Amnezja - Peter Carey - ebook
lub
Opis

Pasjonujący thriller polityczny australijskiego pisarza, dwukrotnego laureata Nagrody Bookera.

Jak młoda kobieta z australijskiej prowincji stała się wrogiem publicznym numer 1 w Ameryce?

Gdy Gaby wpuszcza wirusa do australijskiego systemu zarządzania więzieniami, setki przestępców wychodzą na wolność. Wirus rozprzestrzenia się i przenika do amerykańskiego systemu zabezpieczeń.

Dziennikarskie śledztwo podejmuje Felix Moor, znajdujący się chwilowo na życiowym i zawodowym zakręcie, niedawno skazany za zniesławienie.

Czy był to zwykły błąd, czy może młoda kobieta celowo wytoczyła cyberwojnę potężnym Stanom Zjednoczonym?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 381

Popularność


Dla Frances Coady

1

W Waszyngtonie był wiosenny wieczór, w Melbourne chłodny, jesienny poranek, a w Greenwich wybiła 22.00, gdy do skomputeryzowanego systemu kontroli niezliczonych australijskich więzień przeniknął wirus, otwierając zamki także w wielu innych zakładach karnych, o których istnieniu haker nie mógł mieć pojęcia. Ponieważ w 2010 roku systemy zabezpieczeń australijskich więzień były z reguły projektowane i sprzedawane przez amerykańskie korporacje, wirus natychmiast zaatakował sto siedemnaście federalnych zakładów karnych w Stanach Zjednoczonych, tysiąc siedemset więzień i ponad trzy tysiące aresztów okręgowych. Docierał tam po cichu, w ciemnościach, jak pożar buszu trawiący korzenie drzew. Gdy osiągnął cel, pojawiał się komunikat: PRZEJĘLIŚMY KONTROLĘ NAD TĄ INSTYTUCJĄ. ANIOŁ OGŁASZA, ŻE JESTEŚCIE WOLNI.

Wiadomości te, a także inne, bardziej rozbudowane, pisane po angielsku, odczytywali strażnicy w Teksasie, pracownicy firm ochroniarskich w Afganistanie, w Kurdystanie, w obozach przejściowych dla imigrantów w Australii, na rakietowym poligonie doświadczalnym Woomera, w kopalniach diamentów w Kimberley i w tajnej amerykańskiej stacji radarowej pod Alice Springs. Niektórzy więźniowie zbiegli, część z nich została zastrzelona lub odniosła rany. Wędrujących po australijskich bezdrożach oszołomionych Afgańczyków i Filipińczyków, indonezyjskiego nastolatka rannego podczas strzelaniny, brytyjskiego muzułmanina umierającego z odwodnienia – wszystkie te wcześniej nieznane osoby pokazała telewizja.

Na monitorach systemu alarmowego w obozie przejściowym dla azylantów w Villawood pod Sydney wyświetlił się napis: ANIOŁ PAŃSKI OTWORZYŁ NOCĄ DRZWI WIĘZIEŃ I PRZYNIÓSŁ IM WOLNOŚĆ. Moi byli koledzy pytali: Co mówi ten język o sprawcy?

Miałem to gdzieś. Byłem jednak wdzięczny losowi, że pojawił się duży temat, który wypchnął moje nazwisko z pierwszych stron gazet piszących o mnie: ŁGARZ, ŁGARZ, W GACIACH OGIEŃ MASZ. Po całych dniach przesiadywałem w Sądzie Najwyższym stanu Nowa Południowa Walia i płaciłem mecenasowi Nigelowi Willisowi pięćset dolarów za godzinę, żebym mógł odpowiadać za zniesławienie. Liczba „godzin pracy” Nigela już dawno osiągnęła pułap, przy którym stało się jasne, że Nigel to głupi kutas i że nie mam najmniejszych szans, ale on wciąż powtarzał: „Głowa do góry” i obstawiał szanse na kasację wyroku jak 3:2. I nieważne, że mój adwokat był właścicielem konia wyścigowego.

Tymczasem nie pozostawało mi nic innego do roboty niż czytanie gazet. FEDERALNI TWIERDZĄ, ŻE ANIOŁ TO WIRUS Z AUSTRALII.

– Czy oskarżony może wyjaśnić sądowi, dlaczego czyta gazetę?

– Jestem dziennikarzem, wysoki sądzie. To mój fach.

Następnie sąd zwrócił uwagę na stan mojej tweedowej marynarki. Cha, cha!, wysoki sądzie! Kiedy sędzia już sobie pożartował, ogłosił przerwę na lunch. Nie mając tamtego dnia nikogo do towarzystwa, zabrałem swoje słynne już, popieprzone „ja” do ogrodu botanicznego, gdzie przeczytałem „Daily Telegraph”. Pośród różanych ogrodów i nawozu z końskiego łajna dowiedziałem się, że ów terrorysta, który wcześniej był „rzecz jasna” chrześcijańskim fundamentalistą, przemienił się w córkę aktorki z Melbourne. Zdrajczyni była bardzo blada i nie wyglądała na swoje trzydzieści lat. Pod zdjęciem widniało nazwisko jego autora, Dicka Connolly’ego, ale najwyraźniej przebrobiono je w photoshopie, bo w rzeczywistości kobieta okazała się osobą o solidnej posturze i krzepkich nogach, zupełnie niepodobną do chudziny z fotografii w „Daily Telegraph”. Mieszkała w dzielnicy Coburg w północnym Melbourne, na nieciekawym, zaniedbanym, przemysłowym przedmieściu, gdzie zbiegiem okoliczności mieściło się więzienie Pentridge. Zjawiła się na rozprawie wstępnej ubrana w czarną bluzę z kapturem i przygarbiona, pewnie by ukryć fakt, że nasza pierwsza rodzima terrorystka ma piękną twarz.

„Anioł” to był jej nick, a w czymś, co – jak się dowiedziałem – nazywają „realem”, nosiła imię Gaby. Oskarżyli ją pod nazwiskiem Gabrielle Baillieux. Dawno temu poznałem jej rodziców – matka, Celine Baillieux, była aktorką, a ojciec, Sandy Quinn, posłem z ramienia Labor Party.

Wróciłem na własną rozprawę przygnębiony – nie z powodu tego, jak się potoczy, gdyż to było dawno przesądzone, lecz dlatego, że zrozumiałem, iż moja kariera dziennikarska legła w gruzach akurat wtedy, gdy mogłem oczekiwać, że sięgnie zenitu.

Opublikowałem parę książek, pięćdziesiąt artykułów i tysiąc felietonów, głównie dotyczących traumy, jaką zafundowali mojej ojczyźnie w 1975 roku nasi amerykańscy sojusznicy. Moi koledzy wysnuli pochopny wniosek, że hakerka chciała jedynie uwolnić z australijskich obozów internowania nielegalnych imigrantów przybyłych na łodziach, a ja przyjąłem punkt widzenia naszych amerykańskich sojuszników, że chodziło o atak na Stany Zjednoczone. Od razu było dla mnie jasne, że wydarzenia z 1975 roku były pierwszą odsłoną tego dramatu i że działania Anielskiego Wirusa to akt zemsty. Gdyby Waszyngton miał rację, okazałoby się to tematem, na który czekałem całe życie. Jeśli określenie „wydarzenia 1975 roku” brzmi dla was niezrozumiale lub tajemniczo, to właśnie o to chodzi. One są sednem tej sprawy jako część „Wielkiej Amnezji”. Ciąg dalszy nastąpi.

W sali sądowej przysłuchiwałem się, jak mój wydawca dostaje cięgi od sędziego, i ujrzałem jego minę, gdy wreszcie zrozumiał, że nie może sprzedawać mojej książki nawet na wyprzedażach.

– Na przemiał? – spytał.

– Łącznie z egzemplarzem, który trzyma pan w ręku.

Wyznaczono mi grzywnę w wysokości stu dwudziestu tysięcy dolarów. Jestem ubezpieczony, czy nie? Nie miałem pojęcia.

Tłum przed gmachem sądu cieszył się jak przed egzekucją.

– Feels, Feels! – wołał taki jeden z News International. – Spójrz na mnie. Felix.

Kev Dawson, ostrożny chujek, który zarabiał na życie, przeredagowując komunikaty dla prasy.

– Spójrz tutaj, Feels.

– Co sądzisz o orzeczeniu sądu, Feels?

Oto, co sądziłem: Naszego jedynego lewicowego dziennikarza, który się jeszcze ostał, obsikano z samej góry. Co było moją zbrodnią? Powtarzanie komunikatów dla prasy? Nie, opublikowanie plotki. Tymczasem w świecie dorosłych plotka jest takim samym „faktem” jak dym. A jeśli nie piszesz o dymie, nie informujesz o zagrożeniu na horyzoncie.

Sąd Najwyższy stanu Nowa Południowa Walia uznał to za zniesławienie.

– I co teraz, Feliksie?

Obrabuję bank? Zastrzelę się? Z całą pewnością nikt nie zleciłby mi tematu Anioła, choć miałem lepsze kwalifikacje (zapamiętajcie to sobie w „Wired”) niż którykolwiek z tych bystrych dzieciaków, którym to powierzą. Zostałem jednak – co z przyjemnością zaznaczył sędzia – spalony w swoim „dotychczasowym fachu”. A byłem głównym publicystą, felietonistą, tak zwanym dziennikarzem śledczym. Należałem do wąskiego grona Canberra Press Gallery relacjonującego obrady parlamentu, a moje „plotki” wywoływały tam sporo szumu. Podejrzewam, że sławny Alan Ramsey nawet mnie lubił. W połowie lat 70. przez krótki czas prowadziłem program „Radio dla kierowców” w stacji ABC.

Byłem podstarzałym żywicielem rodziny z absurdalnym kredytem hipotecznym, dlatego zostałem scenarzystą i dorywczo pisywałem powieści. Historyczne, polityczno-satyryczne, thrillery i kryminały. Filmowa adaptacja mojej powieści Barbie i zakute pały stała się tematem warsztatów w Sundance Institute Roberta Redforda.

Ale nawet wtedy, gdy się podlizywałem i zabiegałem o „twórcze dotacje” Australijskiego Instytutu Filmowego, pozostawałem socjalistą i służebnikiem prawdy. Skierowano przeciwko mnie dziewięćdziesiąt osiem pozwów, nim ten ostatni złamał mi karierę. Po drodze zdemaskowałem działania Kerry’ego Packera i Ruperta Murdocha (swoją drogą absolwentów liceum i college’ u Old Geelong), co zawsze jest zajęciem bardzo ryzykownym dla ojca rodziny i przerażającym dla tych, którzy liczą, że ów zapewni im byt. Gdy media głównego nurtu zamknęły podwoje przed wszystkimi naiwniakami, którzy pragnęli pisać prawdę, ja wciąż publikowałem swój „Lo-tech Blog”, biuletyn wydawany na przebitkach, który czytali wszyscy członkowie Canberra Press Gallery i cały parlament. Nie pytajcie, jak płaciliśmy za prąd.

Pracowałem jako dziennikarz w kraju, gdzie przepływ informacji kontrolowały trzy korporacje. Ich umiejętność manipulowania „prawdą” sprawiała, że powszechne prawo wyborcze stało się w sumie nieważne, ale byłem dziennikarzem. Robiłem, co mogłem. W swoim blogu zdemaskowałem tchórzliwą postawę australijskich mediów wobec relacjonowania kłamstw rządu na temat uchodźców z pokładu nieszczęsnego statku „Oolong”.

– Nie potrafię pojąć, jak prawdziwi uchodźcy mogli wyrzucać swoje dzieci za burtę – oświadczył nasz premier.

Znów, jak w 1975 roku, było to iście goebbelsowskie kłamstwo. Czwarta władza przekonała cały naród, że uchodźcy to zwierzaki i świnie. Wielu myśli tak do dzisiaj.

A jednak to było miejsce dla uchodźców. Czuliby się jak w domu wśród najlepszych z nas. Jesteśmy przecież tradycyjnie odważni, wytrwali i zaradni w obliczu osamotnienia i śmiertelnego zagrożenia. Niestety, cechuje nas także okropne tchórzostwo, lizusostwo, skłonność do przestępczości, nijakości i wygodnictwa.

Byłem przytłoczony, traciłem dech, ale odczuwałem też dumę, iż zostałem pozwany, napiętnowany, wzgardzony i nazwany zerem przez tych, którzy jedynie przeredagowują komunikaty dla prasy. Znalazłem w tym pociechę, pewnie dlatego, że nie było jej nigdzie indziej. Jak pokażą nadchodzące tygodnie, żaden z moich dawnych kolegów nie kwapił się, by wybawić mnie od powolnego, niszczącego duszę kieratu bezrobocia.

2

Pięciogwiazdkowy hotel mógłby się wydawać niemądrym wyborem dla steranego, liżącego rany wyrzutka, ale Wentworth był ulubioną przystanią mojego starego kumpla Woody’ego „Wodongi” Townesa. Wszyscy moi najbliżsi przyjaciele darzą gorącą miłością rozmowy i drinki, lecz spośród tego nierzadko szacownego grona to właśnie Woody jest facetem z charakterem i jajami. Zjawiał się w sądzie codziennie, choć musiał pokonać samolotem siedemset kilometrów z Melbourne. Kiedy się z kimś żarłem, zawsze stawał po mojej stronie. A gdy zacząłem obrywać w mediach, niemal każdego ponurego popołudnia czekał na mnie tam, gdzie się spodziewałem, wcisnąwszy obfite ciało w mały, pokryty aksamitem fotel w tak zwanym „Ogrodzie”. Gdy mnie dostrzegł, akurat nalewał lewą ręką szampana. Przybrał charakterystyczną pozę: ciężka, zwierzęca noga przerzucona przez błyszczące udo i uniesiony wysoko prawy łokieć, by spławić nadgorliwego kelnera.

Przyjrzałem się odsłoniętym, bladym pośladkom mojego wiernego przyjaciela, jego imponującemu paskowi, grubemu karkowi i zarumienionym policzkom i pomyślałem – nie pierwszy raz – że tylko w Melbourne rodzą się takie niezwykłe, XVIII-wieczne postaci. W bardziej ograniczonej przestrzeni życie by je ścieśniło, ale na południu, przy paryskim odcinku Collins Street, nic nie mogło powstrzymać Woody’ego przed wypełnieniem całego malowidła. Był niczym rycina Gillraya – pobłażliwość, osąd, władza.

Woody był z zawodu „deweloperem” i podejrzewałem, że czasami angażował się w wątpliwe przedsięwzięcia tej kasty. Moja żona uważała go za odpychającą kreaturę, ale nigdy nie dała sobie szansy, żeby naprawdę go poznać. Był jednocześnie bogaczem i dzielnym żołnierzem lewicy, spolegliwym orędownikiem spraw niepopularnych i (choć pewnie kompletnie pozbawiony słuchu) prezesem South Bank Opera Company. Wspierał finansowo co najmniej dwóch kompozytorów muzyki atonalnej, którzy – gdyby nie to – zapewne uczyliby muzyki w liceum. Zasponsorował też moją nieszczęsną sztukę. Jego język brzmiał niekiedy obraźliwie. Czasami Woody szkodził własnej filantropii, żądając w zamian drobnych przysług, ale zawsze można było mieć pewność, że fizycznie lub prawnie stawi czoło niesprawiedliwości. W czasach gdy do australijskiej Partii Pracy napływali karierowicze, świeżo upieczeni absolwenci uniwersytetów, Woody trzymał dawny fason i nie bał się konsekwencji, na jakie narażają go przekonania.

– Pieprzyć ich – rzucił i wcisnął butelkę szampana do wiaderka z lodem. To zdanie w zasadzie określało temat naszej rozmowy. Po trzech butelkach szampana i paru talerzach wymyślnych przekąsek Woody poprosił o rachunek, zapłacił banknotami wyciągniętymi z rulonu pięćdziesięciodolarówek, wsadził mnie do taksówki i dał mi voucher na przejazd, który miałem podpisać, kiedy dojadę na miejsce.

– Nie poddawaj się – powiedział, albo coś w tym stylu.

Do domu w Rozelle miałem niedaleko, musiałem tylko przejechać przez Anzac Bridge. Tam czekała najlepsza część mojego życia, żona i dwie córki, ale w wąskiej alejce prowadzącej do naszego nieco zawilgłego szeregowca stało też – przez wredne zrządzenie losu – pięć kartonów z moją książką, złośliwie dostarczonych tego popołudnia.

Czyżbym miał osobiście je przemielić?

Czyż nie było zabawne, że mój wydawca o purpurowej twarzy, mieszkający w wielkim domu w Pymble, zadał sobie trud i poniósł spore koszty, by dostarczyć te pudła w me skromne progi? Tak się uśmiałem, że ledwo wniosłem ten ciężar do środka. Córki widziały mój dramat, ale najwyraźniej się nim nie przejęły, bo poszły oglądać program o rodzinie Kardashianów. Claire też musiała gdzieś tam być, ale jej nie zauważyłem, bo byłem zaabsorbowany wykonaniem polecenia sądu.

Nigdy nie umiałem rozpalać grilla. Nie miałem żadnych zdolności manualnych. To moja wysportowana Claire używała wiertarki, nie ja.

Rzecz jasna rekompensowałem to sobie z nawiązką podpałką. Naprawdę dołączyłem gratisową podpałkę do każdej z moich książek? Czy to był żart? Skąd miałem wiedzieć? To, że podpaliłem egzemplarze własnej książki niekoniecznie było żałosne, za to dolanie litra benzyny do słabo tlącego się ognia z całą pewnością okazało się głupotą, a przynajmniej błędem. Nie byłem przygotowany na gwałtowność żywiołu, na ten wielki fajerwerk, który osmalił mi brwi i podpalił dolne gałęzie naszej ukochanej żakarandy.

Kiedy płomienie wędrowały z gałęzi na piętro przybudówki, powinienem był – wszyscy wciąż mi to powtarzają – chwycić za ogrodowy szlauch i ugasić ogień. W porządku, ale moi kochani przyjaciele nie widzieli tego, co ja. Dokonałem oceny sytuacji i wybrałem ludzkie życie kosztem nieruchomości. Wbiegłem schodami na górę i oderwałem telewidzki od Kardashianów. Tak, moje córunie były nastolatkami. Tak, opierały się, ale nie było czasu na tłumaczenie. Nie miałem wyjścia, musiałem potraktować je brutalnie. Cuchnąłem jak skrzyżowanie pubu i kosiarki do trawy. Wybiegłem z nimi na ulicę i tam zostawiłem. Krzyczały.

Nie wiem, co było później, grunt, że w jakiś sposób sąsiad copywriter zaanektował moje córki, a po chwili strażacy z Balmain odsunęli mnie na bok i przeciągnęli brudne sikawki przez nasz hol. Claire, moja żona, pociecha, kochanka i przyjaciółka, już na mnie czekała.

O tym, co nastąpiło później, nasze dzieci nie powinny się dowiedzieć, ale nigdy nie zapomnę dokładnego przebiegu tej rozmowy.

3

Claire była bystra, miła i zabawna. Sypiała z nosem wystawionym tuż nad kołdrą, jak mały opos. Budziła się z uśmiechem. Zdarła wiekową farbę z balustrad, po czym woskowała je i oliwiła tak długo, aż stały się lśniące. Podczas nocnych burz wspinała się na dach, by usunąć liście z zapchanych rynien. Chodziła od drzwi do drzwi, by zachęcić ludzi do głosowania w wyborach uzupełniających w okręgu Leichardt. Była wykształconą przez Japończyków garncarką, której prace kupowały muzea, ale kiedy wracałem do domu z Canberry, Melbourne lub ze związkowego pubu przy Sussex Street, nie zdarzyło się, by nie czekała na mnie wieczorem, żeby wysłuchać, co też takiego się wydarzyło.

Była powszechnie postrzegana jako wzorowa matka, podczas gdy o mnie krążyły wieści, że ją zdradzam, a przynajmniej próbuję. Mówiono, że zawsze jestem zawiany i tracę cierpliwość przy porządnych ludziach, z których poglądami politycznymi się nie zgadzam. Uważano, że nie utrzymam się na żadnej posadzie i że jestem komunistą, który nie jest w stanie pojąć, że czas tej ideologii już minął.

Claire po całych dniach katowała swoje mocne, kwadratowe dłonie krupiastą gliną i z tego jej poświęcenia powstawały długie szyje i małe, całuśne usteczka. Gotowała jak córka farmera, którą w istocie była – gicz jagnięcą, pieczone warzywa i smaczny sos. A jednak co wieczór pożerała życie, które znosiłem do domu. Ten mój skarb był osobą, którą określa się mianem politycznego ćpuna – okropny termin – a ja dostarczałem jej tego, czego najbardziej pragnęła. Przez całe lata było nam dobrze. Tak, wyhodowałem sobie typowy dla Canberry bebech i wstydziłem się uprawiać jogging. Tymczasem ona, co wszyscy podkreślali, pozostała zadbana i schludna. Nosiła dżinsy, wiatrówki i trampki, sama podcinała sobie włosy i wystrzegała się „seksownych” nóg oraz rozchwianych szpilek zachęcających do dymania. Po pożarze dowiedziałem się, że niektórzy moi znajomi zastanawiali się, czy nie jest lesbijką. Idioci. Żaden z nich nie miał bladego pojęcia o naszym pożyciu. Byliśmy maniakami czułości, którą uprawialiśmy na sobie tylko znane sposoby. Gdyby nie ten dług, bylibyśmy dzisiaj w łóżku.

Niektórzy radzą sobie z długami. My sobie nie radziliśmy, a przekonaliśmy się o tym tak, jak ludzie, którzy cierpią na chorobę morską, przekonują się o swojej przypadłości, gdy ich statek odbija od brzegu. Dziennikarzowi i garncarce wydawało się, że mogą posyłać dzieci do drogiej prywatnej szkoły. Dobry żart, co?

Wcześniej opisałem, jak porzuciłem te dzieci na ścieżce. Porzuciłem? Na miłość boską, były niemal na końcu krzywej IS. Słuchając ich rozmowy, w życiu byście się nie domyślili, że ich rodzice to socjaliści w trzecim pokoleniu. Czy w ogóle pamiętały, jak ich ojciec opiekał drożdżówki nad dymiącym ogniskiem? Czy wciąż słyszą piękny głos matki, która śpiewa Moreton Bay?

Byłem więźniem w Port Macquarie

Na Norfolk Island i w Emu Plains

W Castle Hill i w przeklętym Toongabbie

Wszędzie tam harowałem w kajdanach

Lecz spośród wszystkich tych miejsc potępienia

I zakładów karnych Nowej Południowej Walii

Z Moreton Bay żadne się nie równało

Tyrania dzień w dzień tam zwycięża

Claire śpiewała to dziewczynkom? A jakże.

Popełniliśmy straszny błąd, wysyłając córki do szkoły, do której chodziły dzieci naszych wrogów. Uznaliśmy, że uchronimy Fionę przed dysleksją. Tymczasem niszczyliśmy rodzinę, bo obarczyliśmy ją finansowym ciężarem, którego nie była w stanie udźwignąć. Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby nazwać Claire strachliwą. Skąd mogłem wiedzieć, że dług wywoła u niej taki lęk? Przyznali nam transzę kredytową w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów i za każdym razem, kiedy byłem sobą, Claire wpadała we wściekłość. Przedtem kochała mnie właśnie za to, za tę moją niemal wrodzoną potrzebę podejmowania ryzyka, obrony zasad, wsadzania kija w mrowisko. Nie wiedziałem, co to ustępstwo, nawet kiedy – jakże często – odczuwałem fizyczny strach. Nad naszym małżeńskim łożem wisiał miecz, a ja go nie widziałem. Odrzucałem kompromisy, choć Claire w skrytości ducha uważała, że jako ojciec mam moralny obowiązek się na nie godzić.

Rzecz jasna dziewczynki nie miały bladego pojęcia, o jaką stawke gramy. Jeśli już sięgały po gazetę, to wyłącznie po strony o gwiazdach. Wątpię, by kiedykolwiek przeczytały choć jedno słowo, które napisałem. Nie wiedziały nic o mojej pracy i życiu. Nigdy nie widziały dowodów, które usprawiedliwiałyby moją nieobecność. Zgodziłem się, by więź, która łączyła je z Claire, była silniejsza, bo wiedziałem, jak bardzo zależy jej na tym, żeby były „moimi córkami”. Tylko raz kupiłem im ubrania (podkoszulki, tylko tyle). Później usłyszałem, że to nie moje zadanie i żebym więcej tego nie robił.

Przed tym ostatnim procesem o zniesławienie Claire weszła w rolę pasażerki z tylnego siedzenia, która zamyka oczy i mocno się trzyma, jednak ustalenia Sądu Najwyższego przelały czarę. Kiedy dowiedziała się o wysokości grzywny, całkiem się posypała.

W dzieciństwie była świadkiem przejęcia farmy rodziców przez bank. To był powód? A może coś innego? W każdym razie nie uwierzyła w moje zapewnienia, że „wszystko będzie dobrze”, skoro Woody przyleciał z Melbourne na rozprawę. Niczego nie obiecywał. Słusznie mi to wytknęła, ale nie potrafiła pojąć, że to właśnie taka sytuacja, w której można na nim polegać. Nie ogarniała wpływów Woody’ego. Nie obchodziło jej, że wyciągnął mnie z płonącego samochodu. Wiedziała tylko, że jego ojciec był właścicielem domów w slumsach i bandytą.

Nie dowierzała też mecenasowi Nigelowi, bo – skądinąd słusznie – uważała, że przyjaźni się z prokuratorem. Odparłem, że to bez znaczenia. I miałem rację. Gdyby tylko mi zaufała, znów wskoczyłbym na rower i zasuwał z nią na zakrętach sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wygrałbym w sądzie wyższej instancji. Załatwiłbym kwestię kosztów sądowych i świętowalibyśmy jak już nie raz przedtem.

– Wszystko będzie dobrze – powiedziałem i z przerażeniem dostrzegłem furię w jej oczach.

4

Pochodzę z niewielkiego miasteczka w stanie Victoria, ale przez piętnaście lat za swój dom uznawałem wspaniałe i grzeszne Sydney. Kiedy jednak zostałem wyrzucony z Denison Street w Rozelle, zrozumiałem, że nie mam żadnego domu. Trafiłem w bezlitosny korek na Victoria Road i na drugą stronę przyprawiającego o zawroty głowy Anzac Bridge. Muszę przyznać, że opuścili mnie wszyscy przyjaciele. Poniżej był Darling Harbour. Przede mną rozciągało się całe to jaskrawe, chaotyczne miasto. Nie miałem komórki. Nie miałem łóżka. Jedyne, co mi pozostało, to dzwonienie do drzwi na wschodnich przedmieściach Sydney. Nie będę szczegółowo opisywał, jak mnie przyjmowano, ale w końcu udzielono mi schronienia tak niechętnie, że musiałem odmówić, gdy gospodarz zaproponował poranną kawę. Na pewno nie zamierzałem się czołgać i prosić, żeby pozwolił mi skorzystać z telefonu.

Dzień spędziłem na poczcie przy Martin Place, wertując książki telefoniczne i rozmieniając pieniądze przy okienku.

– Czy ja pana nie znam? Był pan wczoraj wieczorem w telewizji?

– Tak, to ja.

Urzędnik z poczty był bladym rudzielcem bez tyłka. Podwinął rękawy koszuli, żeby pochwalić się bicepsami. Powoli odliczył drobne na telefon.

– Felix – rzucił.

– Zgadza się.

– Cienias z ciebie, stary.

Zabrałem monety i przycupnąłem przygnębiony przy końcu kontuaru, zastanawiając się, kto mógłby odebrać mój telefon. Liczyłem, że moich kolegów zainteresują plotki, ale najwyraźniej bali się tego, o co mogę ich poprosić. Tylu z nich w tym samym czasie „na chwilę odeszło od biurka”, że pewnie utworzyli taneczny korowód od Pyrmont do Ultimo i od Fairfax do siedziby Australian Broadcasting Corporation.

Opuściłem Martin Place i ruszyłem pod ponurymi figowcami wzdłuż zatoki Morton w Hyde Parku, a później William Street obok brzydkiego gmachu Westfield Tower, w którym niegdyś urzędowali najwspanialsi ludzie władzy, dziś już niemal zapomniani, tacy jak Gough Whitlam, Neville Wran oraz Harry Miller – zarówno przed, jak i po odsiadce w więzieniu w Cessnock.

Wkrótce nastał zmierzch i naprawdę nie miałem już ochoty na testowanie kolejnej przyjaźni, więc wylądowałem tam, gdzie było to nieuniknione – w pubie Bourbon and Beefsteak na King’s Cross. Dlaczego tak uwielbialiśmy B&B? Był to okropny lokal prowadzony przez Amerykanina Berniego Houghtona. Wszyscy wiedzieliśmy, że Houghton handluje bronią i ma niekwestionowane powiązania z CIA. Nigdy jednak nie przeszkodziło nam to jadać tam późnymi wieczorami i nawet gdy odkryliśmy, że Bernie jest udziałowcem Nugan Hand, banku kontrolowanego przez CIA, który finansował wydarzenia z 1975 roku, wciąż chodziliśmy pić do Bourbon and Beefsteak.

Moja żona twierdziła, że jestem romantykiem i że B&B kojarzy mi się z aurą noir, bo przesiadywały tam prostytutki, turyści, amatorzy lewych zasiłków, transwestyci, przestępcy z koneksjami i brutalni policjanci. Może tak do końca się nie myliła.

Na dworze nie było jeszcze zupełnie ciemno. Dostałem chłodzony wiatrem stolik niedaleko okna. Z tego punktu obserwacyjnego wkrótce – jakieś czterdzieści pięć minut później – dostrzegłem nasze poobijane subaru, które skręciło z ulicy w alejkę. Czy się wystraszyłem? Pewnie tak, ale nie dałem nura pod stolik, wbrew temu, co mogli wygadywać wasi znajomi. W istocie moja żona miała w ręku jedynie niewinną plastikową torbę, do której – jak się później okazało – spakowała telefon komórkowy, ładowarkę, oprawione w ramki zdjęcie naszych córek oraz komplet, wszystkie sześć tomów, mojej ukochanej Historii Australii autorstwa Manninga Clarka.

Zdjęcie leżało na wierzchu. Dało mi to nadzieję. Gdybym ujrzał tam Manninga Clarka, od razu przewidziałbym, że szykuje się cios ostateczny, a tymczasem optymistycznie i naiwnie pomyślałem: „Kochana dziewczyna, wie, że najważniejsza dla mnie jest rodzina”. Podeszła wprost do mojego stolika. Przemknęło mi przez głowę: „Dzięki Bogu, umarłbym, gdybym ją stracił”.

– Dziś rano ścięli żakarandę.

Miała śliczną twarz, ale jej oczy były zaczerwienione, a usta zaciśnięte. Co miałem jej powiedzieć? Usiądź?

– Zadzwoń do Woody’ego – rzuciła, próbując wcisnąć mi torbę.

Objąłem ją. Powiedziała, żebym jej nie dotykał. Ładowarka upadła na podłogę. Gdy ujrzałem obwoluty Historii Australii, Claire już nie było.

Któż by się nade mną litował? Czyż nie naraziłem rodziny na niebezpieczeństwo?

Ale nawet wtedy pozostałem optymistą. Woody chciał, żebym do niego zadzwonił, a ja dokładnie rozumiałem dlaczego. Rozmawiał z Claire. Wiedział, że mam przechlapane. Jasne, że znajdzie mi jakieś mieszkanie. Zadzwoniłem natychmiast. Odebrał.

– Masz przesrane.

– Fakt.

– Gdzie jesteś?

– W B&B, gdzież by indziej?

– Pieprzony Bernie! – roześmiał się.

– Myślałem, że nie żyje.

– Akurat.

Nagle Woody dziwnie spoważniał i pomyślałem, że na pewno zna Berniego Houghtona, a Franka Nugana pewnie też. W tym mieście zdarzały się jeszcze dziwniejsze przyjaźnie. Zastrzelcie mnie za to, co powiem, ale Sydney, nasze gęste, mroczne miasto, jest naprawdę bardzo małe.

– Mam coś dla ciebie – oznajmił. Pomyślałem: „I dzięki Bogu”. Nie mogłem znieść myśli, że będę musiał błagać o nocleg.

– Jesteś prawdziwym kumplem – powiedziałem.

– Będziesz musiał przywieźć swój tyłek tutaj.

– Czyli gdzie?

– Do Melbourne.

– Dlaczego do Melbourne?

– Jezu, nie dyskutuj, Feels. Za chwilę znowu uratuję ci życie. Dlaczego do Melbourne? Rany, nie obrażaj ludzi.

– Dziękuję – odpowiedziałem. – Doceniam wszystko, co dla mnie robisz.

Oczywiście Melbourne było miejscem, gdzie posiadał większość ze swoich nieruchomości i gdzie najłatwiej znajdzie dla mnie jakieś puste mieszkanie. Powinienem być mu bardzo, bardzo wdzięczny.

– To chcesz czy nie?

– Tak, chcę.

– Czyli jutro w moim biurze. Zabiorę cię na lunch do Moroni’s, jak za dawnych lat.

Mogłem zapłacić za bilet lotniczy naszą wspólną kartą kredytową, ale przecież widziałem minę Claire. Był czwartek, sklepy były otwarte do późna. Pojechałem taksówką do znanego antykwariusza, któremu zaoferowałem mojego Clarka. W każdym tomie widniała dedykacja „Feliksowi, z szacunkiem”. Przekonywałem, że to dedykacja od kolegi po fachu.

– W jakim sensie?

Nie byłem jednym z wielu wielbicieli Manninga; lubiłem go, a jego bawiły moje teksty. 

– To Manning Clark – odparłem. – A ja jestem Felix Moore.

Na antykwariuszu nie zrobiło to większego wrażenia, za to bardzo długo wpatrywał się w grzbiet Tomu Pierwszego. Był miłym, dyplomatycznie usposobionym młodzieńcem. Nie nazwał mnie cieniasem i nie wytknął mi, że moje nazwisko się zdewaluowało. Za to całkiem słusznie zaznaczył, że Tom Pierwszy kolegował się z czerwonym winem i długopisem, a Tom Piąty był pożółkły. Zaproponował mi dwieście dolarów i, zgodnie z zasadami obowiązującymi w jego branży, oddał mi książki, jakby mówił „Nawet nie próbuj się targować”. Rzecz jasna wziąłem pieniądze. Było to dokładnie tyle, ile potrzebowałem: sto dwanaście dolarów na bilet i sześćdziesiat na gówniany pokój, który wynająłem w Surry Hills.

Leżąc smutny i skruszony w śliskiej motelowej pościeli, zadzwoniłem do żony.

Ku mej radości odebrała telefon.

– Jeśli zadzwonisz jeszcze raz, każę wyłączyć twoją komórkę – rzuciła.

5

Przed wyczerpaniem ostatnich złóż ptasiego guana będącego źródłem jego bajecznego bogactwa i wejściem w zyskowny biznes tworzenia obozów przejściowych dla ubiegających się o azyl, republika Nauru zburzyła dwa historyczne budynki przy Collins Street w Melbourne i wzniosła pięćdziesięciodwupiętrowy ośmiokątny pomnik na cześć własnej nieudolności i korupcji.

Kto chciałby mieć biuro w takim miejscu? Oczywiście mój przyjaciel.

– Gdybym stosował twoje standardy, Feels, sypiałbym na plaży. Zresztą, z tego, co mi wiadomo, ty mieszkasz w Sydney – dodał.

Biuro Woody’ego mieściło się na pięćdziesiątym piętrze. Lubił bujać się tam w eleganckim fotelu i spoglądać w górę – na groźne, burzowe chmury oraz w dół – na siedzibę parlamentu i własne inwestycje w dokach. Rozciągał się stamtąd widok na południe aż do St. Kilda i na północny wschód do Collingwood, na cały ten śmietnik, który odziedziczył Woody, kiedy zastrzelono jego ojca.

Nigdy nie poruszałem z nim tematu tego zabójstwa. Opowieści o Woodym należały do świata, w którym wszystkie zdania zaczynały się od słowa „podobno”. Podobno był wzorowym uczniem w liceum Melbourne High. Podobno chciał zostać wykładowcą literatury. Podobno nie miał wyjścia – musiał przejąć rewolwer po ojcu. Podobno nosił go zawsze przy sobie, nawet długo po tym, gdy zatrudnił ludzi do ściągania czynszów. Tego ostatniego jestem pewien, bo raz namówił mnie, żebym poszedł do pięknej, starej restauracji Florentino po „coś”, co nieroztropnie tam zostawił. Nie wspomniał, że chodzi o pistolet, ale zauważyłem trupio bladą twarz doskonale uprzejmego Raymonda Tsindosa, gdy ten podawał mi pudełko po butach z napisem „dla pana Townesa”. Na Bourke Street, przed witryną słynnej księgarni, uchyliłem pokrywkę. Nie powiedziałem Woody’emu, co tam zobaczyłem.

Mieszkańcy Melbourne zwykle nie noszą przy sobie broni. W istocie jest to przestępstwo. Zaskakuje zatem, że zamiast zszargać jego dobre imię, dziwaczny nawyk mojego przyjaciela dodał pieprzyku jego reputacji. Mecenas sztuki, kolekcjoner pierwszych wydań książek, uczestnik demonstracji, orędownik lewicy, a także – i przede wszystkim – deweloper. W innym kraju Woody Townes byłby rozgrywającym co najwyżej w radzie miejskiej, ale w naszej wysuszonej, sklerotycznej ojczyźnie tacy jak on moszczą się bardzo wysoko.

– Uratuję ci tyłek, mały.

– To bardzo szlachetne z twojej strony.

Spojrzał na mnie, a ja – niczym pijak, który zdał sobie sprawę, że kogoś obraził – poczułem się zmieszany, dotknięty i nie śmiałem odwrócić wzroku. To nie był Woody z hotelu Wentworth, tylko Woody w swoim biurze. Chwilami się go bałem.

– Dzięki – rzuciłem.

– Towarzyszu, przecież wiecie, że nie jestem szlachetny – odparł.

– Na swój sposób jesteś.

– Myślałeś, że masz przesrane, że znów tkwisz po uszy w gównie.

– W zasadzie tak.

– A tymczasem wdrapiesz się na sam szczyt.

„O kurwa” – pomyślałem, siadając naprzeciwko niego. Podaruje mi jeden z tych obrzydliwych penthouse’ów z widokiem na rzekę Yarra. Nie będę mógł odmówić.

– Wystarczy jakieś mieszkanie, póki czegoś nie rozkręcę.

– A cóż takiego zmierzasz rozkręcić, w sensie pracy?

– Rany, dopiero co przyjechałem.

– Może zaczniesz pracować szybciej, niż myślisz. Wiesz, kim jest matka Anioła?

– Tak. Ty też.

Uniósł ciężkie brwi, uśmiechnął się, coś ukrywał.

– Skontaktowałeś się z nią? – spytałem.

– Stary, nigdy nie zerwałem kontaktu z Celine.

Erotyczny podtekst nie zabrzmiał ładnie, ale zależało mi na tym, co sugerował. 

– Masz dla mnie robotę?

– Opiszesz tę pieprzoną historię. Wywiad na wyłączność. Felix Moore. Oskarżona będzie rozmawiać tylko z tobą.

– Chrzanisz!

– Wpłaciłem za nią kaucję. Pięćset tysiaków – dorzucił, jakby kupił portret pędzla Dobella.

Nie oceniałem jego prostactwa. Podziwiałem go. Któż inny w Australii mógł go zastąpić?

– Kiedy ty obijałeś się w parku w Sydney, wykonałem telefon. Wpłaciłem kaucję za tego pieprzonego Anioła, nim zdążyli ją dorwać Amerykanie. Co ty na to? Jest twoja – uśmiechał się do mnie jak szerokogęba ropucha. Nie musiałem tłumaczyć, że już jestem po jej stronie.

– I ona chce, żebym opisał tę historię? To masz na myśli?

– Stary, ona w życiu o tobie nie słyszała.

Jasne, że mu nie uwierzyłem, ale było mi wszystko jedno.

– Żadna gazeta tego nie puści – zafrasowałem się.

Wodonga wrzucił kanapkę do kosza. Przypomniało mi się, że podobno przeszedł operację zmniejszenia żołądka i kiedy umawiał się we Florentino, podczas posiłku dyskretnie wymiotował do chustki. Teraz przybrał bardziej oficjalną pozę, delikatnie splótłszy na brzuchu okropne, słoniowate łapy.

– Książka – wyjaśnił. – Duża zaliczka. Nawet jeśli odrzucą twoją apelację i każą ci zapłacić grzywnę, kupisz swojej Claire seksowną podomkę. Właśnie sporządzają umowę. Ale jeśli nie jesteś zainteresowany, wystarczy powiedzieć.

Honorarium okazało się rewelacyjne, chociaż prawa autorskie przechodziły na firmę Woody’ego i nie mogłem liczyć na tantiemy. Nie mogłem też nic zrobić, gdyby bez konsultacji usunęli moje nazwisko ze strony tytułowej. Woody nie wspomniał mi także, że nie ma najmniejszego wpływu na Anioła. Przez wiele tygodni będę przeżywał katusze, nie mogąc się z nim skontaktować. Gdyby Woody mnie o tym uprzedził... Niczego by to nie zmieniło. Przyjąłem grubą, szarą kopertę, w której – jak sobie wyobrażałem – jest jakaś książka w miękkiej oprawie. Woody wyjaśnił, że w środku jest dziesięć tysięcy dolarów. Nawet nie przeliczyłem.

– Pierwsza zaliczka, dowód dobrej wiary – dodał Woody. – Kup sobie garnitur.

– W porządku – odpowiedziałem i pomyślałem: „Pieprzyć garnitur, opłacę czesne za szkołę”.

Woody włożył marynarkę i wyjął z szuflady fikuśną parasolkę.

– Napiszesz o zdrajczyni – przykazał mi, patrząc, jak upycham kopertę do kieszeni marynarki. – Jesteś frajerem, więc się w niej zakochasz. Jedyny problem polega na tym, że pewnie skażą ją na śmierć.

Już chciałem mu przypomnieć, że w Australii nie ma kary śmierci, ale udał się do przylegającej do gabinetu łazienki. Sikał długo i hałaśliwie. Wiedziałem, że popisuje się udaną operacją prostaty.

– Zarezerwowałem stolik w Moroni’s – oznajmił, kiedy już stamtąd wyszedł. – Chcesz się przyczesać?

– Jasne, że nie.

Nie potrzebowałem grzebienia, żeby wpuścili mnie do Moroni’s. Jadłem tam już ze sto razy z Goughem Whitlamem i Johnem Cairnsem – czyli z premierem i premierem stanowym, którego wystąpienie przeredagowałem kiedyś właśnie w tej restauracji przy, co warto zaznaczyć, wsparciu zabójczej firmowej grappy.

Kierownik sali miał na imię Abramo. Zawsze wyglądał identycznie, jak łagodny James Joyce o doskonałym wzroku. Abramo miał wszelkie powody, żeby mnie lubić, co natychmiast zademonstrował, ignorując Wodongę i ciepło witając mnie-niechluja. Poprowadził nas do stolika w rogu sali, przy którym siedziała jakaś niezwykła istota. Po pierwsze, była to kobieta, jedyna w tym wyciszonym i pełnym garniturów lokalu. Miała na sobie antracytowy, jedwabny, chiński płaszcz z ceglastą podszewką. Jej fryzura musiała powstać w jakimś ekskluzywnym salonie fryzjerskim, bo była krótka i prosta, z przedłużkami z mocnych, niemal elastycznych, siwych włosów. Źle oceniłem jej wiek, wy też byście się pomylili. Jej klasyczna uroda zasadzała się na wspaniałych kościach policzkowych i nic by jej nie zaszkodziło, nawet gdyby ta kobieta przez sto lat paliła gauloise’y.

Kiedy się zbliżyłem, wstała i wyciągnęła dłoń. Przedstawiła się, ale nie złapałem nazwiska. Podejrzewałem, że jest wydawcą.

– Felix Moore – rzuciłem. Słyszałem, jak Woody jęknął. Nie mógł uwierzyć, że nie rozpoznałem jej sławnej twarzy.

– Felix – powtórzyła kobieta. – To ja, Celine.

Zacząłem coś mówić, ale nie zdołałem dokończyć zdania. Matka zdrajczyni pochyliła się i ucałowała mnie w obydwa płonące policzki.

6

Nie chodziło tylko o to, że nie rozpoznałem sławnej twarzy. Znaliśmy się od lat, ja i Celine byliśmy w gronie trzystu czterdziestu siedmiu studentów pierwszego roku Monash University, a nie było tam wtedy studentów drugiego, trzeciego czy czwartego roku. Rok wcześniej nie było Monash University. Tak zwany „kampus” był placem budowy oddalonym o dwadzieścia kilometrów od restauracji Moroni’s. Otaczały go akry gorącego, pozbawionego cienia parkingu, przez który sunęły młode kobiety w szpilkach.

Tamta Celine była wizją, jak rudzielec z pudełka zapałek Redheads. W żadnym wypadku nie przypominała kobiety siedzącej przy stoliku w Moroni’s. Była dużo wyższa i piersiasta. Nosiła zwiewne spódniczki i miała wspaniałe, zdrowe i jasne włosy.

Tymczasem Celine z Moroni’s była sławna. Miała pełne, ale jednocześnie blade, jakby wyrzeźbione w steatycie usta. Tamta dziewiętnastolatka miała usta intensywnie czerwone, a jej dramatycznego wizerunku dopełniało coś, co moglibyśmy nazwać „paczką”: grupa bardzo groźnie wyglądających młodzieńców, z którymi natychmiast zapragnąłem się zaprzyjaźnić. Byli wśród nich bitnik, poeta, gej, facet przypominający członka gangu motocyklowego Hell’s Angels i wreszcie jej kochanek, Sandy Quinn, starszy mężczyzna w lnianej marynarce, który z całą pewnością nie pojawił się tam wprost z ogólniaka. Dopiero po latach dowiedziałem się, że związek zawodowy opłacił mu studia. Nie dostrzegłem w jego oczach smutku. Za to zauważyłem brodę, spłowiałą na słońcu, starannie przystrzyżoną i przylegającą do szczęki. Jego milczenie wydawało mi się jednocześnie oznaką siły i skłonności do ferowania ocen.

– Byłem kompletnym cymbałem – powiedziałem do Celine i była to prawda.

– Był prawdziwym ciachem – powiedziała Celine do Woody’ego.

– Jurny szczeniak – ocenił Woody. – Dobierał się.

Ten komentarz sprawił, że zamilkliśmy. Przypomniał mi się incydent z fotografią jej ojca. Abramo napełnił mój kieliszek.

Byłem niski, niechlujny i mówiłem przez nos, jak to w Bacchus Marsh. Miałem krótkie włosy i nie tak czyste, jak należało. Nie nosiłem nieodzownego, porozciąganego swetra. Chłopcy z paczki Celine początkowo byli ubawieni, później oburzeni, a w końcu kompletnie zdumieni moim bezczelnym przypuszczeniem, że nadaję się na ich kumpla. Wygadywali rzeczy, które kogoś słabszego zmusiłyby do ucieczki i płaczu.

Ja jednak byłem synem człowieka, który przez całe popołudnie gotów był stać na błotnistym kartoflisku, byle tylko sprzedać jakiegoś forda. Takie miałem geny.

Celine nigdy nie uważała mnie za ciacho, ale dostrzegła we mnie silną wolę, która znacznie wyprzedzała moje pozostałe atuty, zatem była zadziwiająca. Pewnego popołudnia w Springvale przepowiedziała mi, że jako jedyny z nich wszystkich do czegoś w życiu dojdę. Teraz sprawi, że jej przepowiednia się ziści. Umożliwi mi wyłączny dostęp do swojej występnej córki. „Zobaczycie – pomyślałem – zobaczycie, jak to załatwię”.

Kelnerzy najwyraźniej oglądali moje poniżenie w telewizji, więc cieszyłem się, że ci wysocy, dyskretni mężczyźni w białych fartuchach z eleganckimi siwymi wąsami staną się świadkami mojego odkupienia. Patrzyli, jak królowa sceny i ekranu całuje mój umęczony policzek.

– Za Feliksa – powiedziała i trąciła mój kieliszek.

– Najadłem się wstydu – odrzekłem, naturalnie mając na myśli „POŻAR W GACIACH”, ale jednocześnie podkreślając swój krnąbrny charakter, którego nikt nie potrafił zaakceptować. Nie wyjawiłem, że dysponuję informacjami na jej temat, o których sama nie ma pojęcia, jednakże zasugerowałem w typowy dla siebie, subtelny sposób, że szanujący się dziennikarz musi być też skorpionem. Dziennikarz pozostaje na usługach opisywanej historii i nie myśli o osobistych konsekwencjach, jakie czasami musi ponieść.

– Nie najadłeś się wstydu – odparła Celine. – Tylko ich zawstydziłeś, jak zwykle.

Przypomniałem sobie wtedy ten szczególny błysk w jej szarych oczach, charakterystyczne podniecenie w obliczu drobnego niebezpieczeństwa.

– Nawet jeśli przegrałeś, pokazałeś, jacy tamci są zepsuci i sprzedajni.

Tak, przez całe życie toczyłem bój w słusznej sprawie, jednak po drodze stałem się straszną kreaturą.

7

Rozpoczęcie roku akademickiego odbywało się w cholernym upale. Przy tym lało jak z cebra i z trawnika, na którym stałem z ojcem, kiedy rektor Monash University wygłaszał mowę rozpoczynającą uroczystość, unosiła się para. Jako pierwszy w rodzinie przebrnąłem przez niziny ogólniaka. Nie potrafiłbym świadomie wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałem się na uniwersytet bez krużganków, czworokątnych dziedzińców, dobudowywanych college’ów i chłopaków z prywatnych szkół jeżdżących triumphami model TR3. Zamiast tego wybrałem morze błota, wcześniej pełniące rolę targu warzywnego, z jeszcze niewybrukowanymi alejkami, i kampus otoczony zakładami przemysłu lekkiego oraz domami z kremowej cegły, zamieszkanymi przez ludzi pracujących w tych krytych deskami fabrykach. Nie był to wybór polityczny. Nie miałem świadomych poglądów politycznych.

Działo się to trzy lata przed incydentem w Zatoce Tonkińskiej i przed poborem do Wietnamu i siedem lat przed tym, jak Klub Laborzystów w Monash wymyślił rewolucję, która pociągnie za sobą – odebrałem ten komunikat osobiście – stawianie pod ścianą i strzelanie.

My, studenci, chadzaliśmy po wąskich ścieżkach gęsiego, jak krowy na dojenie. Wracaliśmy do właścicielek wynajmowanych pokoi, których mężowie byli monterami i tokarzami, choć przedstawiały nam ich jako inżynierów. Byliśmy dla naszych gospodarzy barbarzyńcami, nanosiliśmy błoto z Monash (PROSZĘ ZDEJMOWAĆ BUTY) i opryskiwaliśmy moczem sedesy (PROSZĘ PODNOSIĆ DESKĘ).

Nie jestem pewien, czy szpilki Celine były ubłocone, jak później twierdziła, ale nie mam wątpliwości, że sikała na stojąco przy pisuarze. Wszyscy o tym mówili. Imponowała mi pognieciona, lniana marynarka Sandy’ego, bo sam byłem zbyt głupi, żeby kupować używane ciuchy. Pewnie za bardzo się starałem. Chłonąłem wszystko, co mówili. W rezultacie pojechałem pociągiem z Clayton na Flinders Street, gdzie znalazłem, choć nie tak od razu, zarówno Ulissesa jak i Pieśni Ezry Pounda. Zawiozłem te ciężkie księgi do mojego podmiejskiego pokoju, który dzieliłem ze studentem chemii z Wonthaggi. Stało tam tylko jedno biurko. Gdy było zajęte, czytałem, leżąc, lub pisałem, klęcząc przy łóżku. Zwędziłem z księgarni drogi komentarz do Ulissesa i robiłem notatki na marginesach na temat, choćby, „Agenbite of inwit”. „Inwit” powinno się pisać „inwyt”. Czy Sandy wiedział, że James Joyce robił błędy ortograficzne? Rozumiał, że „U.P:up” miało się kojarzyć z oddawaniem moczu i erekcją? Klęczałem. Notowałem. Zbierałem amunicję. Za smutnymi koronkowymi firankami, równolegle do mojego łóżka, stał szary drewniany płot. Kilometr dalej, też równolegle, biegła trakcja kolejki elektrycznej. Barry Humphries[1] w długiej czarnej pelerynie grasował na ulicach.

Dla wszystkich powinno być oczywiste, że nie nadaję się na inżyniera, ale mój ojciec miał ambicje, żebym został Inżynierem Hrabstwa Bacchus Marsh. Kupił mi drogi suwak logarytmiczny, którego nigdy nie nauczyłem się używać. Oszukiwałem przy eksperymentach fizycznych, wychodząc od stałej wartości g i do dziś pamiętam, że wynosi 980 cm/s2.

Nie miałem pojęcia, że podążam ścieżką prowadzącą ku katastrofie. W istocie wszystko wydawało się możliwe. Znajomi Celine studiowali dramatopisarstwo, psychologię, filozofię polityczną i poezję. Dyskutowali o Opisie, Narracji, Ekspozycji i Argumentacji. Gdybym tylko umiał, tu też bym oszukiwał, ale mogłem im zaoferować jedynie parę kontrowersyjnych wyrażeń: „Agenbite of inwit”. „U.P.:up”.

Mój bystry ojciec nigdy nie miał potrzeby napisania rozprawy czy wyrażenia jakiejś abstrakcyjnej myśli. Tych umiejętności nie wymagano także ode mnie w liceum w Ballarat. Do matury przystąpiłem z przeświadczeniem, że jestem orłem z chemii i matematyki, ale do magicznego kręgu znajomych Celine przybyłem z czterema ledwie zaliczonymi egzaminami i bez żadnej wiedzy na temat tego, jak odnaleźć się w ich grze. Czytywali Franza Fanona, Simone de Beauvoir i Alfreda Jarry’ego. Wszelka radykalna myśl, jaką mogłem im zaproponować – na przykład, że może nie być Boga – była dla nich nudna i sprawiali wrażenie zażenowanych, że w ogóle o tym wspominam. Byłem zdumiony faktem, że choć wcześniej się nie znali, zdawali się kontynuować rozmowę, którą rozpoczęli przed wielu laty. Wszyscy wiedzieli, że „Nosorożec” to sztuka.

Nieraz mówili, żebym spadał, ale przecież to ja ich wybrałem i postanowiłem zostać tak długo, aż docenią moją wartość.

Motocyklista rzadko ze mną rozmawiał. Sandy Quinn zwykle uśmiechał się, kiedy coś mówiłem. Po latach wyzna mi, że denerwował się za mnie i że uśmiechał się wyłącznie po to, żeby dodać mi otuchy.

Ciało Celine nie mogło być takie, jak sobie wyobrażałem, ale była aktorką grającą fizycznie, która potrafiła przekonać, że talię ma węższą, a nogi – dłuższe niż w rzeczywistości. Nie była tak bystra, jak sądziłem. Czasami traktowała mnie chłodno, a niekiedy – czule. Pewnego razu publicznie zmierzwiła mi włosy. Być może rzeczywiście zawsze była po mojej stronie, jak później przekonywała, jednak niezmiennie i niepowstrzymanie bawiło ją, kiedy patrzyła, jak biegam po piłki rzucane przez poetę. Poeta był wysoki, szeroki w barach, miał piegowatą twarz, którą można było uznać za nijaką, jeśli nie potrafiło się dostrzec, że na swój spokojny, piwnooki sposób był zdolny absolutnie do wszystkiego.

– Buszujący w zbożu – zagaił łagodnie. – Powiedziałeś, że czytałeś, ale to nieprawda?

Był taki miły, że aż nie mieściło się w głowie, że się nade mną znęca.

Ten w skórze siedział z opuszczoną głową, skręcał papierosy, jednego po drugim, układał je na brzegu stołu, po czym dopychał wystający tytoń.

– Nie, właściwie nie – odpowiedziałem.

Poeta uśmiechał się, jak ktoś, kto ssie zapałkę. 

– Pewnie za bardzo amerykański?

– Przestań, Andrew – wtrącił się Sandy. – Wystarczy.

– Czyli, Feliksie... – drążył Andrew – ...dla ciebie Patrick White, a Salinger wynocha?

Patricka White’a też nie czytałem.

– Czasami tak musi być – odparłem.

– Zatem, jeśli chodzi o literaturę, pierwsza jest dla ciebie Australia.

To był moment, żeby podchwycić tę myśl i się jej trzymać.

– Dla mnie liczy się Bitwa o Brisbane – wyznałem. – Każdy dzień tej bitwy.

Ten w skórze prychnął przez nos, ale rzecz jasna nawet Sandy nie słyszał o Bitwie o Brisbane.

– Nie było bitwy o Brisbane – powiedział. – Pewnie masz na myśli Linię Brisbane, kiedy byliśmy gotowi oddać Japońcom wszystko, co na północ od Brisbane.

– Nie, Sandra.

Nawet dzisiaj wstyd mi, że tak się do niego odezwałem. Czułem się zbyt niepewnie, by dostrzec jego niezwykłą empatię. Kiedy nazwałem go Sandrą, mógł się poczuć, jakby narobił na niego szpak. Uśmiechnął się blado. 

– Pewnie kiedyś odkryjesz, że w 1942 Japońce zbombardowali Darwin i Broome.

Byłem niepoukładanym smarkaczem i wydawało mi się, że traktuje mnie protekcjonalnie.

– To nie była bitwa z Japońcami – odparłem. – W Brisbane byli Amerykanie. Mieścił się tam sztab MacArthura. Powiedz mi, Sandy, kto jeszcze stacjonował w Brisbane w 1942?

– Oczywiście Australijczycy – odpowiedział i spojrzał na mnie wyzywająco.

„Pieprz się – pomyślałem. – Mylisz się”.

– Australijscy żołnierze walczyli z Amerykanami na ulicach Brisbane – wyjaśniłem. – Nazywają to Bitwą o Brisbane.

Musiałem się naprawdę spiąć, żeby wytrzymać jego milczenie.

– W porządku – rzucił wreszcie.

– Ta informacja była ocenzurowana. Wiem o tym tylko dlatego, że Amerykanie odstrzelili mojemu staremu pół ręki.

Celine zawiesiła na mnie wzrok. Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć czy bać. To mój wuj, a nie ojciec, miał niesprawną rękę. Czekałem. Celine wysypała cukier ze szklanego dozownika i usypała z niego stosik. Wykonując tę czynność – jak i wiele innych – zdołała wzniecić pewien żar, oczekiwanie, że zrobi coś szalonego i ryzykownego, a my będziemy tylko siedzieć i patrzeć. Wysypała na cukier zawartość popielniczki i wepchnęła w to zapałki. Później wbiła we mnie wzrok. Zrozumiałem, że ją uraziłem i że cała ta skondensowana i zakodowana złość jest przeznaczona dla mnie.

– Co ty możesz wiedzieć o Bitwie o Brisbane?

– Chyba już wam powiedziałem, skarbie.

– Skarbie srarbie. Gówno prawda.

Czułem, jak płoną mi policzki.

– Nie uśmiechaj się tak, bobasie – powiedziała. – W książkach nie ma o niej ani słowa.

– Myślę, że pan Moore mógł mieć na myśli Linię Brisbane – wyjaśnił Sandy.

Celine wyrwała swojemu kochankowi papierosa i rzuciła go na podłogę.

– Nie, pomponie, nic mu się nie pomyliło.

Kiedy zobaczyłem, jak bardzo poeta uradował się na wyjawienie tego sekretnego przezwiska, zrozumiałem, że mam jeszcze jednego konkurenta. Poczęstował się jednym z pięknych, ręcznie wykonanych papierosów motocyklisty.

– Czyli co to była za bitwa? – spytał mnie.

– Chodziło o seks – wytłumaczyła Celine. – Głupi Australijczycy byli zazdrośni o jankesów, jedyny naród na świecie, który chciał nam pomóc. Zaczęli do nich strzelać, bo podobały im się australijskie dziewczyny.

– Czyli rozróba.

– Nie, cholerna bitwa. Z bronią, trwała dwa dni. Kompletnie bez sensu, bo później to Amerykanie polecieli na Nową Gwineę, żeby walczyć z Japończykami.

– Na Nowej Gwinei nie było Amerykanów – zaoponował motocyklista. – Ani jednego, maleńka.

– Pieprzysz, skarbie – odparła Celine. – Mój ojciec tam był, maleńki.

– Mówię o Amerykanach.

– Mój ojciec był Amerykaninem, skarbie. Zginął tam. – Rozpłakała się, wstała i obróciła tyłem do nich. – Chodź, Maluch – powiedziała i złapała mnie za rękę.

Płakała, a ja byłem na tyle niedojrzały, że nie posiadałem się z radości. Szlochała, ale wygrałem. Dałem im odpór. I tak stało się coś do tej pory niewyobrażalnego – Sandy i jego wóz poszli w odstawkę, a ja dostałem zachętę, żeby odprowadzić Celine Baillieux na przystanek autobusowy przy Ferntree Gully Road.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Australijski aktor i satyryk

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

AMNESIA

Projekt graficzny okładki

Faber

Opracowanie okładki

Janusz Staszczyk

Redakcja

Firma wydawnicza SEZAMM Małgorzata Maruszkin

www.sezamm.pl

Korekta

Jadwiga Piller

Copyright © Peter Carey 2014

Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski, 2015

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., 2015

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-059-8

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl