Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 8 min Lektor: Anna Szawiel

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 8 min Lektor: Anna Szawiel

Opis ebooka Anatomia. Monotonia - Edy Poppy

Vår i Lou od kilku lat są małżeństwem. Ona pochodzi z niewielkiego miasteczka w Norwegii, on z południa Francji. Mieszkają w Londynie, tworząc luźny związek, liberalnie podchodząc do wierności. Vår spotyka się regularnie z nastoletnią Sidney, Lou po rozstaniu z Kochankiem żarliwie poszukuje nowych partnerów seksualnych. Swoje doświadczenia opisuje w powieści, nad którą pracuje. „Anatomia. Monotonia” to świetnie napisana książka o ekstremalnej formie miłości, o jej granicach, o nagości, pożądaniu i fantazjach. Krótkie imiona głównych bohaterów, krótkie zdania, krótkie sceny-rozdziały przyspieszają tempo akcji - od seksu do seksu, papieros przypalany od papierosa... Powieść Edy Poppy obfituje w odniesienia do francuskiego filmu i literatury (Vår i Lou grają w zgadywanie tytułów na podstawie cytatów, podobnie jak bohaterowie „Marzycieli” Bertolucciego), a rozdziały noszą tytuły filmów, książek i piosenek z międzynarodowego kanonu.

Opinie o ebooku Anatomia. Monotonia - Edy Poppy

Fragment ebooka Anatomia. Monotonia - Edy Poppy

Przekład ukazał się z pomocą finansową NORLA

This translation has been published with the financial support of NORLA

Tytuł oryginału:Anatomi. Monotoni

Copyright © Gyldendal Norsk Forlag AS. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by

Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by

Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Przekład

Karolina Breś

Redaktor prowadzący

Paweł Lipszyc

Redakcja techniczna

Alek Radomski

Opracowanie graficzne serii, projekt okładki i stron tytułowych Przemysław Dębowski, www.octavo.pl

Zdjęcie wykorzystane na obwolucie Copyright © by Cyril Albert-Gondrand

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-321-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Edy Poppyto pseudonim norweskiej pisarki Ragnhild Мое. Autorka współpracowała z czasopismami w Anglii, Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Za debiutanckąAnatomię. Monotonięotrzymała w 2004 roku Nagrodę im. Sørena Gyldendala w konkursie na najlepszą współczesną powieść miłosną.Anatomię. Monotonięprzełożono na język niemiecki, włoski i francuski.

WZMYSŁOWEJ SERII, prezentujemy najciekawsze utwory literackie erotyki światowej i polskiej. Po wiktoriańskiejPerleorazJedenastu tysiącach pałek…Apollinairea czas na subtelny kobiecy głos współczesny.Anatomia. Monotoniazachwyca, uwodzi i wzrusza.

Przedmowa

Niestety, prawda jest taka, że im więcej się czyta, tym częstszych doznaje się rozczarowań. Dlatego większość czytelników dochodzi kiedyś do punktu, w którym na serio zaczynają rozważać zerwanie z czytaniem. Ale nie można, rzecz jasna, wierzyć obietnicom zatwardziałych czytelników, nie bardziej niż zapewnieniom alkoholików, którzy dopiero co przestali pić, czy małych dzieci. Głęboko w oczach zaprzysięgłych czytelników, twierdzących, że przestają czytać, tli się wciąż maleńki płomyk nadziei, oczekiwania na tekst, który swym temperamentem, skrywanymi niespodziankami, ładunkiem energii zdoła na nowo ożywić zniechęconego, lecz nieuleczalnego czytelnika.

Nie chodzi o totalnie negatywne nastawienie. Ale jednak od czasu do czasu trzeba głośno powiedzieć to, z czego wszyscy czytelnicy tak cholernie dobrze zdają sobie sprawę: że świat książek jest pełen rozczarowań. W księgarni czy bibliotece napotykamy przede wszystkim na nie — na mnóstwo rozczarowań. Otaczają nas zewsząd intelektualna głuchota, obojętność skądinąd niegłupich, lecz niemających nic do powiedzenia ekshibicjonistów, zdolnych pedagogów, zrzędliwych moralistów, powtarzalność i brak odwagi.

Problemem jest nie to, że w ogóle nie czytamy gównianych książek, lecz że — z poczucia obowiązku? — bez mrugnięcia okiem czytamy tyle przeciętnych czy wręcz słabych powieści. Czytamy je od pierwszej do ostatniej strony z czystej potrzeby wiedzy lub dobrej woli; kiedy pomyślę o tych wszystkich kiepskich powieściach, które przeczytałem od deski do deski, świat zaczyna przypominać mi przygnębiającą literaturę.

Debiutancka powieść Edy Poppy, tak rzeczywista, niebezpieczna, w naturalny sposób wyróżnia się w zalewie poślednich powieściowych rozczarowań. Przedstawię pokrótce, dlaczego ta właśnie książka posiada niebezpieczną zdolność sprowadzenia doświadczonego czytelnika na manowce i dlaczego wszyscy ci, którzy postanowili przestać czytać, powinni trzymać się od niej z dala.

Po pierwsze ze względu na zuchwałość. Nonszalancką, niezależną bezczelność. Ostrość i upór tekstu — to uderza mnie najbardziej. Zuchwałość, myślę. Właśnie ona przyciąga uwagę czytelnika przez całą książkę. Sądzę, że autorka jeszcze przed właściwym początkiem powieści opatrzonej chytrym, wyniosłym tytułemAnatomia. Monotonia, dała sobie spokój z nieśmiałością i autorefleksyjną ostrożnością; rzuciła się do walki z pisaniem z gołymi rękami, drąc klawiaturę pazurami. I uważam, że dobrze jest ujrzeć znowu taką bezczelność; minęło już sporo czasu, odkąd dostrzegłem w tekście tak naturalną zuchwałość (i taką słodycz; przypomina mi się, gdy po raz pierwszy czytałem Céline’a albo Duras, albo Kathy Acker).

Rzecz jasna samą zuchwałością można epatować tylko krótko i przejściowo, sama bezczelność nie wystarczy.

U Edy Poppy bezpośredniość wciąż łączy się z wyczuwalną wrażliwością wobec postaci i sytuacji. Pisze ona: „Tak, coś jest w tej Marlene. Jakaś zaskakująca forma wyzwolenia”.

Wyzwolenie w tekście Poppy nie polega rzecz jasna na nazwaniu po imieniu tego, o czym kiedyś się nie mówiło: genitaliów. To, co zaskakuje, to fakt, że nazywa je, mimo że w głębi duszy dobrze wie, iż przekraczanie granic samo w sobie jest oklepane i banalne. Ta językowa świadomość sprawia, że autorka pisze o genitaliach bez stwarzania wrażenia, że przekracza jakieś granice. To właśnie ton informuje czytelnika, że nie jest ani ironiczna, ani naiwna, ale że naprawdę próbuje na nowo napełnić mocą te słowa, które niemal całkiem wypraliśmy ze znaczenia.

Kiedy po gwałtownej scenie seksu na ulicy, na początku książki, autorka pisze: „Nieznajomy jest niemal łagodny”, to „niemal” mówi nam coś o jej postawie; to nie pornografia czy antypornografia; jej nastawienie bliskie jest zmysłowym doświadczeniom Vår ze względu na niemal szokującą szczerość.

Ponadto treść powieści ujawnia drugie znaczenie ukryte w zdaniu „Jakaś zaskakująca forma wyzwolenia”, ale nie zdradzę go tu. Można by zapytać, co kryje się na drugim krańcu tego „przekraczania przekraczania”: może naturalna zuchwałość.

Anglicy używają słowacocky1, które być może jeszcze lepiej pasuje do powieści Edy Poppy, jako że określenie „zuchwały” zawiera w sobie coś śmiałego i perwersyjnie harcerskiego pod względem językowym;cockyzaś jest bardziej szorstkie, bardziej seksualne; choć powieść ta miejscami jest lekka, dziewczęca i wrażliwa, każdy inteligentny czytelnik po przeczytaniu trzydziestu stron jest przepełniony i całkowicie przekonany kryjącą się w niej surowością. Choć bowiem autorka próbuje się od czasu do czasu kamuflować, nie jest w stanie ukryć przed nami swojego temperamentu. Jest wrażliwa, surowa, krucha i łatwo ją zwieść; czujemy, jak improwizuje, wykorzystując nas tak, że kolejne zdanie ożywia zdanie właśnie przeczytane.

Ale o czym jest ta książka? Tego nie zdradzę. Opowiada ona jednak zarówno o miłości, jak i desperacji. Gdyby istniało jedno słowo zawierające w sobie znaczenie tych dwóch, ta książka zapewne byłaby właśnie o nim.

Nikolaj Frobenius,Live, Papillion 2005

Dedykacja

Dla mojego męża,

który dał mi wszystko,

nawet to, czego nie chciałam

0:

Fade in2

Siedzę na ławce w parku Świętego Jakuba, tuż przy sadzawce, w której taplają się kaczki. Jest ciepło. Przysiada się do mnie mężczyzna.

Po chwili mówi:

– Jesteś Szwedką, mieszkasz w Anglii i czytasz francuską książkę.

– Zgadza się — odpowiadam.

Mówi do mnie coś jeszcze, mało ciekawie, więc czytam dalej, niezainteresowana. Pyta, czy może się ze mną znowu spotkać. Wyrażam wątpliwość, jednak i tak daje mi swój numer telefonu.

– Nigdy nic nie wiadomo, prawda?

– Prawda.

Wtedy mówi:

– Nie wiem, jak się nazywasz.

Odpowiadam, że tak wolę. To prawie tak, jakby człowiek znalazł się w książce Marguerite Duras: kobieta, mężczyzna, ona i on, chcę, żebyśmy też tacy byli, anonimowi. Akceptuje moje wyjaśnienie, ale wciąż chce gadać. Ja nie; wolałabym dalej czytać. Myślę: samotność. I wierzę, że tego właśnie pragnę.

Później zobaczyłam go jeszcze na mieście, w jednym z licznych antykwariatów na Charing Cross Road. Kiedy mnie dostrzegł, krzyknął coś z entuzjazmem. Przestraszona, wmieszałam się w tłum ludzi, on podążył za mną. Pobiegłam na stację metra; zawahałam się. Postanowiłam udać, że go nie widziałam, ponownie wróciłam na ulicę i znów się zawahałam. Przystanęłam. Zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że to ważne, bym sprawdziła, jak daleko mogę się posunąć; dałam mu szansę, by mnie dogonił. Nie zatrzymał się, póki nie stanął tuż przy mnie. Zauważam, że ma bardzo przyśpieszone tętno, serce wali mu pod skórą. Nalega, bym powiedziała, jak się nazywam, mówi, że dobrze byłoby to wiedzieć. Patrzy mi w oczy, długo. Nie rumienię się, lecz uśmiecham.

—Kochanekto wspaniała literatura, nie sądzisz? — pyta, pokazując mi książkę, którą właśnie kupił.

– Tak, ale w tej chwili go nie czytam — mówię. — PoKochankuzdarzyło się wiele innych historii…

Nie łapie aluzji. Zamiast tego proponuje, byśmy się czegoś napili. Może kawy. Czegoś, co zajmie pięć minut, bo ma mało czasu. Zgadzam się chętnie, wzbudził moje zainteresowanie.

– Skąd wiedziałeś, że jestem Szwedką? — pytam.

– Nie wiedziałem, zgadłem.

Uśmiecham się; lubię być obiektem fantazji nieznajomych mężczyzn. Norwegia nie istnieje poza Skandynawią. Poza Skandynawią wszyscy jesteśmy Szwedami, Liv Ullmann w szerokim świecie też jest Szwedką.

Zamówiliśmy dwie caffe latte, zapalam papierosa. Nieznajomy jest niepalący, za to ja palę za dwoje. W głowie kłębią mi się idiotyczne, dziecinne myśli, które mnie podniecają. Kawa jest gorąca, parzę sobie język. Spoglądam nieznajomemu w oczy: duże, brązowe, z długimi rzęsami. Czerwienię się i wybucham śmiechem. Myślę, że kiedy spotkamy się ponownie, będziemy się kochać. Próbuję wyobrazić sobie, jak wygląda jego nagie ciało. Pyta, dlaczego się rumienię, odpowiadam, że jestem nieśmiała. Łatwiej jest być nieśmiałą, wtedy to na nim spoczywa odpowiedzialność, by między nami zaiskrzyło. Odzywam się rzadko, głównie słucham, on mówi bardzo dużo i nie słucha w ogóle. Zamiast tego próbuje mi zaimponować: mówi, że kiedy jest zakochany, maluje. Nie, właściwie nie maluje, miesza kolory. Pyta, jaki jest mój ulubiony kolor, wymyślam coś na poczekaniu, wymieniając te, które widzę wokół siebie. Zerkam na duży zegar ścienny za jego plecami.

– Pięć minut minęło naprawdę szybko — mówi, narzucając na ramiona kurtkę. Tym razem czyta mi w myślach. — Chcesz się ze mną jutro spotkać? — pyta.

– Może… — odpowiadam. Nigdy się nie poddaje, myślę, podoba mi się to. To, że nalega. — Zadzwonię do ciebie — dodaję.

Uśmiecha się i wybiega z kawiarni. Wie, że dotrzymam obietnicy, odwraca się wielokrotnie i mruga do mnie, też mrugam w odpowiedzi. Niemal wpadł na jakąś staruszkę; podoba mi się ta niezdarność, że uczucia mogą sprawić, by stracił równowagę. Czuję, że ściska mnie w brzuchu — pożądanie, i wszystko, motyle w brzuchu.

Siedziałam, patrząc w brudne okno kawiarni, jeszcze długo po tym, jak nieznajomy poszedł. Zaczęło lekko padać; w taki dzień jak ten, taki ciepły, deszcz jest czymś wspaniałym. To idiotyczne, siedzieć teraz w kawiarni, pomyślałam, zapalając papierosa: vogue — długie, cienkie damskie papierosy w kiczowatym opakowaniu, takie papierosy, jakich mężczyzna nie zapali za skarby świata. Toteż z reguły udaje mi się zachować je dla siebie. Miałam zamiar zamówić jeszcze jedną caffe latte, kiedy spostrzegłam, że filiżanka nieznajomego jest do połowy pełna. Upiłam z niej łyk, potem jeszcze jeden, przykładając wargi do miejsca, którego wcześniej dotykały jego usta, dobrze się bawiłam, wreszcie wypiłam całą kawę. Wtedy ukradkiem schowałam jego filiżankę do torby i wyjęłam notes, w którym zapisałam jedno zdanie. Nie więcej.

Mała cząstka Norwegii…

Wyskakuję z autobusu i idę do domu. Po raz pierwszy od bardzo dawna rozglądam się wokoło; patrzę na czerwoną cegłę, zdobiącą wszystkie budynki w okolicy, i myślę o tym, jak bardzo ta przygnębiająca robotnicza dzielnica została odmieniona przez młodych ludzi; jakby na nowo odżyła. Wyjmuję klucze, otwieram trzy zamki w drzwiach; po wejściu zakładam łańcuch. Dobrze się tu mieszka, myślę sobie, choć nie jest tu całkiem bezpiecznie.

Panuje cisza, dom jest pusty. Bez męża czuję się samotna. Skopuję ze stóp buty i idę do kuchni zrobić sobie herbatę, angielską herbatę, do której wlewam mleko. Wciąż jestem zafascynowana wszystkim, co angielskie. Potem wspinam się na piętro, wypijam herbatę w skradzionej dopiero co filiżance i zjadam kawałek mlecznej czekolady Freia. Nadal odczuwam tęsknotę za wszystkim, co norweskie. Zamykam oczy i odgradzam się na chwilę od Anglii, następnie włączam komputer, przygotowując się do pisania. Próbuję zapamiętać Norwegię: uczucia, atmosferę, dźwięk.

Ragnhildschowała się za drzewem; nie była wystraszona, tylko ciekawa. Patrzyła na to, co się działo, jakby oglądała film: ich duży, czarny dom był teraz żółty. Patrzyła na płomienie, myśląc, że to piękne, jak ogień niszczy wszystko, czym byli, w tak brutalny, nieczuły sposób.

Ojciec zapytał ją, czy nie chciałaby czegoś uratować; dziwił się, dlaczego nie zależy jej na zabawkach. Niczego nie chce.

– Pożar może sobie wziąć wszystko! — wykrzyknęła Ragnhild.

Patrzyła na innych, biegających w tę i we w tę, ratujących co się da, zanim będą musieli ratować samych siebie. Tylko Ronja stała koło niej z podkulonym ogonem. Ragnhild poklepała ją chłodno po głowie: nie lubiła zapachu psów.

– Chodź tu! — krzyknął Ravn, a wtedy Ragnhild wzięła szczeniaka na ręce. Suczka była szara, niemal brzydka z tą swoją krótką sierścią, pomyślała Ragnhild, przyglądając się jej krytycznym wzrokiem. Nikt nie wiedział, jakiej rasy jest Ronja, tyle tylko, że to jakiś rodzaj psa myśliwskiego. Ale za to z pewnością wyrośnie na podobną do swojego pana, stwierdziła Ragnhild: będzie pełna poświęcenia, lojalna, chętna do współpracy, odważna, humorzasta i egocentryczna. Ocena Ragnhild była jednak niesprawiedliwa, bo Ragnhild nie lubiła psów, nie lubiła ich wierności, tego że zawsze podążają za swoim panem, że są takie natrętne. Marzyła o dniu, w którym Ronja nie poliże Ravna z wdzięcznością po całej twarzy swoim długim, obrzydliwym, oślinionym jęzorem, tylko połknie go jednym chapnięciem.

Ronja zaczęła piszczeć, chciała być postawiona na ziemi. Utracić naiwność to straszne, ale jeszcze straszniejsze jest jej nie stracić…, pomyślała Ragnhild, pozwalając suczce biegać na jej szczenięcy sposób: chciała się bawić mimo strachu… Ronja należała do Ravna, starszego brata Ragnhild, i dostała imię na literę r, tak samo jak oni. Ragnhild uważała, że to dziwne — ona i jej brat mają tak podobne imiona, choć tak się od siebie różnią. Jakby ich rodzice liczyli na coś innego. A oni, jakby na przekór, stawali się coraz bardziej odmienni od siebie, niemal jak dwa przeciwieństwa. Czasem Ragnhild wyobrażała sobie, że Ravn przychodzi do niej w nocy i wydłubuje jej oczy — dziwne było to, że podobała się jej myśl o bólu i krwi. Jak gdyby to wewnętrzne napięcie pomiędzy starszym bratem i młodszą siostrą mogło zostać w ten sposób rozładowane.

Ragnhild patrzyła na płomienie, przyciągały ją. Ale na odległość. W tle słychać było syreny wozów strażackich; wkrótce przybędą i wszystko zniszczą, pomyślała i spojrzała ze smutkiem na ojca. Już nie biegał tam i z powrotem, teraz był jak jego córka: zafascynowany. Robił zdjęcia. Lubił ten dystans, jaki zapewniał mu obiektyw. Zwołał rodzinę i nastawił samowyzwalacz. Siostra i brat stanęli obok siebie z kwaśnymi minami. Ragnhild życzyła sobie, by Ravn przypominał mleczarza, to by wiele wyjaśniało; ale wszyscy wiedzą, że Ravn jest podobny do ojca.

—Cheese—zachęciła wszystkich do uśmiechu matka, zupełnie niestosownie do sytuacji, a Ronja wbiegła pędem w kadr.

Jest niczym rozmazany tusz na ich twarzach, utrwalona na wieki. Ragnhild też zrobiła jedno zdjęcie;przeszłość jeszcze na wpół trwa, na wpół już przeminęła, spalona, tajemnicza. Chce je wkleić do rodzinnego albumu: duży, piękny dom na krawędzi zapaści.

Od dawna nie widziałam się z rodziną. Smutno mi się robi na myśl o tym, jak mało ze sobą rozmawiamy. Tak się po prostu stało, brak komunikacji, koordynacji. To nie był nasz błąd, pech, szczęście, nazwijcie to jak chcecie.

Pojechałam kiedyś na przykład do domu, to było wiele lat temu, a oni gdzieś wyjechali, cała rodzina, oprócz mnie. Nie byłam zła, że wyjechali, oni też nie złościli się, że przyjechałam. Pamiętam, że wsłuchiwałam się wtedy w wiatr. Doprawdy, że też zajmowałam się czymś takim. I że wsłuchiwałam się wtedy też w strach i samotność. Że poświęciłam kilka dni w tym nowym domu, by oddawać się melancholii, temu przedziwnemu zjawisku, które dusi cię powoli, lecz nieuchronnie, ale które jednak w tak dużym, nowym drewnianym domu otoczonym lasem, w środku nocy, może być dobrym przyjacielem. Próbowałam rozpoznać, z jakich dźwięków składa się cisza. Przecież w domach z drewna zawsze słychać jakieś dźwięki, jakby ktoś stracił głos i teraz wydaje z siebie tylko żałosne odgłosy. Odgłosy, które w ciągu dnia brzmią uspokajająco, lecz wieczorem sprawiają, że kręcimy się niespokojnie. Myślę o swoim starszym bracie, który nigdy nie wyprowadzi się od rodziców: od braku odpowiedzialności i dojrzałości. Zastanawiam się, czy on wciąż słyszy te dźwięki, czy też ogłuchł na nie; czy nadal czuje się samotny.

Kiedy jestem tu sama, nie mogę się powstrzymać, by nie zerkać co chwilę za okno, w stronę lasu. Słyszę basowe pohukiwanie sów, szelest przemykających w pobliżu małych zwierząt, odurzający szum wodospadu… Dźwięki natury, które straszą mnie po nocach. Dlatego staram się pamiętać o pożarze, o tym, jak stałam w ciemności, patrząc na rozjarzony krajobraz, od naszego gospodarstwa i wielu innych domostw leżących poniżej. Wtedy już się nie bałam. Lubię o tym myśleć; o tym blasku, o cieple. I o następującej potem wolności.

Ragnhild obchodziła chory dom dookoła, badając go niczym lekarz. Zmierzyła puls, sprawdziła płuca, serce… Żadnej reakcji. Nagle poczuła ból i stratę — tak mocno, jakby straciła dobrego przyjaciela. Ragnhild zaczęła płakać. Pobiegła do lasu, szukać przytłaczającej, niemal niedającej się znieść ciszy.

Znów przerywam. Myślę o starym, trzeszczącym domu z krzywym dachem, ścianami i podłogą. Zimnym domu pełnym przeciągów i duchów.

Czas płynie, nie lecząc żadnych ran, ale między ścianami zaczyna już rosnąć zielona trawa i kwiaty. W ruinach domu.

– Nie złość się —powiedziała Ragnhild do siebie. — Stał tu już ponad sto lat, dwieście… Teraz trzeba pozwolić mu odpocząć.

Rainer Werner Fassbinder mówił: „Mogę spać, kiedy będę martwy”.

Ragnhild nie wiedziała jeszcze, kim był Fassbinder. Nie znała też Virginii Woof Sylvii Plath, Anne Sexton, Cheta Bakera, Nicka Drakea, Kurta Cobaina, Yukio Mishimy, Gillesa Deleuze, Paula Celana, Marka Rothko, Jensa Bj0rneboe, RagnhildJ0lsen, Amalie Skram, Stiga Dagermana, Ernesta Hemingwaya, Sida Viciousa, Roberta Schumanna, Adolfa i Evy Hitler, Josepha i Magdy Goebbels…

Samobójstwo, zabójstwo. Jedynym, co zna, jest strata. I musi nauczyć się z nią żyć.

Sidney jest białym króliczkiem

Rozmyślam o rzeczach, które się wydarzyły, i o rzeczach, które się nie wydarzyły. Wyglądam przez okno. Tęsknię za mężem. Chcę mu opowiedzieć o nieznajomym, bo mój mąż lubi historie o mnie i przypadkowych mężczyznach, a ja lubię, że on je lubi.

Ale mój mąż znowu wyszedł gdzieś z Sidney. Sidney Searles, lat 18. Według mnie łatwa ofiara, niedoświadczona dziewczyna, poszukująca sposobu zdobycia doświadczenia, której łatwo zaimponować. Wyobrażam ją sobie jako białego króliczka: naiwną, młodą i radosną. Mojego męża postrzegam jako pułapkę, w którą królik wpadnie. Śmieję się sama z siebie; jestem podła i zazdrosna, ale mimo to cierpliwa… Bo Sidney ma coś w sobie. Widziałam ją tylko przelotnie, ale zgadzam się z mężem: jest zmysłowa, promieniuje erotyzmem, z którego sama nie zdaje sobie sprawy. Bo jest młoda. Nadal mieszka z rodzicami, ale do przyszłego roku chce się wyprowadzić i zacząć żyć samodzielnie. Tak powiedziała mojemu mężowi. Że pracuje w galerii, by zarobić na wynajęcie mieszkania.

Nie chcę o tym myśleć, o Sidney i moim mężu. Zazdrość to coś, czym gardzę, ale to coś wciąż mnie gryzie. Nie dam się złamać. Zapalam papierosa, myśląc mimo wszystko o Sidney. Jest w niej coś absolutnie angielskiego; taka angielskość jak w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Bo Sidney nie przypomina młodych dziewcząt, jakie widuje się dziś na ulicach.

Przywodzi bardziej na myśl Jane Birkin z okresu Melody Nelson: taka sama chudość, takie same małe piersi. Wiem, że mój mąż lubi piersi, które właściwie nie są piersiami. Lubi kobiety, które wyglądają na niegotowe.

Czuję, jak w gardle rośnie mi gula. Wkrótce zrobi się ciemno, jego ciągle nie ma. Mimo wszystko wyobrażam sobie mojego męża z Sidney: jak się dotykają, co robią. Jestem żałosna. Spoglądam na siebie w lustrze, z kącika lewego oka cieknie mi łza, która dociera do ust; lubię ten słony smak. Oblizuję usta, chcę więcej, ale więcej łez się nie pojawia. Mój mąż nie lubi kobiet, które płaczą. Histeria. Zbyt dużo jej doświadczył, gdy był mały.

Z głębi nieświadomego życia duszy

Budzę się gwałtownie, bez wspomnień, ale z paskudnym posmakiem po śnie, który przyszedł w nocy i poszedł sobie, niczym złodziej w moich myślach. Nie wiem, czego brakuje, jaka część nieświadomego życia duszy została splądrowana. Znów zasnęłam przed komputerem. Teraz pozwalam sobie upaść. To boli, i właśnie to jest w tym dobre. Na zewnątrz wieje wiatr, drzewa śpiewają, krzyczą… Nagle przypominam sobie o zdaniu, które zapisałam wczoraj w kawiarni. Wstaję, odnajduję notatnik i czytam podekscytowana:

Orgazm nie jest małą śmiercią, lecz życiem.

Czytam je jeszcze raz, zastanawiam się, gdzie umieścić to proste zdanie. Z pewnością nie pasuje do opowieści o dzieciństwie. Zapisuję je jednak i tak, na później.

Wkrótce. Potem biorę kąpiel, myję swoje białe włosy, depiluję białe brwi, golę okolice bikini wokół mojej białej cipki. Następnie splatam włosy w warkocze i formuję z nich na głowie dwa krążki, dopieszczając wygląd krowiarki. Słyszę wszelkie dźwięki, wszystkie kroki, ale nie słyszę mojego męża. Nie wrócił do domu, a teraz zapewne wkrótce pojedzie do pracy. Kładę się do łóżka, sama, pusta. Będę tak leżeć, aż nabiorę dość odwagi, by zadzwonić do nieznajomego.

London by night3

Nieznajomy jest bardzo bezpośredni, zadaje mi pytanie:

– Jesteś z tych, co chcą się kochać tylko w łóżku, w domu?

– Oczywiście, że nie — śmieję się, to pytanie padło tak nieoczekiwanie. Podoba mi się to, mięknę. Odpowiadam: — To absurdalne, by ograniczać swoje życie seksualne do łóżka.

Nieznajomy zdradza wtedy, że lubi kochać się w miejscach publicznych, im dziwniejszych, tym lepiej. Twierdzi, że jest bardzo pomysłowy i uważny. Mówi, że zna różne ciemne zakamarki w tym mieście,London by night. Przyjmuje za pewnik, że mam ochotę.

Pijemy Pimm’sa we wszelkich możliwych wersjach: z piwem imbirowym, truskawkami, miętą, ogórkiem… tak, niemal z czymkolwiek. Zapalam papierosa.

Nieznajomy opisuje swój język: co chce nim robić, gdzie go wsadzić. Wodzi nim delikatnie tam i z powrotem po zębach, przechwala się wcześniejszymi wyczynami, seks, tak, wie, co to takiego, jak się to robi, jak sprawić, by kobieta zatraciła się w pożądaniu. Mówi, jaka będę mokra, gdy już ze mną skończy. Przyznaje, że próbował wielu rzeczy, nawet seksu z dziwką. Próbuje mnie zaszokować swoimi frazesami, myślę, chciałby, żebym była niedoświadczona, nieśmiała.

Nieznajomy wyjaśnia:

– Seks jest higieniczny. Nic nie jest brudne — i dodaje, że uwielbia zapach i smak cipki. Potem pyta: — Cunnilingus? — czyli, czy lubię, gdy mężczyzna wchodzi we mnie językiem.

– Tak.

Opowiada o swoich dawnych zdobyczach, o ich reakcjach, zwłaszcza o jednej szwedzkiej dziewczynie, która nigdy wcześniej nie była tak napalona. Przyznaje, że pociągają go Szwedki, bo tak bardzo się od niego różnią, są takie egzotyczne. Uśmiecham się, ale nie odpowiadam. Tęsknię za Kochankiem, moim własnym. Nieznajomy już mi nie imponuje. Raczej traktuję go nieco z góry; jestem też, rzecz jasna, ciekawa. Myślę: pokaż mi, co potrafisz, ale wątpię, żebyś był lepszy od Kochanka, od mężczyzny, który był moim kochankiem przez półtora roku. I wtedy dopada mnie nieprzyjemne wrażenie w brzuchu, bo on przecież jest tylko środkiem, by coś osiągnąć. Mam ochotę na seks. Minęło dużo czasu od ostatniego razu z kimś obcym, z zewnątrz, z kimś innym niż mój mąż…

Nieznajomy wpatruje się w moje oczy — długo. Czuję, że jego uwagę przyciąga coś, co próbuję ukryć: niepewność, mająca źródło w wyrzutach sumienia. Bo zaraz mówi, że większość kobiet go rozczarowuje; zawsze chcą coś zdobyć, chcą mieć jakiś zysk. Już teraz wiem, że należę do kobiet, które go rozczarują.

Pyta:

– Jak poznałaś swojego męża?

– Pocałował mnie.

– To wszystko?

– Tak.

Nagle nie ma więcej pytań, chciałby raczej porozmawiać o czymś innym. Ma nadzieję, że mój mąż jest przynajmniej kiepski w łóżku. Odpowiadam, że nie, i zapalam nowego papierosa, wydmuchując na nieznajomego ogromne chmury dymu. Nie złości się, nie sarka; zamiast tego stwierdza, że według niego mamy ze sobą wiele wspólnego, to uderzające. Odpowiadam, że nie zwróciłam na to uwagi, raczej wręcz przeciwnie, uważam, że bardzo się różnimy, jesteśmy niemal swoimi przeciwieństwami. Wypijam resztę Pimm’sa jednym haustem, bo im więcej wypiję, tym większe szanse, że będzie mi z nieznajomym dobrze, że coś będzie się między nami zgadzać. Ale to nie pomaga, alkohol przelatuje przeze mnie, nie czuję odurzenia. Mam dosyć. Na stoliku stoi wazon z kwiatami.

Sięgam po margerytkę i jeden po drugim obrywam białe płatki:

– Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, kocha… nie kocha.

Nieznajomy wybucha śmiechem. Jego ruchy są natrętne i niezdarne. Kiedy mówi, przysuwa się tak blisko, że czuję każdy jego oddech na twarzy.

Bierze mnie za rękę i wybiegamy w jakimś miejscu w Shoreditch, między Old Street a Hoxton Square. Zastanawiam się, czy moja jasność umysłu to jedynie złudzenie wywołane alkoholem. Kucam za jakimś samochodem i sikam.

– To tu! — krzyczy.

– Tutaj?!

Trzeba zamknąć za sobą furtkę i zejść po schodach — znajdujemy się w ciasnym przejściu. Jesteśmy na zewnątrz, ukryci tuż przy tylnych drzwiach restauracji. Mija nas sporo samochodów, szybko. Słyszymy rozmawiających ludzi, słyszymy, o czym rozmawiają. To bolesne, ta banalność ich rozmów. Jak gdyby treść nie miała znaczenia, jakby liczył się tylko czynnik towarzyski. Zastanawiam się, czy nieznajomy i ja, czy my… Prosi, żebym o nich zapomniała. Na dole schodów stoi zardzewiały piecyk, który sprawia, że jest tu bardzo ciepło. Pocę się. Jego skóra jest ciemna, niemal czarna, ledwo go widzę, razem jesteśmy czarno-biali, niczym w starym filmie. Jestem całkiem naga, nie licząc kurtki.

– Kochałaś się kiedyś z Murzynem? — pyta nieco za głośno.

– Tak — szepczę w odpowiedzi.

Próbuję zrównoważyć jego donośny głos swoim cichym. Zneutralizować. Zaczyna mnie dotykać, wkłada palce głęboko we mnie, oblizuje je. Chce, żebym też je oblizała. Kiedy się całujemy, mam wrażenie, że całuję swoją cipkę, rozpoznaję ten słodko-gorzki, niemożliwy do opisania smak: jak morze; sól, jak pot; słodycz. Nieznajomy uważa, że jest pyszny, jest nienasycony, opróżnia mnie z wilgoci, przełyka. Imponuje mi wielkość jego członka, jednego z największych, jakie widziałam. Wtyka mi język do ucha i szepcze, że teraz moja kolej, by go nawilżyć, popracować ustami. Próbuję, ale jego penis jest zbyt duży, chyba zaraz się udławię. On też się poci, obraca mnie we wszystkie strony, do przodu, do tyłu, głośno mówi, że mam fajny tyłek, całuje go, chce wiedzieć, czy ktoś całował już wcześniej mój tyłek, czy go wylizywał.

– Tak, często — szepczę i proszę go, by mówił ciszej.

Ale kiedy we mnie wchodzi, to ja krzyczę. Zatrzymuje się, zdziwiony, i pyta, czy sprawia mi ból.

– Nie, jeśli chodzi o mnie, facet nigdy nie jest zbyt brutalny — twierdzę.

Nieznajomy jest niemal łagodny.

Po tym, jak nieznajomy wziął mnie trzy razy, mam ochotę na papierosa. Ale on nie pali, a moje już się skończyły. Czas do domu. Rozglądam się dookoła, szukam swoich rzeczy, czuję mdłości. Na dworze zrobiło się jasno, już niemal ranek. Ludzie wracają do domów albo na afterki. Ptaki ćwierkają. Nieznajomy pyta, czego szukam.

– Spodni mojego męża — odpowiadam szeptem.

Leżą na szczycie schodów: niebieskie męskie spodnie w paski, z pchlego targu.

Nieznajomy podaje mi je, poza tym stoi całkiem nieruchomo. Wciąż nagi, napalony, pyta:

– Często spotykasz się z facetami w ciuchach swojego męża?

– Tak, to sprawia, że czuję się bezpiecznie — odpowiadam szczerze.

Widzę, że moja odpowiedź mu się nie podoba. Wtykam stopę w nogawkę, ale kiedy chcę zrobić to samo z drugą nogą, nieznajomy powstrzymuje mnie, twierdząc, że jeszcze nie ma dość, chce, żebym poszła z nim do domu, żebyśmy powtórzyli to w całym jego mieszkaniu: na schodach, stoliku, stole kuchennym. Kusi mnie, mówiąc, że dobrze gotuje, że zjemy coś, a potem będziemy się znowu kochać. Wielokrotnie powtarza, że jeszcze nie ma dość. Odpowiadam, że jestem taka jak większość kobiet, że zawsze czegoś chcę, chcę zysku. Zakładam na siebie resztę ubrania. Szybko. Skarpetki i buty. A potem wychodzę i biegnę, biegnę, biegnę…

Choroba i sen

Przemierzam miasto na nogach kroczących miarowo niczym wskazówki sekundnika. Nie zatrzymuję się, dopóki nie docieram do domu.

Próbowałam pozbyć się alkoholu, wybiegać go z mojego ciała, ale wciąż mocno trzyma mnie za gardło.

Przed drzwiami przystaję na kilka minut, żeby odsapnąć. W głowie mi szumi. Teraz, kiedy wiem, że zaraz położę się do łóżka, alkohol uderza z całą siłą. Ironia losu, myślę, wyciągając klucze.

W przedpokoju wisi kurtka mojego męża. Uśmiecham się; daję radę jedynie zrzucić ze stóp buty, a potem biegnę chwiejnie do łazienki, przypadam do sedesu i wymiotuję. Widok rzygowin sprawia, że wymiotuję jeszcze raz. Obmywam okolice ust, dokładnie czyszczę zęby i język. Potem nacieram ciało mydłem i polewam się cała zimną wodą. Jednak czuję się brudna. Zakładam wywrócony na lewą stronę stary sweter: sweter Pollocka — tak go nazywam, bo Kochanek miał zwyczaj w nim malować.

Chce mi się śmiać: zwietrzały zapach kochanka na ubraniu, Kochanka, to naprawdę absurdalne. Mój mąż nie lubi tego swetra, dobrze to rozumiem, ale nie potrafię się z nim rozstać. Jestem głupia i sentymentalna.

Tęsknię za mężem. Idę do naszej sypialni, która jest jednocześnie moim pokojem do pisania. Ostrożnie otwieram drzwi i cicho wślizguję się do środka. Chcę, by dźwięki, jakie wydaję, zlały się z jego snami. Szepczę coś czule. On przewraca się na drugi bok, ale się nie budzi. Całuję go w policzek. Wzdycha. Jest niewinny i nieświadomy. Na podłodze stoi butelka po winie, popielniczka jest pełna, wyjmuję paczkę vogue’ów z szuflady biurka, siadam i wreszcie zapalam poseksowego papierosa. Robię wydech, wydmuchuję dym… Patrzę na niego w ciemności pomiędzy zaciągnięciami, słucham cichego gwizdu, jaki wydobywa się z jego nosa, czuję ciepło jego ciała i całuję jego śpiące wargi. To jest mój mąż, myślę z zadowoleniem, na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Czuję podmuch wiatru w pokoju, słyszę szum, także od samochodów. Mój mąż lubi spać przy otwartym oknie, szanuję to, choć to dość głupie w tak dużym, hałaśliwym mieście jak Londyn.

Wpełzam do łóżka, w głowie wciąż mi szumi. Kładę się bliżej niego, przyciskam się tak mocno, że niemal nie mogę oddychać. Jutro niedziela, możemy spędzić cały dzień razem, myślę i zamykam oczy, lecz światło wciska się przez szczelinę w zasłonach, drażniąc mnie. Wstaję i zaciągam je dokładnie, chcę, by było tak ciemno jak tylko się da. Potem znów kładę się koło męża. Cudownie jest mieć go w łóżku.

Rozmyślam: szmacę się z własnej woli. Myślę też: muszę oddzielić seks od miłości. Chcę, żeby mój mąż jako jedyny dostawał ode mnie jedno i drugie. Uważam, że nie potrzebuję nikogo innego do kochania, że on może zająć się tą częścią, tą plus czynnikiem intelektualnym. Bo jedynym, w czym potrzebuję pomocy, jest erotyka, orgie, mężczyźni biorący mnie na wszelkie możliwe sposoby, którzy są tak pełni seksu, że niemal bestialscy. Sądzę, że powinnam być tym usatysfakcjonowana, ponieważ dostaję więcej wolności niż inne kobiety.

Głaszczę go po brzuchu, ciągnę za sutki… Nie chcę być sama, oddzielona jego snem.

1:

Niewyjaśnialne

Chcę, żeby mój mąż się obudził, bym mogła mu opowiedzieć. Wszystko. O nieznajomym. Tak, żeby on mógł mi opowiedzieć wszystko o Sidney. Żebyśmy mogli wymienić doświadczenia… i może zazdrość… Całuję go w kark, głaszczę po ciemnobrązowych lokach. Mój mąż jest tak francuski z wyglądu, jak ja jestem norweska. Zazdroszczę mu tych loków, kręconych włosów. Moje włosy zwisają prosto w dół. Wstaję. Wciąż mam mdłości po nieudanej imprezie z nieznajomym. Ściągam sweter Pollocka, zakładam białą podkoszulkę i obcisłe dżinsowe spodnie. Dżins, czyli inaczej denim, oznacza dosłowniede Nîmes, z Nîmes; to miasto w południowej Francji, z którego pochodzi mój mąż. To tam wynaleziono ten typ materiału. Ale to nie tam się spotkaliśmy, tylko w innym mieście, w konkurencyjnym Montpellier.

Kiedy Ragnhild przybyła do Montpellier, było już po południu. Wynajęła pokój w tanim motelu i od tamtej pory chodziła ciasnymi uliczkami. Zatrzymywała się. Nasłuchiwała. Podjechała autobusem nad Morze Śródziemne. Lubiła samotność, wędrówkę bez celu, gdyż była nowa, wszystko było nowe. Zadzwoniła z budki telefonicznej do rodziców. Rozmawiała z nimi byle coś powiedzieć, zgrzeczności. Za granicą pieniądze znikają szybko, to będzie krótka rozmowa, niemal same dźwięki. Rodzice zapytali, od kiedy jest na miejscu. Spojrzała na zegarek i stwierdziła: od ośmiu godzin.

Montpellier, Francja, mój mąż, mężczyźni, Kochanek… to tam wszystko się zaczęło, w środku francuskiej mentalności, w środku trójkąta. Podobało mi się takie życie, tak różne od norweskiego, takie w pewien sposób niemoralne, w każdym aspekcie, łącznie z językiem. Jednocześnie go nienawidziłam, tego bólu, jaki sobie wzajemnie zadawaliśmy.

Spoglądam zakochanym wzrokiem na mojego męża; wciąż śpi. Pozwalam mu spać. Schodzę na dół do kuchni, łykam aspirynę i zaczynam przygotowywać śniadanie, angielskie: jajka, bekon i smażona fasolka. Zabójczo kaloryczne jedzenie to najlepsze lekarstwo, myślę, lepsze niż tysiąc aspiryn. Smażę wszystko razem na patelni, dodając kilka pieczarek, ależ będzie pyszne, nucę do siebie i spoglądam na zegar. Dwunasta.

Wpadam do pokoju na górze, ledwie unikając upadku. Odstawiam tacę z jedzeniem i odsłaniam zasłony; do pokoju wdziera się światło, blask słońca mnie oślepia. Fajnie być w domu w taki dzień, kiedy powinno się być na dworze, myślę i spoglądam z miłością na męża. Śpi tak twardo, tak bezpiecznie, ale ja już nie mam cierpliwości, teraz jestem brutalna.

– Lou!

Potrząsam nim, bez powodzenia. Biegnę do łazienki, moczę ręcznik i kładę go na jego twarzy. Desperacko próbuje otworzyć oczy, trze i trze, aż robią się czerwone.

– Vår,amour, kochana, cudowna… żono — mówi, gapiąc się na mnie zmęczonymi, zielonobrązowymi oczami.

– Śniadanie! — wykrzykuję zadowolona.

– Och, dzięki…

Podciąga się, wciąż śpiący, na łóżku, a ja stawiam tacę na jego kolanach i znowu kładę się koło niego.

– Nie jesteś zły, że cię obudziłam?

– Nie — patrzy na zegarek. — Nie cierpię przesypiać swoich, twoich dni…

– Słodki jesteś — mówię, opierając sobie na kolanach talerzyk. Żółtka są płynne, dokładnie takie, jakie powinny być. Maczam w nich bekon i pieczarki. Mam ochotę wypytać go o Sidney, ale zamiast tego opowiadam mu o nieznajomym. Mówię: — Miłość, tego właśnie potrzebuję — Lou patrzy na mnie, odpowiadam: — Seks, to właśnie dostałam, nie jest łatwo się kochać z kimś, kogo się nie kocha — dodaję.

– Nie.

Opisuję, co robiliśmy; wszystko: począwszy od wielkości jego członka i jak głęboko we mnie wszedł, do temperatury jego ciała i jaka się zrobiłam mokra. Opowiadam o jego języku, o cunnilingus. Przyznaję, że po wszystkim pozostał mi słodko-gorzki posmak, wrażenie, jakbym była brudna. Wyjaśniam, że przez to czuję się niepewnie, przez brak miłości między mną a nieznajomym.

Mówię:

– Potrzebuję czułości.

Lou rozumie, o co mi chodzi, bierze mnie za rękę, ściska ją tak mocno, że zatrzymuje krążenie i drętwieją mi palce.

– Spałeś na piętrze — mówię. — Na stole stała butelka po winie, popielniczka była pełna. Położyłam się przy tobie, bardzo blisko i pomyślałam sobie, że szmacę się z własnej woli.

– No co ty.

– Nie chcę już oddzielać miłości od seksu, chcę mieć obie te rzeczy naraz, żeby stanowiły jedność. Mam dosyć kłamstw.

– Rozumiem.

– Naprawdę?

– Tak. Mogę żyć z kimś innym, ale nie mogę żyć bez ciebie…

– A co to ma do rzeczy?

– Wszystko się jakoś łączy… Nie rozumiesz tego?

– Nie.

Lou próbuje wyjaśnić mi coś, czego wyjaśnić się nie da. Prosi, żebym zrozumiała coś, czego nie da się zrozumieć. Uważa za istotny fakt, że rzeczy mogą stracić swoje pierwotne znaczenie i nie znaczyć niczego. Pytam, cóż to takiego, co nic nie znaczy, on napomyka o niej, że ona jest bez znaczenia.

– Sidney?

Odpowiada, że nie powinnam zamartwiać się czymś, co nie istnieje. Mówi jak filozof, choć nie zdaje sobie z tego sprawy.

Potem bierzeTako rzecze Zaratustrai czyta na głos:

– „Dwóch rzeczy pragnie prawdziwy mężczyzna: niebezpieczeństwa i igraszki. Przeto pożąda kobiety jako najniebezpieczniejszej igraszki. Igraszką niech będzie kobieta: czystą i subtelną jako dyament opromieniony cnotami świata, którego jeszcze nie ma”4. Zamyka książkę i pyta: — Masz ochotę na zabawę? Na wyzwanie, coś ekscytującego…

Otwieram usta.

– Nic nie mów. Posłuchaj.

Zamykam usta.

– Oto moje warunki: jeśli zdołasz zakochać się w innym mężczyźnie tak, jak kiedyś zakochałaś się w Kochanku… Cóż, obiecuję, że wtedy zerwę z Sid. Koniec między mną a nią.

– Mówisz poważnie?

– Nie nadaję się zbytnio do prozy życia, rutyny. A więc…?

– Ponowne zakochanie?

– Tak.

Myślę: zabawa… Jakie jest znaczenie zabawy? To coś, co człowiek robi, żeby się rozerwać, a ja lubię rozrywki, zwłaszcza razem z Lou. Poza tym myśl, że odejdzie od Sidney, że spotkam innego mężczyznę, myśl o zakochaniu, zdradzie i zniszczeniu, jest pociągająca. Bo ja chcę patrzeć na życie z humorem. Chcę być dzielnym małym graczem.

– Nie rozumiem, jaka jest twoja motywacja, kochany. Co możesz zyskać? — pytam.

– Chcę pokonać zazdrość, Vår. Kiedy byłaś z Kochankiem, nie byłem gotowy, byłem zbyt młody i niedoświadczony. Tym razem moja reakcja będzie inna. Teraz lepiej sobie poradzę z taką sytuacją.

– Ale tak strasznie wtedy cierpiałeś, Lou!

– I właśnie dlatego chcę to zrobić — mówi, ponownie podpierając sięTako rzecze Zaratustra. – „Kocham tego, co ponad siebie samego tworzyć pragnie i tak oto zanika” — czyta.

– Nie rozumiem… — odpowiadam.

– Nienawidzę, gdy biologia bierze górę, Vår. Wolę mieć złe doświadczenia, niż nie mieć żadnych doświadczeń – dodaje. — Przynajmniej czegoś mnie uczą.

– A co z Sidney, w ogóle o niej nie myślisz?

– Sid to mój problem…

– Ale przecież ją kochasz, prawda…?

– Tak. Ale w grze trzeba coś postawić, inaczej to bez sensu…

Chora miłość

Ragnhild otworzyła okno, by podziwiać palmy, kaktusy, drzewka oliwne i pinie… Nastawiła uszu, starając się dosłyszeć śpiew cykad. Zachwycało ją wszystko, co francuskie.

Cyril objął ją w talii i pocałował w kark. Twierdzi, że jest chory. Chce ją mieć na własność. Bo trudno jest być we dwoje, kiedy jest się we trójkę, wiedzą to oboje. Cyril boi się samotności, oczekiwania, nigdy niesprawdzającego się przeczucia, czy ona wróci do domu, czy nie. Nie lubi, gdy Ragnhild wychodzi, kiedy jej nie ma u niego. Najbardziej chciałby, żeby byli cały czas razem: ona, on i Malarz: trójca, ménage a trois…Twierdzi, że może z tym żyć:przyjaźń między dwoma dorosłymi mężczyznami.

– Mam go od ciebie pozdrowić? — spytała Ragnhild.

Nie miała siły na dyskusję. Nie teraz. Nie za każdym razem.

– Cóż…

Cyril wyjął tytoń i bibułki. Kiedy skończył skręcać papierosa, nalał sobie pastisu, likieru anyżowego, typowego trunku we francuskie południe.

– Od czasu do czasu chcę spotkać się z Malarzem sam na sam — powiedziała.

– Nie.

– Ależ tak.

– Nie mogę tego zrozumieć, amour,wielu mężczyzn nie potrafi tego zrozumieć, więc masz szczęście, że wybrałaś mnie, Cyrila pełnego zrozumienia…

– Tak.

Ragnhild pocałowała go i wsiadła na rower. Był stary, ale dla niej nowy; czarny i zardzewiały, lecz uroczy i elegancki. Własność Malarza. Chciał, żeby przemieszczała się między Cyrilem a nim jak najszybciej, by nie traciła czasu, lecz wykorzystywała cały na swoich dwóch mężczyzn.

Cyril upił łykpastisu, zaciągnął się nerwowo papierosem i wydmuchnął dym. Potem nastawił alarm w zegarku, zarządzając, o której dokładnie Ragnhild ma wrócić. Przystała na to, bo to ważne: zasady tam, gdzie brak zasad, porządek w chaosie… Zgadzała się z nim.

Cyril zamknął drzwi, gdy Ragnhild odjeżdżała. Na południu panowało lato, mistral pieścił ją między udami, jej świeżo ufarbowane na czarno włosy powiewały na wietrze niczym anarchistyczna flaga. Nuciła pod nosem, wydawała z siebie zadowolone pomruki niczym kot. W taki dzień jak ten nie widuje się zbyt wielu ludzi; większość wyruszyła na plażę, by nakarmić ciało witaminą D, a umysł endorfinami. Upał. Pot. Wszystko było takie przyjazne, cudowne… I w końcu rue de Suez numer 13. Zeskoczyła z roweru i zapukała do drzwi z walącym sercem. Usłyszała kroki, muzykę oraz głęboki, zachrypnięty i seksowny głos mężczyzny, który przeżył w życiu to i owo…

– Już idę, kochanie!

Ragnhild była naga pod ubraniem; nigdy nie zakładała bielizny na spotkania z Malarzem, by mógł ją dotykać w sekretne miejsca.

Otworzył drzwi i ramiona, rzuciła się w nie. Trzymał ją mocno, wirując w kółko, aż obojgu zakręciło się w głowach i upadli.

Za każdym razem, gdy Ragnhild przychodziła w odwiedziny do tego dekadenckiego połączenia garażu, atelier i domu, na ścianie wisiał jej nowy portret. Była wszędzie. Malarz pokazywał jej, co namalował przez noc: monumentalny obraz, przedstawiający ją, jak zdejmuje sukienkę, od początku do końca. Taki już był: zaprzątnięty szczegółami, opętany.

Ragnhild chciała móc myśleć o Malarzu bez myślenia jednocześnie o mężu, ale nie sądziła, by to było możliwe.

Powiedziała:

– Moje uczucia do ciebie są bezgraniczne. Dlatego są zarówno dobre, jak i złe — Malarz potrząsnął głową, nie zrozumiał. Ragnhild wyjaśniła: — Kiedy jestem z tobą, jestem z tobą naprawdę. Pomimo tego, że mój mąż zawsze czai się w tle, pilnuje nas, by nie zrobiło się zbyt intensywnie, by przez cały czas można było się wycofać, wydostać, by nadal mógł być tylko on i ja, jak gdybyś nigdy nie istniał…

– …albo ty i ja, jak gdyby on nigdy nie istniał — wtrącił Malarz.

– Może…

– Kocham cię — powiedział, podniósł Ragnhild do góry i posadził ją na kuchennym blacie niczym lalkę. Był taki silny i duży, taki inny. Potem dodał: — Robię wszystko tylko po to, by zobaczyć wyraz twojej twarzy podczas orgazmu, to twoje zamglone spojrzenie, usłyszeć zachrypnięty głos…

Ragnhild była zakochana w Malarzu i jego uczuciach do niej. Nie czuł wstydu, nie uznawał ograniczeń — ubóstwiała to. Wiele rozmyślała o jego spojrzeniu, o przedziwnym sposobie postrzegania świata-:piękne, paskudne, perwersyjne spojrzenie. Lubiła tę część, to, co nieestetyczne, tych, co mają w dupie, bo wszystko jest piękne, gdy człowiek kocha.