Amerykański książę. Nowy Camelot. Tom 2 - Sierra Simone - ebook

16 osób właśnie czyta

lub
Opis

Gorąca powieść Sierry Simone, amerykańskiej autorki bestsellerów!

Drugi tom serii Nowy Camelot, którą czyta się z wypiekami na twarzy.

Był synem i przyrodnim bratem. Kapitanem armii i wiceprezydentem. Nazywa się Embry Moore i służy… przyjemnościom prezydenta Stanów Zjednoczonych. Greer została uprowadzona. Ash chce wyruszyć w pościg za oprawcą, jednak wszyscy zgodnie twierdzą, że prezydent nie powinien narażać się na takie niebezpieczeństwo. Na ochotnika zgłasza się Embry. Czy uda mu się odnaleźć Greer? Czy zdoła zapobiec pozornie nieuniknionej tragedii?

__

O autorce:

Sierra Simone – bestsellerowa autorka „USA Today”, która uwielbia przenosić na papier najbardziej niegrzeczne myśli, jakie pojawiają się w jej głowie. Pracowała jako bibliotekarka i wtedy miała szczególnie dużo czasu na snucie literackich fantazji. Prywatnie żona gorącego policjanta, matka dwójki dzieci, właścicielka dwóch wielkich psów i dwóch niegrzecznych kotów. Współautorka książek "Gliniarz" i "Gwiazdor" (wspólnie z Laurelin Paige).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 458

Popularność


Dla Ashley, Sereny i Melissy – które chronią sadzawkę dla żółwi

CZĘŚĆ II. Książę

1

Embry

przed

Króla poznałem, mając dwadzieścia jeden lat.

Ale opowiadanie o tym byłoby wybieganiem w przyszłość.

Zacznijmy ode mnie, Embry’ego Moore’a, syna budzącej ogólny strach gubernator Vivienne Moore. W oczach świata musiałem jawić się jako książątko. Dorastałem, galopując na własnym koniu i żeglując jachtem po należącym do nas pieprzonym jeziorze, uczyłem się w najlepszych szkołach, wcześnie zakończyłem naukę w college’u i pojechałem na wojnę, wyobrażając sobie, że wojaczka to niezła zabawa.

I tak było, zanim wojna zaczęła się naprawdę, gdy jeszcze ludziom wydawało się, że karpatiańscy separatyści uspokoją się, jak to dotąd zwykle z nimi było. Z początku zatem wyglądało to na wspaniałą przygodę: pobawić się w żołnierza wśród malowniczych gór, a zarazem zbierać punkty do cefałki przydatnej w dalszej, nieuchronnie czekającej mnie karierze politycznej.

Tak to jest z książętami.

Łatwizna.

I rzeczywiście było łatwo… przez pierwszy miesiąc.

Pewnego wieczora zachciało mi się papierosa. Przegapiłem przez to początek bójki. W różowym zmierzchu przestała mnie razić nawet brzydota przysadzistych budynków bazy i pamiętam, że gdy zabrałem z łóżka srebrną papierośnicę i wracałem z nią truchtem przez dziedziniec, myślałem o tym, że świat nie mógłby być piękniejszy, niż był w tamtej chwili. Smugi oranżu, czerwieni i purpury na zachodzie, ciemny zarys górskich grani na wschodzie, rześkie, czyste powietrze i obietnica gwiazd migocących ponad moją głową. Co mogłoby być wspanialszego? Co innego mogłoby zatrzymać bieg moich myśli i zaprzeć dech w piersi, pozostawiając jedynie najgłębszy podziw i wdzięczność przeplatającą się z niedowierzaniem?

To pokazuje, jak odmiennie wtedy myślałem, pytając, co zamiastkto.

Biegłem przez dziedziniec, wyciągając papierosa, żeby go zapalić, gdy niewyraźny szaro-brązowo-zielony kształt przemknął obok mnie i wpadł na drugą sylwetkę w tych samych zgaszonych barwach. Odskoczyłem, papieros wytrącony z mojej ręki został zdeptany, a mnie samego omal nie wciągnęło tornado pięści i butów, wokół którego szybko tworzyło się zbiegowisko.

– To był mój ostatni papieros, dupku – rzuciłem w powietrze.

Duży gość, na którego wołaliśmy Dag – nikt już nie pamiętał, jak naprawdę się nazywał – przypatrywał się bójce z założonymi rękami i wyrazem obrzydzenia na twarzy.

– Idioci.

Mruknąłem potakująco. W kantynie przestano ostatnio sprzedawać papierosy w ramach kolejnej inicjatywy prozdrowotnej, a ja naprawdę, naprawdę nie miałem ochoty maszerować półtora kilometra do położonej w dole ukraińskiej wioski po paczkę fajek na wieczór. Teraz jednak wyglądało na to, że spacer mnie nie minie.

– Zamierzasz coś z tym zrobić? – spytał Dag, wskazując ruchem głowy kłębowisko ciał.

– Po tym, jak zdeptali mi papierosa? Zasługują na podbite oczy – zażartowałem, ale Daga mój żart nie rozśmieszył. – Zresztą to nie moi ludzie.

To była bardzo wielka pierdolona baza. Nie zamierzałem marnować sił na dwóch idiotów bijących się o Bóg wie co.

– Ale jesteś tu jedynym oficerem – zauważył Dag.

– Jakby to miało jakieś znaczenie. – Rozejrzałem się i stwierdziłem, że faktycznie byłem w tym zbiegowisku najstarszy rangą.

Westchnąłem ciężko na użytek Daga i wymamrotawszy pod nosem coś w tym sensie, że nie jestem żadną pieprzoną babysitterką, ruszyłem z miejsca, by rozdzielić chłopaków i uświadomić im, że jeden z nich wisi mi papierosa.

Jednak ktoś mnie uprzedził.

Barczysty mężczyzna wkroczył w sam środek bójki tak spokojnie, jakby spacerował po plaży, chwycił jednego z żołnierzy za koszulę na karku i odciągnął go od przeciwnika. Natychmiast potem obezwładnił drugiego, a uczynił to wszystko tak szybko, że ledwie zarejestrowałem wzrokiem drobne szczegóły jego sylwetki. Błyszczące oczy. Pełne usta. Ciemne włosy. Oliwkowa karnacja tego rodzaju, z jaką człowiek przychodzi na świat, tego rodzaju, co przez całą zimę zachowuje ciepły odcień brązu. Włoch, a może Grek.

– Ja pierdolę – powiedział Dag z uznaniem. Albo i bez. Czasem trudno było go rozszyfrować.

Z baraku mieszczącego koszary wyszedł Percival Wu, jeden z naszych tłumaczy, i przystanął za nami.

– To Colchester – odezwał się ściszonym głosem. – Przyjechał wczoraj.

W tamtej chwili nie obchodziło mnie, kto to taki. Ulżyło mi, że nie muszę wdawać się w kretyńską awanturę, i tyle. Szczerze mówiąc, zaledwie przed kilku miesiącami opuściłem mury szkoły oficerskiej i wciąż jeszcze odczuwałem komenderowanie podwładnymi jako coś krępującego.

Wychowałem się w kręgu władzy, pośród ludzi, którym wydawanie rozkazów przychodziło bez wysiłku, jednak sam na ogół unikałem brania na siebie odpowiedzialności za cokolwiek. Konsekwencje to było coś, od czego się wymigiwałem, a ludzie obchodzili mnie o tyle, o ile zapewniali mi dobrą zabawę. Nie miałem żadnego doświadczenia w troszczeniu się o innych… Sam ledwie unikałem pakowania się w tarapaty.

Zresztą prawdę mówiąc, nie bardzo się o to starałem. Po co miałbym to robić, skoro na ogół wynikała z nich wyłącznie dobra zabawa?

Zdaję sobie sprawę, że mówiąc to, wychodzę na egocentryka i egoistę, bo też taki właśnie byłem. Byłem złym, samolubnym dzieckiem, które wyrosło na złego, samolubnego dorosłego… Jednak należy pamiętać, że egoizm nie jest równoznaczny z byciem niepomnym swoich występków. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo byłem zły. Wiedziałem, jak strasznie grzeszyłem, choć mówiłem sobie, że nie wierzę w grzech. Późną nocą, po pijatyce, pierdoleniu lub bójce, zależnie od okoliczności, leżałem w łóżku i patrzyłem w gwiazdy kręcące się nade mną na nocnym niebie i wiedziałem – po prostu wiedziałem – że jest we mnie coś sprzecznego z naturą. Byłem świadom tego, że niektórzy ludzie przychodzą na świat niedobrzy, spaczeni, naznaczeni wewnętrzną pustką, i wiedziałem, że urodziłem się bez tego czegoś, co czyni ludzi odważnymi, czystymi lub dobrymi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że urodziłem się bez sumienia, czy może bez serca lub bez duszy. Rozmyślałem nad tym, aż w końcu zwijałem się pod kołdrą w kłębek i wciskałem twarz w poduszkę. A kiedy uchodziło ze mnie powietrze, wspominałem okropności popełnione tamtego dnia. Rozpamiętywałem okropności popełnione w ciągu całego życia. I nienawidziłem siebie za to całe zło. Nienawidziłem siebie za swój egoizm, za swój bezmyślny egocentryzm i obojętność. Zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem poddawać się impulsom gniewu, żądzy czy pragnienia ucieczki od rzeczywistości aż po ich nieunikniony krwawy, lepki bądź pogrążony w odurzeniu finał, a jednak to czyniłem.

Za. Każdym. Razem.

Lecz wówczas był dopiero wczesny wieczór, jeszcze nie zapadła noc wraz z nieodłącznym poczuciem odrazy do samego siebie. W tamtej chwili czułem wyłącznie ulgę i niejasną wdzięczność, a także chętkę na papierosa.

– No i po widowisku – powiedziałem do Daga i odwróciłem się, by ruszyć w drogę do wioski. I wówczas zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną stanął. I nie był to ani smukły Wu, ani zwalisty Dag. Znieruchomiałem, ale nie odwróciłem się.

Nie od razu.

– Zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego papieros jest dla ciebie ważniejszy od twoich ludzi, poruczniku?

To był głos tego rodzaju, który każe ci przystanąć. Głęboki, owszem, i w ciekawy sposób jednocześnie ochrypły i dźwięczny, jak melodia, której nuty zostały opalone wzdłuż krawędzi.

Jednak to nie brzmienie głosu wstrzymywało moje kroki… to jego czystość. Siła. Nie buńczuczność bez pokrycia, jakiej pozorem często chełpią się młodzi mężczyźni, lecz autentyczna siła.

Spokojna, czysta, rzetelna.

Jednoznaczna.

To był głos człowieka, który nocami nie zwija się w łóżku, myśląc, że wolałby się nigdy nie narodzić.

Odwróciłem się, wytrącony z równowagi już przez sam ten głos, ale na widok twarzy poczułem się znokautowany. Ciemne brwi nad oczami o tak złożonym odcieniu zieleni, że nie potrafiłem orzec, czy tak naprawdę były jasne, czy ciemne. Usta nieskłonne do śmiechu, wydatne kości policzkowe, a do tego kwadratowa szczęka porośnięta ciemną szczeciną. Wziąwszy pod uwagę superregulaminową fryzurę i połysk butów, stojący za mną mężczyzna nie wyglądał na niechluja zaniedbującego poranne golenie. Po prostu Colchester należał do tych facetów, których twarz nie pozostaje gładka dłużej niż przez kilka godzin.

Jednak nie tylko rysy miał uderzające. Przede wszystkim wyraz twarzy, spojrzenie. Wydawał się w moim wieku, a mimo to w jego obliczu było coś takiego, co czyniło go ponad wiek dojrzałym. Jak tak teraz o tym myślę, to nawet nie była kwestia wieku. Raczej kwestia czasu. Wyglądał jak człowiek z innej epoki, który powinien jechać konno przez gęstwinę lasu, ratować damy w tarapatach i uśmiercać smoki.

Szlachetnie.

Heroicznie.

Królewsko.

Wszystko to przebiegło mi przez myśl w mgnieniu oka. I już w następnym momencie ogarnęło mnie niespodziewane, krępujące uczucie, jakby on właśnie zobaczył dość, żeby przeniknąć mnie na wylot, żeby przejrzeć na wskroś mój egoizm, pustą zmysłowość i leniwą rozwiązłość. Jakby widział czy przeczuwał wszystkie te noce, kiedy wciskałem twarz w poduszkę i żałowałem, że nie starcza mi odwagi, by raz na zawsze zakończyć swoją marną egzystencję.

Naraz zrobiło mi się wstyd. Zawstydziłem się tego, że jestem sobą. Tego, że jestem Embrym Moore’em – pieprzonym, gówno wartym podporucznikiem Embrym Moore’em. I to mnie wkurzyło. Bo kim niby był ten pieprzony przystojniak, żeby mnie zawstydzać? Tylko ja sam mogłem wzbudzać w sobie to uczucie.

Zbliżyłem się do niego na dwadzieścia centymetrów, prężąc pierś w bojowej postawie. Nie bez satysfakcji odnotowałem, że góruję nad nim wzrostem o ponad dwa centymetry, on z kolei miał co najmniej dziesięć kilogramów muskulatury więcej ode mnie. Jednak jeszcze większą satysfakcję sprawiło mi odkrycie, że nosi na mundurze złotą belkę. Podporucznik jak ja.

Odzyskałem głos.

– To nie moi ludzie, poruczniku.

– I dlatego pozwoliłbyś im się nawzajem zmasakrować?

Wywróciłem oczami.

– To duzi chłopcy. Potrafią o siebie zadbać.

Twarz Colchestera zachowała swój surowy wyraz.

– To nasze zadanie: dbać o nich.

– Ja pierdolę, nawet nie wiem, co to za jedni.

– I taką postawę zachowasz, kiedy przyjdzie nam walczyć w górach z Karpatiańczykami? Będziesz myślał wyłącznie o swoich bezpośrednich podkomendnych?

– Och, uwierzcie mi, poruczniku Colchester, nigdy nie spuszczam z oczu moich ludzi. Ani rąk.

Dag i Wu zaśmiali się, a ja wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, lecz naraz w mgnieniu oka zostałem przyparty do metalowej ściany baraku, a ciepłe przedramię Colchestera dociskało moją szyję.

– Dla ciebie to wszystko żarty? – zapytał cicho, tak cicho, że inni nas nie słyszeli. – A te góry wokół nas to teatralna dekoracja? A naboje w twojej giwerze to ślepaki? Bo dla Karpatiańczyków to nie są żarty. Oni nie strzelają ślepą amunicją, poruczniku Moore. A ładunki wybuchowe, którymi minują drogi, to nie fajerwerki. Poprowadzisz tych ludzi do boju, nawet jeśli będą w ciebie wątpić, nawet jeśli sam w siebie zwątpisz, więc uwierz, że warto się o nich troszczyć. Tu, tam, czy gdziekolwiek cię diabli zaniosą. A jeśli nie czujesz się na siłach, to lepiej zamelduj się u kapitana i poproś, żeby odesłał cię do domu.

– Pierdol się – warknąłem.

Mocniej docisnął przedramieniem moją tętnicę szyjną, odcinając – choć nie całkowicie – dopływ krwi do mózgu, przesunął oczami po mojej twarzy, a potem powędrował wzrokiem w dół po moim ciele, które przypierał własnym do ściany. W cieniu jego oczy zdawały się ciemne, jak mroczne głębie jeziora, lecz poza tym nie było w nim nic z chłodu. Czułem ciepło jego ciała, widziałem pulsowanie tętnicy na jego szyi. Na moment rozchylił usta, a długie rzęsy zatrzepotały, jakby chciał zamknąć oczy, ale zapomniał, jak to się robi.

– Pierdol się – powtórzyłem, ale słabiej, z powodu niedotlenienia i czegoś, nad czym w tamtej chwili jeszcze się nie zastanawiałem.

Przysunął usta do mego ucha i szepnął:

– Osobiście wolałbym wypierdolić ciebie.

Cofnął się i opuścił rękę. Wciągnąłem powietrze do płuc i od świeżej porcji tlenu moja krew ścięła się lodem.

Kiedy przejaśniło mi się przed oczami, porucznika Colchestera już nie było.

2

Embry

po

Moje życie składa się z dwóch części.

Wtedy i teraz. Przed i po.

Teraz jestem mężczyzną żyjącym w stanie małżeńskim, w pewnym sensie. W groteskowym, szalonym, przecudnie popieprzonym sensie, którego nie uznałoby żadne państwo ani żaden kościół. To jednak nie czyni mego małżeństwa ani trochę mniej realnym. Tamta chwila, gdy Greer, Ash i ja ujęliśmy się za ręce i zaprzysięgliśmy sobie – wówczas nawet nie pojmowaliśmy w pełni, co takiego sobie przysięgamy, lecz uczyniliśmy to, bo uświadomiliśmy sobie, że nie zdołamy dłużej z tym walczyć – była chwilą mego ślubu. Wszystko to był mój ślub, ściśle rzecz biorąc, tamto i to, co nastąpiło potem: pot i łzy, i rozpryśnięte nasienie, jakiś rodzaj tajemniczego starożytnego obrzędu, który odprawiliśmy, podążając za głosem instynktu, taniec, który potrafiliśmy odtańczyć, choć nigdyśmy się go nie uczyli.

Spodziewałem się, że ten dzień będzie dla mnie dniem wiecznego potępienia. Dniem kary za bycie złym, samolubnym człowiekiem, człowiekiem, przez którego cierpiał Ash, cierpiała Greer, cierpiało tak wielu innych ludzi w ciągu trzydziestu pięciu lat mego życia. Szedłem nawą, prowadząc pod ramię Abilene, kuzynkę Greer, i myślałem wyłącznie o tym, jak straciłem szansę na to, by to był mój własny ślub. Ash byłby gotów wyrzec się swego ukochanego Kościoła katolickiego, swojej kariery i swojej przyszłości, bylebym tylko to ja nadchodził do niego wzdłuż nawy, byleby mógł wsunąć obrączkę na mój palec, ale ja mu odmówiłem.

Dwukrotnie.

Więc to była moja pokuta. To, że nadszedłszy nawą, zamiast stanąć przed nim, miałem stanąć obok niego, wciąż nosząc na szyi ślady jego zębów, wciąż czując w ustach smak soków jego żony, i miałem patrzeć, jak się uśmiechają, jak płaczą, jak się całują. Miałem nie dostać ani ukochanego mężczyzny, ani ukochanej kobiety. To oni mieli odtąd mieć siebie nawzajem, podczas gdy ja miałem zostać z niczym.

To było to, co musiałem znieść. To było to, co musiałem zaakceptować.

Tyle tylko… że tego nie uczyniłem. Jakimś sposobem moja pokuta została odprawiona, a brzemię grzechów zdjęte. Pragnął mnie Ash. Pragnęła mnie Greer. I mnie, niedoskonałego, okropnego mnie chcieli dopuścić do swojego dopiero co zawartego małżeństwa. Powinienem odmówić. Dla ich dobra, dla dobra mojej własnej duszy. Ale nie mogłem. Po prostu pragnąłem tego – pragnąłem ich – zbyt mocno.

Chciałem wierzyć, że to się powiedzie. Że jakimś cudem my troje zdołamy tego dokazać. Ponieważ piętnaście lat znajomości z Ashem i pięć lat znajomości z Greer nauczyło mnie, że nigdy się od tego nie uwolnię… od tego świerzbienia, od tego palącego pożądania ich obojga. Nie byłem w stanie pokochać nikogo innego. Przypiszcie to, czemu chcecie – losowi, pechowi, genetycznemu dopasowaniu czy psychicznej traumie – cokolwiek to było, związało mnie z nimi jak rdza wiąże się z metalem. To zderzenie cząsteczek i sił nieodwracalnie zmieniło nas troje. Nie było od tego odwrotu.

Takie myśli kołatały mi się po głowie, gdy mrugałem oczami w ciemności. W moim życiu zdarzały się chwile, gdy budziłem się w nieoczekiwanych okolicznościach, zdezorientowany i przerażony, oczekując gradu karpatiańskich kul, jednak tym razem obudziłem się w cieple błogiego spokoju. Słodkiego podniecenia. Powracającego pożądania.

Tu nie ma kul.

Jest ciepła dłoń na moim brzuchu, duża i trochę szorstka, uczucie znajome i nieznajome naraz. Otwieram oczy szeroko i w blasku światła z łazienki widzę obok siebie muskularne ciało śpiącego prezydenta. Prześcieradło częściowo okrywa jego smukłe biodra, jednak jest zsunięte dość nisko, by widoczna była ciemna linia zarostu biegnąca od pępka w dół, i dość cienkie, by rysowała się pod nim masywna krzywizna członka. Śpi z leciutko rozchylonymi ustami, jego długie rzęsy opadają na policzki i nie ma w nim surowej powagi, która zwykle maluje się w kącikach jego ust i w oczach. Wygląda młodziej niż zwykle, niemal jak tamten gniewny chłopak, który przyparł mnie własnym ciałem do ściany koszar w Karpatach. Wygląda młodziej i bardziej bezbronnie.

Ściska mnie w sercu. Bo go kocham, bo jest piękny i ponieważ nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem go naprawdę pogrążonego we śnie. Zdarzały się drzemki na pokładzie samolotu, przysypianie w limuzynie, ale prawdziwy sen z głębokim oddechem, rozluźnionymi, bezwładnie rozrzuconymi członkami… nie widziałem tego od czasu naszej wspólnej służby w Karpatach. Greer dobrze mu robi.

Staram się nie być o to zazdrosny.

A skoro mowa o Greer, to uświadamiam sobie, że nie ma jej już w łóżku między nami, nie leży także u boku żadnego z nas. Przeciągam się i mrużę oczy, wpatrując się w światło dobiegające ze szczeliny pod drzwiami do łazienki. Ash i ja ujeżdżaliśmy ją w nocy na całego… Nie jestem pewny, co takiego robią kobiety po uprawianiu seksu, ale Ash dostatecznie wiele razy wykorzystywał seksualnie moje chętne ciało, żebym potrafił to sobie wyobrazić. Decyduję się nie zakłócać jej prywatności, choć dziwnie czuję się w łóżku bez niej. Tak znakomicie dobraliśmy się we trójkę, tak świetnie dopasowaliśmy się, tak zgodnie chwytaliśmy każdy oddech… Wystarczyło kilka godzin, by jej nieobecność sprawiła, że powietrze dotkliwie ciąży na mej skórze, a łóżko zdaje się zimne i puste.

Poruszywszy się, zakłócam sen Asha, który przeciąga się, zsuwając prześcieradło i odsłaniając biodro oraz górną część muskularnego uda. Jego dłoń porusza się na moim brzuchu i odczuwam szokującą intymność tego gestu, jednocześnie nową i świetnie znajomą. Pomimo wszystkich rund, jakie zaliczyliśmy tej nocy – lub ściślej rzecz ujmując, ubiegłej nocy, jak należy sądzić po błękitnym świetle poranka sączącym się spoza zasłon – mój fiut budzi się pod jego dotknięciem, sztywnieje i twardnieje, i nie potrzeba mu do tego nic więcej poza lekkim ruchem dłoni Asha przesuwającej się po moim podbrzuszu.

Unosi powieki i obdarza mnie sennym uśmiechem. Jego twarz stanowi tak niezwykły widok, zarówno przez swoją otwartość, jak i przez swój błogi wyraz, że wpatruję się w nią i chłonę, jak człowiek umierający z pragnienia. Po Karpatii, po Morganie, po mnie, po Jenny nigdy bym nie uwierzył, że ujrzę Asha oddychającego i uśmiechającego się bez całej tej dławiącej go udręki. Widzieć go takim, choćby przez chwilę, to dar, niezasłużone błogosławieństwo. Wyciągam dłoń i przesuwam po jego szczęce, jak można się tego spodziewać, już porośniętej szorstką szczeciną, a potem przeciągam opuszkami palców po ustach ułożonych w senny uśmiech.

– To już rano? – pyta, a mój fiut znów się pręży, tym razem na dźwięk jego głosu, zawsze trochę szorstkiego, jakby ktoś przeciągał po jego słowach papierem ściernym, ale teraz, gdy ledwo co ocknął się ze snu, brzmiącego jak przesypywany żwir.

– Prawie.

– Gdzie ona jest?

Ona.

Nasza Greer.

Znów powraca dojmujące odczucie pustki w miejscu, gdzie powinna leżeć, i przez moment ogarniają mnie rozbawienie i strach naraz, bo skoro nie jestem w stanie znieść rozstania przez krótką chwilę, którą Greer spędza w łazience, to jakim cudem przeżyjemy najbliższe dwa i pół roku? Albo, cholera, sześć i pół, w przypadku reelekcji Asha?

– Jest w łazience – odpowiadam, usiłując stłumić świeżą obawę przed oczekującymi nas trudnościami. – Sam dopiero co się obudziłem.

Ash odchrząkuje, a jego dłoń ponownie przesuwa się po moim brzuchu. Wędruje w dół, mijając pępek. Mój fiut jest teraz sztywny i twardy, pulsuje w chłodnym powietrzu.

– Uwielbiam cię w chwili tuż po przebudzeniu. – W głosie Asha już nie pobrzmiewa senność, wciąż jednak brzmi szorstko i twardo. – Masz rozszerzone źrenice, od tego twoje oczy wydają się ciemniejsze, policzki masz zarumienione od snu, a twoje ciało… – Złośliwa dłoń muska żołądź, nabrzmiałą i ciemnosiną w półmroku panującym w pokoju. – Twoje ciało wygląda na chętne do spełniania moich zachcianek.

Zaciska dłoń na trzonie penisa, a ja jęczę.

– Takie chętne – mruczy, a ja tylko czekam, aż obróci mnie na brzuch i wedrze się we mnie, lecz on tego bynajmniej nie robi. Wypuszcza mego członka i układa swoje ciężkie, twarde ciało na moim w taki sposób, że stykamy się piersiami, a nasze wzwiedzione fiuty zostają ściśnięte między jego i moim podbrzuszem. Muska wargami moje wargi raz i drugi, i uśmiecha się, gdy wysuwam usta do prawdziwego pocałunku.

Prowokuje mnie jeszcze raz czy dwa, wydobywając skądś z głębi mego ciała jęk frustracji, po czym kładzie kres naszemu obopólnemu cierpieniu, opuszczając głowę, rozchylając mi wargi i wdzierając się językiem głęboko w moje usta. Jego pocałunek jest nieśpieszny, ale zaborczy, to on narzuca tempo i głębokość penetracji. Ledwie mogę złapać oddech, tak bardzo się wdziera, ale nie dbam o to. Nie chcę, nie potrzebuję innego powietrza niż to, którym obdarza mnie Ash. Trwa to kilka minut, po których odrywa się ode mnie i opiera swoje czoło o moje.

– Och, Embry – mówi łamiącym się głosem. – Tak mi ciebie brakowało.

Serce mi krwawi, gdy to słyszę.

– Czy ty mi to kiedykolwiek wybaczysz?

– Co?

Tak trudno przychodzi mi to wymówić, nawet w półmroku.

– Że za ciebie nie wyszedłem.

Ash wstrzymuje oddech.

– Embry…

– Możesz być ze mną szczery. – Pragnę być jego dzielnym, małym księciem. Chociaż raz. – Zasługuję na odpowiedź.

Ujmuje moją twarz w dłonie i odsuwa głowę, by spojrzeć mi w oczy.

– To wspomnienie zawsze będzie mnie bolało, Embry. Nie będę udawać, że jest inaczej. Ale do tej pory z pewnością sam się już zorientowałeś, zresztą mówiłem ci to wprost… zaakceptuję cię w każdej formie, w jakiej zechcesz mi się oddać. Jeśli wszystko, co będziesz mógł mi ofiarować, to kilka skradzionych nocy, przystanę na to.

Na widok jego czułej miny dławi mnie wzruszenie i mrugam, żeby powstrzymać łzy. Nie mogę tego znieść. Nie mogę ścierpieć tego wszystkiego, co przed nim ukrywam. Tak kompletnie nie rozumie, kto tu naprawdę cierpi i przez kogo, kto przeżywa prawdziwą udrękę wyrzeczenia się swoich pragnień, że omal nie wygaduję się ze wszystkim. Niewiele brakuje, abym opowiedział mu o tym, co wydarzyło się wtedy przed laty, o Merlinie, o prawdziwych powodach, dla których nie mogłem za niego wyjść. Jednak słowa więzną mi w gardle. Zbyt długo kłamałem, żeby teraz móc ot tak wyznać prawdę.

Ash odbiera moje milczenie jako potwierdzenie swoich słów.

– I Embry, jeśli obaj kochamy Greer, to być może tak właśnie miało być. Może to los zrządził, że zeszliśmy się we troje w taki, a nie inny sposób. Gdybyśmy wtedy, przed laty, wzięli ślub, nie zdobylibyśmy jej.

Wiem, że stara się mnie pocieszyć, i to jest tak popieprzone, tak cholernie popieprzone, bo to ja wydłubałem mu dziurę w sercu, a teraz on usiłuje podnieść na duchu mnie. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele okrutnej niesprawiedliwości go spotkało – jego, który w najmniejszej mierze sobie na to nie zasłużył.

– Daj spokój – szepcze, opuszcza głowę i chwyta mnie zębami za płatek ucha. – Przestań się chlastać. – Zaciska szczęki, a mój fiut na przekór bólowi pręży się i ociera o jego twardy brzuch.

– Pozwól, że sam cię ukarzę – powiada, a ja na to mówię w duchu: „och, tak, Boże, tak, proszę”. Wyłącznie u stóp Asha miewam poczucie, że odpokutowałem za całe zło, jakiego się dopuściłem. Wyłącznie pod jego bezlitosną dłonią mogę znaleźć ulgę od wyrzutów sumienia.

Kąsa mnie i palący szlak jego zębów zmierza od ucha do żuchwy, od żuchwy do gardła, a potem dalej w dół, przez pierś i brzuch. Jego oczy błyszczą w półmroku.

– Chcesz, żeby Greer to zobaczyła? – pyta między jednym ugryzieniem a drugim. – Skręcam się pod jego ustami, czuję, że z czubka mego fiuta wycieka preejakulat. – Chcesz, żeby zobaczyła, jak wyglądasz na kolanach?

– Tak – jęczę i prężę się, usiłując go dotknąć. Okrutna ręka przygważdża mnie do łóżka.

Zmagam się z nią.

Walczę. Prawdę mówiąc, zawsze walczę. Aż wreszcie, na sam koniec, kiedy już zostanę pokonany, wreszcie to czuję. Spokój. Błogi spokój. Przestrzeń, którą wyrzeźbił dla mnie, przestrzeń bez winy, bez nienawiści do samego siebie, bez udręki. Tylko spokój i miłość, jego dłoń na moim karku i łzy zasychające na mojej twarzy.

Greer, doskonale uległa, stworzona do tego, by przewodzić poza sypialnią i służyć w sypialni… Czy zrozumiałaby, gdyby zobaczyła, jacy jesteśmy, Ash i ja, we dwóch? Ona podporządkowuje się, bo dzięki temu czuje się bezpieczna, bo do tego się urodziła, ja natomiast podporządkowuję się dlatego, że jestem stworzony do cierpienia. Bo lubię cierpieć.

Bo lubię walkę i klęskę, którą się ta walka kończy.

– Tak – powtarzam, gdy Ash unieruchamia moje biodra chwytem potężnych, twardych dłoni. – Proszę.

– Patrzcie go, jaki chętny. – Kąsa delikatne ciało tuż obok członka, a ja krzyczę. – Zwykle muszę się trochę namęczyć, żebyś zechciał. – Kolejne ukąszenie. Kolejny jęk wyrywa się z moich ust. – Pójdę po nią.

Materac ugina się, gdy Ash przenosi ciężar ciała na jedno kolano, wstaje i odchodzi. Ciemne cienie znaczą wypukłości mięśni grzbietu. Porusza się, jakby się skradał. Nawet kompletnie nagi wygląda władczo. Groźnie.

Czekając na ich wspólny powrót, nie masturbuję się, chociaż jestem tak twardy, że w całym moim ciele poza członkiem nie została chyba ani kropla krwi. Jestem gotów do tego, żeby pierdolić i być pierdolonym, jestem tak napalony, że nie mogę się doczekać…

– Nie ma jej tu.

Ash mówi spokojnym głosem, ale ja już znam ten spokój. Takim kamiennym spokojem tchnie, gdy szef sztabu nachyla się, by szeptem przekazać mu złe wiadomości. Tak samo spokojny był wówczas, gdy lekarze ostatecznie zdiagnozowali raka u Jenny. To ten spokój okazywał w lasach Karpatii, gdy wśród drzew zaczynały świstać kule.

Natychmiast zrywam się na nogi i pędzę do łazienki, by się przekonać na własne oczy. Jasne, jest tak, jak powiedział, a kiedy wracam, ma nisko na biodrach luźno zawiązane lniane spodnie od piżamy i telefon w dłoni.

– Nie ma jej telefonu, a zasuwka w drzwiach jest odsunięta – mówi, wciąż tym opanowanym głosem. – Idę pogadać z Lukiem. Może wybrała się na siłownię albo na basen.

Wątpię, by tak było. Greer ma wiele zalet, ale na pewno nie jest rannym ptaszkiem. Wszystkie te poranki, gdy musiała wymykać się z Białego Domu o niewyraźnej porze przed świtem… za każdym razem, kiedy wkraczałem z kawą i gazetą, zastawałem ją przycupniętą na kanapie, opatuloną w ogromny szlafrok Asha, a gdy zapalałem światło, mrugała oczami jak sowa. Ash powiedział mi kiedyś, że rankami najczęściej musiał ją dosłownie brać na ręce i nieść z sypialni do salonu, żeby nie usnęła na powrót. Jest w tym obrazie coś do bólu słodkiego. Nie mogłem się doczekać, aż ujrzę ich poranny rytuał na własne oczy, a może nawet dostąpię zaszczytu wzięcia jej ciepłego, sennego ciała we własne ręce i kołysania go, póki się nie obudzi.

Jednak teraz nawet o tym nie wspominam. Podnoszę zmięte spodnie od smokingu z podłogi, gdzie rzuciłem je wczoraj, i wciągam. Ledwie zdążyłem zapiąć rozporek, rozlega się pukanie do drzwi. Jestem bliżej, więc otwieram z nadzieją, że ujrzę w nich Greer. Już niemal czuję ulgę, że wszystko kończy się dobrze, jednak w progu stoi nie ona, lecz Merlin. Jak na siebie wydaje się dziwnie zmęczony i rozbity.

– Greer została porwana – mówi cicho.

Dwadzieścia minut później siedzimy ubrani w salonie, wokół stolika do kawy wraz z Merlinem i agentem służb specjalnych imieniem Bors. Kay, córka ludzi, którzy adoptowali Asha, i zarazem szefowa jego sztabu, chodzi w tę i z powrotem przed oknami apartamentu, naradzając się z kimś przez telefon. Belvedere, osobisty asystent prezydenta, stoi z boku i także rozmawia przez telefon, otoczony wianuszkiem tajnych agentów o zaciętych twarzach.

– Ani Luc, ani Lamar nie zameldowali się o właściwej porze – wyjaśnia Bors – więc zszedłem z posterunku na schodach, żeby sprawdzić, co się z nimi dzieje. Obaj leżeli nieprzytomni i skrępowani na końcu korytarza, za rogiem.

Ash pociera twarz dłońmi.

– Ilu agentów w sumie zaatakowano?

– Licząc z Lukiem i Lamarem pięciu, wyłącznie tych, których obezwładnienie było absolutnie konieczne. Ludzie, którzy porwali panią Colchester, działali z chirurgiczną precyzją. Wycięli szybę na pierwszym piętrze i wygląda na to, że zwiali uliczką. Tam właśnie znaleźliśmy ciało faceta imieniem Daryl, pracownika hotelu.

Nie mogę dłużej usiedzieć w miejscu. Podnoszę się i zaczynam nerwowo chodzić w tę i z powrotem za kanapą, na której siedzi Ash, jak lustrzane odbicie Kay.

– To Melwas. Wiesz, że to jego sprawka, Ash.

– Wiem – odpowiada poważnym tonem. – Wiem.

– Myślałem, że przygotowaliśmy się na to! Różne hotele, zmiany dokonane w ostatniej chwili!

– To za mało – przyznaje Merlin. – Nie doceniliśmy go. Ja go nie doceniłem. Tak mi przykro, Maxen. To moja wina, mój błąd. Powinienem był to przewidzieć.

Teraz Ash także wstaje, kładzie dłoń na ramieniu Merlina. Jakim, kurwa, cudem znajduje w sobie w tej chwili tyle spokoju?

– Nie winię cię, stary druhu – mówi do swego doradcy. – Wszyscy powinniśmy byli mieć się na baczności, ale mimo wszystko nie wydaje mi się, żebyśmy mogli to przewidzieć.

Merlin wzdycha, a po jego minie widać, że jest mocno strapiony.

– Powinienem był to przewidzieć – powtarza.

Choć dawniej zdarzało nam się poróżnić, udaje mi się wznieść ponad obawę i gniew i współczuć jego udręce. Bo sam także powinienem był się lepiej spisać. Gdybym nie usnął albo chociażby spał lżej, gdybym poprosił Greer, żeby obudziła mnie, zanim dokądkolwiek wyjdzie, krótko mówiąc, gdybym zrobił cokolwiek innego po naszym trójstronnym pieprzeniu, niż usnął jak nastolatek, zapewne byłaby z nami cała i zdrowa.

Z obwiniania samego siebie nic nie wynika, a jednak poczucie winy jest jak stary znajomy płaszcz. Narzucam go na ramiona i czuję się pewniej, bardziej sprawczo. Mówię sobie, że to moja wina, i świat na powrót nabiera sensu.

Zawsze moja wina.

Ash rozgląda się wokół ze spokojem i namysłem. Gdybym nie znał go tak dobrze, gdybym nie był przy nim wówczas w górach, gdy eksplozje urywały żołnierzom głowy, w mroźne noce, gdyśmy nie mieli niczego do jedzenia i została nam ledwie odrobina wody, pomyślałbym, że nic go to wszystko nie obeszło. Pomyślałbym, że w chwili namysłu potrafi wyłączyć emocje lub może zupełnie nie martwi się losem Greer. Jednak ja go znam. Dostrzegam napięcie wokół oczu, widzę, jak pociera czoło kciukiem. We wszystkie linie jego ciała wpisany jest ukryty niepokój.

– Musimy założyć, że udadzą się w kierunku morza – mówi, opuszczając rękę i zwracając się do obecnych. – Ogłosiliśmy już alert na wszystkich lotniskach, od największych międzynarodowych portów lotniczych po lokalne lądowiska. Zdają sobie sprawę z tego, jak dokładnie kontrolujemy przestrzeń powietrzną. Jednak jeśli uda im się wyrwać na otwarte wody, wówczas szanse powodzenia ich planów natychmiast wzrosną. Zmobilizujcie Straż Przybrzeżną, polećcie wszelkim jednostkom policyjnym patrolowanie przystani i portów. Bors, jak myślisz, ile mają nad nami przewagi?

– Więcej niż godzinę i mniej niż trzy.

– W takim razie nie zostało nam wiele czasu. Kiedy wypłyną w morze, nie da się przewidzieć, jaki kurs obiorą. Ani jak długo pozostaną. Embry, Merlin, Kay, czy mogę porozmawiać z wami na osobności?

Kay kończy rozmowę i wszyscy troje udajemy się za Ashem do sąsiedniego pomieszczenia.

– Nie sądzę, żeby Melwas zażądał okupu – powiada Ash, gdy zostajemy sami. – Myślę, że zrobi wszystko, aby tylko nie sposób było udowodnić, że porwał Greer. Żądanie okupu dowodziłoby jednoznacznie jego udziału w uprowadzeniu. Natomiast milczenie? Cały świat będzie podejrzewał, że sfingowaliśmy porwanie, żeby mieć pretekst do podjęcia działań zbrojnych.

– Świat nam uwierzy – deklaruję zapalczywie. – Wszyscy wiedzą, co z niego za nikczemnik. Pewnie nawet nam pomogą!

– Nie chcę pomocy z zewnątrz ani nie chcę użycia siły – replikuje stanowczo Ash. – O ile tylko uda się tego uniknąć. To Melwas dąży do wojny, Embry. Chce, żeby znów rozgorzała, ale zawarty traktat wiąże mu ręce. Nie może podjąć działań zbrojnych, dopóki nie zostanie zaatakowany, więc usiłuje sprowokować nas do napaści. Nie ulegnę jego szantażowi.

– A zatem co zamierzasz zrobić? – dopytuję. – Poprosić go uprzejmie, żeby oddał Greer?

– Nie, ponieważ drugi powód, dla którego to zrobił, jest taki, że on… jej… pragnie.

Słowa więzną mu w gardle. Wiem, że to z niesmaku. Wiem, że podobnie jak ja pamięta przyjęcie dyplomatyczne w Genewie, podczas którego Melwas tańczył z Greer. Jego spojrzenie było jednoznaczne. Pożądliwe.

– No to co zrobimy? – pytam.

– Odnajdę ją.

Kay, Merlin i ja patrzymy na Asha osłupiali.

A on doprecyzowuje.

– Wszyscy się spodziewają, że w ciągu najbliższego tygodnia będę spędzał z żoną miesiąc miodowy, co znaczy, że znajdę się poza zasięgiem mediów. I nie ma powodu, dla którego nie miałbym wykorzystać tego czasu, żeby odnaleźć Greer.

– Czy sugerujesz – pyta Kay – że ty, prezydent Stanów Zjednoczonych, masz zamiar osobiście wybrać się na poszukiwanie żony?

Ash odpowiada na jej niedowierzający wzrok spojrzeniem pełnym niewzruszonej stanowczości.

– Tak, właśnie o tym mówię.

Kay wyrzuca ręce w powietrze teatralnym gestem i odwraca się, by zaraz na powrót stanąć przodem do Asha.

– Mowy nie ma.

Merlin chrząka i wygłasza swoje zdanie:

– Jest mnóstwo powodów, żeby tego nie robić – mówi pojednawczym tonem. – Twój autorytet i bezpieczeństwo nie mogą zostać narażone na szwank, bo to zagraża bezpieczeństwu kraju. Musisz zostać tutaj, musisz dbać o bezpieczeństwo państwa.

– Kto w takim razie zadba o bezpieczeństwo Greer? – Nie sposób nie dosłyszeć w jego głosie tłumionego gniewu. – To moje zadanie, Merlinie. Moja żona.

Moja żona. Z jakiegoś powodu odczuwam te słowa jak lekkie ukłucie. A może wcale nie lekkie. Boli mnie, że jesteśmy wśród ludzi, którzy nie wiedzą, co działo się tu między nami minionej nocy, którzy nie mają pojęcia o obietnicach przypieczętowanych naszymi westchnieniami i potem. Boli mnie to, że Ash będzie mógł zawsze, zawsze dawać publicznie wyraz swojej trosce o Greer, a ja nie. Boli mnie również to, że nie mogę okazywać przy ludziach tego, jak bardzo zależy mi na Ashu. To, że nie mogę paść przed nim na kolana i błagać go, by pozwolił sobie pomóc, by pozwolił mi wyruszyć na ratunek naszej Greer.

– Wyślij mnie – mówię impulsywnie. Wszyscy odwracają głowy i patrzą na mnie, ale ja nie odrywam wzroku od Asha. Pragnę, żeby przejrzał na wylot moje myśli, przeniknął mój umysł. – Ty sam nie możesz, bo jeśli zostaniesz schwytany, jeśli Melwas cię dorwie, konsekwencje będą zbyt poważne.

Podchodzi do mnie, kładzie mi dłoń na karku i przyciąga do siebie, aż nasze czoła stykają się ze sobą. Jakby nic go nie obchodziło, co myślą ludzie siedzący wraz z nami w tym pomieszczeniu.

– Wydaje ci się, że ty mniej dla mnie znaczysz? Myślisz, że gdyby schwytali ciebie, to nie pośpieszyłbym ci na pomoc?

– Ja… nie wiem – szepczę. – Ale to muszę być ja.

– Nie. Nie zamierzam cię narażać, bo jeśli o mnie chodzi, to oboje, ty i Greer, w równej mierze należycie do mnie. Jestem odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo tak samo jak za twoje przyjemności i ból. – Ostatnie słowa wypowiada tak cicho, że nikt poza mną ich nie słyszy. – Nie byłbym wart obietnic, które złożyłem w sypialni obok, nie byłbym wart tego, co od was wziąłem, gdybym nie potrafił was chronić.

– Właśnie dlatego, że jesteś taki, jaki jesteś, nie możemy cię puścić – odpowiadam. – Ale ja… Nikt nie będzie mnie żałował. Jeśli dostanę się do niewoli, to nie wywoła wojny… Nie przerywaj mi, wiesz, że tak jest. Wziąć do niewoli wiceprezydenta to nie to samo, co wziąć do niewoli prezydenta. Proste. A jeśli mnie to spotka, to po prostu mnie zostawisz, bo tak będzie lepiej.

– Nigdy nie opuszczam swoich żołnierzy – odpowiada Ash, a jego głos brzmi nisko jak pomruk lwa.

– Teraz jesteś odpowiedzialny za coś więcej niż tylko za swoich żołnierzy – przypominam mu. – To cena, jaką płacisz za swoje stanowisko. To muszę być ja, a zresztą komu możesz ufać bardziej niż mnie, że odnajdzie ją i sprowadzi z powrotem? Czy ktokolwiek w tym pokoju, w CIA, w Wydziale Ochrony Prezydenckiej albo w wojsku kocha tę kobietę bardziej niż ja? Czy ktokolwiek będzie gotów zaryzykować więcej niż ja, żeby ją uratować?

Nasze czoła wciąż się stykają, nasze głosy nadal są zbyt ściszone, by ktokolwiek poza nami mógł usłyszeć, co mówimy.

– Zawsze było w tobie pragnienie śmierci, Embry. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo się tego boję.

– Bardziej niż tego, że Greer pozostanie w łapach Melwasa? Bardziej niż tego, że zostanie zgwałcona, skrzywdzona, zamordowana?

Palce Asha wpijają się w moje ciało i przez chwilę odczuwam w pełni wściekłość i strach, które w sobie skrywa.

– Boże, wybacz mi – mamrocze.

– To powinien być on – odzywa się Merlin, podchodząc do nas. – Sprawa nadal pozostaje trudna, ale Embry także miał mieć ten tydzień wolny od spraw wagi państwowej. I choć z jego udziałem całe to przedsięwzięcie pozostaje równie ryzykowne i nie mniej kontrowersyjne, nie ma realnego powodu, żeby go nie podjąć. Porwanie pańskiej żony, panie prezydencie, stwarza nową sytuację, a nowe sytuacje wymagają nowych rozwiązań.

Ash z ociąganiem zdejmuje dłoń z mojej szyi.

– Zostając tu i pozwalając, żeby ktokolwiek inny ryzykował głowę, czuję się jak tchórz – narzeka gorzko.

– Ryzykanci czynią to z własnej woli – zauważa Merlin. – A nawet wielki Maxen Colchester nie może pozbawić ludzi prawa do kierowania się wolną wolą.

Kay również staje obok nas, kładzie bratu dłoń na ramieniu. I Ash odrobinę się odpręża.

– Uwolnimy ją, Ash – powiada Kay. – Utrzymamy porwanie w tajemnicy przed mediami dość długo, żeby Melwas doszedł do wniosku, że nie podjęliśmy żadnych kroków, co być może postawi go w tak trudnej sytuacji, że popełni jakiś błąd. Tymczasem w sekrecie wyślemy najlepszych agentów CIA i sił specjalnych oraz Embry’ego. W ten sposób pokrzyżujemy plany, jakie Melwas mógłby knuć w związku z Greer, i zapewnimy jej bezpieczeństwo.

Ash zamyka oczy i przełyka ślinę.

– Nie cierpię tego. Nie cierpię.

Serce mi krwawi i niewiele myśląc, obejmuję go. Opiera głowę na moim ramieniu – dokładnie na odwrót niż staliśmy w tym pokoju wczorajszej nocy, tuż przed tym, gdy ściskał mego fiuta i brandzlował mnie, aż spuściłem się na jego dłoń. Teraz to ja jestem tym silnym, to ja ofiaruję mu pociechę i ulgę.

Przytulam go mocniej.

– Sprowadzę ją z powrotem – obiecuję.

– Powinienem zrobić to sam – upiera się, mrucząc w moje ramię.

– Ale nie możesz.

– Musicie do mnie wrócić. Oboje. Gdybym stracił również ciebie… – naraz głos mu się załamuje. – Mój mały książę. Proszę, wróć.

Cofam się o krok, wzdragając się lekko, gdy szczecina Asha drapie mnie w policzek.

– Wrócę – obiecuję. – I twoja żona także.

Ostatecznie gdyby nie Greer wówczas przed laty, nigdy bym nie uwierzył, że jestem jeszcze zdolny do miłości. Gdyby nie ona, nie odzyskałbym Asha. Gdyby nie ostatnia noc, gdyby nie rzeczy, które ślubowaliśmy sobie nawzajem, i obietnice przypieczętowane własnym ciałem, nie byłbym panem własnej duszy.

Muszę ją uratować.

Bo ona już uratowała mnie.

3

Greer

po

Jestem w samochodzie. Tyle wiem, tyle wnioskuję z dudnienia kół na asfalcie, rozbrzmiewającego echem w mojej czaszce. Pojawia się myśl i oświeca mnie, po czym następuje powódź zmysłowych doznań. Ręce mam skrępowane taśmą za plecami, nogi w kostkach. Przepaska zasłania mi oczy, coś mam na ustach. Nic nie widzę, nie mogę się poruszyć, nie słyszę niczego poza dudnieniem opon. Na próbę poruszam nogami, sięgam nimi w dół, potem na boki, w górę. Wynik tych ruchów plus doznanie czegoś szorstkiego na policzku utwierdzają mnie w podejrzeniu, które żywiłam już wcześniej – jestem zamknięta w bagażniku.

Przez chwilę niemal mnie to bawi. Oto jestem jak jedna z tych średniowiecznych dam w tarapatach, o których mówię studentom w Georgetown, jak jedna z tych szlachetnych pań z legend i opowieści, oznaczająca seks lub cnotę albo fałsz, albo jeszcze coś zupełnie innego dla rycerza, którego błaga o pomoc. Krytykowanie bierności tamtych kobiet bierze się z nieporozumienia, one w ogóle nie są kobietami. Są symbolami zdefiniowanymi przez znaczenie, jakie przypisują im rycerze, rozpoznawalnymi wyłącznie przez rolę, jaką odgrywają w rycerskiej przygodzie.

W tej chwili trudno mi nie poczuwać się do pokrewieństwa z tymi papierowymi postaciami. Siedzę w bagażniku ze względu na znaczenie nadane mi przez Melwasa, choć może nawet bardziej ze względu na znaczenie, jakie przypisują mi prezydent i wiceprezydent. Dla karpatiańskiego tyrana jestem rzeczą, którą pragnie posiąść, dla Asha i Embry’ego jestem żywą projekcją ich miłości i obietnic.

Inaczej mówiąc, odgrywam różne role i jestem pionkiem w cudzej grze. Zaciskam powieki pod przepaską i przysięgam sobie z tym skończyć. Choćbym musiała osobiście zabić Melwasa.

Poświęcam chwilę na uspokojenie nerwów, na powstrzymanie łez grożących mi zadławieniem. Jestem zamknięta w bagażniku. Bagażniki w nowoczesnych samochodach mają na wypadek awarii mechanizm umożliwiający otwieranie ich od wewnątrz. Jeśli uda mi się otworzyć ten, gdy znajdziemy się pośród intensywnego ruchu, ktoś zauważy, że tkwię w środku, związana i zakneblowana, i mnie uratuje. Ale jeśli otworzę pokrywę bagażnika w miejscu, gdzie nikogo nie będzie, to klops. On czy oni, ktokolwiek tam siedzi na przednim siedzeniu, zatrzaśnie ją z powrotem. I może na dodatek zrobi mi coś przykrego za przysparzanie mu problemów.

Co oznacza, że muszę wyswobodzić przynajmniej nogi, aby móc uciekać o własnych siłach, jakkolwiek miałyby się sprawy potoczyć.

Wykładzina bagażnika pachnie środkami czystości, a to nasuwa mi przypuszczenie, że samochód pochodzi z wypożyczalni. Co z kolei oznacza, że mam szansę, o ile tylko porywacze nie dopracowali swego planu w najdrobniejszych szczegółach. Wiercę się i kręcę, starając się przy tym jak najmniej hałasować, aż moje palce napotykają krawędź wykładziny. Tak jak na to liczyłam, udaje mi się ją unieść. Pod spodem znajduje się wgłębienie na zapasowe koło i lewarek, jednak nie o lewarek mi chodzi. Potrzebne mi są narzędzia. A konkretnie jedno.

Zajmuje mi to sporo czasu, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Tkwię skrępowana w ciemności, więc poruszam się z najwyższym trudem i okropnie powoli. W końcu jednak mi się udaje, natrafiam palcami na winylową torbę spoczywającą w osobnym zagłębieniu. Rozchylam ją i wydobywam z niej łyżkę do podważania opon, dziękując Bogu, że gdy byłam nastolatką, dziadek Leo uparł się nauczyć mnie zmieniać opony, chociaż nie było po temu realnej potrzeby. Teraz tamta wiedza mi się przydaje. Opieram łyżkę o ściankę bagażnika i usiłuję wbić ostry koniec w taśmę krępującą moje ręce.

Wystarczy chwila, by rozbolały mnie nadgarstki. Kilka razy końcówka łyżki nie trafia w cel i rani moją delikatną skórę na wewnętrznej stronie przedramion. Na szczęście przepaska na ustach tłumi wydawane przeze mnie wówczas mimowolne jęki bólu. W końcu, gdy już dłonie mam zdrętwiałe, a poranione ręce spływają krwią, osiągam cel. Udaje mi się rozerwać nadwątloną taśmę. Krzywiąc się z bólu, zdzieram tę z ust i przepaskę z oczu, po czym zabieram się do taśmy na nogach. Jej przecięcie idzie dużo szybciej.

Bez przepaski dostrzegam to, czego szukam, jedyny jasny punkt w moim ciemnym świecie. Klamkę z napisem „Pociągnąć”.

Korci mnie, żeby zrobić to już teraz, w tej chwili, ale udaje mi się zapanować nad emocjami. Czekam, aż samochód zwolni, niemal stanie. Stawiam na to, że stoimy na światłach, i modląc się, aby był dzień i pełno ludzi dookoła, pociągam za klamkę.

Światło jest oślepiające. Dosłownie oślepiające – nic nie widzę, nie rozróżniam nawet kształtów i powierzchni przed sobą. Mimo to zdobywam się na wysiłek – niezdarnie wygramoliwszy się z bagażnika, naglę nogi do wysiłku i biegnę, biegnę, biegnę, chociaż nie widzę, dokąd zmierzam, a moje bose stopy ślizgają się po mokrym asfalcie. Biegnę, choć czuję, że hotelowy szlafrok, który wciąż na sobie mam, rozchyla się, odsłaniając moją nagość. Słyszę wrzaski, ktoś krzyczy po ukraińsku, a ja próbuję zmusić moje oczy, żeby widziały więcej, widziały szybciej, jakbym mogła zwęzić źrenice siłą woli.

I wzrok powoli powraca. Znajduję się obok dużego budynku, kuśtykam po wąskim podjeździe. Jest wieczór. Musiałam być nieprzytomna przez bardzo długi czas. I zapach, znajomy zapach, odmienny od woni deszczu…

Przebieram nogami z całych sił, zbaczam z podjazdu i biegnę przez trawnik, ale to wszystko za mało, zesztywniałe nogi nie poruszają się dość szybko, a odzwyczajone od światła oczy nie znajdują drogi do bezpiecznego schronienia. Prześladowcy dopadają mnie zaledwie chwilę później. Padam obalona na wznak, a szlafrok się rozchyla. Zmagam się z leżącym na mnie porywaczem, usiłując zakryć swoje nagie ciało. Muszę mu oddać sprawiedliwość, że rzuciwszy okiem na moje piersi, pozwala mi na to. Rozpoznaję mężczyznę, który dopadł mnie w hotelu. Nadal ma na sobie uniform pracownika hotelowego z plakietką, na której widnieje jego rzekome imię Daryl.

– Za wiele kłopotów sprawiasz – syczy, a ja walczę o wolność i kopię go kolanem w jaja. Ból obezwładnia go na moment i sprawia, że rozluźnia chwyt, dzięki czemu omal nie udaje mi się wyswobodzić, lecz on szybko się ogarnia i na powrót przypiera mnie do ziemi i przygważdża moje ręce wyciągnięte nad głowę.

To zabawne, że do najlepszych chwil życia zaliczam te, gdy leżałam w takiej pozycji pod Ashem, ale teraz nie odczuwam niczego poza furią i strachem. Jeżeli kiedykolwiek miałam powody, żeby wątpić w poprawność mojego zaprogramowania seksualnego, teraz już znam prawdę – życzę sobie bólu i upokorzenia wyłącznie z rąk jednego mężczyzny.

Przypominam sobie minioną noc i mimo woli się uśmiecham. Może nie jednego, lecz dwóch, koryguję swoje myśli.

– Myślisz, że to dobra chwila na podśmiewanie się, ty suko? – Nie-Daryl wymierza mi siarczysty policzek, aż widzę gwiazdy. A potem kolejny, płaską dłonią, by nie pozostawić śladu, lecz dość mocny, żeby do oczu napłynęły mi łzy.

Pojawia się dwóch innych mężczyzn i wspólnie stawiają mnie na nogi, a ja walcząc z nimi i krzykiem wzywając pomocy, rozpoznaję ów znajomy zapach.

To zapach morza.

4

Embry

przed

Porucznik Colchester okazał się prawdziwym cierniem w moim boku.

Po pierwsze, ćwiczenia. Nim się pojawił, plutony ćwiczyły osobno, po prostu z braku miejsca w bazie. Jednak Colchester przekonał kapitana, że plutony powinny trenować współdziałanie. To znaczyło, że od tej pory ćwiczyliśmy razem, on i ja, a to z kolei, że dzień w dzień od poniedziałku do soboty musiałem patrzeć na to, jak Colchester biega szybciej ode mnie, maszeruje dłużej, skacze wyżej i robi głębsze przysiady.

Akurat te przysiady tak bardzo mi nie przeszkadzały.

Gorzej było z patrolami. Separatyści czynili szybkie postępy i przeciągali na swoją stronę coraz liczniejsze zastępy miejscowej ludności. Naszym głównym zadaniem stały się zatem przemarsze przez pięć czy sześć wiosek położonych najbliżej bazy, ściskanie rąk i rozdawanie tabliczek czekolady czy jakiegokolwiek innego badziewia, jakie rząd akurat przysłał nam danego miesiąca dla pozyskiwania życzliwości miejscowych. I chociaż każdy z nas dowodził własnym plutonem, nasze jednostki były małe, więc kapitan wysyłał nas razem, co znaczyło, że popołudniami widywałem Colchestera gawędzącego biegle z wieśniakami po ukraińsku, pomagającego im dźwigać jakieś skrzynie lub włączającego się w improwizowane mecze koszykówki i ogólnie tak pomocnego i sympatycznego, że aż mi się rzygać od tego chciało.

Nawet wówczas, gdy nie byliśmy razem, odczuwałem jego obecność tak silnie, jakbym ja był namagnetyzowany, a on był żelazną sztabą. Nocami przechodziły mnie ciarki na myśl, że śpi tuż za ścianą. Mówiłem sobie, że to dlatego, iż walczyliśmy ze sobą – i przegrałem z nim – i nie miałem ochoty wysłuchiwać kolejnego wykładu na temat tego, jak powinienem pełnić swoją służbę. Powtarzałem sobie to wszystko, choć od naszego wieczornego starcia upłynęły trzy tygodnie, a Colchester przez cały ten czas nie próbował zamienić ze mną ani słowa. A jednak kilka razy dziennie przyłapywałem spojrzenie jego oczu zielonych jak woda w jeziorze i próbowałem rozszyfrować jego minę, ni to surową, ni to rozbawioną.

I to mnie wkurzało. Kimże jest, że się ze mnie śmieje? Zawsze byłem gotów pierwszy zrywać boki z samego siebie, stać się przedmiotem żartów, o ile żarty były zabawne, a wieczór płynął wraz ze strumieniem trunków. Jednak z jakiegoś powodu myśl, że Colchester nie traktuje mnie poważnie, okropnie działała mi na nerwy.

Bo przyzwyczaiłem się do tego, że wszystko, łącznie z żartami ze mnie, przebiega pod moje dyktando.

Irytacja wzbierała we mnie i wzbierała, aż doszło do tego, że odczuwałem niezrozumiałe napięcie w jego obecności, a wręcz w obecności kogokolwiek. Więcej piłem, więcej paliłem, później kładłem się spać, nie mogłem otrząsnąć się z poczucia, że w jakimś sensie wyrosłem z własnej skóry, że w moich żyłach krąży coś nowego i wnerwiającego, od czego nie potrafię się oderwać. A czasem, kiedy byłem bardzo pijany, w bazie panowała cisza, a za oknem migotały zimne gwiazdy, zastanawiałem się, czy w ogóle chcę przed tym uciec. To było okropne uczucie, a jednak w jakimś sensie uzależniające, jak skaleczenie wargi, którego nie sposób przestać oblizywać, tylko dlatego, że się czuje żelazisto-słony smak własnej krwi.

Być może pozostałbym w tym stanie niepokoju i rozdrażnienia na zawsze, ale wszechświat miał wobec mnie inne plany. Merlin powiedziałby, że to przeznaczenie, Ash, że Bóg, a Greer zgodziłaby się z nimi oboma, lecz tak naprawdę nie miało to nic wspólnego z działaniem rozmiłowanej w porządku ręki bożej, ani też z góry przesądzonym biegiem rzeczy. Przez następne trzy miesiące panował pieprzony chaos.

Zaczął się tak samo, jak zwykle przedtem się zaczynał: od mojej siostry.

Morgan miała przyjechać dzień przed wspólnym wyjazdem do Pragi, by spędzić ze mną tydzień mojego urlopu na zwiedzaniu zabytków. W każdym razie ona zamierzała zwiedzać zabytki. Co do mnie, to planowałem znaleźć jakieś źródło absyntu i pierdolić ile wlezie, choćby przepierdolić całe praskie Nowe Miasto na wylot, udając przed samym sobą, że w bazie nie czeka na mój powrót ironiczny dupek patrzący na mnie z góry swymi zielonymi oczyma.

W każdym razie Morgan miała przyjechać i przenocować w wiosce nieopodal bazy, aby nazajutrz rano wsiąść wraz ze mną do pociągu jadącego do Pragi. Jednak ten mój ostatni dzień przed przepustką był zarazem dniem makabrycznie ciężkich ćwiczeń – osiem godzin czołgania się przez las usiany pozorowanymi przeciwnikami w celu utworzenia pozorowanego przyczółku. Błocko było lodowate, a tkwiące w nim sosnowe igły nadal ostre, więc kiedy przebrnęliśmy prawie dziesięć kilometrów, większości moich ludzi krew ciekła z palców i lało się z nosów. Zarządziłem odpoczynek, żeby mogli opatrzyć skaleczenia i złapać oddech, i właśnie wtedy się to stało. Ludzie Colchestera, nasi „przeciwnicy” wyłonili się z krzaków na drugim brzegu strumienia i otworzyli ogień.

Błoto wokół nas eksplodowało pod gradem niby-pocisków wypełnionych farbą, choć wystrzelanych z prawdziwej broni. Natychmiast wydałem żołnierzom komendę, by szukali osłony przed ostrzałem. Nie byłem kompletnym idiotą – kryliśmy się, wykorzystując ukształtowanie terenu, wyznaczyłem ludzi do obserwacji perymetru, słowem zorganizowaliśmy przyzwoite gniazdo oporu. Jednak nie byliśmy w stanie przejść do kontrataku, a moi żołnierze, jeden po drugim znakowani farbą z pocisków nieprzyjaciela, odpadali z gry. Wkrótce pozostaliśmy tylko ja i Dag, sierżant mojego plutonu, mając przeciw sobie sześciu czy siedmiu żołnierzy Colchestera. Po chwili również Dag padł na ziemię z głuchym jękiem – uderzenie kulką z farbą jest bolesne nawet przez kamizelkę ochronną – rzuciwszy mi przepraszające spojrzenie.

Od tamtego momentu samotnie prowadziłem ostrzał wroga chowającego się w zaroślach, klnąc w duchu i zmagając się z magnetycznym odczuciem bliskości Colchestera, zapewne obserwującego mnie z ukrycia z tym swoim nieodmiennie protekcjonalnym uśmieszkiem, głupim i zarazem tak nieodparcie czarującym…

Naraz poczułem lodowate dotknięcie na karku, odwróciłem się błyskawicznie i ujrzałem wymierzoną we mnie lufę glocka. Za mną stał Colchester. Mierzył do mnie z pistoletu, karabinek M4 miał przerzucony przez ramię, drugą ręką przytrzymywał przy ustach radiotelefon, by oznajmić swoim ludziom, że mnie dopadł.

– Kurwa! – rzuciłem.

Ale wiecie co? Nie zamierzałem zginąć, pozostawiając tego fiuta przy życiu. Uchyliłem się, nim zdążył wystrzelić, wymierzyłem lufę mego M4 w jego pierś i wypaliłem. Błyskawicznym unikiem uchronił się przed pociskiem z farbą i ponownie wymierzył we mnie broń. Eksplozja bólu targnęła moim bicepsem. Kamizelka kuloodporna nie ma rękawów, co to, to nie.

Cofnąłem się o krok, lecz nie dość szybko. Colchester wysunął nogę, podciął mnie i runąłem na ziemię. Leżąc na wznak, mrugałem powiekami i patrzyłem na kołyszące się nade mną gałęzie sosen.

– Wygrałem – oznajmił Colchester.

Drugą nogą przydepnął lekko nadgarstek ręki, z której nie wypuściłem broni.

– Nie ruszaj się – rzucił.

– Pierdol się.

Ten kutas tylko się na to uśmiechnął, rozchylając lekko usta i ukazując ledwie widoczny dołeczek w lewym policzku. Jego bucior nadepnął mój nadgarstek mocniej – nie aż tak mocno, żeby mnie to naprawdę zabolało, jednak na tyle, żebym poczuł się nieprzyjemnie – a wylot lufy trącił plamę farby na ramieniu.

– Jak tam, poruczniku, w porządku? Wiem, że to potrafi zaboleć.

Faktycznie bolało. Bolało jak cholera i wolałem nawet nie myśleć o paskudnym siniaku, jaki będę nosić na ramieniu. Jednak patrząc mu wtedy w oczy, nie umiałem znaleźć właściwych słów, żeby to wyrazić. Nie byłem w stanie zdobyć się nawet na kolejne pierdol się. W tamtej chwili czułem wyłącznie lepki ciężar każdego momentu przeżytego na drodze prowadzącej do tej chwili, wszystkich przepełnionych niepokojem i udręką nocy, które spędziłem, pijąc i wpatrując się w gwiazdy. Czułem się odcumowany od samego siebie, od wszystkiego, co nie było buciorem Colchestera i dwojgiem wpatrzonych we mnie zielonych oczu.

I nie wyobrażałem sobie, co nastąpi potem. A przynajmniej nie sądzę, żebym to sobie wyobrażał, choć trudno mi to powiedzieć z całą pewnością po tym wszystkim, co wydarzyło się między nami później – które Rubikony przekroczyliśmy, kiedy i jak. Jednak wówczas Colchester spoglądał z góry na bucior przydeptujący do ziemi moją rękę i na moją pierś poruszającą się spazmatycznie w dążeniu do złapania oddechu, który zaparło we mnie uderzenie plecami o ziemię, i niespodziewanie coś pojawiło się w jego twarzy. Przez krótką chwilę wydawało się, jakbyśmy oddychali we wspólnym rytmie, jakby jego oddech był odzwierciedleniem mojego nierównomiernego i zdyszanego oddechu, albo może jakbym to ja usiłował naśladować jego równomierny oddech. Potem zdjął but z mego nadgarstka i ukląkł obok mnie. Sosnowe igliwie szeleściło pod jego nogami. Spomiędzy koron drzew dobiegało żałośliwe gruchanie turkawki.

Zdjął hełm i w tym jego geście było coś osobliwie średniowiecznego, jakby rycerz ściągnął z głowy szyszak. Królewicz klęczący obok szklanej trumny pogrążonej w letargu księżniczki… o ile można nazywać księżniczką zepsutego playboya z Zachodniego Wybrzeża.

No i oczywiście żaden królewicz z bajki nigdy nie wypowiedział słów, które padły z ust Colchestera.

– Szkoda, że już cię zastrzeliłem – powiedział łagodnie. – Tak chciałbym usłyszeć twoje błaganie o litość.

Wokół nas kręcili się żołnierze, podśmiewając się z nowo nabytych siniaków lub na żarty przepychając się z kumplami, którzy „zabili” ich chwilę wcześniej, lecz my byliśmy oddaleni od nich o całe światy, trwaliśmy w kapsule czasu, która przechowała się w tym lesie przez stulecia.

Byłem zbyt oddalony od siebie samego, jakim jestem na co dzień, żeby zdobyć się na cokolwiek innego niż absolutna szczerość.

– Musiałbyś zadać mi dużo gorszy ból, żeby usłyszeć, jak błagam.

Spodziewałem się usłyszeć ciętą ripostę, agresywną pogróżkę, obietnicę dotkliwego złojenia mi skóry przy najbliższej okazji. Cholera, niemalże tego pragnąłem. On jednak zachował się inaczej. Jakby coś w moich słowach sprawiło, że skierował się do własnego wnętrza, pogrążył w sobie. Zamrugał i przygryzł wargę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem go zbitego z tropu, niewiedzącego, co ma mi odpowiedzieć.

– Chciałbym zrobić coś więcej, niż tylko sprawić ci ból – wyznał w końcu z udręczoną miną.

Potem wstał i odszedł, a ja głowiłem się, co właściwie chciał przez to powiedzieć… i co ja sam chciałem, żeby jego słowa znaczyły.

Poszedłem prosto pod prysznic. Nie przechodź przez start. Nie pobieraj 200 dolarów. Poszedłem prosto do kabiny, ściągnąłem z siebie przepocone, zabłocone ubrania i stałem pod prysznicem, z którego puściłem wodę najgorętszą, jak to było możliwe, próbując zmyć z siebie zapach sosnowych igieł i prochu. Usiłując zmyć z siebie odczucie, że wojskowy but Colchestera wciąż stoi na moim nadgarstku.

Tak chciałbym usłyszeć twoje błaganie o litość.

Więc wyciśnij je ze mnie, powinienem był odpowiedzieć. Choć może i to byłaby zła odpowiedź. Sęk w tym, że nie znałem właściwej.

Problem nie polegał na tym, że moje upodobania wykluczały Colchestera – moje upodobania obejmowały wszystko. Uczęszczałem do męskiej szkoły z internatem i uprawiałem seks z kolegami. Wracając do domu, sypiałem z bogatymi dziewczętami spędzającymi wakacje na wybrzeżu. Byłem szczęśliwy u rodziców i nie mniej szczęśliwy na Północnym Zachodzie – i wyglądało na to, że nikomu to nie przeszkadza. Raz czy dwa spotkałem się z insynuacją, że nie „potrafię się zdecydować”, kogo wolę pierdolić, ale to było groteskowe. Doskonale wiedziałem, kogo chciałem pierdolić – kogo popadnie.

A zatem nie tym się gryzłem, że pociągał mnie Colchester. Nie.

Gryzłem się tym, że był taki doskonały.

Gryzłem się tym, że budził we mnie nienawiść.

Gryzłem się tym, że nienawidziłem go, a mimo to potrafił wprawić mnie w zdenerwowanie, wywołać we mnie świerzbienie i sprawić, że traciłem nad sobą panowanie.

Gryzłem się tym, że przydepnął mi rękę buciorem, a mnie się to podobało.

W umywalni był szereg kabin z zasłonami. Usłyszałem wchodzących żołnierzy, żartujących i uskarżających się na błoto i zimno, i jakoś nie mogłem znieść tego, że myślę o Colchesterze, znajdując się pośród ludzi. Zakręciłem kran i poszedłem do swojego pokoju, żeby na powrót być samemu.

Jednak samotność nie była mi pisana. Kiedy otworzyłem drzwi, ujrzałem siedzącą na moim łóżku kobietę.

Rzuciłem na podłogę zabłocone drelichy, potem zrzuciłem ręcznik, którym byłem owinięty wokół bioder, i kompletnie nagi podszedłem do tandetnej komody z byle jakiego drewna.

– No doprawdy? – odezwała się Morgan z niesmakiem.

– To mój pokój – przypomniałem swojej przyrodniej siostrze. – Jak ci się nie podoba, to nie patrz.

Wywróciła oczami, ale jednak się odwróciła.

– Nawet nie usłyszę „cześć”? – spytała. – Ani „jak ci minęła podróż?”.

– Cześć, jak ci minęła podróż, co tu robisz? Mieliśmy spotkać się jutro na stacji.

– Chciałam cię zobaczyć.

– Raczej zobaczyć innych żołnierzy – odparłem, wciągając majtki i wkładając T-shirt piaskowej barwy.

– Nie można winić dziewczyny za ciekawość.

– Jedziemy do imprezowej stolicy Europy. I mogę winić dziewczynę za niecierpliwość.

– A co z tobą, Embry? – Odwróciła się, gdy już byłem ubrany. – Ile ty cierpliwości miałeś?

– Jeśli chodzi ci o to, czy pieprzyłem się z kimś w bazie, to odpowiedź brzmi „nie”. Rozumiem, że to może być dla ciebie niepojęte, lecz muszę przestrzegać regulaminu, żeby nie wpakować się w kłopoty.

Morgan uśmiechnęła się na to. Miała dwadzieścia trzy lata i odkąd ukończyła Uniwersytet Stanforda, pracowała w firmie lobbingowej mego ojczyma. A ponieważ była zatrudniona w przedsiębiorstwie należącym do rodziny, żadne regulaminy jej nie obowiązywały.

– Jak sobie życzysz, braciszku – zagruchała słodko jak do niemowlaka, używając formy, którą zwracała się do mnie w dzieciństwie.

Podszedłem do łóżka i stanowczym ruchem ująłem ją za łokieć. Nasze bratersko-siostrzane relacje były… Właściwie to wcale ich nie było. Odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem, bośmy się rozumieli, ale nasze wzajemne zrozumienie było chłodne i wyrachowane, wynikało z rodowej dumy. Nigdy nie zaznałem innego rodzaju miłości rodzinnej.

A w tamtej chwili? Po prostu chciałem być sam.

– Myślę, że pora, abyś wracała do wsi. Spotkamy się jutro na stacji. Siostruniu.

Zrobiła niby to obrażoną minę, ale pozwoliła wyprowadzić się z pokoju i poprowadzić korytarzem, gdzie oczywiście natknęliśmy się na Colchestera, który wyszedł ze swego pokoju z ręcznikiem przerzuconym przez ramię.

Idź swoją drogą, ponaglałem go w duchu. Po prostu idź swoją drogą.

Nie posłuchał mnie. Ujrzawszy mnie, zwolnił, a na widok Morgan to już w ogóle stanął jak wryty. I niespodziewanie zobaczyłem moją przyrodnią siostrę jego oczami – jedwabiste, kruczoczarne włosy do pasa, szmaragdowe oczy, długa szyja i szczupła sylwetka. W mojej piersi coś zacisnęło się w węzeł, luźny i twardy naraz, jak pętelka na szypułce wiśni.

– Poruczniku Moore – powiedział pogodnym tonem. – Kim jest twoja przyjaciółka?

– To moja siostra…

– Przyrodnia – dodała Morgan.

– …i jutro wybieramy się we dwójkę do Pragi. Natomiast jeśli chodzi o chwilę obecną, to wraca do wioski.

– Wybieracie się jutro do Pragi?

– Tak, poruczniku Colchester, i wszystko zostało uzgodnione z kapitanem, więc nawet nie próbuj…

Urwałem, bo Colchester pchnął drzwi do swego pokoju i zabrał coś z małego biurka. Wyszedł na korytarz z prostokątną karteczką, na której były wydrukowane daty, godziny odjazdu i nazwy stacji. Kąciki ust wykrzywiły mu się w leciutkim uśmiechu.

– O, mój Boże – odezwała się Morgan, trzepocząc rzęsami.

– Nie – powiedziałem.

– Tak – odpowiedział.

Podszedłem bliżej, żeby się upewnić, że dobrze widzę. I owszem, stanowczo był to bilet na pociąg do Pragi. Na jutro, odjazd z tej samej stacji. A wręcz o tej samej porze.

– Powinniśmy pojechać razem – zaproponował, spoglądając to na Morgan, to na mnie. – Zgłaszając wniosek o urlop i przepustkę, nie miałem pojęcia, dokąd się wybrać. Wycieczka do domu byłaby za droga, a o Pradze słyszałem tak wiele dobrego. – Wzruszył jednym ramieniem i uśmiechnął się rozbrajająco. Wpatrywałem się w ten uśmiech, w jego usta. Jak on może uśmiechać się tak niewinnie, skoro przed godziną przydeptywał moją rękę do ziemi i deklarował, że chciałby usłyszeć moje błaganie?

Morgan natychmiast załapała, o co mu chodzi.

– Ja byłam w Pradze już dwa razy, Embry też ją kiedyś odwiedził. Z przyjemnością oprowadzimy cię po mieście.

Colchester wyglądał na zadowolonego. Morgan również.

Ja jeden wcale nie czułem się zadowolony.

Jakoś przeżyłem resztę wieczora. Z trudem, ale zdołałem oderwać Morgan od Colchestera i wyprawić ją na nocleg do wsi. Przełknąłem obiad, nie czując smaku potraw. Wróciłem do swego pokoju i położyłem się na łóżku w ubraniu, świadom, że nie zasnę, świadom wielu bezsennych godzin czekających mnie, nim znajdę się uwięziony w kolejowym wagonie z Colchesterem i moją siostrą…

I nagle się obudziłem. Jednak przespałem noc głębokim snem bez snów, a teraz już nadeszła pora, by wstawać. Mówiłem sobie, że boję się tej podróży w towarzystwie zadowolonego z siebie dupka, wiedziałem, że się jej boję, tyle że bicie mego serca i ściskanie w dołku wcale nie wyglądały na wywołane strachem. Pośpiesznie skorzystałem z łazienki i wyszykowałem się do drogi, jakbym mógł prześcignąć własny niepokój.

Nie mogłem.

Kiedy wyszedłem przed barak, on już czekał. Światło poranka uwydatniało swym odblaskiem jego wysokie kości policzkowe i mostek nosa. Lekko mrużył oczy w jaskrawym świetle słońca, ściągnąwszy gęste brwi i zwęziwszy zielone oczy. Zobaczyłem go pierwszy, jeszcze nim on spostrzegł mnie. I wystarczyła mi chwila, zaledwie chwila, bym uświadomił sobie okropną i głupią prawdę. Taką mianowicie, że gdyby ten przystojny sukinsyn naprawdę tego zapragnął, to mógłby schrupać moje skurczone z przerażenia serce w mgnieniu oka. Mógłby je przeżuć i wypluć, a ja byłbym bezradny jak wisienka wirująca na dnie szklanki whiskey.

Ale dlaczego?, zadałem sobie pytanie. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Nie. To się musiało skończyć. To wszystko działo się wyłącznie dlatego, że był taki ładny, taki surowy, taki mocny, ale przecież w Pradze spotkam setki takich chłopców jak on, nie wspominając o wszystkich ciepłych, słodkich dziewczynach. Nie potrzebowałem tak się denerwować z powodu kogoś, kto zauważał moje istnienie tylko po to, żeby strzelić mi w ramię. Musiałem uwolnić się od tego uczucia raz na zawsze i dokładnie wiedziałem, jak to osiągnąć.

Podszedłem do niego, wieszając torbę na ramieniu.

– Pora ruszać – powiedziałem. – Pociąg nie będzie na nas czekać.

Wyszliśmy z bazy w milczeniu. Wziąłem głęboki oddech i z trudem zmusiłem się do tego, by zadać mu pytanie:

– W którym hotelu się zatrzymasz?

– Jeszcze nie zarezerwowałem pokoju – przyznał.

– Powinieneś zamieszkać tam, gdzie my – powiedziałem, nienawidząc samego siebie za to tak strasznie, że aż mnie skręcało. – Morgan bardzo się cieszy, że będzie miała okazję bliżej cię poznać.