Amerykańska Królowa. Nowy Camelot. Tom 1 - Sierra Simone - ebook
lub
Opis

Nikt nie powinien odkryć, co połączyło ją z najważniejszymi osobami w państwie

Kiedy Greer Galloway ma piętnaście lat, spotyka Asha, który kradnie jej pierwszy pocałunek i rozkochuje ją w sobie na długi czas. Kilka lat później poznaje Embry’ego, który zostaje jej pierwszym kochankiem. Wkrótce jeden z nich będzie prezydentem, a drugi wiceprezydentem USA.

Ash i Embry są jedynymi mężczyznami w życiu Greer, do których kiedykolwiek coś czuła. Kiedy prezydent Ash prosi Embry’ego, aby ją sprowadził, kobieta ma serce rozdarte na pół.

Wkrótce Greer wikła się w sieć sekretów i domysłów, która rodzi skandaliczny związek na najwyższych szczeblach władzy. Jednak nikt nie zdaje sobie sprawy, że jest ktoś, kto obserwuje bacznie każdy ich ruch.

__

"Pyszna i nieprzyzwoita fantazja, rozbrajająco emocjonalna, wysoce erotyczna, z niezbędną dawką magii." – Meredith Wild, bestsellerowa autorka „The New York Times”

__

O autorce

Sierra Simone – bestsellerowa autorka „USA Today”, która uwielbia przenosić na papier najbardziej niegrzeczne myśli, jakie pojawiają się w jej głowie. Pracowała jako bibliotekarka i wtedy miała szczególnie dużo czasu na snucie literackich fantazji. Prywatnie żona gorącego policjanta, matka dwójki dzieci, właścicielka dwóch wielkich psów i dwóch niegrzecznych kotów. Współautorka książek "Gliniarz" i "Gwiazdor" (wspólnie z Laurelin Paige).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 472

Popularność


Dla Suk bez Cienia – Penisy!

Prolog

Dzień ślubu

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie jest bezwstydna,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma*.

Wpatruję się w ostatnią linijkę wersetu z Biblii, podczas gdy moja kuzynka Abilene i jej matka krzątają się przy moim welonie. Całość ustępu z listu do Koryntian jest wyryta w bloku marmurowym w przedsionku kościoła. Każda inna panna młoda mogłaby czerpać z tych słów odwagę i wiarę. Możliwe, że ja jestem jedyną, która widzi w nich ostrzeżenie od Boga.

Jednak gdy myślę o tym, co czeka mnie przy ołtarzu, o tym, który tam czeka, prostuję natychmiast ramiona i odwracam wzrok od wersów. Wiedziałam, że Ash jest moim przeznaczeniem, od momentu, gdy go ujrzałam. Pójdę za nim wszędzie, poświęcę dla niego wszystko, czego tylko zażąda, oddam mu z chęcią każdą część siebie.

Będę znosić, wierzyć, mieć nadzieję i wytrzymywać miłość Asha do grobowej deski, nawet za cenę poświęcenia własnej duszy.

A taką cenę przyjdzie mi zapłacić.

Jedynym pocieszeniem jest to, że nie będę sama w cierpieniu.

Biorąc głęboki oddech, staję przed drzwiami, gdy te się otwierają. Wewnątrz kościoła unoszą się zwiewne nuty Kanonu D-dur Pachelbela. Mój dziadek ujmuje mnie pod ramię, by poprowadzić do ołtarza. Goście wstają z miejsc, świece migoczą, mój welon jest idealnie ułożony.

I wtedy dostrzegam Asha.

Mój puls jest urywany, adrenalina i krew uderzają mi do głowy i serca. Ash wygląda w smokingu tak, jakby się w nim urodził, jego wąskie biodra i szerokie barki idealnie dopełniają perfekcyjnego kroju. Nawet gdyby nie stał u szczytu schodów wiodących ku ołtarzowi, górowałby nad wszystkimi zebranymi – taki już jest. Nie musi starać się emanować mocą i siłą, on jest mocą i siłą. A w tej chwili cała ta moc i siła są skierowane na mnie. Nasze oczy się spotykają, nasze oddechy synchronizują, nawet poprzez dzielącą nas odległość.

Ash wydaje się zelektryzowany moim widokiem – mojej sukni, welonu, drżącego uśmiechu – a moje serce rośnie na widok jego zachwytu. Ash chciał, żebyśmy ujrzeli się dopiero na ceremonii, pragnął tego momentu. A ja, widząc, jak na jego przystojnej twarzy zmagają się emocje, czując, jak moja własna krew krąży szybciej na jego widok w smokingu, muszę przyznać, że było warto. Nieważne, jak archaiczna jest ta tradycja, nieważne, jakich kłopotów przysporzyła naszym gościom, nieważne, jak ciągnęły się godziny bez niego tego poranka – było warto.

I wtedy nagle, prowadzona przez dziadka nawą, widzę jego.

Zaraz obok Asha, ciemnowłosy i szczupły, niebieskooki, obdarzony ustami stworzonymi do grzechu i przeprosin, czasem nawet w tej kolejności.

Embry Moore – najlepszy przyjaciel Asha, jego drużba, jego partner do biegania…

Bo oczywiście nie zmierzam w kierunku ołtarza, żeby wyjść tylko za faceta, w którym byłam zakochana od szesnastego roku życia, lecz także za prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Setki gości nagle znikają, kwiaty i świece tracą na znaczeniu. W tej chwili jesteśmy tylko my troje: panna młoda, pan młody i świadek. Ja, Ash i Embry. Nie ma prezydencji, wiceprezydencji ani świeżo odmalowanego gabinetu Pierwszej Damy, czekającego na mnie po powrocie z miesiąca miodowego. Nie ma hord reporterów i legionu kamer, obecnych wewnątrz i na zewnątrz katedry, nie ma ambasadorów, senatorów i celebrytów wypełniających ławy.

Jesteśmy tylko my troje. Ash, poważny i potężny, Embry, udręczony i blady, i ja – ze śladami ugryzień na wnętrzach ud i z walącym sercem.

Kiedy już niemal zbliżam się do ołtarza, widzę, że drużba również ma ślad ugryzienia na szyi, wystający znad kołnierzyka koszuli, świeży, czerwony i wielki.

Dostrzegam również, że w kieszonce na poszetkę Ash, zamiast chusteczki, ma moje koronkowe majtki. Nikt inny nie domyśla się, co to jest, ale Ash obnosi się z nimi jak z trofeum. Ostatnim razem, gdy je widziałam, miał je w ręku Embry…

Dziadek unosi mój welon i całuje mnie w policzek, a następnie opuszcza welon ponownie na moją twarz. Ash wyciąga rękę, a ja splatam jego palce z moimi. Razem stajemy przed księdzem, jedna z moich druhen wygładza moją suknię i zajmujemy swoje miejsca.

Nie zdaję sobie sprawy, że zaczęłam płakać, dopóki Ash nie wypuszcza mojej dłoni ze swojej, sięga pod mój welon i ociera mi łzę kciukiem. Następnie unosi kciuk do ust i zlizuje z niego moje łzy. Jego ciemnozielone oczy płoną obietnicą, a za jego plecami Embry odruchowo dotyka palcami śladu po ugryzieniu, który zostawił tam Ash.

Przechodzą mnie dreszcze.

Ksiądz rozpoczyna ceremonię, goście zajmują miejsca, a ja po raz ostatni zastanawiam się, czy Bóg nie pragnie, bym to przerwała, czy przypadkiem nie jest już w stanie nawet na nas spojrzeć, czy nie próbował mnie wcześniej ostrzec przed czymś, czego mogłabym nie wytrzymać? Czego mogliby nie wytrzymać z mojej strony dwaj najpotężniejsi mężczyźni na świecie?

Jednak wtedy napotykam wzrok Asha, wciąż pełen pożądania, i widzę Embry’ego dotykającego śladów na szyi i wiem, że ta bajka nie może mieć innego zakończenia.

Bóg może mnie ostrzegać, ile chce, ale to nie znaczy, że mam go słuchać.

* Pierwszy List św. Pawła do Koryntian (1 Kor 13, 1-13), Biblia Tysiąclecia, Poznań – Warszawa 1980 (przyp. tłum.).

CZĘŚĆ I. Księżniczka

1

Osiemnaście lat temu

Kiedy miałam siedem lat, czarodziej rzucił na mnie klątwę. Wydaje mi się, że to było na balu charytatywnym. Pomijając czarodzieja, impreza nie różniła się niczym od wielu podobnych, na które zabierał mnie ze sobą dziadek. Suknie balowe i smokingi, kandelabry rzucające blask na pełne przepychu sale z oktetami smyczkowymi grającymi dyskretnie w kącie. W teorii te imprezy wspierały cele charytatywne i fundacje zakładane przez bogatych i znudzonych, jednak w rzeczywistości były spotkaniami biznesowymi. Sondowano tu poziom wsparcia dla tego lub owego kandydata, urabiano potencjalnych darczyńców. To tu miały swoje początki umowy biznesowe i związki małżeńskie w wyższych sferach – bo czymże były związki małżeńskie wśród bogaczy, jeśli nie umowami biznesowymi na całe życie?

Nawet jako mała dziewczynka rozumiałam to doskonale, jednak nigdy mi to nie przeszkadzało. Takie było życie – a przynajmniej życie mojego dziadka Leona – i nigdy nie przyszło mi do głowy go kwestionować.

Poza tym lubiłam się ubierać w drogie, falujące suknie, które kupował mi dziadek Leo. Podobało mi się, gdy dorośli pytali mnie o opinię, uwielbiałam patrzeć na wszystkie te piękne kobiety i przystojnych mężczyzn, a przede wszystkim kochałam tańczyć z dziadkiem, który zawsze pozwalał mi stawać na swoich butach i obracał mnie w kółko i w kółko, a ja udawałam, że jestem księżniczką z bajki.

A późną nocą, gdy wielki czarny samochód odwoził nas do luksusowego apartamentu na szczycie budynku, dziadek cierpliwie znosił moje trajkotanie o wszystkim, co widziałam i słyszałam, zadawał pytania o to, kto co powiedział, jak to powiedział, jak ta osoba wyglądała, kiedy mówiła: czy była zadowolona, czy nie. Wypytywał mnie o to, kto wyglądał na zmęczonego, kto na rozproszonego, kto mamrotał z niezadowoleniem pod nosem podczas najważniejszych przemówień.

Dopiero kilka lat później uświadomiłam sobie, że dziadek polegał na mnie jako na swego rodzaju szpiegu, obserwatorze, gdyż w obecności dzieci dorośli nieraz mówią rzeczy, których nie wyjawiliby przy innych dorosłych. Opuszczają wtedy gardę, mamroczą pod nosem do znajomych, pewni, że dzieci ich nie słyszą lub nawet tego nie zauważą. Jednak ja zauważałam. Byłam spostrzegawcza, ciekawa wszystkiego i miałam tendencję do dostrzegania głębszych przekazów w wypowiedziach i gestach. A przy boku dziadka Leona spędziłam całe lata, przekuwając te zdolności w coś użytecznego, szlifując je jak diament. Dziadek z kolei używał moich informacji dla dobra Partii, a ja stałam się jego chętną wspólniczką, gdyż chciałam mu pomóc, pragnęłam, by był ze mnie dumny. Poza tym było coś uzależniającego w obserwacji ludzi, w rozgryzaniu ich – jakbym czytała książkę i próbowała przewidzieć zakończenie.

Jednak tego wieczora, gry poznałam czarodzieja, to wszystko było dopiero przede mną. W tamtej chwili byłam rozemocjonowana od kręcenia się w kółko i od ilości cukru w deserach, których dodatkowe porcje wyciągałam od zachwyconych mną kelnerek. Nadal kręciło mi się w głowie, gdy dziadek skinął na mnie palcem, bym przyłączyła się do niego nieopodal drzwi do sali balowej. Podążyłam ku niemu w podskokach, oczekując, że przedstawi mnie kolejnemu ze swoich typowych znajomych – szych biznesu lub niecierpliwych, zblazowanych biznesmenów.

Jednak tym razem był to ktoś zupełnie inny. Wysoki mężczyzna, niewiele po dwudziestce, z czarnymi oczami i cienkimi ustami, które przywodziły mi myśl ilustracje w moich książkach z bajkami, przedstawiające złych czarnoksiężników.

W przeciwieństwie do postaci z bajek, nie miał on kostura ani powiewającej szaty. Ubrany był w nieskazitelny smoking, gładko ogolony, a ciemne, krótkie włosy miał idealnie ułożone. Dziadek uśmiechnął się do mnie promiennie i przedstawił nas:

– Pan Merlin Rhys. To moja wnuczka, Greer. Greer, ten młody człowiek przeprowadza się do nas z Anglii, będzie konsultantem Partii.

Partia. Nawet kiedy miałam siedem lat, Partia była w moim życiu jednym z najbardziej istotnych elementów. Wynikało to zapewne z faktu, że moim dziadkiem był ekswiceprezydent. Zwłaszcza że ten wiceprezydent służył w Białym Domu u boku świętej pamięci Penleya Luthera, nawet po śmierci czczonego przez Partię jak bóstwo.

Żadne przemówienie nie mogło się obyć bez wzmianki o Lutherze, jego postać przywoływano w każdym kryzysie. Co zrobiłby Luther? Co zrobiłby Luther?!

Poczułam lęk, ten rodzaj pełznącego powoli, stawiającego włosy na karku lęku, który mnie dopadał, gdy budziłam się w nocy i widziałam otwarte drzwi do mojej szafy. Wiedziałam jednak, że dziadek Leo nie da mnie skrzywdzić, że ten obcy nie może mi nic zrobić w sali pełnej ludzi. Tyle że tak naprawdę nie bałam się, że mnie skrzywdzi czy porwie. Przerażało mnie raczej to, jak jego oczy wwiercały się w moje, jak bardzo widoczna i wszechobecna była jego dezaprobata wobec mnie. Czułam, jakby mnie znał, rozumiał, widział przeze mnie na wskroś. Wszystkie te razy, gdy kłamałam lub oszukiwałam czy biłam się z kimś na podwórku. Jakby wiedział o wszystkich tych nocach, gdy leżałam, nie mogąc zasnąć ze strachu przed otwartymi drzwiami mojej szafy, niezdolna wstać i je zamknąć. Wszystkie te poranki, gdy chadzałam z ojcem na spacery w lesie za naszym domem, i popołudnia, kiedy matka cierpliwie próbowała uczyć mnie tai-chi. Wszystkie książki z bajkami, które uwielbiałam, wszystkie skarby, które zgromadziłam w małej skrzyneczce pod moim łóżkiem, wszystkie moje dziecięce sekretne lęki i marzenia – wszystko. Ten człowiek widział wszystko. To, że przejrzał mnie – na wskroś – było najbardziej przerażającą rzeczą w moim życiu.

– Leo! – zawołał jakiś mężczyzna opodal nas. On także był członkiem Partii. Dziadek poklepał mnie po głowie i dał mu znak, by się zbliżył.

– Momencik, panie Rhys.

Merlin skinął głową z powagą, a dziadek odwrócił się ku drugiemu mężczyźnie. Zmusiłam się, by ponownie spojrzeć Merlinowi w oczy, i natychmiast tego pożałowałam. Zdałam sobie sprawę, że podczas rozmowy z dziadkiem ukrywał emocje, teraz tak widoczne – w jego oczach płonęła antypatia.

– Greer Galloway – odezwał się tym miękkim-nie miękkim tonem głosu. W jego akcencie słychać było coś jakby walijski zaśpiew, jakby stracił kontrolę nie tylko nad wzrokiem, ale też i głosem.

Przełknęłam ślinę. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć – byłam tylko dzieckiem, mój dziewczęcy urok zawsze wystarczał, by oczarować znajomych dziadka, jednak czułam, że tu nie przyda się na nic. Nie byłam w stanie przypodobać się Merlinowi, nic tu po moich uśmiechach, dołeczkach w policzkach, piruetach czy dziecinnych pytaniach.

I wtedy nagle on ukląkł przede mną. Dorośli ze świata dziadka rzadko to robili – nawet kobiety z własnymi dziećmi preferowały stać nade mną i głaskać mnie po głowie, jakbym była zwierzątkiem. Jednak Merlin ukląkł przede mną tak, bym mogła spojrzeć mu w oczy bez zadzierania głowy. Pomimo lęku wiedziałam, że to oznaka szacunku. Merlin traktował mnie jak kogoś wartego jego czasu i uwagi i nawet pomimo iż okazywał mi dezaprobatę, byłam mu za to na swój dziecięcy sposób wdzięczna.

Wyciągnął ku mnie dłonie i chwycił moją twarz w długie, smukłe palce, by poddać ją uważnej inspekcji. Jego czarne oczy zaczęły ją studiować.

– Nie ambicjonalna – rzekł. – Ale często nieostrożna. Nie oziębła, ale czasem zdystansowana. Pełna pasji, inteligentna, rozmarzona… I zbyt łatwa do skrzywdzenia. – Pokręcił głową. – Dokładnie tak, jak myślałem.

Ze stosów książek przy moim łóżku wiedziałam, że słowa czarnoksiężnika są rzeczą niebezpieczną. Wiedziałam, że nie powinnam się odzywać, nie powinnam mu nic obiecywać, na nic się zgadzać, na nic przystawać, nie powinnam kłamać ani robić uników. Nie mogłam się jednak powstrzymać.

– Co dokładnie pan myślał?

Merlin opuścił dłonie, a na jego twarzy pojawił się wyraz szczerego żalu.

– To nie możesz być ty, przepraszam, ale to po prostu niemożliwe.

Moja ciekawość i zmieszanie były silniejsze niż strach.

– Ale co nie mogę być ja, proszę pana?

Merlin uniósł się, wygładzając marynarkę od smokingu, widać było, że ma już jasność co do problemu, który rozważał.

– Gdy nadejdzie czas, zatrzymaj swoje całusy dla siebie – odpowiedział.

Nic z tego nie rozumiałam.

– Ale ja nie całuję nikogo oprócz dziadka Leona oraz mamy i taty.

– Na razie. Jednak, gdy będziesz starsza, odziedziczysz ten świat. – Merlin zatoczył ręką wokół nas. – Świat, który pomógł stworzyć twój dziadek. Świat, który wisi na włosku, pomiędzy zaufaniem i władzą. Ludzie posiadający władzę muszą podejmować decyzje, kiedy sobie nawzajem ufać, a kiedy ze sobą walczyć. Te decyzje nie zawsze zapadają w umyśle. Czasem decyduje o nich serce. Rozumiesz coś z tego?

– Chyba… – odparłam niepewnie.

– Greer, jeden twój pocałunek może zburzyć równowagę świata, zamienić przyjaźń w nienawiść, pokój w wojnę. Może zniszczyć wszystko, co twój dziadek budował z tak wielkim trudem, i spowodować, że wielu ludzi ucierpi. Nie chciałabyś tego, prawda? Nie chciałabyś skrzywdzić swojego dziadka, zrujnować całej jego ciężkiej pracy?

Potrząsnęłam energicznie głową, zaprzeczając.

– Tak właśnie myślałem. Bo to właśnie może się stać, gdy twoje usta dotkną ust innego. Zapamiętaj moje słowa.

Potaknęłam ponownie głową, gdyż ta logika do mnie przemawiała. Pocałunki miały w sobie magię, każdy to wiedział. Zamieniały żaby w książęta, budziły księżniczki z wiecznego snu i decydowały o losach królestw i imperiów. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że Merlin mógłby się mylić, że pocałunek mógłby być nieszkodliwy.

Albo wart wszelkich konsekwencji, jakie z niego wynikają, nawet złych.

W oczach Merlina pojawił się głęboki smutek.

– Żal mi twoich biednych rodziców – powiedział miękko. – Mimo wszystko jesteś jednak słodką dziewczynką. Zasługujesz wyłącznie na szczęście i może któregoś dnia uświadomisz sobie, że to właśnie próbuję ci dać. Dbaj z całych sił o rzeczy, które cię uszczęśliwiają, i nigdy nie miej wątpliwości, że jesteś kochana. – Skinął głową w kierunku dziadka Leona, który właśnie do nas wracał.

– Moi rodzice nie są biedni, czują się świetnie – rzekłam skonfundowana.

Merlin nic nie odrzekł, lecz pochylił się i dotknął mojego ramienia. Nie było to zaproszenie do uścisku, poklepanie ani pieszczota, jedynie dotyk. Ulotna chwila, a potem pustka i niepokój przenikający mnie do szpiku kości.

Dziadek Leo wziął mnie w ramiona i dał mi wielkiego, wąsatego całusa w policzek.

– Czyż moja wnuczka nie jest niesamowita, Merlinie? – spytał, szczerząc się do mnie w uśmiechu. – O czym rozmawialiście?

Już otwierałam usta do odpowiedzi, gdy Merlin zwinnie mnie uprzedził.

– Greer opowiadała mi, jak dobrze jej się z tobą mieszka.

Dziadek wyglądał na zadowolonego.

– A owszem. Kocham Oregon jak mało kto, ale nie ma to jak Nowy Jork, prawda, Greer?

Na pewno mu coś odpowiedziałam. Na pewno też rozmowa toczyła się dalej, o polityce, pieniądzach i demografii, ale ja byłam w stanie myśleć wyłącznie o wcześniejszych słowach Merlina.

Żal mi twoich biednych rodziców.

Z moją nadpobudliwą wyobraźnią nietrudno mi było zwizualizować sobie w głowie najgorsze. W bajkach zawsze szło to według tego samego scenariusza: tragedia, omeny, złamane serce. Co, jeśli moi rodzice zostali zamordowani? Co, jeśli ich samolot spadł, w ich hotelu był pożar, co, jeśli zostali pobici i obrabowani, i zostawieni na śmierć w ciemnej uliczce?

Żal mi twoich biednych rodziców.

To było jedyne, o czym mogłam myśleć, jedyne, co słyszałam. Kiedy dziadek Leo tego wieczora układał mnie do snu, wybuchłam płaczem.

– Co się stało, kochanie? – zapytał dziadek ze zmarszczonymi ze zmartwienia brwiami.

Wiedziałam, że mi nie uwierzy, kiedy mu powiem, że Merlin to czarodziej, może nawet zły czarnoksiężnik, że możliwe, iż zobaczył śmierć moich rodziców, nim się zdarzyła. Skłamałam więc, mówiąc po prostu:

– Tęsknię za mamą i tatą.

– Moja biedna – odparł dziadek. – Zadzwońmy do nich zatem.

Wyciągnął telefon i wybrał numer, i już po paru sekundach usłyszałam głosy mamy i taty dochodzące z głośnika. Byli w Bukareszcie, szykowali się do wejścia do pociągu do Warszawy. Byli szczęśliwi, bezpieczni i pełni obietnic związanych z powrotem do domu. Przez chwilę im uwierzyłam. Uwierzyłam, że wrócą. Że będzie więcej wypraw do lasu z tatą, więcej tai-chi z mamą, więcej nocy, gdy przed zaśnięciem słuchałam, jak czytają sobie nawzajem poezję, siedząc przy wesoło trzaskającym ogniem kominku. Że miałam przed sobą długie lata słońca i zieleni drzew, lata dzieciństwa, bezpieczna w stworzonym przez moich rodziców ciepłym gniazdku z książek i natury.

Jednak tej nocy, gdy leżałam w łóżku, słowa Merlina cały czas wkradały się w moje myśli.

Żal mi twoich biednych rodziców.

Prawie w ogóle nie spałam. Budziłam się natychmiast na każdy dźwięk klaksonu czy syreny na ulicach Manhattanu pod oknami budynku dziadka, trzęsłam ze strachu przy każdym skrzypnięciu targanych wiatrem framug okien. Mój sen przeplatały omamy o pokrytych drzewami górach, w miejscu, którego nigdy nie widziałam, o mężczyznach o szerokich barkach przedzierających się przez bagna i martwe igliwie, moich rodzicach tańczących w salonie i myślących, że zasnęłam. O pociągu, który przejeżdżał przez most, a ten się zawalił.

Moi rodzice tańczyli, wiatr wiał wśród drzew, mężczyźni pełzli przez błoto. Pociąg spadał ku dnu kotliny.

Taniec, drzewa, błoto, śmierć.

Raz za razem.

Taniec, drzewa, błoto, śmierć.

Kiedy obudziłam się w słabym świetle poranka, ujrzałam dziadka w drzwiach. Stał tam, oczy miał puste od szoku i przerażenia, telefon luźno zwisał mu z dłoni. Wiedziałam, co ma mi do powiedzenia.

Odwróciłam twarz do ściany i zaczęłam się modlić do Boga – modlić, by mnie też uśmiercił.

2

Jedenaście lat temu

Bóg, jak to ma w zwyczaju, nie wysłuchał moich modlitw. Życie toczyło się dalej. Rodzice mojej matki byli ludźmi starszymi i chorowitymi, a ciotka i wuj w Bostonie, którzy mieli własną córkę w moim wieku, wyraźnie dali do zrozumienia, że nie chcą kolejnego dziecka. Jednak to nie miało większego znaczenia. Od momentu, gdy dziadek Leo otrzymał telefon, kiedy tylko rzeczywistość wokół nas nieco się uspokoiła, nie było wątpliwości, że zostanę z nim. Dziadek, zdrowy i energiczny, miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat, a w jego domu było wystarczająco dużo miejsca na drugą osobę. Był człowiekiem zajętym, Partią i swoim kwitnącym imperium opartym na zielonej energii, jednak nigdy nie mówił nie, chyba że snowi. Kazał przenieść moje rzeczy do swojego apartamentu, zapisał mnie do małej, lecz rygorystycznej szkoły na Upper West Side i przyjął mnie do swojego życia najlepiej, jak tylko mógł to zrobić wdowiec.

Pamiętam, że płakałam przed pogrzebem i po nim, ale nie w trakcie. Pamiętam, że zamykałam się w sobie w nowej szkole, tak innej od pełnej światła i powietrza Montessori w Oregonie. Pamiętam, jak dziadek kupował mi stosy książek na pocieszenie, a ja czytałam do późna w nocy. Pamiętam, że tęskniłam za moimi rodzicami tak mocno, że czułam się, jakby ktoś wydłubał coś wewnątrz mnie gigantyczną łyżką. Pamiętam też słowa przepowiedni Merlina, odzywające się echem w mojej głowie.

Skoro przewidział śmierć moich rodziców, czy cała reszta też była prawdą? Powiedział mi, bym nikogo nie całowała – czy powinnam posłuchać?

Byłam pewna, że tak. Byłam pewna, że Merlin widział przyszłość, że był w stanie przewidzieć zagładę, a ja, w rozpaczy i przerażeniu, poprzysięgłam sobie w wieku siedmiu lat, że nieważne, co się zdarzy, nigdy nie pocałuję kobiety ani mężczyzny, do końca życia.

Nigdy, przenigdy.

Kiedy miałam czternaście lat, dziadek Leo zapytał mnie, czy chcę kontynuować naukę na Manhattanie, czy wyjechać za granicę do szkoły z internatem. Moja kuzynka Abilene była wysyłana do takiej szkoły w nadziei, że nieco się uspokoi i skupi na nauce. Dziadek myślał, że może i ja chętnie się wybiorę. Świetnie się uczyłam – nikt nie miał ze mną żadnych problemów, ale dziadek chyba się martwił, że mieszkając z nim, byłam zbyt wyizolowana. Chodziłam jedynie na imprezy charytatywne i partyjne, spędzałam wieczory zanurzona w plotkach i spekulacjach na temat polityków i biznesmenów. W weekendy pełniłam natomiast funkcję jego sekretnego szpiega, obserwując i raportując.

– Jesteś młoda – rzekł dziadek, siadając przy stole jadalnym i wręczając mi ulotkę szkoły. Zdjęcia wydawały się niemal stworzone, by mnie skusić: gęsta mgła, stare drewniane drzwi, złoto-zielone angielskie lata. – Powinnaś zobaczyć trochę świata, pobyć z innymi młodymi ludźmi, trochę pobroić. – Dziadek się zaśmiał. – A przynajmniej powstrzymać twoją kuzynkę od brojenia.

I tak właśnie ja i Abilene trafiłyśmy do Akademii Dla Dziewcząt Cadbury, jesienią czternastego roku mojego życia. Cadbury było imponującym miejscem, wielkim i rozległym kompleksem z dymionego szkła i kamienia, z wieżyczkami i wieloma bibliotekami oraz prawdziwym fortem z epoki żelaza na wzgórzu za szkołą. Zakochałam się w tym miejscu natychmiast.

Abilene zakochała się jedynie w bliskości szkoły dla chłopców, oddalonej o dwa kilometry. Niemal co noc wymykała się przez okno. I niemal co noc szłam za nią, nie dlatego, że chciałam oglądać chłopców, ale dlatego, że czułam, iż powinnam ją chronić. Ją, jej przyszłość w Cadbury, jej reputację.

Wkradałyśmy się do akademików, spotykałyśmy z chłopcami w ogródkach pubów, które były łaskawe nas nie wykopywać, dołączałyśmy do potajemnych imprez na masywnym płaskowyżu, na którym stał fort. Nie byłyśmy jedynymi dziewczynami w towarzystwie, jednak Abilene stała się regularnym bywalcem, prowodyrem, liderką.

W wieku piętnastu lat miała szczupłe, wiotkie ciało modelki, z małymi piersiami i długimi, rudymi włosami. Była głośna, rozrywkowa i śliczna, piła więcej niż chłopcy, grała w lacrosse, jakby jej życie od zależało od zwycięstwa, i zawsze otaczał ją wianuszek ludzi.

W przeciwieństwie do niej ja ukrywałam się w cieniu i chowałam po kątach. Większość wolnego czasu spędzałam w bibliotece, posiłki jadłam głównie sama, na zewnątrz, siedząc z książką opartą na kolanach. Nie interesowały mnie sporty, jako zajęcia dodatkowe wybrałam taniec i pisanie kreatywne. Byłam niższa, niżbym sobie tego życzyła, mojemu ciału brakowało nieco tych rzeczy, które miała Abilene i które interesowały chłopców – było ono wystarczająco silne do tańca, ale nie na tyle szczupłe, by wyglądać dobrze w trykocie. W podbródku miałam niewielki dołeczek, który z Abilene próbowałyśmy całymi godzinami zamaskować makijażem, a na policzku pieprzyk, którego nienawidziłam. Moje oczy miały kolor szary, przygaszony w porównaniu z błękitem oczu Abilene. Nic z tego nie przeszkadzałoby mi aż tak, gdyby nie to, że w dodatku brakowało mi charyzmy, której Abilene miała tony. Byłam cicha, miałam skłonności do śnienia na jawie, przerażał mnie konflikt, jednak byłam czasem na tyle bezmyślna, że wywoływałam go niechcący, fascynowały mnie rzeczy, które zupełnie nie obchodziły moich rówieśników – polityka USA, stare księgi i wojny stoczone tak dawno, że nawet ich nazwy niemal już zupełnie stoczyły się w niebyt.

Jedną z rzeczy, które w sobie lubiłam w tamtym okresie, były moje włosy. Długie, gęste i blond – złote w zimie i niemal białe w lecie – były pierwszą rzeczą, jaką zwykle zauważali we mnie inni, moją cechą rozpoznawczą. Przyjaciółki uwielbiały się nimi bawić, gdy siedziałyśmy w salonie i oglądałyśmy telewizję. Abilene ich nienawidziła, złościło ją niepomiernie, że coś we mnie odwraca uwagę od niej. Szybko nauczyłam się, że jej pociąganie mnie za włosy to nie objaw czułości, lecz ledwo skrywanej zawiści.

Jednak pomimo moich włosów to Abilene nadal była niekwestionowaną monarchinią, a ja damą-służką. Ona zabawiała dwór, a ja nerwowo wypatrywałam nauczycieli. Ona migała się od odrabiania prac domowych, a ja siedziałam do późna w nocy i pisałam je za nią, aby nie oblała. Ona imprezowała, a ja odprowadzałam ją do domu, podpierając ją i oświetlając nam drogę telefonem, kiedy zataczałyśmy się ścieżką prowadzącą w dół z płaskowyżu.

– Nigdy nie całujesz się z chłopakami – rzuciła Abilene jednego wieczora. Miałyśmy piętnaście lat, wracałyśmy wąską ścieżką do szkoły.

– Może to dlatego, że wolę dziewczyny – odparłam, robiąc długi krok nad kałużą. – Pomyślałaś kiedyś o tym?

– Owszem – potwierdziła Abilene, lekko sepleniąc. – I wiem, że nie o to chodzi, bo w Cadbury jest wiele dziewczyn, które chętnie by cię pocałowały. Jednak ty nadal nikogo nie chcesz.

Zatrzymaj swoje pocałunki dla siebie.

Osiem lat później nadal widziałam ciemne oczy Merlina, słyszałam jego zimny, pełen dezaprobaty głos. Wciąż pamiętałam dziwne przeczucie, które ogarnęło mnie, gdy przepowiedział śmierć moich rodziców. Skoro wierzył, że z moich pocałunków mogło wyniknąć cierpienie innych, musiał mieć ku temu dobry powód.

A poza tym nie było to dla mnie wielkie wyrzeczenie. Pod moimi drzwiami nie ustawiała się kolejka chłopaków pragnących pocałunków.

– Po prostu nie mam ochoty się z nikim całować – odparłam stanowczo.

Abilene czknęła donośnie w nocną ciszę. Z niewielkiej odległości odpowiedziało jej beczenie owcy.

– Tylko poczekaj, Greer Galloway. Pewnego dnia zmienisz się w taką samą dzikuskę, jaką ja jestem.

Pociągnęłam ją nieco w bok, tak by ominąć stertę owczego łajna na drodze. Abilene ponownie czknęła.

– Wątpię w to – odparłam.

– Mylisz się więc. Kiedy w końcu sobie odpuścisz, będziesz najbardziej zboczoną zdzirą w Cadbury.

Z jakiegoś powodu ta wypowiedź spowodowała, że się zarumieniłam – nie z oburzenia, lecz ze wstydu. Skąd ona wiedziała o myślach, które czasem pojawiały mi się w głowie? O snach, z których budziłam się, spazmatycznie zaciskając mięśnie pochwy wokół pustki?

Nie, nie mogła nic o tym wiedzieć. Nigdy nikomu o tym nie wspominałam i nie zamierzałam wspominać.

Tak jak moje pocałunki, tak i te rzeczy miałam zamiar zatrzymać dla siebie. W końcu nie czułam się nieszczęśliwa. Wystarczało mi zajmowanie się Abilene i marzenia o koledżu.

Wystarczało mi udawanie, że to mi wystarczy.

3

Teraźniejszość

– Tak więc, jeśli cofniemy się wcześniej niż Geoffrey z Monmouth, do Annales Cambriae, czyli Roczników walijskich, dla tych z was, którzy nie są na bieżąco ze średniowieczną łaciną, znajdziemy tam najwcześniejszą wzmiankę o Mordredzie, zwanym tam Medrautem.

Niewielką salkę wypełnia dźwięk klawiatur laptopów studentów robiących notatki. Większość studiuje nauki ścisłe, w moim kursie literatury arturiańskiej uczestniczą jedynie po to, by zaliczyć nauki humanistyczne, jednak to nie przeszkadza im chcieć zdobyć jak najwyższe noty. Georgetown nie jest w końcu tanie, wielu studentów musi utrzymać dobre średnie, aby korzystać ze stypendiów i grantów. Rozumiem ich doskonale, po zaledwie kilku miesiącach tej fuchy pamiętam jak dziś zarwane nocki z dzbankiem kawy, gdy pisałam moją magisterkę z literatury średniowiecznej w Cambridge. Czasem ciężko mi uwierzyć, że już po wszystkim, że znów jestem w Stanach, że jestem dorosłą osobą z dorosłą pracą, skórzaną teczką i w ogóle.

– Wzmiankuje się tu jedynie, że Mordred umarł u boku króla Artura – kontynuuję, przechodząc od pulpitu ku tablicy – nie mamy jednak żadnych informacji na temat jego roli w bitwie, czy walczył przeciw Arturowi, czy po jego stronie, czy był synem, czy bratankiem Artura, czy po prostu jednym z wojowników.

Biorę ścieralny pisak i zaczynam poprawiać drzewo genealogiczne, nad którym pracowaliśmy grupowo przez cały semestr jesienny – przy imieniu Mordreda stawiam znak zapytania.

– Legenda o królu Arturze jest słynna z wielu powodów, najbardziej znane to Święty Graal i Okrągły Stół, jednak przypuszczalnie najsłynniejszym motywem w niej jest historia miłości Lancelota i Ginewry – rysuję serduszko między ich imionami, co powoduje chichoty na sali. – Ale jak widzieliśmy, przechodząc wstecz od Chretiena de Troyes do Geoffreya z Monmouth, Lancelot był postacią wymyśloną przez Francuzów, by zaspokoić ich potrzebę dworskich romansów. W najwcześniejszych wersjach legendy nie ma o nim wzmianki. – Odwracam się od tablicy ku audytorium. – Uważam, że Mordred jest znacznie lepszym niż Lancelot przykładem głównego problemu związanego z dworem króla Artura, czyli tego, że zaufanie, miłość i rodzina nie zawsze stanowią jedną całość.

Słyszę za sobą, jak stary zegar ścienny wybija równą godzinę. Studenci powoli zamykają laptopy i pakują torby, próbując udawać, że jeszcze uważają na to, co mówię, podczas gdy w myślach są już za drzwiami sali.

– To wszystko na dziś – ogłaszam. – W przyszłym tygodniu zaczniemy Triady walijskie. I nie zapomnijcie państwo złożyć swoich ostatecznych propozycji projektowych!

Studenci kończą się pakować, ja również podążam ku mojemu biurku, by powkładać własne rzeczy. Kilka osób zatrzymuje się, by zadać mi pytania lub odebrać ocenione prace. W końcu zostaję sama w sali.

Przez kilka minut wpatruję się w puste siedzenia, jakby próbując sobie coś przypomnieć. Nie to, żebym czegoś zapomniała, wszystko wydaje się w najlepszym porządku, jednak mój umysł ogarnia jakiś rodzaj bezpodstawnego niepokoju.

Masz wszystko, czego mogłabyś potrzebować, napominam sama siebie. Dobrą pracę, ładny dom, dziadka, który cię kocha, kuzynkę, która jest twoją najlepszą przyjaciółką. Niczego więcej mi nie potrzeba.

Dlaczego więc wciąż czuję się taka zagubiona?

Mój gabinet w Georgetown jest niewielki, dzielę go z dwoma innymi wykładowcami, jest więc zapchany biurkami, papierami i książkami. Uwielbiam go. Tak bardzo, że zdarza mi się w nim spać, zamiast wracać do mojego małego domku nieopodal Dumbarton Park – mogę sobie na niego pozwolić oczywiście tylko dlatego, że należy do dziadka Leona, który nie chce słyszeć o tym, bym mu płaciła czynsz. Jest jakaś magia w tym starym, kamiennym budynku, w byciu samą w korytarzu pełnym zwykle pustych biur, w ciemności wpadającej przez okno… Tutaj łatwiej jest pamiętać, dlaczego wybrałam to życie. Życie z książkami zamiast pocałunków. Życie, w którym ostrzeżenie Merlina zdaje się wyborem, a nie klątwą.

Przywykłam do przesiadywania w gabinecie do późna w nocy, do bycia ostatnim pracownikiem wydziału anglistyki w budynku. Tej nocy również tak jest. Oceniam kilka prac, a potem przerzucam się na książkę, którą próbuję napisać – literacką analizą monarchii w świetle ogromu legend arturiańskich na przestrzeni wieków.

Wiem, że to brzmi nudno, ale wcale takie nie jest. W każdym razie nie dla mnie. W końcu w przeszłości poznałam Merlina… Choć jako osoba dorosła mogłabym śmiać się z jego ostrzeżeń i z samej idei istnienia magii.

W końcu zignorowałam je już dwukrotnie i nic się nie zdarzyło.

No może oprócz tego, że obydwa razy złamano mi serce.

Zanurzona głęboko w odmętach własnego umysłu, poszukując tam idei, którą miałam zeszłej nocy, dotyczącej przywództwa w średniowieczu, nagle czuję, jak włoski na karku stają mi dęba, jakby ktoś stał za mną.

Tak też jest.

Kiedy się odwracam, widzę w drzwiach mężczyznę – ramiona ma skrzyżowane na muskularnej piersi, jego jasnoniebieska marynarka opina ciasno jego ramiona. Nawet pomimo że jest zapięta, widzę, jak dopasowane spodnie przylegają do jego ud i bioder.

Unoszę twarz, by spojrzeć mu w oczy, przełykając ciężko ślinę.

Oczy niebieskie jak lód i jednodniowy zarost. Wysokie kości policzkowe, prosty nos, pełne usta i wysokie, arystokratyczne brwi. Twarz stworzona do zamyślenia gdzieś na zamglonych wrzosowiskach, twarz bohatera wiktoriańskich nowel, twarz typowego nieznajomego arystokraty na balu w książce Jane Austen.

Tyle że on nie jest mi nieznajomy.

Embry Moore.

Wiceprezydent Embry Moore.

Zrywam się na równe nogi.

– Panie wiceprezydencie… – jąkam się. – Ja…

W kącikach oczu ma lekkie zmarszczki. Jest o rok młodszy od prezydenta Colchestera, który objął urząd zaledwie na pół roku przed ukończeniem trzydziestu sześciu lat, jednak lata spędzone na słońcu i cztery tury służby wojskowej spowodowały, że kiedy się uśmiecha, zmarszczki lekko się pogłębiają.

Tak jak teraz.

Znów przełykam ślinę.

– Czym mogę służyć, panie wiceprezydencie?

– Proszę mnie tak nie nazywać.

– Dobrze. Czym mogę służyć, panie Moore?

Wkracza do mojego gabinetu, czuję jego zapach. Coś z pieprzem lub cytrusami. Coś rześkiego i ostrego.

– Cóż, panno Galloway, zastanawiałem się, czy jesteś dziś wolna w porze kolacji?

O mój Boże.

Spoglądam mu przez ramię. Wykonuje uspokajający gest dłonią.

– Moja ochrona czeka na mnie na końcu korytarza, nie słyszą nas.

Powinnam go spytać, czemu tu jest, co robi w Georgetown, w moim gabinecie, niemal o północy. Powinnam spytać, czemu nie zadzwonił, nie napisał maila albo nie kazał skontaktować się ze mną którejś ze swoich sekretarek. Jednak zamiast tego pytam:

– Czy nie jest trochę za późno na kolację?

Spogląda na zegarek.

– Pewnie tak, jednak jestem pewien, że każda restauracja, jaką tylko sobie wybierzesz, z radością otworzy dla mnie kuchnię. Albo dla ciebie – jestem przekonany, że nie ma w tym mieście nikogo, kto nie jest winny jakiejś przysługi Leonowi Gallowayowi.

– Staram się nie rzucać nazwiskiem dziadka na lewo i prawo – odpowiadam z lekką naganą w głosie. – Nie czuję się z tym dobrze.

– To, że próbujesz zapomnieć, kim jesteś, nie znaczy, że inni o tobie zapomną – odpowiada cicho.

Robię krok w tył. Przełykam ślinę. Przytłumiony i pełen godności gniew, w ciągu pięciu lat przekuty w subtelną, cichą broń, budzi się z drzemki. Embry niegdyś zapomniał o mnie bez najmniejszego problemu.

– Dlaczego się tu chowasz? – pyta, rozkrzyżowując ramiona i robiąc krok do przodu. Jego głos nadal jest cichy, zbyt cichy. To głos, który szepcze do ucha obietnice, a potem je łamie.

Znam go doskonale.

– Nie chowam się – odpowiadam, wskazując głową na biurko, na którym stoją stosy papierów i notatników. – Pracuję. Wykładam, piszę książkę. Jestem szczęśliwa.

Embry postępuje kolejny krok naprzód, pokonując niewielką przestrzeń mojego gabinetu. Jest tak blisko, że znów czuję jego zapach – zapach, który nie zmienił się przez cały ten czas.

Zamykam na moment oczy, próbując ogarnąć myśli.

– Nigdy nie potrafiłaś kłamać – mruczy, a kiedy otwieram oczy, jest tak blisko, że mogłabym wyciągnąć dłoń i dotknąć jego twarzy. Nie robię tego, zamiast tego odwracam głowę i patrzę przez okno.

– Nie kłamię – kłamię.

– Zjedz ze mną kolację – odpowiada, zmieniając taktykę. – Mamy wiele do nadrobienia.

– Pięć lat. – W moich słowach jest wyrzut. Należy oddać mu honor, nie odparowuje mi.

– Pięć lat – potwierdza.

To dziwne, że tak długi okres może brzmieć tak krótko.

Wzdycham.

– Nie mogę z tobą iść na kolację. Jeśli ktoś nas razem zobaczy, moja twarz natychmiast będzie na Instagramie i Twitterze, a tego nie zniosę.

Embry słucha mnie, ale też wyciąga przy tym rękę, by dotknąć kosmyka moich włosów, który wymknął mi się z koka.

– Dlatego wychodzimy tak późno. Bez zapowiedzi. Nikt się o tym nie dowie, tylko ty, ja i szef kuchni.

– I Secret Service.

Embry wzrusza ramionami, w kącikach jego oczu znów pojawiają się zmarszczki.

– Żaden z nich nie spisze swoich wspomnień, dopóki wszyscy nie przejdą na emeryturę. Do tego czasu nasza kolacja pozostanie sekretem.

Mogę odpowiedzieć nie. Wiem, że mogę, choć nigdy wcześniej nie potrafiłam mu odmówić. Ale nie chcę tego zrobić. Nie chcę wracać do mojego nieskazitelnego domu, urządzonego z nienagannym smakiem i kompletnie pozbawionego duszy. Nie chcę spędzić kolejnej nocy sama w łóżku. Nie chcę gapić się w sufit sypialni, wspominać każdego momentu, każdego spojrzenia, z ręką pod kołdrą myśleć o jego zapachu i twarzy. Nie chcę znów łajać siebie samej za kolejną zmarnowaną noc, kolejną straconą szansę… Zwłaszcza z nim.

Choć przez jedną noc pragnę udawać kogoś innego.

– Kolacja – w końcu się zgadzam, a on uśmiecha się szeroko. – Ale to wszystko.

Unosi dłonie w górę.

– Będę cnotliwy jak ksiądz, przysięgam.

– Z tego, co wiem, nie wszyscy księża są bardzo cnotliwi.

– W takim razie jak zakonnica.

Sięgam po płaszcz wiszący na wieszaku nieopodal mojego biurka, a on odbiera mi go i przytrzymuje, bym mogła go założyć. To niezwykle szarmanckie, ale także intymne i niebezpieczne – cały Embry, taki, jakiego go pamiętam. Unikam kontaktu wzrokowego, gdy wkładam płaszcz na bluzkę i ołówkową spódnicę i zawiązuję pasek. Przez krótką, ulotną chwilę zdaje mi się, że czuję jego usta na swoich włosach. Odchodzę o krok i odwracam się ku niemu, utrzymując cały czas dystans.

Embry zauważa to i jego uśmiech nieco gaśnie.

– Spokojnie, Greer, nie musisz się mnie bać.

A jednak się go boję. Jak również siebie.

Udajemy się do małej włoskiej restauracji oddalonej o kilka przecznic od kampusu. To jedno z tych małych, cudownych miejsc, które były w okolicy od zawsze. Embry nie jest zdziwiony, że ją wybrałam. Kilka telefonów, krótka przejażdżka czarnym cadillakiem i już siedzimy w środku. Jesteśmy jedynymi gośćmi, światła są przyciemnione oprócz tych wokół naszego stolika. Szef kuchni i obsługa są przemili i zadowoleni z naszej obecności. Ochroniarze zajmują dyskretne i oddalone stanowiska w kątach sali. Embry zdejmuje marynarkę i niedbale przerzuca ją przez oparcie pobliskiego krzesła – przez chwilę mogę niemal udawać, że to normalna kolacja i zwykła rozmowa.

Upijam niewielki łyk drinka, próbując zmyć posmak historii, utopić go w dżinie. Moja przeszłość z Embrym jest splątana z moją przeszłością z kimś innym. Tak długo, jak ten ktoś rzuca cień na naszą kolację, nie ma szans na rozmowę niesplamioną bólem i żalem. Jedyne wyjście to wsadzić całą tę przeszłość do pudełka i zakopać jak najgłębiej.

– A więc co u ciebie? – W końcu pyta Embry, opierając się na krześle. Próbuję ignorować, jak materiał koszuli opina jego ramiona, jednak to niemożliwe. Nie da się go zignorować, nie da się go nie pożądać. Nawet teraz moje palce aż mrowią od chęci rozpięcia jego guzików i gładzenia jego skóry.

– Wszystko w porządku. – Udaje mi się w końcu dobyć głos. – Przyzwyczajam się do nowej pracy.

Embry kiwa głową, świece na stole rzucają cienie na jego twarz.

– Na pewno jesteś świetną wykładowczynią.

Myślę o mojej opuszczonej sali wykładowej, cichym gabinecie, o ciągłym niepokoju. Zmieniam temat.

– A jak twoja praca? Jako wiceprezydenta? Na pewno masz więcej zadań niż tylko bycie fotografowanym co wieczór z inną kobietą?

Dawny Embry zaśmiałby się na to w głos lub chociaż mrugnął okiem i zaczął się przechwalać. Jednak obecny Embry pochyla się ku mnie na krześle i wpatruje we mnie ponad brzegiem szklanki, składając ręce na udach.

– Tak – odpowiada – mam.

– Panie Moore…

– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a każę cię aresztować za podburzanie.

– Niech ci będzie, Embry. Czemu mnie tu zaprosiłeś?

Bierze głęboki oddech.

– Prezydent chce się z tobą spotkać.

Ze wszystkich rzeczy, jakie mógł powiedzieć… Ze wszystkich powodów, z jakich myślałam, że mogę tu być, siedzieć tu z mężczyzną, którego nie widziałam od pięciu lat…

– Prezydent Colchester – odpowiadam. – Maxen Colchester. Ten prezydent?

– Z tego, co wiem, mamy tylko jednego prezydenta.

Biorę łyk drinka, próbując kontrolować swoje ruchy i wyraz twarzy, choć wiem, że to u Embry’ego nie przejdzie. Kiedy go poznałam, był sługą własnych emocji, impulsywnym i humorzastym. Jednak w ciągu ostatnich pięciu lat stał się mistrzem kontrolowanego, przemyślanego zachowania. W jego oczach widzę, że nie jestem przekonująca.

Odstawiam drinka z westchnieniem, porzucając pozory spokoju. Embry ma rację, nigdy nie byłam dobra w kłamaniu. Nienawidzę kłamać.

– Jestem trochę skołowana. – Przyznaję. – O ile prezydent nie chce rozmawiać ze mną o wpływie poezji anglosaskiej na normańskie tradycje literackie, nie wiem, czemu chciałby się ze mną spotkać.

Embry unosi brew.

– Naprawdę?

Spuszczam wzrok na dłonie. Na prawym palcu wskazującym widnieje malutka blizna – niemal niewidoczna. Można ją zobaczyć jedynie z bliska, zaburza naturalne kształty moich linii papilarnych.

Malutka blizna, wspomnienie bolesne jak rozżarzony do białości nóż.

Zapach skóry i ognia.

Usta na mojej skórze.

Ciepły szkarłat krwi.

– Naprawdę – potwierdzam. Mam nadzieje, fantazje, wspomnienia tak wyraźne, że karzą mnie co noc, ale żadna z tych rzeczy nie jest prawdziwa. A to jest prawdziwe życie, tu i teraz. Przede mną siedzi wiceprezydent, otacza nas służba bezpieczeństwa, a w domu czeka na mnie stos prac do oceny.

Nie mam już szesnastu lat, a poza tym obiecałam sobie, że tego drugiego mężczyznę muszę zamknąć w pudełku umysłu i zakopać w najgłębszych czeluściach jaźni.

– Widział cię w zeszłym tygodniu w kościele – odpowiada w końcu Embry. – A ty go nie widziałaś?

– Ciężko nie zauważyć, gdy prezydent USA przychodzi na mszę w moim kościele.

– I nie podeszłaś się przywitać?

Unoszę ręce w górę.

– Witam, panie prezydencie, widzieliśmy się raz dziesięć lat temu. Niech pokój będzie z panem, lewa kolejka do komunii jest szybsza.

– Wiesz doskonale, że nie o to chodziło.

– Ach tak? – odpowiadam tonem wymagającym odpowiedzi. Oczy Embry’ego wędrują ku mojemu biustowi. Bluzka rozchyliła mi się nieco w jednym miejscu. Prostuję się, poprawiając materiał i próbując zignorować żar w podbrzuszu, wzniecony jego spojrzeniem. – Poza tym był otoczony Secret Service. Nie mogłabym się zbliżyć, nawet jeślibym chciała.

– On chce się z tobą widzieć – powtarza Embry.

– Ciężko mi uwierzyć, że mnie w ogóle pamięta.

– I znów zakładasz, że ludzie o tobie zapomnieli. To byłoby nawet słodkie, gdyby nie było takie frustrujące.

– Lepiej powiedz mi, dlaczego chce się ze mną spotkać.

Niebieskie oczy Embry’ego błyszczą w przytłumionym świetle, gdy sięga po moją dłoń. Następnie unosi ją do ust, całując bliznę na czubku palca, celowo i powoli. Bliznę, o której nie powinien nic wiedzieć.

Moje serce grozi pęknięciem.

– Dlaczego to ty tu jesteś zamiast niego? – pytam łamiącym się głosem.

– Bo mnie tu wysłał. Bardzo chciał przybyć osobiście, ale wiesz, jak wszyscy go obserwują. Szczególnie w związku z Jenny…

Nad naszym spotkaniem opada kurtyna mroku.

Jenny.

Żona prezydenta Colchestera.

Świętej pamięci żona.

– Minął zaledwie rok od pogrzebu, Merlin uważa, że jest za wcześnie, by Max wyszedł z roli „tragicznego wdowca”. Nie ma więc możliwości wymiany maili lub telefonów. Jeszcze nie. Sama rozumiesz.

Rozumiem to doskonale. Dorastałam w tym świecie i choć nigdy nie chciałam być jego częścią, rozumiem kwestie skandalu, PR i zarządzania kryzysem tak samo dobrze, jak rozumiem literaturę średniowieczną.

– Więc wysłał ciebie.

– Więc wysłał mnie.

Spoglądam na swoją dłoń, którą nadal trzyma Embry. Jak udało mi się wplątać w związek z dwoma najpotężniejszymi mężczyznami na świecie?

To jest prawdziwe życie, Greer. Powiedz nie. Powiedz nie Embry’emu i na litość boską, powiedz nie prezydentowi.

Biorę wdech.

Płomień i skóra. Krew i pocałunki.

Robię wydech.

– Spotkam się z nim. Przekaż mu to.

Nie umyka mojej uwadze ból w oczach Embry’ego, ból, który szybko ukrywa.

– Oczywiście, przekażę.

4

Dziesięć lat temu

– Nie ruszaj się – fuka na mnie Abilene. – Bo nigdy nie skończę.

Wzdycham i zmuszam się do bezruchu, choć jestem tak podekscytowana, że ledwo mogę oddychać. Za kilka minut wynajęty wóz podjedzie pod drzwi londyńskiego hotelu, w którym umieścił nas dziadek Leo, i zabierze nas na imprezę w Chelsea, imprezę z szampanem i dorosłymi. Będą tam dyplomaci i biznesmeni, i może nawet jedna czy dwie gwiazdy – świat zupełnie inny od zwietrzałego piwa i trzeszczących głośników z imprez szkolnych.

Są moje szesnaste urodziny, jako specjalny prezent dziadek zaprosił nas na imprezę. A w zasadzie to zaprosił mnie i niechętnie zgodził się, by Abilene nam towarzyszyła – byłoby dziwne, gdyby wziął tylko jedną wnuczkę, choć doskonale wiedzieliśmy, nawet jeśli nie mówił tego na głos, że zabranie Abilene na takie wyjście wiąże się ze sporą szansą na to, że narobi wstydu. Kilkukrotnie niemal wyleciała z Cadbury za całą plejadę występków – picie na terenie szkoły, nieprzestrzeganie godzin ciszy nocnej, paskudny incydent, który zaowocował podbitym okiem innej zawodniczki lacrosse. Za każdym razem dziadek Leo bez szemrania płacił odpowiednie sumy lub pociągał za właściwe sznurki, by zamieść sprawę pod dywan.

Ostatnie, czego mu było potrzeba, to żeby Abilene narobiła mu wstydu przed znajomymi na imprezie. Obiecałam mu jednak, że będę miała na nią oko, powstrzymam ją przed piciem za dużych ilości alkoholu, gadaniem zbyt wiele, nadmiernym flirtowaniem, byle tylko pozwolił jej iść z nami. Byłaby tak bardzo zawiedziona, gdybym ja mogła iść, a ona nie.

A dziadek Leo, który niegdyś terroryzował senatorów i dyrektorów kompanii petrochemicznych, który pomagał przy tworzeniu najmocniejszej legislacji środowiskowej w historii i na co dzień publicznie piętnował swoich wrogów, uległ moim prośbom i pozwolił Abilene iść z nami na bal.

I tak oto ja i Abilene spędziłyśmy wieczór w drogim hotelu, przygotowując się do wyjścia, a ja wierciłam się na krześle, podczas gdy Abilene próbowała upiąć ostatni z moich loków.

Kiedy w końcu jej się to udało, wstałam i przejrzałam się ostatni raz w lustrze, po czym zapięłam paseczki butów na obcasie i już chciałam się udać na dół, gdy nagle Abilene wydała za moimi plecami dziwny odgłos.

Zmartwiona, ponownie przejrzałam się w lustrze.

– Co, widać mi stanik? – Obracałam się raz w jedną, raz w drugą stronę, pewna, że coś jest nie tak.

– Nie… Wszystko w porządku. – Jej głos brzmiał, jakby miała ściśnięte gardło. – Ruszajmy, dziadek czeka.

Wzruszyłam ramionami i usiadłam na krześle, by wciągnąć sandałki na szpilce pasujące do różowej sukni, którą dziadek kupił mi wcześniej w tym tygodniu. Sukienka z tiulu i organzy miała wąską talię i dopasowany gorset, delikatną szarfę z tyłu i spódnicę, która zaczynała się stonowanymi warstwami, by u dołu eksplodować wymyślnymi udrapowaniami i pętlami. Z dopasowanym tiulowym kwiatem we włosach i metalicznymi różowymi obcasami czułam się jak księżniczka, choć wiedziałam, że blednę w porównaniu z Abilene. Na dzisiejszy wieczór wybrała obcisłą sukienkę w kolorze elektrycznego błękitu, z wycięciem w gorsecie prezentującym nagą, kremową skórę. Jej rude włosy spływały luźnymi falami. Wyglądała na kilka lat starszą, niż była, dojrzałą i wyrafinowaną. Ponownie musiałam zdusić w sobie poczucie rezygnacji i zmęczonej zazdrości. Byłam przyzwyczajona do życia w jej cieniu, bycia Watsonem dla Sherlocka, więc nie powinno mi to dziś doskwierać. Nawet pomimo że to moje urodziny. Nawet pomimo że miałam na sobie najpiękniejszą suknię, jaką kiedykolwiek na siebie włożyłam. Jednak kiedy patrzyłam na nią, tak idealną i pociągającą, nie potrafiłam spojrzeć na własne odbicie w lustrze i dostrzec czegokolwiek oprócz dołka w podbródku, niedorzecznego pieprzyka, którego nie dało się zamaskować, braku koloru w moich oczach, nawet pomimo najlepszych starań z zastosowaniem cieni i tuszu.

Dokonałam więc ostatnich oględzin, by się upewnić, że bardotka nie wystaje mi ponad linię gorsetu, że nie rozsmarowałam sobie szminki na zębach lub nie usiadłam na batoniku, który jadła Abilene, po czym udałam się do drzwi. Abilene przepchnęła się obok mnie bez słowa i nie odezwała się do mnie całą drogę na dół w windzie.

Kiedy drzwi windy otworzyły się, a ona wymaszerowała na korytarz ze stukotem obcasów, nie wytrzymałam i zapytałam:

– Jesteś na mnie o coś zła?

Wysilałam umysł, by sobie przypomnieć, czy jej czymś nie uraziłam, jednak nic nie przychodziło mi na myśl. Ale w przypadku Abilene czasem nie grało to żadnej roli. Ileż razy uściskała mnie nagle bez powodu, upewniła się, że jestem zaproszona na imprezę lub broniła mnie przed swoimi przyjaciółmi? I ileż razy nagle wpadała w mroczne, naburmuszone fazy, podczas których jej spojrzenia paliły jak kwas, a słowa raniły jak noże? Nauczyłam się nie negocjować z jej nastrojami ani nie próbować jej udobruchać, choć zdarzało jej się to coraz częściej. Nie miało to sensu – nie da się kłócić z chmurą gradową, można tylko zaczekać, aż przeminie z wiatrem.

– Nie jestem zła – odparła, nadal maszerując szybkim krokiem. Przez szklane drzwi widziałam już korpulentną sylwetkę dziadka Leona i nałożone na nią nasze postacie: Abilene w szkarłacie i szafirze, ja w różu i złocie.

Ona też musiała je dostrzec, bo zamarła, wpatrzona w drzwi. Odwróciła się ku mnie i rzuciła:

– Po prostu nie wchodź mi dziś w drogę. Trzymaj się ode mnie z daleka.

Zszokowana i zraniona patrzyłam za nią, jak przechodzi przez drzwi, które otworzył przed nią portier, i ściska się na przywitanie z dziadkiem, obdarzając go wielkim, fałszywym uśmiechem. Chciałam na nią nawrzeszczeć, powiedzieć jej, że tylko dzięki mnie idzie na tę imprezę. Chciałam krzyczeć i kopać, bo czemu, do cholery, nie mogłam spędzić choć jednego wieczoru, mieć jednego cholernego wyjścia, podczas którego ona nie będzie w centrum wydarzeń i nie wywoła kolejnego skandalu, wszystko psując?

A przede wszystkim chciało mi się płakać, ponieważ Abilene była moją najlepszą przyjaciółką, może jedyną, i cały mój świat stawał na głowie, gdy tak się zachowywała.

Ale co mogłam począć? Co mogłam powiedzieć, wykrzyczeć lub wybłagać, żeby przemówić jej do rozsądku?

Zrobiłam więc to, co robiłam zawsze.

Cichutko podążyłam za nią.

Przeszłam przez drzwi, uściskałam dziadka i wsiadłam do samochodu. Siedziałyśmy obok siebie, nasze suknie zakładały się jedna na drugą, jej miękkie włosy dotykały nagiej skóry mojego ramienia. Całą drogę nie zamieniłyśmy ani słowa.

Kiedy tylko dotarłyśmy na bal, Abilene natychmiast gdzieś zniknęła. Już miałam ruszyć na jej poszukiwania, lecz dziadek Leo przytrzymał mnie za ramię i pokręcił głową.

– Przejdzie jej za chwilę – uspokoił mnie. – Dobrze jej zrobi, jak pobędzie sama, a poza tym chciałbym cię przedstawić kilku przyjaciołom. – Wiedziałam, że przedstawić w ustach dziadka oznaczało podstawienie mnie jako swojego szpiega, że chce, bym wmieszała się w tłum i podsłuchiwała lub stała z boku i obserwowała ludzi, podczas gdy on będzie z nimi rozmawiał. Chciałam to zrobić, naprawdę, ale też pragnęłam załagodzić sytuację z Abilene jak najszybciej.

Przygryzłam wargę, rozglądając się w tłumie za jej ciemnorudymi włosami, jednak nigdzie ich nie dostrzegłam. Zniknęła w morzu smokingów i sukien. Niechętnie dałam się dziadkowi wprowadzić w sam środek balu.

Kobiety piały nade mną, a mężczyźni mnie komplementowali, ich oczy taksowały moje ciało w sposób, do jakiego nie nawykłam. Wiedziałam, że to wszystko dzięki temu, iż Abilene nie było obok mnie.

Bez możliwości porównania mnie z nią nie mogli zobaczyć, jak oszpecona jest moja twarz, jak nudne moje ciało. To powinno było mnie uszczęśliwić, powinnam pławić się w komplementach, które zwykle to ona zbierała, jednak nie potrafiłam tego zrobić. Czułam jedynie brak jej towarzystwa. Po godzinie takich rozmyślań przeprosiłam dziadka i odłączyłam się od grupki gości, by jej poszukać, i wtedy wpadłam – dosłownie – na Merlina Rhysa.

Merlin chwycił mnie za łokieć, by pomóc mi odzyskać równowagę, jednocześnie nie rozlewając ani kropli drinka, którego trzymał w drugiej dłoni.

– Przepraszam najmocniej – rzekł, choć była to moja wina.

– Och, nie, to mój błąd, to ja przepraszam.

Spojrzał na mnie i coś w wyrazie jego twarzy się zmieniło.

– Jesteś wnuczką Leona Gallowaya – rzekł beznamiętnie i bez dodatkowego komentarza. Tylko ten jeden fakt identyfikował mnie, gdziekolwiek się nie udałam. Tak, jakby duch prezydenta Penleya stał tuż za mną.

– Tak. Kiedyś się poznaliśmy, dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką.

Przewidziałeś śmierć moich rodziców.

Ostrzegłeś mnie, bym nigdy nikogo nie całowała.

– Pamiętam – odparł Merlin, patrząc na mnie w sposób, który sprawił, że poczułam, jakby mógł czytać mi w myślach, jakby usłyszał je tak wyraźnie, jakbym je wypowiedziała na głos.

– Merlin! – zawołał mężczyzna w wojskowym mundurze, podchodząc do nas i klepiąc go po ramieniu.

Merlin uśmiechnął się do niego ozięble.

– Zastanawiałem się, kiedy na ciebie wpadnę. Jak się miewasz? – Merlin odwrócił się, by odpowiedzieć generałowi, a ja skorzystałam z okazji, żeby się ulotnić, z sercem walącym jak szalone.

Merlin mnie niepokoił i wywoływał we mnie lęk. Przez te wszystkie lata myślałam, że to dlatego, iż poznałam go jako mała dziewczynka, gdy niemal wszystko było straszne. Jednak teraz miałam szesnaście lat, a on nadal mnie przerażał. Było w nim coś… Nie do końca wrogiego, ale agresywnego. Czułam, jak jego umysł napiera na mój, szuka wyrw w murach broniących moich myśli i uczuć, wije się w nich. Czułam się przez to obnażona i wrażliwa, a na dziś miałam dość kłopotów z Abilene. Kuzynkę odnalazłam w bibliotece – wielkim pięknym pomieszczeniu z otwartymi przeszklonymi drzwiami wiodącymi na patio – z palców jej dłoni zwisał jej pusty kieliszek po szampanie, a facet starszy od jej ojca obcałowywał jej obleśnie szyję. Kiedy odkaszlnęłam, mężczyzna natychmiast wyprostował się, zakłopotany. Wycofał się naprędce, mamrocząc przeprosiny po włosku i zostawiając Abilene opartą o ścianę ze wściekłą miną.

– Za kogo ty się, kurwa, uważasz?! – krzyknęła na mnie. – Powiedziałam ci, żebyś dała mi spokój, a nie wpadała tu i rujnowała mi życie!

– Wcale nie rujnuję ci życia! – wykrzyknęłam. – Chciałam tylko się upewnić, że z tobą wszystko okej.

– Jasne – parsknęła z pogardą Abilene.

– Co się z tobą dzisiaj dzieje? – zapytałam. – Wściekasz się na mnie od wyjścia z hotelu.

– Nie wściekam się. – Upierała się Abilene, a jej nozdrza się rozdęły. – Po prostu nie mam w tej chwili ochoty na twoje towarzystwo. Boże, czy to, kurwa, tak trudno zrozumieć?

– Nie...

– Wiesz co? Ty zawsze robisz dokładnie to samo – kontynuowała, a w oczach zalśniły jej łzy. – Naciskasz i naciskasz, jakbyś musiała wiedzieć wszystko. Pewnego razu usłyszysz odpowiedź, która ci się nie spodoba.

Uniosłam dłonie w obronnym geście.

– Nie chciałam cię naciskać. Ale widzę, że jesteś zła, i wiem, że to ma coś wspólnego ze mną. Chcę to naprawić, Abilene, proszę, pomóż mi.

– Nie dasz rady tego naprawić – wysyczała w odpowiedzi. – Po prostu trzymaj się ode mnie z dala.

– Nie dam rady, nie potrafię…

– Po prostu daj mi święty spokój – wrzasnęła Abilene. Jej głos odbił się od ścian pokoju echem. Jakby chciała dodatkowo podkreślić swoją wypowiedź, rzuciła o podłogę kieliszkiem. Ten się rozbił w drobny mak na wypolerowanym parkiecie.

– Abilene – wyszeptałam, zszokowana.

Nigdy wcześniej jej takiej nie widziałam: tak wściekłej, by zachowywać się w ten sposób w cudzym domu. Przez chwilę sama zdała sobie z tego sprawę, jej oczy rozszerzyły się, a już i tak blada twarz zbledła jeszcze bardziej. Wypadła wściekle z pokoju.

Przez długą chwilę wpatrywałam się w bałagan na podłodze. Szkło pobłyskiwało w ogłuszającej ciszy, jaka nastąpiła po jej wyjściu, wypełniając moje pole widzenia, mój umysł, gardło i klatkę piersiową. Dopiero po chwili opanowałam się i znów mogłam oddychać. Oczy paliły mnie od łez, a w gardle czułam łaskotanie wszystkich tych rzeczy, które chciałam wykrzyczeć w twarz mojej niby-najlepszej przyjaciółki, jednak nie pozwoliłam sobie na to. Nie płakałam i nie krzyczałam. Zamiast tego upadłam na kolana i zaczęłam sprzątać odłamki szkła, jeden po drugim. Sprzątać po Abilene, jak to zawsze robiłam.

– Lepiej uważaj, możesz się pokaleczyć – odezwał się nieznajomy głos z wyjścia na patio.

5

Dziesięć lat temu

Głos miał wyraźny amerykański akcent, co na tym bardzo angielskim balu sprawiło, że natychmiast z ciekawością uniosłam wzrok. Mężczyzna miał około dwudziestu pięciu lat, był ubrany w amerykański mundur. Kiedy się do mnie zbliżył, poczułam nagle, jakby powietrze zostało wyssane z pokoju, jakbym nie mogła oddychać, jakbym miała się udusić, z wizjami tańczącymi mi przed oczami. Szerokie, mocne barki zwężające się ku zgrabnym, wąskim biodrom i ta twarz… Twarz bohatera. Szczęka jak wyciosana z kamienia, silny nos, pełne usta. Szmaragdowe oczy i kruczoczarne włosy.

Zbliżył się do mnie na tyle, że mogłam odczytać nazwisko na plakietce na jego piersi. Colchester. Nazwisko, w którym pobrzmiewała siła, solidność i pewien chłód. Przykucnął obok mnie, spodnie opięły się na jego mocnych udach.

– Pozwól, że ci pomogę.

Powiedz coś, domagał się mój mózg. Cokolwiek!

Jednak nie byłam w stanie wydusić słowa. Zapomniałam, jak się to robi. Nigdy w życiu nie widziałam kogoś tak przystojnego, w tak oczywisty sposób męskiego, po raz pierwszy w życiu poczułam się przemożnie i boleśnie kobietą.

Czułam się zwiewna i miękka, giętka i uległa, a kiedy spojrzał na mnie znad szkła i uśmiechnął się ujmująco, przez chwilę obawiałam się, że rozpadnę się na kawałki, jak róża smagana wiatrem.

Mężczyzna uniósł się i wyrzucił kawałki szkła do pobliskiego kosza na śmieci, po czym przyniósł mi kosz i ponownie ukląkł obok mnie, by pomóc mi sprzątać.

– Nie wiem, czy wiesz, ale ona jest o ciebie zazdrosna – rzekł cicho Colchester, nie odrywając wzroku od podłogi.

– Zazdrosna? – spytałam, myśląc, że się przesłyszałam.

Mężczyzna odchrząknął.

– Mam nadzieję, że się nie obrazisz, stałem na zewnątrz, gdy weszłaś do tego pokoju, i usłyszałem waszą wymianę zdań.

Zaczęłam gorączkowo wysilać pamięć, by sobie przypomnieć, czy zrobiłam coś idiotycznego. Ten nieznajomy był ode mnie o wiele starszy, taki opanowany, taki niesamowicie seksowny. Moja chęć zaimponowania mu była tak silna, jak ostre były odłamki szkła w mojej dłoni.

Mężczyzna pokręcił głową, jakby czytał mi w myślach.

– Nie wstydź się. Jestem pod wielkim wrażeniem twojego opanowania, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak ona się wściekła. Oczywiście kiedy cię ujrzałem, natychmiast zrozumiałem.

– Co zrozumiałeś?

– Dlaczego jest zazdrosna.

Chwilę mi zajęło, zanim do mnie dotarło, o czym on mówi.

– Zazdrosna o mnie? – Zaśmiałam się z niedowierzaniem.

Nie miałam w zwyczaju okazywać fałszywej skromności. Nie polowałam na komplementy ani nie próbowałam leczyć kompleksów pochlebstwami. Dwa lata spędzone z Abilene nauczyły mnie akceptować jej wyższość w niemal każdym aspekcie – oprócz spraw akademickich i miłości ze strony dziadka Leona. W tych kwestiach byłam niekwestionowaną mistrzynią. Jednak w każdej innej – urody, przyjaciół, osobowości – Abilene biła mnie na głowę. Potwierdziłaby to każda inna dziewczyna z Cadbury.

– Abilene nie jest o mnie zazdrosna – odparłam z uśmiechem. – Mówimy o Abilene. Ja to tylko ja… Nie jestem taka jak ona. Gdybyś ją zobaczył, zrozumiałbyś, o czym mówię.

– Widziałem ją – odparł oschle. – Ona i jej znajomy zajęli ten pokój, gdy ja przebywałem na patio, przez co utknąłem na zewnątrz. Rude włosy, niebieska sukienka, tak?

– Tak – odparłam, a mój uśmiech nieco zbladł. – A więc widziałeś ją. Rozumiesz, o czym mówię.

– Owszem. Pokaż mi, proszę, dłoń.

Podałam mu dłoń bez zastanowienia, wyciągając ją ku niemu wraz z niewielką kupką szkła, które w niej trzymałam. Sprawnymi palcami wyjął mi odłamki z dłoni i wrzucił po jednym do kosza.

– Mówiłem ci, żebyś uważała.

Wpatrywałam się jak zahipnotyzowana w jego twarz. Ledwo udało mi się oderwać od niej wzrok, by spojrzeć na swoją dłoń. Jakimś cudem się zacięłąm, wbiłam sobie cienki jak igła odłamek w czubek palca. Wokół rany zaczęła się zbierać krew, mokra i kleista.

– Ach – wyszeptałam.

Nie wiem, czy to z powodu widoku krwi czy lodowatego ukłucia bólu, a może przez jego bliskość, lecz mój wzrok nagle wyostrzył się niespodziewanie i przez chwilę dojrzałam jego, prawdziwego jego ukrytego za tą niesamowitą twarzą i udekorowaną odznaczeniami marynarką. Ujrzałam go tak, jakbyśmy spotkali się w dusznym tłoku imprezy, podczas gdy dziadek Leo stoi u mojego boku, czekając, aż opowiem mu o swoich dedukcjach i obserwacjach.

Dostrzegłam niewielką rankę na jego szczęce.