Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 711

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Amerykański spisek - James Ellroy

Jest 20 listopada 1958 roku. Howard Hughes, zdeprawowany milioner, poszukuje brudów mogących zaszkodzić klanowi Kennedych. Tylko to może mu pomóc w pozbyciu się prześladujących go wezwań sądowych w sprawie antymonopolowego podziału TWA. Taką kartę przetargową ma dostarczyć Pete Bondurant. Były gliniarz jest specjalistą od brudnej roboty, który swoimi dokonaniami stworzył legendę brutalnego zabójcy. Nie zawaha się przed niczym, nawet gdy na drodze stanie mu dawny znajomy: Kemper Boyd. Ten niebezpieczny i ambitny agent pracuje na trzech etatach w FBI, CIA i dla samego Edgara Hoovera. Jego zadaniem jest infiltrowanie Kennedych z ramienia FBI na wypadek, gdyby JFK wygrał wybory i zasiadł w Białym Domu. Jedocześnie wraz z gorliwym prawnikiem, Robertem Kennedym, zwalcza mafię... Taki jest początek całej, wielowątkowej historii. A jej koniec przypadnie na pamiętny dzień 22 listopada 1963 roku. Wtedy wielu z jej bohaterów znajdzie się w jednym miejscu w Dallas… „Amerykański spisek jest genialny”. The Times „Amerykański spisek jest jak jazda kolejką górską, a naszym przewodnikiem jest Sułtan Brudów. Ellroy to najbardziej oryginalny twórca powieści kryminalnych naszych czasów”. Spectator

Opinie o ebooku Amerykański spisek - James Ellroy

Fragment ebooka Amerykański spisek - James Ellroy

Tytuł oryginalu:

AMERICAN TABLOID

Copyright © 1995, James Ellroy

All rights reserved

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-447-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Natowi Sobelowi

Ameryka nigdy nie była niewinna. Ciupcialiśmy dziewice na tylnych siedzeniach samochodów bez żadnych wyrzutów sumienia. Nie da się przypisać naszego upadku żadnemu szczególnemu wydarzeniu ani zbiegowi okoliczności. Nie można stracić czegoś, czego nie miało się od urodzenia.

Nostalgia masowego rynku sprawia, że zaczyna się tęsknić za przeszłością, która nigdy nie istniała. Hagiografia uświęca hulaszczych polityków, a ich wykalkulowanym gestom dodaje doniosłego znaczenia. W toku naszej opowieści prawda o tym, co się wydarzyło, zlewa się ze spóźnionymi refleksjami. Tylko pozornie można między nimi wytyczyć prostą granicę.

Wielką trójzasadą Camelotu było: Dobrze wyglądać, Komuś dowalić, Kogoś przelecieć. Jack Kennedy był mitycznym głównym bohaterem szczególnie sprośnej części naszej historii. Wypowiadał się jak nuworysz i miał światową fryzurę. Był jak Bill Clinton, tyle że niepoddany ocenie coraz bardziej wszechobecnych mediów i bez paru wałeczków tłuszczu.

Zabili go w najlepszym momencie dla zapewnienia mu świętości. Wokół płomienia jego wiecznej chwały wciąż krążą kłamstwa. Nadszedł czas na wyjęcie jego urny i rzucenie światła na kilku ludzi, którzy towarzyszyli Jackowi w drodze na szczyt i ułatwili mu upadek.

Byli twardymi gliniarzami, mistrzami szantażu i najemnikami. Zakładali podsłuchy i zabawiali się w gejowskich lokalach. Gdyby choć jedna sekunda z ich życia zboczyła z kursu, historia Ameryki nie istniałaby w znanej nam wersji.

Nadszedł czas na odmitologizowanie tamtej ery i stworzenie nowego mitu o pucybucie i milionerze. Nadszedł czas na przyjęcie do wiadomości, że istnieli źli ludzie, którzy potajemnie zapłacili za zdefiniowanie swoich czasów.

Ta opowieść jest dla nich.

CZĘŚĆ ISZANTAŻE

LISTOPAD–GRUDZIEŃ 1958

1Pete Bondurant

(Beverly Hills, 22 listopada 1958)

Zawsze dawał sobie w żyłę w świetle telewizora.

Paru meksyków wymachiwało giwerami. Dowódca podżegał ich i wyjmował sobie wszy z brody. Biało-czarne zdjęcia; dureń z CBS w panterce. Prezenter wiadomości mówił: „Klątwa rzucona na Kubę – rebelianci Fidela Castro przeciwko regularnej armii Fulgencia Batisty”.

Howard Hughes odnalazł żyłę i wstrzyknął kodeinę. Pete obserwował z ukrycia – Hughes zostawił uchylone drzwi sypialni.

Narkotyk zaczął działać. Twarz Wielkiego Howarda się rozluźniła. Na zewnątrz klekotały wózki obsługi hotelowej. Hughes wytarł szprycę i zmienił program. Miejsce wiadomości zajęła dobranocka z Howdym Doodym – jak to w Beverly Hills.

Pete wyszedł na patio – stąd widać było basen, dobry punkt obserwacyjny. Parszywa pogoda: żadnych gwiazdeczek w bikini.

Nerwowo spojrzał na zegarek. W południe miał do wykonania rozwodową chałturę – mąż pił samotnie w czasie lunchu, a potem dymał jakąś młodą cipę. Musi wziąć porządną lampę błyskową: inaczej zdjęcia wyjdą zamazane, jakby się na nich pieprzyły pająki. Co do Hughesa, trzeba dowiedzieć się, kto rozpowiadał o wezwaniach do sądu w sprawie antymonopolowego podziału TWA, i przekupić go, żeby opowiadał, iż Wielki Howard odleciał na Marsa.

Sprytny Howard ujął to następująco: „Nie zamierzam z nimi walczyć, Pete. Po prostu będę nieuchwytny i przez to podbiję ceny do poziomu, kiedy sam będę chciał sprzedać. Mam dość TWA, ale nie pozbędę się go za mniej niż pięćset milionów dolarów”. Powiedział to, wydymając wargi – Lord Fauntleroy, starzejący się ćpun.

Koło basenu kręciła się Ava Gardner. Pete pomachał jej; zbyła go chłodnym gestem. Kiedyś załatwił jej aborcję w zamian za weekend z Hughesem. Pete – człowiek renesansu: alfons, diler, najemny zbir.

Hughes i on znają się baaardzo długo.

Czerwiec 1952. Los Angeles. Zastępca szeryfa hrabstwa Pete Bondurant – dowódca nocnego patrolu w okręgu San Dimas. Ta jedna gówniana noc: zgwałcona Murzynka, gablota pełna wrzeszczących pijaczków.

Wkurzył go tamten śmieć: „Znam cię, twardzielu. Zabijasz niewinne kobiety i własną…”.

Zatłukł go gołymi pięściami.

Szeryf wyciszył to. Naoczny świadek doniósł do FBI. Agent z LA, któremu przydzielono sprawę, nazwał tego śmiecia „ofiarą nieprzestrzegania praw człowieka”.

Dobrało się do niego dwóch federalnych: Kemper Boyd i Ward J. Littell. Howard Hughes zobaczył w gazecie jego zdjęcie i wyczuł wielki potencjał. Wygłuszył sprawę i zaproponował mu pracę: „załatwiacz spraw”, alfons, dostawca narkotyków.

Howard ożenił się z Jean Peters i dał jej willę obok swojej. A do obowiązków Pete’a dołożył rolę „podwórzowego burka”, dodając największą na świecie darmową budę: dom obok.

Sam o małżeństwie mówił: „Uważam, że to cudowna instytucja, Pete, ale wspólne mieszkanie jest stresujące. Wyjaśniaj to od czasu do czasu Jean, dobrze? A jeśli poczuje się samotna, szepnij, że zawsze o niej myślę, nawet gdy jestem bardzo zajęty”.

Pete zapalił cygaro. Nadciągnęły chmury – plażowicze zadygotali. Zaterkotał interkom – Hughes wzywał.

Wszedł do sypialni. W telewizji leciał Kapitan Kangur przy mocno ściszonym dźwięku.

Biało-czarne smugi światła – i Wielki Howard w głębokim cieniu.

– Sir?

– „Howard”, gdy jesteśmy sami. Wiesz przecież.

– Dzisiaj czuję się jak podwładny…

– Rozumiem, że masz ochotę pobrykać z tą swoją panną, Gail Hendee… Powiedz, czy dobrze się jej żyje w twojej wartowni?

– Owszem. Ona, tak jak ty, podejrzliwie podchodzi do wspólnego mieszkania i twierdzi, że dwadzieścia cztery pokoje dla dwóch osób upraszczają wiele spraw.

– Podobają mi się niezależne kobiety.

– Przecież wiem, że nie.

Hughes wyklepał poduszki.

– Masz rację. Ale podoba mi się ideaniezależności kobiet, którą zawsze starałem się wykorzystać w moich filmach. I jestem pewien, że panna Hendee jest równie cudowną partnerką w wymuszaniu, jak i w łóżku. A jeśli chodzi o TWA…

Pete przysunął krzesło.

– Ci, którym zależy na procesie, nie znajdą cię. Przekupiłem wszystkich pracowników tego hotelu i umieściłem pewnego aktora w twoim bungalowie dwie przecznice stąd. Wygląda i ubiera się jak ty, bez przerwy odwiedzają go panienki dla podtrzymania mitu, że wciąż sypiasz z kobietami. Sprawdzam wszystkich, którzy chcą się tu zatrudnić, żeby być pewnym, że Departament Sprawiedliwości nie wetknie nam kapusia. Wszyscy tutejsi kierownicy zmiany grają na giełdzie i co miesiąc daję im po dwadzieścia akcji Hughes Tool Company. Tak długo, jak zostaniesz tutaj, nie będziesz musiał pojawiać się w sądzie.

Hughes skubał szlafrok – lekko drżały mu ręce.

– Jesteś bardzo okrutnym człowiekiem.

– Nie, jestemtwoimokrutnym człowiekiem i dlatego pozwalasz mi na odszczekiwanie się.

– Jesteś „moim człowiekiem”, ale wciąż siedzi w tobie coś z tandetnego prywatnego detektywa.

– Dlatego, że mnie przytłaczasz. Dlatego, że ja też nie przepadam za wspólnym mieszkaniem.

– Pomimo tego, ile ci płacę?

– Nie, z powodu tego.

– Możesz jaśniej?

– Mogę. Ja mam dom w Holmby Hills, ale ty masz akt jego własności. Mam nowego pontiaka, ale ty masz na niego papiery. Mam…

– To nic nie znaczy.

– Howard, chcesz czegoś ode mnie. Powiedz, o co chodzi, i zrobię to.

Hughes nacisnął guzik pilota i Kapitan Kangur zniknął z ekranu.

– Kupiłem magazyn „Cicho sza!”. Powody nabycia tego ordynarnego szmatławca były dwa. Po pierwsze, układam się z J. Edgarem Hooverem i chcę, żeby nasza przyjaźń okrzepła. Obaj uwielbiamy typ hollywoodzkich plotek, których dostarcza „Cicho sza!”, więc posiadanie tego magazynu może być przyjemnością, a jednocześnie przebiegłym politycznym posunięciem. Po drugie, chodzi o samą politykę. Szczerze mówiąc o to, bym mógł obsmarować polityków, których nie lubię; takich rozwiązłych playboyów jak senator John Kennedy, który może wystartować w wyborach prezydenckich w sześćdziesiątym roku przeciw mojemu dobremu przyjacielowi Dickowi Nixonowi. Pewnie wiesz, że w latach dwudziestych rywalizowaliśmy z ojcem Kennedy’ego w interesach i tak naprawdę nienawidzę całej tej rodziny…

– Wiem – wtrącił Pete.

– A ja wiem, że pracowałeś dla „Cicho sza!” jako „weryfikator informacji”, dlatego zrozumiesz ten aspekt interesu. To coś w rodzaju szantażu, w sam raz dla ciebie…

Pete strzelał palcami.

– „Weryfikacja informacji” polegała na tym, że radziłem: „Nie podawaj naszego pisma do sądu, bo zrobię ci krzywdę”. Jeśli chcesz, żebym pomagał ci w taki sposób, to nie ma sprawy.

– To dobrze. Od tego zaczniemy.

– Howard, powiedz krótko. Znam tam ludzi, wystarczy, że mi powiesz, kto odchodzi, a kto zostaje.

Hughes wzdrygnął się – ale tylko trochę.

– Recepcjonistką była Murzynka z łupieżem, więc ją wylałem. Ten pismak, tak zwany „tropiciel skandali”, sam zrezygnował i chcę, żebyś znalazł mi nowego. Sol Maltzman zostaje. Wszystkie swoje artykuły wypuszcza pod pseudonimem, więc jestem skłonny go zostawić, mimo że to komunista z czarnej listy należący do tylu organizacji lewicowych, że…

– Ale kogoś tam musisz mieć. Sol robi dobrą robotę, a gdyby sprawy potoczyły się gorzej, może zastąpić go Gail – od paru lat pisuje trochę dla „Cicho sza!”. Od kwestii prawnych masz swojego Dicka Steisela, a do czarnej roboty mogę załatwić Freda Turentine’a. Znajdę ci też dobrego tropiciela skandali. Muszę tylko trochę poniuchać i popytać, to kwestia czasu.

– Ufam ci. Jak zwykle świetnie sobie poradzisz.

Pete wciąż strzelał palcami. Bolały go stawy – niechybny znak, że będzie padać. Hughes spytał:

– Musisz to robić?

– To przez te moje ręce się spotkaliśmy, szefie. Po prostu daję ci znać, że wciąż są na miejscu.

Salon „budy podwórzowego burka” miał wymiary 25 na 24 metry. Ściany hallu były ze złociście nakrapianego marmuru. Dziewięć sypialni. Chłodnie. A dywany Hughes kazał czyścić co miesiąc – czarnuch przeszedł po nich tylko raz. Kamery monitorujące, zamontowane na dachu i półpiętrze, filowały prosto na sypialnię pani Hughes.

Pete znalazł Gail w kuchni. Jej wspaniałe kształty i długie brązowe włosy wciąż na niego działały.

– Zazwyczaj słyszy się, jak ktoś wchodzi do domu, ale nasze drzwi wejściowe są pół kilometra stąd – powiedziała.

– Mieszkamy tu od roku, a ciebie wciąż się żarty trzymają.

– Do mieszkania w Tadż Mahal człowiek długo się przyzwyczaja…

Pete usiadł okrakiem na krześle przy niej.

– Coś nerwowa jesteś.

Gail odsunęła od niego swoje krzesło.

– Hm… jak na szantażystkę przystało. Jak się nazywa dzisiejszy facet?

– Walter P. Kinnard. Ma czterdzieści siedem lat i zdradza żonę od zawsze. Ma też dzieci, za którymi szaleje, a żona mówi, że ugiąłby się pod groźbą pokazania tych zdjęć im właśnie. To pijaczek, a podrywa zawsze w porze lunchu.

Gail się przeżegnała – trochę na żarty, trochę na poważnie.

– A gdzie?

– Spotkasz się z nim w Dale’s Secret Harbor. Metę ma parę przecznic stamtąd, tam popycha swoją sekretarkę, ale ty nalegaj na pójście do Ambasadora. Jesteś w mieście na konferencji i masz elegancki pokój z barkiem.

Gail zadrżała. Poranne dreszcze – pewny znak, że jest roztrzęsiona.

Pete wcisnął jej klucz.

– Wynająłem sąsiedni pokój, więc możesz się zamknąć, żeby wyglądało to wiarygodnie. Naoliwiłem zamek w drzwiach łączących pokoje, tak że nie powinno być hałasu.

Gail zapaliła papierosa. Ręce jej nie drżały – dobry znak.

– Opowiedz mi o czymś innym. Czego chciał Howard Samotnik?

– Kupił „Cicho sza!”. Chce, żebym znalazł mu pismaka, żeby mógł położyć łapę na hollywoodzkich plotkach, do spółki z tym swoim kumplem J. Edgarem Hooverem. Chce obsmarowywać swych politycznych wrogów, jak tego twojego dawnego kochasia, Johna Kennedy’ego…

Gail uśmiechnęła się ciepło.

– Parę weekendów nie oznacza zaraz, że był moim kochasiem.

– Ten lubieżny uśmiech oznacza co innego…

– Kiedyś zabrał mnie samolotem do Acapulco. To przez ten jego gest w stylu Howarda Samotnika jesteś taki zazdrosny.

– Bo to było podczas jego miesiąca miodowego!

– I co z tego? Ożenił się z przyczyn politycznych, a te nie pomagają w łóżku. Na Boga, takipodglądacz i nie wie!

Pete wyciągnął nagle gnata i sprawdził magazynek – sam nie wiedział czemu.

– Nie uważasz, że nasze życie jest dziwne? – rzuciła Gail.

Do centrum pojechali osobnymi wozami. Gail usiadła przy barze; Pete zajął pobliski stolik i zamówił drinka. Restauracja była zatłoczona – Dale’s nieźle musiała zarabiać na lunchach. Pete wybrał idealne miejsce – kiedyś zgasił papierosa na właścicielu.

Kręciło się tu mnóstwo kobiet: głównie personel biurowy. Gail wyróżniała się, i to bardzo, wręcz niesamowicie. Pete pożerał orzeszki – zapomniał o śniadaniu.

Kinnard się spóźniał. Bystre oko Pete’a prześwietliło salę. Obok telefonów stał Jack Whalen – czołowy bukmacher Los Angeles. Dwa stoliki dalej siedzieli policjanci. Szeptali: „Bondurant… Jasne, ten od Cressmeyerowej”.

Duch Ruth Mildred Cressmeyer siedział przy barze: smutna, podstarzała, trzęsąca się kobieta.

Pete wszedł na Ścieżkę Pamięci.

Koniec 1949. Miał dwie dobre fuchy: ochroniarz pokerowych graczy i aborcyjny naganiacz. Doktorem od skrobanek był jego młodszy brat, Frank.

Pete zaciągnął się do amerykańskich marines, żeby załapać się na zieloną kartę. Frank został z rodziną w Quebecu i poszedł do szkoły medycznej.

Pete przyjechał tu wcześniej, Frank po nim. „Nie paplaj po francusku, mów po angielsku. Pozbądź się akcentu i ruszaj na Amerykę…”

Frank dotarł do LA z żądzą wielkich pieniędzy. Zdał końcowe egzaminy i rozpuścił wici: aborcje i morfina na sprzedaż. Frank kochał aktoreczki i karty. Kochał zbirów. I kochał czwartkowego pokera u Mickeya Cohena.

Zaprzyjaźnił się ze złodziejem o nazwisku Huey Cressmeyer. Mama Hueya prowadziła pokątny gabinet ginekologiczny dla Murzynek. Dziewczyna Hueya zaszła w ciążę i poprosiła Franka i mamę Hueya o pomoc. A Hueyowi odbiło i zwinął pieniądze z czwartkowego pokera – Pete’a nie było akurat na służbie, złapał grypę.

Mickey załatwił Pete’owi tę robotę. Dostał cynk: Huey ukrywa się w melinie w El Segundo. W domu należącym do Jacka Dragna. A Mickey nienawidził Jacka Dragna. Podwoił więc cenę i kazał zabić wszystkich tam obecnych.

14 grudnia 1949 – pochmurno i zimno.

Pete oświetlił dziuplę koktajlem Mołotowa. Tylnymi drzwiami wybiegły cztery postacie w płomieniach. Pete zastrzelił je i zostawił, żeby spłonęły.

Według dokumentów byli to:

Hubert John Cressmeyer, lat 24

Ruth Mildred Cressmeyer, lat 56

Linda Jane Camrose, lat 20, w czwartym miesiącu ciąży

François Bondurant, lat 27, lekarz, imigrant z Kanady.

Oficjalnie sprawcy nie wykryto. Ale zaczęły krążyć plotki.

Ktoś zadzwonił do jego ojca w Quebecu i doniósł o tym. Stary wykręcił do Pete’a i błagał, żeby zaprzeczył… Musiał się zająknąć albo jakoś inaczej wydać. Nazajutrz stary razem z żoną nawdychał się spalin.

Starucha przy barze wyglądała jak jakiś pieprzony sobowtór Ruth Mildred.

Czas się wlókł. Postawił starej drinka. Walter P. Kinnard wszedł i usiadł obok Gail.

Zaczęła się poezja.

Gail kiwnęła na barmana. Szybki Walter wolał gwizdnąć. Joe podskoczył z shakerem do martini – stały bywalec miał coś do powiedzenia.

Bezradna Gail szukała w torebce zapałek. Usłużny Walter już z uśmiechem podawał zapalniczkę. To nic, że tył jego kołnierzyka był obsypany łupieżem.

Gail się uśmiechnęła. Seksowny Walt również. Nosił białe skarpetki do trzyczęściowego garnituru w prążki.

Siedzieli, gawędząc nad martini. Pete obserwował przedłóżkową rozgrzewkę. Gail napiła się dla kurażu – była wyraźnie zdenerwowana. Dotknęła ramienia Waltera. Widać było jej poczucie winy – gdyby nie pieniądze, rzuciłaby to.

Pete przeszedł do Ambasadora, do swojego pokoju. Miejsce było idealne: od pokoju Gail oddzielały go drzwi. Założył film do aparatu i podłączył lampę błyskową. Naoliwił zawiasy drzwi łączących pokoje. Nastawił obiektyw na zbliżenie.

Minęło dziesięć minut. Nasłuchiwał odgłosów z sąsiedniego pokoju. Umówione hasło: „Cholera, gdzie te klucze?” Gail wypowiedziała trochę za głośno.

Pete przylgnął do ściany. Usłyszał lament Samotnego Walta: żona i dzieci nie wiedzą, że mężczyzna ma pewne potrzeby. Pytanie Gail: To czemu masz aż siedmioro dzieci? I odpowiedź Walta: Bo one trzymają żonę w domu, a to właściwe miejsce dla kobiety.

Głosy ucichły. Buty spadły na podłogę. Gail kopnęła wysokim obcasem w ścianę – to był jej sygnał „jeszcze trzy minuty”. Pete się zaśmiał – pokój za trzydzieści dolarów za noc ze ścianami cienkimi jak z papieru. Zgrzyt zamków błyskawicznych. Skrzypienie sprężyn. Sekundy mijały – tik, tik, tik. Walter P. Kinnard zaczął stękać – Pete zerknął na zegarek: 14:44.

Poczekał do 15:00. Otworzył drzwi na oścież – naoliwione zawiasy nawet nie skrzypnęły.

Gail i Walter P. Kinnard pieprzyli się. W pozycji misjonarskiej, z głowami blisko siebie – dowód niewierności nadający się do sądu. Walt dogadzał sobie. Gail udawała ekstazę i ogryzała skórki przy paznokciach.

Pete zrobił zbliżenie i zaczął trzaskać zdjęcia.

Raz, dwa, trzy – flesz strzelał jak karabin maszynowy. Cały pokój zalał się blaskiem.

Walter zawył i próbował się skulić. Gail sturlała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Został seksowny i goły jak święty turecki Walt: 175 cm wzrostu, prawie 100 kg wagi, tłusty.

Pete odłożył aparat i złapał Walta za kark. Powoli i przyjaźnie rzekł:

– Twoja żona chce rozwodu. Życzy sobie ośmiuset dolarów miesięcznie, dom, tego dwuletniego buicka i opłat za ortodontę dla twojego syna Timmy’ego. Dasz jej wszystko, czego żąda, albo znajdę cię i zabiję.

Na ustach Kinnarda pojawiły się banieczki śliny. Pete podziwiał ich kolor: mieniły się na niebiesko i czerwono.

Para wyleciała spod drzwi od łazienki – Gail zawsze po takiej robocie brała szybki prysznic.

Pete upuścił Walta na podłogę. Jego ręka trzęsła się z wysiłku: sto kilo, nieźle. Kinnard zebrał ubranie i wytoczył się z pokoju. Pete widział, jak idzie korytarzem, próbując włożyć spodnie.

Gail wyszła w chmurze pary. Jej „ja już tak nie mogę” nie było niczym nowym.

Walter P. Kinnard nie lubił się procesować. Notowania Pete’a podskoczyły: żony – 23, mężowie – 0. Pani Kinnard zapłaciła mu od razu pięć kawałków i obiecała dożywotnio 25% z alimentów.

Kolejne trzy dni: czas dla Howarda Hughesa.

Sprawa TWA nie dawała Wielkiemu Howardowi spokoju. Pete przyśpieszył działania. Zapłacił dziwkom, by powiedziały prasie, że Hughes ukrywa się w różnych miejscach. Bombardował zaangażowanych w proces telefonami: Hughes był w Bangkoku, Maracaibo, Seulu. W Biltmore umieścił drugiego sobowtóra: wielce męskiego weterana filmów pornograficznych. Pops był prawdziwym ogierem – Pete wysłał do niego Barbarę Payton. Zachlana Babs naprawdę myślała, że ten stary dureń to Hughes. Rozpowiadała na prawo i lewo, że Mały Howard urósł o piętnaście centymetrów.

J. Edgar Hoover z łatwością mógł przesunąć termin sprawy. Hughes odmówił proszenia go o pomoc.

– Jeszcze nie teraz, Pete. Najpierw moja przyjaźń z panem Hooverem musi dojrzeć. Kluczem do tego może być „Cicho sza!”, ale najpierw znajdź mi nowego faceta od skandali. Wiesz, jak bardzo pan Hoover lubi ekscytujące wieści…

Pete puścił w obieg wiadomość: nowe „Cicho sza!” poszukuje tropiciela skandali. Zainteresowani – dzwonić do Pete’a B. I ślęczał przy telefonie. A dzwonili sami frajerzy. Pete mówił: „Daj mi jakiś smakowity kąsek, to pogadamy”. Tamci przynudzali, że Pat Nixon właśnie urodziła dziecko Nat King Cole’a. Albo że Lawrence Welk dupczył męskie prostytutki. Gorący duet: Patti Page i Francis, muł, który mówi. Eisenhower miał kolorowych przodków. Rin Tin Tin zrobił dziecko Lassie. A Jezus Chrystus prowadził murzyński burdel w Watts. Coraz gorzej. Pete policzył: dziewiętnastu chętnych – same zera. Wtedy zadzwonił telefon – dwudziesty z kolei. Pete słyszał trzaski – prawdopodobnie międzymiastowa.

– Kto mówi?

– Pete? Tu Jimmy.

HOFFA.

– Jimmy, co u ciebie?

– Zimno. Jak w całym Chicago. Dzwonię od kumpla, grzejnik nawalił. Jesteś pewien, że twój telefon nie jest na podsłuchu?

– Jestem. Freddy Turentine co miesiąc sprawdza wszystkie telefony pana Hughesa.

– To mogę mówić?

– Możesz.

Hoffa się rozluźnił. Pete trzymał słuchawkę na odległość ramienia i słyszał go baaardzo dobrze.

– Komisja McClellana siedzi na mnie jak muchy na gównie. Ten sprytny sukinsyn Bobby Kennedy przekonał pół kraju, że Teamsters są gorsi od cholernych komuchów, szczuje mnie i moich ludzi wezwaniami do sądu, detektywi skaczą po całym moim związku jak…

– Jimmy…

– …pchły po kundlu. Najpierw wykopał Dave’a Becka, a teraz chce mnie. Bobby Kennedy to wielka kupa psiego gówna. Buduję ośrodek wypoczynkowy Słoneczna Dolina na Florydzie, a Bobby usiłuje wytropić, skąd są te trzy miliony, które wybuliłem. Myśli, że wziąłem je z Funduszu Emerytalnego Stanów Środkowych…

– Jimmy…

– …i myśli, że może wykorzystać mnie w wyborach swojego brata dupka na prezydenta. Myśli, że James Riddle Hoffa będzie jakąś pieprzoną polityczną odskocznią. Myśli, że się zegnę i nadstawię tyłka jak jakiś cholerny pedał. Myśli…

– Jimmy…

– …że jestem jakimś pierdołą jak on i jego brat. Myśli, że im się ze mną uda jak z Dave’em Beckiem. I jakby tego było mało, mam jeszcze ten postój taksówek w Miami. Pracują tam nawiedzeni kubańscy uchodźcy i nic, tylko debatują o pieprzonym Castro kontra pieprzony Batista, jak, jak te, no…

Hoffa dostał zadyszki. Pete spytał szybko:

– Czego chcesz?

Jimmy złapał trochę powietrza.

– Mam dla ciebie robotę w Miami.

– Ile?

– Dziesięć tysięcy.

– Biorę – odrzekł Pete.

Zarezerwował sobie nocny lot. Na fałszywe nazwisko, pierwszą klasą w Hughes Aircraft. Wylądował o 8.00.

W Miami narastał upał. Taksówką dotarł do należącej do Teamstersów wypożyczalni aut po nowego caddy eldo. Jimmy już zadziałał – nie musiał zostawiać depozytu ani dokumentów. Pod deską rozdzielczą była notatka: „Jedź na postój taksówek przy Flagler i Czterdziestej Szóstej Północno-Wschodniej. Pogadaj z Fulem Machadem”. I wskazówki, jak dojechać: wiaduktami do dróg zaznaczonych na mapce.

Pete ruszył. Krajobraz szybko znikał. Domy robiły się coraz mniejsze. Białe kwartały przeszły w posiadanie białej nędzy, czarnych i meksyków. Flagler było ulicą tanich domów i marnych wystaw.

Biuro postoju taksówek pokrywała sztukateria w tygrysie pręgi. Taksówki też pomalowano w ten wzór. Kubańcy w tygrysich koszulkach obżerali się pączkami i popijali tanie wino. Szyld głosił: Taxi-Tygrys. Se Habla Espanol.

Pete zaparkował wprost przed wejściem. Faceci w tygrysach podeszli do niego i zatrajkotali. Rozprostował swoje metr dziewięćdziesiąt pięć. Koszula wyszła mu ze spodni. Zobaczyli jego spluwę i odsunęli się.

Wszedł do dyspozytorni. Niezła tapeta: ściana od podłogi do sufitu wyklejona zdjęciami tygrysów. Jak w „National Geographic” – Pete prawie zaryczał.

Dyspozytor pomachał do niego. Jego twarz pokrywały blizny po nożu. Pete przysunął sobie krzesło. Brzydkogęby rzekł:

– Jestem Fulo Machado. Zrobiła mi to tajna policja Batisty, więc napatrz się i zaraz zapomnij, jasne?

– Nieźle mówisz po angielsku.

– Pracowałem w Nacional Hotel w Hawanie. Uczył mnie amerykański krupier. Okazało się, że był maricónem i próbował mnie zdemoralizować.

– Co mu zrobiłeś?

– Ten maricón miał chatę na świńskiej farmie pod Hawaną, sprowadzał tam młodych Kubańczyków, żeby ich demoralizować. Znalazłem go tam z innym maricónem i zaciukałem ich maczetą. Wymiotłem całą paszę z koryt i zostawiłem drzwi otwarte na oścież. To w „National Geographic” pisali, że głodne świnie nie potrafią się oprzeć rozkładającym się zwłokom…

– Fulo, podobasz mi się – przyznał Pete.

– Poczekaj z tą oceną. Jestem impulsywny, kiedy mam do czynienia z wrogami Jezusa Chrystusa i Fidela Castro.

– Czy ktoś od Jimmy’ego zostawił dla mnie kopertę? – spytał Pete.

Fulo podał ją niechętnie. Pete rozdarł ją niecierpliwie. Jasne – krótka notka i zdjęcie. „Anton Gretzler, Hibiscus 114, Lake Weir, Floryda (niedaleko Słonecznej Doliny). OL4-8812”. Na fotce wysoki facet, tak gruby, że właściwie nie powinien żyć.

– Jimmy musi ci ufać – rzekł Pete.

– Owszem. Sponsorował moją zieloną kartę, więc wie, że będę lojalny.

– Co to za miejsce ta Słoneczna Dolina?

– Coś jak ogródki działkowe. Jimmy dużo ich sprzedaje członkom Teamsters.

– A na kim, według ciebie, więcej się dzisiaj wyciągnie: na Jezusie czy Castro? – spytał nagle Pete.

– Powiedziałbym, że fifty-fifty.

Pete zameldował się w Eden Rock i zadzwonił z automatu do Antona Gretzlera. Grubas zgodził się na spotkanie o 15.00 niedaleko Słonecznej Doliny.

Pete zdrzemnął się i wyjechał wcześnie. Słoneczna Dolina była paskudnym miejscem: trzy drogi gruntowe wyżłobione na mokradłach czterdzieści metrów od międzystanowej. I rzeczywiście były to ogródki działkowe – domy wielkości pudełek od zapałek, tanie elewacje. Granicę stanowiły mokradła – Pete widział aligatory wygrzewające się w słońcu. Było gorąco i wilgotno. Wściekły upał wysuszył zieleń.

Pete oparł się o samochód i przeciągnął. Autostradą przejeżdżała ciężarówka, z silnika parowało; facet siedzący obok kierowcy coś krzyczał. Pete odwrócił się, gdy frajerzy go mijali.

Lekki wiatr wzniecał tumany kurzu. Drogi dojazdowej nie było widać. Duży sedan skręcił z międzystanowej i jechał na oślep. Pete czekał. Samochód stanął. Wysiadł gruby Anton Gretzler. Pete podszedł do niego. Gretzler spytał:

– Pan Peterson?

– To ja. Pan Gretzler?

Gruby wyciągnął rękę. Pete go zignorował.

– Coś się stało? Mówił pan, że chce obejrzeć działki.

Pete poprowadził grubasa na polankę na mokradłach. Gretzler szybko załapał: tylko spokojnie. Oczy aligatorów wystawały z wody.

Pete rzekł:

– Zobacz mój wózek. Czy wyglądam jak jakiś związkowy dupek, który chce kupić składany domek?

– No… nie.

– Nie uważasz więc, że robisz Jimmy’ego na szaro, pokazując mi te gówniane działki?

– No…

– Jimmy mówił mi, że ma tu ładne domki, które niedługo będą gotowe. Miałeś zaczekać i je pokazać Teamstersom…

– No tak… Myślałem tylko, że…

– Jimmy mówi, że jesteś narwany i nie powinien z tobą pracować. Mówi, że rozgłaszasz, że pożyczył sobie pieniądze z Funduszu Emerytalnego Teamsters i trochę ich sprzeniewierzył. Mówi, że gadałeś o Funduszu, jakbyś był tu kimś.

Gretzler się wzdrygnął. Pete chwycił go za nadgarstek i ścisnął – kości trzasnęły i wyszły przez skórę. Gretzler próbował krzyknąć, ale się zakrztusił.

– Czy komisja McClellana cię wezwała?

Gretzler, przerażony, przytaknął.

– Rozmawiałeś z Robertem Kennedym albo jego detektywami?

Gretzler pokręcił głową, bliski zrobienia ze strachu w portki.

Pete sprawdził autostradę. Żadnych aut, żadnych świadków.

– PROSZĘ – szepnął Gretzler.

Pete rozwalił mu łeb.

2Kemper Boyd

(Filadelfia, 27 listopada 1958)

Samochód: Jaguar XK-140, model sportowy, zielone skórzane obicia. Garaż: podziemny i cichy jak grobowiec. Robota: ukraść jaguara dla FBI i wrobić głupka, który zapłacił za tę robotę.

Mężczyzna włamał się po stronie kierowcy i włączył zapłon. Obicia pachniały bogactwem: prawdziwa skóra windowała „okazyjną” cenę niebotycznie. Podjechał do ulicy i zaczekał, aż przejadą inne wozy. Przednia szyba zamgliła się od zimnego powietrza.

Jego zleceniodawca stał na rogu. Walter Mitty. Był z tych, co to przy robocie muszą być jak najbliżej. Gdy mężczyzna wyrwał do przodu, samochód policyjny zajechał mu drogę. Mitty zobaczył, co się dzieje, i zwiał.

Gliniarze z bronią w rękach krzyczeli to, co zwykle przy kradzieżach samochodów:

– Wyjdź z wozu z rękami do góry! I na ziemię!

Posłuchał ich. Gliniarze mieli pełen rynsztunek: pałki, kajdanki, blokady.

Zrewidowali go i rzucili na ziemię. Uderzył głową o tylny reflektor policyjnego wozu…

Cela wyglądała znajomo. Zdjął nogi z pryczy i ujawnił swoją tożsamość.

Kemper C. Boyd, agent specjalny FBI infiltrujący gangi kradnące auta. Nie żaden Bob Aiken, złodziej samochodowy działający na własną rękę. Lat czterdzieści dwa. Po Wydziale Prawa Yale. Siedemnasty rok w Biurze, rozwiedziony, córka w college’u. Od lat spec FBI od kradzieży samochodów.

Zlokalizował celę: poziom B w budynku federalnych w Philly.

Waliło mu serce. Bolały kostki i nadgarstki. Spróbował ostatni raz.

Od lat zarabiam na gromadzeniu materiału dowodowego dotyczącego kradzieży samochodów. CZY TO PRZEZ WEWNĘTRZNE ZAMIESZANIE W FBI?

Zobaczył puste cele po obu stronach korytarza. Na umywalce zauważył jakieś papiery: kawałki gazet, z nagłówkami. „Złodziej samochodów miał zawał w areszcie federalnym” i „…dziej samochodów kończy w celi u federalnych”. I tekst poniżej:

Dziś po południu policja filadelfijska przeprowadziła brawurowe aresztowanie w malowniczym Rittenhouse Square.

Korzystając z informacji anonimowego rozmówcy, sierżant Gerald P. Griffen wraz z czterema innymi policjantami ujął Roberta Henry’ego Aikena, lat 42, podczas próby kradzieży sportowego jaguara znacznej wartości. Aiken potulnie pozwolił się zaaresztować i…

Ktoś zakaszlał i odezwał się:

– Proszę pana?

Kemper spojrzał. Jakiś urzędas otworzył celę i przytrzymał drzwi.

– Może pan wyjść od tyłu. Czeka tam na pana samochód.

Kemper strzepnął ubranie i przygładził włosy. Wyszedł wjazdem dla zaopatrzenia i zobaczył rządową limuzynę blokującą alejkę.

Jego limuzynę.

Gdy usiadł z tyłu, J. Edgar Hoover odezwał się:

– Witam, panie Boyd.

– Dobry wieczór, sir.

Zasunęła się przegroda między tylnymi siedzeniami a kabiną kierowcy. Szofer ruszył.

Hoover zakaszlał.

– Pana zadanie infiltracyjne zakończyło się w dość niespodziewany sposób. Policja filadelfijska była cokolwiek ostra, ale są z tego znani, bo gdyby postępowali inaczej, nie byliby wiarygodni.

– Nauczyłem się zachowywać zgodnie z rolą w takich sytuacjach. Jestem pewien, że aresztowanie wyglądało wiarygodnie.

– Czy odgrywając tę rolę, mówił pan z akcentem ze Wschodniego Wybrzeża?

– Nie, raczej przeciągłym ze Środkowego Zachodu. Nauczyłem się go, pracując w biurze w St. Louis; jakoś bardziej pasował do mojego wyglądu.

– No tak, rozumiem. A tak między nami, nie chciałbym znowu odgadywać, w kogo to pan się wciela w podobnych kryminalnych scenkach. Chociażby ta sportowa kurtka, którą ma pan na sobie. Nie podobałaby mi się jako ubiór pracownika Biura, ale dla złodzieja samochodów z Filadelfii jest całkiem odpowiednia.

No, przejdź może do rzeczy, ty mały rządowy…

– Właściwie zawsze wyróżniał się pan ubiorem. Drogim. Szczerze mówiąc, zastanawiam się czasem, jak z pana pensją utrzymuje pan taką garderobę…

– Zapraszam do mojego mieszkania, sir. Zobaczy pan, że mojej szafie niczego nie brakuje.

– Tak myślałem. – Hoover zachichotał. – Chyba naprawdę nie widziałem pana dwa razy w tym samym garniturze. Jestem pewien, że kobiety, za którymi tak pan przepada, doceniają ten powiew elegancji.

– Też mam taką nadzieję, sir.

– Pan znosi moje złośliwości z godną podziwu cierpliwością, Boyd. Większość mężczyzn się buntuje. Z pana emanuje wyjątkowa elegancja, a jednocześnie szacunek dla mnie, co jest budujące. Wie pan, co to oznacza?

– Nie, sir, nie wiem.

– To oznacza, że podoba mi się pan i jestem skłonny wybaczyć panu te niedyskrecje, za które ukrzyżowałbym innych agentów. Jest pan człowiekiem niebezpiecznym i pozbawionym skrupułów, ale ma pan pewien nieodparty urok. Ta harmonia atrybutów przeważa nad pańskimi niemoralnymi skłonnościami i pozwala mi być z pana dumnym.

NIE PYTAJ „JAKIE NIEDYSKRECJE?” – ON CI ODPOWIE I CI DOWALI.

– W pełni doceniam pański szacunek i odwzajemniam go.

– Nie włączył pan do swojej wzajemności „sympatii”, ale nie będę się czepiał. A teraz do rzeczy. Mam dla pana propozycję pracy za dwie regularne wypłaty, które zachwyciłyby pana bezgranicznie…

Hoover odchylił się do tyłu, jakby chciał powiedzieć: „No, poproś mnie o nie”. Kemper spytał:

– Tak?

Limuzyna przyspieszyła. Hoover rozprostował ręce i poprawił krawat.

– Niepokoją mnie ostatnie poczynania braci Kennedych. Bobby wydaje się nadużywać uprawnień Komisji McClellana do walki z przestępczością, żeby odwrócić uwagę Biura i przyspieszyć spełnienie prezydenckich aspiracji swojego brata. To mi się nie podoba. Byłem szefem Biura, jeszcze nim Bobby się urodził. Jack Kennedy to zasuszony liberalny playboy z moralnymi zasadami psa znaczącego teren. Przed Komisją McClellana udaje walczącego z przestępczością, a samo istnienie tej komisji jest jak policzek w twarz Biura. Stary Joe Kennedy chce kupić synowi Biały Dom, a ja chcę posiąść informacje, które powstrzymałyby jeszcze bardziej demokratycznie wypaczone pomysły polityczne jego chłopców.

Kemper zrozumiał, że powinien się odezwać.

– Tak, proszę pana?

– Chcę, żeby infiltrował pan organizację Kennedych. Uprawnienia do walki z przestępczością Komisji McClellana kończą się w przyszłym roku na wiosnę, ale Bobby Kennedy ciągle jeszcze przyjmuje prawników-detektywów. Od tej chwili przechodzi pan na emeryturę. Formalnie będzie pan zatrudniony do lipca 1961, kiedy minie panu dwadzieścia lat służby w Biurze. Proszę przygotować przekonującą historyjkę o przejściu na emeryturę i zapewnić sobie posadę prawnika w Komisji McClellana. Wiem, że zarówno pan, jak i Jack Kennedy mieliście sporo wspólnego z asystentką senacką Sally Lefferts. Panna Lefferts ma długi język, więc młody Jack na pewno o panu słyszał. Jack jest w Komisji McClellana i uwielbia seksualne plotki oraz groźnych przyjaciół. Panie Boyd, mam pewność, że będzie pan pasował do Kennedych. Jestem przekonany, że stanie się to pożytecznym ćwiczeniem przebiegłości, a także okazją, by dać upust bardziej rozwiązłym upodobaniom…

Kemper czuł się jak w stanie nieważkości. Limuzyna toczyła się bezszelestnie.

Hoover dodał:

– Podoba mi się pańska reakcja. Teraz proszę odpocząć. Za godzinę będziemy w Waszyngtonie, podrzucę pana pod dom.

Hoover dostarczył mu stosowne notatki – w skórzanym kołonotatniku ze stemplem POUFNE. Kemper zamieszał w karafce mocno wytrawne martini i przysunąwszy sobie swój ulubiony fotel, zabrał się do czytania.

Zapiski sprowadzały się do jednej kwestii: Bobby Kennedy kontra Jimmy Hoffa.

Senator John McClellan przewodził Komisji Śledczej Senatu Stanów Zjednoczonych do spraw Przestępczości Zorganizowanej, utworzonej w 1957 roku. Członkowie komisji: senatorowie Ives, Kennedy, McNamara, McCarthy, Ervin, Mundt, Goldwater. Ich główny doradca i szef detektywów: Robert F. Kennedy. Obecny personel: trzydziestu pięciu detektywów, czterdziestu pięciu księgowych, dwadzieścia pięć stenografistek i urzędniczek. Obecna siedziba: budynek Biur Senackich, segment 101.

Cele Komisji: ujawnić korupcyjne praktyki na rynku pracy, odsłonić sekretne powiązania związków zawodowych z przestępczością zorganizowaną. Metody Komisji: powoływanie świadków, analiza dokumentów, weryfikacja funduszy związkowych wykorzystywanych w działaniach przestępczych.

Prawdziwy cel Komisji: Międzynarodowe Bractwo Teamsters, najsilniejszy związek zawodowy transportowców na świecie, podejrzewany o największą korupcję związkową. Jego przewodniczący: James Riddle Hoffa, lat 45. Człowiek na usługach mafii. Winny wymuszeń, łapówkarstwa na dużą skalę, pobić, podkładania bomb, robienia pokątnych interesów w zarządzie, defraudowania funduszy związkowych na wielką skalę. Podejrzany o posiadanie niezgodnie z przepisami antymonopolowymi: firm przewozowych, komisów samochodowych, torów psich wyścigów, sieci wypożyczalni aut, postoju taksówek w Miami obsadzonego imigrantami z Kuby z bogatą przeszłością kryminalną.

Bliscy przyjaciele Hoffy: Sam Giancana, szef chicagowskiej mafii; Santo Trafficante jr, szef mafii w Tampie na Florydzie; Carlos Marcello, szef mafii nowoorleańskiej.

Jimmy Hoffa.

Który pożycza miliony dolarów „przyjaciołom”, nielegalnie.

Który zarabia na procencie z kasyn prowadzonych przez gangi w Hawanie na Kubie.

Który nielegalnie przemyca gotówkę kubańskiemu bojownikowi Fulgenciowi Batiście i równocześnie podburzającemu lud rebeliantowi Fidelowi Castro.

Który dobiera się do podlegającego Teamsters Funduszu Emerytalnego Stanów Środkowych, obfitego źródła gotówki, podobno zarządzanego przez Sama Giancanę z mafii w Chicago – gangsterzy i nieuczciwi przedsiębiorcy pożyczają duże sumy na niemożliwie wysoki procent, a niewypłacalność grozi torturami i śmiercią.

Kemper załapał, o co chodzi: Hoovera zżera zazdrość. Zawsze twierdził, że mafia nie istnieje – bo nie był w stanie jej oskarżyć. A teraz Bobby Kennedy ma czelność mieć odmienne zdanie…

Po kolei.

Początek 1957: Komisja bierze na cel przewodniczącego Teamsters, Dave’a Becka. Ten po serii przesłuchań łamie się przed niewzruszonym Bobbym Kennedym. Sąd Najwyższy w Seattle skazuje go za przywłaszczanie mienia i uchylanie się od płacenia podatków.

Wiosna 1957: Jimmy Hoffa przejmuje całkowitą kontrolę nad Teamsters.

Sierpień 1957: Hoffa ogłasza, że związek pozbył się powiązań z gangsterami – wierutne kłamstwo.

Wrzesień 1957: Hoffa na procesie w Detroit. Oskarżenie: zakładanie podsłuchów telefonicznych członkom Teamsters. Głosy sędziów rozkładają się po równo – Hoffa unika wyroku.

Październik 1957: Hoffa zostaje wybrany przewodniczącym Teamsters. Plotka głosi, że 70% delegatów wyłoniono nielegalnie.

Lipiec 1958: Komisja zaczyna szukać bezpośrednich związków między Teamsters a zorganizowaną przestępczością. Dokładne zbadanie sprawy „Konklawe w Apalachin” z listopada poprzedniego roku. Pięćdziesięciu dziewięciu wysoko postawionych gangsterów spotkało się wtedy w północnej części stanu Nowy Jork w domu ich „cywilnego” przyjaciela. Stanowy policjant Edgar Croswell sprawdza rejestracje samochodów. Od tego nalotu zwyczajowe powiedzonko pana Hoovera „mafii nie ma” przestaje mieć rację bytu.

Lipiec 1958: Bobby Kennedy dowodzi, że Hoffa rozwiązał problem strajków przez przekupienie zarządu – praktyka stosowana od 1949.

Sierpień 1958: Hoffa staje przed Komisją. Bobby Kennedy przesłuchuje go – i łapie na niezliczonej ilości kłamstw.

Podsumowanie notatek.

Obecnie Komisja zajmuje się ośrodkiem wypoczynkowym Słoneczna Dolina nad jeziorem Weir na Florydzie, należącym do Jimmy’ego Hoffy. Bobby Kennedy przejrzał księgi finansowe Funduszu Emerytalnego Stanów Środkowych i odkrył, że na tę inwestycję poszły trzy miliony dolarów – dużo więcej niż zwykle na koszty takiej budowy. Teoria Kennedy’ego: Hoffa zgarnął przynajmniej milion dla siebie i sprzedawał swoim związkowym braciom tandetne domki z prefabrykatów i moczary z aligatorami.

Ergo: nieuczciwa sprzedaż ziemi.

I na koniec:

„Hoffa ma w Słonecznej Dolinie przedstawiciela: Antona Williama Gretzlera, lat 46, mieszkańca Florydy z trzema wyrokami za oszustwa. Gretzler dostał wezwanie do sądu na 29 października 1958, ale tajemniczo zaginął”.

Kemper sprawdził listę „współpracowników Hoffy”. Jedno nazwisko zabrzmiało znajomo:

Pete Bondurant, 195 cm wzrostu, 104 kg wagi, ur. 16.07.1920, Montreal, Kanada. Niekarany. Licencjonowany prywatny detektyw i były zastępca szeryfa hrabstwa Los Angeles.

Wielki Pete: szantażysta oraz zaufany zbir Howarda Hughesa. Kiedyś razem z Wardem Littellem przymknęli go – zakatował na śmierć aresztowanego. Komentarz Littella: „To chyba najbardziej przerażający i najbardziej kompetentny gliniarz naszej ery”.

Kemper nalał sobie świeżego drinka i pozwolił myślom dryfować. Nasuwały się podobieństwa: heroiczni arystokraci, których coś jednak łączy.

On sam lubił kobiety i oszukiwał żonę przez cały czas trwania ich związku. Jack Kennedy też lubił kobiety – a przysięgę małżeńską traktował w specyficzny i wygodny dla siebie sposób. Bobby lubił żonę i dbał o to, by ciągle zachodziła w ciążę – plotki głosiły, że jej nie zdradza.

Kemper skończył Yale, bracia Kennedy Harvard. Niemoralnie bogaci irlandzcy katolicy, niemoralnie bogaci anglikanie z Tennessee, później zubożali. Oni mieli duże i fotogeniczne rodziny, jego rodzina była rozbita, krewni pomarli. Pewnego dnia być może opowie Jackowi i Bobby’emu o tym, jak jego ojciec strzelił do siebie i umierał cały miesiąc.

Południowcy i Irlandczycy z Bostonu – jedni i drudzy mieli niepasujący do tego miejsca akcent. Będzie musiał mówić z naleciałością, której tak długo nie potrafił się pozbyć.

Zajrzał do garderoby. Zaczął zastanawiać się nad szczegółami.

Czarna wełna na rozmowę wstępną. Trzydziestka ósemka w kaburze, żeby zaimponować twardzielowi Bobby’emu. I żadnych spinek do mankietów z Yale – Bobby mógł nabyć proletariackich nawyków.

Garderoba była przepastna. Na tylnej ścianie wisiały fotografie w ramkach.

Katherine, jego była żona, była najpiękniejszą kobietą, jaka kiedykolwiek żyła. Pokazali się światu razem na balu kotylionowym w Nashville – towarzystwo nazwało ich „uosobieniem południowego wdzięku”. On ożenił się z nią dla seksu i pieniędzy jej ojca. Ona rozwiodła się z nim, kiedy fortuna Boydów przepadła, a Hoover przyjrzał się jego rocznikowi ze szkoły prawniczej i osobiście zaproponował pracę w FBI.

Katherine w listopadzie 1940: „Lepiej uważaj na tego upierdliwego perfekcjonistę, Kemper. Myślę, że on ma na ciebie ochotę…”.

Nie wiedziała, że Hoovera podniecała tylko władza.

W ramce obok: jego córka Claire z Susan Littell i Helen Agee – trzy córki FBI, zawzięte jak diabli, żeby zrobić karierę prawniczą. Były najlepszymi przyjaciółkami rozdzielonymi przez studia w Tulane i Notre Dame. Helen była oszpecona – trzymał jej zdjęcia w garderobie, żeby zapobiec współczującym uwagom.

Tom Agee siedział w swoim wozie przed burdelem w czasie rutynowej obławy na rabusiów bankowych. Właśnie opuściła go żona i nie mógł znaleźć opiekunki dla dziewięcioletniej Helen. Spała na tylnym siedzeniu, kiedy bandyci zaczęli strzelać. Zabili Toma. Twarz Helen została poparzona ogniem wydobywającym się z luf. Bandyci zostawili ją, żeby umarła. Pomoc nadeszła sześć godzin później. Blizny na policzkach zostały jej na całe życie.

Kemper odłożył wyjściowe ubranie. Wymyślił parę kłamstw i wykręcił numer Sally Lefferts. Telefon został odebrany po dwóch sygnałach.

– Halo? – odezwał się jej synek.

– Poproś mamę. Powiedz, że dzwoni przyjaciel z biura.

– Dobrze… pszepana.

Sally wzięła słuchawkę.

– Który to z senatorów niepokoi biedną, przepracowaną asystentkę?

– To ja. Kemper.

– Kemper, co ty wyprawiasz! Dzwonisz do mnie, gdy mąż jest w ogrodzie!

– Szsz. Dzwonię po referencje.

– Co ty pleciesz? Czyżby pan Hoover wreszcie dowiedział się, jak postępujesz z kobietami, i pokazał ci drzwi?

– Przeszedłem na emeryturę, Sally. Wykorzystałem swój limit wychodzenia cało z różnych opresji i trzy lata wcześniej przeszedłem na emeryturę.

– O Boże, Kemper Pryk Boyd!

– Wciąż widujesz się z Jackiem Kennedym, Sally?

– Od czasu do czasu, serce moje, odkąd ty pokazałeś mi drzwi. Czyżbyś chciał mu coś sprzedać, a może…?

– Zastanawiam się nad złożeniem podania o pracę w Komisji McClellana.

Sally aż pisnęła:

– Cóż, myślę, że powinieneś! I myślę, że to ja powinnam położyć na biurku Roberta Kennedy’ego rekomendację i czekać na tuzin diabelnie długich róż „Południowa piękność” od ciebie. Za starania!

– Ty sama jesteś południową pięknością, Sally.

– Za bardzo byłam kobieca jak na De Ridder w Luizjanie, to fakt!

Kemper przesłał jej całusy i odłożył słuchawkę. Sally zacznie teraz rozpowiadać, że były złodziej samochodowy FBI szuka pracy. Opowie Bobby’emu, jak unieszkodliwił alarm korwety. Nie wspomni o tych wozach, które rozwalił w drzazgi.

Zaczął działać nazajutrz. Poszedł prosto do budynku Biur Senackich i segmentu 101. Recepcjonistka wysłuchała go i wcisnęła interkom:

– Panie Kennedy, jest tu mężczyzna, który chce się ubiegać o posadę detektywa. Ma zaświadczenie o przejściu na emeryturę z FBI…

Za nią rozciągało się biuro – gabinety, sale konferencyjne i urzędnicze boksy. Pracownicy prawie stykali się łokciami – brzęczało tu jak w ulu.

Uśmiechnęła się.

– Pan Kennedy przyjmie pana. Proszę skręcić w pierwszy korytarz za panem.

Kemper wkroczył do ula. Biuro wyglądało nieciekawie: byle jak ustawione biurka, kosze na śmieci na widoku i blaty pełne papierów.

– Pan Boyd?

Robert Kennedy wyszedł ze swojej przegrody. Miała standardowe wymiary, standardowe biurko i dwa krzesła. Standardowy uścisk dłoni – zbyt mocny, można się było tego spodziewać.

Kemper usiadł. Kennedy wskazał na wybrzuszenie kabury.

– Nie wiedziałem, że emerytowanym pracownikom FBI wolno nosić broń.

– Przez lata przybyło mi wrogów. Emerytura nie sprawi, że przestaną mnie nienawidzić.

– Senaccy detektywi nie noszą przy sobie broni.

– Jeśli pan mnie zatrudni, schowam ją do szuflady.

Kennedy uśmiechnął się i pochylił nad biurkiem.

– Jest pan z Południa?

– Z Nashville w Tennessee.

– Sally Lefferts mówiła, że pracował pan w FBI przez piętnaście lat, czy tak?

– Siedemnaście.

– I dlaczego przeszedł pan na wcześniejszą emeryturę?

– Przez ostatnie dziewięć lat infiltrowałem środowisko złodziei samochodowych i byłem w nim już za bardzo znany. Przepisy Biura zawierają klauzulę o wcześniejszej emeryturze dla agentów, którzy przez dłuższy czas pracowali w niebezpiecznych warunkach. Wykorzystałem to.

– „Wykorzystałem”? Czy to te zadania, o których pan wspominał, aż tak pana wykończyły?

– Wcześniej zgłosiłem się do programu PRZESTĘPCZOŚCI STOP. Pan Hoover odrzucił mnie, mimo że dobrze wiedział, iż chciałem zwalczać przestępczość zorganizowaną. Ale nie czułem się wykończony. Raczej sfrustrowany.

Kennedy odgarnął włosy z czoła.

– I zrezygnował pan.

– Czy to zarzut?

– Nie, konstatacja. Prawdę mówiąc, jestem zdziwiony. FBI to organizacja ludzi ściśle ze sobą powiązanych, lojalnych. Agenci nie przechodzą na emeryturę z powodu urażonej dumy.

Kemper tylko trochę podniósł głos.

– Wielu agentów zdaje sobie sprawę, że to zorganizowana przestępczość, a nie miejscowy komunizm, stanowi największe zagrożenie dla Ameryki. To, co odkryto w Apalachin, zmusiło pana Hoovera do stworzenia programu PRZESTĘPCZOŚCI STOP, choć z pewnym oporem. Ten program tylko gromadzi informacje o mafii, nie szuka niezbitych dowodów dla prokuratury federalnej, ale dobre i to. Chciałem być częścią tego właśnie…

Kennedy się uśmiechnął.

– Rozumiem pańską frustrację i zgadzam się z tą krytyką priorytetów pana Hoovera. Jednak wciąż dziwi mnie, że pan odszedł.

Kemper również posłał mu uśmiech.

– Zanim „odszedłem”, miałem wgląd w poufne dokumenty pana Hoovera dotyczące Komisji McClellana. Jestem na bieżąco z jej pracą aż do sprawy Słonecznej Doliny i pańskiego zaginionego świadka Antona Gretzlera. „Odszedłem”, bo pan Hoover z uporem maniaka koncentruje pracę Biura na nieszkodliwych lewicowcach, podczas gdy Komisja McClellana ściga prawdziwych przestępców. „Odszedłem”, bo jeśli mam wybierać między maniakami, wolałbym pracować dla pana.

Kennedy wyszczerzył zęby.

– Nasz mandat kończy się za pięć miesięcy. Będzie pan bez pracy.

– Mam emeryturę FBI, a pan przesłał tyle dowodów wielkim ławom przysięgłych, że sądy będą błagać pańskich detektywów, by dalej dla nich pracowali.

Kennedy pacnął w stertę papierów.

– Ciężko tu pracujemy. Sprawy się zwykle wloką. Wysyłamy pozwy, szukamy pieniędzy i procesujemy się. Nie ryzykujemy życia, kradnąc sportowe samochody, nie marnujemy czasu na lunche czy szybkie numerki w hotelu Willard. Rozrywka dla nas to opowieści o tym, jak bardzo nienawidzimy Jimmy’ego Hoffy i mafii.

Kemper wstał.

– Nienawidzę Hoffy i mafii tak, jak pan Hoover nienawidzi pana i pańskiego brata.

Bobby się zaśmiał.

– Za kilka dni dam panu znać.

Kemper poszedł do gabinetu Sally Lefferts. Była 14:30 – Sally nie wyskoczyła chyba do Willarda. Jej drzwi były otwarte. Sally, skulona przy biurku, gniotła chusteczkę – blisko niej siedział okrakiem na krześle jakiś mężczyzna.

– O, to ty, Kemper – zawołała.

Była zarumieniona. Na twarzy miała wypisane „Znowu mi się nie udało”.

– Jesteś zajęta? Mogę przyjść później.

Tamten odwrócił się razem z krzesłem. Kemper rzucił:

– Dzień dobry, senatorze.

John Kennedy się uśmiechnął. Sally potarła oczy.

– Jack, to mój przyjaciel Kemper Boyd.

Uścisnęli sobie ręce.

Kennedy lekko się skłonił.

– Miło mi, panie Boyd.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Sally zmusiła się do uśmiechu. Miała rozmazany makijaż – płakała.

– I jak poszła ci rozmowa, Kemper?

– Chyba nieźle. Sally, muszę iść. Chciałem ci tylko podziękować za referencje.

Wymienili lekkie ukłony. Nikt nie patrzył nikomu w oczy. Kennedy podał Sally świeżą chusteczkę.

Kemper zszedł na dół i wyszedł z budynku. Rozpętała się burza – schował się pod pomnikiem, ale i tak trochę zmókł. Ten zbieg okoliczności z Kennedymi wyglądał dziwnie. Ledwie zostawił Bobby’ego, a już spotkał Jacka. Tak jakby coś popchnęło go w tym kierunku. Ciekawe…

Pan Hoover wspomniał o Sally – jakby to ona najbardziej łączyła go z Jackiem Kennedym. Wiedział, że on i Jack tak samo lubili kobiety. Przeczuwał, że odwiedzi Sally po rozmowie z Bobbym.

Pan Hoover przeczuwał, że bez zwłoki poprosi Sally o referencje. Wiedział, że Bobby potrzebuje detektywów i będzie chciał wykorzystać pierwszą okazję, jaka się trafi.

Pomyśl logicznie, Kemper…

Pan Hoover ma na podsłuchu Wzgórze Kapitolu. Wie, że zerwałeś z Sally w jej gabinecie – żeby uniknąć publicznych scen. Uznał, że Jack Kennedy planuje zrobić to samo – i spróbował wmanewrować cię tak, żebyś był tego świadkiem. To wyglądało całkiem logicznie. Cały Hoover. Nie jest tak do końca przekonany, że uda ci się zawrzeć układ z Bobbym. Próbuje więc umieścić cię w symbiozie z Jackiem.

Deszcz dobrze na niego działał. Błyskawica oświetliła kopułę Kapitolu. Czuł się tak, jakby cały świat miał sam do niego przyjść.

Usłyszał za sobą skrzypienie butów. Od razu wiedział, kto to.

– Pan Boyd?

Odwrócił się. John Kennedy zapinał płaszcz przeciwdeszczowy.

– Senatorze.

– Mów mi Jack.

– Dobrze, Jack.

Kennedy zadygotał.

– Do diabła, czemu tu stoimy?

– Możemy pobiec do baru Mayflower i przeczekać deszcz.

– Możemy. Myślę, że nawet powinniśmy. Wiesz, Sally mówiła mi o tobie. Powiedziała, że powinienem popracować nad moim akcentem, żeby go stracić, tak jak ty. Zdziwiłem się, kiedy cię usłyszałem.

Kemper zaczął mówić bez charakterystycznego przeciągania.

– Południowcy to najlepsze gliny. Niby pytasz o duperele, ludzie cię nie doceniają i zdradzają swoje sekrety. Sądziłem, że twój brat o tym nie wie, dlatego się nie zdradzałem. Ty jesteś w Komisji McClellana, więc myślałem, że powinienem się upodobnić.

Kennedy wybuchnął śmiechem.

– Nie wydam twojego sekretu.

– Dzięki. I nie martw się o Sally. Lubi mężczyzn tak, jak my lubimy kobiety, i szybko poradzi sobie ze złamanym sercem.

– Wiedziałem, że się domyślisz. Sally wyznała mi, że porzuciłeś ją w podobny sposób.

Kemper się uśmiechnął.

– Zawsze można na chwilę wrócić. Sally lubi czasem spędzić popołudnie w dobrym hotelu.

– Będę o tym pamiętał. Człowiek z moimi aspiracjami musi być świadomy swoich zależności.

Kemper przysunął się do „Jacka”. Prawie widział, jak pan Hoover szczerzy w uśmiechu zęby.

– Znam wiele kobiet, które wiedzą, jak zbyt mocno się nie wiązać.

Kennedy się uśmiechnął i wyszli na deszcz.

– Chodźmy więc na drinka i pogadajmy o tym. Mam wolną godzinę przed spotkaniem z żoną.

3Ward J. Littell

(Chicago, 30 listopada 1958)

Robota na czarno – klasyczna dla FBI metoda ścigania komuchów. Littell otworzył zamek linijką. Ręce mu się pociły – włamania do mieszkań i domów zawsze są ryzykowne. Sąsiedzi mogą usłyszeć. Hałas na korytarzu zagłuszał kroki każdego nadchodzącego.

Zamknął za sobą drzwi. Zobaczył salon: liche meble, regały na książki, plakaty związków zawodowych. Typowe mieszkanie członka Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych – dokumenty są pewnie w kredensie. I były. Tak jak standardowe fotki na ścianach: posępne stare ujęcia „Uwolnić Rosenbergów”.

Żałosne.

Przez miesiące inwigilował Mortona Katzenbacha. Słyszał mnóstwo lewicowych wyzwisk. I wiedział jedno: Morty nie stanowił żadnego zagrożenia dla Ameryki. Komuchy spotykały się przy straganie z pączkami Morty’ego. Ich „zdrada” polegała na karmieniu strajkujących robotników fabryki samochodów.

Littell wyjął swojego minoxa i pstrykał „dokumentację”. Zużył trzy rolki filmu na listy składek – na wszystkich widniało 50 dolców miesięcznie. To była męcząca, gówniana robota. Automatycznie przypomniała mu się stara śpiewka. Masz czterdzieści pięć lat. Jesteś ekspertem od podsłuchów. Byłeś w jezuickim seminarium, masz dyplom ukończenia prawa, brakuje ci dwóch lat i dwóch miesięcy do emerytury. Masz grubą eks żonę, której płacisz alimenty, i córkę w Notre Dame. Jeśli zdasz egzamin przed Illinois Bar i opuścisz FBI, twoje zarobki brutto przez parę lat spokojnie zrekompensują utraconą pensję.

Przejrzał dwie listy „wydatków politycznych”. Morty notował swoim okrągłym pismem: Zwykłe, Czekoladowe, Z lukrem.

Usłyszał zgrzyt klucza w zamku. Drzwi otworzyły się trzy metry od niego.

Faye Katzenbach wtargała zakupy. Spostrzegła go i pokręciła głową, jakby zobaczyła najsmutniejszą rzecz pod słońcem.

– Więc teraz jesteście zwykłymi złodziejaszkami?

Littell, wybiegając, potrącił lampę.

W biurze panował nocny spokój – zaledwie paru agentów przeglądało doniesienia. Littell znalazł na swoim biurku notatkę.

Dzwonił K. Boyd. Będzie w mieście w drodze na Florydę. Pump Room o 19:00?

Kemper… no jasne!

Chick Leahy podszedł, machając płachtami papieru.

– Potrzebuję kompletnej teczki Katzenbacha ze zdjęciami – do jedenastego grudnia. Pan Tolson przyjeżdża na inspekcję i chce przyjrzeć się KPSZ.

– Załatwione.

– Świetnie. Z pełną dokumentacją?

– Z częściową. Pani Katzenbach złapała mnie, nim skończyłem.

– O Boże. Czy…?

– Nie, nie zadzwoniła do Wydziału Policji w Chicago, bo wiedziała, kim jestem i co robiłem. Panie Leahy, połowa komuchów na świecie zna termin „robota na czarno”…

Leahy westchnął.

– Wyrzuć to z siebie, Ward. Mam zamiar ci odmówić, ale lepiej się poczujesz, jeśli to powiesz.

– No dobrze. Wolę zadania dotyczące mafii. Chciałbym dołączyć do programu PRZESTĘPCZOŚCI STOP.

– Niestety – odrzekł Leahy. – Nasza lista PS jest pełna. Oceniam, że jako agent specjalny najlepiej nadajesz się do indoktrynacji politycznej, a to też ważne zadania. Pan Hoover uważa, że komuniści są bardziej niebezpieczni niż mafia, i muszę przyznać, że się z nim zgadzam.

Patrzyli na siebie. Littell spasował – Leahy mógłby tak stać cały dzień.

Leahy wrócił do swojego biura. Littell zatrzasnął drzwi swojego i zabrał się za robotę. Kodeks cywilny musiał jednak poczekać – myśli powędrowały w stronę Kempera Boyda.

Koniec 1953: robią obławę na porywacza w LA. Tamten wyjmuje broń; on trzęsie się tak, że upuszcza swoją. Ci z Wydziału Policji Los Angeles śmieją się z niego. Kemper tak pisze raport, żeby on okazał się bohaterem.

Protestują przeciwko przyznaniu renty po Tomie Agee – pan Hoover chce ją dać puszczalskiej żonie Toma. Kemper przekonuje go, by pieniądze przekazać jego cudem uratowanej córce; Helen ma teraz przyzwoite zabezpieczenie.

Aresztują Wielkiego Pete’a Bonduranta. On popełnia gafę: podśmiewa się z Pete’a po francusku. Bondurant zrywa kajdanki i rzuca mu się do gardła. On ucieka. Wielki Pete wybucha śmiechem. Kemper przekupuje Bonduranta, żeby milczał – za dodatkową porcję jedzenia w celi.

Kemper nigdy nie osądzał jego tchórzostwa. Mówił: „Obaj wstąpiliśmy do Biura, by uniknąć udziału w wojnie, więc kto kogo ma osądzać?”. I Kemper nauczył go, jak się włamywać – niezłe antidotum na strach. Mówił: „Jesteś moim gliniarskim spowiednikiem. Odwzajemnię ci się i będę słuchał twojej spowiedzi, ale ponieważ moje tajemnice są gorsze niż twoje, zawsze ja na tym lepiej wyjdę…”.

Littell zamknął książkę. Kodeks cywilny był śmiertelnie nudny.

Pump Room był zatłoczony. Od jeziora wiał wiatr – ludzie się chowali. Littell zarezerwował stolik z tyłu. Maître d’ przyjął zamówienie na drinki: dwa martini, bez dodatków. Restauracja była czarowna: tętniła kolorowymi kelnerami i barwnym tłumem.

Dotarły drinki. Littell zamówił je, żeby wznieść szybki toast. Boyd wkroczył przez hotelowe drzwi.

Littell się zaśmiał.

– Nie mów, że tu mieszkasz.

– Mój samolot odlatuje przed drugą w nocy, potrzebuję kawałka miejsca, żeby rozprostować nogi. Witaj, Ward.

– Cześć, Kemper. To jakieś pożegnanie?

Boyd podniósł szklaneczkę.

– Za moją córkę Claire, twoją córkę Susan i Helen Agee. Niech im się wiedzie na studiach i niech będą lepszymi prawnikami niż ich ojcowie.

Zadźwięczało szkło.

– Z których żaden nie praktykował prawa!

– Ty byłeś przecież urzędnikiem. I słyszałem, że pisałeś nakazy deportacji, które były rozpatrywane.

– Nie jesteśmy więc tacy ostatni. Szczególnie ty. Jak tu trafiłeś?

– Mój nowy pracodawca zarezerwował mi pokój w Midway, ale postanowiłem zaszaleć i pokryć różnicę z własnej kieszeni. A różnica między Skyliner Motel a Ambassador-East jest znacząca.

Littell się uśmiechnął.

– Cóż to za nowy pracodawca? Pracujesz w jakimś biznesie?

– Nie, to coś lepszego. Powiem ci po paru drinkach, gdy już będziesz skłonny do bluźnierstw i rzucisz „kurwa, Jezu Chryste”.

– To rzucę od razu. Dajmy sobie spokój z towarzyskimi pogawędkami, więc powiem to „kurwa” teraz.

Boyd sączył martini.

– Za szybko. Ale mam nowiny z frontu krnąbrnych córek. To powinno cię pocieszyć.

– Niech zgadnę. Claire przenosi się z Tulane do Notre Dame.

– Nie. Helen kończy Tulane semestr wcześniej. Przyjęli ją na Wydział Prawa w Chicago i przeprowadza się tu w przyszłym miesiącu.

– Jezu Chryste!

– Wiedziałem, że się ucieszysz.

– Helen to odważna dziewczyna. Będzie cholernie dobrym prawnikiem.

– Zgadza się. I będzie cholernie dobrą żoną pod warunkiem, że nie damy nią pomiatać jakiemuś dupkowi w jej wieku.

– To musi być taki, co…

– Zaakceptuje jej blizny?

– Tak.

Boyd mrugnął.

– Uważaj, ona ma dwadzieścia jeden lat. Wiesz, jak byście we dwójkę rozzłościli Margaret…

Littell dopił drinka.

– I moją córkę także. À propos, Susan mówi, że Margaret spędza weekendy z jakimś facetem w Charlevoix. Ale nie poślubi go, dopóki ma moją książeczkę czekową.

– Jesteś jej szatanem. Grzechem młodości, przez który zaszła w ciążę. A w kontekście religijnych pojęć, które tak lubisz, wasze małżeństwo było czyśćcem.

– Nie, to moja praca jest czyśćcem. Dzisiaj robiłem rewizję mieszkania komucha i sfotografowałem całą stronę książki rachunkowej poświęconej pączkom. Naprawdę nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam…

Dotarły świeże drinki. Kelner się ukłonił – Kemper jakoś zawsze potrafił wzbudzić szacunek.

Littell dokończył:

– Ale coś tam zobaczyłem między czekoladowymi i z polewą…

– Co?

– Ten Hoover nienawidzi lewicowców, bo ich filozofia opiera się na ludzkiej słabości, podczas gdy jego własna oparta jest na upierdliwej moralności, która nie uznaje takich rzeczy.

Boyd podniósł swoją szklaneczkę.

– Nigdy mnie nie zawodzisz.

– Kemper…

Wokół przemykali kelnerzy. Świece rzucały złoty blask. Wniesiono płonące lody – starsza kobieta aż zapiszczała.

– Kemper…

– Hoover chce, bym infiltrował Komisję McClellana. Nienawidzi Bobby’ego i Jacka Kennedych i boi się, że ich tatuś kupi niedługo Jackowi Biały Dom na parę lat. Teraz, żeby oswoić obu braci, udaję emeryta FBI, który ma wykonać jakieś bliżej nieokreślone zadanie. Pochodziłem wokół pracy detektywa dla Komisji i dziś usłyszałem, że Bobby mnie zatrudni. Za parę godzin lecę do Miami, żeby odszukać zaginionego świadka.

Littell wyjąkał:

– Kurwa, Jezu Chryste.

Na co Boyd:

– Nigdy mnie nie zawodzisz.

– Jak rozumiem, bierzesz dwie pensje?

– Wiesz, że kocham pieniądze.

– Wiem, a braci lubisz?

– Lubię. Bobby to mały mściwy buldog, a Jack jest czarujący i nie tak mądry, jak mu się wydaje. Bobby jest silniejszy i tak jak ty nienawidzi zorganizowanej przestępczości.

Littell pokręcił głową.

– Nie ma czegoś takiego, czego ty byś nienawidził.

– Nie mogę sobie na to pozwolić.

– Nigdy nie rozumiałem twojej lojalności.

– Powiedzmy, że nie da się jej zrozumieć.

ZAŁĄCZNIK DO AKT: 2.12.1958. Oficjalny stenogram FBI rozmowy telefonicznej: „Nagrane na polecenie dyrektora/Zaklasyfikowane jako tajne 1-A: tylko do wiadomości dyrektora”. Rozmawiają: dyrektor Hoover, agent specjalny Kemper Boyd.

JEH: Pan Boyd?

KB: Dzień dobry, sir.

JEH: Tak, to dobry dzień. Czy dzwoni pan z bezpiecznego aparatu?

KB: Tak, z automatu. Połączenie może być kiepskie, bo dzwonię z Miami.

JEH: Młodszy Brat dał już panu pracę?

KB: Młodszy Brat nie traci czasu.

JEH: Proszę zinterpretować fakt, że tak szybko pana zatrudnił. Jeśli to konieczne, z nazwiskami.

KB: Młodszy Brat na początku był podejrzliwy, ale myślę, że z czasem to się zmieni. Wpadłem na Starszego Brata w gabinecie Sally Lefferts i okoliczności zmusiły nas do prywatnej rozmowy. Poszliśmy na drinka i zaprzyjaźniliśmy się. Starszego Brata, jak wielu czarujących mężczyzn, łatwo oczarować. Dobrze nam poszło i jestem pewien, że szepnął słówko Młodszemu.

JEH: Proszę opisać te „okoliczności”, o których pan wspomniał.

KB: Odkryliśmy, że obaj interesujemy się skomplikowanymi i prowokującymi kobietami, i poszliśmy podyskutować o tym do baru Mayflower. Starszy Brat potwierdził, że zamierza startować w 1960, a Młodszy Brat zacznie przygotowywać kampanię, kiedy w kwietniu zakończy się mandat Komisji McClellana…

JEH: Proszę kontynuować.

KB: Rozmawialiśmy ze Starszym Bratem o polityce. Opisałem siebie jako dziwacznego liberała według standardów Biura, które Starszy Brat…

JEH: Nie ma pan politycznych przekonań, które wpływałyby na efektywność działania w takich sytuacjach jak ta. Proszę kontynuować.

KB: Starszy Brat uznał moje rzekome przekonania polityczne za interesujące i jakby się otworzył. Powiedział, że uważa nienawiść Młodszego Brata do pana H. za cokolwiek niestosowną, choć usprawiedliwioną. Starszy Brat z ojcem nalegali, żeby Młodszy Brat ustąpił i zaproponował panu H. jakiś układ w zamian za wyczyszczenie jego organizacji, ale Młodszy Brat odmówił. Według mnie to pan H. legalnie nic nie może zrobić. Starszy Brat zgadza się z tym, tak jak wielu detektywów Komisji. Myślę, że Młodszy Brat jest niesłychanie zaangażowany i kompetentny. Czuję, że może pokonać pana H., ale nie w najbliższej przyszłości. Uważam, że potrzeba na to wielu lat i najprawdopodobniej wielu oskarżeń. To na pewno nie stanie się podczas trwania mandatu Komisji.

JEH: Sądzi pan, że Komisja przekaże piłeczkę wielkim ławom przysięgłych w chwili wygaśnięcia jej mandatu?

KB: Tak. Myślę, że bracia potrzebują lat, by czerpać jakieś polityczne zyski z pana H. Sądzę też, że gwałtowna reakcja mogłaby zablokować i ugodzić Starszego Brata. Kandydaci demokratów nie mogą sobie pozwolić na antyzwiązkowy wizerunek.

JEH: Pańskie wnioski brzmią zupełnie sensownie.

KB: Dziękuję, sir.

JEH: Czy Starszy Brat wymieniał moje nazwisko?

KB: Tak. Wie o pańskiej bogatej dokumentacji dotyczącej polityków i gwiazd filmowych, które uważa pan za wywrotowe, i obawia się, że ma pan akta także na jego temat. Powidziałem mu, że pańskie akta dotyczące jego rodziny liczą prawie tysiąc stron.

JEH: Dobrze. Straciłby pan wiarygodność, gdyby nie był pan tak szczery. O czym jeszcze dyskutowaliście ze Starszym Bratem?

KB: Głównie o kobietach. Starszy Brat wspomniał, że wybiera się do Los Angeles 9 grudnia. Dałem mu numer telefonu pewnej rozwiązłej kobiety o nazwisku Darleen Shoftel i nalegałem, by do niej zadzwonił.

JEH: Myśli pan, że to zrobił?

KB: Nie, sir. Ale myślę, że to zrobi.

JEH: Proszę opisać swoje dotychczasowe obowiązki w pracy dla Komisji.

KB: Poszukiwałem wezwanego świadka o nazwisku Anton Gretzler tu, na Florydzie. Młodszy Brat chciał, bym wręczył mu ponowne wezwanie. Jest pewien aspekt, o którym powinniśmy porozmawiać, bo to zniknięcie Gretzlera może wiązać się z pańskim przyjacielem.

JEH: Proszę kontynuować.

KB: Gretzler był partnerem pana H. w domniemanym oszustwie w Słonecznej Dolinie. On…

JEH: Powiedział pan „był”. Przypuszcza pan, że nie żyje?

KB: Jestem tego pewien.

JEH: Proszę kontynuować.

KB: Zniknął po południu 26 listopada. Powiedział sekretarce, że idzie na spotkanie z „potencjalnym kupcem” w Słonecznej Dolinie, i już nie wrócił. Policjanci z Lake Weir odkryli jego wóz na pobliskich mokradłach, ale nie znaleźli ciała. Poszukali świadków i natrafili na faceta, który przejeżdżał drogą międzystanową obok Doliny w tym samym czasie, kiedy „potencjalny kupiec” miał się spotkać z Gretzlerem. Powiedział, że widział mężczyznę parkującego na drodze dojazdowej. Że ten mężczyzna odwrócił twarz, kiedy go mijał, więc raczej go nie rozpozna. Ale go opisał. 190 albo 195 centymetrów wzrostu, „duży”, 110 kilo wagi. Ciemne włosy, 35–40 lat. Myślę, że to…

JEH: Pański stary kumpel Peter Bondurant. On jest wyjątkowo postawny i figuruje na liście znanych współpracowników pana H., którą panu dałem.

KB: Właśnie, sir. Sprawdziłem na lotnisku i w wypożyczalni aut w Los Angeles i Miami. Okazało się, że są rachunki na Hughes Aircraft – jestem pewien, że to Bondurant. Wiem, że 26 listopada był na Florydzie, i raczej jestem pewny, że pan H. wynajął go, aby zabił Gretzlera. Wiem, że pan i Howard Hughes jesteście przyjaciółmi, więc pomyślałem, że najpierw powiem o tym panu, a później Młodszemu Bratu.

JEH: Absolutnie niech pan nie informuje o tym Młodszego Brata. Wynik pańskiego dochodzenia będzie następujący: Gretzler zaginął, prawdopodobnie nie żyje. Nie ma motywu, nie ma świadków. Pete Bondurant jest nieoceniony dla Howarda Hughesa, który z kolei jest wartościowym przyjacielem Biura. Pan Hughes nabył właśnie magazyn skandali, by móc rozpowszechniać polityczne informacje korzystne dla Biura, a ja nie chcę go drażnić. Rozumie pan?

KB: Tak, sir.

JEH: Chcę, żeby poleciał pan do Los Angeles z ramienia Biura i zaskoczył Pete’a Bonduranta podejrzeniami. Niech będzie panu dłużny. I wie, że może mu pan zaszkodzić. Gotowość do pokojowych negocjacji zachowajmy na potem. A kiedy pozwolą panu na to obowiązki wobec Komisji, niech pan wróci na Florydę i skończy to, co zostało do zrobienia w sprawie Gretzlera.

KB: Przenocuję tutaj i polecę do LA jutro wieczorem.

JEH: Dobrze. Kiedy będzie pan w Los Angeles, proszę założyć podsłuch w domu tej Darleen Shoftel. Jeśli Starszy Brat skontaktuje się z nią, chcę o tym wiedzieć.

KB: Ona się nie zgodzi, więc będę musiał załatwić to po cichu. Czy mogę wziąć ze sobą Warda Littella? On jest specem od podsłuchów.

JEH: Dobrze. To mi przypomniało, że Littell bardzo chciał kiedyś brać udział w programie PRZESTĘPCZOŚCI STOP. Myśli pan, że przeniesienie go tam będzie właściwą nagrodą za tę robotę?

KB: Będzie zachwycony.

JEH: Dobrze, ale pozwoli pan, że ja go o tym poinformuję. Do widzenia, panie Boyd. Udzielam panu pochwały za dobrze wykonane zadanie.

KB: Dziękuję, sir. Do widzenia.