.

– Prasa pewnie będzie ją nazywać blond bombą. – Sophie próbuje być zjadliwa, ale zdradza ją piskliwy głos, nad którym nie panuje.

Romans ciągnął się od pięciu miesięcy. James zakończył go dwa tygodnie temu, tuż po partyjnej konferencji.

– To nic dla mnie nie znaczyło – mówi. Siedzi z głową opartą na dłoniach i całym sobą wyraża jedynie skruchę. Odchyla się na oparcie, marszczy nos i wyrzuca z siebie kolejny banał: – Chodziło wyłącznie o seks. No i to mi pochlebiało.

Sophie z wysiłkiem przełyka ślinę. Gniew rozsadza jej klatkę piersiową, a ona z trudem powstrzymuje się przed wybuchem.

– Skoro tak, to wszystko okej – mówi.

Patrzy na nią ciepło, jakby chłonął jej ból.

– Pod tym względem w naszym związku niczego nie brakowało. Wiesz o tym. – Jak zwykle bezbłędnie ją rozszyfrowuje. To umiejętność szlifowana przez ponad dwie dekady i jedna z rzeczy, które tak mocno ich ze sobą wiążą. – Po prostu popełniłem głupi błąd.

Sophie siedzi napięta na kanapie naprzeciwko i czeka, aż jej gniew opadnie na tyle, by mogła z nim rozmawiać jak cywilizowany człowiek lub by on mógł jakoś pokonać dystans, jaki ich teraz dzieli: wykonać niepewny gest lub posłać jej uśmiech.

Ale on wydaje się skamieniały: głowa pochylona, łokcie na kolanach, palce złączone jak do modlitwy. W pierwszym momencie Sophie gardzi tym pokazem bigoterii – tą blairowską metaforą skruszonego polityka – ale potem mięknie, bo widzi, jak jego ramiona drżą od głębokiego westchnienia. Przez moment ma przed oczami matkę i ojca, który przyznaje się do kolejnej „niedyskrecji” – twarz Ginny wyraża rezygnację, lecz w jej błękitnych oczach płonie szybko tłumiony ból.

Może wszyscy mężowie to robią? Wzbiera w niej żal, a potem gniew. Nie powinno tak być. Ich małżeństwo jest inne. Opiera się na miłości i zaufaniu oraz życiu seksualnym, które podtrzymuje, bardzo się starając.

Zgodziła się w życiu na wiele kompromisów i, Bóg jej świadkiem, wykazała ogrom dobrej woli i zaufania, gdy wrócili do siebie, ale jedno musi być zawsze pewne: że ich związek jest trwały. Zaczyna widzieć zamazany obraz, bo jej oczy wypełniają się łzami.

– Jest coś jeszcze – mówi James.

Oczywiście nie przyznałby się do romansu, gdyby nie musiał.

– Jest w ciąży? – Jej słowa, szpetne, lecz konieczne, pozbawiają kolorów przestrzeń między nimi.

– Nie, oczywiście, że nie.

Sophie odrobinę się rozluźnia. Emily i Finn nie będą mieli przybranego rodzeństwa. Nie będzie dowodu romansu, a ona nie będzie musiała się nim w żaden sposób dzielić.

Wtedy James patrzy na nią z grymasem. Jej paznokcie wbijają się w dłonie, odciskając ostre księżyce, a kłykcie bieleją i wyglądają jak perły widoczne przez czerwień skóry.

Co mogłoby być gorsze niż to, że inna kobieta nosi jego dziecko – lub decyduje się na jego usunięcie? Ktoś wie. Romans to wyjątkowo soczysta pożywka dla plotek. Przekazywana tylko ulubieńcom na sejmowych salonach, aż staje się powszechnie znana. Kto wie? Jego koledzy? Premier? Żony innych ministrów? A co z Ellie? Sophie wyobraża sobie jej pulchną twarz ożywioną ledwie powstrzymywanym współczuciem. A może wiedziała już wcześniej i w dzisiejszym esemesie rozpoznała kłamstwo.

Sophie zmusza się, by głęboko oddychać. Poradzą sobie z tym, zostawią to za sobą. Przeżyli gorsze rzeczy, czyż nie? Krótki romans to nie przestępstwo. Zostanie zamieciony, szybko zapomniany, wchłoną go inne sprawy. A wtedy James mówi coś, co nadaje tej historii całkiem inną rangę i trafia ją prosto w splot słoneczny, paraliżując wizją scenariusza tak potwornego, że nie przyszedł jej nawet do głowy.

Teraz się zacznie.

Sophie

22 października 2016

3

Historię zdobył „Mail”. Muszą czekać do pierwszego wydania, by się przekonać, jak bardzo źle to wygląda.

Jest z nimi szef komunikacji z kancelarii premiera, Chris Clarke. Bez przerwy przemierza pokój z telefonem przy uchu lub przynajmniej w dłoni. Jego szczurza twarz jest napięta w oczekiwaniu, małe oczka zwężone po obu stronach ostrego nosa, cera zszarzała i niezdrowa od zbyt wielu posiłków na wynos i niezliczonych wczesnych pobudek po zarwanych nocach.

Sophie nie może go znieść. Jego mówienia przez nos, wysokiego mniemania o sobie, tego jego koguciego kroku – kroku człowieka o wzroście sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, który przy jej mężu wygląda jak karzeł. I nie może znieść jego wiedzy, że jest niezbędny premierowi.

– Orientuje się w zwykłych sprawach, sprawdza nas, wie, czego nam brakuje i jak temu zapobiec – tłumaczył jej kiedyś James, próbując rozwiać jej instynktowny brak zaufania.

Sophie brakuje barometru, którym mogłaby zmierzyć tego byłego dziennikarza „News of the World” z Barking. Samotny, bezdzietny, ale ponoć nie gej, przed czterdziestką. Polityka wydaje się pochłaniać go bez reszty. Uosobienie frazesu „poślubiony pracy”.

– Kurwa mać – cedzi znad iPada, na którym przegląda artykuł, czekając na dostarczenie grubego pliku sobotniej prasy. Krzywi się, jakby miał w ustach cierpki smak. Sophie czuje, że na widok nagłówka do gardła podchodzi jej fala żółci. Czyta: Minister romansuje z asystentką, i dalej: Przyjaciel premiera na schadzkach w kulisach władzy.

Przebiega wzrokiem pierwszy akapit. Słowa tworzą coś do niemożliwości rzeczywistego. „Najatrakcyjniejszy spośród brytyjskich ministrów uprawiał seks ze swoją asystentką w parlamentarnej windzie, jak ujawnia »Daily Mail«”.

I dalej: „James Whitehouse, wiceminister spraw wewnętrznych i zaufany człowiek premiera, miał romans z asystentką od badań parlamentarnych w pałacu westminsterskim. Żonaty ojciec dwojga dzieci dzielił również pokój z dwudziestoośmioletnią blondynką Olivią Lytton podczas partyjnej konferencji”.

– No to już było naprawdę głupie – rozbrzmiewa w ciszy głos Chrisa.

Sophie nie wie, co zrobić, by być spokojną i przekonującą. Walczy o panowanie nad sobą, ale przegrywa; czuje, że zbiera jej się na wymioty. Zrywa się, szybko wychodzi z pokoju i kieruje się do kuchni, gdzie pochylona nad zlewem czeka, aż fala mdłości minie. Chrom jest chłodny w dotyku i lśniący. Sophie podnosi wzrok na rysunek Finna, jeden z niewielu, które uznała za dość dobre, by przyczepić je do lodówki. Przedstawia cztery patykowate postaci z wielkimi uśmiechami. Postać ojca góruje nad resztą – jest o połowę wyższy od żony i dwa razy wyższy od syna. Wizja świata według sześcioletniego chłopca. Pod spodem widnieje napis: „Moja rodzina”, naskrobany fioletowym flamastrem.

Rodzina Finna. Jej rodzina. Znów zbiera jej się na płacz, ale szybko mruga i dotyka mokrych rzęs, by zapobiec rozmazaniu tuszu. To nie czas na użalanie się nad sobą. Myśli, co zrobiłaby w tej sytuacji jej matka: nalałaby sobie podwójną whisky i zabrałaby psy na długi, ożywczy spacer na klify. Ale tu nie ma psów. Nie ma też odległych nadbrzeżnych szlaków dających zapomnienie lub schronienie przed natrętnymi dziennikarzami, którzy – jak można sądzić z historii romansów innych ministrów – wkrótce zaczną krążyć przed ich frontowymi drzwiami.

Jak wytłumaczyć to wszystko dzieciom, oczekującym, że wieczorem jak zwykle pójdą na lekcję baletu lub na basen? Te aparaty, kamery, reporterów? Finn da się zbyć, ale Emily? Pytaniom nie będzie końca: Kim są ci ludzie? Czy tatuś ma kłopoty? Kim jest ta pani? Mamusiu, czemu oni chcą nam zrobić zdjęcie? Płaczesz, mamo? Dlaczego płaczesz, mamusiu? Znów czuje mdłości na samą myśl o tym, że będą narażeni na wstyd i publiczne śledztwo, a ona w tym czasie będzie musiała ich zapewniać, że nic się nie dzieje, choć będą padać kolejne pytania.

Potem będą strzępki informacji, na wpół zrozumiałe, zasłyszane na placu zabaw, i spojrzenia innych kobiet pełne współczucia lub źle skrywanej uciechy. Przez głowę przebiega jej myśl, by zapakować dzieci do samochodu i zawieźć do matki na głuchą wieś w Devon z dala od uczęszczanych dróg. Ale ucieczka sugeruje winę oraz brak jedności. Jej miejsce jest tutaj, przy mężu. Napełnia szklankę kranówką i pije duszkiem, a potem wraca do salonu, by dowiedzieć się, jak może ochronić swoje małżeństwo i pomóc ocalić karierę polityczną męża.

– Czyli to klasyczny przykład wzgardzonej kochanki? – Chris Clarke, pochylony do przodu, patrzy badawczo na Jamesa, jakby starał się znaleźć jakieś zrozumiałe wyjaśnienie.

Sophie nagle przychodzi do głowy, że być może jest aseksualny. Czuć w nim jakiś chłód, jakby nie był w stanie pojąć ludzkich słabości, a tym bardziej kłopotliwego braku rozwagi w kwestiach pożądania.

– Powiedziałem jej, że nasz romans był błędem. Że to koniec. Nie była cytowana wprost, prawda? Czyli nie poszła do gazet?

– Pracuje w Westminsterze. Wie, jak puścić historię w świat.

– Przyjaciele…? – James zerka zatroskany na kolumny tekstu przed sobą.

– Otóż to. „Wykorzystał ją. Sądziła, że to prawdziwy związek, tymczasem on potraktował ją skandalicznie… – powiedziała nam przyjaciółka panny Lytton”.

– Czytałem. Nie musimy tego powtarzać.

Sophie siada na kanapie naprzeciwko męża, na prawo od szefa komunikacji. Może się wydawać masochistką, skoro chce znać wszystkie szczegóły, ale niewiedza nie wchodzi w grę. Musi dobrze zrozumieć, z czym ma tu do czynienia. Próbuje ponownie przeczytać artykuł – łącznie z wypowiedzią „przyjaciółki” Olivii i opisem zdarzenia w windzie parlamentu. „Wcisnął guzik stopu pomiędzy piętrami i jazda zajęła trochę czasu”. Wyobraża sobie ten uśmieszek, gdy reporter umieszczał w tekście ten dwuznaczny cytat, te tłumione chichoty lub uniesione brwi czytelników. Lecz choć słowa porażają ją dosłownością, same fakty, historia, nie składają się w sensowną całość.

Podnosi wzrok i zauważa, że Chris nadal mówi.

– Tak więc plan działania jest taki: szczerze żałujesz swojego udziału w tym przelotnym romansie i bólu, jaki sprawiłeś rodzinie. Twoim obecnym priorytetem jest odbudowa tych relacji. – Mówiąc to, zerka na nią. – Nie planujesz zrobić nam jakiejś niespodzianki, Sophie?

– Na przykład jakiej?

– Takiej jak ogłoszenie, że odchodzisz, pójście do prasy z własną wersją historii, przeprowadzka w świetle księżyca.

– Musisz o to pytać?

– Jasne, że tak. – Patrzy na nią z aprobatą.

– Nie, nie zrobię żadnej niespodzianki. – Udaje jej się zachować neutralny ton, który nie zdradza, że owszem, oczywiście myślała o ucieczce, o zniknięciu w króliczej norze, z dala od Londynu i tej nowej, bolesnej rzeczywistości, i o tym, by, jak odgadł, dać upust swej wściekłości.

Chris kiwa głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany jej odpowiedzią, i odwraca się do Jamesa.

– Mamy oczywiście dwa problemy: a) działałeś z pozycji władzy i b) oskarżenie o rżnięcie się w godzinach pracy. Na koszt podatników.

– Konferencja partii nie jest finansowana z podatków.

– Ale twoja praca ministra w rządzie Jej Królewskiej Mości jest. A idea tarzania się w windzie, gdy powinieneś pomagać rządzić krajem, jest co najmniej problematyczna.

– Wiem o tym.

Sophie rzuca Jamesowi szybkie spojrzenie, zszokowana, że nie wyraził sprzeciwu wobec tak dosadnego opisu sytuacji. Szef komunikacji się uśmiecha, a ona zastanawia się, czy poniżanie ich nie sprawia mu przypadkiem przyjemności. Może w ten sposób się wywyższa: pokazując im, gdzie ich miejsce, potwierdza własną wartość, udowadnia, jak ważny jest dla premiera. Tak widzi go Sophie. Ale wydaje się, że chodzi o coś więcej niż tylko to, więcej nawet niż jego dziennikarskie rozsmakowanie w dobrej historii. Mimo jego reputacji człowieka bezlitosnego, stosującego brudne polityczne sztuczki, niecofającego się przed szantażem z wykorzystaniem plotek, wydaje się traktować tę sprawę z wyjątkowym osobistym krytycyzmem.

– Najważniejsze to odmawiać komentarzy na temat szczegółów. Nie daj się sprowadzić do poziomu plotkarskich detali. W swoim oświadczeniu podkreślisz, że ten chwilowo błędny osąd w żaden sposób nie wpłynie na twoją pracę w ministerstwie. Nie dasz się sprowokować do zaprzeczeń, bo one zawsze kiedyś wracają, by cię prześladować. I nie będziesz się rozwodził nad tą sprawą. Trzymaj się wyznaczonego kierunku: głęboki żal, przelotny romans, rodzina priorytetem. Umniejszaj i lekceważ, ale nie zaprzeczaj. Rozumiesz?

– Oczywiście. – James posyła jej uśmiech, który ona ignoruje. – I nie muszę się podawać do dymisji?

– A czemu miałbyś to robić? Jeśli premier będzie chciał twojej dymisji, sam to zakomunikuje. Ale wiesz, że on nie zostawia przyjaciół w potrzebie, a ty jesteś jednym z najbliższych. – Chris wskazuje iPada z artykułem z „Mail” i dodaje: – Tak jest tu napisane.

– Tak – potwierdza James i prostuje zgarbioną sylwetkę.

Tom Southern i on znają się od czasów Eton, byli razem w Oxfordzie, dorastali razem od trzynastego roku życia. To pozytyw, którego należy się trzymać: premier jest znany ze swej lojalności i zrobi wszystko, co w ludzkiej mocy, by nie zawieść swojego najstarszego przyjaciela. Sophie czepia się tej myśli: Tom nie wystawi Jamesa. Nie może tego zrobić, bo to nie leży w jego naturze, a poza tym zbyt wiele mu zawdzięcza.

– Zapewnił mnie o tym wcześniej – mówi James ze ściśniętym gardłem. – Zaoferował wsparcie.

– Więc rozmawialiście? – pyta Sophie z ulgą.

James kiwa głową, ale nie zdradza nic więcej. Jego przyjaźń z Tomem jest wyjątkowa i absolutnie prywatna. Ich popijawy, szkolne kawały, wspólne wakacje po dwudziestce, w czasie których planowali karierę polityczną Toma, a później też Jamesa po tym, jak zdobył już nieco doświadczenia w realnym świecie – to wszystko połączyło ich niezniszczalną więzią, jakiej najwyraźniej nie było w stanie stworzyć dwanaście lat małżeństwa i dwoje dzieci. Ciekawe, że Tom – o którym ona nadal nie potrafi myśleć jak o najpotężniejszym człowieku w kraju, którego widywała upitego do nieprzytomności w czasie wspólnych wakacji w Toskanii – jest stroną bardziej zależną. Odkąd został premierem, nie rzuca się to tak bardzo w oczy, ale Sophie wie, że istnieje w tej relacji nierównowaga, którą być może jedynie ona zauważa. Tom nie tylko pyta jej męża o radę, ale też polega na jego dyskrecji w dochowywaniu sekretów.

– Z poparciem premiera nic ci nie będzie – rzuca Chris pokrzepiająco. – W dzisiejszych czasach afera seksualna nie przekreśla kariery, o ile szybko ucichnie. Kłamstwo owszem. A raczej przyłapanie na kłamstwie. – Marszczy nos z nagłym niesmakiem. – Poza tym nie jesteś jakimś biednym durniem, przyłapanym na grzebaniu w gaciach i nagrywaniu tego smartfonem. Część starszych wyborców płci męskiej uzna wdanie się w przelotny romans z ładną dzierlatką za w pełni zrozumiałe. To będzie tylko twoja prywatna sprawa, o ile da się wszystko szybko zamieść pod dywan i więcej się to nie powtórzy.

– A co z dochodzeniem w sprawie romansu z osobą zatrudnioną przez partię?

Sophie czuje, że zaciska jej się żołądek. Przeraża ją myśl o przewlekłym dochodzeniu wewnętrznym, o prasie drążącej temat i narzekającej na brak odpowiedzialności władzy i mydlenie oczu wyborcom. Takie rozdmuchiwanie sprawy, którą należałoby głęboko zakopać, mogłoby nie tylko zniszczyć mu karierę, ale też podkopać ich związek.

– Czy premier o tym wspomniał? – szczeknął Chris, szeroko otwierając szczurze, opalizujące na błękitno oczka.

James potrząsnął przecząco głową.

– Zatem nie ma takiej potrzeby. To tylko głupi romans, który szybko pójdzie w niepamięć; o ile powiedziałeś mi o wszystkim.

James kiwa głową.

– Cóż, należysz do ścisłych współpracowników premiera. Jeśli ta sprawa szybko zniknie z pierwszych stron gazet, to żadne dalsze działania nie będą potrzebne.

Sophie ma ochotę się roześmiać: Jamesowi nic nie będzie, bo jest właśnie takim typem, nigdy nie zrobił niczego nielegalnego i chroni go premier. Omija go wzrokiem i patrzy na regał z książkami, gdzie stoją tomy cromwellowskich powieści Hilary Mantel, w których kapryśna łaska króla stanowiła prawo. Od tamtego czasu minęły ponad cztery wieki, a jednak w partii Toma nadal da się wyczuć posmak dworskiego życia.

Przymyka powieki, starając się pozbyć myśli o planie rozpisanym na dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu oraz o mentalności sfory, która bierze w ludziach górę, gdy historia zaczyna żyć własnym życiem w mediach społecznościowych. W dzisiejszych czasach wiadomości rozchodzą się tak szybko. Ale wszystko będzie dobrze, jak powiedział Chris, który przecież jest realistą, może nawet cynikiem. Nie ma powodu, by ich oszukiwał. Żadnego.

Sophie otwiera oczy i wreszcie patrzy na męża.

Jednak jego klasycznie piękna twarz o wysokich kościach policzkowych i silnej szczęce jest ściągnięta. Promieniste linie w kącikach oczu, świadczące o zamiłowaniu do przebywania na świeżym powietrzu i skłonności do śmiechu, nie wyrażają teraz niczego.

James patrzy na Chrisa, a ona wychwytuje w tym spojrzeniu coś nietypowego, ledwie zauważalny ślad wątpliwości.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz.