Amulet z Samarkandy - Jonathan Stroud - ebook
Opis

Magowie rządzą Londynem, stolicą potężnego imperium.

Kiedy Nathaniel miał pięć lat, został sprzedany przez rodziców rządowi, by szkolił się na maga. To jego zaszczytne przeznaczenie. Ale chłopiec wcale nie czuje się zaszczycony. Jego życie wypełnia samotność i wymagania okrutnego, zimnego czarodzieja z magicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Choć uczy się pilnie i ma niezwykły dar.

Jedno fatalne wydarzenie zmienia jego życie. Straszliwie upokorzony poprzysięga zemstę. Przyzywa zaklęciem Bartimaeusa, liczącego sobie pięć tysięcy lat dżinna czwartego poziomu. I nakazuje mu wykraść opętanemu żądzą władzy mistrzowi magii potężny amulet. Ale ani dżinn, ani chłopiec nie przeczuwają prawdziwej mocy Amuletu z Samarkandy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Agnieszka Pyśk

Ilustracja na okładce

© 2004 Melvyn Grant.

Reprinted by permission of Disney • Hyperion Books.

All rights reserved.

Tytuł oryginału

The Amulet of Samarkand

Copyright © Jonathan Stroud 2003

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6162-1

Warszawa 2016. Wydanie III

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Część 1

Bartimaeus

Temperatura w pokoju spadała coraz szybciej. Lód pojawił się na zasłonach i grubą warstwą okrył lampy na suficie. Światło w każdym z kloszy skurczyło się i przybladło, zgasły też knoty świec sterczące na podłodze niczym kolonia muchomorów. Zrobiło się ciemno, izbę wypełniła żółta dusząca chmura siarki, w której wił się i drgał jakiś niewyraźny kształt. Gdzieś z oddali dobiegł chór podniesionych głosów. Nagle coś popchnęło drzwi wiodące na półpiętro. Wygięły się, drewno zajęczało. O podłogę zastukały kroki niewidzialnych stóp, a zza łóżka i spod stołu niewidoczne usta szeptały plugawe słowa.

Chmura siarki zmieniła się w potężny słup dymu, wystrzeliły z niego cienkie macki. Niczym języki liznęły powietrze i cofnęły się. Dym wisiał nad środkiem pentagramu, sięgając aż po sufit, szumiał jak pył wyrzucany podczas eksplozji wulkanu. Potem, na króciutką chwilę, zapanowała cisza. Pośrodku oparów ukazało się dwoje bacznie spoglądających oczu.

Hej, to był jego pierwszy raz. Chciałem go wystraszyć.

I udało mi się. Ciemnowłosy chłopiec stał we własnym kręgu, mniejszym i naznaczonym innymi runami, o krok od głównego pentagramu. Był blady jak trup, drżał niczym zeschły liść na wietrze. Drgała mu broda i szczękał zębami. Ściekające z czoła krople potu zamarzały, zanim jeszcze dotknęły podłogi. Gdy uderzały o ziemię, brzęczały jak kulki gradu.

Pięknie, ale co dalej? Na moje oko dzieciak miał może ze dwanaście lat. Duże oczy i zapadnięte policzki. To żadna sztuka sprawić, by taki kościsty wyrostek trząsł portkami[1].

Unosiłem się więc w powietrzu i czekałem, pełen nadziei, że za chwilę zostanę odesłany do domu. By jakoś zabić czas, wyczarowałem błękitne płomienie; lizały brzegi drugiego pentagramu, tak jakby szukały drogi, aby dostać się do środka i przypiec czarodzieja. Oczywiście, to była tylko taka sztuczka. Zdążyłem już wszystko sprawdzić, wiedziałem, że krąg jest szczelny. Niestety, ani jednego błędu w zaklęciach.

Wreszcie spojrzałem na urwisa. Właśnie zbierał się na odwagę, by się odezwać.

Odgadłem to po drżeniu jego ust, a drżały nie tylko ze strachu. Zgasiłem niebieskie płomienie i zastąpiłem je brzydkim zapachem.

Dzieciak przemówił. Bardzo piskliwie.

– Nakazuję ci… ci… ci…

No, śmiało.

– Każę ci zdradzić swoje imię!

Młodzi zwykle tak właśnie zaczynają. Najpierw bezsensowna gadanina. Obaj przecież wiedzieliśmy, że on już zna moje imię; jakże inaczej zdołałby mnie przywołać? Wszak potrzebował do tego odpowiednich słów, odpowiednich czynności i przede wszystkim odpowiedniego imienia. Wiecie, to nie jest tak jak z łapaniem taksówki – kiedy się przyzywa demona, nie można po prostu wołać ot, kogokolwiek.

Wybrałem sobie głęboki, chropawy głos, taki, który brzmi jednocześnie zewsząd i znikąd, i sprawia, że włos się jeży na niedoświadczonych głowach.

– Bartimaeus.

Dzieciak z trudem przełknął ślinę. Dobrze, więc nie jest taki głupi: wie, kim i czym jestem. Zna moją reputację.

Po chwili, kiedy zdołał już odchrząknąć, odezwał się ponownie.

– Z… znów rozkazuję ci odpowiedzieć. Czy jesteś t… tym Bartimaeusem, który w dawnych czasach został wezwany przez magów, aby naprawić mury Pragi?

Ależ ten dzieciak marnuje czas. Kim innym mógłbym być? Jeszcze wzmocniłem głos. Lód na żarówkach pękł jak karmel. Szyby za brudnymi zasłonami zadrżały i jęknęły. Chłopak się cofnął.

– Jestem Bartimaeus! Jestem Sachr al-Dżinni, N’gorso Potężny i Srebrnopióry Wąż! Odbudowałem mury Uruk, Karnaku i Pragi. Rozmawiałem z Salomonem. Przemierzałem równiny z ojcami bawołów. Strzegłem Starego Zimbabwe, póki nie zawaliły się kamienie, a szakale nie pożywiły jego ludem. Jestem Bartimaeus! Nie uznaję żadnego pana. I teraz to ja pytam ciebie, chłopcze. Dlaczego mnie wezwałeś?

Robi wrażenie, no nie? I wszystko prawdziwe, więc efekt jeszcze lepszy. Nie chwaliłem się tylko po to, żeby zrobić na nim wrażenie. Miałem nadzieję, że dzieciak, ogłupiony tymi przechwałkami, wyjawi mi swoje imię, a to pozwoli mi coś zdziałać, kiedy tylko odwróci się do mnie plecami[2]. Niestety.

– Za sprawą więzi kręgu, punktów pentagramu i łańcucha run teraz ja jestem twoim panem. Będziesz spełniał moją wolę!

Aż źle się słuchało tej starej formułki, wypowiadanej przez cherlawego młokosa i to takim piskliwym głosikiem. Miałem wielką ochotę powiedzieć mu, co o tym myślę, jednak się powstrzymałem i wyrecytowałem swoją zwyczajową odpowiedź. Zrobiłbym wszystko, żeby szybko mieć to już za sobą.

– Jaka jest twoja wola?

Przyznaję, że byłem zaskoczony. Większość początkujących czarodziejów najpierw patrzy, a dopiero potem zadaje pytania. Spoglądają jak na sklepową witrynę, napawają się swoją potencjalną mocą, są jednak zbyt zdenerwowani, aby z niej skorzystać. Rzadko kiedy malcy tacy jak ten brzdąc od razu przyzywają istoty podobne do mnie.

Dzieciak chrząknął. To była właśnie ta chwila. Coś, do czego długo się przygotowywał. Marzył o tym od lat, zamiast leżeć na łóżku i myśleć o dziewczynach i wyścigówkach. Ponuro czekałem na jakieś żałosne żądanie.

Cóż to mogłoby być? Lewitacja różnych przedmiotów albo przesuwanie ich z jednego końca pokoju na drugi? A może on zechce, żebym stworzył jakąś iluzję? Zabawne by było przeinaczyć to zadanie i go rozzłościć[3].

– Rozkazuję ci zabrać Amulet z Samarkandy z domu Simona Lovelace’a i przynieść mi go, kiedy wezwę cię jutro o świcie.

– Co proszę?

– Rozkazuję ci zabrać…

– Tak, słyszałem, co mówiłeś – nie chciałem, by mój głos zabrzmiał tak, jakbym był nadąsany. Po prostu mi się wymknęło, mój grobowy ton też zelżał.

– Idź więc!

– Poczekaj chwilę! – poczułem w sobie ten skurcz, który zawsze się zjawia, gdy każą ci odejść. Tak jakby ktoś przez plecy wysysał ci wnętrzności. Jeśli jesteś na tyle sprytny, aby przywrzeć do miejsca, w którym stoisz, to żeby się ciebie pozbyć, trzeba wypowiedzieć zaklęcie trzykrotnie. Zwykle jednak nie jesteś. Tym razem pozostałem w kręgu, dwoje błyszczących oczu we wściekłym smrodzie kłębiącego się dymu. – Czy wiesz, o co mnie prosisz, chłopcze?

– Nie będę z tobą rozmawiać, spierać się ani paktować; nie dam też wciągnąć się w żadne zagadki, zakłady albo gry; nie…

– Nie mam ochoty dyskutować z jakimś chudym wyrostkiem, wierz mi, więc daruj sobie tę wyuczoną na pamięć przemowę. Ktoś cię wykorzystuje. Kto? Twój mistrz, jak sądzę? Pomarszczony tchórz, skrywający się za plecami chłopca.

Pozwoliłem, aby dym trochę zrzedł, i po raz pierwszy odsłoniłem zarys mojej postaci unoszącej się niewyraźnie pośród cieni.

– Podwójnie igrasz z ogniem, jeśli przyzwałeś mnie po to, bym obrabował prawdziwego maga. Gdzie jesteśmy? W Londynie?

Skinął głową. Tak, to na pewno Londyn, jakaś okropna kamienica. Przyjrzałem się izbie przez opary. Niski sufit, odłażąca tapeta; na ścianie wyblakły sztych: ponury, holenderski krajobraz – dziwny wybór jak na chłopca. Spodziewałbym się raczej plakatu z jakąś piosenkarką, piłkarzami… Większość magów to konformiści, nawet ci młodzi.

– Ach tak… – głos miałem łagodny i tęskny. – Ten świat jest zły, a on nauczył cię o nim niewiele.

– Nie boję się ciebie! Wydałem ci polecenie i nakazuję ruszać w drogę!

Drugi nakaz odejścia. Miałem wrażenie, że moje wnętrzności miażdży walec. Czułem, jak zaczynam drżeć, migotać. Taki dzieciak… a taka moc.

– To nie mnie powinieneś się bać. W każdym razie, nie teraz. Simon Lovelace sam tu po ciebie przyjdzie, kiedy tylko odkryje, że skradziono mu amulet. Twój młody wiek cię przed nim nie uchroni.

– Masz obowiązek wypełnić moją wolę.

– Mam. – Trzeba przyznać, że był zdecydowany. I bardzo głupi.

Jego ręka drgnęła. Usłyszałem pierwszą sylabę zaklęcia Bezustannej Krzywdy. Zamierzał zadać mi ból.

Odszedłem. Już nie myślałem o tym, by zrobić to efektownie.

Kiedy lądowałem na szczycie latarni w okrytym mrokiem Londynie, siąpił deszcz. Cóż, miałem pecha. Przybrałem postać kosa, żwawego ptaka o jaskrawożółtym dziobie i smoliście czarnych piórach. Po chwili całkiem przemokłem i przycupnąłem ze złożonymi skrzydłami. Zorientowałem się, że jestem w Hampstead. Przechylałem głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, przypatrując się potężnemu bukowi po drugiej stronie ulicy. Piętrzyły się pod nim sterty liści. Listopadowy wiatr ogołocił mu gałęzie, a sękate konary dawały niewielką ochronę przed wilgocią. Pofrunąłem tam, przelatując nad samotnym autem, które jechało właśnie podmiejską drogą. Zza wysokich murów wokół ogrodów pełnych wiecznie zielonych roślin wychylały się paskudne białe fasady dużych willi, lśniąc w mroku niczym trupie twarze.

No, może tylko mi się takie zdawały, bo byłem akurat w podłym nastroju. Martwiło mnie pięć rzeczy. Po pierwsze, zaczynał się już tępy ból, który zawsze towarzyszył przybieraniu formy cielesnej. Czułem go w swoich piórach. Kolejna zmiana kształtu mogła na jakiś czas ukoić ten ból, ale mogła też zwrócić na mnie czyjąś uwagę – i to w krytycznym momencie. A więc póki dokładnie nie wiedziałem, co i jak, musiałem pozostać ptakiem.

Po drugie, martwiła mnie pogoda. Lepiej nie mówić.

Po trzecie, zdążyłem już zapomnieć o ograniczeniach ciała. Swędziało mnie nad dziobem i daremnie usiłowałem podrapać się tam skrzydłem. Po czwarte, martwił mnie tamten dzieciak. Chciałem zadać mu mnóstwo pytań. Kim on jest? Dlaczego ma skłonności samobójcze? Co z nim zrobię, zanim umrze za wyznaczenie mi takiego zadania? Plotki szybko się roznoszą, więc wykpią mnie za to, że ganiam z rozkazu takiego chłystka.

Po piąte… amulet. Wszystko wskazywało na to, że jest potężnym artefaktem. Co ten dzieciak zamierza z nim zrobić, kiedy już go dla niego zdobędę? Może nawet jeszcze nie wie. Może po prostu zacznie go nosić jak ozdobę. Tragedia. A może kradzież amuletów jest ostatnim krzykiem mody, czarodziejską wersją kradzieży znaczków z masek samochodów. Tak czy siak, to ja miałem zdobyć ów przedmiot i niekoniecznie musiało to być łatwe, nawet dla mnie.

Zamknąłem moje ptasie oczy i otworzyłem oczy duszy, jedno po drugim, każdym spoglądając na inny plan egzystencji[4]. Popatrzyłem przed i za siebie, podskakując przy tym na gałęzi, żeby jak najlepiej widzieć. Przynajmniej trzy wille miały czarodziejskie zabezpieczenia, co dowodziło, że znalazłem się w dzielnicy snobów. Nie przyglądałem się już dwóm następnym domom, stojącym dalej. Ten, który mnie interesował, wznosił się zaraz naprzeciwko, poza zasięgiem światła latarni. Była to rezydencja maga Simona Lovelace’a.

Na pierwszym planie nie dostrzegłem niczego specjalnego, lecz już na drugim rozciągała się sieć ochronna; wyglądała jak świecące, niebieskie babie lato, rozpięte wzdłuż wysokiego muru. Jednak tam się nie kończyła, sięgała wysoko w powietrze, ponad szczytem niskiego białego budynku, i opadała na drugą stronę, tworząc wielką, błyszczącą kopułę.

Nieźle, pomyślałem. Ale poradzę sobie.

Na planach trzecim i czwartym niczego nie było, lecz na piątym dostrzegłem trzech wartowników unoszących się nad ziemią, zaraz za krawędzią ogrodowego muru.

Wszyscy w kolorze zgaszonej żółci mieli po trzy muskularne nogi, kręcące się jakby na piaście z chrząstki. Nad tymi nogami galaretowata masa ziała dwiema paszczami, mnóstwo oczu uważnie rozglądało się dokoła. Stworzenia te krążyły po całej posesji. Odruchowo skuliłem się za pniem drzewa, choć wiedziałem, że raczej mnie nie zauważą. Z tej odległości na wszystkich siedmiu planach powinienem wyglądać jak zwykły kos. Podstęp zdołaliby przejrzeć dopiero, gdybym się zbliżył.

Na szóstym planie niczego nie znalazłem. Ale na siódmym… Dziwne. Niby nic szczególnego: dom, droga – wszystko wyglądało zwyczajnie. Ale byłem pewien, że coś się tam czai – czyżby podpowiedziała mi to intuicja?

Zamyślony, potarłem dziobem o sęk. Tak jak się spodziewałem, było tu mnóstwo potężnej magii. Wiedziałem, że Lovelace’a uważano za srogiego i bardzo wymagającego maga. Miałem szczęście, że on nigdy mnie nie wezwał, abym mu służył, i nie chciałem robić sobie wroga z niego albo któregoś z jego sług.

Jednak musiałem wykonać rozkaz dzieciaka.

Przemoczony kos uniósł się z gałęzi i pofrunął nad ulicą, unikając światła pobliskiej latarni. Wylądował na skrawku rzadkiej trawy, nieopodal załomu muru. Stały tam cztery czarne worki z odpadkami – rano przyjedzie po nie śmieciarka. Skoczył za nie. Kot, który z oddali przypatrywał się ptakowi[5], czekał kilka chwil, aż ten znów się pojawi, wreszcie stracił cierpliwość i pobiegł w tamtą stronę. Nie znalazł jednak nic prócz świeżego, kreciego kopczyka.

Nienawidzę smaku błota. To coś bardzo nieodpowiedniego dla istoty z powietrza i ognia. Zawsze gdy miałem kontakt z ziemią, jej mdły ciężar bardzo mnie przytłaczał. Właśnie dlatego jestem taki wybredny, kiedy wybieram sobie materialną postać. Ptaki są w porządku. Owady są w porządku. Nietoperze są w porządku. Istoty, które szybko biegają, też mogą być. Mieszkające w drzewach są nawet lepsze. Ale istoty podziemne dobre nie są. A krety to już w ogóle są złe.

Ale nie ma co wybrzydzać, kiedy trzeba pokonywać ochronną tarczę. Miałem rację, domyślając się, że nie sięga ona pod ziemię. Kret rył głęboko pod fundamentami. Nie włączył się żaden magiczny alarm, mimo że pięć razy uderzyłem głową w jakiś kamyk[6]. Ruszyłem ku górze i po dwudziestu minutach węszenia, grzebania i obracania malutkiego noska ku soczystym robakom, znajdywanym chyba w każdej grudzie ziemi, wreszcie wychynąłem na powierzchnię.

Kret ostrożnie wystawił łepek z kopczyka, który wyrósł na nieskazitelnym trawniku rezydencji Simona Lovelace’a. Rozejrzał się wokół. W domu, na parterze, paliły się światła, ale kotary były zaciągnięte. Wyższe piętra otulał mrok. Nad głową rozpościerała się przejrzysta, niebieska sieć magicznych zabezpieczeń. Trzy metry nad krzewami krążył jeden z żółtych wartowników. Pozostali dwaj pewnie byli teraz po drugiej stronie domu.

Jeszcze raz zerknąłem na siódmy plan egzystencji. Wciąż nic, wciąż to nieprzyjemne przeczucie czającego się zagrożenia. Och, tak.

Kret wrócił pod ziemię i zaczął ryć pod korzeniami traw, kierując się w stronę domu. Wychynął na powierzchnię na kwietnym klombie, tuż pod oknami. Co teraz, co teraz? Nie ma sensu brnąć dalej pod tą postacią, choć fantastycznie by było dostać się do piwnic. Trzeba znaleźć inny sposób.

Do futrzastych krecich uszu dotarły odgłosy śmiechu i brzęk szkła – zaskakująco wyraźne, jakby dochodziły z bardzo bliska. Niedaleko w murze był stary, popękany wywietrznik. Prowadził do domu.

Z ulgą zmieniłem się w muchę.

Ukryty w bezpiecznym wywietrzniku, owadzimi oczyma patrzyłem na staroświecki salon. Był tam gruby, włochaty dywan, paskudna tapeta w paski, kryształowe szkaradzieństwo imitujące kandelabr, olejne malowidła pociemniałe ze starości, sofa, dwa klubowe fotele, też w paski, i niski stoliczek ze srebrną tacą – na niej butelka czerwonego wina, jednak żadnych kieliszków; trzymało je dwoje ludzi.

Kobieta była młoda – jak na człowieka, czyli naprawdę młoda – i wyglądała całkiem nieźle. Wielkie oczy, ciemne włosy obcięte na pazia. Od razu ją sobie zapamiętałem. Jutro, kiedy wrócę do dzieciaka, przybiorę właśnie jej postać – tyle że nagą. Ciekawe, jak sobie z tym poradzi jego żelazna, lecz wciąż nastoletnia siła woli![7]

Jednak w tej chwili uwagę skupiłem na mężczyźnie, do którego uśmiechała się i nachylała ta kobieta. Był wysoki, szczupły, przystojny, ale jakiś oschły. Włosy zaczesał do tyłu i przylizał pomadą. Miał duże usta, zdrowe zęby i wyraźnie zarysowaną szczękę. Nosił niewielkie, okrągłe okulary. Coś mi mówiło, że to właśnie mag Simon Lovelace. Może zdradziła mi to ta wyczuwalna aura siły i władzy? Może sposób, w jaki teraz gestykulował, przechadzając się po pokoju. A może mały imp, unoszący się nad jego ramieniem – na drugim planie egzystencji – który bacznie rozglądał się wokół, by zawczasu wykryć niebezpieczeństwo?

Nerwowo zatarłem przednie łapki. Musiałem być bardzo ostrożny. Imp komplikował sprawę[8].

Szkoda, że nie wcieliłem się w pająka. On potrafi wiele godzin siedzieć zupełnie bez ruchu i nic sobie z tego nie robić. Muchy są mniej cierpliwe. Ale gdybym zmienił tutaj postać, sługa maga na pewno by to wyczuł. Pozostawało mi tylko zmusić swe oporne ciało, aby nadal się czaiło i nie zwracało uwagi na dotkliwy ból, który znów pojawił się pod chitynowym pancerzykiem.

Czarodziej właściwie tylko mówił. Kobieta wpatrywała się w niego maślanymi oczyma, tak szeroko otwartymi i z takim głupim uwielbieniem, że aż chciało mi się wyć.

– Amando, to będzie najlepsza okazja. Spotkasz się z całą londyńską śmietanką! Wiesz, że twoją posiadłość zamierza obejrzeć sam premier? Tak, wiem to z wiarygodnego źródła. Moi wrogowie nękali go od tygodni, insynuując różne podłe rzeczy, ale on nie zrezygnował z pomysłu urządzenia spotkania właśnie tam. Widzisz, kochanie, wciąż można na niego wpłynąć, kiedy trzeba. Wystarczy wiedzieć, jak z nim grać, jak schlebiać jego próżności… Niech to zostanie między nami, ale on ma słaby charakter. Jego specjalność to uroki, a nawet nimi rzadko się teraz posługuje. Dlaczego? Po to ma przecież ludzi w garniturach, żeby za niego pracowali…

Czarodziej przemawiał tak jeszcze kilka minut, z niewyczerpaną energią rzucając różnymi znanymi nazwiskami. Kobieta piła wino, przytakiwała, w odpowiednich momentach wyrażała zachwyt i przysuwała się bliżej. Mało nie umarłem z nudów[9].

Nagle imp, jakby zaniepokojony, obrócił głowę o sto osiemdziesiąt stopni i spojrzał ku drzwiom na drugim końcu pokoju. Delikatnie ostrzegawczo uszczypnął maga w ucho. Po chwili drzwi się otwarły i wszedł łysy lokaj odziany na czarno.

– Przepraszam, panie, ale pański samochód już czeka.

– Dziękuję, Carter. Zaraz przyjdziemy.

Lokaj wyszedł. Mag odstawił swój, wciąż pełny, kieliszek i chwycił kobietę za rękę. Ucałował ją szarmancko. Za jego plecami imp wykrzywił twarz z obrzydzeniem.

– Przykro mi, Amando, ale obowiązki wzywają. Tego wieczoru nie będzie mnie w domu. Mogę do ciebie zadzwonić? Może jutro wieczorem pójdziemy do teatru?

– Byłoby bardzo miło, Simonie.

– W takim razie jesteśmy umówieni. Mój przyjaciel Makepeace wystawia nową sztukę. Wkrótce dostanę bilety. A teraz Carter zawiezie cię do domu.

Mężczyzna, kobieta i imp wyszli, zostawiając otwarte drzwi. Tymczasem mucha ostrożnie wypełzła ze swej kryjówki i bezgłośnie poleciała tam, skąd mogła widzieć cały hol. Przez kilka minut panowało tam zamieszanie. Niesiono okrycia, wydawano polecenia, trzaskano drzwiami. Potem mag opuścił dom.

Przeleciałem się po posiadłości. Była wielka i zimna; podłogi wyłożone czarnymi i białymi kafelkami, w olbrzymich ceramicznych donicach jasnozielone paprocie. Krążyłem wokół świecznika, cały czas nasłuchując. Było bardzo cicho. Tylko z dalekiej kuchni dobiegały jakieś dźwięki – zwyczajne, po prostu brzęk garnków i tac, no i kilka głośnych beknięć, pewnie kucharzowi się odbiło.

Zastanawiałem się, czy nie posłać dyskretnego, magicznego impulsu – a nuż w ten sposób można by się dowiedzieć o miejscu przechowywania czarodziejskich artefaktów. Uznałem to jednak za zbyt ryzykowne. Wartownicy na zewnątrz mogli przechwycić sygnał bez pomocy innych strażników. Musiałem sam zapolować.

Na wszystkich planach było pusto. Przeleciałem więc przez posiadłość i kierując się intuicją, podążyłem w górę schodów.

Na półpiętrze był wyłożony grubym dywanem korytarz, wiodący w dwóch kierunkach i po obu stronach obwieszony olejnymi malowidłami. Moją ciekawość wzbudził od razu kierunek prawy, bo dostrzegłem, że mniej więcej w jego połowie czai się szpieg. Ludzkim oczom zdałby się on dymem, jednak na innych planach objawiał się jego prawdziwy kształt: olbrzymia ropucha o wstrętnych, wyłupiastych ślepiach; siedziała na suficie głową w dół i mniej więcej co minutę podskakiwała, trochę się przy tym obracając. Zapewne miała za zadanie opowiedzieć magowi o wszystkim, co zdarzyło się podczas jego nieobecności.

Posłałem jej nieco magii. Z sufitu wydobył się gęsty opar, który otulił szpiega, zasłaniając mu widok. Wartownik zaczął skakać i nerwowo skrzeczeć, ja tymczasem szybko przemknąłem korytarzem do drzwi na jego końcu. Tylko one w całym korytarzu nie miały dziurki od klucza. Biała farba, którą je pomalowano, skrywała wzmacniające paski metalu. Były to więc dwa dobre powody, aby właśnie tu zacząć poszukiwania.

Pod drzwiami dostrzegłem maleńką szparkę. Za małą dla owada, ale ja i tak boleśnie potrzebowałem odmiany. Mucha rozwiała się więc w kłąb dymu, który prześlizgnął się pod drzwiami, akurat wtedy, gdy wokół ropuchy znikła mgielna zasłona.

W pokoju zmieniłem się w dziecko.

Gdybym znał imię tego ucznia, który mnie przyzwał, byłbym złośliwy i przybrał jego kształty – choćby po to, by dać Simonowi Lovelace’owi jakiś trop, kiedy już zacznie śledztwo w sprawie kradzieży. Ale bez imienia nie miałem na brzdąca żadnego haczyka. Stałem się więc chłopcem, którego kiedyś znałem, kimś, kogo kochałem. Jego prochy dawno już spłynęły Nilem, więc mój postępek mu nie zaszkodzi, a poza tym jakoś sympatycznie było wspomnieć go właśnie w taki sposób. Śniady, bystrooki, odziany w białą przepaskę biodrową chłopiec rozejrzał się, lekko przechylając głowę na bok, tak jak kiedyś zwykł robić.

Pokój nie miał okien. Pod ścianami stało kilka szafek pełnych magicznych akcesoriów. Większość do niczego się nie nadawała, no może na jarczmarne przedstawienia[10]. Ale coś mnie zaciekawiło.

Zobaczyłem róg przyzwań, na pewno prawdziwy, bo poczułem się źle na jego widok. Wystarczyło, by mag zadął, a wszystko, co pozostawało w jego mocy, przypadało mu do stóp, błagając o litość i prosząc o rozkazy. Był to straszliwy, pradawny instrument, nie mogłem ot tak się do niego zbliżyć. W następnej szafce dostrzegłem ulepione z gliny oko. Widziałem już coś takiego – w głowie golema. Zastanawiałem się, czy ten głupiec zna moc artefaktu. Raczej nie – mógł przywieźć go jako oryginalną pamiątkę z jakieś wakacyjnej wyprawy do Europy Środkowej. Ech, ta magiczna turystyka… Wiadomo, jak to jest[11]. No, ale przy odrobinie szczęścia to oko mogło go kiedyś zabić.

Spoczywał tam również Amulet z Samarkandy. Leżał w osobnej, małej szkatułce, chroniony przez szkło i własną sławę. Zbliżyłem się do niego, zerkając na różne plany. Szukałem zagrożeń – i je znalazłem. Właściwie nic wyraźnego, ale na siódmym planie doznałem niejasnego wrażenia, że coś się porusza. Gdzieś blisko. Stwierdziłem, że lepiej się pospieszyć.

Amulet był mały, o niezbyt wyszukanych kształtach, z kutego złota. Wisiał na krótkim złotym łańcuszku, pośrodku miał owalny nefryt. Kruszec ozdobiono zwyczajnie wyciętym wzorem przedstawiającym pędzące rumaki. Konie były wielkim bogactwem ludów środkowej Azji, tych, które wykonały ów amulet trzy tysiące lat temu. Ukryty w grobowcu jednej z księżniczek, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku został odnaleziony przez radzieckiego archeologa; potem skradli go magowie, którzy poznali się na jego wartości. Jak Simon Lovelace wszedł w posiadanie tego artefaktu – kogo zamordował albo oszukał – nie miałem pojęcia.

Znów wysunąłem głowę, nasłuchując. W domu panowała cisza.

Wyciągnąłem dłoń ku szafce, zacisnąłem ją w pięść, uśmiechając się do swojego odbicia.

Rozbiłem szybę i wyjąłem amulet.

We wszystkich siedmiu planach zapulsowała magiczna energia. Wziąłem artefakt i zawiesiłem go sobie na szyi. Szybko się odwróciłem. Pokój się nie zmienił, jednak wyczuwałem coś na siódmym planie, to coś zbliżało się prędko.

A więc koniec działania w ukryciu.

Kiedy biegłem ku drzwiom, kątem oka spostrzegłem portal, który nagle powstał nad ziemią. Wewnątrz była ciemność – i nieoczekiwanie wynurzył się z niej kształt.

Uderzyłem w drzwi swoją chłopięcą piąstką. Upadły niczym zdmuchnięta karta. Wybiegłem pospiesznie.

Na korytarzu ropucha odwróciła się do mnie i otworzyła paszczę. Wystrzeliła z niej zielona masa, pędząc ku mojej głowie. Uchyliłem się i maź rozchlapała się na ścianie, niszcząc malowidło i wszystko, aż po gołe cegły.

Cisnąłem w ropuchę Zgniataniem. Wydała żałosny skrzek i kurcząc się do gęstego kawałka materii wielkości kulki do gry, upadła na ziemię. Nie zwolniłem. Biegnąc korytarzem, otoczyłem się ochronną tarczą – niech zabezpiecza mnie przed atakiem.

I dobrze zrobiłem, ponieważ zaraz za mną w podłogę uderzał już kolejny ładunek Detonacji. Cios okazał się tak potężny, że poleciałem na ukos przez korytarz, na ścianę. Liznęły mnie zielone płomienie, które zostawiły smugi na tapecie, jak palce olbrzymiej dłoni.

Wstałem z trudem i odwróciłem się.

Za wyłamanymi drzwiami na końcu korytarza stało coś, co przypominało wysokiego mężczyznę… jasnoczerwona skóra i głowa szakala.

– Bartimaeus!

Korytarzem pomknęła następna Detonacja. Uniknąłem jej zręcznie. Pobiegłem ku schodom i gdy załom muru wyparował w zielonym wybuchu, pokoziołkowałem nimi w dół na czarno-białą kafelkową podłogę. Nieźle ją przy tym poobijałem.

Wstałem i zerknąłem na drzwi wejściowe. Przez okno obok nich dojrzałem olbrzymie żółtawe kontury jednego ze strażników. Czyhał tam na mnie, chyba nieświadom tego, że można go dostrzec z wewnątrz. Postanowiłem więc wydostać się innym wyjściem. I tak właśnie rozum zwycięża nad brutalną siłą!

Musiałem się spieszyć. Hałas dobiegający z góry świadczył o tym, że na nowo podjęto pościg.

Przebiegłem kilka pomieszczeń – bibliotekę, jadalnię – za każdym razem rzucałem się do okna i za każdym razem wycofywałem, kiedy po drugiej stronie zjawiała się jedna lub kilka żółtawych kreatur. Oni byli głupi, pozostając tak widoczni, a ja ostrożny, dzięki czemu nie mogła mnie dosięgnąć żadna ich magiczna broń.

Z tyłu jakiś wściekły głos wzywał moje imię. Narastała we mnie złość. Otworzyłem następne drzwi i znalazłem się w kuchni. Tam nie było już żadnych dalszych przejść do innych części domu, ale zauważyłem drzwi, które zdawały się prowadzić do czegoś wyglądającego mi na szklarnię pełną ziół i warzyw. Za nią był ogród – a także trzech wartowników, którzy na swych obrotowych nogach ze zdumiewającą prędkością przybiegli z drugiego końca domu. By zyskać trochę czasu, na drzwi za moimi plecami rzuciłem Pieczęć. Potem rozejrzałem się i zobaczyłem kucharza.

Siedział na krześle po drugiej stronie izby z nogami na stole – tęgi, dobroduszny mężczyzna o czerwonej twarzy. W ręku trzymał tasak. Uważnie przycinał sobie nim paznokcie, a odcięte kawałki z wprawą ciskał do paleniska za plecami, przy czym cały czas przyglądał mi się swoimi ciemnymi oczkami.

Poczułem się nieswojo. Chyba nie dziwił go widok małego egipskiego chłopca biegnącego przez jego kuchnię. Przyjrzałem mu się na różnych planach. Do szóstego włącznie wyglądał dokładnie tak samo: tłusty kucharz w białym fartuchu. Ale na siódmym…

Uch.

– Cześć, Bartimaeus.

– Cześć, Faquarl.

– Jak leci?

– Nieźle.

– Rozejrzałeś się?

– Raczej nie.

– Szkoda, co?

– Tak. No… więc jestem.

– Właśnie, jesteś.

Kiedy tak toczyliśmy tę pasjonującą rozmowę, zza drzwi dobiegały odgłosy nieprzerwanych serii Detonacji. Moja Pieczęć trzymała mocno. Uśmiechnąłem się tak grzecznie, jak tylko potrafiłem.

– Jabor się denerwuje, jak zwykle.

– Tak, on się nie zmienia. Chyba jest tylko, Bartimaeusie, teraz bardziej głodny. To jedyna różnica. On zawsze jest nienasycony, nawet jeśli dopiero jadł. A ostatnio rzadko ma ku temu okazję, zresztą sam się domyślasz.

– Czy twój pan przypadkiem nie zwykł mawiać: „Jak głodny to zły?” Musi być potężny, skoro jako swoje sługi trzyma tu ciebie i Jabora.

Kucharz uśmiechnął się lekko i szybkim smagnięciem noża odciął kawałek paznokcia, który wirując, pomknął w stronę sufitu i wbił się w tynk.

– No, Bartimaeusie, przecież w kulturalnym towarzystwie nie mówimy słowa na „s”, prawda? Jabor i ja prowadzimy tutaj długofalową rozgrywkę.

– Jasne.

– Skoro już mowa o różnicach w mocy, to zauważyłem, że unikasz zwracania się do mnie na siódmym planie. To trochę nieuprzejme. Czy spoglądanie na moją prawdziwą postać jakoś ci szkodzi?

– Przeszkadza, Faquarl, a nie szkodzi[12].

– Bardzo miłe. A swoją drogą, podziwiam postać, jaką sobie wybrałeś, Bartimaeusie. Naprawdę sympatyczna. Ale widzę też, że ciąży ci pewien amulet. Może będziesz tak dobry, zdejmiesz go i odłożysz na stół? Potem, jeśli zechcesz podać mi imię maga, którego życzenie spełniasz, mogę się zastanowić, co zrobić, by to spotkanie nie skończyło się dla ciebie fatalnie.

– To uprzejmie z twojej strony, lecz jak wiesz, nie mogę tego zrobić[13].

Kucharz dźgnął końcówką tasaka krawędź stołu.

– Pozwól, że będę szczery. Możesz i zrobisz to. Ty sam i jakby nie ty. Może pewnego dnia będziemy współpracować. Ale teraz jestem związany, tak jak ty. Ja też muszę wypełniać rozkazy. Musi dojść, jak zwykle, do próby sił. Zaprzecz, jeśli się mylę, ale zauważyłem, że dziś jakoś nie emanujesz pewnością siebie. Bo gdyby było inaczej, wtargnąłbyś frontowymi drzwiami, zmiatając po drodze wszystkie triloidy i nie pozwalając im, żeby cię ganiały po całym domu, by wreszcie doprowadzić do mnie.

– To był tylko mój kaprys.

– Hm. Bartimaeusie, a może byś tak wreszcie przestał przesuwać się do okna? Ta sztuczka jest żałosna nawet dla człowieka[14], zresztą triloidy i tak już tam na ciebie czekają. Oddaj amulet albo przekonasz się, że ta twoja mizerna tarcza ochronna nic nie jest warta.

Umilkł. Wstał i wyciągnął rękę. Za moją Pieczęcią wciąż grzmiały Detonacje Jabora – co za brak polotu. Same drzwi już chyba dawno rozpadły się w proch i pył. W ogrodzie czekało trzech strażników, którzy wpatrywali się we mnie rozlicznymi oczyma. Rozejrzałem się po kuchni – może coś mi przyjdzie do głowy.

– Amulet, Bartimaeusie.

Uniosłem dłoń i z ciężkim, teatralnym westchnieniem chwyciłem amulet. Potem skoczyłem w lewo. Jednocześnie zdjąłem Pieczęć z drzwi. Faquarl parsknął rozdrażniony i zaczął gestykulować. Wtedy uderzyła w niego potężna Detonacja, która śmignęła przez pustą przestrzeń, do tej pory blokowaną Pieczęcią. Cisnęło nim o palenisko i tam zasypały go cegły.

Przedarłem się ku szklarni, akurat wtedy gdy Jabor wtargnął do kuchni. Kiedy Faquarl wygrzebywał się spod gruzu, dotarłem już do ogrodu. Rzuciło się na mnie trzech strażników, ślepia mieli szeroko otwarte, nogi wirowały w powietrzu. Na galaretowatych stopach pojawiły się sierpowate szpony. Rzuciłem najjaśniejszą Iluminację, jaką tylko zdołałem. Cały ogród natychmiast zalał blask, tak mocny, jakby wybuchło słońce. Oślepił strażników – aż zapiszczeli z bólu. Przeskoczyłem nad nimi i pobiegłem przez ogród, uchylając się przed magicznymi pociskami ciskanymi z domu – już płonęły od nich okoliczne drzewa.

Przeskoczyłem mur na drugim końcu ogrodu, między zwałem kompostu a spalinową kosiarką do trawy. Przedarłem się przez niebieską pajęczynę magicznych nici, zostawiając w niej dziurę o kształtach chłopca. Natychmiast zewsząd odezwały się dzwonki alarmowe.

Uderzyłem o chodnik. Amulet podskakiwał, obijając mi pierś. Zza muru dobiegły odgłosy galopujących kopyt. Najwyższy czas, by przybrać nową postać.

Sokoły wędrowne to najszybsze spośród znanych ptaków. W locie nurkowym potrafią osiągnąć nawet prędkość dwustu kilometrów na godzinę. Jednak rzadko który robi to, pędząc nad dachami północnego Londynu. Właściwie trudno uwierzyć, że taki lot jest możliwy, zwłaszcza kiedy ptak ma na szyi ciężki amulet. Ale co tu dużo mówić, kiedy Faquarl i Jabor wylądowali w bocznej uliczce Hampstead i stworzyli niewidzialną zaporę – od razu wpadł na nią rozpędzony samochód z meblami – po mnie nie było już ani śladu.

Bo dawno stamtąd odleciałem.

Nathaniel

Przede wszystkim – powiedział mistrz – musimy wtłoczyć do twojej nędznej głowy jedną podstawową rzecz i to tak, abyś już nigdy o niej nie zapomniał. Domyślasz się, o co chodzi?

– Nie, panie – odparł chłopiec.

– Nie? – krzaczaste brwi uniosły się z udawanym zdziwieniem.

Chłopiec, urzeczony, patrzył, jak znikają pod białą strzechą włosów, gdzie, jakby wstydliwie, ukryły się na chwilę, aby nagle opaść z wielką mocą i stanowczością.

– Nie… No dobrze… – mag pochylił się na krześle. – Powiem ci.

Wolno, w skupieniu złączył dłonie, tak że palce utworzyły strzelisty łuk skierowany ku chłopcu.

– Zapamiętaj sobie – powiedział łagodnie. – Demony są bardzo nikczemne. Zrobią ci krzywdę, jeśli tylko zdołają. Rozumiesz?

Chłopiec wciąż wpatrywał się w te brwi. Nie potrafił oderwać od nich wzroku. Teraz zmarszczyły się surowo, ich dwie ostre linie spotkały się ze sobą. Poruszały się szybko: do góry, na dół, na boki, raz wyginały się, raz łączyły, raz rozdzielały. Ich prawie niezależnie życie dziwnie fascynowało chłopca. Poza tym nieskończenie bardziej wolał patrzeć na nie niż w oczy mistrza.

Mag głośno kaszlnął.

– Rozumiesz?

– Och… Tak, panie.

– Teraz mówisz tak, a ja jestem pewien, że myślisz… Chociaż… – Jedna brew w zamyśleniu wycelowała prosto w niebo. – Nie jestem przekonany, czy na pewno naprawdę to rozumiesz.

– Och tak, panie. Rozumiem, panie. Demony są nikczemne i złośliwe i zrobią ci krzywdę, jeśli na to pozwolisz.

Chłopiec niecierpliwie wiercił się na swojej poduszce. Bardzo mu zależało, by pokazać, że uważnie słucha. Tyle że… letnie słońce prażyło trawę i gorące chodniki, chwilę wcześniej pod oknem przejechał samochód z lodami. A przez ciężkie czerwone kotary w pokoju maga czyste światło dnia przedzierało się tylko wąską, jasną kreską. W izbie wisiało ciężkie powietrze. Chłopiec chciał, żeby ta lekcja już się skończyła i żeby mógł wreszcie sobie pójść.

– Panie, słuchałem pana bardzo uważnie – zapewnił.

Mistrz przytaknął.

– Czy widziałeś kiedyś demona? – zapytał.

– Nie, proszę pana. To znaczy, tylko w książkach.

– Wstań.

Chłopiec pospiesznie wstał, mało nie poślizgnął się na poduszce. Czekał w niewygodnej pozycji, z rękoma przyciśniętymi do boków. Mistrz od niechcenia wskazał palcem drzwi za nim.

– Wiesz, co tam jest?

– Pański gabinet.

– Dobrze. Zejdź po schodach i przejdź przez tamten pokój. Na jego drugim końcu jest biurko, a na biurku szkatułka. W szkatułce znajdziesz okulary. Włóż je i wróć do mnie. Zrozumiałeś?

– Tak, panie.

– Świetnie. Idź.

Chłopiec, odprowadzany bacznym spojrzeniem mistrza, przekroczył drzwi z ciemnego, niemalowanego drewna pełnego słojów i sęków. Z wysiłkiem przekręcił ciężką, miedzianą gałkę – jej chłód sprawił mu przyjemność. Drzwi otwarły się bezgłośnie na naoliwionych zawiasach. Wszedł do środka i znalazł się u szczytu wyłożonych dywanem schodów. Ściany okrywała elegancka, kwiecista tapeta. Niewielkie okienko na półpiętrze wpuszczało przyjazną smugę światła.

Schodził ostrożnie, stopień po stopniu. Cisza i światło dodały mu otuchy, przytłumiły lęk. Nigdy wcześniej nie dotarł dalej niż tam, gdzie teraz stał. O tym, co może go czekać w gabinecie mistrza, wiedział tylko z dziecięcych opowieści. W wyobraźni stanęły mu straszliwe obrazy wypchanych krokodyli i butli pełnych gałek ocznych. Odpędził je gniewnie. Nie będzie się bał.

U podnóża schodów były kolejne drzwi, podobne do pierwszych, jednak mniejsze i ozdobione pięcioramienną gwiazdą, wymalowaną pośrodku czerwoną farbą. Przekręcił klamkę. Drzwi otworzyły się ciężko, blokowane przez gruby dywan. Kiedy szczelina się poszerzyła, chłopiec przecisnął się do gabinetu.

Wchodząc, nieświadomie wstrzymał oddech. Po chwili odetchnął, niemal czując rozczarowanie. Wszystko było tu takie zwyczajne. Ujrzał długą izbę zastawioną wokół książkami. Na jej drugim końcu stało wielkie, drewniane biurko, a przy nim miękki fotel, obity skórą. Na blacie dostrzegł pióra, jakieś papiery, stary komputer i niewielką, metalową szkatułkę. Okno za biurkiem wychodziło na wspaniały, bujny kasztanowiec. Światło wpadające do pokoju miało przyjemny zielonkawy odcień.

Chłopiec podszedł do stołu.

W połowie drogi przystanął i obejrzał się za siebie.

Nic. A jednak… dziwne… Uchylone drzwi, przez które wszedł ledwie chwilę temu, sprawiały teraz, że czuł się nieswojo. A niech to, trzeba było je za sobą zamknąć.

Potrząsnął głową. Nie, nie było trzeba. Przecież za kilka chwil znów nimi przejdzie.

Cztery pośpieszne kroki przywiodły go do biurka. Znów się rozejrzał. Na pewno usłyszał hałas…

W pokoju było pusto. Nasłuchiwał uważnie jak zaniepokojony królik. Nie, nic nie słychać, może poza słabymi odgłosami ulicy.

Z szeroko otwartymi oczyma, ciężko dysząc, odwrócił się w stronę biurka. Metalowa szkatułka zajaśniała w słońcu. Sięgnął po nią nad skórzaną powierzchnią blatu. A przecież mógł obejść biurko i bez trudu zabrać pudełko, ale jemu się spieszyło. Nachylił się, wyciągnął rękę – niestety, skrzyneczka stała tuż poza jego zasięgiem. Chłopiec schylił się bardziej, dziko machając palcami. Nie dosięgnął szkatułki, a jego wymachujące ramię przewróciło niewielki kubek z długopisami. Rozsypały się po blacie.

Poczuł krople potu ściekające mu pod pachą. Gorączkowo zaczął zbierać długopisy i wtykać je do pojemnika.

W pokoju, tuż za jego plecami, rozległ się gardłowy chichot.

Przez chwilę chłopiec zamarł nachylony nad biurkiem, sparaliżowany strachem. Potem coś w jego duszy powiedziało: „Zostaw długopisy. Przyszedłeś po szkatułkę”. Wolno, prawie niezauważalnie, zaczął krok po kroku okrążać biurko, tyłem do okna, bacznie przyglądając się pokojowi.

Coś zastukało w szybę, niespokojnie, trzy razy. Odwrócił się błyskawicznie. Nic nie zauważył, tylko kasztanowiec delikatnie kołysał się na letnim wietrze.

Nic.

I wtedy jeden z długopisów stoczył się na dywan. Nie wydał żadnego dźwięku, jednak chłopiec dostrzegł to kątem oka. Zaraz potem inny długopis zaczął przesuwać się do tyłu i do przodu – najpierw powoli, później coraz szybciej i szybciej. Nagle obrócił się gwałtownie, odbił od podstawy komputera i spadł na podłogę. Tak samo następny. I jeszcze jeden. Wreszcie wszystkie długopisy toczyły się, jednocześnie i w różnych kierunkach, przyspieszając, im dalej były od krawędzi biurka. Zderzały się, leciały w dół – a potem leżały już nieruchomo.

Chłopiec patrzył. Ostatni długopis wylądował na podłodze.

Chłopiec nie ruszał się.

Coś zaśmiało się głośno do jego ucha.

Dzieciak z wrzaskiem machnął lewą ręką, jednak niczego nie dotknął. Siła rozmachu obróciła go twarzą do biurka. Szkatułka stała dokładnie przed nim. Złapał ją i od razu upuścił. Słońce rozgrzało metal, który oparzył mu dłoń. Pudełko spadło na blat, otworzyło się i ze środka wypadły okulary w rogowej oprawie. Chwilę później chłopiec ściskał je już w garści i biegł do drzwi.

Coś ruszyło jego śladem. Słyszał, jak skacze tuż za jego plecami.

Prawie dopadł wyjścia. Widział już schody wiodące na górę, tam gdzie był mistrz.

I wtedy drzwi się zatrzasnęły.

Chłopiec kręcił klamką, szlochając, walił w deski, wołał swego nauczyciela – daremnie. Coś szeptało mu do ucha, ale on jakby nie słyszał. Śmiertelnie przerażony, kopał drzwi, lecz tylko obił sobie palce stóp w małych czarnych bucikach.

Odwrócił się i spojrzał na pusty pokój.

Zewsząd dochodziły go ciche szmery, delikatne stuknięcia i trzepotanie, tak jakby jakieś niewidzialne, ruchliwe stworzenia omiatały teraz dywan, księgi, półki, nawet sufit. Nad jego głową lekko zakołysał się cień, jakby poruszony podmuchem.

Mimo łez, mimo przerażenia chłopiec zdołał wykrztusić:

– Stop! – krzyknął. – Precz!

Szmery, stukanie i trzepot nagle ucichły. Cień zaczął kołysać się coraz wolniej, aż wreszcie znieruchomiał.

W pokoju zrobiło się bardzo cicho.

Przełykając ślinę, chłopiec czekał. Przypatrywał się izbie, zwrócony plecami do drzwi. Nie dobiegł go żaden dźwięk.

Przypomniał sobie o okularach, które wciąż trzymał w ręku. Przez otulające go tumany strachu usłyszał głos mistrza, który nakazał mu je włożyć. Może, jeśli to zrobi, drzwi otworzą się, wejdzie po schodach i znajdzie się w bezpiecznym miejscu.

Uniósł okulary drżącymi palcami, włożył je…

I zobaczył, co naprawdę dzieje się w gabinecie.

Wokół, prawie na całej wolnej przestrzeni, cisnęły się małe demony, stłoczone jak ziarna melona albo orzeszki w torbie; stopami deptały się po twarzach i wbijały sobie łokcie w brzuchy. Było ich tak dużo, że przykrywały szczelnie cały dywan. Uśmiechały się obrzydliwie, kucały na biurku, zwisały z lamp i półek, unosiły się w powietrzu. Niektóre łapały równowagę na długich nosach swoich towarzyszy albo kołysały się na ich rękach i nogach. Kilka miało olbrzymie korpusy i główki wielkości pomarańczy albo dokładnie na odwrót. Chłopiec widział ogony, skrzydła, rogi, brodawki, dodatkowe ręce, usta, stopy i oczy. Ciała pokryte łuską, porośnięte włosami, karykaturalnie zniekształcone. Część demonów miała dzioby, część ssawki, większość zęby. Stwory mieniły się najróżniejszymi kolorami – kakofonia barw. I wszystkie starały się być bardzo, bardzo spokojne, tak by oszukać chłopca, że w pokoju nikogo nie ma. Z olbrzymim wysiłkiem trwały w bezruchu, lecz drżały im ogony i skrzydła, a ich niesłychanie ruchliwe twarze krzywiły się w niekontrolowanych drgawkach.

Jednak gdy chłopiec włożył okulary, uświadomiły sobie, że on je widzi.

I wtedy z radosnym okrzykiem runęły prosto na niego.

Wrzasnął, plecami upadł na drzwi, a potem na bok, na podłogę. Uniósł ręce, by się osłonić, zrzucając przy tym okulary. Przewrócił się na twarz i zwinął w kłębek, osaczony straszliwym zgiełkiem skrzydeł, łusek i małych, ostrych szponów.

Dwadzieścia minut później, kiedy przyszedł jego mistrz, chłopiec wciąż tam był. Mag odpędził impy i zaniósł ucznia do jego pokoju. Całą noc i cały dzień chłopiec nic nie jadł. Przez następny tydzień nic nie mówił, wreszcie jednak odzyskał mowę i powrócił do nauki.

Mistrz nigdy później nie wspominał o tym wydarzeniu, ale ucieszył go rezultat lekcji – bijące źródło nienawiści i strachu, które wykopał dla swego ucznia w tamtym słonecznym pokoju.

To było jedno z najwcześniejszych doświadczeń Nathaniela. Nikomu o nim nie mówił, jednak jego cień nigdy nie znikł mu z serca. Miał wówczas sześć lat.

Bartimaeus

Kłopot z magicznymi przedmiotami, takimi jak Amulet z Samarkandy, polega na tym, że emanują wyraźną, pulsującą aurą[15], która przyciąga uwagę jak nagi człowiek na pogrzebie. Wiedziałem, że Simon Lovelace, kiedy tylko dowiedział się o mojej eskapadzie, od razu wysłał pościg, a ścigający szukają właśnie tego charakterystycznego pulsowania. Zdawałem sobie sprawę, że im dłużej pozostaję w jakimś miejscu, tym bardziej ryzykuję, że mnie znajdą. Wątpiłem, aby chłopiec wezwał mnie przed świtem[16], musiałem więc jakoś przetrwać tych kilka niespokojnych godzin.

Co ten mag mógł za mną posłać? Wątpliwe, by poza Faquarlem i Jaborem władał jeszcze jakimiś dżinnami – ale na pewno był w stanie rzucić za mną grupę słabszych sług. Normalnie poradziłbym sobie z takim tałatajstwem, mając jedną łapę przywiązaną do pleców, ale jeśli przybyłyby tłumnie, a ja byłbym zmęczony, źle by się to mogło skończyć[17].

Uciekłem z Hampstead najszybciej jak się dało i ukryłem się pod okapem pustego domu nad Tamizą; nastroszyłem pióra i spoglądałem w niebo. Po jakimś czasie na niewielkiej wysokości przemknęło siedem małych, świetlnych kul. Kiedy dotarły na środek rzeki, rozdzieliły się: trzy dalej podążały na południe, dwie ruszyły na zachód, dwie na wschód. Skuliłem się w cieniach poddasza; spostrzegłem, że kiedy najbliższe kule tropiące znikały w dole rzeki, amulet zadrżał mocniej. Zdenerwowałem się.

Wkrótce potem pofrunąłem do dźwigara żurawia na drugim brzegu, gdzie budowano wspaniały nadrzeczny apartamentowiec dla magicznej arystokracji.

W ciszy minęło kilka minut. Rzeka wirowała wokół błotnistej przystani. Po niebie przemykały chmury, co jakiś czas zasłaniając księżyc. Nagle we wszystkich oknach pustego budynku na drugim brzegu Tamizy błysnęło trupiozielone światło. Poruszały się w nim przygarbione cienie, jakby czegoś szukając. Nic jednak nie znalazły. Światła zgasły i zmieniły się w błyszczącą mgłę – wypłynęła z okien i się rozwiała. Dom znów otulił mrok. Natychmiast szybko poleciałem na południe, nurkując od ulicy do ulicy.

I właśnie tak przez pół nocy gorączkowo skakałem po Londynie, umykając pogoni. Pojawiło się nawet więcej kul[18], niż się spodziewałem – pewnie przywoływało je kilku magów; leciały nade mną w regularnych odstępach czasu. Aby mnie nie dosięgły, musiałem wciąż się ruszać, a i tak dwa razy omal mnie nie schwytano. Raz leciałem obok biurowca i prawie zderzyłem się z kulą podążającą z przeciwka; inna znalazła mnie, kiedy wyczerpany przysiadłem na gałęzi brzozy w Green Parku. Zdołałem jednak uciec, nim przybyły posiłki.

Leciałem już resztką sił. Utrzymywanie fizycznej postaci bardzo mnie męczyło i zużywało cenną energię. Zmieniłem więc plany – postanowiłem znaleźć miejsce, w którym pulsację amuletu przytłumią inne magiczne wibracje.

Nadszedł czas, aby zmieszać się z wielogłowym tłumem, Wielkim Nieczystym. Innymi słowy – z ludźmi. Tak bardzo byłem zdesperowany.

Wróciłem do centrum miasta. Nawet o tak późnej godzinie turyści na Trafalgar Square wciąż przewalali się rozkrzyczaną falą pod kolumną Nelsona. Kupowali talizmany po okazyjnych cenach w budkach wciśniętych między dwa lwy. Z placu aż biła kakofonia magicznej pulsacji. To miejsce jak żadne inne nadawało się na moją kryjówkę.

Z nocnego nieba spadła pierzasta błyskawica i znikła w wąskiej przestrzeni między dwoma straganami. Wkrótce pojawił się tam mały Egipcjanin o smutnych oczach i rozpychając się łokciami, utorował sobie drogę przez ciżbę. Miał na sobie nowe niebieskie dżinsy, puchową kurtkę i biały podkoszulek. No i białe, duże, niezasznurowane adidasy. Szybko wtopił się w tłum.

Czułem, jak amulet parzy mi pierś. W regularnych odstępach czasu wysyłał niewielkie fale ciepła, za każdym razem jedno uderzenie. Jak bicie serca. Z całych sił pragnąłem, by ten sygnał zniknął pośród kłębiących się wokół aur.

Większość magii była tu tylko na pokaz. Po placu krążyło też wielu licencjonowanych znachorów – sprzedawali drobne talizmany i świecidełka, dopuszczone przez władze do powszechnego użytku[19].

Amerykańscy i japońscy turyści wybałuszali oczy z zachwytu, niecierpliwie przypatrując się straganom, zawalonym kolorowymi kamykami i różnymi błyskotkami. Usiłowali sobie przypomnieć znaki zodiaku pozostawionych w domu krewnych. Weseli handlarze mówili cockneyem i nie szczędzili im zachęt. Gdyby nie błyski fleszy, mógłbym pomyśleć, że wróciłem do Karnaku. Dobijano targów, pokrzykiwano radośnie, wszyscy się śmiali. Łatwowierność i chciwość mimo upływu wieków wciąż pozostawały niezmienne.

Jednak na tym placu były nie tylko nic niewarte błahostki. Tu i ówdzie przed wejściami do małych, zamkniętych namiotów stali ludzie o poważnych twarzach. Gości wpuszczano tam pojedynczo. Widocznie sprzedawano tam rzeczywiście wartościowe artefakty, gdyż przy każdym stoisku, bez wyjątku, kręcili się mali strażnicy. Przybierali rozmaite, dyskretne postaci – zazwyczaj gołębi. Nie zbliżałem się do nich – mogli okazać się bardziej spostrzegawczy, niż mi się zdawało.

W tłumie było też kilku magów. Chyba nic nie kupowali. Pewnie pracowali na nocnej zmianie w biurach rządowych przy Whitehall i przyszli odetchnąć świeżym powietrzem. Jednemu z nich – w eleganckim garniturze – na drugim planie towarzyszył imp, niemal deptał mu po piętach. Za innymi – w skromniejszym ubraniu – ciągnął się tylko charakterystyczny zapach kadzidła, wosku i kwaśnego potu.

Była tam również policja – kilku zwykłych konstabli i dwóch zarośniętych mężczyzn o topornych rysach, funkcjonariuszy Nocnej Policji. Trzymali się z boku, gotowi jednak w każdej chwili interweniować.

A dookoła placu połyskiwały światła samochodów – wiozły ministrów oraz innych czarodziejów z ich biur w parlamencie do klubów przy St James. Znalazłem się niemal w centrum wielkiego koła władzy obejmującego całe imperium i tu właśnie przy odrobinie szczęścia mogłem pozostać w ukryciu do chwili, aż wreszcie zostanę wezwany.

Albo i nie.

Przeszedłem się właśnie spacerkiem do wyjątkowo obskurnego stoiska, zerknąłem na ceny, i odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Lekko odwróciłem głowę i przyjrzałem się tłumowi. Bezkształtna masa. Sprawdziłem różne plany. Żadnych ukrytych niebezpieczeństw: tylko tłok, tępe ludzkie twarze. Spojrzałem znów na stragan i w zamyśleniu uniosłem Moje Magiczne Zwierciadło, kawałek taniego szkła, oprawiony w różowy plastik, z paskudnymi rysunkami różdżek, kotów i czarodziejskich kapeluszy.

Znowu to poczułem! Obróciłem się gwałtownie. Przez przesmyk w tłumie dokładnie przed sobą ujrzałem niską, pulchną magiczkę, grupkę dzieci tłoczących się wokół straganu i policjanta, który przypatrywał im się podejrzliwie. Wyglądało na to, że nikt się mną nie interesuje ani trochę. Ale przecież wiedziałem, co poczułem. Następnym razem będę przygotowany. Udałem, że oglądam lusterko. Na metce przeczytałem z tyłu: Wspaniała pamiątka z Londynu, magicznej stolicy świata. Made in Tajw…

Znowu! Odwróciłem się błyskawicznie – mam was! Spojrzałem prześladowcom prosto w oczy. Było ich dwoje: chłopiec i dziewczyna stojący w grupie dzieciaków. Nie zdążyli odwrócić wzroku. Chłopiec miał mniej więcej piętnaście lat, po jego twarzy widać było, że przegrywa walkę z pryszczami. Dziewczyna, choć młodsza, patrzyła zimno i twardo. Odwzajemniłem spojrzenie. Czym się przejmować. To ludzie, nie mogą zobaczyć, kim jestem. Niech się gapią.

Mój wzrok znieśli tylko przez kilka sekund. Odwrócili oczy. Wzruszyłem ramionami i już miałem odejść, kiedy przekupień chrząknął głośno. Ostrożnie położyłem Moje Magiczne Zwierciadło z powrotem na stragan, uśmiechnąłem się szeroko i ruszyłem w swoją stronę.

Dzieci za mną.

Spostrzegłem je przy następnym stoisku, patrzyły na mnie zza budki z watą cukrową. Poruszały się grupą – pięcioro, może sześcioro, nie byłem pewien. Czego chciały? Napaść na mnie? Jeśli tak, to dlaczego akurat mnie sobie upatrzyły? Przecież było tu wielu lepszych, bogatszych kandydatów. Chcąc to sprawdzić, przecisnąłem się w pobliże drobnego, zamożnie wyglądającego turysty z wielkim fotoaparatem i w grubych okularach. Jeśli chciałbym kogoś obrabować, znalazłby się na pierwszym miejscu mojej listy. Kiedy jednak odszedłem od niego i zacząłem kluczyć wśród tłumu, dzieci podążyły za mną.

Dziwne i denerwujące. Nie chciałem zmienić postaci i odlecieć. Byłem zbyt zmęczony. Pragnąłem tylko, by dano mi spokój. Do świtu zostało jeszcze wiele godzin.

Przyspieszyłem kroku – dzieciaki też. Trzy razy okrążyliśmy plac – szybko miałem dość. Przyglądało się nam kilku policjantów – pewnie zaraz nas zatrzymają, choćby z nudów. Czas się ulotnić. Czegokolwiek chciały te dzieci, ja nie miałem zamiaru ściągać na siebie jeszcze większej uwagi.

Nieopodal było wejście do metra. Zbiegłem w dół, ominąłem schody na peron i wyszedłem po drugiej stronie ulicy, naprzeciw placu. Dzieci gdzieś znikły – może zostały w metrze. Teraz miałem szansę im się wymknąć. Przemknąłem za róg ulicy, potem obok księgarni i dałem nura w boczną uliczkę. Odczekałem chwilę w cieniu pośród koszy na śmieci.

Przejechało kilka samochodów. Nikt tu za mną nie przyszedł.

Uśmiechnąłem się pod nosem: zgubiłem moich prześladowców.

Błąd.

Mały Egipcjanin podążał alejką i co jakiś czas oglądał się przez ramię, wreszcie wszedł w jedną z większych ulic, które rozchodziły się promieniście z Trafalgar Square. Maszerując, zmieniałem swoje dotychczasowe plany.

Trzeba trzymać się z dala od placu. Kręci się tam zbyt wiele denerwujących dzieciaków. A może, jeśli znajdę sobie kryjówkę gdzieś w okolicy, pulsowanie amuletu nadal będzie trudno wykryć. Mogłem do rana zaszyć się za śmietnikiem. Nie miałem zresztą innego wyjścia. Brakowało mi już sił, by znów wzbić się w przestworza.

No i musiałem trochę pomyśleć.

Znów pojawił się stary ból, dźgając pierś, brzuch, kości. Nie wolno mi długo pozostawać w cielesnej powłoce. Nie wiem, jak ludzie potrafią to wytrzymać i nie zwariować[20].

Wlokłem się ciemną, chłodną uliczką, oglądając swoje odbicie w szybach okien. Chłopiec skulił ramiona, chowając się przed wiatrem, ręce wcisnął w kieszenie. Jego buty rysowały beton. Poza, jaką przybrał mały Egipcjanin, świetnie oddawała moje rozdrażnienie. Przy każdym kroku amulet uderzał mnie w pierś. Gdybym tylko mógł, zerwałbym go i cisnął do najbliższego śmietnika, a potem zdematerializował się z wściekłością. Ale wiązały mnie rozkazy jakiegoś dzieciaka[21]. Musiałem więc zatrzymać ten przedmiot przy sobie.

Szedłem boczną drogą, z dala od ulicznego ruchu. Po obu stronach piętrzyły się nade mną ciemne, wysokie budynki, więc czułem się jak w klatce. Miasta zawsze źle na mnie działały, prawie tak, jakbym znalazł się pod ziemią. Londyn był wyjątkowo okropny – zimny, szary, duszny, wilgotny. Zatęskniłem za krainami południa, pustynią i czystym, błękitnym niebem.

Następna uliczka, zawalona kartonowymi pudłami i starymi gazetami, prowadziła w lewo. Odruchowo rozejrzałem się po innych planach, ale niczego nie dostrzegłem. W porządku. Ze względów higienicznych ominąłem dwie kolejne bramy i przysiadłem obok trzeciej.

Był już najwyższy czas, bym zastanowił się nad wydarzeniami ostatniej nocy. A wiele mi się przytrafiło. Chłopiec o bladej twarzy, Simon Lovelace, amulet, Jabor, Faquarl… Niezła mieszanka. Zresztą, co mnie to obchodzi. O świcie oddam amulet i zapomnę o wszystkim.

Z wyjątkiem tamtego dzieciaka. On kiedyś musi mi za to wszystko zapłacić. Nie wolno zmuszać Bartimaeusa z Uruk, by spał na ulicy West Endu, a potem myśleć, że to się upiecze. Najpierw poznam jego imię, a potem…

Chwileczkę…

W uliczce rozległy się czyjeś kroki… Obute stopy były coraz bliżej.

Może to tylko przypadek. Londyn jest przecież miastem, w którym mieszkają ludzie. I ci ludzie chodzą ulicami. Ten, kto się zbliżał, pewnie skracał sobie drogę do domu.

Tyle że akurat szedł uliczką, którą wybrałem sobie na kryjówkę.

A ja nie wierzę w przypadki.

Skuliłem się w cieniu bramy i rzuciłem na siebie Ukrycie. Zasłoniła mnie kurtyna ściśle utkanych czarnych nici. Wtopiłem się w mrok. Czekałem.

Kroki się zbliżyły. Kto to mógł być? Patrol Nocnej Policji? Magiczna bojówka, prowadzona przez Simona Lovelace’a? A może jednak odkryły mnie kule tropiące?

To nie byli ani policjanci, ani czarodzieje. To były dzieci z Trafalgar Square.

Pięciu chłopców i dziewczyna na czele. Szli powoli zaśmieconą ulicą i uważnie rozglądali się na boki. Trochę mi ulżyło. Dobrze się ukryłem, a nawet gdybym się nie schował, nie miałem się teraz czego bać, będąc z dala od ludzkich spojrzeń. Chłopcy, choć byli wyrośnięci i wyglądali na tępych osiłków, wciąż pozostawali tylko chłopcami w dżinsach i skórzanych kurtkach. Dziewczyna miała na sobie czarny skórzany żakiet i dzwony. Nogawki były tak szerokie, że dałoby się z nich uszyć jeszcze jedną parę spodni dla malca. Nagle uświadomiłem sobie, że zachowują się nienaturalnie cicho.

Pełen wątpliwości, jeszcze raz sprawdziłem, co dzieje się na innych planach. I na każdym zobaczyłem to, co powinienem zobaczyć: sześcioro dzieci.

Ukryty za swoją kurtyną, czekałem, aż pójdą dalej.

Dziewczyna szła pierwsza. Właśnie znalazła się przy mojej kryjówce.

Ziewnąłem, czując się bezpieczny za swoją osłoną.