Opis

Historia podróży do Europy amerykańskiego biznesmena Christophera Newmana. Zakochuje się on w młodej wdowie Claire de Bellegarde. Jej arystokratyczna paryska rodzina, zszokowana manierami biznesmena, odrzuca oświadczyny. Gdy Newman odkrywa tajemnicę rodziny de Bellegarde, staje przed dylematem moralnym: czy wyjawić ją na światło dzienne, dając upust zemście, czy zachować dla siebie? Amerykanin to połączenie romansu, komedii, dramatu społecznego i realistycznej powieści obyczajowej. Henry James w mistrzowski sposób ukazał kontrast pomiędzy odmiennym sposobem życia czy umysłowością Amerykanów i Europejczyków w XIX wieku. 

Amerykanin, pierwotnie opublikowany w odcinkach w miesięczniku „The Atlantic Monthly”, w 1877 roku wydany został w formie książkowej.

Henry James przerasta innych powieściopisarzy – tak jak Szekspir wyrasta ponad innych poetów.

Graham Greene

Arcydzieło amerykańskiego romantyzmu, w którym James pokazuje nam swoje głębokie zrozumienie dla – jak to nazywał – „amerykańsko-europejskiej legendy”.

Leon Edel

Henry James (1843–1916) – wybitny amerykański pisarz, krytyk i teoretyk literatury, reprezentant realizmu psychologicznego. W swoich znakomitych powieściach zgłębiał mentalność Amerykanów, zderzając ją z kulturą europejską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

THE AMERICAN

First published 1876-1877

Projekt okładki:

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce:

© Liz Dalziel/Trevillion Images

Redaktor prowadzący: Joanna Maciuk

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8097-448-7

Warszawa 2016

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

ROZDZIAŁ I

Pięknego majowego dnia roku 1868 pewien dżentelmen rozsiadł się wygodnie na obszernej, kolistej kanapie, która w owym czasie zajmowała środek Salon Carré1. Później, ku ogromnemu żalowi wszystkich łatwo męczących się miłośników sztuk pięknych, usunięto ową obszerną kanapę, teraz jednak nasz dżentelmen beztrosko objął ją w posiadanie, usadowiwszy się w najwygodniejszym miejscu z odrzuconą do tyłu głową i wyciąg­niętymi nogami, i wpatrywał się z uśmiechem w piękną Madonnęz księżycem Murilla. Kapelusz, mały czerwony przewodnik i teatralną lornetkę rzucił na kanapę obok siebie. Dzień był bardzo gorący; utrudzony zwiedzaniem mężczyzna nieco znużonym ruchem raz po raz ocierał chusteczką pot z czoła. Najwyraźniej nie zaliczał się do osób łatwo ulegających fizycznemu zmęczeniu; wysoki, szczupły, muskularny, przedstawiał swoją osobą raczej kogoś, kogo zwykle zwie się „twardzielem”. Niemniej, chociaż tego szczególnego dnia przyszło mu dokonać wielu dotąd nieznanych wysiłków, przyznać musiał, że te nad wyraz wyczerpujące fizycznie wyczyny mniej go zmęczyły niż leniwe włóczenie się po Luwrze. Obejrzał wszystkie obrazy zaznaczone gwiazdką na pokrytych drobnym druczkiem i trudnych do odczytania stronicach bedekera; przez cały czas wytężał całą swą uwagę, czuł się oszołomiony, a teraz spoczywa z silnym bólem głowy. Oprócz obrazów zadał sobie trud obejrzenia przed nimi zgromadzonych kopii, dzieł owej niezliczonej rzeszy młodych, nienagannie ubranych kobiet, które oddają się we Francji upowszechnianiu arcydzieł i prawdę mówiąc, często o wiele bardziej podziwiał kopię aniżeli oryginał. Wyraz jego twarzy wskazywał, że należał do ludzi błyskotliwych i uzdolnionych; rzeczywiście, często potrafił poświęcić całą noc na ślęczenie nad stosem skomplikowanych rachunków, aby bez jednego ziewnięcia usłyszeć pianie koguta. Ale Rafael, Tycjan i Rubens byli nowym rodzajem arytmetyki i po raz pierwszy w życiu pobudzili w naszym przyjacielu jakieś niejasne uczucie niedowierzania samemu sobie.

Bystry obserwator, posiadający umiejętność rozróżniania typów narodowości, bez kłopotów ustaliłby, skąd pochodzi ten niedoświadczony koneser. W samej rzeczy taki obserwator mógłby z niejakim rozbawieniem stwierdzić, że stoi wobec osobnika niemal doskonale spełniającego wymagania narodowego wzorca. Dżentelmen spoczywający na kanapie był bowiem stuprocentowym okazem Amerykanina. Ale nie tylko, był on przede wszystkim uosobieniem prawdziwego mężczyzny. Zdawał się posiadać ten rodzaj zdrowia i sił witalnych, które jeśli okazują się doskonałe, wywierają na widzu najsilniejsze wrażenie – był to fizyczny kapitał, którego właściciel nie musi już pomnażać ani o niego zabiegać. Jeśli był okazem silnego i zdrowego chrześcijanina, to był nim bezwiednie. Gdy musiał pójść w jakieś odległe miejsce, szedł, ale nigdy niczego nie „uprawiał”. Nie znał żadnych teorii na temat zimnych kąpieli lub używania przyrządów gimnastycznych; nie wiosłował, nie strzelał, nie jeździł konno – nigdy nie miał czasu na tego rodzaju rozrywki, i nie miał pojęcia, że siodło jest zalecane na pewne rodzaje niestrawności. Z usposobienia należał do ludzi powściągliwych, jednak poprzedniego dnia jadł kolację w Café Anglais – ktoś mu powiedział, że nie może pominąć tego doświadczenia – a mimo to spał snem sprawiedliwego. Na ogół poruszał się swobodnie, był rozluźniony, ale gdy prostował się pod wpływem jakiegoś szczególnego bodźca, przypominał grenadiera na paradzie. Nie palił. Zapewniano go – mówił takie rzeczy – że cygara są doskonałe dla zdrowia, a on był gotów w to uwierzyć, jednak o tytoniu wiedział równie mało, co o homeopatii. Miał pięknie ukształtowaną głowę, z doskonale uformowanym czołem i potylicą, oraz bujne, ciemne włosy. Miał śniadą karnację, a jego nos uwypuklał dumny, dobrze zarysowany łuk. Oko miało żywą, chłodnoszarą barwę i – z wyjątkiem dość bujnych wąsów – był gładko ogolony. Jak często u Amerykanów, miał stanowczy podbródek i muskularny kark, ale cechy świadczące o pochodzeniu są bardziej sprawą wyrazu twarzy niż jej rysów, a wyraz twarzy naszego przyjaciela w tym względzie był nader wymowny. Bystry obserwator, o którym tu była mowa, mógłby w pełni pomierzyć ten wyraz, ale z trudem zdołałby go opisać. Miał on bowiem przed sobą tę typową nieokreśloność, która nie jest pustką, tę martwotę, która nie jest prostactwem, ten wygląd braku przywiązania do czegoś konkretnego, ogólną życzliwość dla ludzkich przypadków, wyraz pozostawania do własnej dyspozycji, tak charakterystyczny dla większości amerykańskich twarzy. To głównie oczy naszego przyjaciela pozwalały najbardziej zorientować się, jaki w istocie jest ich właściciel; mieszała się w nich osobliwie naiwność z doświadczeniem. Kryło się w nich wiele sprzecznych odczuć i chociaż nie błyszczały jak u bohatera powieści, można było w nich znaleźć prawie wszystko, czego się poszukiwało. Chłód, ale i życzliwość; szczerość, ale i rezerwę; podejrzliwość, ale i łatwowierność; ufność, ale też sceptycyzm; pewność siebie, a jednak nieśmiałość; wyjątkową inteligencję i nadzwyczajną pogodę ducha; w ich przyzwoleniach kryło się coś nieuchwytnie buntowniczego, a w ich powściągliwości coś głęboko krzepiącego. Przycięcie wąsów naszego dżentelmena, dwie przedwczesne zmarszczki na policzkach i krój stroju z rzucającym się w oczy gorsem z ciemnoniebieskim krawatem, dopełniały obrazu jego osobowości. Być może zwróciliśmy na niego uwagę w niezbyt dogodnym momencie; w żadnym razie nie siedzi teraz jak do portretu. Apatycznie leniuchował w poczuciu winy, że popełnia niewybaczalny błąd (jak to właśnie odkryliśmy), oddając się doznaniom estetycznym wywołanym doskonałością obserwowanej artystki i jej pracy (podziwiał bowiem mrużącą właśnie oczy w kierunku kopiowanej Madonny młodą damę ostrzyżoną na chłopczycę, uświadamiając sobie jednocześnie, że owa młoda dama sama w sobie jest niezwykle atrakcyjna), co było wystarczającym powodem, aby nawiązać z nią znajomość. Zdawały się z niego promieniować: zdecydowanie, przekora, witalność i powodzenie; był to najwyraźniej człowiek z gruntu praktyczny, a jednak w tym przypadku tego rodzaju nie do końca zdefiniowane zachowanie było dość zagadkowe, teraz bowiem zaprzęgał całą swoją wyobraźnię tylko do własnej, osobistej sprawy.

Młoda kopistka pracując, od czasu do czasu posyłała podziwiającemu ją obserwatorowi odpowiadające spojrzenia. Wydawało się, że uprawianie sztuk pięknych było w jej pojęciu czymś ubocznym, co wyrażały ruchy rąk, przechylająca się z boku na bok głowa, dłoń gładząca brodę z dołeczkiem, marszczenie brwi, szuranie stopą o posadzkę, przeczesywanie palcami wzburzonych włosów, z których wymykały się spinki. Cały ten spektakl przetykany był niespokojnymi spojrzeniami zatrzymującymi się na opisanym przez nas dżentelmenie. Ten w końcu gwałtownie wstał, chwycił kapelusz i zbliżył się do młodej damy. Stanął przed malowanym przez nią obrazem i wpatrywał się przez chwilę, podczas gdy ona udawała absolutną nieświadomość jego taksowania. Po chwili, kierując do niej pojedyncze słowo wchodzące w skład jego znajomości francuskiego, uniósł w górę palec w sposób, który – jak mu się zdawało – wyjaśniał jego znaczenie, zapytał niespodziewanie:

– Combien?2

Artystka przez moment wpatrywała się w niego, potem skrzywiła się, wzruszyła ramionami, odłożyła paletę oraz pędzle i wytarła ręce.

– Ile? – powtórzył nasz przyjaciel po angielsku. – Combien?

– Monsieur chciałby go kupić? – zapytała młoda dama po francusku.

– Bardzo ładne, splendide3. Combien? – powtórzył Amerykanin.

– Podoba się panu mój obrazek? To piękny temat – stwierdziła młoda dama.

– To Madonna, tak; nie jestem katolikiem, ale chciałbym go kupić. Combien? Napisz tutaj. – Wyjął z kieszeni ołówek i pokazał czystą stronę w przewodniku. Patrzyła na niego, pocierając brodę ołówkiem. – Nie jest na sprzedaż? – zapytał. A kiedy ona nadal zastanawiała się, patrząc na niego zamyślonym wzrokiem, który wbrew chęci potraktowania tego pytania protekcjonalnie, niczym bardzo starą opowieść, zdradzał nieomal namacalnie niedowierzanie, nasz przyjaciel przestraszył się, że ją uraził. Tymczasem ona po prostu starała się sprawiać wrażenie niezainteresowanej sprzedażą i właśnie rozmyślała, jak daleko może się posunąć.

– Chyba się nie pomyliłem...? Pas insulte?4 – kontynuował. – Czy rozumie pani trochę po angielsku?

Młoda dama wyraźnie zdradzała chęć wzięcia udziału w tej małej komedii. Mierzyła go swym bystrym badawczym wzrokiem i w odpowiedzi zapytała, czy mówi po francusku. A potem rzuciła krótko: Donnez!5 I chwyciła otwarty przewodnik. W górnym rogu drobną, wyjątkowo zgrabną rączką napisała liczbę. Oddała książkę i na powrót ujęła paletę.

Nasz przyjaciel przeczytał: „2000 franków”. Przez chwilę milczał, wpatrując się w obraz, podczas gdy kopistka zaczęła energicznie rozrabiać farbę.

– Czy to nie za dużo za kopię? – zapytał w końcu. – Pas beaucoup?6

Młoda dama uniosła oczy znad palety, zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów i z zadziwiającą zręcznością udzieliła precyzyjnej odpowiedzi:

– Tak, to dużo. Ale moja kopia jest szczególna, i nie jest mniej warta.

Interesujący nas dżentelmen nie rozumiał po francusku, ale jako się rzekło, był inteligentny i teraz miał dużą szansę to udowodnić. Instynktownie pojął sens odpowiedzi młodej damy i z przyjemnością uświadomił sobie, że jest szczera. Piękno, talent, cnota – wszystko to posiadała!

– Jednak musi pani dokończyć – zauważył. – Dokończyć, rozumie pani. – Wskazał na nienamalowaną jeszcze rękę.

– Och, z pewnością dokończę; będzie najdoskonalsze z najdoskonalszych! – wykrzyknęła mademoiselle i aby to potwierdzić, ulokowała czerwony punkcik na środku policzka Madonny.

Ale Amerykanin zmarszczył brwi.

– Ach, zbyt czerwone, zbyt czerwone! – sprzeciwił się stanowczo. – Jej cera – tu wskazał Madonnę Murilla – jest delikatniejsza.

– Delikatniejsza? Och, monsieur, moja też będzie miała delikatną cerę, tak delikatną jak biszkopt z Sèvres. Zaraz to stonuję; znam wszystkie tajniki mojej sztuki. A dokąd to mamy przesłać obraz? Pański adres?

– Adres? Ach tak! – Dżentelmen wyrwał kartkę z notesu i coś na niej napisał. Potem z wahaniem dodał: – Ale jeśli nie spodoba mi się ukończony obraz, wówczas nie będę musiał go przyjąć?

Młoda dama równie dobrze jak on odgadywała sens jego słów.

– Jestem pewna, że nie będzie pan kaprysił – odparła z łobuzerskim uśmieszkiem.

– Kaprysił? – domyślił się i zaczął się śmiać. – O nie, nie zwykłem kaprysić. Jestem niezwykle sumienny i stały. Comprenez?7

– Monsieur jest stały, dokładnie zrozumiałam. To rzadka zaleta. Żeby to panu wynagrodzić, otrzyma pan obraz pierwszego możliwego dnia w przyszłym tygodniu – jak tylko wyschnie. Wezmę od pana wizytówkę, monsieur. – Przeczytała nazwisko: – Christopher Newman. – Potem próbowała powtórzyć je głośno i zaśmiała się, słysząc swój zły akcent. – Te wasze angielskie nazwiska są takie zabawne!

– Zabawne? – zdziwił się pan Newman i też się zaśmiał. – Nigdy nie słyszała pani o Krzysztofie Kolumbie?

– Bien sur!8 To on wymyślił Amerykę; wielki człowiek. Czy to pański patron?

– Mój patron?

– No, patron – święty, w kalendarzu.

– O tak, naturalnie; rodzice dali mi po nim imię.

– Monsieur jest Amerykaninem?

– Nie widać tego po mnie? – zainteresował się monsieur.

– I ma pan zamiar wywieźć tam mój obraz? – Objaśniła to pytanie odpowiednim gestem, pokazując owo „tam”.

– Och, zamierzam kupić dużo obrazów... beau­coup, beaucoup – odparł Christopher Newman.

– Nie umniejsza to zaszczytu, jaki mnie spot­kał – zauważyła młoda dama – ponieważ jestem pewna, że ma pan doskonały gust.

– Ale pani też musi mi dać wizytówkę – stwierdził Newman. – Z nazwiskiem i adresem... no, wie pani.

Młoda dama natychmiast spoważniała, a potem odparła:

– Obsłuży pana mój ojciec.

Jednak tym razem zdolność domyślania się zawiodła pana Newmana.

– Pani wizytówka... pani adres – powtórzył auto­matycznie.

– Adres? – zdziwiła się mademoiselle, a potem lekko wzruszyła ramionami. – Ma pan szczęście, że jest Amerykaninem! Pierwszy raz w życiu daję adres obcemu. – Wydobywszy z kieszeni trochę wytłuszczoną portmonetkę, wyłuskała z niej małą błyszczącą wizytówkę i wręczyła gościowi. Widniał na niej starannie wykonany ołówkiem napis z wieloma zawijasami: „Mlle Noémie Nioche”. Ale pan Newman, w przeciwieństwie do kopistki, odczytał jej nazwisko z absolutną powagą; dla niego wszystkie francuskie nazwiska brzmiały równie zabawnie.

– O, jest już mój ojciec. Przyszedł odprowadzić mnie do domu – oznajmiła mademoiselle Noé­mie. – Ojciec zna angielski. Umówi się z panem. – Odwróciła się, aby przywitać niskiego staruszka, który szurając nogami, zbliżył się, zerkając na Newmana zza okularów.

Monsieur Nioche nosił ulizaną perukę nienaturalnego koloru, której włosy opadały na dobrotliwą, bladą, pustą twarz, czyniąc ją trochę bardziej wyrazistą niż pokazywane na wystawach u fryzjerów twarze manekinów. Stanowił doskonały obraz człowieka, który za wszelką cenę usiłuje grać rolę pana. Jego przyciasny, znoszony, ale skrzętnie wyszczotkowany płaszcz, źle dopasowane rękawiczki, desperacko wypolerowane buty oraz spłowiały zgrabny kapelusz świadczyły, że niegdyś utracił majątek i obecnie należał do ludzi starających się uchodzić za wytwornych, nawet jeśli już minęła dawna świetność i nie miał żadnej nadziei na poprawę. Obok innych rzeczy monsieur Nioche utracił też odwagę. Przeciwności losu nie tylko doprowadziły go do ruiny, ale wręcz przeraziły, i teraz przez resztę życia przemykał na palcach, by nie obudzić wrogiego mu losu. Gdyby ten obcy dżentelmen powiedział coś niestosownego jego córce, to monsieur Nioche usilnie błagałby go, by zrobił mu łaskę i się powstrzymał, ale jednocześnie uważał, że z jego strony było naganną arogancją prosić go o łaskę.

– Ten pan kupił mój obraz – poinformowała ojca Noémie. – Kiedy skończę, zawieziesz mu go dorożką.

– Dorożką! – wykrzyknął monsieur Nioche, sprawiając wrażenie tak zaskoczonego, jakby ujrzał wschód słońca o północy.

– Pan jest ojcem tej młodej damy? – zapytał Newman. – Wydaje mi się, że wspomniała, iż mówi pan po angielsku.

– Po angielsku... tak – odparł staruszek, wolno zacierając dłonie. – Dostarczę panu obraz dorożką.

– No, powiedz coś jeszcze po angielsku – ponagliła go córka. – Możesz panu trochę podziękować... ale nie za bardzo.

– Trochę, córeczko, trochę? – zdziwił się monsieur Nioche zmieszany. – Ile?

– Dwa tysiące! – wyjaśniła mademoiselle Noémie. – I nie rób zamieszania, bo się rozmyśli.

– Dwa tysiące! – wykrzyknął staruszek i zaczął wygrzebywać z kieszeni tabakierkę. Zmierzył wzrokiem Newmana, spojrzał na córkę, a potem na obraz. – Uważaj, żeby go nie popsuć! – dodał niemal z patosem.

– Musimy wracać do domu – stwierdziła mademoiselle Noémie. – Miałam dzisiaj bardzo pracowity dzień. Nieś go ostrożnie! – I zaczęła składać przybory.

– Jak mam panu dziękować? – zapytał monsieur Nioche. – Nie znam dobrze angielskiego.

– Chciałbym tak dobrze mówić po francusku – zauważył Newman dobrotliwie. – Ma pan bardzo zdolną córkę.

– Och, proszę pana! – Monsieur Nioche popatrzył zza okularów załzawionymi oczami i pokiwał głową ze smutkiem. – Otrzymała wykształcenie... très supérieure!9 Nie żałowałem grosza. Lekcje pasteli, po dziesięć franków; lekcje oleju, po dwanaście franków. Wtedy nie liczyłem franków. Ona jest prawdziwą artiste!

– Jeśli dobrze zrozumiałem, chce pan powiedzieć, że miał pan kłopoty, prawda? – zapytał Newman.

– Kłopoty? Och, proszę pana, nieszczęścia... okropne nieszczęścia.

– Niepowodzenie w interesach?

– Duże niepowodzenie, proszę pana.

– Ach, bez obaw, stanie pan znowu na nogach – pocieszał go Newman beztrosko.

Staruszek przechylił głowę i przyglądał mu się z wyrazem bólu, jakby usłyszał jakiś niesmaczny żart.

– Co on mówi? – dopytywała się mademoiselle Noémie.

Monsieur Nioche zażył tabaki.

– Mówi, że znowu będę bogaty.

– Być może pomoże ci w tym. Co jeszcze?

– Mówił jeszcze, że jesteś bardzo zdolna.

– To bardzo prawdopodobne. Uwierzysz w to, ojcze?

– Czy w to wierzę, córko? Mając przed sobą taki dowód! – Staruszek odwrócił się i popatrzył z podziwem na zuchwały bohomaz na sztalugach.

– A zatem zapytaj go, czy chce się uczyć francuskiego.

– Francuskiego?

– Czy chce brać lekcje.

– Brać lekcje, córeczko? U ciebie?

– U ciebie!

– U mnie, dziecko? Jak ja mógłbym komuś dawać lekcje?

– Pas de raisons!10 Natychmiast go zapytaj! – rozkazała mademoiselle Noémie.

Monsieur Nioche stał osłupiały, ale pod wpływem wzroku córki zmobilizował się, zdobył na swój zwykły miły uśmiech i spełnił jej życzenie:

– Czy zechciałby pan uzyskać pomoc w nauce naszego pięknego języka? – zapytał błagalnie drżącym głosem.

– W nauce języka francuskiego? – zapytał Newman zaskoczony.

Monsieur Nioche złożył koniuszki palców i powoli uniósł ramiona.

– Trochę konwersacji!

– Konwersacja... tak, o to chodzi! – zamruczała mademoiselle Noémie, chwytając ostatnie słowo. – Konwersacja w najlepszym towarzystwie.

– My, Francuzi, słyniemy z błyskotliwej konwersacji – ośmielił się monsieur Nioche. – To cenna umiejętność.

– Ale czy to nie za trudne? – zaniepokoił się Newman.

– Nie dla człowieka o takim esprit11, jak pana, monsieur, konesera piękna pod każdą postacią! – Tu monsieur Nioche rzucił znaczące spojrzenie na obraz Madonny namalowany przez córkę.

– Nie mogę sobie jakoś wyobrazić, że gadam po francusku! – zaśmiał się Newman. – Ale jak sądzę, im więcej człowiek wie, tym lepiej.

– Świetnie pan to ujął. Hèlas, oui!12

– Przypuszczam, że znajomość języka bardzo mi pomoże we włóczędze po Paryżu.

– Ach, tyle jest rzeczy, o których monsieur musi mówić, że są trudne!

– Dla mnie wszystko, co chciałbym wyrazić po francusku, jest trudne. Pan udziela lekcji francuskiego?

Biedny monsieur Nioche był zakłopotany; uśmiechał się jeszcze bardziej błagalnie.

– Nie jestem zawodowym nauczycielem – przyznał. – Przecież nie mogę mu powiedzieć, że jestem nauczycielem – zwrócił się do córki.

– Powiedz mu, że to wyjątkowa okazja – odparła mademoiselle Noémie – to homme du monde13... Taka zwykła rozmowa dwóch dżentelmenów! Przypomnij sobie, kim teraz jesteś... i kim wcześniej byłeś!

– W każdym razie nie nauczycielem języków! Wcześniej byłem kimś o wiele więcej, teraz jestem czymś o wiele mniej! A jeżeli zapyta o cenę lekcji?

– Nie zapyta – uspokoiła go mademoiselle Noémie.

– Ale co mam powiedzieć, jeżeli zapyta?

– Nie zapyta! To byłoby w złym tonie.

– Co, jeśli jednak zapyta?

Mademoiselle założyła czepek i zawiązała wstążki, wygładziła je i uniosła wyżej małą bródkę.

– Dziesięć franków – rzuciła szybko.

– Ależ, córeczko! Nigdy się nie ośmielę.

– No to się nie ośmielaj. Nie zapyta się do końca nauki, a wtedy wypiszę mu rachunek.

Monsieur Nioche ponownie odwrócił się do nieświadomego niczego obcokrajowca i trąc dłonie, wydawał się pełen winy, co tylko dlatego nie było zbyt widoczne, że zaistniałą sytuacją był najzwyczajniej dogłębnie wstrząśnięty. Newmanowi nigdy nie wpadłoby do głowy zapytać o dowody jego kwalifikacji jako nauczyciela; zakładał oczywiście, że monsieur Nioche dobrze zna swój ojczysty język, a jego dobroduszny wygląd doskonale pasował do tego, co Amerykaninowi, z jakichś niejasnych względów, zwykło się kojarzyć ze starymi cudzoziemcami dającymi lekcje. Newman nigdy nie myślał o filologii. Jego główne doświadczenie, tyczące owych zagadnień korelacji potocznych słów angielskich, korelacji występujących w tym nadzwyczajnym mieście, jakim był Paryż, polegało na tym, że musiał po prostu zwiększyć fizyczny wysiłek w postaci żywszej gestykulacji.

– Kiedy nauczył się pan angielskiego? – zapytał staruszka.

– W młodości, zanim zostałem zrujnowany. O, wtedy miałem szeroko otwarte oczy. Mój ojciec był bogatym commerçant14; na rok ulokował mnie w kantorze w Anglii. Coś mi z tego zostało, chociaż dużo już zapomniałem!

– Ile francuskiego mogę się nauczyć w ciągu miesiąca?

– Co on mówi? – zapytała mademoiselle Noémie.

Monsieur Nioche wyjaśnił.

– Będzie gadał jak aniołek! – zapewniła córka.

Lecz wrodzona uczciwość, która dotąd na próżno próbowała zapewnić handlowy sukces monsieur Nioche’a, teraz ponownie zamigotała.

– No cóż, monsieur – odparł – wszystkiego mogę pana nauczyć! – I natychmiast dodał na znak córki: – Będę czekał na pana w hotelu.

– O tak, chciałbym się uczyć francuskiego – ciąg­nął Newman z demokratyczną łatwowiernością. – Niech mnie powieszą, jeśli kiedykolwiek o tym myślałem! Przyjmowałem za pewnik, że to nie będzie możliwe. Ale jeżeli pan nauczył się mojego języka, dlaczego ja nie mógłbym nauczyć się pańskiego? – Jego przyjazny, szczery śmiech pozbawił ten żart jadu. – Jeśli jednak mamy prowadzić konwersacje, musi pan wymyślić coś wesołego.

– Jest pan bardzo miły, szanowny panie. Poddaję się! – odparł monsieur Nioche, rozkładając ręce. – Pan ma w sobie tej wesołości i optymizmu za dwóch!

– O nie – sprzeciwił się Newman poważniejszym tonem. – To pan musi być pełen pogody ducha, to pan musi się czuć usatysfakcjonowany; to część naszej umowy.

Monsieur Nioche skłonił się z dłonią przyłożoną do serca.

– Doskonale, proszę pana; dzięki panu już jestem przepełniony optymizmem i szczęściem.

– A zatem niech pan przyniesie mój obraz; zapłacę panu i o tym właśnie porozmawiamy. To będzie ten nasz wesoły temat do konwersacji!

Mademoiselle spakowała się i oddała cenną Madonnę pod opiekę ojcu, który w ukłonach wycofał się i zniknął z pola widzenia, unosząc obraz w wyciągniętych rękach. Młoda dama, jak przystało paryżance, owinęła się szalem i posłała swemu klientowi prawdziwie paryski uśmiech.

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Salon kwadratowy w Luwrze (przyp. tłum.).

2 Ile? (fr.)

3 Cudowne (fr.).

4 Czy uchybiłem Pani? (fr.)

5 Daj! (fr.)

6 Nie za dużo? (fr.)

7 Zrozumiałaś? (fr.)

8 Ależ tak! (fr.)

9 Bardzo dobre, znakomite! (fr.)

10 Nie mędrkuj! (fr.)

11 Umysł (fr.).

12 Niestety, tak! (fr.)

13 Światowiec (fr.).

14 Kupiec (fr.).