Ameryka i My - Lidia Krawczuk i Paweł Żuchowski - ebook

Opis

Lidia Krawczuk i Paweł Żuchowski – para polskich dziennikarzy radiowych, zabierają Czytelników w podróż do Stanów Zjednoczonych, w których mieszkają od ponad dziesięciu lat. Wraz z nimi, dzięki ich dziennikarskim zmysłom (i akredytacjom otwierającym wiele drzwi) możemy być w samym środku najciekawszych wydarzeń w USA, a to, co dotychczas znaliśmy jedynie za pośrednictwem mediów, poznajemy z bardzo, bardzo bliska.
Ameryka i My” to nie tylko obraz współczesnej Ameryki pokazanej przez pryzmat interesujących miejsc, zdarzeń i ludzi. Dziennikarze, z humorem, odsłaniają kulisy swojego prywatnego i zawodowego życia.
Kilka barwnych, kolorowych relacji, układających się, jak szkiełka w kalejdoskopie, w urzekający obrazek.
To książka zarówno dla fanów Ameryki, jak i jej przeciwników, dla tych, co planują wizytę w USA, tych, co już tam byli i tych, którzy nie wybierają się za ocean.
 
W książce można przeczytać między innymi o tym :
  • Co kryje się za drzwiami Białego Domu, Gabinetu Owalnego i innych pokoi przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie?
  • Jakie to uczucie: znaleźć się w samym sercu huraganu?
  •  Dlaczego do Nowego Jorku można jeździć na okrągło i nigdy się nie nudzi?
  • Jak wygląda z bliska Fabryka Snów, kogo można spotkać w Hollywood i co się dzieje na czerwonym dywanie?
  • Jakie emocje towarzyszyły startom wahadłowców z przylądka Canaveral?
  • Co czujesz, widząc na własne oczy szaleńca chodzącego po linie rozpiętej między budynkami, na wysokości prawie dwustu metrów?
  • Jak się porywa tłumy w USA, czyli o amerykańskich kampaniach wyborczych i … oficjalnych pochówkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Co­py­ri­ght © Li­dia Kraw­czuk, Pa­weł Żu­chow­ski, 2020

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta Sie­nie­wicz. Li­te­rac­ka

Pro­jekt okład­ki, skład: This Way De­sign Mar­cin Ga­jo­siń­ski

Zdję­cia: Li­dia Kraw­czuk, Pa­weł Żu­chow­ski, ar­chi­wum pry­wat­ne au­to­rów

Druk i opra­wa: Dru­kar­nia Per­fekt S.A.

Dys­try­bu­cja: Li­te­rac­ka Sp. z o.o.

Wy­daw­ca: News Fac­to­ry

Szcze­cin 2020

Wydanie: II

ISBN 978-83-957144-0-5

ISBN mobi: 978-83-957144-2-9

ISBN epub: ISBN 978-83-957144-3-6

Po­dzię­ko­wa­nia

Dzię­ku­je­my za wspar­cie w wy­da­niu na­szej książ­ki An­nie Dę­bek, Jo­an­nie So­ko­łow­skiej oraz To­ma­szo­wi Tow­bi­no­wi i fir­mie To­mex Re­mo­de­ling inc. z Chi­ca­go.

Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia dla gru­py RMF za ob­ję­cie pa­tro­na­tu me­dial­ne­go nad na­szą książ­ką.

Fir­mie Li­te­rac­ka Sp. z o.o.

Dzię­ku­je­my rów­nież wszyst­kim, któ­rzy nam ki­bi­co­wa­li i po­ma­ga­li, w szcze­gól­no­ści Mał­go­rza­cie Sie­nie­wicz i Mar­ci­no­wi Ga­jo­siń­skie­mu.

Au­to­rzy

SPIS TRE­ŚCI

WSTĘP

Za drzwia­mi Bia­łe­go Domu

Pierw­szy raz w re­zy­den­cji. Wow!

Daw­ni miesz­kań­cy pa­trzą ze ścian

W ogro­dzie Mi­chel­le Oba­my

Tu dzie­je się ma­gia: tra­dy­cja i se­zon świą­tecz­ny w Bia­łym Domu

Sel­fie w Ga­bi­ne­cie Owal­nym

Je­den sie­dzi, dru­gi stoi – faux pas na szczy­tach wła­dzy

Na czer­wo­nym dy­wa­nie w Hol­ly­wo­od

Gla­mo­ur po ame­ry­kań­sku

Pa­weł Paw­li­kow­ski rzu­ca Hol­ly­wo­od na ko­la­na

Za ku­li­sa­mi Osca­rów: fan­ka w ró­żo­wym dre­sie, ku­charz mi­lio­ner

Mogę po­trzy­mać Osca­ra? Pew­nie, bierz!

Oko w oko z Bra­dem Pit­tem

W po­szu­ki­wa­niu do­mów gwiazd

I love NYC

Na da­chu świa­ta

Kup pan Ro­le­xa!

Dro­ga do No­we­go Jor­ku

Uwa­ga, bę­dzie film!

Śla­da­mi fil­mów i se­ria­li

Twa­rzą w twarz z kimś zna­nym

Na kur­sie Ti­ta­ni­ca

O mat­ko! Czło­wiek na li­nie

Sza­le­niec z per­spek­ty­wy 32. pię­tra

Sza­le­niec wi­dzia­ny z dołu

Ame­ry­ka wy­bie­ra pre­zy­den­ta

Chi­ca­go w eu­fo­rii, Oba­ma wy­gry­wa

Wy­bor­czy test: dam radę czy nie?

Wiel­ki, żół­ty ptak – gwiaz­da kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej

Wy­pie­ki, gar­ni­tu­ry, su­kien­ki, czy­li bar­wy kam­pa­nii

Do ak­cji wkra­cza Do­nald Trump

Mó­wi­li, że już prze­grał… a jed­nak wy­grał

Dzien­ni­karz?! Aaa, z Pol­ski, to ok

3… 2… 1… Lift off! Mi­sja: wa­ha­dło­wiec

Ma­rze­nie: zo­ba­czyć start

To co, je­dzie­my na przy­lą­dek Ca­na­ve­ral?

To dzie­je się na­praw­dę, star­tu­je wa­ha­dło­wiec!

Prze­żyj­my to jesz­cze raz

Cze­ka­my na po­wrót z ko­smo­su – uff, jak go­rą­co!

Z wody!!! Re­kin!

Ra­dość i smu­tek: Atlan­tis po­wra­ca na Zie­mię

Na ścież­ce ży­wio­łu

Trzę­sie­nie zie­mi w Wa­szyng­to­nie

Gdy nad­cho­dzi Fran­ken­storm

Prze­ży­ję, czy mnie zmie­cie?

Rze­czy­wi­stość a te­le­wi­zja

Ame­ry­kań­skie po­że­gna­nia

Cze­ka­jąc na ka­ra­wan

Gdy umie­ra były pre­zy­dent USA

Ból jest wszę­dzie taki sam

Za­koń­cze­nie

Źró­dła

WSTĘP

To było zwy­czaj­ne po­po­łu­dnie, 1 czerw­ca 2009 roku. Pra­co­wa­li­śmy, jak zwy­kle, w swo­ich re­dak­cjach. Jed­no z nas w stu­diu, dru­gie w te­re­nie. Jed­no w pu­blicz­nej roz­gło­śni w Szcze­ci­nie, dru­gie w szcze­ciń­skim od­dzia­le ra­dia RMF. Czu­li­śmy się wte­dy jed­nak tak, jak­by­śmy sie­dzie­li na go­rą­cych krze­słach, po­nie­waż od daw­na wie­dzie­li­śmy, iż za kil­ka ty­go­dni na­sze ży­cie wy­wró­ci się do góry no­ga­mi. Nikt, poza bar­dzo wą­ską gru­pą osób, nie był jesz­cze wów­czas wta­jem­ni­czo­ny w na­sze pla­ny zwią­za­ne z prze­pro­wadz­ką do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

To wła­śnie w tym dniu, 1 czerw­ca 2009 roku, na ekra­nach te­le­wi­zo­rów po­ja­wił się na żół­tym pa­sku ko­mu­ni­kat: Za­gi­nął sa­mo­lot Air Fran­ce, le­cą­cy z Rio de Ja­ne­iro do Pa­ry­ża. Z pew­no­ścią wie­le osób pa­mię­ta, jak za­koń­czył się ten lot. Sa­mo­lot wpadł do Atlan­ty­ku, nikt nie prze­żył.

Za kil­ka ty­go­dni to my mie­li­śmy le­cieć do USA, zmie­nić na ja­kiś czas swo­je ży­cie. Nie spo­sób było nie my­śleć o tam­tej ka­ta­stro­fie, zwłasz­cza, gdy spę­dza­ło się w new­sro­omie po kil­ka go­dzin dzien­nie, śle­dząc na bie­żą­co ko­lej­ne do­nie­sie­nia i ma­jąc w per­spek­ty­wie lot przez oce­an.

Dziś tam­to wspo­mnie­nie nie wy­wo­łu­je w nas już nie­po­ko­ju. Jest tyl­ko czymś, co po­tra­fi­my przy­wo­łać i do­kład­nie umiej­sco­wić w cza­sie. Lato 2009 przy­nio­sło bo­wiem w na­szym ży­ciu re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny i tak się aku­rat zło­ży­ło, że wy­da­rzył się wy­pa­dek, któ­rym żyły wszyst­kie świa­to­we i kra­jo­we ser­wi­sy in­for­ma­cyj­ne. Od tam­te­go cza­su wie­le się zmie­ni­ło: nasz stan cy­wil­ny, miej­sce za­miesz­ka­nia, kon­ty­nent. Zo­sta­li­śmy rów­nież ro­dzi­ca­mi i od­by­li­śmy mnó­stwo po­dró­ży sa­mo­lo­tem. To wła­śnie w cza­sie jed­nej z nich, do Hol­ly­wo­od, zro­dził się po­mysł na­pi­sa­nia tej książ­ki. Po­sta­no­wi­li­śmy opi­sać choć część zda­rzeń, miejsc i spo­tka­nych na na­szej dro­dze lu­dzi – to, co za­pa­dło nam w pa­mięć, w czym mo­gli­śmy uczest­ni­czyć dzię­ki pod­ję­tej pew­ne­go dnia de­cy­zji, by po­le­cieć do Ame­ry­ki. Ta, ma­ją­ca trwać krót­ko, za­wo­do­wa przy­go­da jest na­szą co­dzien­no­ścią do dziś.

W 2009 roku, w dru­giej po­ło­wie lip­ca, pod­czas po­dró­ży do Sta­nów, spo­tka­li­śmy czło­wie­ka Hol­ly­wo­od, zdo­byw­cę Osca­ra. Nie przy­pusz­cza­li­śmy wów­czas, że w ko­lej­nych la­tach od­bę­dzie­my tak wie­le po­dró­ży do sto­li­cy kina i zo­ba­czy­my z bli­ska ku­li­sy Osca­rów. Pod­czas prze­siad­ki na lot­ni­sku w Ber­li­nie, na­tknę­li­śmy się na Jana A. P. Kacz­mar­ka, uro­dzo­ne­go w Pol­sce kom­po­zy­to­ra, lau­re­ata na­gro­dy Ame­ry­kań­skiej Aka­de­mii Fil­mo­wej. My le­cie­li­śmy do Wa­szyng­to­nu, Jan A. P. Kacz­ma­rek do Los An­ge­les. My pod ad­res, pod któ­rym kry­ła się nie­wia­do­ma, Jan Kacz­ma­rek do swo­je­go domu w Ame­ry­ce. Spo­tka­nie i krót­ka roz­mo­wa na lot­ni­sku były pierw­szym za­ska­ku­ją­cym mo­men­tem w dro­dze do Wa­szyng­to­nu. Wkrót­ce mia­ło się oka­zać, jak wie­le ta­kich nie­ocze­ki­wa­nych spo­tkań i nie­spo­dzie­wa­nych chwil cze­ka nas za oce­anem.

Pra­ca dla ra­dia RMF i RMF Clas­sic, otwo­rzy­ła nam w Sta­nach drzwi do miejsc, któ­re w in­nych oko­licz­no­ściach by­ły­by dla nas za­mknię­te. Od­by­li­śmy wspól­nie wie­le za­wo­do­wych i pry­wat­nych po­dró­ży po USA, któ­rych nie za­po­mni­my do koń­ca ży­cia. By­wa­ło róż­nie. Cza­sem z emo­cji nie mo­gli­śmy za­snąć, cza­sem pa­da­li­śmy ze zmę­cze­nia.

Przy­stę­pu­jąc do pi­sa­nia, wy­bra­li­śmy kil­ka wąt­ków i wy­da­rzeń, w któ­rych uczest­ni­czy­li­śmy. Do­szli­śmy do wnio­sku, że nie je­ste­śmy w sta­nie za­wrzeć wszyst­kie­go w jed­nej pu­bli­ka­cji. Klu­czem sta­ły się więc od­wie­dzo­ne w cią­gu de­ka­dy miej­sca, w któ­rych dzia­ło się coś, czym żyły świa­to­we me­dia. Po­sta­no­wi­li­śmy, iż opi­sze­my to wszyst­ko od ku­lis, z na­szej per­spek­ty­wy, prze­my­ca­jąc przy oka­zji tro­chę oso­bi­stych spo­strze­żeń i opo­wie­ści o ży­ciu w Sta­nach. Pi­sa­nie tej książ­ki sta­ło się dla nas swe­go ro­dza­ju po­dró­żą sen­ty­men­tal­ną. Pra­ca nad tek­stem wy­ma­ga­ła od nas przej­rze­nia dys­ków ze zdję­cia­mi i fil­ma­mi wi­deo, któ­re ro­bi­my od pierw­sze­go dnia po­by­tu w USA. Ob­ser­wo­wa­li­śmy więc przy oka­zji, jak zmie­niał się nam ob­wód pasa i fry­zu­ry. – Zo­bacz jaki tu by­łem szczu­pły! – Jak mo­głam dać so­bie zro­bić tak ja­sny ko­lor wło­sów?! – wy­krzy­ki­wa­li­śmy, po­chy­la­jąc się nad ekra­nem kom­pu­te­ra. Ale nie sku­pia­li­śmy się tyl­ko na na­szym wy­glą­dzie. Zdję­cia przy­wo­ły­wa­ły wspo­mnie­nia. Nie raz py­ta­li­śmy sie­bie na­wza­jem: – A pa­mię­tasz jak…

Od­da­je­my w Wa­sze ręce ka­wa­łek na­sze­go ży­cia w Ame­ry­ce. Mamy na­dzie­ję, że opo­wieść o zda­rze­niach, któ­re prze­ży­li­śmy w Sta­nach, po­zwo­li Wam, w pe­wien spo­sób, choć na chwi­lę prze­nieść się za oce­an.

Li­dia, Pa­weł

Za drzwia­mi Bia­łe­go Domu

Pierw­szy raz wre­zy­den­cji. Wow!

Pro­szę pani, na­praw­dę pro­szę już wyjść!!! – agent Se­cret Se­rvi­ce miał po­waż­ny wy­raz twa­rzy i zde­cy­do­wa­nym ge­stem po­ka­zał mi drzwi. Znaj­do­wa­li­śmy się w holu Bia­łe­go Domu, w po­bli­żu wej­ścia do Blue Room, jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych po­koi w USA. Ro­bi­łam ostat­nie zdję­cia. Była koń­ców­ka li­sto­pa­da, lecz Bia­ły Dom to­nął już w świą­tecz­nych de­ko­ra­cjach. W głów­nym holu sta­ło kil­ka­dzie­siąt cho­inek ob­sy­pa­nych sztucz­nym śnie­giem. W po­zo­sta­łych po­ko­jach rów­nież było mnó­stwo ozdób, bom­bek, ko­kard, a tak­że świą­tecz­nych drze­wek przy­stro­jo­nych we­dług okre­ślo­ne­go klu­cza. W Ver­me­il Room do­mi­no­wa­ło zło­to. Zło­te­go ko­lo­ru wszę­dzie było mnó­stwo, lecz w po­zo­sta­łych po­ko­jach łą­czył się on z de­ko­ra­cja­mi w in­nych bar­wach – w Red Room zło­to mie­sza­ło się z czer­wie­nią, a w Gre­en Room z zie­le­nią. Na zro­bie­nie zdjęć i zo­ba­cze­nie wszyst­kich pu­blicz­nych po­koi Bia­łe­go Domu mia­łam tyl­ko oko­ło czter­dzie­stu mi­nut. Na­praw­dę trze­ba było się sprę­żać.

Uczest­ni­czy­łam w press pre­view – pre­zen­ta­cji, pod­czas któ­rej dzien­ni­ka­rze mogą zo­ba­czyć w jaki spo­sób ude­ko­ro­wa­no Bia­ły Dom z oka­zji zbli­ża­ją­ce­go się Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Mia­łam wiel­kie szczę­ście. Uda­ło mi się zdo­być akre­dy­ta­cję już dru­gi rok z rzę­du. Pre­zen­ta­cje, pod­czas któ­rych moż­na na wła­sne oczy zo­ba­czyć świą­tecz­nie przy­stro­jo­ne wnę­trze Bia­łe­go Domu, albo na­kry­te ele­ganc­ko sto­ły przed Sta­te Din­ner – ko­la­cją na cześć za­gra­nicz­ne­go przy­wód­cy, cie­szą się ol­brzy­mim za­in­te­re­so­wa­niem me­diów. Po­dob­nie jak spo­tka­nia w Ogro­dzie Ró­ża­nym, pod­czas któ­rych pre­zy­dent USA da­ru­je przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia ży­cie in­dy­ko­wi lub, gdy z oka­zji Wiel­ka­no­cy, za­pra­sza dzie­ci na do­rocz­ne to­cze­nie ja­jek po tra­wie. Ilość miejsc na tego typu wy­da­rze­nia jest za­wsze mniej­sza niż ilość chęt­nych. Pa­weł i ja mie­li­śmy kil­ka oka­zji by zo­ba­czyć to wszyst­ko z bli­ska. Cza­sem wspól­nie, a cza­sem w po­je­dyn­kę, gdy jed­no z nas nie otrzy­ma­ło akre­dy­ta­cji. Tego dnia, gdy agent Se­cret Se­rvi­ce ka­zał mi się wy­no­sić, by­łam w Bia­łym Domu sama. Z na­szej dwój­ki tym ra­zem to ja mia­łam szczę­ście.

Gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam Bia­ły Dom na wła­sne oczy, wy­dał mi się mniej­szy niż so­bie wy­obra­ża­łam. Było to w sło­necz­ny, upal­ny dzień, pod­czas spa­ce­ru wzdłuż Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue – uli­cy, przy któ­rej znaj­du­je się re­zy­den­cja pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wte­dy, w to lip­co­we po­po­łu­dnie 2009 roku, Pa­weł i ja sta­li­śmy przy ogro­dze­niu Bia­łe­go Domu i, jak inni tu­ry­ści, ro­bi­li­śmy so­bie zdję­cia na tle naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ne­go bu­dyn­ku w Wa­szyng­to­nie. W ko­lej­nych la­tach mia­łam oka­zję być w Bia­łym Domu wie­le razy. Prze­czy­ta­łam spo­ro ksią­żek na te­mat jego hi­sto­rii, miesz­ka­ją­cych w nim ro­dzin, se­kre­tów i skan­da­li, któ­re się w nim ro­ze­gra­ły. Dla­te­go fakt, iż w koń­cu ja tak­że mogę się w nim zna­leźć, bu­dził we mnie sil­ne emo­cje.

Pierw­szy rok po­by­tu w USA był dla mnie od­kry­wa­niem róż­nych aspek­tów Ame­ry­ki. Bę­dąc w Pol­sce wie­dzia­łam, że pre­zy­dent USA wy­da­je cza­sa­mi na cześć swo­ich go­ści uro­czy­ste ko­la­cje. Mia­łam w pa­mię­ci zdję­cia Jo­lan­ty i Alek­san­dra Kwa­śniew­skich, któ­rych z pom­pą po­dej­mo­wa­no w Bia­łym Domu. Ale poza tym, moja wie­dza na ten te­mat była zni­ko­ma. Do­pie­ro w Wa­szyng­to­nie zro­zu­mia­łam, o co tak na­praw­dę w tym cho­dzi i dla­cze­go otrzy­ma­nie za­pro­sze­nia na Sta­te Din­ner jest w wa­szyng­toń­skich krę­gach tak po­żą­da­ne.

Była koń­ców­ka li­sto­pa­da 2009 roku. Wy­bra­ny rok wcze­śniej na pre­zy­den­ta USA Ba­rack Oba­ma, wy­da­wał swo­ją pierw­szą ofi­cjal­ną ko­la­cję na cześć ów­cze­sne­go pre­mie­ra In­dii. Przez cały wie­czór te­le­wi­zja CNN po­ka­zy­wa­ła go­ści wcho­dzą­cych do Bia­łe­go Domu, a tak­że ce­re­mo­nię po­wi­ta­nia in­dyj­skiej pary. Dla od­mia­ny, dzie­sięć lat póź­niej, gdy Do­nald Trump po­dej­mo­wał w Bia­łym Domu pre­mie­ra Au­stra­lii, nie było już tego typu trans­mi­sji. Nie dla­te­go, że me­diom ko­la­cje się znu­dzi­ły. Do­nald Trump pro­wa­dził otwar­tą woj­nę z CNN i sta­cja nie była sko­ra do po­ka­zy­wa­nia go­ści i ele­ganc­kich sto­łów.

Przy oka­zji pierw­szej Sta­te Din­ner Ba­rac­ka Oba­my mó­wio­no o tym, ja­kie przy­go­to­wa­no menu, po­ka­zy­wa­no za­sta­wę, aran­ża­cję sto­łów, bu­kie­ty kwia­tów. Sło­wem, me­dia o tym mó­wi­ły nie­ustan­nie.

Sta­te Din­ner od­by­wa się z sym­bo­licz­nym udzia­łem me­diów, dzien­ni­ka­rze za­pra­sza­ni są na tak zwa­ne pre­views oraz na mo­ment po­wi­ta­nia go­ści. Ci, któ­rym Bia­ły Dom przy­zna od­po­wied­nie akre­dy­ta­cje, mogą wejść na dzień przed ko­la­cją i zo­ba­czyć jak bę­dzie wy­glą­da­ła sala, w któ­rej za­pla­no­wa­no przy­ję­cie, zro­bić zdję­cia sto­łów, na któ­rych usta­wio­ne są już ta­le­rze, kie­lisz­ki i sztuć­ce. Ame­ry­kań­skie me­dia po­świę­ca­ją temu te­ma­to­wi dużo cza­su i ener­gii. Sta­te Din­ner jest bo­wiem naj­bar­dziej pre­sti­żo­wym przy­ję­ciem w Wa­szyng­to­nie i pew­ne­go ro­dza­ju te­stem, kto się li­czy, a kto nie. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru por­ta­le in­ter­ne­to­we pu­bli­ku­ją zdję­cia za­pro­szo­nych osób. Spo­ro uwa­gi – zwłasz­cza w ostat­nich la­tach – po­świę­ca się temu, co mia­ła na so­bie pierw­sza dama. Kre­acja żony pre­zy­den­ta USA ma bo­wiem wy­miar po­li­tycz­ny. W Ame­ry­ce ocze­ku­je się, że strój wyj­dzie spod igły ro­dzi­me­go pro­jek­tan­ta i bę­dzie swo­je­go ro­dza­ju pro­mo­cją USA. Może to być ewen­tu­al­nie kre­acja uszy­ta w kra­ju, z któ­re­go po­cho­dzi gość po­dej­mo­wa­ny przez parę pre­zy­denc­ką.

Kie­dy wie­czo­rem, 24 li­sto­pa­da 2009 roku, z uwa­gą śle­dzi­łam re­la­cję CNN i po­ka­zy­wa­ne na ekra­nie twa­rze go­ści wcho­dzą­cych na te­ren Bia­łe­go Domu, nie wie­dzia­łam jesz­cze, jaka bu­rza wkrót­ce się roz­pę­ta. Na­stęp­ne­go dnia, kie­dy me­dia po­da­wa­ły li­stę go­ści, w ko­men­ta­rzach za­czę­ło prze­wi­jać się py­ta­nie: dla­cze­go do Bia­łe­go Domu za­pro­szo­no Mi­chel­le i Ta­re­qa Sa­la­hi, mał­żeń­stwo z Vir­gi­nii? – Co oni u dia­bła tam ro­bi­li? – pa­da­ły py­ta­nia. Chwi­lę po­tem Wa­szyng­to­nem, a na­stęp­nie całą Ame­ry­ką, wstrzą­snę­ła na­stę­pu­ją­ca wia­do­mość: pań­stwo Sa­la­hi nie mie­li za­pro­sze­nia na Sta­te Din­ner, przy­ję­cie zor­ga­ni­zo­wa­ne na cześć pre­mie­ra In­dii. Mimo to, zo­sta­li wpusz­cze­ni do Bia­łe­go Domu przez Se­cret Se­rvi­ce. Wkrót­ce w in­ter­ne­cie po­ja­wi­ły się zdję­cia, na któ­rych wi­dać jak blon­d­wło­sa była mo­del­ka Mi­chel­le Sa­la­hi, w czer­wo­nym sari, ści­ska dłoń pre­zy­den­ta Oba­my, a jej uśmiech­nię­ty mąż, w czar­nym smo­kin­gu, jest na­stęp­ny w ko­lej­ce. Ko­lej­na fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła tę parę z wi­ce­pre­zy­den­tem Joe Bi­de­nem.

Bu­rza trwa­ła przez wie­le dni. Przed­sta­wi­cie­le Se­cret Se­rvi­ce nie po­tra­fi­li wy­tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób wpusz­czo­no do Bia­łe­go Domu lu­dzi, któ­rych nie było na li­ście go­ści i nie mie­li za­pro­szeń. W pra­sie po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej szcze­gó­łów i ana­liz. Mi­chel­le i Ta­req Sa­la­hi do­sta­li przy­do­mek Whi­te Ho­use Cra­shers (cra­sher to po an­giel­sku oso­ba, któ­ra do­sta­ła się gdzieś bez za­pro­sze­nia). Pań­stwo Sa­la­hi we­szli na te­ren Bia­łe­go Domu, sfo­to­gra­fo­wa­li się z kim chcie­li i w cza­sie, gdy za­pro­sze­ni go­ście je­dli ko­la­cję, umiesz­cza­li zdję­cia na Fa­ce­bo­oku. Whi­te Ho­use Cra­shers nie usie­dli bo­wiem do sto­łów – nie mie­li prze­cież wy­zna­czo­nych miejsc. Po wpad­ce prze­ana­li­zo­wa­no wszyst­kie zdję­cia z przy­ję­cia i na żad­nych nie było zu­chwa­łe­go mał­żeń­stwa. Jak się oka­za­ło, Mi­chel­le Sa­la­hi przed in­cy­den­tem pod­pi­sa­ła kon­trakt z te­le­wi­zją Bra­vo na udział w re­ali­ty show The Real Ho­use­wi­ves of Wa­shing­ton (Praw­dzi­we Go­spo­dy­nie Do­mo­we Wa­szyng­to­nu). W ra­mach krę­ce­nia jed­ne­go z od­cin­ków, któ­re mia­ły uka­zać się na an­te­nie po No­wym Roku, eki­pa sfil­mo­wa­ła na­wet przy­go­to­wa­nia do ko­la­cji w Bia­łym Domu. Pi­sa­no, że ce­lem mał­żeń­stwa z Vir­gi­nii było wy­pro­mo­wa­nie pro­gra­mu z udzia­łem Mi­chel­le Sa­la­hi. Osta­tecz­nie, biu­ro Se­cret Se­rvi­ce przy­zna­ło, że w punk­cie kon­tro­l­nym nie po­stę­po­wa­no zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi. Z mo­jej per­spek­ty­wy, fakt, że ktoś był w sta­nie do­stać się na te­ren Bia­łe­go Domu, wcho­dząc przez punkt kon­tro­l­ny, nie bę­dąc na li­ście za­pro­szo­nych, był wręcz nie­wia­ry­god­ny. Wiem bo­wiem do­sko­na­le, jak wy­glą­da pro­to­kół. Za­sa­da jest za­wsze taka sama: nie ma cię na li­ście, nie wcho­dzisz. Raz mi się zda­rzy­ło, że za­bra­kło mo­je­go na­zwi­ska w ze­sta­wie­niu, ja­kim dys­po­no­wał agent w punk­cie kon­tro­l­nym i Se­cret Se­rvi­ce nie chcia­ło mnie wpu­ścić, mimo iż po­ka­za­łam ma­ilo­we po­twier­dze­nie akre­dy­ta­cji z biu­ra pra­so­we­go Bia­łe­go Domu. Moje tłu­ma­cze­nia na nic się zda­ły. – Pro­szę za­dzwo­nić i wy­ja­śniać – rzekł bez emo­cji agent, wska­zu­jąc mi te­le­fon przy­mo­co­wa­ny do ścia­ny – Je­śli nie ma pani na­zwi­ska na li­ście, nie mogę pani wpu­ścić – rzekł sta­now­czo. Oka­za­ło się, że z ja­kie­goś po­wo­du sys­tem kom­pu­te­ro­wy mnie nie uwzględ­nił. Na szczę­ście, po ak­tu­ali­za­cji moje na­zwi­sko po­ja­wi­ło się na li­ście i agent, któ­ry po­cząt­ko­wo od­ma­wiał, po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­wo­łał mnie i otwo­rzył bram­kę. W przy­pad­ku wspo­mnia­nej pary za­dzia­łał chy­ba ele­ganc­ki wy­gląd: czer­wo­ne sari Mi­chel­le i smo­king Ta­re­qa. Bo cóż by in­ne­go?

Daw­ni miesz­kań­cy pa­trzą ze ścian

Jed­na z uro­czy­sto­ści od­by­wa­ją­cych się w Bia­łym Domu, któ­ra naj­bar­dziej utkwi­ła mi w pa­mię­ci, i w któ­rej wspól­nie z Paw­łem mie­li­śmy oka­zję uczest­ni­czyć, to ta z udzia­łem trzech pre­zy­den­tów i trzech pierw­szych dam. Ce­re­mo­nia mia­ła miej­sce w maju 2012 roku i było to przy oka­zji od­sła­nia­nia ofi­cjal­nych por­tre­tów Lau­ry i Geo­r­ge’a W. Bu­shów.

Zgod­nie z pa­nu­ją­cym zwy­cza­jem, urzę­du­ją­cy pre­zy­dent (był nim wów­czas Ba­rack Oba­ma) za­pra­sza do Bia­łe­go Domu swo­je­go po­przed­ni­ka z mał­żon­ką na uro­czy­stość, pod­czas któ­rej pre­zen­to­wa­ne są ofi­cjal­ne por­tre­ty po­przed­nie­go pre­zy­den­ta i po­przed­niej pierw­szej damy. Por­tre­ty są póź­niej wie­sza­ne w pu­blicz­nej czę­ści sie­dzi­by gło­wy pań­stwa i mogą je oglą­dać rów­nież wy­ciecz­ki zwie­dza­ją­ce Bia­ły Dom.

Tego dnia Geo­r­ge W. Bush przy­był z całą, kil­ku­na­sto­oso­bo­wą ro­dzi­ną. Tak więc w East Room, naj­więk­szym po­ko­ju w Bia­łym Domu, zna­leź­li się rów­no­cze­śnie trzej pre­zy­den­ci: Geo­r­ge W. Bush, ży­ją­cy jesz­cze wów­czas Geo­r­ge H. W. Bush zwa­ny Bu­shem se­nio­rem oraz go­spo­darz spo­tka­nia Ba­rack Oba­ma. Sala była wy­peł­nio­na do gra­nic moż­li­wo­ści. My, oczy­wi­ście, tło­czy­li­śmy się w miej­scu wy­zna­czo­nym dla me­diów, gdzie każ­dy każ­de­mu wcho­dził nie­mal na gło­wę, żeby zo­ba­czyć jak naj­wię­cej i zro­bić jak naj­lep­sze zdję­cia. By­łam bar­dzo cie­ka­wa czy Geo­r­ge Bush se­nior wło­ży na tę uro­czy­stość swo­je słyn­ne skar­pet­ki. Były pre­zy­dent zna­ny był bo­wiem z upodo­ba­nia do skar­pe­tek w krzy­kli­wych ko­lo­rach albo z za­baw­ny­mi wzo­ra­mi, któ­re do­bie­rał do ele­ganc­kich gar­ni­tu­rów. Pre­zy­dent Bush se­nior miał wów­czas osiem­dzie­siąt osiem lat i po­ru­szał się na wóz­ku. Kie­dy po­ja­wił się w drzwiach, ubra­ny w sta­lo­wy gar­ni­tur, z byłą pierw­szą damą Bar­ba­rą Bush u boku, fle­sze i mi­gaw­ki apa­ra­tów do­słow­nie sza­la­ły. Geo­r­ge Bush nie za­wiódł bo­wiem swo­ich fa­nów i za­ło­żył skar­pet­ki w bar­wach ame­ry­kań­skiej fla­gi, w sze­ro­kie czer­wo­no-gra­na­to­wo-bia­łe pasy.

Ce­re­mo­nia od­sło­nię­cia por­tre­tów mia­ła bar­dzo sym­pa­tycz­ny cha­rak­ter. Z jed­nej stro­ny było to prze­cież ofi­cjal­ne spo­tka­nie, z udzia­łem trzech pre­zy­den­tów, jed­nak z dru­giej do­mi­no­wał ame­ry­kań­ski luz i każ­da z prze­ma­wia­ją­cych osób sy­pa­ła żar­ta­mi jak z rę­ka­wa. – To było na­praw­dę uprzej­me z wa­szej stro­ny, za­pro­sić nas z po­wro­tem do Bia­łe­go Domu, by­śmy mo­gli po­wie­sić parę ro­dzin­nych zdjęć – po­wie­dzia­ła Oba­mom była pierw­sza dama Lau­ra Bush, do­da­jąc: – Nic tak nie spra­wia, że dom jest do­mem, jak por­tre­ty jego daw­nych miesz­kań­ców, któ­rzy pa­trzą na cie­bie ze ścian – za­żar­to­wa­ła.

Prze­mó­wie­nia, na­ła­do­wa­ne zda­nia­mi wprost ide­al­ny­mi do cy­to­wa­nia w me­diach, wy­gło­si­li wów­czas pre­zy­den­ci Oba­ma i Bush W. oraz ich mał­żon­ki. Były pre­zy­dent po­dzię­ko­wał Oba­mom za go­ścin­ność i na­kar­mie­nie czter­na­stu człon­ków jego ro­dzi­ny (sala za­chi­cho­ta­ła). Przy­po­mniał o pod­pa­le­niu Bia­łe­go Domu przez bry­tyj­skich żoł­nie­rzy w 1814 roku i o tym, jak ów­cze­sna pierw­sza dama, Dol­ly Ma­di­son, oca­li­ła por­tret in­ne­go Geo­r­ge’a W. (Wa­szyng­to­na), wy­no­sząc ob­raz z pło­ną­ce­go bu­dyn­ku.

– Więc, Mi­chel­le, je­śli co­kol­wiek się zda­rzy – po­wie­dział Geo­r­ge W. Bush, zwra­ca­jąc się do Mi­chel­le Oba­my i wska­zu­jąc na płót­no z wła­sną po­do­bi­zną. – Tam jest twój czło­wiek! – rzekł z prze­ką­sem. Sala wy­buch­nę­ła śmie­chem. Ta­kich mo­men­tów było tego po­po­łu­dnia wie­le i zro­bie­nie ra­dio­wej re­la­cji z tej uro­czy­sto­ści spra­wi­ło mi dużą przy­jem­ność. Ma­jąc tak cie­ka­wy ma­te­riał, je­dy­ny pro­blem to de­cy­zja, co wy­brać, a co po­mi­nąć. Prze­ma­wia­ją­cy sy­pa­li bo­wiem non stop zda­nia­mi, go­to­wy­mi do cy­to­wa­nia. A czas re­la­cji, jak wia­do­mo, jest ogra­ni­czo­ny.

W ogro­dzie Mi­chel­le Oba­my

Moja pierw­sza wi­zy­ta w Bia­łym Domu na­stą­pi­ła po kil­ku mie­sią­cach od przy­lo­tu do USA. Cen­trum Pra­sy Za­gra­nicz­nej (Wa­shing­ton Fo­re­ign Press Cen­ter) po­in­for­mo­wa­ło o moż­li­wo­ści wej­ścia do ogro­du wa­rzyw­ne­go pierw­szej damy – Mi­chel­le Oba­my – i przy­go­to­wa­nia ma­te­ria­łu na te­mat pro­gra­mu Let’s Move. Na po­cząt­ku 2010 roku pani pre­zy­den­to­wa ogło­si­ła, że głów­ny cel, na któ­rym sku­pi się jako pierw­sza dama USA, to wal­ka z dzie­cię­cą oty­ło­ścią oraz pod­no­sze­nie świa­do­mo­ści Ame­ry­ka­nów na te­mat od­po­wied­nich na­wy­ków ży­wie­nio­wych. Kam­pa­nia pod ha­słem Let’s Move zo­sta­ła ogło­szo­na w lu­tym 2010 roku. Jed­nym z jej ele­men­tów było utwo­rze­nie, na spo­rym frag­men­cie traw­ni­ka przy Bia­łym Domu, wa­rzyw­ne­go ogro­du. Miał on speł­niać dwie role: edu­ka­cyj­ną i pro­mo­cyj­ną. Kie­dy na­stał czas wko­pa­nia w zie­mię pierw­szych sa­dzo­nek, Mi­chel­le Oba­ma za­pro­si­ła do Bia­łe­go Domu dzie­ci z lo­kal­nych szkół pod­sta­wo­wych, za­ka­sa­ła rę­ka­wy i wspól­nie z ucznia­mi umiesz­cza­ła ro­śli­ny w gle­bie. Przez całą wio­snę ogród od­wie­dza­ły ko­lej­ne gru­py szkol­ne, któ­re w tych nie­co­dzien­nych oko­licz­no­ściach do­wia­dy­wa­ły się jak waż­ny jest spo­sób od­ży­wia­nia. Mi­chel­le Oba­ma za­chę­ca­ła dzie­ci, by na­ma­wia­ły ro­dzi­ców do aran­żo­wa­nia wła­snych ogro­dów, o to samo ape­lo­wa­ła tak­że do na­uczy­cie­li i szkół. Bia­ły Dom roz­sy­łał me­diom zdję­cia ko­lej­nych sa­łat, psa Bo ha­sa­ją­ce­go u boku swo­jej pani po ścież­kach w ogród­ku oraz in­for­ma­cje o tym, któ­re z wy­ho­do­wa­nych wa­rzyw po­da­no przy oka­zji Sta­te Din­ner na cześć ko­lej­ne­go dy­gni­ta­rza przy­by­łe­go do Wa­szyng­to­nu. W tam­tym okre­sie po­ja­wi­ło się w ame­ry­kań­skich me­diach mnó­stwo zdjęć pre­mie­rów, pre­zy­den­tów i in­nych waż­nych oso­bi­sto­ści, prze­cha­dza­ją­cych się po wa­rzyw­nym ogród­ku w to­wa­rzy­stwie Ba­rac­ka i Mi­chel­le Oba­mów.

Za pierw­szym ra­zem, wej­ście na te­ren Bia­łe­go Domu było dla mnie dość stre­su­ją­ce. Nie wie­dzia­łam cze­go się spo­dzie­wać, jak wy­glą­da kon­tro­la i cała pro­ce­du­ra. Na szczę­ście moje na­zwi­sko znaj­do­wa­ło się na li­ście Se­cret Se­rvi­ce, do­ku­ment toż­sa­mo­ści nie bu­dził żad­nych za­strze­żeń, le­gi­ty­ma­cja Wa­shing­ton Fo­re­ign Press Cen­ter rów­nież. Po przej­ściu kon­tro­li (po­dob­nej jak na lot­ni­sku), dzien­ni­ka­rze zo­sta­li wpro­wa­dze­ni do Bia­łe­go Domu. Była to gru­pa wy­łącz­nie za­gra­nicz­nych ko­re­spon­den­tów, po­nie­waż za­ło­że­nie było ta­kie, by o pro­gra­mie Let’s Move opo­wie­dzieć me­diom spo­za USA, by te z ko­lei wy­sła­ły re­la­cje o kam­pa­nii Mi­chel­le Oba­my do swo­ich re­dak­cji i by zro­bi­ło się o tym gło­śno rów­nież poza Ame­ry­ką.

By­łam tro­chę roz­cza­ro­wa­na, po­nie­waż po wpro­wa­dze­niu nas do jed­ne­go z po­koi na par­te­rze Bia­łe­go Domu, po­wie­dzia­no nam, że Mi­chel­le Oba­ma nie bę­dzie uczest­ni­czyć w spo­tka­niu. Tak więc przy oka­zji mo­jej pierw­szej wi­zy­ty w Bia­łym Domu nie wi­dzia­łam ani pre­zy­den­ta, ani pierw­szej damy. Ale spo­ty­ka­łam pierw­sze pary USA po­tem, uczest­ni­cząc w in­nych uro­czy­sto­ściach, choć­by wów­czas, gdy od­sła­nia­no por­tre­ty Lau­ry i Geo­r­ge W. Bu­shów lub, kil­ka lat póź­niej, kie­dy z dzieć­mi i astro­nau­ta­mi NASA, Mi­chel­le Oba­ma sa­dzi­ła ro­śli­ny w ogro­dzie Bia­łe­go Domu. Na­sio­na ka­pu­sty pe­kiń­skiej i czer­wo­nej sa­ła­ty zo­sta­ły przy­go­to­wa­ne w la­bo­ra­to­rium Ken­ne­dy Spa­ce Cen­ter na Flo­ry­dzie i do­tar­ły do Bia­łe­go Domu mie­siąc wcze­śniej. To była lek­cja, pod­czas któ­rej uświa­da­mia­no uczniom, że astro­nau­ci, któ­rzy w przy­szło­ści po­le­cą na Mar­sa, będą mo­gli sami wy­ho­do­wać so­bie wa­rzy­wa w ko­smo­sie.

Przy­znam szcze­rze, że gdy w tam­ten paź­dzier­ni­ko­wy po­ra­nek 2010 roku, po raz pierw­szy we­szłam do Bia­łe­go Domu, nie sku­pia­łam ca­łej uwa­gi na tym, co mó­wi­ła sze­fo­wa pro­gra­mu Let’s Move. By­łam zbyt oszo­ło­mio­na i pod­eks­cy­to­wa­na fak­tem, że sto­ję so­bie w Bia­łym Domu. Roz­glą­da­łam się po po­ko­ju, a sprzęt do na­gry­wa­nia re­je­stro­wał pil­nie to, co dzia­ło się w sali. Kie­dy skoń­czy­ła się pre­lek­cja i za­pro­wa­dzo­no nas do ogro­du, mia­łam oka­zję po­znać czło­wie­ka, któ­ry mnie za­in­try­go­wał. Był nim Sam Kass. Z jed­nej stro­ny ów­cze­sny do­rad­ca Mi­chel­le Oba­my do spraw pro­gra­mu Let’s Move, z dru­giej, szef kuch­ni przy­go­to­wu­ją­cy po­sił­ki dla pre­zy­denc­kiej ro­dzi­ny. Sam Kass był mło­dy (miał wów­czas trzy­dzie­ści lat), przy­stoj­ny, elo­kwent­ny i try­ska­ją­cy ener­gią.

– To jest pierw­sza dy­nia w hi­sto­rii Bia­łe­go Domu – oświad­czył, po­ka­zu­jąc nam do­rod­ny, po­ma­rań­czo­wy owoc – Je­ste­śmy dum­ni, że tak pięk­nie wy­ro­sła – mó­wił.

Sam Kass był asem w rę­ka­wie Mi­chel­le Oba­my. Do­brze wy­pa­dał w me­diach i zna­ko­mi­cie się pre­zen­to­wał. Mó­wił cie­ka­wie, swo­bod­nie, z pa­sją, prze­my­ca­jąc aneg­do­ty i cie­ka­wost­ki o ku­li­nar­nych upodo­ba­niach pre­zy­den­ta USA i jego ro­dzi­ny. Był czę­sto za­pra­sza­ny przez ame­ry­kań­skie te­le­wi­zje, wy­stę­po­wał rów­nież w kli­pach wi­deo pro­mu­ją­cych pro­gram Let’s Move, pro­du­ko­wa­nych na zle­ce­nie Bia­łe­go Domu. Wte­dy, pod­czas wy­ciecz­ki po ogro­dzie, do­wie­dzia­łam się rów­nież, że na te­re­nie Bia­łe­go Domu znaj­du­je się psz­cze­li ul. 

Kie­dy Mi­chel­le Oba­ma po­sta­no­wi­ła za­ło­żyć ogród wa­rzyw­ny przy Bia­łym Domu, pre­zy­dent był za­chwy­co­ny i bar­dzo swo­jej żo­nie ki­bi­co­wał. Ale gdy po­wie­dzia­ła mu, że w pla­nach ma tak­że ul, jego en­tu­zjazm osłabł. Dla­cze­go? Była pierw­sza dama wspo­mi­na o tym w swo­jej książ­ce z 2012 roku, pt. Ame­ri­can Grown. Ba­rack Oba­ma mar­twił się i o dzie­ci i o psa. Za­sta­na­wia­no się też czy psz­czo­ły w po­bli­żu ogro­du wa­rzyw­ne­go nie będą za­gro­że­niem dla lą­du­ją­ce­go kil­ka­set me­trów da­lej he­li­kop­te­ra. Kie­dy wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce bez­pie­czeń­stwa zo­sta­ły roz­wia­ne, po­ja­wi­ło się ko­lej­ne py­ta­nie: kto miał­by za­jąć się psz­czo­ła­mi?

Pod­czas tam­te­go spo­tka­nia w ogro­dzie w 2010 roku, Sam Kass zdra­dził nam, że pro­blem roz­wią­zał się sam. Psz­cze­la­rzem zo­stał bo­wiem sto­larz pra­cu­ją­cy w Bia­łym Domu od dwu­dzie­stu sied­miu lat.

– Kie­dy się tu zja­wi­li­śmy, usły­sze­li­śmy, że Char­lie Brandts ho­du­je psz­czo­ły w po­bli­żu wła­sne­go domu w Vir­gi­nii. Po­pro­si­li­śmy go, by zro­bił nam ul. Ul jest na ste­la­żu, nie ma więc ry­zy­ka dla psa czy dzie­ci. – za­pew­niał Sam Kass. – Jest przy­mo­co­wa­ny, po­nie­waż Ma­ri­ne One, czy­li pre­zy­denc­ki he­li­kop­ter, lą­du­je w po­bli­żu, więc mu­si­my mieć pew­ność, że ul nam się nie roz­le­ci.

Ul stoi do dziś na po­łu­dnio­wym traw­ni­ku Bia­łe­go Domu (So­uth Lawn) i wi­dać go, po­dob­nie jak ogród wa­rzyw­ny, przez me­ta­lo­we ogro­dze­nie. Cza­sem moż­na zo­ba­czyć też psz­cze­la­rza. W ulu żyje oko­ło sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy psz­czół. W okre­sie, gdy pre­zy­den­tem był Ba­rack Oba­ma, miód wy­ko­rzy­sty­wa­no w kuch­ni Bia­łe­go Domu. Część tra­fia­ła do or­ga­ni­za­cji za­pew­nia­ją­cej żyw­ność bez­dom­nym miesz­kań­com Wa­szyng­to­nu, część do ma­łych sło­icz­ków, wrę­cza­nych jako su­we­ni­ry dy­gni­ta­rzom od­wie­dza­ją­cym Bia­ły Dom, a część do pro­duk­cji piwa. Za czasów prezydenta Obamy warzono bowiem piwo, z czego zrobiła się sprawa polityczna.

Latem 2012 roku, kiedy Barack Obama był w trakcie kampanii wyborczej, ubiegając się o reelekcję, przyznał w jednym z wywiadów, iż Biały Dom ma własny, niewielki browar, w którym warzy się piwo. Te­mat zo­stał szyb­ko pod­chwy­co­ny i w in­ter­ne­cie, na ofi­cjal­nej stro­nie Bia­łe­go Domu, po­wsta­ła pe­ty­cja, w któ­rej do­ma­ga­no się, by Bia­ły Dom udo­stęp­nił re­cep­tu­rę. Po­dą­ża­jąc śla­da­mi wiel­kich lu­dzi, ta­kich jak Geo­r­ge Wa­shing­ton, Tho­mas Jef­fer­son i Ben­ja­min Fran­klin, Ba­rack Oba­ma rów­nież cie­szy się z na­gro­dy jaką jest wa­rzo­ne w domu piwo – na­pi­sa­no. Zgod­nie z tra­dy­cją oj­ców za­ło­ży­cie­li, wa­rzą­cy piwo w ca­łej Ame­ry­ce wzy­wa­ją ad­mi­ni­stra­cję Bia­łe­go Domu do ujaw­nie­nia re­cep­tu­ry, tak aby wszy­scy mo­gli z niej ko­rzy­stać1 – ar­gu­men­to­wa­no w pe­ty­cji. Ów­cze­sny rzecz­nik Bia­łe­go Domu, po­pro­szo­ny na co­dzien­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej o ko­men­tarz, oświad­czył, że je­śli zgod­nie z wy­mo­giem, pod pe­ty­cją pod­pi­sze się co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy osób, re­cep­tu­ra zo­sta­nie po­da­na. Kil­ka­na­ście dni póź­niej, na stro­nie in­ter­ne­to­wej Bia­łe­go Domu, po­ja­wi­ły się dwa prze­pi­sy, na piwo ja­sne i ciem­ne, po­nie­waż pod­pis zło­ży­ło wy­star­cza­ją­co dużo Ame­ry­ka­nów. O ile nam wia­do­mo, to Whi­te Ho­use Ho­ney Brown Ale jest pierw­szym al­ko­ho­lem wy­twa­rza­nym na te­re­nie Bia­łe­go Domu. Geo­r­ge Wa­shing­ton wa­rzył piwo i pę­dził whi­sky w Mo­unt Ver­non, zaś Tho­mas Jef­fer­son pro­du­ko­wał wina. Ale nie ma do­wo­du na to, by ja­kie­kol­wiek piwo było wa­rzo­ne w Bia­łym Domu (acz­kol­wiek wie­my, że było coś do pi­cia w cza­sie pro­hi­bi­cji)2 – na­pi­sał na stro­nie Bia­łe­go Domu Sam Kass, ten sam, któ­re­go mia­łam oka­zję po­znać dwa lata wcze­śniej, przy oka­zji pre­zen­ta­cji ogro­du wa­rzyw­ne­go Mi­chel­le Oba­my.

Tu dzie­je się ma­gia: tra­dy­cja ise­zon świą­tecz­ny wBia­łym Domu

Bia­ły Dom jest dumą Ame­ry­ka­nów i każ­de­go roku re­zy­den­cję od­wie­dza kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy osób. Nie ma chy­ba na świe­cie dru­gie­go ta­kie­go bu­dyn­ku, któ­ry jed­no­cze­śnie był­by sie­dzi­bą urzę­du­ją­ce­go pre­zy­den­ta, jego do­mem miesz­kal­nym oraz mu­zeum. Od po­nie­dział­ku do so­bo­ty przed po­łu­dniem, przez dol­ne par­tie re­zy­den­cji prze­wi­ja się masa lu­dzi, któ­rzy przy­by­wa­ją do Wa­szyng­to­nu z ca­łej Ame­ry­ki, by zwie­dzić Bia­ły Dom. Wy­ciecz­ki są bez­płat­ne, trze­ba jed­nak wcze­śniej po­sta­rać się o wej­ściów­kę. Ame­ry­ka­nie mu­szą zwra­cać się z proś­bą o po­moc do biur sta­no­wych se­na­to­rów lub kon­gres­me­nów, ob­co­kra­jow­cy zaś do am­ba­sad swo­ich kra­jów.

To jak dziś wy­glą­da Bia­ły Dom, jest w du­żej mie­rze za­słu­gą Ja­cqu­eli­ne Ken­ne­dy, żony 35. pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Kie­dy po za­przy­się­że­niu w 1961 roku John Ken­ne­dy wpro­wa­dził się z ro­dzi­ną do re­zy­den­cji, nowa pierw­sza dama była roz­cza­ro­wa­na wy­stro­jem wnętrz i sta­nem bu­dyn­ku. Bia­ły Dom był urzą­dzo­ny w złym gu­ście, a hi­sto­rycz­ne me­ble i dzie­ła sztu­ki sta­ły w piw­ni­cy po­kry­te ku­rzem. Jac­kie Ken­ne­dy wy­zna­czy­ła więc so­bie cel: re­zy­den­cja przy Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue w Wa­szyng­to­nie ma być dumą Ame­ry­ka­nów. Pre­zy­dent był prze­ciw­ny zmia­nom. Bał się re­ak­cji opi­nii pu­blicz­nej. W książ­ce Jac­kie O.: On the Co­uch Alma H. Bond na­pi­sa­ła: John Ken­ne­dy ma nie­mal wy­lew, gdy do­wia­du­je się, że za ta­pe­tę do po­ko­ju dy­plo­ma­tycz­ne­go (Di­plo­ma­tic Re­cep­tion Room) za­pła­co­no dwa­na­ście i pół ty­sią­ca do­la­rów3. Pre­zy­dent miał wściec się jesz­cze bar­dziej, kie­dy do pra­sy prze­do­sta­ła się in­for­ma­cja, że dzie­więt­na­sto­wiecz­na ta­pe­ta, przed­sta­wia­ją­ca ame­ry­kań­skie sce­ny i kra­jo­bra­zy, zo­sta­ła prze­nie­sio­na do Bia­łe­go Domu z hi­sto­rycz­ne­go bu­dyn­ku w Ma­ry­land. Me­dia uwa­ża­ły, że moż­na było za­mó­wić nową, iden­tycz­ną ta­pe­tę, za znacz­nie niż­szą cenę. Od­kle­je­nie tej za­byt­ko­wej, z wy­ko­rzy­sta­niem spe­cjal­nych tech­nik, było bo­wiem pro­ce­sem cza­so­chłon­nym i kosz­tow­nym.

– To jest ta­pe­ta, któ­rą zro­bio­no we Fran­cji oko­ło 1834 roku. Przed­sta­wia ame­ry­kań­skie sce­ny. Mamy tu wo­do­spad Nia­ga­ra, port w No­wym Jor­ku, In­dian oraz aka­de­mię woj­sko­wą West Po­int – ob­ja­śnia w ar­chi­wal­nym fil­mie Jac­kie Ken­ne­dy4. Na­gra­nie po­cho­dzi z lat sześć­dzie­sią­tych. Film zo­stał wy­emi­to­wa­ny w ame­ry­kań­skiej te­le­wi­zji CBS 14 lu­te­go 1962 roku. Ja­cqu­eli­ne Ken­ne­dy opro­wa­dza w nim dzien­ni­ka­rza sta­cji po Bia­łym Domu, opo­wia­da­jąc o efek­tach, kosz­tu­ją­cej po­nad dwa mi­lio­ny do­la­rów, re­no­wa­cji. Pierw­sza dama przez rok, wspól­nie z eks­per­ta­mi od dzieł sztu­ki, wy­szu­ki­wa­ła w ca­łych Sta­nach me­bli i ozdób god­nych Bia­łe­go Domu. W dniu emi­sji fil­mu, przed te­le­wi­zo­ra­mi za­sia­dło sześć­dzie­siąt czte­ry mi­lio­ny Ame­ry­ka­nów. Ja­cqu­eli­ne Ken­ne­dy za­ska­ki­wa­ła wie­dzą na te­mat każ­de­go an­ty­ku czy ob­ra­zu. Za wy­stęp w fil­mie otrzy­ma­ła na­gro­dę Emmy, od­po­wied­nik fil­mo­we­go Osca­ra, przy­zna­wa­ną za pro­duk­cje te­le­wi­zyj­ne.

Po suk­ce­sie tego pro­gra­mu, pre­zy­den­to­wi Ken­ne­dy’emu mi­nę­ła złość na wy­so­ki koszt za­ku­pu ta­pe­ty po­cho­dzą­cej z hi­sto­rycz­ne­go domu. Prze­stał tak­że wy­po­mi­nać ży­ran­do­le za dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy do­la­rów czy osiem­na­sto­wiecz­ny dy­wan za trzy­dzie­ści pięć ty­się­cy.

Dzię­ki żo­nie za­strze­lo­ne­go w Dal­las pre­zy­den­ta, Bia­ły Dom to dziś wi­zy­tów­ka Ame­ry­ki, o któ­rą trosz­czy się po­wo­ła­na w 1961 roku or­ga­ni­za­cja Whi­te Ho­use Hi­sto­ri­cal As­so­cia­tion. Sto­wa­rzy­sze­niu, za­ło­żo­ne­mu przez Ja­cqu­eli­ne Ken­ne­dy, przy­świe­ca­ją dwa cele. Pierw­szy to edu­ko­wa­nie i in­for­mo­wa­nie opi­nii pu­blicz­nej na te­mat hi­sto­rii Bia­łe­go Domu, dru­gi to zbie­ra­nie fun­du­szy na re­no­wa­cję i utrzy­ma­nie hi­sto­rycz­nych po­miesz­czeń, ozdób oraz dzieł sztu­ki.

Jed­ną z rze­czy, któ­ra od po­cząt­ku bar­dzo mi się po­do­ba w USA, jest przy­wią­za­nie do pew­nych tra­dy­cji, któ­rym wier­ni po­zo­sta­ją wszy­scy lo­ka­to­rzy Bia­łe­go Domu, nie­za­leż­nie od po­glą­dów po­li­tycz­nych i wła­snych upodo­bań. Za­raz po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia w Bia­łym Domu roz­po­czy­na się de­ko­ro­wa­nie re­zy­den­cji przed zbli­ża­ją­cym się Bo­żym Na­ro­dze­niem. Ozda­bia­niem po­koi, wie­sza­niem ozdób na cho­in­kach, usta­wia­niem stro­ików i świą­tecz­nych de­ko­ra­cji zaj­mu­ją się wo­lon­ta­riu­sze. Lu­dzie ci nie do­sta­ją za to wy­na­gro­dze­nia. Pra­cu­ją za dar­mo, po kil­ka, a na­wet kil­ka­na­ście go­dzin dzien­nie, na wła­sny koszt przy­by­wa­jąc do Wa­szyng­to­nu z in­nych sta­nów. Na po­cząt­ku sierp­nia, na stro­nach Bia­łe­go Domu, po­ja­wia się za­wsze for­mu­larz do wy­peł­nie­nia, za po­mo­cą któ­re­go moż­na zgło­sić chęć de­ko­ro­wa­nia re­zy­den­cji.

Krót­ko po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, do Blue Room, czy­li błę­kit­ne­go po­ko­ju w Bia­łym Domu, przy­wo­żo­ny jest naj­więk­szy świerk. Cho­in­ka ta na­zy­wa­na jest ofi­cjal­nym drzew­kiem świą­tecz­nym Bia­łe­go Domu. Zgod­nie z tra­dy­cją, świerk trans­por­to­wa­ny jest do wej­ścia re­zy­den­cji przez kon­ny za­przęg. Po chwi­li zja­wia się pierw­sza dama, któ­ra ofi­cjal­nie przyj­mu­je cho­in­kę. Nie jest to pierw­sza lep­sza cho­in­ka. Drze­wo po­cho­dzi od ho­dow­cy, któ­ry zwy­cię­ży w ogól­no­kra­jo­wym kon­kur­sie prze­pro­wa­dza­nym przez Na­tio­nal Chri­st­mas Tree As­so­cia­tion. Pro­ces wy­bo­ru cho­in­ki, któ­ra ma sta­nąć w Blue Room, roz­po­czy­na się wie­le mie­się­cy wcze­śniej, a ho­dow­ca, któ­ry wy­gry­wa ry­wa­li­za­cję, musi naj­pierw zdo­być pierw­sze miej­sce w re­gio­nal­nym współ­za­wod­nic­twie. Ho­dow­ca z całą ro­dzi­ną uczest­ni­czy oczy­wi­ście w uro­czy­sto­ści prze­ka­za­nia świer­ku, któ­ra od­by­wa się z udzia­łem ka­mer i fo­to­gra­fów. Na­stęp­nie pierw­sza dama za­pra­sza zwy­cięz­cę do wnę­trza Bia­łe­go Domu. Gdy tyl­ko wo­lon­ta­riu­sze skoń­czą de­ko­ro­wa­nie po­koi, roz­po­czy­na się se­zon świą­tecz­nych przy­jęć. Nie by­łam ni­g­dy na ta­kim przy­ję­ciu, ale mia­łam oka­zję być w Bia­łym Domu w se­zo­nie świą­tecz­nym i zo­ba­czyć de­ko­ra­cje usta­wio­ne w pu­blicz­nych po­ko­jach. Po­zna­łam rów­nież Po­lkę, miesz­ka­ją­cą w USA, któ­ra od lat ob­ser­wu­je przy­ję­cia od środ­ka, po­nie­waż jest w ze­spo­le od­po­wie­dzial­nym za ser­wo­wa­nie dań i dba­nie o to, żeby ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło na sto­łach. Jak to w ży­ciu bywa, przy­pa­dek spra­wił, że do­wie­dzia­łam się, iż w Wa­szyng­to­nie jest taka oso­ba, Po­lka z po­cho­dze­nia. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że na­le­ży po­pro­sić ją o wy­wiad do ra­dia. Do­mi­ni­ka Do­mań­ska zgo­dzi­ła się. Na spo­tka­nie przy­nio­sła mi pa­pie­ro­wą ser­wet­kę z wy­dru­ko­wa­ną pie­czę­cią Bia­łe­go Domu. By­łam tym nie­co za­sko­czo­na, w koń­cu to zwy­kła jed­no­ra­zo­wa ser­wet­ka. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że każ­dy kto przy­cho­dzi do re­zy­den­cji pre­zy­den­ta USA, chce mieć z tej wi­zy­ty ja­ką­kol­wiek pa­miąt­kę. Ser­wet­kę mam do dziś, mimo iż od na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia z Do­mi­ni­ką mi­nę­ło kil­ka lat.

Wą­tek su­we­ni­rów z Bia­łe­go Domu wró­cił do mnie, gdy czy­ta­łam wspo­mnie­nia Nan­cy Re­agan, pt. My Turn: The Me­mo­ries of Nan­cy Re­agan. Była pierw­sza dama po­świę­ci­ła spo­ry frag­ment swo­jej książ­ki te­ma­to­wi, któ­ry do­ty­czył za­ku­pu no­wej por­ce­la­ny do Bia­łe­go Domu. De­cy­zja o za­ku­pie spra­wi­ła bo­wiem, iż ów­cze­sna pra­sa nie zo­sta­wi­ła na żo­nie pre­zy­den­ta Re­aga­na su­chej nit­ki.

Nan­cy Re­agan peł­ni­ła rolę pierw­szej damy Sta­nów Zjed­no­czo­nych w la­tach 1981–89. Nie była ulu­bie­ni­cą me­diów. Kry­ty­ko­wa­no ją za stro­je, za­mi­ło­wa­nie do luk­su­su, ko­rzy­sta­nie z po­rad astro­lo­ga, za zbyt duży wpływ na męża oraz wy­dat­ki. – Lu­dzie chcą żeby Bia­ły Dom wy­glą­dał wspa­nia­le, ale nie chcą by wią­za­ło się to z ja­ki­mi­kol­wiek kosz­ta­mi – na­pi­sa­ła, roz­po­czy­na­jąc opo­wieść o re­no­wa­cji Bia­łe­go Domu i zwią­za­nych z tym przed­się­wzię­ciem za­ku­pach5. Pod­czas pierw­szej pań­stwo­wej ko­la­cji (Sta­te Din­ner), któ­rą Ro­nald Re­agan wy­dał na cześć ów­cze­snej bry­tyj­skiej pre­mier Mar­ga­ret That­cher, pra­sa do­nio­sła, że na sto­łach po­ja­wi­ły się ta­le­rze z róż­nych kom­ple­tów. Była to mię­dzy in­ny­mi por­ce­la­na po­cho­dzą­ca jesz­cze z cza­sów pre­zy­den­tów Tru­ma­na i Ro­ose­vel­ta. Nan­cy Re­agan na­pi­sa­ła, że nie uży­ła tych ze­sta­wów dla­te­go, by upa­mięt­nić wspo­mnia­nych pre­zy­den­tów, ale dla­te­go, że bra­ko­wa­ło po­rząd­ne­go kom­ple­tu na kil­ka­set osób. Por­ce­la­na Bia­łe­go Domu jest de­li­kat­na i kru­cha, a więc bar­dzo ła­two się tłu­cze. Nan­cy Re­agan, bez ogró­dek, na­pi­sa­ła rów­nież, że ele­men­ty za­sta­wy są dla za­pro­szo­nych go­ści do­sko­na­łą pa­miąt­ką i wie­lu z nich po pro­stu krad­nie ta­le­rzy­ki, małe fi­li­żan­ki, to, co da się ła­two scho­wać. W la­tach 30-tych XX wie­ku, Ele­anor Ro­ose­velt ka­za­ła za­mó­wić więk­sze niż zwy­kle ta­le­rze, aby lu­dzie nie mo­gli ich wy­nieść po skoń­czo­nym przy­ję­ciu. Za cza­sów Ken­ne­dych zre­zy­gno­wa­no z płó­cien­nych ser­we­tek, bo te rów­nież zni­ka­ły w eks­pre­so­wym tem­pie. Dla Nan­cy Re­agan nowa por­ce­la­na Bia­łe­go Domu była więc ko­niecz­no­ścią. Za­mó­wio­no ze­staw na dwie­ście dwa­dzie­ścia osób. W su­mie było to po­nad czte­ry ty­sią­ce trzy­sta na­czyń, któ­re kosz­to­wa­ły dwie­ście dzie­więć ty­się­cy do­la­rów. Pra­sa w USA wpa­dła w fu­rię z po­wo­du ta­kie­go wy­dat­ku. Sęk w tym, że za­kup nie zo­stał sfi­nan­so­wa­ny ze środ­ków pu­blicz­nych. Za por­ce­la­nę za­pła­ci­ła jed­na z fun­da­cji. Me­dia jed­nak nie wzię­ły pod uwa­gę wy­da­ne­go przez Bia­ły Dom w tej spra­wie oświad­cze­nia. – Nie ku­pi­łam por­ce­la­ny! Ale dla pra­sy to był sym­bol mo­jej eks­tra­wa­gan­cji – tłu­ma­czy­ła roz­go­ry­czo­na Nan­cy Re­agan. Od tam­te­go cza­su nowe ze­sta­wy por­ce­la­ny za­ma­wia­ne są przez ko­lej­ne ad­mi­ni­stra­cje, a ich za­kup nie bu­dzi już ta­kich emo­cji, zwłasz­cza, że nie jest fi­nan­so­wa­ny ze środ­ków pu­blicz­nych. Ostat­ni za­mó­wio­ny kom­plet po­cho­dzi z 2015 roku. To por­ce­la­na Bia­łe­go Domu z cza­sów pre­zy­den­ta Ba­rac­ka Oba­my. Ko­lor po­ja­wia­ją­cy się na na­czy­niach na­zy­wa się Ka­ilua Blue (od­cień tur­ku­su) i po­cho­dzi od na­zwy hrab­stwa na Ha­wa­jach, gdzie Oba­mo­wie mają w zwy­cza­ju spę­dzać świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

W cza­sie spo­tka­nia z Do­mi­ni­ką Do­mań­ską, któ­ra po­da­ro­wa­ła mi wów­czas bia­łą pa­pie­ro­wą ser­wet­kę z na­dru­kiem pre­zy­denc­kiej pie­czę­ci, do­wie­dzia­łam się kil­ku cie­ka­wych rze­czy o pa­nu­ją­cych w Bia­łym Domu zwy­cza­jach. Moja roz­mów­czy­ni, rzecz ja­sna, nie mo­gła zdra­dzić wszyst­kie­go. Ale spo­tka­nie z nią, a po­tem książ­ka pt. All the Pre­si­dents’ Pa­stries (w wol­nym tłu­ma­cze­niu: wszyst­kie pre­zy­denc­kie wy­pie­ki), na­pi­sa­na przez Ro­lan­da Me­snie­ra, któ­ry przez dwa­dzie­ścia pięć lat pra­co­wał w Bia­łym Domu jako głów­ny cu­kier­nik, dały mi ob­raz tego, jak bar­dzo in­ten­syw­ny jest, w pre­zy­denc­kiej re­zy­den­cji, ho­li­day se­ason (se­zon świą­tecz­ny). Moja roz­mo­wa z Do­mi­ni­ką Do­mań­ską do­ty­czy­ła głów­nie tego okre­su.

Ho­li­day se­ason w Bia­łym Domu trwa po­nad dwa ty­go­dnie. Roz­po­czy­na się na po­cząt­ku grud­nia, za­raz po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, któ­re przy­pa­da w czwar­ty czwar­tek li­sto­pa­da. Dla pierw­szej pary USA to czas ści­ska­nia ty­się­cy rąk i po­zo­wa­nia do zdjęć. Ktoś może za­dać py­ta­nie: po co pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych w okre­sie przed­świą­tecz­nym co­dzien­nie, a cza­sem na­wet dwa razy na dzień, wy­da­je przy­ję­cie? Na pew­no nie dla­te­go, że tak bar­dzo to lubi. To po pro­stu pre­sti­żo­wy spo­sób na po­dzię­ko­wa­nie wszyst­kim, któ­rzy go wspie­ra­ją. To tak­że moż­li­wość po­zy­ska­nia no­wych wpły­wo­wych zwo­len­ni­ków. W koń­cu któż by nie przy­jął za­pro­sze­nia do Bia­łe­go Domu, w cza­sie, gdy re­zy­den­cja jest przy­stro­jo­na ty­sią­ca­mi ozdób, w po­ko­jach sto­ją dzie­siąt­ki świą­tecz­nych cho­inek, a sto­ły ku­szą masą pysz­ne­go je­dze­nia?

– Za każ­dym ra­zem menu jest dość po­dob­ne, ale w związ­ku z tym, że ser­wo­wa­ne da­nia są nie­zwy­kle wy­szu­ka­ne, ni­g­dy się nie nu­dzą – po­wie­dzia­ła Do­mi­ni­ka Do­mań­ska.

W Bia­łym Domu po­da­je się w tym okre­sie za­rów­no po­tra­wy ty­po­we dla Świę­ta Dzięk­czy­nie­nia, czy­li in­dy­ka i szyn­kę z do­dat­kiem ma­łych ziem­niacz­ków i so­sów, jak i da­nia, któ­re w Ame­ry­ce są cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Bo­że­go Na­ro­dze­nia – ja­gnię­ci­nę z ko­ścią jako da­nie głów­ne, po­nad­to owo­ce mo­rza, wę­dzo­ne­go ło­so­sia, sa­łat­ki z se­ra­mi ple­śnio­wy­mi i owo­ca­mi oraz, oczy­wi­ście, cia­sta. Naj­więk­szą fu­ro­rę, we­dług Do­mi­ni­ki Do­mań­skiej, robi tort ko­ko­so­wy.

– Czy na przy­ję­ciach w Bia­łym Domu go­ście pro­szą cza­sem o pu­deł­ka, by za­pa­ko­wać do nich je­dze­nie na wy­nos? – za­py­ta­łam.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych jest czymś na­tu­ral­nym, że je­śli nie skoń­czy się po­sił­ku w re­stau­ra­cji, a ma się ocho­tę do­koń­czyć go w domu, pro­si się o pu­deł­ko. Ob­słu­ga za­zwy­czaj sama je pro­po­nu­je, je­śli wi­dzi, że na ta­le­rzu znaj­du­je się dużo je­dze­nia, a ktoś do­ma­ga się już ra­chun­ku.

– To wiel­kie faux pas – od­po­wie­dzia­ła moja roz­mów­czy­ni – ale tak, zda­rza się, że raz na ja­kiś czas ktoś po­pro­si o pu­deł­ko, mó­wiąc, że chce za­nieść cia­stecz­ko swo­jej cór­ce, cio­ci czy wnucz­ce – do­da­ła.

– Jed­nak nie mo­że­my da­wać je­dze­nia na wy­nos jed­nym oso­bom, a in­nym nie. Bia­ły Dom nie był­by w sta­nie upiec tylu cia­ste­czek, aby każ­dy mógł za­brać tro­chę do domu – skwi­to­wa­ła Do­mi­ni­ka.

Bu­do­wa Bia­łe­go Domu roz­po­czę­ła się w 1792 roku. De­cy­zję o jej roz­po­czę­ciu wy­dał pierw­szy pre­zy­dent USA, Geo­r­ge Wa­shing­ton. Osiem lat póź­niej pre­zy­dent John Adams wraz z żoną Abi­ga­il wpro­wa­dzi­li się do nie­ukoń­czo­nej jesz­cze re­zy­den­cji. Wów­czas sie­dzi­by pre­zy­den­ta jesz­cze nie na­zy­wa­no Bia­łym Do­mem. Ta­kie mia­no zy­ska­ła do­pie­ro w 1901 roku. Za­wdzię­cza ją pre­zy­den­to­wi Ro­ose­vel­to­wi. Bu­dy­nek nie wy­glą­dał wte­dy tak, jak obec­nie. Nie było słyn­nych West oraz East Wings czy­li skrzy­deł za­chod­nie­go i wschod­nie­go. W skrzy­dle za­chod­nim mie­ści się słyn­ny Ga­bi­net Owal­ny, w któ­rym urzę­du­je pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, na­to­miast wschod­nie za­re­zer­wo­wa­ne jest dla pierw­szej damy oraz jej per­so­ne­lu.

We­dług ofi­cjal­nych da­nych w Bia­łym Domu znaj­du­ją się sto trzy­dzie­ści dwa po­ko­je oraz trzy­dzie­ści pięć ła­zie­nek. Kie­dy spo­glą­da się na re­zy­den­cję z uli­cy, wy­da­je się nie­moż­li­we, by bu­dy­nek po­mie­ścił tak dużo po­koi. Na­le­ży jed­nak pa­mię­tać, że sto trzy­dzie­ści dwa to licz­ba po­miesz­czeń, rów­nież tych usy­tu­owa­nych we wschod­nim i za­chod­nim skrzy­dle, a Bia­ły Dom ma w su­mie sześć po­zio­mów. Pre­zy­dent z ro­dzi­ną miesz­ka na dru­gim pię­trze, w czę­ści ofi­cjal­nie na­zy­wa­nej re­zy­den­cją. Lu­dzie, któ­rzy zna­ją Bia­ły Dom z te­le­wi­zji lub in­ter­ne­tu, ko­ja­rzą naj­czę­ściej dwa po­miesz­cze­nia: East Room (po­kój wschod­ni), w któ­rym od­by­wa­ją się ofi­cjal­ne uro­czy­sto­ści, a tak­że Oval Of­fi­ce (Ga­bi­net Owal­ny), bę­dą­cy biu­rem pre­zy­den­ta USA. Ga­bi­net Owal­ny, do któ­re­go za­pra­sza­ni są dy­gni­ta­rze i dy­plo­ma­ci, robi na wie­lu oso­bach tak wiel­kie wra­że­nie, że nie­któ­rzy do­sta­ją w nim tak zwa­ne­go syn­dro­mu Bra­da Pit­ta. Opi­sa­ła go w książ­ce The Oba­mas Jodi Kan­tor, pu­bli­cyst­ka New York Ti­me­sa.

Lu­dzie do­tknię­ci tym syn­dro­mem – tak jak zda­rzy­ło się to słyn­ne­mu hol­ly­wo­odz­kie­mu ak­to­ro­wi – nie są w sta­nie, w Ga­bi­ne­cie Owal­nym, wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Kie­dy w koń­cu od­wa­żą się coś po­wie­dzieć, zbi­ja ich z tro­pu dźwięk wła­sne­go gło­su, któ­ry z po­wo­du za­okrą­glo­nych ścian, brzmi nie­co ina­czej. Tak wła­śnie sta­ło się z Bra­dem Pit­tem, któ­ry zo­stał za­pro­szo­ny do Bia­łe­go Domu na roz­mo­wę z Ba­rac­kiem Oba­mą. Ak­tor, we­dług dzien­ni­kar­ki, wy­glą­dał na tak przy­tło­czo­ne­go spo­tka­niem z gło­wą pań­stwa, że pra­wie w ogó­le się nie od­zy­wał. Nie­któ­rzy lu­dzie, jak Pitt, re­agu­ją mil­cze­niem, nie­któ­rzy za­czy­na­ją pa­plać, a jesz­cze inni pła­kać, szcze­gól­nie star­si Afro­ame­ry­ka­nie są tak po­ru­sze­ni, gdy wi­dzą Oba­mę w ga­bi­ne­cie6 – pi­sze Jodi Kan­tor.

By­wa­łam na róż­nych uro­czy­sto­ściach w Bia­łym Domu, ale w Ga­bi­ne­cie Owal­nym nie by­łam ni­g­dy. Był za to w nim mój mąż, Pa­weł, przy oka­zji spo­tkań pol­skich pre­zy­den­tów z pre­zy­den­ta­mi Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pod­czas jed­nej z wi­zyt, Paw­ło­wi przy­da­rzy­ło się w Ga­bi­ne­cie Owal­nym coś, co za­pa­mię­ta do koń­ca ży­cia.

Sel­fie w Ga­bi­ne­cie Owal­nym

Był ma­rzec 2015 roku, a ja sta­łem w Ga­bi­ne­cie Owal­nym i przy­słu­chi­wa­łem się roz­mo­wie Ba­rac­ka Oba­my z Do­nal­dem Tu­skiem, któ­ry przy­je­chał do Wa­szyng­to­nu jako prze­wod­ni­czą­cy Rady Eu­ro­pej­skiej.

– To wiel­ka przy­jem­ność wi­tać Do­nal­da Ta­ska w no­wej roli. Mam fan­ta­stycz­ne do­świad­cze­nia ze współ­pra­cy z nim, gdy był pre­mie­rem Pol­ski – za­czął Ba­rack Oba­ma, kon­se­kwent­nie po­wta­rza­jąc Task, za­miast Tusk. Sło­wo task za każ­dym ra­zem wy­wo­ły­wa­ło uśmiech na twa­rzach dzien­ni­ka­rzy z Pol­ski i de­le­ga­cji z Unii Eu­ro­pej­skiej, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła wi­zy­cie.

Sto­jąc nie­speł­na metr od Oba­my, znaj­do­wa­łem się w ka­drze kil­ku­na­stu ka­mer i mu­sia­łem kon­tro­lo­wać wy­raz mo­jej twa­rzy.

Czy w po­dob­nych sy­tu­acjach ko­re­spon­den­ci mają pro­blem z za­cho­wa­niem po­wa­gi? Oczy­wi­ście, ale nie mo­że­my prze­cież par­skać śmie­chem, choć cza­sem jest trud­no, zwa­żyw­szy na gafy, ja­kie po­tra­fią po­peł­niać po­li­ty­cy.

Wte­dy, w Ga­bi­ne­cie Owal­nym, mój wzrok skrzy­żo­wał się ze wzro­kiem przed­sta­wi­cie­la pol­skiej am­ba­sa­dy, któ­ry rów­nież uczest­ni­czył w spo­tka­niu. Czło­wiek ten uśmiech­nął się. Do­brze wie­dział, że w któ­rejś z re­la­cji na pew­no wspo­mnę, a ści­ślej mó­wiąc wy­po­mnę pre­zy­den­to­wi Oba­mie spo­sób wy­mo­wy na­zwi­ska prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Eu­ro­pej­skiej. Tusk z Oba­mą wy­mie­nia­li tym­cza­sem uprzej­mo­ści, za­pew­nia­jąc o sil­nym so­ju­szu mię­dzy Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi a Unią. To był tro­chę taki po­li­tycz­ny sło­wo­tok, bez więk­sze­go zna­cze­nia dla prze­cięt­ne­go zja­da­cza chle­ba, nie­za­leż­nie od tego, czy miesz­kał na Sta­rym Kon­ty­nen­cie, czy gdzieś w Ida­ho, sły­ną­cym z upra­wy ziem­nia­ków. Nie ukry­wam, że bar­dziej krę­ci­ło mnie to, iż je­stem po raz ko­lej­ny w Ga­bi­ne­cie Owal­nym niż to, że znów sto­ję metr od Oba­my.

Ga­bi­net Owal­ny – słyn­ny, okrą­gły po­kój, w któ­rym pra­cu­ją ame­ry­kań­scy pre­zy­den­ci, za­wsze robi na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Nie dla­te­go, że wy­glą­da ja­koś wy­jąt­ko­wo, gdyż nie ma w nim nic spe­cjal­ne­go. Znaj­du­ją się w nim pre­zy­denc­kie biur­ko, dwa krze­sła, sto­lik i dwie ka­na­py. Za cza­sów Ba­rac­ka Oba­my na sto­li­ku sta­ła za­wsze misa z jabł­ka­mi, ko­niecz­nie od­mia­ny gala. Były to ulu­bio­ne jabł­ka 44. pre­zy­den­ta USA. Per­so­nel o tym wie­dział i dbał, żeby ich nie za­bra­kło.

Każ­dy pre­zy­dent urzą­dza so­bie Ga­bi­net Owal­ny tak, jak mu się po­do­ba. Sta­ły ele­ment, to po­cho­dzą­ce z XIX wie­ku i wa­żą­ce sto sześć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów biur­ko (Re­so­lu­te Desk), pre­zent od bry­tyj­skiej kró­lo­wej Wik­to­rii dla pre­zy­den­ta Ru­ther­for­da B. Ha­ve­sa. Zmie­nia­ją się krze­sła, dy­wa­ny, ka­na­py, ko­lo­ry ścian i za­słon, a tak­że ob­ra­zy na ścia­nach, któ­re czę­sto wy­po­ży­cza­ne są z mu­ze­ów.

Ga­bi­net Owal­ny robi na mnie wra­że­nie nie z po­wo­du me­bli czy za­słon, ale dla­te­go, że dzia­ły się w nim i dzie­ją hi­sto­rycz­ne wy­da­rze­nia. To z tego ga­bi­ne­tu nada­wa­no moc­ne wy­stą­pie­nie Ro­nal­da Re­aga­na pod ad­re­sem ZSRR, w któ­rym ów­cze­sny pre­zy­dent USA skry­ty­ko­wał wła­dze Związ­ku Ra­dziec­kie­go z po­wo­du ze­strze­le­nia sa­mo­lo­tu pa­sa­żer­skie­go li­nii Ko­re­an Air. Re­agan, nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach, na­zwał to ak­tem bar­ba­rzyń­stwa i zbrod­nią prze­ciw­ko ludz­ko­ści. W ka­ta­stro­fie z 1 wrze­śnia 1983 roku zgi­nę­ło 269 osób.

W Ga­bi­ne­cie Owal­nym, pro­fe­sor Zbi­gniew Brze­ziń­ski, do­rad­ca pre­zy­den­ta Jim­my’ego Car­te­ra do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, wspól­nie z in­ny­mi do­rad­ca­mi za­sta­na­wiał się, jak roz­wią­zać kry­zys irań­ski. Rów­nież tu Brze­ziń­ski prze­ka­zy­wał in­for­ma­cje przed­sta­wi­cie­lom Nun­cja­tu­ry Apo­stol­skiej w Wa­szyng­to­nie od pa­pie­ża Jana Paw­ła II, na te­mat sy­tu­acji w ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce. Po­cho­dzą­cy z Pol­ski, pro­fe­sor Ri­chard Pi­pes, do­rad­ca Ro­nal­da Re­aga­na do spraw Ro­sji, zo­stał ścią­gnię­ty do tego ga­bi­ne­tu po ogło­sze­niu w Pol­sce sta­nu wo­jen­ne­go. Pi­pes opo­wie­dział mi kie­dyś, że Re­agan ocze­ki­wał od nie­go na­tych­mia­sto­we­go na­kre­śle­nia moż­li­wych sce­na­riu­szy roz­wo­ju sy­tu­acji w Pol­sce. Rów­nież w tym po­ko­ju, Ste­phen Mull pro­sił pre­zy­den­ta Re­aga­na, aby wy­sta­wił Le­cho­wi Wa­łę­sie list po­par­cia Sta­nów Zjed­no­czo­nych dla dzia­łań So­li­dar­no­ści. Wie­le lat póź­niej, w 2012 roku, Ste­phen Mull zo­stał mia­no­wa­ny am­ba­sa­do­rem USA w Pol­sce i szyb­ko stał się ulu­bień­cem Po­la­ków. Po pierw­sze, do­brze mó­wił po pol­sku, a poza tym miał wiel­kie po­czu­cie hu­mo­ru i spo­ro luzu. Zwie­dzał Pol­skę na ro­we­rze, a tak­że na­gry­wał, wraz z pra­cow­ni­ka­mi am­ba­sa­dy, za­baw­ne fil­mi­ki. Na jed­nym z nich po­ka­zał na przy­kład jak, przed świę­ta­mi, uczy się ro­bić pie­ro­gi, na in­nym z ko­lei pró­bo­wał wy­mó­wić trud­ne dla ob­co­kra­jow­ca pol­skie wy­ra­zy. Ste­phen Mull to sza­le­nie cie­ka­wa po­stać. Był i jest wiel­kim przy­ja­cie­lem Po­la­ków, i choć pod­czas pierw­sze­go po­by­tu w Pol­sce w la­tach osiem­dzie­sią­tych był oskar­ża­ny przez ko­mu­ni­stycz­ne wła­dze o szpie­go­stwo, to o Pol­sce za­wsze wy­po­wia­da się cie­pło i ser­decz­nie.

W Ga­bi­ne­cie Owal­nym dzia­ły się rze­czy, któ­re o mały włos nie do­pro­wa­dzi­ły do od­wo­ła­nia Bil­la Clin­to­na. Trud­no w ta­kich oko­licz­no­ściach nie przy­po­mi­nać so­bie tych wszyst­kich pi­kant­nych hi­sto­rii opi­sy­wa­nych przez ame­ry­kań­skie me­dia. Tak jest, pa­trząc na to biur­ko, my­śla­łem i o tym, co pre­zy­dent Clin­ton wy­pra­wiał tu z Mo­ni­ką Le­win­sky.

Pod ko­niec spo­tka­nia Do­nal­da Tu­ska z Ba­rac­kiem Oba­mą, za­trzy­ma­łem się na chwi­lę obok pre­zy­denc­kie­go biur­ka, po­nie­waż sta­li za nim chy­ba wszy­scy człon­ko­wie ów­cze­sne­go ga­bi­ne­tu pre­zy­den­ta Oba­my. Mię­dzy in­ny­mi John Ker­ry, szef ame­ry­kań­skiej dy­plo­ma­cji, i Joe Bi­den, wi­ce­pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Się­gną­łem więc po apa­rat, zro­bi­łem zdję­cie i ru­szy­łem da­lej, po­na­gla­ny przez pra­cow­ni­ków biu­ra pra­so­we­go, któ­rzy na znak pre­zy­den­ta mu­szą do­słow­nie wy­pchnąć dzien­ni­ka­rzy z po­miesz­cze­nia.

– Może zro­bi­my so­bie sel­fie? – usły­sza­łem na­gle. Od­wró­ciw­szy gło­wę, zo­ba­czy­łem uśmiech­nię­te­go od ucha do ucha wi­ce­pre­zy­den­ta Joe Bi­de­na. Nie by­łem pe­wien czy mówi do mnie. Nie jest to wszak oczy­wi­ste, że dru­gi naj­waż­niej­szy czło­wiek w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pro­po­nu­je mi sel­fie w Ga­bi­ne­cie Owal­nym.

– Oczy­wi­ście! – od­par­łem, choć do koń­ca nie by­łem pe­wien, czy to fak­tycz­nie pro­po­zy­cja wspól­nej fo­to­gra­fii, żart, czy być może na­wet ja­kaś drwi­na.

Joe Bi­den, któ­ry stał opar­ty o ścia­nę w po­bli­żu drzwi pro­wa­dzą­cych do Ogro­du Ró­ża­ne­go, na­tych­miast się jed­nak wy­pro­sto­wał, po­pra­wił ma­ry­nar­kę, kra­wat i był go­to­wy do zdję­cia. Pod­sze­dłem więc do nie­go, wi­dząc jed­no­cze­śnie, jak w moim kie­run­ku zmie­rza szyb­kim kro­kiem dwóch agen­tów Se­cret Se­rvi­ce. Za­wa­ha­łem się lek­ko, prze­cież mo­gło się to skoń­czyć na­tych­mia­sto­wym po­wa­le­niem na pod­ło­gę. Wi­ce­pre­zy­dent dał im jed­nak znać ru­chem ręki, że mają mnie zo­sta­wić w spo­ko­ju. Chwi­lę póź­niej, trzy­ma­jąc w pra­wej dło­ni smart­fo­na, ro­bi­łem se­rię zdjęć. Ręka mi drża­ła. Nie ze stra­chu, mar­twi­łem się tym, czy fot­ki do­brze wyj­dą. Wie­dzia­łem bo­wiem, że ko­lej­nej ta­kiej szan­sy praw­do­po­dob­nie nie będę miał już ni­g­dy. Sel­fie z wi­ce­pre­zy­den­tem roz­ba­wi­ło tym­cza­sem wszyst­kich człon­ków ga­bi­ne­tu Oba­my. Śmiał się na­wet wspo­mnia­ny John Ker­ry, któ­ry ra­czej rzad­ko się uśmie­cha.

Wów­czas nie są­dzi­łem jesz­cze, że do fot­ki z Joe Bi­de­nem do­łą­czy ko­lej­na, tym ra­zem z jego żoną.

Gdy w 2019 roku Joe Bi­den ogło­sił start w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich i roz­po­czął swo­ją kam­pa­nię w Pit­ts­bur­ghu w sta­nie Pen­syl­wa­nia, po­je­cha­łem na jego pierw­szy wiec wy­bor­czy. Do dzien­ni­ka­rzy po­de­szła wów­czas żona kan­dy­da­ta, Jill. Po­sze­dłem więc za cio­sem i za­py­ta­łem pa­nią Bi­den, czy mógł­bym zro­bić so­bie z nią zdję­cie opo­wia­da­jąc hi­sto­rię sprzed lat, któ­ra wy­da­rzy­ła się w Ga­bi­ne­cie Owal­nym. Była dru­ga dama Ame­ry­ki nie od­mó­wi­ła i za­po­zo­wa­ła do wspól­ne­go sel­fie.

Je­den sie­dzi, dru­gi stoi– faux pas na szczy­tach wła­dzy