Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Amerykańscy marzyciele. Jak lewica zmieniła Amerykę ebook

Prof. Michael Kazin

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 660 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Amerykańscy marzyciele. Jak lewica zmieniła Amerykę - Prof. Michael Kazin

Książka Michaela Kazina to historia lewicy w Ameryce, prawie zupełnie nieznana w Polsce. Autor w przystępny sposób opowiada, jak „amerykańscy marzyciele” zmienili swój kraj. John Brown i abolicjoniści, Emma Goldman i sufrażystki, Eugene Debs i populiści, Martin Luther King i ruch praw obywatelskich, Allen Ginsberg i Nowa Lewica, Naomi Klein i alterglobaliści - ideały wolności i równości niesiono w Ameryce na różnych sztandarach. W imię Ojców Założycieli i Karola Marksa, amerykańskiego snu i oświeconego rozumu, z Bogiem i bez Boga - budowano instytucje i kręcono filmy, organizowano happeningi i pisano książki.

Opinie o ebooku Amerykańscy marzyciele. Jak lewica zmieniła Amerykę - Prof. Michael Kazin

Cytaty z ebooka Amerykańscy marzyciele. Jak lewica zmieniła Amerykę - Prof. Michael Kazin

Żadna lewica nigdy nie wygrała w Stanach Zjednoczonych wyborów, a popularność ideałów lewicowych wśród zwykłych ludzi zawsze dyskontowali reformatorsko usposobieni liberałowie, tacy jak Theodore Roosevelt, Woodrow Wilson, Franklin Delano Roosevelt, Lyndon Baines Johnson czy wreszcie Barack Obama.
Starając się dążyć do obydwu wspomnianych ideałów, radykałowie natrafiali jednak na jawną sprzeczność: w życiu, inaczej niż w retoryce, pragnienie indywidualnej wolności zazwyczaj zderza się z pragnieniem społecznej równości i bezinteresownej sprawiedliwości.
Wrogów przerażał rozmach ich ambicji. Jeden z konserwatywnych liderów Południa, prezbiteriański pastor James Henley Thornwell, obwieszczał złowrogo: „Stronami w tym konflikcie nie są jedynie abolicjoniści i właściciele niewolników. Po jednej stronie znajdują się ateiści, socjaliści, komuniści, czerwoni republikanie i jakobini, po drugiej zaś – przyjaciele porządku i reglamentowanej wolności. Jednym słowem, świat to pole bitwy”
Ale każdy czarny abolicjonista mógł wskazać swym białym sojusznikom, że ich protekcjonalne zachowanie, niecierpliwość wobec niepoprawnej gramatyki i rzekomo głębszy ogląd polityki zdradzały ich przekonanie, że niewolnicy są pomniejszymi aktorami w wielkim starciu między okrutnymi panami a białymi wyzwolicielami.
Jeden z powodów, dla których agitacja na rzecz praw kobiet straciła swój impet między rokiem 1840 a spotkaniem w Seneca Falls osiem lat później, był fakt, że wiele liderek ruchu wychowywało w tym czasie dzieci. Bez skutecznej kontroli urodzin biologia mogła zniweczyć najlepsze intencje wielkich marzycieli 85
Najlepiej finansowanymi i zaplanowanymi koloniami socjalistycznymi były dwadzieścia cztery falanstery, które – opierając się na sztywnych zasadach i statutach organizacyjnych zaczerpniętych z pism Fouriera – zorganizował w latach 40. Albert Brisbane. W sumie wspólnoty te przyciągnęły jednak zaledwie cztery tysiące mieszkańców i tylko dwie z nich przetrwały dłużej niż pięć lat.

Fragment ebooka Amerykańscy marzyciele. Jak lewica zmieniła Amerykę - Prof. Michael Kazin

Mi­cha­el Ka­zin, Ame­ry­kań­scy ma­rzy­cie­le. Jak le­wi­ca zmie­ni­ła Ame­ry­kę

War­sza­wa 2012

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ame­ri­can Dre­amers. How the Left Chan­ged a Na­tion

Co­py­ri­ght © 2011 by Mi­cha­el Ka­zin. By ar­ran­ge­ment with the au­thor.

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 2012 for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej

Co­py­ri­ght © 2012 for the fo­re­word by Agniesz­ka Graff

Wy­da­nie pierw­sze

ISBN 978-83-62467-51-8

Sup­por­ted by a grant from the Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Książ­ka uka­zu­je się przy wspar­ciu Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej

Se­ria Hi­sto­rycz­na [6]

War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

SE­RIA HI­STO­RYCZ­NA

Hi­sto­ria, tak jak ją ro­zu­mie­my, to przede wszyst­kim pró­ba opo­wie­dze­nia prze­szło­ści na nowo, tak by „dało się z nią żyć” i zbu­do­wać lep­szą przy­szłość. Nie słu­ży kon­ser­wo­wa­niu na­szej toż­sa­mo­ści, lecz poka­zuje, że współ­pra­ca i kon­flik­ty jed­no­stek i grup nie­ko­niecz­nie prze­bie­ga­ją we­dług po­dzia­łów na­ro­do­wych. W książ­kach pu­bli­ko­wa­nych w Se­rii opo­wia­da­my dzie­je z per­spek­ty­wy mniej­szo­ści i klas, par­tii le­wi­co­wych i ru­chów eman­cy­pa­cyj­nych, wspól­not lo­kal­nych i maso­wych or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nych, ko­biet i za­po­mnia­nych ofiar. Na­ród trak­tu­je­my jako wspól­no­tę kon­stru­owa­ną, peł­ną sprzecz­no­ści, nie­jed­no­rod­ną – i hi­sto­rycz­nie przy­god­ną.

Pol­ska i Eu­ro­pa po­trze­bu­ją no­wych opo­wie­ści o so­bie sa­mych i re­la­cjach z In­ny­mi. Po­mo­gą je stwo­rzyć re­edy­cje daw­nych tek­stów, prze­kła­dy, nowe książ­ki pol­skich au­to­rów – bo żeby „wy­brać przy­szłość”, trze­ba znieść za­sta­ny mo­no­pol na prze­szłość.

LEWICOWY MAINSTREAMING WEDŁUG MICHAELA KAZINA,

CZY­LI JAK TO SIĘ ROBI, GDY WO­KÓŁ NIE­PO­DZIEL­NIE PA­NU­JE LI­BE­RA­LIZM

AGNIESZ­KA GRAFF

Dla­cze­go w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie ma so­cja­li­zmu? Od po­nad stu lat to ry­tu­al­ne py­ta­nie za­da­ją so­bie hi­sto­ry­cy, po­li­to­lo­dzy i pu­bli­cy­ści, za­rów­no eu­ro­pej­scy, jak i ame­ry­kań­scy. Gdy przyj­rzeć mu się bli­żej, oka­zu­je się, że jest to w isto­cie py­ta­nie o ame­ry­kań­ską wy­jąt­ko­wość. Nie cho­dzi w nim prze­cież o to, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie są pań­stwem so­cja­li­stycz­nym (ta­kich państw jest na świe­cie cał­kiem spo­ro), ale o to, że jest to je­dy­ny kraj, w któ­rym roz­wo­jo­wi ka­pi­ta­li­zmu nie to­wa­rzy­szył roz­wój świa­do­mo­ści kla­so­wej i po­li­tycz­nej re­pre­zen­ta­cji kla­sy ro­bot­ni­czej. Za­da­ją­cy to py­ta­nie ba­da­cze wska­zu­ją, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie ma i nig­dy nie było zna­czą­cej siły po le­wej stro­nie sce­ny po­li­tycz­nej – cze­goś, co moż­na by po­rów­nać z bry­tyj­ską Par­tią Pra­cy, fran­cu­ską Par­tią So­cja­li­stycz­ną, o wło­skich ko­mu­ni­stach nie wspo­mi­na­jąc. Żad­na le­wi­ca nig­dy nie wy­gra­ła w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wy­bo­rów, a po­pu­lar­ność ide­ałów le­wi­co­wych wśród zwy­kłych lu­dzi za­wsze dys­kon­to­wa­li re­for­ma­tor­sko uspo­so­bie­ni li­be­ra­ło­wie, tacy jak The­odo­re Ro­ose­velt, Wo­odrow Wil­son, Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt, Lyn­don Ba­ines John­son czy wresz­cie Ba­rack Oba­ma. Na­wet w okre­sie swo­ich naj­więk­szych suk­ce­sów – w dru­giej de­ka­dzie XX wie­ku – so­cja­li­ści po­zo­sta­wa­li na mar­gi­ne­sie ame­ry­kań­skiej po­li­ty­ki. Tu i ów­dzie uda­wa­ło im się wpro­wa­dzić swo­ich lu­dzi do władz lo­kal­nych, jed­nak za­le­d­wie dwóch so­cja­li­stów tra­fi­ło do Kon­gre­su, a ich przy­wód­ca Eu­ge­ne Vic­tor Debs, któ­ry pię­cio­krot­nie ubie­gał się o pre­zy­den­tu­rę, nig­dy nie zdo­był wię­cej niż dzie­więć­set ty­się­cy gło­sów (6%). Brak sku­tecz­no­ści nad­ra­biał ma­low­ni­czo­ścią – swo­ją ostat­nią kam­pa­nię, z 1920 roku, pro­wa­dził z celi wię­zien­nej.

Czy za­tem Kry­ty­ka Po­li­tycz­na po­sta­no­wi­ła uczcić dzie­się­cio­le­cie swo­jej dzia­łal­no­ści, pu­bli­ku­jąc smęt­ną opo­wieść o roz­pi­sa­nej na kil­ka­na­ście po­ko­leń klę­sce le­wi­cy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych? By­najm­niej. Za­nim rzu­ci­my okiem na pró­by wy­ja­śnie­nia za­gad­ki ame­ry­kań­skiej od­por­no­ści na so­cja­lizm, od­no­tuj­my, że nie jest to py­ta­nie, któ­re ja­koś szcze­gól­nie zaj­mu­je Mi­cha­ela Ka­zi­na. Dla­cze­go? Po pierw­sze dla­te­go, że au­tor od­rzu­ca „ame­ry­kań­ską wy­jąt­ko­wość” – za­rów­no samą ka­te­go­rię, jak i zwią­za­ny z nią styl my­śle­nia, któ­ry dłu­go de­cy­do­wał o tym, jak my­śla­no i pi­sa­no o ame­ry­kań­skiej hi­sto­rii i kul­tu­rze. Rzecz w tym, że za­ło­że­nie o „wy­jąt­ko­wo­ści” z góry izo­lu­je Ame­ry­kę od resz­ty świa­ta, za­miast otwie­rać pole do ba­dań po­rów­naw­czych. Teza o wy­jąt­ko­wo­ści za­wie­ra w so­bie go­to­wą i w grun­cie rze­czy po­zba­wio­ną tre­ści od­po­wiedź na nie­mal każ­de py­ta­nie o Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Ame­ry­ka jest inna, bo jest ame­ry­kań­ska, czy­li wła­śnie inna. Po dru­gie, te­ma­tem tej książ­ki jest le­wi­ca ro­zu­mia­na dużo sze­rzej niż jako tra­dy­cja so­cja­li­stycz­na. Za­miast więc py­tać o „brak so­cja­li­zmu”, au­tor Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li wska­zu­je na ist­nie­nie, cią­głość i kul­tu­ro­twór­czą siłę dużo szer­sze­go nur­tu my­śle­nia i dzia­ła­nia niż sam so­cja­lizm. Le­wi­co­wość (okre­śla­na tu tak­że mia­nem ra­dy­ka­li­zmu) to tra­dy­cja opar­ta na ega­li­ta­ry­zmie, eman­cy­pa­cji, an­ty­au­to­ry­ta­ry­zmie – a przede wszyst­kim na wie­rze, że lep­szy, bar­dziej spra­wie­dli­wy świat jest moż­li­wy. Ko­lej­ne klę­ski so­cja­li­zmu jako pro­jek­tu po­li­tycz­ne­go to istot­ny, ale by­najm­niej nie głów­ny wą­tek tej pa­no­ra­micz­nej opo­wie­ści.

Ka­zin przy­zna­je, że dla wie­lu po­ko­leń „ma­rzy­cie­li” wła­śnie so­cja­lizm po­zo­sta­wał uto­pij­nym ho­ry­zon­tem ich wi­zji lep­sze­go świa­ta. Po­le­mi­zu­je jed­nak z po­glą­dem Tony’ego Jud­ta, że le­wi­ca po­win­na zre­zy­gno­wać z ma­rzeń o lep­szym świe­cie na rzecz prag­ma­tycz­nej stra­te­gii ma­łych kro­ków. Ka­zi­na taka stra­te­gia zu­peł­nie nie po­cią­ga. Le­wi­ca musi chcieć wię­cej, na­wet je­śli osta­tecz­nie osią­gnie mniej. Tym, co Ka­zin chce ura­to­wać, nie jest jed­nak wier­ność idei so­cja­li­stycz­nej, lecz wy­chy­le­nie w kie­run­ku uto­pii – głę­bo­kie emo­cjo­nal­ne za­an­ga­żo­wa­nie w wi­zję lep­sze­go świa­ta. Opi­sa­ni przez Ka­zi­na le­wi­cow­cy – od Fre­de­ric­ka Do­uglas­sa i Eli­za­beth Cady Stan­ton po Mi­cha­ela Mo­ore’a i Na­omi Kle­in – nie są po­sta­cia­mi po­mni­ko­wy­mi. By­wa­ją na­iw­ni, po­peł­nia­ją błę­dy (bywa, że głu­pie albo ab­sur­dal­ne), ale nie prze­sta­ją ma­rzyć.

Ame­ry­kań­scy ma­rzy­cie­le to hi­sto­ria trzech wiel­kich ru­chów spo­łecz­nych: na rzecz więk­szej rów­no­ści eko­no­micz­nej i praw pra­cow­ni­czych, na rzecz praw Afro­ame­ry­ka­nów (oba­le­nia nie­wol­nic­twa, a po­tem uzy­ska­nia przez czar­ną mniej­szość peł­ni praw oby­wa­tel­skich), wresz­cie na rzecz rów­no­ści płci (ten ostat­ni wą­tek łą­czy się oczy­wi­ście z re­wo­lu­cją sek­su­al­ną i wal­ką o pra­wa mniej­szo­ści sek­su­al­nych – Ka­zin wi­dzi tu wspól­ną hi­sto­rię ru­chów opar­tych na za­ło­że­niu, że „to, co pry­wat­ne, jest po­li­tycz­ne”). Au­tor ma w swo­im do­rob­ku kil­ka ksią­żek po­świę­co­nych hi­sto­rii ru­chu pra­cow­ni­cze­go i so­cja­li­zmu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, tu jed­nak dba – a w każ­dym ra­zie bar­dzo sta­ra się dbać – aby każ­dy z przed­sta­wio­nych wąt­ków wy­dał nam się rów­nie istot­ny1. Pro­por­cje by­wa­ją roz­ma­ite, jed­nak w ko­lej­nych roz­dzia­łach Ka­zin śle­dzi losy każ­dej z tych trzech wiel­kich spraw, po­ka­zu­jąc zło­żo­ne re­la­cje mię­dzy nimi – ko­ali­cje, ale tak­że ry­wa­li­za­cję i spo­ry mię­dzy ru­cha­mi spo­łecz­ny­mi, prą­da­mi umy­sło­wy­mi i kon­kret­ny­mi po­sta­cia­mi.

Pierw­szy roz­dział, po­świę­co­ny ide­ali­stom i bun­tow­ni­kom z lat 1820–1840, jest pod tym wzglę­dem mo­de­lo­wy: po­zna­je­my Fran­ces Wri­ght, jed­ną z pierw­szych pro­pa­ga­to­rek rów­no­upraw­nie­nia płci, Da­vi­da Wal­ke­ra, któ­re­go słyn­na Ode­zwa do człon­ków wła­snej rasy dała po­czą­tek ra­dy­kal­ne­mu abo­li­cjo­ni­zmo­wi, wresz­cie Tho­ma­sa Skid­mo­re’a, pre­kur­so­ra so­cja­li­stów (do­ma­gał się znie­sie­nia dzie­dzicz­nej wła­sno­ści i rów­ne­go po­dzia­łu dóbr mię­dzy wszyst­kich Ame­ry­ka­nów). Ka­zin wra­ca do tych em­ble­ma­tycz­nych po­sta­ci pod ko­niec książ­ki, oce­nia­jąc obec­ny stan rze­czy w każ­dej ze sfer, któ­re re­pre­zen­to­wa­li. Oka­zu­je się, rzecz ja­sna, że Ame­ry­ce wal­ka o rów­ność ras i płci po­szła dużo le­piej niż wal­ka o so­li­dar­ność w sfe­rze eko­no­micz­nej: „Fan­ny Wri­ght i Da­vid Wal­ker za­pew­ne przy­kla­snę­li­by wol­no­ściom, któ­ry­mi cie­szą się obec­nie Afro­ame­ry­ka­nie i ko­bie­ty bez wzglę­du na ich przy­na­leż­ność ra­so­wą. Na­to­miast Tho­mas Skid­mo­re był­by wście­kły jak za­wsze; jego idee do­ty­czą­ce ogól­ne­go po­dzia­łu wła­sno­ści nig­dy nie zy­ska­ły wie­lu zwo­len­ni­ków, na­wet wśród współ­cze­snych mu pra­cow­ni­ków na­jem­nych”2.

Urok tej książ­ki po­le­ga na tym, że mimo ogrom­nej wie­dzy hi­sto­rycz­nej, któ­rą au­tor sta­ra się nam prze­ka­zać (hi­sto­ria po­li­tycz­na, spo­łecz­na, in­te­lek­tu­al­na i kul­tu­ro­wa, dwa stu­le­cia, kil­ka ru­chów spo­łecz­nych...), opi­sa­ni w niej „ma­rzy­cie­le” – od Gar­ri­so­na po Chom­skie­go – są przed­sta­wie­ni jako barw­ne i kon­tro­wer­syj­ne oso­bo­wo­ści, awan­tur­ni­cy, wi­zjo­ne­rzy i ży­cio­wi ry­zy­kan­ci. Wie­lu z nich chcia­ło­by się po­znać oso­bi­ście. Waż­ne są nie tyl­ko ich po­glą­dy, suk­ce­sy po­li­tycz­ne czy dzie­ła, któ­re po so­bie zo­sta­wi­li, ale tak­że oso­bi­ste ob­se­sje, sła­bo­ści, dzi­wac­twa czy kło­po­ty ser­co­we. Nie cho­dzi tu o za­ba­wia­nie czy­tel­ni­ka przez wpro­wa­dza­nie do nar­ra­cji aneg­dot z ży­cia pry­wat­ne­go, ale o nar­ra­cję, w któ­rej po­li­tycz­ne i pry­wat­ne jest ze sobą kon­se­kwent­nie sple­cio­ne. Ka­zin przed­sta­wia le­wi­cę nie tyl­ko jako pew­ną tra­dy­cję ide­ową, lecz rów­nież jako styl ży­cia, al­ter­na­tyw­ną kul­tu­rę – zmien­ną hi­sto­rycz­nie, a prze­cież w ja­kiś spo­sób spój­ną we­wnętrz­nie. To ra­czej wraż­li­wość i tem­pe­ra­ment niż ide­olo­gia, a tak­że bar­dziej styl ży­cia niż po pro­stu stra­te­gia. Dla tak ro­zu­mia­nej le­wi­co­wo­ści fakt, że abo­li­cjo­ni­ści prze­kra­cza­li gra­ni­cę ra­so­wą w ży­ciu pry­wat­nym (mię­dzy in­ny­mi w mał­żeń­stwach), jest czymś wię­cej niż cie­ka­wost­ką oby­cza­jo­wą.

Ka­zin wciąż przy­po­mi­na nam, że ame­ry­kań­ska le­wi­ca to nie tyl­ko hi­sto­ria ru­chów spo­łecz­nych, ale tak­że spu­ści­zna li­te­rac­ka, mu­zycz­na, ar­ty­stycz­na. Na le­wi­co­wej pół­ce znaj­dzie­my wiel­kie ame­ry­kań­skie po­wie­ści: obok Cha­ty wuja Toma Har­riet Be­echer Sto­we sto­ją tuGro­na gnie­wu Joh­na Ste­in­bec­ka, try­lo­gia USA Joh­na Dos Pas­so­sa, Syn tej zie­mi Ri­char­da Wri­gh­ta czy Umi­ło­wa­na Toni Mor­ri­son. Le­wi­ca to tak­że bal­la­dy Wo­ody’ego Gu­th­rie­go, słyn­ny dzie­się­cio­mi­nu­to­wy film, w któ­rym Frank Si­na­tra wy­śpie­wu­je grup­ce dzie­ci uli­cy, jak pięk­nie jest żyć w wie­lo­kul­tu­ro­wej Ame­ry­ce sza­nu­jąc się wza­jem­nie (The Ho­use I Live In), czy ta­kie fil­my, jak Pan Smith je­dzie do Wa­szyng­to­nu Fran­ka Ca­pry i Wall Stre­et Oli­ve­ra Sto­ne’a. To wresz­cie anar­chicz­ne książ­ki dla dzie­ci Dok­to­ra Seus­sa3, do­ku­men­ty Mi­cha­ela Mo­ore’a czy kul­to­wy se­rial Simp­so­no­wie.

Po­pu­lar­ność tych dzieł – i wie­lu in­nych, o któ­rych pi­sze Ka­zin – mia­ła po­tęż­ny wpływ na świa­do­mość zbio­ro­wą. Moż­na by im, co praw­da, prze­ciw­sta­wić rów­nie wpły­wo­we be­st­sel­le­ry „kon­ser­wa­tyw­ne”, ta­kie jak Atlas zbun­to­wa­ny Ayn Rand, po­wieść sta­no­wią­cą hymn ku chwa­le wol­ne­go ryn­ku, czy Prze­mi­nę­ło z wia­trem Mar­ga­ret Mit­chell, nie­zrów­na­ny wy­ci­skacz łez, a jed­no­cze­śnie hymn ku chwa­le ra­si­stow­skie­go Po­łu­dnia, któ­ry nie tyl­ko w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wy­warł ogrom­ny wpływ na po­strze­ga­nie nie­wol­nic­twa, woj­ny se­ce­syj­nej i re­kon­struk­cji, po­dob­nie zresz­tą jak Na­ro­dzi­ny na­ro­du Da­vi­da Lle­we­ly­na War­ka Grif­fi­tha – ar­cy­dzie­ło sztu­ki fil­mo­wej, a za­ra­zem maj­stersz­tyk pro­pa­gan­dy ra­si­stow­skiej. Je­śli jed­nak przyj­mie­my, że Ka­zin ma ra­cję, że le­wi­ca istot­nie wy­gra­ła „woj­ny kul­tu­ro­we”, pi­sząc lep­sze po­wie­ści i sce­na­riu­sze czy bar­dziej me­lo­dyj­ne pio­sen­ki, to prze­cież wpływ na kul­tu­rę nie jest toż­sa­my z wpły­wem na po­li­ty­kę4.

Au­tor Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li na­ma­wia nas do trak­to­wa­nia po­waż­nie zma­gań w sfe­rze kul­tu­ry, zwłasz­cza kul­tu­ry po­pu­lar­nej, ale nie zwal­nia nas to z obo­wiąz­ku py­ta­nia o źró­dła nie­mo­cy po­li­tycz­nej. Kry­ty­ku­jąc w ostat­nim roz­dzia­le swo­jej książ­ki po­pu­lar­ną le­wi­co­wą hi­sto­rię Sta­nów Zjed­no­czo­nych au­tor­stwa Ho­war­da Zin­na (A Pe­ople’s Hi­sto­ry of the Uni­ted Sta­tes, 1980), Ka­zin okre­śla ją iro­nicz­nie jako książ­kę, któ­ra snu­je baśń o złych ka­pi­ta­li­stach i szla­chet­nych, ale bez­rad­nych wo­bec ich wła­dzy zwy­kłych lu­dziach. Zinn „spro­wa­dził [...] prze­szłość do le­gen­dy ma­ni­chej­skiej i nie pró­bo­wał na se­rio pod­jąć naj­waż­niej­szej kwe­stii, któ­rą le­wi­ca musi roz­wa­żyć w związ­ku z hi­sto­rią Sta­nów Zjed­no­czo­nych: dla­cze­go więk­szość Ame­ry­ka­nów (za)ak­cep­to­wa­ła le­gi­ty­ma­cję re­pu­bli­ki ka­pi­ta­li­stycz­nej, w któ­rej żyli?”5.

Dla­cze­go za­tem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych „nie ma so­cja­li­zmu”? Skąd bie­rze się i na czym po­le­ga po­li­tycz­na nie­moc le­wi­cy? Albo in­a­czej: skąd ame­ry­kań­ska od­por­ność na idee le­wi­co­we? Dla­cze­go oskar­że­nie kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta o sym­pa­tie so­cja­li­stycz­ne jest w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jed­no­znacz­nie od­czy­ty­wa­ne – i po­li­tycz­nie sku­tecz­ne – jako obe­lga? Skąd po­wszech­ne prze­ko­na­nie, po mi­strzow­sku wy­ko­rzy­sta­ne przez mak­kar­ty­stów, że le­wi­co­wość jest z de­fi­ni­cji nie tyl­ko an­ty­ame­ry­kań­ska, ale wręcz nie­ame­ry­kań­ska, kul­tu­ro­wo obca? Ra­dy­kal­ni le­wi­co­wi mów­cy przy­cią­ga­ją tłu­my słu­cha­czy, ale ża­den „trze­ci kan­dy­dat” nie przy­cią­gnął tłu­mów do urn wy­bor­czych. Py­ta­nie, dla­cze­go tak się dzie­je, od po­nad stu lat zaj­mu­je za­rów­no my­śli­cie­li le­wi­co­wych, któ­rzy nad tym sta­nem rze­czy ubo­le­wa­ją, jak i tych kon­ser­wa­tyw­nych, dla któ­rych sła­bość so­cja­li­zmu jest do­wo­dem zdro­wia ame­ry­kań­skiej de­mo­kra­cji i ide­olo­gicz­nej po­tę­gi li­be­ra­li­zmu.

W de­ba­cie na­uko­wej jako pierw­szy roz­trzą­sał tę kwe­stię w 1906 roku nie­miec­ki ba­dacz Wer­ner Som­bart. Uznał, że brak so­cja­li­zmu jest pro­stym wy­ni­kiem po­wszech­ne­go do­bro­by­tu, do­stęp­no­ści „pie­cze­ni wo­ło­wej i szar­lot­ki” – po­traw, o któ­rych eu­ro­pej­scy ro­bot­ni­cy tej epo­ki mo­gli tyl­ko po­ma­rzyć. Jed­nak szar­lot­ki, pie­cze­ni, a na­wet chle­ba nie za­wsze było pod do­stat­kiem, a so­cja­li­ści mimo bie­dy nie od­no­si­li więk­szych zwy­cięstw wy­bor­czych. Już w 1867 roku Edwin Law­ren­ce God­kin za­sta­na­wiał się na ła­mach „The Na­tion”, dla­cze­go w Sta­nach Zjed­no­czo­nych mimo fali straj­ków nie po­ja­wi­ło się „in­ten­syw­ne po­czu­cie wię­zi kla­so­wej”, ta­kie jak w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wska­zał na przy­czy­ny tkwią­ce w ame­ry­kań­skim sty­lu ży­cia, struk­tu­rze spo­łecz­nej, sys­te­mie po­li­tycz­nym i ide­olo­gii. Jak za­uwa­ża Eric Fo­ner, wła­śnie ten ze­staw od­po­wie­dzi w roz­ma­itych kon­fi­gu­ra­cjach i wer­sjach po­ja­wia się u nie­zli­czo­nych póź­niej­szych au­to­rów. Za „brak so­cja­li­zmu” od­po­wia­da za­tem po­wszech­ne po­czu­cie spo­łecz­nej mo­bil­no­ści („więk­szość pra­co­daw­ców za­czy­na­ła jako pra­cow­ni­cy; więk­szość ro­bot­ni­ków ma na­dzie­ję zo­stać kie­dyś pra­co­daw­ca­mi” – pi­sał God­kin) i in­dy­wi­du­al­nej swo­bo­dy („Ame­ry­kań­ski ro­bot­nik ma za ple­ca­mi pre­rię [...], co daje mu po­czu­cie swo­bo­dy i na­dzie­ję na przy­szłość”). Sku­tecz­nym za­wo­rem bez­pie­czeń­stwa jest tak­że ame­ry­kań­ska de­mo­kra­cja. Da­jąc ro­bot­ni­kom po­wszech­ne pra­wo gło­su, Ame­ry­ka dała im też po­czu­cie siły i uczest­nic­twa w sys­te­mie, za­po­bie­ga­jąc tym sa­mym wy­bu­chom ra­dy­kal­ne­go bun­tu, któ­ry mógł­by nim za­chwiać. W la­tach 50. i 60. XX wie­ku po­pu­lar­ność zy­ska­ła teza Lo­uisa Hart­za, że szcze­pion­ki na le­wi­co­wość na­le­ży szu­kać w sfe­rze ide­olo­gicz­nej czy sym­bo­licz­nej – jest nią po pro­stu etos ame­ry­kań­ski, ame­ry­kań­ska toż­sa­mość, he­ge­mo­nia li­be­ral­na wszech­obec­na za­rów­no w ży­ciu pu­blicz­nym, jak i w po­tocz­nym my­śle­niu6.

Od­po­wie­dzi na za­gad­kę „bra­ku so­cja­li­zmu” było wię­cej: wska­zy­wa­no na sys­tem po­li­tycz­ny (dwu­par­tyj­ność i za­sa­dę „zwy­cięz­ca bie­rze wszyst­ko” obo­wią­zu­ją­cą w pro­ce­sie wy­bie­ra­nia pre­zy­den­ta za po­śred­nic­twem Ko­le­gium Elek­tor­skie­go), a tak­że na fakt, że w spo­łe­czeń­stwie wie­lo­kul­tu­ro­wym so­li­dar­ność grup et­nicz­nych za­wsze bra­ła górę nad wspól­no­tą kla­so­wą. Każ­de z tych wy­ja­śnień za­wie­ra w so­bie część praw­dy, jed­nak naj­wię­cej, moim zda­niem, wy­ja­śnia teza o ide­olo­gicz­nej he­ge­mo­nii li­be­ra­li­zmu. Mó­wiąc naj­kró­cej, to wszech­obec­ny in­dy­wi­du­alizm, sta­no­wią­cy w isto­cie uto­pię o więk­szej mocy niż idea spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, two­rzy ów „kon­sens”, któ­ry po­że­ra wszel­kie al­ter­na­ty­wy i unie­moż­li­wia głęb­sze spo­ry ide­olo­gicz­ne. Gdy trze­ba wy­bie­rać mię­dzy rów­no­ścią i wol­no­ścią, Ame­ry­ka­nie za­wsze wy­bie­ra­ją to dru­gie. Je­śli chcesz w Sta­nach Zjed­no­czo­nych dys­ku­to­wać o po­li­ty­ce, mu­sisz roz­ma­wiać o „wol­no­ści” – in­nych te­ma­tów po pro­stu nie ma.

Po­zo­sta­je za­tem py­ta­nie o wpływ po­li­tycz­ny le­wi­cy, o re­la­cje mię­dzy kul­tu­rą a po­li­ty­ką. Głów­na teza tej książ­ki jest taka, że od­no­sząc ko­lej­ne klę­ski po­li­tycz­ne, le­wi­ca wy­war­ła jed­nak wpływ na świa­do­mość zbio­ro­wą Ame­ry­ka­nów, a przez to, po­śred­nio, tak­że na po­li­ty­kę. Ra­dy­ka­ło­wie prze­gry­wa­li wy­bo­ry (lub w ogó­le nie bra­li w nich udzia­łu), ale zmie­nia­li ramy de­ba­ty pu­blicz­nej, kształ­tu­jąc in­tu­icje mo­ral­ne do­ty­czą­ce spra­wie­dli­wo­ści, wza­jem­nych zo­bo­wią­zań jed­no­stek i roli pań­stwa. Nie cho­dzi tu tyl­ko o sto­su­nek do kwe­stii ra­so­wej, gdzie klu­czo­we po­stu­la­ty „ra­dy­kal­nych abo­li­cjo­ni­stów”, uwa­ża­ne na po­cząt­ku XIX wie­ku za ro­dzaj po­li­tycz­ne­go fa­na­ty­zmu, sta­ły się po pro­stu opi­sem sta­nu fak­tycz­ne­go po woj­nie se­ce­syj­nej, czy o zmia­ny praw­ne i men­tal­no­ścio­we sta­no­wią­ce re­zul­tat wy­sił­ków po­dej­mo­wa­nych przez ko­lej­ne fale ru­chu ko­bie­ce­go. Cho­dzi tak­że o wpły­wa­nie na kształt ka­pi­ta­li­zmu.

Gdy­by Tho­mas Skid­mo­re tra­fił ja­kimś cu­dem do współ­cze­snej Ame­ry­ki – w któ­rej roz­war­stwie­nie eko­no­micz­ne jest ogrom­ne i wciąż się po­więk­sza, a naj­mniej­sze po­dat­ki pła­cą naj­bo­gat­si – istot­nie „był­by wście­kły jak za­wsze”. Ale co by po­wie­dział na Ame­ry­kę z epo­ki New Deal? Książ­ka Ka­zi­na po­ka­zu­je, że ra­dy­kal­na le­wi­ca eko­no­micz­na kil­ku­krot­nie wy­mu­si­ła zwrot na lewo wśród osób z głów­ne­go nur­tu po­li­ty­ki. Me­cha­nizm wpły­wu ra­dy­ka­łów na głów­ny nurt moż­na trak­to­wać z roz­pa­czą jako „za­własz­cze­nie” i „ko­op­ta­cję”, świa­dec­two siły ide­olo­gii li­be­ral­nej, któ­ra po­tra­fi wszyst­ko wchło­nąć i prze­mie­lić – każ­dą myśl re­wo­lu­cyj­ną po­zba­wić ra­dy­kal­ne­go ją­dra. Jed­nak opty­ka Ka­zi­na jest inna. Jego zda­niem na tym wła­śnie po­le­ga siła ra­dy­ka­łów, że ich idee prze­ni­ka­ją do po­li­tycz­ne­go ma­in­stre­amu. Może dla­te­go, że dla głów­ne­go nur­tu naj­więk­szą war­to­ścią jest sta­bil­ność? A może dla­te­go, że w przy­pad­ku Sta­nów Zjed­no­czo­nych „re­wo­lu­cyj­ność”, „sprze­ciw” są w głów­ny nurt – w ma­rze­nie o Ame­ry­ce – jed­nak ja­koś wpi­sa­ne, bo wy­ma­ga tego ra­dy­kal­na wi­zja wol­no­ści? Bio­rąc pod uwa­gę obie moż­li­wo­ści, Ka­zin przy­glą­da się ko­lej­nym epi­zo­dom „za­własz­cze­nia”: tak było z abo­li­cjo­ni­zmem w la­tach po­prze­dza­ją­cych woj­nę se­ce­syj­ną, z po­pu­li­zmem w epo­ce pro­gre­sy­wi­zmu, z ko­mu­ni­zmem epo­ki Fron­tu Lu­do­we­go. Bez na­ci­sku ze stro­ny ko­lej­nych po­ko­leń ra­dy­ka­łów (czy może ra­czej z oba­wy, że zy­ska­ją oni rze­czy­wi­sty wpływ na po­li­ty­kę i za­gro­żą po­rząd­ko­wi rze­czy) nie by­ło­by pro­gre­sy­wi­zmu The­odo­ra Ro­ose­vel­ta i Wo­odro­wa Wil­so­na, nie po­wstał­by New Deal, nie do­szło­by do kon­ce­sji na rzecz pań­stwa opie­kuń­cze­go w ide­olo­gii de­mo­kra­tów za cza­sów John­so­na, Oba­ma zaś nie pró­bo­wał­by dziś re­for­mo­wać opie­ki zdro­wot­nej.

Per­spek­ty­wa Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li jest od­mien­na od spoj­rze­nia hi­sto­ry­ków, któ­rzy wy­jąt­ko­wo­ści Ame­ry­ki upa­try­wa­li wy­łącz­nie w jej od­por­no­ści na so­cja­lizm. Ka­zin jest prze­ko­na­ny – po­dob­nie zresz­tą jak znacz­na część ra­dy­ka­łów, o któ­rych pi­sze – że war­to­ści le­wi­co­we sta­no­wią nie prze­ci­wień­stwo, lecz wła­śnie sed­no „ame­ry­kań­skie­go ma­rze­nia”. Dla­te­go au­tor Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li opie­ra się też ten­den­cji prze­ciw­nej, do­mi­nu­ją­cej w śro­do­wi­sku Ame­ri­can stu­dies mniej wię­cej od po­ło­wy lat 90. XX wie­ku – by kry­ty­ku­jąc my­śle­nie w ka­te­go­riach „wy­jąt­ko­wo­ści”, pójść o krok da­lej i od­ciąć się od wszyst­kie­go, co ame­ry­kań­skie, otwie­ra­jąc się w ba­da­niach na per­spek­ty­wę trans­na­ro­do­wą. Sta­no­wi­sko Ka­zi­na, by wpły­wać na głów­ny nurt de­ba­ty po­li­tycz­nej, a le­wi­co­wość bu­do­wać jako „le­wi­co­wy ame­ry­ka­nizm”, jest ude­rza­ją­co po­dob­ne do tego, któ­re przed­sta­wił Ri­chard Ror­ty w gło­śnej (i kil­ka­krot­nie w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji przy­wo­ły­wa­nej) książ­ce Speł­nie­nie obiet­ni­cy na­sze­go kra­ju (1999, wyd. pol. 2010).

Ka­zin od­rzu­ca re­to­ry­kę ame­ry­kań­skiej wy­jąt­ko­wo­ści z jej po­wra­ca­ją­cym jak bu­me­rang, ale pro­wa­dzą­cym do­ni­kąd py­ta­niem o „brak so­cja­li­zmu”, nie re­zy­gnu­je jed­nak z py­ta­nia o ame­ry­kań­ską od­mien­ność czy spe­cy­fi­kę, czy­li po pro­stu o kul­tu­ro­wy kon­tekst, z któ­rym na­le­ży się li­czyć. Ame­ry­kań­skie umi­ło­wa­nie wol­no­ści, ame­ry­kań­skie ma­rze­nie, ame­ry­kań­ski pa­trio­tyzm – to zda­niem Ka­zi­na żywe idee, któ­re le­wi­ca po­win­na na swój spo­sób za­go­spo­da­ro­wać, nie zaś pro­jek­cje wy­obraź­ni kon­ser­wa­tyw­nej, któ­re na­le­ży zde­kon­stru­ować lub wy­kpić. Są to two­ry pla­stycz­ne, ele­men­ty dys­kur­su pod­le­ga­ją­ce hi­sto­rycz­nym prze­kształ­ce­niom – tak­że pod wpły­wem le­wi­cy. Za­miast więc py­tać, jak ame­ry­kań­skie umi­ło­wa­nie idei jed­nost­ko­wej wol­no­ści pod­ci­na­ło skrzy­dła ra­dy­ka­łom, mar­gi­na­li­zu­jąc ich lub za­przę­ga­jąc do pra­cy na rzecz „sys­te­mu”, Ka­zin po­ka­zu­je nam, w jaki spo­sób ko­lej­ne po­ko­le­nia ame­ry­kań­skiej le­wi­cy sta­ra­ły się przed­sta­wić swo­je ra­cje w ję­zy­ku ra­czej „wol­no­ścio­wym” niż „rów­no­ścio­wym”. Sy­tu­acja le­wi­cy w ko­lej­nych epo­kach była roz­ma­ita, po­dob­nie jak jej cele, jed­nak nie­mal za­wsze tym, co spraw­dza­ło się naj­le­piej, po­zo­sta­wał „le­wi­co­wy ame­ry­ka­nizm”.

Na czym za­tem po­le­ga ame­ry­kań­ska spe­cy­fi­ka, któ­rą za­rów­no ba­dacz le­wi­cy, jak i le­wi­co­wy po­li­tyk czy dzia­łacz po­wi­nien brać pod uwa­gę? Istot­nych ele­men­tów jest wie­le, wy­mie­nię jed­nak trzy, któ­re wy­da­ją mi się fun­da­men­tal­ne dla we­wnętrz­nej lo­gi­ki Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li.

Po pierw­sze: kwe­stia re­li­gii, czy może ra­czej im­pul­su mo­ral­ne­go le­żą­ce­go u pod­staw le­wi­co­wej wraż­li­wości. Rzecz w tym, że kul­tu­ro­we ko­rze­nie, stra­te­gie re­to­rycz­ne i za­bar­wie­nie emo­cjo­nal­ne le­wi­co­wej ak­tyw­no­ści w Sta­nach Zjed­no­czo­nych mają w so­bie wie­le z re­li­gij­ne­go unie­sie­nia. Cha­rak­te­ry­stycz­ny dla ame­ry­kań­skich ru­chów spo­łecz­nych jest pe­wien szcze­gól­ny ton mo­ral­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia i mo­ral­ne­go obu­rze­nia, a jego ko­rze­nie tkwią w uczu­ciu re­li­gij­nym zwią­za­nym z do­świad­cze­niem „prze­bu­dze­nia”. Hi­sto­ria ame­ry­kań­skiej le­wi­cy XIX wie­ku to w du­żej mie­rze hi­sto­ria re­for­ma­tor­skich ru­chów re­li­gij­nych, któ­re wi­zję spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej wy­wo­dzi­ły z ra­dy­kal­nej lek­tu­ry Bi­blii: taki był abo­li­cjo­nizm, taki był wcze­sny fe­mi­nizm (co zresz­tą dzi­wi­ło fe­mi­nist­ki eu­ro­pej­skie), ta­kie były też me­sja­ni­stycz­ne prą­dy so­cja­li­zmu ery pro­gre­syw­nej. Do­pie­ro na po­cząt­ku XX wie­ku za­stą­pił je so­cja­lizm ro­zu­mia­ny jako po­gląd na­uko­wy. Jed­nak Ka­zin su­ge­ru­je, że ta hi­sto­ria nie jest do koń­ca za­mknię­ta, że le­wi­co­wość w Sta­nach Zjed­no­czo­nych do dziś czer­pie siłę z za­an­ga­żo­wań ra­czej mo­ral­nych niż ide­olo­gicz­nych. Każ­dy, kto uważ­nie czy­ta ma­ni­fe­sty ame­ry­kań­skich ra­dy­ka­łów – te z lat 60. i te współ­cze­sne – przy­zna mu ra­cję.

Po dru­gie: na­pię­cie mię­dzy dą­że­nia­mi kla­so­wy­mi a kwe­stią ra­so­wą jako me­cha­nizm kształ­tu­ją­cy hi­sto­rię ame­ry­kań­skiej le­wicy.Nie cho­dzi tu tyl­ko o to, że zróż­ni­co­wa­nie et­nicz­ne blo­ko­wa­ło roz­wój so­cja­li­zmu czy ru­chu związ­ko­we­go, bo po­czu­cie opre­sji wy­ni­ka­ją­cej z ko­lo­ru skó­ry czy po­cho­dze­nia et­nicz­ne­go u człon­ków tych czy in­nych mniej­szo­ści bra­ło górę nad po­czu­ciem wspól­no­ty kla­so­wej. Rzecz tak­że w tym, że sama le­wi­ca kil­ka­krot­nie mu­sia­ła wy­bie­rać mię­dzy rasą a kla­są. Wy­bie­ra­no roz­ma­icie, ale za­wsze były to wy­bo­ry po­li­tycz­nie kosz­tow­ne i pod wzglę­dem ide­olo­gicz­nym brze­mien­ne w skut­ki. Wie­lo­krot­nie w hi­sto­rii „rasa” prze­bi­ja­ła „kla­sę” – tak było w XIX wie­ku, gdy spra­wa oba­le­nia nie­wol­nic­twa zdo­mi­no­wa­ła wy­obraź­nię ra­dy­kal­ną na kil­ka dzie­się­cio­le­ci, spy­cha­jąc na dal­szy plan wszel­kie inne cele, czy pod ko­niec stu­le­cia, gdy z ko­lei ra­sizm po­wo­do­wał roz­bi­cie związ­ków za­wo­do­wych. Ko­mu­ni­ści w la­tach 30. i 40. XX wie­ku po­zo­sta­wa­li nie­zmien­nie lo­jal­ni wo­bec Afro­ame­ry­ka­nów, uzna­jąc jed­nak ra­sizm za pro­stą po­chod­ną wy­zy­sku eko­no­micz­ne­go. Na­to­miast Nowa Le­wi­ca lat 60. była nie tyl­ko od­da­na spra­wie de­se­gre­ga­cji, ale wręcz uzna­wa­ła ide­olo­gicz­ne pierw­szeń­stwo ra­dy­kal­nych nur­tów ru­chu praw oby­wa­tel­skich i czar­ne­go na­cjo­na­li­zmu. Efek­tem tych wy­bo­rów był zwrot „kul­tu­ro­wy” ame­ry­kań­skiej le­wi­cy i za­nie­dba­nie pro­ble­ma­ty­ki eko­no­micz­nej, nad któ­ry­mi tak ubo­le­wa w swo­jej książ­ce Ror­ty. Nie cho­dzi tu za­tem tyl­ko o wza­jem­ne re­la­cje „kla­sy i rasy” w hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale o pew­ne nie­usu­wal­ne na­pię­cie mię­dzy po­li­ty­ką „re­dy­stry­bu­cji” i po­li­ty­ką „uzna­nia”. Obie te per­spek­ty­wy po­win­ny się spo­tkać, ale hi­sto­ria po­ka­zu­je, że jest to nie­zmier­nie trud­ne.

Po trze­cie: pro­blem umiej­sco­wie­nia le­wi­cy w li­be­ral­nym ma­in­stre­amie. Tu wła­śnie ujaw­nia się ostrze po­le­micz­ne tej książ­ki, a tak­że, jak są­dzę, pew­na istot­na zbież­ność po­glą­dów Ka­zi­na z po­li­tycz­nym pro­jek­tem Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej. Au­tor Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li nie pi­sze o tym wprost – w jego książ­ce jest w ogó­le mało teo­re­ty­zo­wa­nia – ale jego spo­sób opo­wia­da­nia hi­sto­rii wska­zu­je, że uwa­ża on me­cha­nizm „za­własz­cze­nia” idei le­wi­co­wych przez kul­tu­ro­wy ma­in­stre­am za war­tość i szan­sę, a nie za za­gro­że­nie dla le­wi­co­wych ide­ałów czy ko­lej­ne świa­dec­two „he­ge­mo­nii” ka­pi­ta­li­zmu. Wszech­obec­ność i prze­zro­czy­stość po­ję­cia wol­no­ści w ame­ry­kań­skiej de­ba­cie pu­blicz­nej, jego po­jem­ność i ela­stycz­ność spra­wia­ją, że tam­tej­sze spo­ry ide­olo­gicz­ne to de fac­to ko­lej­ne od­sło­ny zma­gań o pra­wo do de­fi­nio­wa­nia tego po­ję­cia7. A sko­ro tak, to le­wi­ca po­win­na ro­bić wszyst­ko, aby prze­ko­nać lu­dzi, że w isto­cie cho­dzi jej o po­sze­rze­nie i urze­czy­wist­nie­nie wol­no­ści jed­nost­ki. Nie jest to ma­ni­pu­la­cja, lecz kwe­stia roz­ło­że­nia ak­cen­tów. Le­wi­co­wy kan­dy­dat nie ma ra­czej szans na wy­gra­nie wy­bo­rów, ale le­wi­co­we po­glą­dy mogą i po­win­ny być „wchła­nia­ne” przez li­be­ral­ny main­stre­am.

Ka­zin to hi­sto­ryk o sym­pa­tiach le­wi­co­wych, ale z pew­no­ścią nie apo­lo­ge­ta le­wi­cy w każ­dym moż­li­wym wy­da­niu. W toku swo­jej opo­wie­ści nie kry­je iry­ta­cji ko­lej­ny­mi wpad­ka­mi ra­dy­ka­łów – kry­ty­ku­je ich za eli­tar­ność, kon­flik­to­wość, sek­sizm, ra­sizm i skłon­ność do za­my­ka­nia się w get­tach śro­do­wi­sko­wych. Do­sta­je im się też za do­gma­tyzm – zwłasz­cza, gdy mowa o la­tach 40. XX wie­ku, gdy ko­mu­ni­ści nie po­tra­fi­li roz­stać się z wi­zją Sta­li­na jako zba­wi­cie­la ludz­ko­ści. Ka­zin naj­bar­dziej lubi swo­ich bo­ha­te­rów wów­czas, gdy re­zy­gnu­jąc z czy­sto­ści idei, za­czy­na­ją po pro­stu mó­wić do lu­dzi, re­pre­zen­to­wać ich in­te­re­sy, po­słu­gu­jąc się ję­zy­kiem obu­rze­nia, em­pa­tii i pa­trio­tycz­nych unie­sień. Le­wi­ca zy­sku­je naj­wię­cej, gdy uda­je jej się od­wo­łać do „zwy­kłe­go czło­wie­ka”, któ­ry swo­je prze­żył, swo­je wie i wła­śnie dla­te­go jest z nami (w tej roli wy­śmie­ni­cie spraw­dził się w swo­ich fil­mach Mi­cha­el Mo­ore). Lubi ich tak­że wów­czas, gdy za­miast ob­ra­żać się na pro­ces wy­bor­czy, w któ­rym ra­dy­ka­lizm istot­nie nie ma więk­szych szans na zwy­cię­stwo, wy­ka­zu­ją się prag­ma­ty­zmem po­li­tycz­nym, pra­cu­jąc w ra­mach re­for­ma­tor­skich skrzy­deł nie­co bar­dziej le­wi­co­wej par­tii spo­śród dwóch do­mi­nu­ją­cych (czy­li naj­pierw re­pu­bli­ka­nów, a póź­niej de­mo­kra­tów).

Na tym po­le­ga Ka­zi­now­ski „le­wi­co­wy ame­ry­ka­nizm”: by za­miast dy­stan­so­wać się wo­bec Sta­nów jako ka­pi­ta­li­stycz­ne­go im­pe­rium, przy­wo­ły­wać ame­ry­kań­skie ko­rze­nie rów­no­ści i ega­li­ta­ry­zmu. Do­ty­czy to nie tyl­ko stra­te­gii po­li­tycz­nej czy re­to­ry­ki (na przy­kład nie­zli­czo­nych ma­ni­fe­stów le­wi­co­wych wzo­ro­wa­nych na De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści), ale tak­że dzieł lite­rac­kich, fil­mów czy utwo­rów mu­zycz­nych an­ga­żu­ją­cych uczu­cia zbio­ro­we. Naj­peł­niej­szym wy­ra­zem le­wi­co­we­go ame­ry­ka­ni­zmu jest zda­niem Ka­zi­na film Pan Smith je­dzie do Wa­szyng­to­nu Fran­ka Ca­pry. Na­to­miast an­ty­ame­ry­kań­skość nig­dy nie wy­cho­dzi­ła le­wi­cy na zdro­wie; przy­kła­dem alie­na­cji wy­ni­ka­ją­cej z od­mo­wy udzia­łu w dys­kur­sie pa­trio­tycz­nym jest po­stać No­ama Chom­skie­go, któ­re­mu Ka­zin nie szczę­dzi gorz­kich słów.

I cho­ciaż Ame­ry­kań­scy ma­rzy­cie­le to książ­ka hi­sto­rycz­na, a nie prak­tycz­ny po­rad­nik le­wi­cow­ca, to dla uważ­ne­go czy­tel­ni­ka za­war­ty w niej prze­kaz bę­dzie oczy­wi­sty. Je­śli chcesz od­zy­skać ser­ca i umy­sły Ame­ry­ka­nów, na­ucz się mó­wić w to­na­cji ame­ry­kań­skiej. Uni­kaj ate­izmu, ko­lek­ty­wi­zmu i pu­ry­zmu ide­olo­gicz­ne­go. Im szer­sze ko­ali­cje, im wię­cej wy­sił­ku wło­żo­ne­go w po­pu­la­ry­zo­wa­nie le­wi­co­wej wraż­li­wo­ści, im częst­sze od­wo­ła­nia do ame­ry­kań­skie­go ma­rze­nia, tym więk­sza szan­sa na suk­ces.

Ame­ry­kań­skich ma­rzy­cie­li Ka­zi­na moż­na czy­tać jako syn­te­tycz­ną, świet­nie skon­stru­owa­ną i udo­ku­men­to­wa­ną hi­sto­rię so­cja­li­zmu, fe­mi­ni­zmu, ru­chu na rzecz praw czar­nej mniej­szo­ści i paru jesz­cze in­nych le­wi­co­wych ru­chów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Za­pew­ne taką rolę książ­ka ta speł­ni na nie­jed­nej ame­ry­kań­skiej uczel­ni: jako uzu­peł­nie­nie stan­dar­do­we­go pod­ręcz­ni­ka hi­sto­rii. Jed­nak wy­da­na przez Kry­ty­kę Po­li­tycz­ną z oka­zji dzie­się­cio­le­cia jej dzia­łal­no­ści i czy­ta­na w dzi­siej­szej Pol­sce, pra­ca Ka­zi­na może sta­no­wić tak­że pre­tekst do roz­mo­wy o pol­skim tu i te­raz. Czy po­tra­fi­my wy­obra­zić so­bie rów­nie sze­ro­kie uję­cie hi­sto­rii pol­skiej le­wi­cy? Jak ro­zu­mie­my re­la­cje mię­dzy tra­dy­cyj­nie po­ję­tą po­li­ty­ką a sze­ro­ko ro­zu­mia­ną kul­tu­rą? Czy pro­po­no­wa­ny przez Ka­zi­na le­wi­co­wy „ma­in­stre­aming” to sen­sow­na stra­te­gia dla pol­skiej le­wi­cy w jej obec­nej sy­tu­acji, czy­li w cza­sie, gdy za­rów­no sce­na po­li­tycz­na, jak i dys­kurs pu­blicz­ny są zdo­mi­no­wa­ne przez „kon­ser­wa­tyw­ny li­be­ra­lizm”? A może nie jest tak źle? Może już po czę­ści na­stą­pi­ła „re­wo­lu­cja se­man­tycz­na” – otwar­cie na po­li­tycz­ność w polu kul­tu­ry i na le­wi­co­wy dys­kurs w de­ba­cie pu­blicz­nej? Z pew­no­ścią każ­dy z tych te­ma­tów jest cie­kaw­szy niż ry­tu­al­ne py­ta­nie o źró­dła sła­bo­ści pol­skich le­wi­co­wych par­tii i po­li­ty­ków.

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Mam na­dzie­ję, że moja książ­ka – po­dob­nie jak te­mat, któ­ry w niej po­dej­mu­ję – wy­wo­ła licz­ne spo­ry i dys­ku­sje – na­mięt­ne lub roz­sąd­ne, albo ta­kie i ta­kie na­raz. Pi­sząc ją, sta­ra­łem się iść za radą jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­nych hi­sto­ry­ków, nie­ży­ją­ce­go już Ri­char­da Ho­fstad­te­ra: „Je­że­li nowa albo he­te­ro­dok­syj­na idea jest co­kol­wiek war­ta, to war­to ją wy­ol­brzy­mić [...]. To je­den z wa­run­ków, żeby za­czę­to ją trak­to­wać po­waż­nie”8.

Nie ma wąt­pli­wo­ści, w jak wiel­kim stop­niu by­łem za­leż­ny od ma­te­ria­łów na­uko­wych i pra­so­wych, któ­re po­wsta­wa­ły i na­ra­sta­ły przez nie­mal dwa stu­le­cia pi­sa­nia o le­wi­cy – two­rzo­ne przez jej stron­ni­ków, prze­ciw­ni­ków i aka­de­mi­ków, ma­ją­cych mą­dre rze­czy do po­wie­dze­nia. Do swe­go dłu­gu przy­zna­ję się w przy­pi­sach i wy­ka­zie nie­zbęd­nych źró­deł za­miesz­czo­nych na ostat­nich kar­tach książ­ki.

Kil­ka osób za­słu­gu­je jed­nak na szcze­gól­ne sło­wa po­dzię­ko­wa­nia i wy­róż­nie­nie. Gary Ger­stle, Jo­seph McCar­tin i Todd Gi­tlin – trzej do­brzy przy­ja­cie­le i za­ra­zem wspa­nia­li hi­sto­ry­cy – prze­czy­ta­li cały ma­szy­no­pis i po­dzie­li­li się ze mną swy­mi uwa­ga­mi, któ­re sta­ra­łem się uwzględ­nić w opu­bli­ko­wa­nej wer­sji tek­stu. Mau­ri­ce Is­ser­man, czło­wiek, z któ­rym na­pi­sa­łem kil­ka ksią­żek i przy­jaź­nię się od wie­lu lat, prze­rwał swo­ją pra­cę nad hi­sto­rią al­pi­ni­zmu tyl­ko po to, aby po­móc mi zro­zu­mieć niu­an­se do­ty­czą­ce Ame­ry­kań­skiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej. Eric Al­ter­man wska­zał mi kil­ka cie­ka­wych pro­ble­mów i za­in­spi­ro­wał w kil­ku rze­czach. Moja agent­ka San­dy Dijk­stra po raz ko­lej­ny była źró­dłem mego en­tu­zja­zmu i gło­sem roz­sąd­ku – oraz za­pro­po­no­wa­ła ty­tuł książ­ki.

Kil­ka spo­tkań z na­ukow­ca­mi i dzia­ła­cza­mi spo­łecz­ny­mi po­mo­gło mi prze­my­śleć na nowo i do­pra­co­wać nie­któ­re z wąt­ków, któ­re po­dej­mu­ję w pre­zen­to­wa­nej pra­cy. Dzię­ku­ję Irze Kat­znel­so­no­wi i Ca­sey­owi Bla­ke’owi z Uni­wer­sy­te­tu Co­lum­bia, Li­sie McGirr z Uni­wer­sy­te­tu Ha­rvar­da, kie­row­ni­kom In­sty­tu­tu Stu­diów nad Ame­ry­ka­mi na Uni­wer­sy­te­cie Lon­dyń­skim oraz Je­ano­wi-Chri­stia­no­wi Vi­ne­lo­wi z Uni­wer­sy­te­tu Di­de­ro­ta w Pa­ry­żu za ich za­pro­sze­nia i cen­ne uwa­gi. Ko­le­dzy z Wy­dzia­łu Hi­sto­rii w Geo­r­ge­town ro­bi­li, co mo­gli, aby na­uczyć mnie my­śle­nia wy­kra­cza­ją­ce­go poza gra­ni­ce na­ro­do­we. A moi przy­ja­cie­le z „Dis­sent” przy­po­mi­na­li mi, że le­wi­ca może prze­trwać wszyst­ko, za­rów­no w do­brych, jak i złych cza­sach, oraz nie­ustan­nie roz­wi­jać się jako wy­zwa­nie in­te­lek­tu­al­ne. Dzię­ki sty­pen­dium, któ­re przy­zna­ło mi Na­tio­nal En­dow­ment for the Hu­ma­ni­ties, mo­głem spę­dzić cały rok na pi­sa­niu i prze­pi­sy­wa­niu ma­szy­no­pi­su.

Lu­dzie z wy­daw­nic­twa Al­fred A. Knopf są mi­strza­mi do­bre­go pu­bli­ko­wa­nia ksią­żek. Je­stem wdzięcz­ny Asho­wi Gre­eno­wi, że zgo­dził się wy­dać moją pra­cę, oraz mo­je­mu re­dak­to­ro­wi An­drew Mil­le­ro­wi za to, że wie­dział, jak po­łą­czyć po­chwa­ły z de­li­kat­ny­mi su­ge­stia­mi do­ty­czą­cy­mi tych frag­men­tów, w któ­rych po­wi­nie­nem wy­ostrzyć swe my­śli i do­pra­co­wać styl. An­drew Carl­son udzie­lał mi za­sad­ni­czych po­rad nie tyl­ko w spra­wie ilu­stra­cji, pod­czas gdy Ka­th­le­en Fri­del­la fa­cho­wo za­rzą­dza­ła pro­duk­cją. Ja­son Bo­oher za­pro­jek­to­wał okład­kę, któ­ra nada­ła me­ta­fo­rze sens, na­to­miast Su­san­na Stur­gis w spo­sób in­te­li­gent­ny, eru­dy­cyj­ny i pre­cy­zyj­ny prze­pro­wa­dzi­ła ko­rek­tę.

Mój syn Dan­ny i cór­ka Maia po­zwo­li­li mi pra­co­wać bądź uda­wać, że pra­cu­ję – ile tyl­ko za­pra­gną­łem. Chwi­la­mi na­stra­ja­li mnie wręcz do my­śli, że lu­dzie z ich po­ko­le­nia mo­gli­by na­uczyć się cze­goś z tego, co na­pi­szę. Zoe ele­ganc­ko roz­kła­da­ła się tuż obok mego biur­ka, chra­piąc bądź szcze­ka­jąc – w za­leż­no­ści od na­stro­ju. In­te­li­gen­cja, wy­ro­zu­mia­łość i pięk­no Beth eks­cy­tu­ją mnie tak samo jak wów­czas, gdy za­czy­na­li­śmy wspól­ne ży­cie pew­ne­go lata 1978 roku; do tego moja żona jest nie­sa­mo­wi­cie do­brą re­dak­tor­ką.

Książ­kę tę de­dy­ku­ję przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry od­szedł u szczy­tu swych moż­li­wo­ści, na­praw­dę wiel­kich. Roy Ro­sen­zwe­ig był wspa­nia­łym or­ga­ni­za­to­rem, ba­da­czem, pi­sa­rzem, na­uczy­cie­lem i in­te­lek­tu­ali­stą naj­wyż­szej pró­by – tym, któ­ry wcią­gał sze­ro­ką pu­blicz­ność do dys­put hi­sto­rycz­nych, a hi­sto­ry­ków na­ma­wiał, aby tłu­ma­czy­li swo­je dzie­ła zwy­kłym lu­dziom. W tym za­wo­dzie, wy­ko­ny­wa­nym przez lu­dzi o wiel­kich i za­ra­zem kru­chych ego, Roy był du­szą życz­li­wą i szla­chet­ną. Uosa­biał to, czym le­wi­ca była w swych naj­lep­szych mo­men­tach i czym mo­gła­by się stać zno­wu – ży­jąc tak, jak on żył.

CO ZMIENIŁA LEWICA?

WPRO­WA­DZE­NIE

Swo­bod­ny roz­wój każ­dej jed­nost­ki jest wa­run­kiem swo­bod­ne­go roz­wo­ju wszyst­kich.

Ka­rol Marks i Fry­de­ryk En­gels (1847)9

Mu­sisz opi­sy­wać kraj za­rów­no z punk­tu wi­dze­nia twych na­dziei na to, co się wy­da­rzy, jak i two­jej wie­dzy o tym, jaki jest. Masz być lo­jal­ny wo­bec kra­ju wy­ma­rzo­ne­go, a nie tego, w któ­rym bu­dzisz się co rano.

Ri­chard Ror­ty10

Od­po­wie­dzial­ność bie­rze swój po­czą­tek w ma­rze­niach.

Wil­liam Bu­tler Yeats (1914)11

Nin­iej­szą książ­kę za­in­spi­ro­wał Dok­tor Seuss. Mniej wię­cej wte­dy, kie­dy Sąd Naj­wyż­szy po­mógł wy­brać Geo­r­ge’a W. Bu­sha na pre­zy­den­ta w 2000 roku, chro­niąc się przed roz­pa­czą po­li­tycz­ną ucie­ka­łem w roz­my­śla­nia o książ­kach, któ­re mat­ka czy­ta­ła mi w la­tach 50., a z któ­rych kil­ka tak­że sam prze­czy­ta­łem moim dzie­ciom czter­dzie­ści lat póź­niej. Seuss, któ­ry na­praw­dę na­zy­wał się The­odor Seuss Ge­isel i nie miał ani dok­to­ra­tu, ani nie skoń­czył me­dy­cy­ny, za­czął ka­rie­rę w biz­ne­sie ko­mik­so­wym od ilu­stro­wa­nia re­klam fir­my de­zyn­sek­cyj­nej, lecz szyb­ko po­świę­cił swój ta­lent na re­ali­za­cję ce­lów po­li­tycz­nych. Cho­ciaż, jak się zda­je, nig­dy nie przy­łą­czył się do żad­nej or­ga­ni­za­cji le­wi­co­wej, Seuss był czło­wie­kiem Fron­tu Lu­do­we­go – wiel­kie­go okrę­tu le­wi­cy za­ko­twi­czo­ne­go przy Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej, na któ­re­go po­kła­dzie mo­gło zmie­ścić się wie­lu lu­dzi i wie­le idei. Przez dwa lata na po­cząt­ku lat 40. re­gu­lar­nie ry­so­wał ko­mik­sy w no­wo­jor­skim dzien­ni­ku le­wi­co­wym „PM”, two­rząc set­ki ry­sun­ków bo­le­śnie go­dzą­cych w ta­kie po­sta­ci, jak na przy­kład Char­les Lind­berg, za­pa­lo­ny zwo­len­nik Hi­tle­ra, czy jaw­ny ra­si­sta, gu­ber­na­tor sta­nu Geo­r­gia Eu­ge­ne Tal­mad­ge12.

Dok­tor Seuss za biur­kiem, 1957 rok. Dok­tor Seuss, któ­ry na­praw­dę na­zy­wał się The­odo­re Ge­isel, pro­mo­wał idee le­wi­cy z nie­zwy­kłym dow­ci­pem, po­lo­tem i głę­bią, a jego książ­ki do dziś cie­szą się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią.

Po woj­nie Seuss za­czął two­rzyć książ­ki dla dzie­ci, w któ­rych za po­mo­cą dow­cip­nych wier­szy­ków i peł­nych po­lo­tu, fan­ta­zyj­nych ry­sun­ków prze­ka­zy­wał naj­pięk­niej­sze ide­ały i naj­waż­niej­sze dą­że­nia le­wi­cy. Ro­bił to aż do śmier­ci w 1989 roku. Wśród ksią­żek, któ­re sprze­da­ły się w mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy, zna­la­zły się mię­dzy in­ny­mi The Sne­et­ches – krót­kie opo­wia­da­nie o uprze­dze­niach ra­so­wych, Yer­tle the Tur­tle – sa­ty­ra o ty­ra­nii fa­szy­stow­skiej, The Lo­rax – apel o ochro­nę śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go przed chci­wo­ścią kor­po­ra­cji, The But­ter Bat­tle Book – baj­ka wspie­ra­ją­ca roz­bro­je­nie ato­mo­we, czyHor­ton He­ars a Who! – przy­po­wieść o ko­niecz­no­ści sprze­ci­wu wo­bec lu­do­bój­stwa. Jego naj­słyn­niej­sza książ­ka, The Cat in the Hat, mniej otwar­cie po­li­tycz­na niż po­zo­sta­łe, wpro­wa­dza­ła po­stać sub­tel­ne­go ko­cie­go ło­bu­za, któ­ry w ja­kimś stop­niu za­in­spi­ro­wał kontr­kul­tu­rę lat 60.

Seuss two­rzył świet­ną li­te­ra­tu­rę dzie­cię­cą, opie­ra­jąc się na za­sad­ni­czych wi­zjach i ide­ach kry­tycz­nych le­wi­cy. Oże­nił ide­ał spo­łecz­nej rów­no­ści z za­sa­dą wol­no­ści oso­bi­stej. Jak stwier­dził pu­bli­cy­sta Ely Ja­cqu­es Kahn ju­nior, „w jego książ­kach po­tęż­ni nig­dy nie mają ra­cji, cisi otrzy­mu­ją Zie­mię we wła­da­nie, a duma czę­sto bywa po­ko­na­na, za­zwy­czaj w upo­ka­rza­ją­cy spo­sób”. Seuss two­rzył swe „prze­sła­nia” dow­cip­niej, barw­niej i z lep­szym wy­czu­ciem cza­sów niż ja­ki­kol­wiek dzia­łacz po­li­tycz­ny spo­śród tych, któ­rych zna­łem. Rzad­ko jed­nak brał udział w pro­te­stach czy kam­pa­niach spo­łecz­nych i nie­wie­lu czy­tel­ni­ków za­uwa­ża­ło, że w swych ilu­stra­cjach pre­zen­to­wał spój­ny świa­to­po­gląd po­li­tycz­ny13.

Dzie­ło Seus­sa przez dzie­się­cio­le­cia po­zo­sta­wa­ło za­po­zna­nym osią­gnię­ciem w dłu­giej, na­wet je­śli czę­sto trud­nej hi­sto­rii ame­ry­kań­skiej le­wi­cy. Ra­dy­ka­ło­wie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych rzad­ko po­tra­fi­li rzu­cić po­waż­ne wy­zwa­nie tym, któ­rzy sta­li u ste­ru wła­dzy – czy to w rzą­dzie, czy w go­spo­dar­ce. Dużo le­piej ra­dzi­li so­bie z prze­kształ­ca­niem kul­tu­ry i mo­ral­no­ści, „zdro­we­go roz­sąd­ku” spo­łe­czeń­stwa – tego, jak Ame­ry­ka­nie ro­zu­mie­li, co jest spra­wie­dli­we, a co nie w ży­ciu pu­blicz­nym. A to wca­le nie­ma­ło. „Naj­trwal­szym aspek­tem ru­chu spo­łecz­ne­go” – pi­sał hi­sto­ryk John Flet­cher Clews Har­ri­son – „nie za­wsze są jego in­sty­tu­cje, ale po­sta­wy men­tal­ne, któ­re­go go in­spi­ru­ją i któ­re jed­no­cze­śnie są prze­zeń two­rzo­ne”14.

Le­wi­cow­cy, gło­szą­cy wiel­kie ma­rze­nia o in­nej przy­szło­ści, zro­bi­li wie­le, aby za­po­cząt­ko­wać to, co dziś uwa­ża się za po­wszech­ne, na­wet je­śli wciąż kon­tro­wer­syj­ne ele­men­ty i ce­chy ame­ry­kań­skie­go sty­lu ży­cia. Cho­dzi na przy­kład o wspie­ra­nie za­sa­dy rów­nych szans oraz rów­ne trak­to­wa­nie ko­biet, mniej­szo­ści ra­so­wych, et­nicz­nych i sek­su­al­nych; ce­le­bro­wa­nie ży­cia ero­tycz­ne­go nie­zwią­za­ne­go z re­pro­duk­cją; wraż­li­wość me­diów i sys­te­mu edu­ka­cji na róż­ne for­my opre­sji ra­so­wej czy płcio­wej oraz afir­ma­cję tego, co dziś na­zy­wa­my wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścią; do tego do­cho­dzi jesz­cze uzna­nie, któ­rym wśród spo­łe­czeń­stwa cie­szą się po­wie­ści i fil­my pre­zen­tu­ją­ce sil­nie al­tru­istycz­ny i an­ty­au­to­ry­tar­ny punkt wi­dze­nia.

Nie­któ­rzy z ta­kich ra­dy­ka­łów kul­tu­ro­wych byli sław­ni bądź nie­sław­ni w swo­im cza­sie, ale i tak we­szli do ka­no­nu lek­tur szkol­nych. Wśród nich zna­leź­li się abo­li­cjo­ni­ści Har­riet Be­echer Sto­we i Fre­de­rick Do­uglass, świa­do­mi kla­so­wo uto­pi­ści Edward Bel­la­my i Hen­ry Geo­r­ge, „sek­su­al­ne ra­dy­kał­ki” Mar­ga­ret San­ger i Emma Gold­man, pro­ko­mu­ni­stycz­ni ko­mi­cy Paul Ro­be­son i Wo­ody Gu­th­rie, fe­mi­ni­stycz­na pi­sar­ka Bet­ty Frie­dan czy ka­zno­dzie­ja ru­chu black po­wer Sto­ke­ly Car­mi­cha­el. Inni, tacy jak na przy­kład Max East­man, wy­daw­ca „The Mas­ses”, zna­ni są głów­nie aka­de­mi­kom, ro­zu­mie­ją­cym fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie ma­ga­zy­nu dla roz­bu­dze­nia mo­der­ni­stycz­nej wraż­li­wo­ści na po­cząt­ku XX wie­ku.

Kon­cen­tra­cja na tym, co le­wi­ca wnio­sła do ame­ry­kań­skiej kul­tu­ry, może w ja­kimś stop­niu do­star­czyć od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nie do­ty­czą­ce każ­de­go ru­chu spo­łecz­ne­go, któ­ry po­ja­wił się w hi­sto­rii: „W jaki spo­sób zmie­nił się dzię­ki nie­mu dany na­ród i cały świat?”15.

Zdol­ność ra­dy­ka­łów do two­rze­nia kul­tu­ry bun­tu, od­cię­cia się od władz i kra­jo­wych au­to­ry­te­tów po­li­tycz­nych oraz po­głę­bie­nia sen­su idei rów­no­ści przy­cią­gnę­ła wie­lu Ame­ry­ka­nów, któ­rzy rzad­ko albo wręcz nig­dy nie my­śle­li ani o gło­so­wa­niu na kan­dy­da­tów le­wi­co­wych, ani o wstą­pie­niu do ja­kiejś par­tii ra­dy­kal­nej. Le­wi­ca kul­tu­ro­wa wy­ra­ża­ła gniew wo­bec sta­tus quo i tę­sk­no­tę za in­nym świa­tem w spo­sób, do któ­re­go nie była zdol­na le­wi­ca po­li­tycz­na.

W tym miej­scu trze­ba po­czy­nić jed­no za­strze­że­nie. Kul­tu­ra i po­li­ty­ka nie są od sie­bie nie­za­leż­ne; zmia­na kul­tu­ro­wa może za sobą po­cią­gać waż­ne na­stęp­stwa po­li­tycz­ne. Do­brym przy­kła­dem jest prze­bu­dze­nie femi­ni­stycz­ne z lat 60. i 70., któ­re roz­po­czę­ło pro­ces li­be­ra­li­za­cji ure­gu­lo­wań sta­no­wych w kwe­stii abor­cji i osta­tecz­nie przy­nio­sło orze­cze­nie w spra­wie Roe prze­ciw­ko Wade16, a tak­że fi­nan­so­wa­nie ośrod­ków opie­ki nad dzieć­mi, pra­wo za­ka­zu­ją­ce mo­le­sto­wa­nia sek­su­al­ne­go oraz wzrost licz­by ko­biet ubie­ga­ją­cych się o urzę­dy pu­blicz­ne i na nie wy­bie­ra­nych. Tak­że głę­bo­ka zmia­na w ob­sza­rze po­li­ty­ki może zmie­nić pry­wat­ne opi­nie i za­cho­wa­nia lu­dzi. Woj­na se­ce­syj­na po­ło­ży­ła kres nie­wol­nic­twu, co umoż­li­wi­ło – jak­kol­wiek w bo­le­snym, dłu­gim i stop­nio­wym pro­ce­sie – usta­no­wie­nie no­wej, po­wszech­nie przyj­mo­wa­nej de­fi­ni­cji rów­no­ści mię­dzy ludź­mi, nie­za­leż­nie od ich rasy.

Cho­ciaż ra­dy­ka­łom uda­wa­ło się wy­wo­łać duże zmia­ny, to w ko­ali­cjach kie­ro­wa­nych przez re­for­ma­to­rów z es­ta­bli­sh­men­tu wy­stę­po­wa­li jako zde­cy­do­wa­nie słab­si part­ne­rzy. Abo­li­cjo­ni­ści nie osią­gnę­li swo­ich ce­lów aż do po­ło­wy woj­ny se­ce­syj­nej, kie­dy to Abra­ham Lin­coln i jego ko­le­dzy re­pu­bli­ka­nie zro­zu­mie­li, że obiet­ni­ca wy­zwo­le­nia czar­no­skó­rych przy­spie­szy­ła­by zwy­cię­stwo Pół­no­cy. Do­pó­ki Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt nie po­trze­bo­wał gło­sów lu­dzi pra­cy w cza­sie pro­wa­dze­nia po­li­ty­ki New Deal, do­pó­ty wo­jow­ni­czy związ­kow­cy nie byli w sta­nie ob­jąć wła­dzy w ko­pal­niach, fa­bry­kach czy do­kach. Do­pie­ro gdy Lyn­don John­son wraz z de­mo­kra­ta­mi prze­zwy­cię­żył oba­wy o wy­wo­ła­nie nie­po­ko­jów spo­łecz­nych i po­rzu­cił sta­ra­nia o zdo­by­cie gło­sów bia­łe­go Po­łu­dnia, ruch wol­no­ścio­wy czar­nych mógł świę­to­wać wpro­wa­dze­nie ustaw o pra­wach oby­wa­tel­skich i otrzy­ma­nie praw wy­bor­czych. Ruch po­li­tycz­ny, aby zre­ali­zo­wać ja­ki­kol­wiek za­sad­ni­czy cel, musi zdo­być po­par­cie któ­rejś z frak­cji wśród elit rzą­dzą­cych (nie za­szko­dzi rów­nież zdo­by­cie po­mo­cy ze stro­ny ja­kichś bo­ga­tych fi­lan­tro­pów). Tyl­ko w kil­ku przy­pad­kach le­wi­ca od­nio­sła ta­kie zwy­cię­stwo, ale nig­dy nie na­stą­pi­ło ono pod jej szyl­dem.

Roz­dź­więk mię­dzy po­li­tycz­ną mar­gi­na­li­za­cją a ogrom­ny­mi wpły­wa­mi kul­tu­ro­wy­mi wy­ni­ka po czę­ści z tego, ja­kie typy lu­dzi sta­no­wi­ły opar­cie dla ame­ry­kań­skiej le­wi­cy. Za­le­d­wie przez je­den okres trwa­ją­cy oko­ło czte­rech de­kad – od póź­nych lat 70. XIX wie­ku do koń­ca I woj­ny świa­to­wej – ra­dy­ka­ło­wie mo­gli twier­dzić, że re­pre­zen­tu­ją ko­goś wię­cej niż tyl­ko nie­wiel­ką licz­bę Ame­ry­ka­nów na­le­żą­cych do więk­szo­ścio­wej – wte­dy i dzi­siaj – gru­py lud­no­ści: bia­łych chrze­ści­jan z kla­sy ro­bot­ni­czej i niż­szej śred­niej. W tym cza­sie gru­pa ta obej­mo­wa­ła Ame­ry­ka­nów po­cho­dzą­cych z róż­nych re­gio­nów kra­ju i wy­ko­nu­ją­cych róż­ne za­wo­dy, po­tę­pia­ją­cych ro­sną­ce w siłę kor­po­ra­cje za kon­tro­lo­wa­nie ryn­ków, ko­rum­po­wa­nie po­li­ty­ków i do­pro­wa­dze­nie do upad­ku oby­wa­tel­skiej mo­ral­no­ści.

Okres ten skoń­czył się po I woj­nie świa­to­wej – po czę­ści z po­wo­du epo­ko­we­go roz­ła­mu w mię­dzy­na­ro­do­wym ru­chu so­cja­li­stycz­nym. Ra­dy­ka­ło­wie stra­ci­li wów­czas więk­szość wy­bor­ców i zwo­len­ni­ków, któ­rych wcze­śniej zdo­by­li wśród zwy­kłych, bia­łych chrze­ści­jan, i nig­dy już nie zdo­ła­li od­ro­bić tej stra­ty. Tym sa­mym ame­ry­kań­ska le­wi­ca po­stra­da­ła wiel­kie masy pra­cow­ni­ków na­jem­nych, któ­re w in­nych kra­jach świa­ta prze­my­sło­we­go gło­so­wa­ły na so­cja­li­stów, ko­mu­ni­stów czy par­tie ro­bot­ni­cze. Ską­di­nąd w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ro­bot­ni­cy sta­li się tak­że głę­bo­ko scep­tycz­ni od­no­śnie wi­zji so­li­dar­no­ści, któ­ra za­in­spi­ro­wa­ła wiel­kie pań­stwa opie­kuń­cze Eu­ro­py.

W ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ciach ame­ry­kań­skiej hi­sto­rii pu­blicz­ny wi­ze­ru­nek i głos le­wi­cy były kształ­to­wa­ne przez nie­ła­twy i nie­po­ko­ją­cy so­jusz: mię­dzy ko­bie­ta­mi i męż­czy­zna­mi z elit spo­łecz­nych oraz przed­sta­wi­cie­la­mi ta­kich grup, jak ży­dow­scy ro­bot­ni­cy imi­gran­ci czy czar­ni ple­be­ju­sze, któ­rych więk­szość Ame­ry­ka­nów uwa­ża­ła za nie­bez­piecz­nych wy­rzut­ków spo­łecz­nych. Tak wła­śnie dzia­ło się w przy­pad­ku ru­chu abo­li­cjo­ni­stycz­ne­go, kie­dy tacy „bra­mi­ni” z No­wej An­glii, jak Wen­dell Phil­lips czy Ma­ria We­ston Chap­man, wal­czy­li u boku Fre­de­ric­ka Do­uglas­sa czy So­jo­ur­ner Truth. Tak też po­zo­sta­ło w przy­pad­ku No­wej Le­wi­cy lat 60. – chwiej­ne­go so­ju­szu bia­łych stu­den­tów z eli­tar­nych uczel­ni z czar­no­skó­ry­mi przed­sta­wi­cie­la­mi tak zwa­nych pra­cu­ją­cych ubo­gich, wśród któ­rych zna­leź­li się mię­dzy in­ny­mi Fan­nie Lou Ha­mer i Huey New­ton.

Wszyst­kim wspo­mnia­nym ru­chom od­dol­nej i od­gór­nej re­wol­ty za­wsze było trud­no za­pre­zen­to­wać się jako wia­ry­god­na al­ter­na­ty­wa dla głów­nych par­tii po­li­tycz­nych i prze­ko­nać ko­goś wię­cej niż tyl­ko skrom­ną licz­bę wy­bor­ców do za­ak­cep­to­wa­nia ich pro­gra­mu ra­dy­kal­nej zmia­ny. Ra­dy­ka­ło­wie po­mo­gli przy­spie­szyć po­wsta­wa­nie ru­chów ma­so­wych, ale gwał­tow­ne kon­flik­ty we­wnętrz­ne, skłon­ność do do­gma­ty­zmu, wro­gość za­rów­no wo­bec na­cjo­na­li­zmu, jak i zor­ga­ni­zo­wa­nej re­li­gii sprzy­ja­ły temu, że ame­ry­kań­ska le­wi­ca nie przy­pa­dła do gu­stu du­żej licz­bie Ame­ry­ka­nów.

Jed­nak nie­któ­re z tych sa­mych cech, któ­re od­da­la­ły le­wi­cę od jej po­ten­cjal­nych wy­bor­ców, uczy­ni­ły ją pio­nie­rem kul­tu­ry bun­tu, któ­ra po­tra­fi­ła urzec wie­lu. Zdol­ni mów­cy, pi­sa­rze, ar­ty­ści i aka­de­mi­cy zwią­za­ni z le­wi­cą gło­si­li nowe idee oraz pro­po­no­wa­li nowe sty­le ży­cia, któ­re po­bu­dza­ły wy­obraź­nię licz­nych Ame­ry­ka­nów, zwłasz­cza tych młod­szych, któ­rzy czu­li się skrę­po­wa­ni gor­se­tem sta­ro­świec­kich war­to­ści i tra­dy­cyj­ną hie­rar­chią spo­łecz­ną. Ci ide­olo­gicz­ni pio­nie­rzy wpły­nę­li tak­że na róż­ne siły po­stę­po­we na ca­łym świe­cie, któ­re ad­ap­to­wa­ły kul­tu­rę ame­ry­kań­skiej le­wi­cy do wła­snych ce­lów – po­cząw­szy od pierw­szych za­rod­ków so­cja­li­zmu i fe­mi­ni­zmu w la­tach 30. XIX wie­ku, przez sub­kul­tu­ry black po­wer, ra­dy­kal­ny fe­mi­nizm, a skoń­czyw­szy na ru­chu wy­zwo­le­nia ge­jów w la­tach 60. i 70. XX wie­ku. Ra­dy­kal­ne idee do­ty­czą­ce rasy, płci, sek­su­al­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej nie mu­sia­ły zdo­by­wać gło­sów w wy­bo­rach, żeby stać się po­pu­lar­ne. Po­trze­bo­wa­ły tyl­ko sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści. A ci le­wi­cow­cy, któ­rzy po­tra­fi­li wy­ra­zić czy przed­sta­wić je w spo­sób twór­czy, za­zwy­czaj po­tra­fi­li przy­cią­gnąć tłu­my wi­dzów i słu­cha­czy.

Sztu­ka two­rzo­na w celu re­ali­za­cji ce­lów po­li­tycz­nych za­wsze spo­ty­ka się z kry­ty­ką. I fak­tycz­nie, wie­lu ra­dy­ka­łów świa­do­mie po­rzu­ca­ło po­szu­ki­wa­nia tego, co wznio­słe, na rzecz tego, co ma więk­szą siłę prze­ko­ny­wa­nia. Ale jak za­uwa­żył Geo­r­ge Or­well, by­najm­niej nie es­te­tycz­ny ab­ne­gat, „opi­nia, że sztu­ka nie po­win­na mieć nic wspól­ne­go z po­li­ty­ką, sama jest sta­no­wi­skiem po­li­tycz­nym”17.

***

Moja książ­ka sta­ra się wy­ja­śnić, co le­wi­ca wy­gra­ła, a co prze­gra­ła, i dla­cze­go tak się sta­ło. Ostat­ni z tych ce­lów wy­ma­ga jed­nak kil­ku uwag wstęp­nych. W pew­nym sen­sie ci ra­dy­ka­ło­wie, któ­rzy w naj­więk­szym stop­niu wpły­nę­li na rze­czy­wi­stość, wca­le nie byli ra­dy­ka­ła­mi. Tym, cze­go żą­da­no naj­moc­niej, było za­sad­ni­czo speł­nie­nie dwóch ide­ałów, któ­re ich ame­ry­kań­scy ro­da­cy po­dzie­la­li już od daw­na: in­dy­wi­du­al­nej wol­no­ści i wspól­no­to­wej od­po­wie­dzial­no­ści. W 1875 roku Ro­bert Schil­ling, nie­miec­ki imi­grant i dzia­łacz związ­ków za­wo­do­wych bed­na­rzy, za­sta­na­wiał się, dla­cze­go so­cja­li­ści ro­bi­li tak małe po­stę­py w zdo­by­wa­niu po­par­cia cięż­ko pra­cu­ją­cych oby­wa­te­li: „Wszyst­ko, co ma choć­by naj­lżej­szy po­smak uszczu­ple­nia oso­bi­stej, in­dy­wi­du­al­nej wol­no­ści, sil­nie od­py­cha Ame­ry­ka­nów. Uwa­ża­ją oni bo­wiem, że każ­da jed­nost­ka po­win­na móc czy­nić to, co ze­chce, w taki spo­sób, jaki jej się po­do­ba, o ile tyl­ko nie na­ru­sza i nie ła­mie tym sa­mym praw i wol­no­ści in­nych. Ale z tej wol­no­ści trze­ba zre­zy­gno­wać i pod­dać ją pod kon­tro­lę pań­stwa, pod kon­tro­lę rzą­du, tak jak pro­po­nu­je so­cjal­de­mo­kra­cja”18.

Więk­szość ame­ry­kań­skich ra­dy­ka­łów ro­zu­mia­ła tę pro­stą praw­dę. Do­ma­ga­li się, aby obiet­ni­cę praw jed­nost­ko­wych re­ali­zo­wać na co dzień, oraz pod­sy­ca­li po­dejrz­li­wość wo­bec słów i siły wszel­kiej wła­dzy – po­li­tycz­nej, go­spo­dar­czej czy re­li­gij­nej. Abo­li­cjo­ni­ści, fe­mi­nist­ki, ucze­ni mark­si­ści – wszy­scy oni cy­to­wa­li sło­wa De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści, naj­po­pu­lar­niej­sze­go do­ku­men­tu w ka­no­nie na­ro­do­wym. Le­wi­cow­cy nie bro­ni­li oczy­wi­ście idei po­le­ga­nia wy­łącz­nie na sa­mym so­bie, prze­ko­na­nia, że każ­da jed­nost­ka jest w peł­ni od­po­wie­dzial­na za swój los. Pod­trzy­my­wa­li jed­nak mo­der­ni­stycz­ną wi­zję, zgod­nie z któ­rą Ame­ry­ka­nie są wol­ni w dą­że­niu do szczę­ścia, nie­ogra­ni­czo­ne­go przez trwa­łe hie­rar­chie i dzie­dzicz­ne toż­sa­mo­ści.

W tym sa­mym cza­sie ame­ry­kań­ska le­wi­ca – tak jak jej od­po­wied­nicz­ki na ca­łym świe­cie – dzia­ła­ła na rzecz usta­no­wie­nia no­we­go po­rząd­ku mo­ty­wo­wa­ne­go pra­gnie­niem bra­ter­stwa spo­łecz­ne­go. Ro­bot­ni­cze ha­sło: „Krzyw­da jed­ne­go jest krzyw­dą wszyst­kich!”, roz­brzmie­wa­ło da­le­ko poza pi­kie­ta­mi i mar­sza­mi bez­ro­bot­nych. Aleame­ry­kań­scy le­wi­cow­cy, gło­szą­cy wspo­mnia­ną de­wi­zę z suk­ce­sem, ro­bi­li to ra­czej z po­bu­dek pa­trio­tycz­nych czy wręcz re­li­gij­nych, a nie przy oka­zji pro­pa­go­wa­nia sro­giej praw­dy o ko­niecz­no­ści wal­ki kla­so­wej. Tacy ra­dy­kal­ni ka­zno­dzie­je spo­łecz­ni, jak Har­riet Be­echer Sto­we, Edward Bel­la­my czy Mar­tin Lu­ther King ju­nior, zy­ski­wa­li więk­sze wpły­wy niż orę­dow­ni­cy ha­seł świec­kich, mark­si­stow­skich. Szcze­gól­nie w cza­sach trud­no­ści eko­no­micz­nych czy pod­czas wo­jen ra­dy­ka­ło­wie pro­mo­wa­li zbio­ro­we cele, od­wo­łu­jąc się do mą­dro­ści „na­ro­du” czy „ludu” jako ca­ło­ści. Aby zy­skać wdzięcz­ny po­słuch, le­wi­ca za­wsze mu­sia­ła do­ma­gać się, aby wia­ra na­ro­do­wa sto­so­wa­ła się na rów­ni do każ­de­go czło­wie­ka, i sprze­ci­wiać się tym, któ­rzy chcie­li ją za­strzec na uży­tek uprzy­wi­le­jo­wa­nych grup spo­łecz­nych czy nie­de­mo­kra­tycz­nych ce­lów.

Nie za­wsze jed­nak da­wa­ło się ubrać cele ru­chu w ko­stium na­ro­do­wy. „Ame­ry­ka jest pu­łap­ką” – pi­sał kry­tyk Gre­il Mar­cus – „jej obiet­ni­ce i ma­rze­nia [...] są zbyt wiel­kie, aby do nich do­ro­snąć, i zbyt wiel­kie, aby od nich uciec”. W kul­tu­rze po­li­tycz­nej, któ­ra ce­ni­ła wol­ność po­nad wszyst­ko, le­wi­ca mia­ła więk­szy pro­blem z przy­ta­cza­niem ar­gu­men­tów za do­brem wspól­nym niż po­sze­rze­niem prze­strze­ni praw jed­nost­ki. Orę­dow­ni­cy wspól­no­to­wo­ści mo­gli ła­two ze­śli­znąć się w apo­lo­gię wła­dzy to­ta­li­tar­nej w Związ­ku Ra­dziec­kim i in­nych miej­scach na świe­cie. Z ko­lei od­da­nie pry­ma­tu „wol­no­ści” mog­ło po­zba­wić le­wi­cę sa­mych pod­staw jej ist­nie­nia19.

Sta­ra­jąc się dą­żyć do oby­dwu wspo­mnia­nych ide­ałów, ra­dy­ka­ło­wie na­tra­fia­li jed­nak na jaw­ną sprzecz­ność: w ży­ciu, in­a­czej niż w re­to­ry­ce, pra­gnie­nie in­dy­wi­du­al­nej wol­no­ści za­zwy­czaj zde­rza się z pra­gnie­niem spo­łecz­nej rów­no­ści i bez­in­te­re­sow­nej spra­wie­dli­wo­ści. Pra­wo po­sia­da­czy wła­sno­ści i kor­po­ra­cji do do­wol­ne­go dys­po­no­wa­nia swo­imi za­so­ba­mi ko­li­du­je z dą­że­nia­mi eko­lo­gów do oca­le­nia kształ­tu śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go; z pra­gnie­niem związ­kow­ców, aby ogra­ni­czyć pra­wo pra­co­daw­cy do zwal­nia­nia i za­trud­nia­nia pra­cow­ni­ków we­dle jego woli; oraz z wol­no­ścią kon­su­men­tów (przy­na­leż­nych do do­wol­nej rasy) do ku­po­wa­nia każ­de­go domu, na któ­ry ich stać. Le­wi­cow­cy, któ­rzy twier­dzi­li, że pro­pa­gu­ją za­rów­no wol­ność, jak i rów­ność, nie po­tra­fi­li roz­wi­kłać tych sprzecz­no­ści, po­dob­nie zresz­tą jak po­li­ty­cy głów­nych par­tii. Tyle że wi­go­wie, re­pu­bli­ka­nie i de­mo­kra­ci cie­szy­li się le­gi­ty­mi­za­cją po­li­tycz­ną, któ­ra czę­sto chro­ni­ła ich przed tymi sa­my­mi za­rzu­ta­mi hi­po­kry­zji, któ­re tak czę­sto wy­su­wa­no prze­ciw­ko przed­sta­wi­cie­lom le­wi­cy.

Bez po­li­tycz­nej wła­dzy ra­dy­ka­ło­wie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie mie­li szan­sy zo­stać ty­ra­na­mi. Mo­gli za to wal­czyć o po­sze­rze­nie prze­strze­ni „po­li­ty­ki tego, co moż­li­we”, nie tę­piąc przy tym swe­go uto­pij­ne­go ostrza. Recz ja­sna, w tych wy­sił­kach pi­sa­rze, mu­zy­cy i pla­sty­cy byli rów­nie istot­ni, co dzia­ła­cze ma­łych par­ty­jek lub od­dol­nych ru­chów spo­łecz­nych.

Re­asu­mu­jąc, ame­ry­kań­scy le­wi­cow­cy byli ma­rzy­cie­la­mi w tro­ja­kim sen­sie tej nie­co zu­ży­tej fra­zy. Po pierw­sze, ma­rzy­li o in­nym ro­dza­ju spo­łe­czeń­stwa i kul­tu­ry. Po dru­gie, ich wi­zje sta­no­wi­ły roz­wi­nię­cie in­ne­go wiel­kie­go i sze­ro­ko ak­cep­to­wa­ne­go ma­rze­nia. Po trze­cie zaś, speł­ni­ły się one – jak więk­szość ma­rzeń – tyl­ko czę­ścio­wo i za­zwy­czaj w inny spo­sób, niż by tego chcie­li sami śnią­cy. Oto zło­śli­wy chi­chot dzie­jów.

***

Przed nami rze­czo­wa i wol­na od emo­cji opo­wieść wal­czą­ca z tra­dy­cyj­nym wi­ze­run­kiem ame­ry­kań­skiej le­wi­cy jako wiel­kiej po­raż­ki, bez wzglę­du na to, czy he­ro­icz­nej, czy ja­kiejś in­nej. „Ra­dy­ka­lizm w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie od­niósł wspa­nia­łych zwy­cięstw” – pi­sał Chri­sto­pher Lasch – „ale im szyb­ciej zro­zu­mie­my, dla­cze­go tak się sta­ło, tym szyb­ciej bę­dzie­my w sta­nie to zmie­nić”. Bez po­li­tycz­nej wła­dzy bądź sła­wy pro­ro­ków le­wi­ca i tak po­mo­gła uczy­nić spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie bar­dziej ludz­kim. In­te­re­su­ją mnie wszyst­kie zwy­cię­stwa – na­wet je­śli były one po­ło­wicz­ne – le­wi­cy, czę­sto spi­sy­wa­nej na stra­ty. In­te­re­su­ją mnie tak­że kon­se­kwen­cje tych zwy­cięstw, w tym te nie­za­mie­rzo­ne20.

Swo­ją opo­wieść roz­po­czy­nam od abo­li­cjo­ni­stów i in­nych, mniej­szych, lecz nie mniej ak­tyw­nych sił spo­łecz­nych, któ­re w pierw­szych de­ka­dach XIX wie­ku pro­wa­dzi­ły kru­cja­tę w imię spraw wy­kra­cza­ją­cych poza wy­zwo­le­nie nie­wol­ni­ków, a mia­no­wi­cie wol­no­ści ko­biet i ro­bot­ni­ków, a tak­że po­wsta­nia so­cja­li­stycz­nych ko­lo­nii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Były to pierw­sze ru­chy ra­dy­kal­ne w ame­ry­kań­skiej hi­sto­rii, któ­re stwo­rzy­ły sze­ro­ki pro­gram, do któ­re­go mie­li się­gać ich na­stęp­cy. Na­stęp­nie od­po­wia­dam na py­ta­nie, w ja­kim stop­niu daw­ni abo­li­cjo­ni­ści, za­rów­no czar­ni, jak i bia­li, mo­gli skło­nić na­ród w trak­cie woj­ny se­ce­syj­nej i tuż po niej do ak­cep­ta­cji rów­no­ści ra­so­wej. Po­tem prze­no­szę opo­wieść do ery prze­my­sło­wej, w któ­rej fe­to­wa­ni wów­czas ra­dy­ka­ło­wie pro­po­no­wa­li roz­wią­za­nia „kwe­stii pra­cow­ni­czej”, wy­strze­ga­jąc się prze­mo­cy i nie­na­wi­ści kla­so­wej. Na­stęp­nie po­dej­mu­ję pro­ble­ma­ty­kę dwu­dzie­sto­wiecz­ną. W tej epo­ce współ­ist­nia­ły trzy ro­dza­je ru­chów so­cja­li­stycz­nych; dwa z nich od­wo­ły­wa­ły się do „pro­du­cen­tów” w ca­łym kra­ju, trze­ci wy­rósł z miej­skiej bo­he­my, łą­czą­cej idee zmia­ny spo­łecz­nej z in­dy­wi­du­al­nym wy­zwo­le­niem. Póź­niej ba­dam pa­ra­dok­sy ame­ry­kań­skie­go ko­mu­ni­zmu, któ­ry z jed­nej stro­ny pod­da­wał się jarz­mu sta­li­now­skie­go de­spo­ty­zmu, z dru­giej zaś pod­no­sił kwe­stię de­mo­kra­cji ra­so­wej, a tak­że in­spi­ro­wał pa­mięt­ne for­my pro­te­stu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Na­stęp­nie kon­fron­tu­ję błę­dy po­li­tycz­ne No­wej Le­wi­cy z istot­nym śla­dem, któ­ry od­ci­snę­ła na ame­ry­kań­skiej kul­tu­rze. Wresz­cie szki­cu­ję por­tret le­wi­cy, któ­ra od lat 70. XX wie­ku prze­pro­wa­dza­ła ostrą i prze­my­śla­ną kry­ty­kę pa­nu­ją­ce­go po­rząd­ku, lecz była nie­zdol­na – przy­najm­niej jak do­tąd – do stwo­rze­nia ru­chu po­li­tycz­ne­go god­ne­go tej na­zwy.

Nie po­dej­mu­ję się przed­sta­wić ca­ło­ścio­wej czy peł­nej hi­sto­rii ame­ry­kań­skiej tra­dy­cji ra­dy­kal­nej – z pew­no­ścią dłuż­szej i bar­dziej zło­żo­nej niż tra­dy­cja ra­dy­kal­na ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go no­wo­cze­sne­go na­ro­du, acz jed­no­cze­śnie nie­zbyt do­brze zna­nej. Wśród zna­czą­cych grup, o któ­rych mó­wię nie­wie­le bądź wca­le, zna­leź­li się ra­dy­ka­ło­wie ka­to­lic­cy, pa­cy­fi­ści, ro­bot­ni­cy rol­ni z lat 20. i 30. oraz de­mo­kra­tycz­ni so­cja­li­ści dzia­ła­ją­cy od epo­ki New Deal aż do dzi­siaj. Zda­rzy­ło mi się nie­gdyś moc­no z nimi sym­pa­ty­zo­wać, nie mogę im jed­nak przy­pi­sać hi­sto­rycz­ne­go zna­cze­nia, gdyż go nie mie­li.

Ri­chard Flacks, za­ło­ży­ciel Stu­den­tów na rzecz Spo­łe­czeń­stwa De­mo­kra­tycz­ne­go (Stu­dents for a De­mo­cra­tic So­cie­ty, SDS), na­pi­sał trzeź­wo: „Le­wi­cow­cy wszę­dzie zma­ga­ją się z za­sad­ni­czym pro­ble­mem: wzy­wa­ją lu­dzi do re­ali­za­cji po­ten­cja­łu, któ­re­go więk­szość z nich – w efek­cie co­dzien­nych do­świad­czeń – nie jest go­to­wa w so­bie do­strzec”. Wie­rzę, że ta książ­ka po­ka­że, jak ra­dy­kal­ni ma­rzy­cie­le w moim kra­ju wy­ko­na­li swo­ją część pra­cy21.

PIEŚNI WOLNOŚCI

LATA 20. – LATA 40. XIX WIE­KU

ROZ­DZIAŁ 1

Pra­wo nie ma Płci – Praw­da nie ma Ko­lo­ru – Bóg jest oj­cem nas wszyst­kich i wszy­scy je­ste­śmy brać­mi.

Mot­to „North Star”, cza­so­pi­sma wy­da­wa­ne­go przez Fre­de­ric­ka Do­uglas­sa i Mar­ti­na De­la­ny’ego

Pro­za­icz­nym spo­so­bem nie od­kry­to jesz­cze ni­cze­go god­ne­go uwa­gi. Bo­ha­te­ro­wie i od­kryw­cy do­cie­ra­li znacz­nie da­lej, niż mo­gli­by się tego spo­dzie­wać ich po­przed­ni­cy, przy czym dzia­ło się to tyl­ko wte­dy, gdy śni­li i pra­gnę­li cze­goś wię­cej niż to, o czym ma­rzy­li lub co od­kry­li im współ­cze­śni. Dzia­ło się to prze­to tyl­ko wte­dy, kie­dy ich umy­sły był go­to­we uj­rzeć praw­dę.

Hen­ry Da­vid Tho­re­au (1865)22

ŚROD­KI PRO­TE­STU

Ame­ry­kań­ska le­wi­ca, jak wszyst­kie no­wo­cze­sne ru­chy po­li­tycz­ne, na­ro­dzi­ła się dzię­ki sło­wu dru­ko­wa­ne­mu. Trzy bro­szu­ry, któ­re uka­za­ły się je­sie­nią 1829 roku, na­peł­ni­ły ame­ry­kań­ski ra­dy­ka­lizm du­chem kry­ty­ki i wi­zją, któ­re ich spad­ko­bier­cy po­dzie­la­ją do dzi­siaj. Na Man­hat­ta­nie Fran­ces Wri­ght opu­bli­ko­wa­ła swój Kurs wy­kła­dów po­pu­lar­nych, zło­żo­ny z tek­stów pu­blicz­nych wy­kła­dów, któ­re wy­gło­si­ła wcze­śniej w kil­ku du­żych mia­stach. Kil­ka prze­cznic da­lej Tho­mas Skid­mo­re wy­dał dłu­gą bro­szu­rę o dłu­gim ty­tu­le: Pra­wa czło­wie­ka do wła­sno­ści! Pro­po­zy­cja ich zrów­na­nia dla wszyst­kich do­ro­słych w obec­nym po­ko­le­niu... Tej sa­mej je­sie­ni w Bo­sto­nie Da­vid Wal­ker opu­bli­ko­wał wła­snym sump­tem Ode­zwę [...] do ko­lo­ro­wych oby­wa­te­li świa­ta, bez­po­śred­nio skie­ro­wa­ną do miesz­kań­ców Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki.

Wszyst­kie trzy wy­mie­nio­ne pu­bli­ka­cje sta­no­wi­ły przy­kła­dy na­mięt­nej, ra­dy­kal­nej pro­zy: peł­ny­mi roz­ma­chu fra­za­mi po­tę­pia­ły ist­nie­ją­cy po­rzą­dek, kre­śląc za­ra­zem aro­ganc­kie pla­ny wy­zwo­le­nia ludz­ko­ści. Tak się zło­ży­ło, że każ­dy ze wspo­mnia­nych au­to­rów do­ra­stał w zu­peł­nie in­nym śro­do­wi­sku spo­łecz­nym. Trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia Wri­ght była szkoc­ką damą z odzie­dzi­czo­ną for­tu­ną i po­li­tycz­ny­mi ko­nek­sja­mi, któ­re łą­czy­ły ją z naj­wy­bit­niej­szy­mi po­sta­cia­mi obu kon­ty­nen­tów: Tho­ma­sem Jef­fer­so­nem, An­drew Jack­so­nem czy mar­ki­zem de La­fay­et­te. Trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni Skid­mo­re był ma­szy­ni­stą sa­mo­ukiem i na­uczy­cie­lem ze zu­bo­ża­łej ro­dzi­ny drob­nych far­me­rów z Con­nec­ti­cut. Na­to­miast czter­dzie­stocz­te­ro­let­ni Wal­ker był wol­nym czar­nym czło­wie­kiem uro­dzo­ny na nie­wol­ni­czym Po­łu­dniu i wła­ści­cie­lem skle­pu z uży­wa­ną odzie­żą na wy­brze­żu w Bo­sto­nie.

Za­my­ślo­na Fran­ces Wri­ght, lata 30. XIX wie­ku. Wri­ght była pio­nier­ką fe­mi­ni­zmu, se­ku­la­ry­zmu, wol­no­ści sek­su­al­nej i ra­dy­kal­ne­go abo­li­cjo­ni­zmu. Kry­ty­cy prze­zwa­li ją „wiel­ką rudą roz­pust­ną la­dacz­ni­cą”.

Po­cho­dze­nie spo­łecz­ne wy­war­ło duży wpływ na ukształ­to­wa­nie ich prze­ko­nań i za­sad. Fran­ces Wri­ght chcia­ła wy­zwo­lić masy miej­skie od tego, co uzna­wa­ła za za­co­fa­ny, opar­ty na Bi­blii spo­sób my­śle­nia. Jako pierw­sza ko­bie­ta w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, któ­ra wy­gła­sza­ła od­czy­ty dla pu­blicz­no­ści skła­da­ją­cej się jed­no­cze­śnie z ko­biet i męż­czyzn, wzy­wa­ła słu­cha­czy i słu­chacz­ki do od­rzu­ce­nia fał­szu tek­stów re­li­gij­nych i wła­dzy oraz do po­szu­ka­nia wła­snej praw­dy o na­tu­rze i spo­łe­czeń­stwie. „Za­mień­cie swo­je ko­ścio­ły na świą­ty­nie wie­dzy” – ape­lo­wa­ła – „i po­święć­cie swój czas wol­ny na stu­dia nad wa­szy­mi cia­ła­mi, na ana­li­zę wła­snych umy­słów, prze­ba­da­nie ma­te­rial­ne­go świa­ta, któ­ry się wo­kół was roz­cią­ga!”. W tym sa­mym cza­sie ru­ga­ła ame­ry­kań­skich męż­czyzn za nie­do­pusz­cza­nie ko­biet do „zaj­mo­wa­nia rów­ne­go miej­sca w spo­łe­czeń­stwie” i twier­dzi­ła, że mło­de żony „od­da­no do peł­nej dys­po­zy­cji po­je­dyn­cze­go osob­ni­ka; i są one zda­ne na jego ła­skę i nie­ła­skę, zu­peł­nie jak mu­rzyń­scy nie­wol­ni­cy, któ­rych ku­pu­je się za zło­to na tar­gach w King­ston czy No­wym Or­le­anie”.

Da­vid Wal­ker w aka­pi­tach prze­peł­nio­nych wy­krzyk­ni­ka­mi i cy­ta­ta­mi z Pi­sma Świę­te­go po­tę­piał prze­moc i hi­po­kry­zję mi­łu­ją­cych wol­ność Ame­ry­ka­nów, któ­rzy sami po­sia­da­li nie­wol­ni­ków albo uspra­wie­dli­wia­li ich wła­ści­cie­li. „Wzy­wam Nie­bio­sa” – de­kla­ro­wał Wal­ker, se­nior Afry­kań­skie­go Epi­sko­pal­ne­go Ko­ścio­ła Me­to­dy­stów – „któ­re wie­dzą, że mym ce­lem – o ile to moż­li­we – jest roz­bu­dze­nie w pier­si mych cier­pią­cych, po­ni­żo­nych, znaj­du­ją­cych się w le­tar­gu bra­ci du­cha po­szu­ki­wań i do­cie­kli­wo­ści wo­bec na­szej nę­dzy i nie­do­li – du­cha prze­peł­nia­ją­ce­go tę Re­pu­bli­kę Wol­no­ści!!!”. Wal­ker za­kli­nał swych czar­nych ziom­ków, aby po­wsta­li prze­ciw­ko sys­te­mo­wi nie­wol­nic­twa, bio­rąc przy­kład z ha­itań­skich re­wo­lu­cjo­ni­stów, któ­rzy wy­zwo­li­li swój kraj spod fran­cu­skie­go pa­no­wa­nia. Je­dy­nie dzię­ki za­sto­so­wa­niu słusz­nej prze­mo­cy moż­na bo­wiem zmu­sić bia­łych do trak­to­wa­nia swych ame­ry­kań­skich ro­da­ków jak rów­nych i nie­za­leż­nych, jed­no­cze­śnie uni­ka­jąc kary, któ­rą w in­nym ra­zie Bóg na­ło­ży na grzesz­ny na­ród.

Wście­kłość i gniew Tho­ma­sa Skid­mo­re’a były wy­mie­rzo­ne w po­sia­da­czy na­gro­ma­dzo­ne­go bo­gac­twa. „Tak dłu­go, jak wła­sność roz­kła­da się nie­rów­no” – pi­sał Skid­mo­re – „ci, któ­rzy ją po­sia­da­ją, żyć będą z pra­cy in­nych”. Re­pu­bli­ka usta­no­wio­na na ta­kiej pod­sta­wie wy­kra­cza­ła prze­ciw­ko na­tu­rze i na­ru­sza­ła pra­wa na­tu­ral­ne: „Dla­cze­go nie sprze­da­wać wia­tru wie­ją­ce­go z nie­ba, tak aby czło­wiek nie mógł od­dy­chać za dar­mo? Dla­cze­go nie sprze­dać świa­tła słoń­ca, tak aby czło­wiek nie mógł wi­dzieć, za­nim nie wzbo­ga­ci ko­goś in­ne­go?”. Skid­mo­re upie­rał się, że je­dy­nym le­kar­stwem na tę sy­tu­ację było anu­lo­wa­nie wszel­kiej wła­sno­ści i prze­pro­wa­dze­nie „ogól­ne­go po­dzia­łu”, w mniej wię­cej rów­nych por­cjach, wśród wszyst­kich Ame­ry­ka­nów. Wsku­tek tego, jak obie­cy­wał, mia­ło wy­ło­nić się spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym nie by­ło­by „po­życz­ko­daw­ców ani po­ży­cza­ją­cych, wła­ści­cie­li do­mów ani na­jem­ców, mi­strzów ani cze­lad­ni­ków; ani bo­gac­twa, ani nę­dzy”23.

Nie były to jed­nak pierw­sze tek­sty pi­sa­ne przez ra­dy­ka­łów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Wri­ght, Wal­ker i Skid­mo­re za­po­ży­cza­li idee od wcze­śniej­szych au­to­rów, któ­rzy po­mo­gli uzy­skać nie­pod­le­głość od Wiel­kiej Bry­ta­nii i zde­fi­nio­wa­li tę nie­pod­le­głość jako gwa­ran­cję rów­nych praw dla wszyst­kich: od Tho­ma­sa Pa­ine’a, Tho­ma­sa Jef­fer­so­na i mniej zna­nych osób, ta­kich jak fi­lo­zof far­mer Wil­liam Man­ning czy Ri­chard Al­len, za­ło­ży­ciel Afry­kań­skie­go Ko­ścio­ła Epi­sko­pal­ne­go. Wśród ich in­spi­ra­cji zna­la­zły się tak­że tek­sty my­śli­cie­li eu­ro­pej­skich, mię­dzy in­ny­mi Mary Wol­l­sto­ne­craft i Je­ana-Ja­cqu­esa Ro­us­se­au. Skid­mo­re za­po­ży­czył swój ty­tuł Pra­wa czło­wie­ka od słyn­nej Pa­inow­skiej obro­ny re­wo­lu­cji fran­cu­skiej; tyle że w Ame­ry­ce nie było ary­sto­kra­cji ziem­skiej do oba­le­nia. Tacy za­moż­ni kup­cy, jak John Han­cock czy wiel­ki plan­ta­tor Ja­mes Ma­di­son, dzię­ki temu, że sta­nę­li na cze­le wal­ki an­ty­ko­lo­nial­nej, pod­nie­śli tyl­ko swój sta­tus spo­łecz­ny. Oj­co­wie za­ło­ży­cie­le po­mo­gli jed­nak usta­no­wić ide­ał mo­ral­nej wspól­no­ty rzą­dzo­nej przez zwy­czaj­nych oby­wa­te­li i dla nich, a obiet­ni­ca ta nig­dy nie stra­ci­ła swe­go po­wa­bu.

Do­pie­ro w póź­nych la­tach 20. i 30. XIX wie­ku Ame­ry­ka­nie stwo­rzy­li ru­chy spo­łecz­ne przy­po­mi­na­ją­ce te, któ­re ist­nie­ją do dziś. Róż­ni ak­ty­wi­ści zbu­do­wa­li or­ga­ni­za­cje zdol­ne za­rów­no do trwa­nia dłu­żej niż do wy­bu­chu pro­te­stu, jak i do prze­trwa­nia cza­su klę­ski. Gru­py te wy­pra­co­wa­ły re­per­tu­ar tak­tyk, któ­ry po­zo­stał mniej wię­cej nie­na­ru­szo­ny przez cały XX wiek: pi­sem­ne sta­tu­ty, wy­bie­ral­ni li­de­rzy, re­gu­lar­ne spo­tka­nia, pe­ty­cje, pu­blicz­ne zgro­ma­dze­nia i pro­te­sty ulicz­ne, a tak­że pra­sa ru­chu peł­na new­sów i po­le­mik. W każ­dej sy­tu­acji ra­dy­ka­ło­wie gło­si­li, że za­ło­ży­ciel­skie ide­ały na­ro­du mu­szą urze­czy­wist­nić się w ży­ciu wszyst­kich Ame­ry­ka­nów – i ofe­ro­wa­li śmia­łe pro­po­zy­cje, jak to uczy­nić.

Pierw­sze ru­chy le­wi­cy po­ja­wi­ły się u za­ra­nia no­wo­cze­snej Ame­ry­ki. Na­ród prze­cho­dził wów­czas praw­dzi­we unie­sie­nie de­mo­kra­cją. W od­róż­nie­niu od Eu­ro­py wszy­scy bia­li męż­czyź­ni otrzy­my­wa­li pra­wo do gło­so­wa­nia. Ta­nie ga­ze­ty bul­wa­ro­we bu­do­wa­ły za­in­te­re­so­wa­nie mas spra­wa­mi pu­blicz­ny­mi, pod­czas gdy ewan­ge­lic­kie ru­chy od­no­wy re­li­gij­nej od­po­wia­da­ły za to samo w sfe­rze du­cha. Ko­pal­nie i mły­ny wod­ne pierw­szej re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej stwa­rza­ły – zda­niem ra­dy­ka­łów – za­rów­no nowe szan­se, jak i po­ten­cjal­ne ba­rie­ry roz­wo­ju. Ka­to­lic­cy imi­gran­ci z Eu­ro­py wy­peł­nia­li mia­sta i warsz­ta­ty Wschod­nie­go Wy­brze­ża i Środ­ko­we­go Za­cho­du, przy­czy­nia­jąc się do po­wsta­wa­nia nie tyl­ko spo­łecz­nych, ale tak­że et­nicz­nych i wy­zna­nio­wych po­dzia­łów kla­so­wych. Wszy­scy ra­dy­ka­ło­wie zga­dza­li się co do nie­mo­ral­ne­go cha­rak­te­ru trzy­ma­nia Afro­ame­ry­ka­nów w nie­wo­li, każ­dy jed­nak, kto ma­rzył o prze­zwy­cię­że­niu współ­cze­sne­go po­rząd­ku, mu­siał kon­ku­ro­wać o uwa­gę z par­tia­mi po­li­tycz­ny­mi de­mo­kra­tów i wi­gów, któ­re zręcz­nie od­wo­ły­wa­ły się do ple­bej­skich wy­bor­ców.

Wri­ght, Wal­ker i Skid­mo­re wie­rzy­li, że nowy świat był za­rów­no pil­nie po­trzeb­ny, jak i cał­kiem moż­li­wy – ma­rze­nie, któ­re trzy­dzie­ści lat przed wy­bu­chem woj­ny se­ce­syj­nej po­dzie­la­ło może wię­cej Ame­ry­ka­nów niż kie­dy­kol­wiek póź­niej. Żad­ne z tej trój­ki nie sta­ło się jed­nak li­de­rem du­że­go, od­no­szą­ce­go suk­ces ru­chu. Wal­ker zmarł rok po uka­za­niu się jego Ape­lu, praw­do­po­dob­nie na gruź­li­cę, choć wie­lu jego zwo­len­ni­ków po­dej­rze­wa­ło mor­der­stwo. Am­bit­ne pla­ny Fran­ces Wri­ght utwo­rze­nia wol­nych, świec­kich szkół i wie­lo­ra­so­wej spół­dziel­czej osa­dy w Na­sho­bie w sta­nie Ten­nes­see spa­li­ły na pa­new­ce. Za­rów­no ona, jak i Skid­mo­re byli krót­ko ak­tyw­ni w Par­tii Pra­cow­ni­czej Mia­sta Nowy Jork – być może pierw­szym ugru­po­wa­niu na świe­cie, któ­re szu­ka­ło gło­sów w imię obro­ny świa­ta pra­cy. Wri­ght i Skid­mo­re nie zga­dza­li się jed­nak na­wza­jem ze swy­mi głów­ny­mi pro­po­zy­cja­mi – w efek­cie par­tia szyb­ko roz­pa­dła się na dwie frak­cje, z któ­rych żad­na nie osią­gnę­ła suk­ce­su wy­bor­cze­go. Skid­mo­re zmarł w 1832 roku, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie wię­cej wro­gów niż zwo­len­ni­ków. Wri­ght żyła aż do lat 50. XIX wie­ku, ale czę­sto prze­by­wa­ła za oce­anem, a re­pu­ta­cja „wiel­kiej ru­dej roz­pust­nej la­dacz­ni­cy” utrud­nia­ła jej zdo­by­cie więk­sze­go po­słu­chu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Jed­nak przez cały XIX wiek i część wie­ku XX ich głów­ne idee po­brzmie­wa­ły nie tyl­ko w sze­re­gach le­wi­cy, lecz tak­że poza nimi. Gniew Wal­ke­ra wy­mie­rzo­ny w ra­si­stow­ską Ame­ry­kę za­in­spi­ro­wał ta­kich li­de­rów abo­li­cjo­ni­zmu, jak Wil­liam Lloyd Gar­ri­son czy Fre­de­rick Do­uglass, i być może rzu­cił iskrę pod jed­ną czy dwie nie­wol­ni­cze re­be­lie. Atak Joh­na Brow­na na Har­pers Fer­ry, a póź­niej wy­buch woj­ny se­ce­syj­nej fak­tycz­nie spra­wi­ły, że ten hand­larz uży­wa­ną odzie­żą jawi się pro­ro­kiem. Agre­syw­ny se­ku­la­ryzm Wri­ght po­mógł za­siać ziar­no an­ty­kle­ry­ka­li­zmu, a ta­kie twór­czy­nie ru­chu praw ko­biet, jak Eli­za­beth Cady Stan­ton czy Su­san B. An­tho­ny uzna­wa­ły ją za swą po­przed­nicz­kę. Gro­my rzu­ca­ne przez Skid­mo­re’a na nie­rów­no­ści kla­so­we za­po­wia­da­ły to, co po­nad stu­le­cie po jego śmier­ci gło­sić będą ro­bot­ni­czy związ­kow­cy i zbun­to­wa­ni far­me­rzy.

Nie po­win­no za­ska­ki­wać, że o ile ży­cie oraz dzie­ło Wri­ght i Wal­ke­ra wciąż przy­cią­ga zdol­nych hi­sto­ry­ków i bio­gra­fów, o tyle na te­mat ży­cia Skid­mo­re’a zna­my nie­wie­le szcze­gó­łów, a w li­te­ra­tu­rze na­uko­wej wspo­mi­na się go tyl­ko po­bież­nie. Skid­mo­re nie na­wo­ły­wał do znie­sie­nia wła­sno­ści pry­wat­nej, pra­gnął tyl­ko za­pew­nić, aby każ­dy męż­czy­zna i każ­da ko­bie­ta cie­szy­li się jej rów­ną czę­ścią, za­gwa­ran­to­wa­ną przez ich pra­cę. Tym­cza­sem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ani taka per­spek­ty­wa, ani per­spek­ty­wa otwar­cie so­cja­li­stycz­na nie zdo­by­ły nig­dy uzna­nia ko­goś wię­cej niż tyl­ko mniej­szo­ścio­wej gru­py pra­cow­ni­ków. Nie stwo­rzy­ły tak­że sil­nej i trwa­łej le­wi­cy pra­cow­ni­czej. Po­mysł, aby za­brać tym, co mają, i prze­ka­zać tym, co nie mają, na­ru­sza ide­ał tu­dzież mit, zgod­nie z któ­rym każ­dy Ame­ry­ka­nin może awan­so­wać do dużo wyż­szej kla­sy spo­łecz­nej, je­śli tyl­ko bę­dzie od­po­wied­nio sta­ran­nie i zręcz­nie pra­co­wać. Jak miał dow­cip­nie po­wie­dzieć Ja­mes Mi­cha­el Cur­ley, Ir­land­czyk z Bo­sto­nu, lo­kal­ny po­li­tyk o naj­więk­szej chy­ba sku­tecz­no­ści w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, „re­dy­stry­bu­cja bo­gac­twa by­ła­by w po­rząd­ku, ale w Ame­ry­ce naj­lep­sze, co mo­że­my osią­gnąć, to re­dy­stry­bu­cja ha­rów­ki”24.

Jed­no­cze­śnie ame­ry­kań­ską hi­sto­rię wciąż prze­śla­do­wa­ła i na­wie­dza­ła kwe­stia nie­spra­wie­dli­wo­ści ra­so­wej. Po­wo­li, lecz nie­ubła­ga­nie po­głę­bia­ła ona nie­uf­ność i kon­flikt mię­dzy Pół­no­cą a Po­łu­dniem. Kul­mi­na­cją tego kon­flik­tu sta­ła się jed­na z naj­bar­dziej krwa­wych wo­jen w no­wo­żyt­nej hi­sto­rii – je­dy­ny wiel­ki wy­łom w za­zwy­czaj sta­bil­nym po­rząd­ku po­li­tycz­nym usta­no­wio­nym przez twór­ców Kon­sty­tu­cji. Po­nad­to w Sta­nach Zjed­no­czo­nych to, co mark­si­ści na­zy­wa­li „kwe­stią ko­bie­cą”, było wy­raź­nie obec­ne w ję­zy­ku de­ba­ty i w dzia­łal­no­ści pu­blicz­nej – po­cząw­szy od ru­chów na rzecz abs­ty­nen­cji, przez wal­kę z po­li­ga­mią, a skoń­czyw­szy na upo­wszech­nie­niu praw wy­bor­czych – de­ka­dy przed­tem, za­nim sta­ło się pod­sta­wo­wym te­ma­tem po­li­ty­ki w uprze­my­sła­wia­ją­cej się Eu­ro­pie. Opo­wie­ści ra­dy­ka­łów na te­mat nie­wol­nic­twa, praw Jima Cro­wa25 czy in­nych draż­li­wych kwe­stii przy­cią­ga­ły sze­ro­ką gru­pę od­bior­ców, jesz­cze za­nim Cha­ta wuja Toma zy­ska­ła mi­lio­ny czy­tel­ni­ków w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i za gra­ni­cą. Ana­lo­gicz­ne tek­sty na te­mat kon­flik­tów kla­so­wych znaj­do­wa­ły jed­nak – z rzad­ki­mi wy­jąt­ka­mi – czy­tel­ni­ków wy­łącz­nie w krę­gach le­wi­co­wych – a i tam nie było ich zbyt wie­lu26.

Trzy­czę­ścio­wa uwer­tu­ra 1829 roku wpro­wa­dzi­ła tym sa­mym głów­ne te­ma­ty, któ­re nie tyl­ko za­in­spi­ru­ją i wpły­ną na kil­ka po­ko­leń ra­dy­kal­nych dzia­ła­czy i ich na­stęp­ców, lecz będą tak­że źró­dłem ich fru­stra­cji pły­ną­cych z nie­speł­nio­nych na­dziei. Bie­gli w bu­dze­niu kon­tro­wer­sji za­moż­na imi­grant­ka Wri­ght oraz jej ple­bej­scy kra­ja­nie Wal­ker i Skid­mo­re po­ka­za­li rów­nież swo­im suk­ce­so­rom, jak przy­cią­gnąć uwa­gę szer­szej pu­blicz­no­ści, za­rów­no wro­giej, jak i przy­chyl­nej. Nie uda­ło im się jed­nak roz­wią­zać od­wiecz­ne­go pro­ble­mu le­wi­cy: jak prze­kuć taką uwa­gę i za­in­te­re­so­wa­nie w więk­szy ruch spo­łecz­ny, zdol­ny zy­skać lo­jal­ność mi­lio­nów i skło­nić moż­nych tego świa­ta do dzia­ła­nia zgod­nie z jego wolą. Albo jesz­cze le­piej – jak usta­no­wić nowy po­rzą­dek mo­ral­ny w miej­sce sta­re­go.

ŚWIĘ­TE SPRA­WY

Przed­wo­jen­ni ra­dy­ka­ło­wie na sa­mym po­cząt­ku mu­sie­li zde­cy­do­wać, cze­go ocze­ku­je od nich Bóg. Fan­ny Wri­ght prze­ży­ła wpraw­dzie Da­vi­da Wal­ke­ra o ćwierć wie­ku, ale jego ewan­ge­licz­ny styl za­in­spi­ro­wał do dzia­ła­nia więk­szą licz­bę dzie­więt­na­sto­wiecz­nych Ame­ry­ka­nów, bia­łych i czar­nych, niż jej wia­ra w po­tę­gę ro­zu­mu. Pod wzglę­dem ży­cia du­cho­we­go Wal­ker i jego ro­da­cy byli pro­duk­tem Dru­gie­go Wiel­kie­go Prze­bu­dze­nia27, bu­rzy wy­wo­ła­nej od­no­wą ro­man­tycz­ną, któ­ra za­czę­ła zbie­rać się u schył­ku XVIII wie­ku i sza­la­ła w kra­ju aż do wy­bu­chu woj­ny se­ce­syj­nej. Roz­bu­dze­nie to prze­kształ­ci­ło kra­jo­braz re­li­gij­ny: zwięk­szy­ło licz­bę człon­ków ko­ścio­łów i wy­świę­co­nych pa­sto­rów; naj­bar­dziej w siłę wzro­śli bap­ty­ści i me­to­dy­ści, któ­rych teo­lo­gia wy­ma­ga­ła od na­wró­co­nych nie­wie­le po­nad na­mięt­ne pra­gnie­nie zba­wie­nia. Pa­sto­rzy zwią­za­ni ze wspo­mnia­nym ru­chem od­no­wy re­li­gij­nej wspie­ra­li ideę, że Boga cie­szą ame­ry­kań­skie ide­ały wol­no­ści i sa­mo­rząd­no­ści, spra­wia­jąc jed­no­cze­śnie, że ate­iści i agno­sty­cy zda­wa­li się być mo­ral­ny­mi pa­ria­sa­mi. „W Sta­nach Zjed­no­czo­nych lu­dzie nie wie­rzą, że czło­wiek bez re­li­gii może być uczci­wy” – do­no­sił Gu­sta­ve de Be­au­mont, któ­ry to­wa­rzy­szył Ale­xi­so­wi de To­cqu­evil­le w jego dzie­wię­cio­mie­sięcz­nej po­dró­ży po kra­ju w 1831 roku, jed­nej z naj­bar­dziej sym­bo­licz­nych wi­zyt w hi­sto­rii Ame­ry­ki28. Dla więk­szo­ści ame­ry­kań­skich pro­te­stan­tów pro­wa­dzić mo­ral­ne ży­cie ozna­cza­ło czy­tać Bi­blię, cho­dzić do ko­ścio­ła, gdy to tyl­ko moż­li­we, i sta­rać się za­cho­wy­wać tak, jak na­ucza Księ­ga i pa­stor.

Zde­ter­mi­no­wa­na mniej­szość po­su­nę­ła swo­ją wia­rę o ogrom­ny krok na­przód. „Bóg chce, aby wszy­scy lu­dzie byli rów­ni!” – gło­sił Wil­liam Lloyd Gar­ri­son w 1838 roku. Dla Gar­ri­so­na i jego ra­dy­kal­nych to­wa­rzy­szy wol­ność sta­no­wi­ła cel dużo szer­szy. Wy­kra­cza­ła poza abo­li­cję, naj­bar­dziej pa­lą­cy pro­blem mo­ral­ny epo­ki, i obej­mo­wa­ła roz­ma­ite re­for­my, któ­rych wpro­wa­dze­nie przy­bli­ży­ło­by cel uczy­nie­nia Sta­nów Zjed­no­czo­nych kra­jem chrze­ści­jań­skim, i to za­rów­no w sen­sie du­cho­wym, jak i de­mo­gra­ficz­nym. Ich żą­da­nia obej­mo­wa­ły cał­ko­wi­tą rów­ność czar­nych i ko­biet nie tyl­ko w ży­ciu pu­blicz­nym, lecz tak­że pry­wat­nym, za­koń­cze­nie eks­pan­sji na te­ry­to­ria na­le­żą­ce do In­dian, hu­ma­ni­tar­ne trak­to­wa­nie więź­niów i osób cho­rych psy­chicz­nie, po­wstrzy­my­wa­nie się od spo­ży­cia al­ko­ho­lu (a osta­tecz­nie za­kaz jego pro­duk­cji i sprze­da­ży) oraz po­ko­jo­we roz­wią­zy­wa­nie wszel­kich spo­rów bez wzglę­du na to, czy wy­bu­cha­ły one mię­dzy na­ro­da­mi, czy jed­nost­ka­mi29.

Ce­lem tej za­ląż­ko­wej ewan­ge­lii spo­łecz­nej, po­dzie­la­nym przez uto­pij­nych ma­rzy­cie­li z prze­szło­ści i przy­szło­ści, było udo­sko­na­lo­ne spo­łe­czeń­stwo. Chrze­ści­jań­scy ra­dy­ka­ło­wie za­po­ży­czy­li to po­ję­cie od sek­ty me­to­dy­stów, któ­rej człon­ko­wie gło­si­li, że każ­dy czło­wiek może aspi­ro­wać do „by­cia świę­tym”. In­spi­ra­cje po­cho­dzi­ły rów­nież od Char­le­sa Gran­di­so­na Fin­neya, za­pa­lo­ne­go pre­zbi­te­riań­skie­go ka­zno­dziei, któ­ry twier­dził, że sko­ro grzesz­ni­cy wy­bra­li czy­nie­nie zła, to mogą się tak­że zmie­nić i dą­żyć do „peł­nej świę­to­ści”. Za­sad­ni­cze ze­rwa­nie z kal­wi­ni­zmem, któ­re­go fa­ta­li­stycz­na dok­try­na rzą­dzi­ła czy­na­mi pro­te­stan­tów po obu stro­nach Atlan­ty­ku przez dwa stu­le­cia, otwo­rzy­ła bra­mę wol­nej woli dla wszyst­kich, któ­rzy tyl­ko chcie­li przez nią przejść. Na koń­cu dro­gi mi­go­ta­ła zaś per­spek­ty­wa za­słu­że­nia na mi­łość Boga i zba­wie­nie dzię­ki służ­bie bliź­nim – męż­czy­znom, ko­bie­tom i dzie­ciom30.

Więk­szość ra­dy­ka­łów sprzed woj­ny se­ce­syj­nej po­strze­ga­ła zba­wie­nie spo­łe­czeń­stwa jako po­dob­ne do zba­wie­nia du­szy; oba sta­no­wi­ły za­sad­ni­czo dra­mat in­dy­wi­du­al­ne­go na­wró­ce­nia. Abo­li­cjo­ni­ści pod­kre­śla­li, że wła­ści­cie­le nie­wol­ni­ków po­win­ni wy­zwo­lić swą ludz­ką wła­sność, je­śli chcą unik­nąć po­tę­pie­nia. Gar­ri­son i jego zwo­len­ni­cy wzy­wa­li chrze­ści­jan do wy­stą­pie­nia z każ­de­go ko­ścio­ła, któ­ry nie po­tę­pia tej ha­nieb­nej in­sty­tu­cji. Fe­mi­ni­stycz­ne ora­tor­ki przy­wo­ły­wa­ły Ka­za­nie na Gó­rze, aby uza­sad­nić tezę, że ko­bie­ty – któ­re są „czy­ste­go ser­ca” i „nio­są po­kój” nie tyl­ko ro­dzi­nie, lecz i spo­łe­czeń­stwu – po­win­ny cie­szyć się wszyst­ki­mi pra­wa­mi za­re­zer­wo­wa­ny­mi do­tąd dla męż­czyzn31. Na­wet chrze­ści­jań­scy so­cja­li­ści, po­kła­da­ją­cy wia­rę w eks­pe­ry­men­tach zbio­ro­wych, opie­ra­li się na wę­drow­nych agi­ta­to­rach, aby wy­cią­gnąć no­wych człon­ków – jed­ne­go po dru­gim – z ich mia­ste­czek i ko­ścio­łów.

Przed­wo­jen­ni ra­dy­ka­ło­wie nie za­my­ka­li swej wi­zji wol­no­ści w gra­ni­cach wła­sne­go na­ro­du. Do­brze opła­ca­ni mów­cy obu ras czę­sto po­dró­żo­wa­li do Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa, gdzie prze­ma­wia­li do licz­nych i przy­chyl­nych słu­cha­czy. Gło­so­wa­nie w bry­tyj­skim par­la­men­cie w 1838 roku w kwe­stii znie­sie­nia nie­wol­nic­twa w me­tro­po­lii i ko­lo­niach uła­twi­ło im za­da­nie. Ta­kie po­sta­cie, jak an­giel­ski abo­li­cjo­ni­sta Geo­r­ge Thomp­son czy ir­landz­ki na­cjo­na­li­sta Da­niel O’Con­nell, od­wza­jem­nia­ły ich życz­li­wość. Pi­sma wy­da­wa­ne przez Gar­ri­so­na i Do­uglas­sa re­gu­lar­nie pre­zen­to­wa­ły wia­do­mo­ści o kon­wen­cjach, re­for­mach par­la­men­tar­nych i po­wsta­niach de­mo­kra­tycz­nych w Eu­ro­pie. „Moim kra­jem jest świat, mo­imi ro­da­ka­mi jest ludz­kość” – ogło­sił Gar­ri­son w na­głów­ku „The Li­be­ra­tor”32.

Do tego wszyst­kie­go żad­na z nie­spra­wie­dli­wo­ści tra­pią­cych ame­ry­kań­skich ra­dy­ka­łów – od nie­wol­nic­twa po pi­jań­stwo – nie na­ro­dzi­ła się na ame­ry­kań­skiej zie­mi. In­ter­na­cjo­na­lizm wraż­li­wych hu­ma­ni­stów był na­tu­ral­ny dla dzia­ła­czy za­nu­rzo­nych w fi­lo­zo­fii kla­sycz­nej, pi­smach re­li­gij­nych i dzie­łach Char­le­sa Dic­ken­sa czy Tho­ma­sa Car­ly­le’a. W ich prze­ko­na­niu po­ło­wa XIX stu­le­cia to czas wspa­nia­łych moż­li­wo­ści i wiel­kich za­gro­żeń: przy­szły kształt spo­łe­czeństw Za­cho­du wy­da­wał się spra­wą otwar­tą; prze­mysł i tech­ni­ka, bul­wa­ro­wa pra­sa, ko­le­je i fa­bry­ki mo­gły przy­czy­nić się do wy­zwo­le­nia ko­biet i męż­czyzn, mo­gły też za­kuć ich w kaj­da­ny no­wych ty­ra­nii – bar­dziej bru­tal­nych i bar­dziej uwo­dzą­cych niż daw­ne. Ra­dy­ka­ło­wie są­dzi­li, że za­po­biec naj­gor­sze­mu będą mo­gli tyl­ko wte­dy, kie­dy prze­ko­na­ją mi­lio­ny swych współ­o­by­wa­te­li, aby zro­zu­mie­li praw­dę i sto­sow­nie do niej zmie­ni­li swo­je ży­cie. Nie było cza­su do stra­ce­nia.

Uzbro­je­ni w ab­so­lut­ną pew­ność sie­bie ra­dy­ka­ło­wie nie go­dzi­li się to­le­ro­wać błę­dów, kom­pro­mi­sów czy po­wro­tów na dro­gę grze­chu. Na­wet tacy wol­no­my­śli­cie­le jak Fran­ces Wri­ght mie­li uspo­so­bie­nie me­sja­ni­stycz­ne, rzad­ko do­pusz­cza­jąc wąt­pli­wo­ści czy wa­ha­jąc się co do słusz­no­ści ob­ra­ne­go kur­su. Ra­dy­ka­ło­wie bez­ce­re­mo­nial­nie uży­wa­li ję­zy­ka za­ry­so­wu­ją­ce­go ostrą li­nię po­dzia­łu mię­dzy pra­wy­mi a grzesz­ni­ka­mi, a ich nie­ogra­ni­czo­na sym­pa­tia dla znie­wo­lo­nych rzad­ko szła w pa­rze ze zro­zu­mie­niem dla ich kry­ty­ków. Ich po­sta­wa była głę­bo­ko nie­li­be­ral­na.

Wro­gów prze­ra­żał roz­mach ich am­bi­cji. Je­den z kon­ser­wa­tyw­nych li­de­rów Po­łu­dnia, pre­zbi­te­riań­ski pa­stor Ja­mes Hen­ley Thorn­well, ob­wiesz­czał zło­wro­go: „Stro­na­mi w tym kon­flik­cie nie są je­dy­nie abo­li­cjo­ni­ści i wła­ści­cie­le nie­wol­ni­ków. Po jed­nej stro­nie znaj­du­ją się ate­iści, so­cja­li­ści, ko­mu­ni­ści, czer­wo­ni re­pu­bli­ka­nie i ja­ko­bi­ni, po dru­giej zaś – przy­ja­cie­le po­rząd­ku i re­gla­men­to­wa­nej wol­no­ści. Jed­nym sło­wem, świat to pole bi­twy”33.

Cho­ciaż więk­szość ra­dy­ka­łów fak­tycz­nie była prak­ty­ku­ją­cy­mi chrze­ści­ja­na­mi, to jed­nak część z nich przy­ję­ła eks­cen­trycz­ne oby­cza­je, jak­by chcąc za­de­mon­stro­wać swój za­pał do sa­mo­wy­zwo­le­nia i sa­mo­kon­tro­li jed­no­cze­śnie. Nie­któ­rzy męż­czyź­ni za­pusz­cza­li nie­mod­ne dłu­gie wło­sy, część ko­biet przy­wdzie­wa­ła spodnie, nie­któ­re pary ślu­bo­wa­ły prze­strze­ga­nie ści­słej die­ty zło­żo­nej z wody, su­ro­wych wa­rzyw i zia­ren zbóż oraz po­wstrzy­my­wa­ły się od upra­wia­nia sek­su czę­ściej niż raz w mie­sią­cu. W trak­cie swych ob­jaz­dów z prze­mó­wie­nia­mi w la­tach 50. XIX wie­ku abo­li­cjo­ni­sta Par­ker Pil­ls­bu­ry re­gu­lar­nie wsta­wał o wscho­dzie słoń­ca i uda­wał się nago na krót­ką prze­chadz­kę. W efek­cie lu­dzie spo­za śro­do­wi­ska ła­two mo­gli sko­ja­rzyć nie­zrów­no­wa­żo­ną oso­bo­wość z ry­zy­kow­ną po­li­ty­ką – i w kon­se­kwen­cji od­rzu­cić cały pro­gram34.

Su­ro­wy mo­ra­lizm ra­dy­ka­łów i ich sprze­ciw wo­bec usta­no­wio­nych in­te­re­sów bu­dzi­ły za­cie­kłą wro­gość i po­wo­do­wa­ły wy­bu­chy prze­mo­cy. Za­krzy­ki­wa­no ich na po­dium, ob­rzu­ca­no zgni­ły­mi ja­ja­mi i ka­mie­nia­mi, cza­sa­mi wy­pra­sza­no z do­bre­go to­wa­rzy­stwa. Tłu­my ata­ko­wa­ły ich biu­ra i mię­dzy­ra­so­we zgro­ma­dze­nia, przy oka­zji nisz­cząc ich ga­ze­ty, a na­wet pod­pa­la­jąc miej­sca ich spo­tkań. Jed­nak po­gar­da ra­dy­ka­łów dla kon­wen­cji – i ich ta­lent w wy­ra­ża­niu po­glą­dów – zmu­sza­ły Ame­ry­ka­nów do po­waż­ne­go prze­my­śle­nia spraw pod­sta­wo­wych dla przy­szło­ści Ame­ry­ki. Czyż nie byli oby­wa­te­la­mi na­ro­du ufun­do­wa­ne­go na wznio­słych ide­ałach wol­no­ści, sa­mo­rząd­no­ści i rów­no­ści wo­bec Boga? Jak za­tem mo­gli po­pie­rać po­li­ty­ków, któ­rzy ru­ty­no­wo gło­si­li te za­sa­dy, od­ma­wia­jąc jed­no­cze­śnie ich za­sto­so­wa­nia w nie­wol­nic­twie, oraz ak­cep­to­wa­li nie­rów­ny sta­tus ko­biet i pra­cow­ni­ków na­jem­nych? Zwłasz­cza abo­li­cjo­ni­ści zmu­si­li Ame­ry­ka­nów do roz­wa­że­nia tego, jak mają się ide­ały do ist­nie­nia tej – tak istot­nej dla na­ro­do­wej go­spo­dar­ki i po­li­ty­ki – in­sty­tu­cji.