Amerikanskij szpion - John Barron - ebook

Amerikanskij szpion ebook

John Barron

4,4

Opis

Amerikanskij szpion odsłania jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic zimnej wojny: przez dwadzieścia lat za wysokimi murami Kremla działał amerykański szpieg. Występując jako działacz Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych, jej „minister spraw zagranicznych”, zdobył całkowite zaufanie przywódców sowieckich, którzy informowali go o najtajniejszych sprawach i zwierzali mu się ze swoich myśli i obaw. Sam sekretarz generalny partii Leonid Breżniew lubił go i uważał za przyjaciela. Dzięki ofiarności Morrisa Childsa, który stale narażał się na śmiertelne niebezpieczeństwo, Amerykanie znali wewnętrzne słabości sowieckiego imperium, co ułatwiło im zwycięstwo w zimnej wojnie.

Wybitna historia szpiegowska, którą czyta się jak najlepszy thriller - „PublishersWeekly”

Świetna książka o niewiarygodnych przygodach Childsa - „The New York Times”

Pasjonująca książka Barronaukazuje prawdę o niepozornie wyglądającym patriocie, który przez wiele lat narażał się na śmiertelne niebezpieczeństwo, dysponując jedynie słabym sercem, błyskotliwym umysłem i niewyczerpanymi pokładami odwagi - „Reader’s Digest”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 508

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (10 ocen)
6
2
2
0
0

Popularność




Tytuł oryginalnyOperation Solo

Projekt okładki i stron tytułowych Paweł Panczakiewicz

Redakcja merytoryczna Tomasz Kompanowski

Redaktor prowadzący Joanna Proczka

Redaktor techniczny Elżbieta Bryś

Korekta Bogusława Jędrasik Grażyna Ćwietkow-Góralna

Copyright © for the Polish edition and translation by Bellona Sp. z o.o., Warszawa 2018 Copyright © 1996 by John Barron. All rights reserved. Published by arrangement with Regnery Publishing

Zapraszamy na stronę Wydawnictwa:www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowawww.swiatksiazki.pl

ISBN 978-83-11-15406-3

Książkę tę dedykuję ludziom, którzy brali udział w operacji „Solo” i zachowali ją w tajemnicy. Są to przede wszystkim: Morris Childs, Eva Childs, Jack Childs, Alexander Burlinson, Carl Freyman, Walter Boyle, John Langtry, James Fox i Ivian Smith – przedstawiciele Federalnego Biura Śledczego Stanów Zjednoczonych.

Swoimi czynami zaświadczyli, że wspólna była im dewiza: „Wolność nigdy nie jest za darmo. Każda cena za wolność to okazja”.

Podziękowania

Oprócz osób wymienionych w przedmowie chciałbym podziękować również kilkunastu innym. Nie znaczy to oczywiście, że którakolwiek z nich podpisuje się pod moją wersją wydarzeń lub zgadza się z moimi wnioskami.

William Gunn był asystentem wszystkich dyrektorów FBI od czasów J. Edgara Hoovera do Williama Webstera. Po przejściu na emeryturę współpracował ze mną podczas zbierania materiałów i pomagał w pierwszych rozmowach z Morrisem i Evą Childsami na początku lat osiemdziesiątych. Przeprowadził też rozmowy z innymi osobami.

Były zastępca dyrektora FBI Raymond Wannall nadzorował operację „Solo” w ostatnich latach swego urzędowania i uratował ją przed storpedowaniem przez komisje Kongresu. Dzięki niemu dowiedziałem się, jak wyglądała operacja „Solo” z perspektywy centrali.

Byli agenci FBI – Edward Miller, Donald Moore, William Brannigan i Edward Jones – potwierdzili ogólny przebieg operacji i ujawnili różne jej szczegóły.

Od Herberta Romersteina, byłego pracownika komisji wywiadu Izby Reprezentantów i Amerykańskiej Agencji Informacyjnej, dowiedziałem się wiele o wybitnych działaczach partii komunistycznych sowieckiej i amerykańskiej. Romerstein przeczytał również maszynopis książki i poddał go konstruktywnej krytyce.

Profesor Harvey Klehr z Emory University wspaniałomyślnie pozwolił mi skorzystać ze swojej znakomitej pracy poświęconej historii Komunistycznej Partii USA – The Heyday of American Communism (Czasy świetności amerykańskiego komunizmu). Udostępnił także dokumenty związane z Morrisem Childsem, które odkrył w moskiewskim archiwum Kominternu.

Były agent FBI Wesley Roberts ułatwił mi rozmowy z Evą Childs i doradził, jak skontaktować się z innymi ważnymi informatorami.

Chicagowski adwokat Charles Goodbar, pełnomocnik Evy, ogromnie wspomógł mnie w opublikowaniu książki i rozwiązał wiele problemów prawnych.

William Shulz, redaktor naczelny „Reader’s Digest”, z czystej przyjaźni przejrzał maszynopis, który wiele zyskał dzięki jego krytycznym uwagom.

Alfred Regnery, prezes Regnery Publishing, Inc., zgodził się wydać książkę w czasach, gdy inni wydawcy nie wyrażali zainteresowania „rzeczą o zimnej wojnie”. Podczas pracy nad tekstem usłyszałem od niego wiele słów zachęty i otuchy.

Richard Vigilante, starszy redaktor w wydawnictwie Regnery, fachowo zredagował tekst i służył radą, ilekroć wypadało dokonać jakichś poprawek lub uzupełnień.

Przedmowa

Podczas pisania na początku lat siedemdziesiątych książki o KGB przeprowadziłem wiele rozmów z byłymi agentami FBI. Niektórzy zaszczycili mnie później przyjaźnią. W 1977 roku jeden z nich napomknął o wielkiej, trwającej wiele lat operacji szpiegowskiej FBI przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Główną rolę odgrywali w niej Morris Childs, jego żona Eva i jego brat Jack. Emerytowany agent opowiadał, że cała trójka jest już w podeszłym wieku, obaj bracia są bardzo schorowani i FBI kończy operację. Według niego kraj i opinia publiczna zyskaliby na zgodnej z prawdą i dokładnej opowieści o dziejach tej niezwykłej operacji, natomiast niekompletna i zniekształcona mogłaby przynieść szkody. Dlatego on i jego koledzy agenci, w których imieniu występował, radzili, żebym poprosił FBI o zgodę na napisanie takiej opowieści; powinienem był też rozpocząć zbieranie materiałów, póki główni protagoniści jeszcze żyją.

FBI nie potwierdziło moich informacji ani im nie zaprzeczyło, oznajmiło natomiast, że poruszona przez mnie sprawa ma charakter nadzwyczaj poufny i ściśle tajny. Miałem się zobowiązać, że nigdy nie wspomnę o niej słowem w żadnej rozmowie, liście czy publikacji (nawet zawoalowana aluzja nie wchodziła w rachubę). Gdybym nie mógł podjąć takiego zobowiązania, FBI musiało zostać o tym uprzedzone. Przyrzekłem, że będę trzymał język za zębami. Kilka tygodni później wysoki rangą funkcjonariusz FBI poprosił mnie o spotkanie. Chciał ze mną porozmawiać o „sprawie mającej doniosłe znaczenie z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa”. Podczas rozmowy oświadczył, że ponieważ zaszły nowe wydarzenia i w grę wchodzi życie obywateli amerykańskich, FBI musi wiedzieć, iż nie złamię danego słowa. Solennie zapewniłem, że dotrzymam obietnicy. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że pewnych poufnych informacji nie ujawnia się publicznie, gdyż mogłoby to narazić na śmierć amerykańskich szpiegów. Wspominam o tych rozmowach tylko dlatego, że mają one istotne znaczenie dla zrozumienia późniejszych wydarzeń.

Operacja, o której usłyszałem w roku 1977, trwała jeszcze przez kilka lat. Morris i Eva Childsowie zdawali sobie sprawę, że o niej wiem, ale tę wiedzę zachowuję dla siebie. Dlatego między innymi skontaktowali się ze mną w 1982 roku za pośrednictwem agenta FBI Michaela Steinbecka. Od niego dowiedziałem się, że operacja dobiegła końca i Childsowie chcieliby wiedzieć, czy byłbym zainteresowany napisaniem o niej książki. FBI oświadczyło, że nie będzie się sprzeciwiać publikacji, ale też nie będzie uczestniczyć w pracach nad nią. Funkcjonariusze biura mogliby mi jednak ułatwić spotkanie z Childsami, którzy przebywali wówczas w kryjówce i korzystali ze specjalnej ochrony.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w Santa Monica w Kalifornii. W rozmowie brał udział również były agent FBI Walter A. Boyle. Przez osiemnaście lat (czyli przez bezprecedensowo długi czas) Boyle był oficerem prowadzącym Childsów oraz ich najbliższym powiernikiem. Morris traktował go jak syna i zaprosił na nasze pierwsze spotkania. Steinbeck był obecny jako osoba towarzysząca, ale nie uczestniczył w rozmowach. Morris, Eva i Boyle okazali się fascynującymi ludźmi, niezwykłymi postaciami dramatu, który rozegrał się naprawdę. Nie przeprowadzałem dotąd tak ciekawych wywiadów. Morris i Eva przyjechali później do Waszyngtonu. W apartamencie w Georgetown przez kilka dni prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy o wydarzeniach, w których brali udział, i historii, którą zdarzało im się współtworzyć. Zostaliśmy przyjaciółmi i cieszyliśmy się na wspólną pracę nad książką.

Mieliśmy właśnie rozpocząć tę pracę, gdy FBI powiadomiło Morrisa i Evę, że Departament Sprawiedliwości zabronił im opowiadania swojej historii. Żaden przedstawiciel Departamentu Sprawiedliwości nigdy się ze mną nie skontaktował i tylko z plotek dowiedziałem się, jakie były powody wydania zakazu. Podobno stosunkowo niewysoki rangą urzędnik departamentu uznał, że opowiadając mi o swojej szpiegowskiej karierze, Morris i Eva ujawnią wiele ściśle tajnych informacji, których rząd nikomu nie udostępnia. Gdyby Departament Sprawiedliwości pozwolił Childsom opowiedzieć swoją historię, usankcjonowałby ujawnienie mi ściśle tajnych danych na zasadzie wyłączności. Oznaczałoby to niedopuszczalne faworyzowanie jednego dziennikarza. Co ważniejsze, gdyby Morris przekazał mi tajne informacje, Departament Sprawiedliwości musiałby ujawnić również inne tajemnice, czego domagano się od niego już wcześniej na mocy ustawy o swobodnym dostępie do informacji.

Morris był rozczarowany i zły, ale nic nie mógł poradzić. Miał osiemdziesiąt jeden lat i był bardzo schorowany. Podejrzewał, zapewne słusznie, że KGB i partia komunistyczna dybią na jego życie, potrzebował więc rządowej ochrony i pomocy. Troszczył się też o żonę. Mimo wszystko miał nadzieję, że kiedyś Amerykanie dowiedzą się o jego drugim życiu i o tym, czego dokonał. Nadal się spotykaliśmy, szczególnie często po jego przeprowadzce do północnej Wirginii. FBI przeniosło go tam, żeby miał bliżej do akademii w Quantico, gdzie udzielał konsultacji i miał wykłady.

W 1987 roku Ronald Reagan postanowił przyznać Morrisowi Prezydencki Medal Wolności i pośmiertnie nadać to odznaczenie również jego bratu, Jackowi. Zaproponował nawet, że osobiście odznaczy Morrisa w Białym Domu i wyda na jego cześć uroczysty obiad lub kolację. FBI przekonało go jednak, że ze względów bezpieczeństwa taka uroczystość byłaby niewskazana, więc Morrisa odznaczył w siedzibie FBI ówczesny dyrektor, William Sessions. Na prośbę Morrisa i Evy zaproszono mnie na prywatne przyjęcie, które odbyło się po ceremonii.

W apartamencie hotelu przy Pennsylvania Avenue zebrali się przyjaciele Morrisa z FBI. Czterem z nich zostałem przedstawiony i skorzystałem z okazji, by z nimi porozmawiać. Byli to: Walt Boyle, John Langtry, który przez dwanaście lat był oficerem prowadzącym Jacka Childsa, Carl Freyman, który przed wielu laty namówił Morrisa do współpracy z FBI, oraz zastępca dyrektora James Fox, patron Morrisa i Evy od 1971 roku.

Morris tyle razy ocierał się o śmierć, że chyba przestał się lękać śmierci z przyczyn naturalnych. Bał się jednak zginąć od kul sowieckiego plutonu egzekucyjnego albo z ręki płatnego zabójcy. Kiedyś wyznał mi: „Mam nadzieję, że umrę cicho i w spokoju, i nikt z nich się o tym nie dowie”. Jego życzenie się spełniło. 2 czerwca 1991 roku, na osiem dni przed osiemdziesiątymi dziewiątymi urodzinami, Morris zmarł w szpitalnym łóżku, w obecności Evy i rabina.

Razem z Evą uważaliśmy, że ze względu na śmierć Morrisa i rozpad Związku Sowieckiego dalsze utajnianie jego historii nie ma już żadnego uzasadnienia. Dlatego w 1992 roku rozpocząłem pracę nad tą książką. Eva pomagała mi i bez jej pomocy nigdy nie ukończyłbym pracy.

Po wyjściu za mąż za Morrisa w 1962 roku została jego pełnoprawnym wspólnikiem w działalności szpiegowskiej. Od tej pory towarzyszyła mu i pomagała podczas niemal wszystkich misji w Związku Sowieckim i krajach Europy Wschodniej. Brała udział w przedwyjazdowych odprawach i zebraniach, podczas których Morris składał sprawozdania z zakończonej akcji. Cieszyła się zaufaniem szefa amerykańskiej partii komunistycznej i jego żony, przyjaźniła się z agentami FBI, którzy prowadzili operację. Była więc niezwykle cennym źródłem informacji.

Poza tym udostępniła mi skarbnicę dokumentów, akt i notatek zgromadzonych i przechowywanych przez Morrisa. Były wśród nich kopie sowieckich dokumentów, które oboje przemycili z Moskwy, kopie raportów Morrisa i Jacka dla FBI, szczegółowe notatki Morrisa ze spotkań z przywódcami sowieckimi, zapiski rozmów z tymi przywódcami i memoriały, które Morris kierował do Politbiura.

W 1987 roku agenci FBI Charles Knox i James Milburn spędzili z Childsami jedenaście dni, w czasie których nagrywali na taśmie magnetofonowej wspomnienia Morrisa. Spisali tekst z taśmy, a kopie większości zapisów przekazali Evie, która z kolei dała je mnie. Dostałem też od niej wiele zdjęć z domowego archiwum i niektóre z nich zamieszczono w tej książce. Zwłaszcza jedno miało duże znaczenie. Widać na nim Morrisa z Leonidem Breżniewem na Kremlu.

Przed swoją śmiercią Eva wyraziła zamiar przekazania wszystkich materiałów do Instytutu Hoovera Uniwersytetu Stanforda, aby mogli z nich korzystać historycy.

Książka ta jest oparta nie tylko na materiałach archiwalnych, lecz także na setkach godzin wywiadów z agentami FBI uczestniczącymi w operacji; są to między innymi: James Fox, Carl Freyman, Walter Boyle i John Langtry. Odgrywają oni ważną rolę w mojej opowieści, która zawiera wiele informacji pozwalających czytelnikowi ocenić ich kwalifikacje jako świadków historii. Boyle i Langtry zasługują na specjalną wzmiankę.

Od roku 1962 Boyle przed każdą misją odwoził Morrisa i Evę na lotnisko i odbierał ich po powrocie oraz pisał sprawozdania z misji. Kiedy przebywali w Stanach Zjednoczonych, rozmawiał z nimi niemal codziennie. Podejmował bieżące decyzje, a podczas wszystkich ważnych narad operacyjnych w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Chicago zasięgano jego opinii. Nikt nie był bliżej związany z Morrisem i Evą; nikt nie wiedział o nich i o operacji więcej niż Boyle. Na szczęście dla historyka Boyle prowadził pamiętnik, w którym zapisywał wydarzenia ze swego życia zawodowego.

W Nowym Jorku Langtry zarządzał tajnym systemem łączności, zaprojektowanym i zbudowanym przez Sowietów. Za pośrednictwem tego systemu FBI regularnie otrzymywało wiadomości z Kremla i w imieniu Jacka lub Morrisa przesyłało do Moskwy odpowiednio spreparowane informacje. Langtry obracał milionami dolarów, przemycanymi do Nowego Jorku przez KGB, i pisał raporty z tego, co szefowie KGB i partii komunistycznej mówili Jackowi. Kiedy przeszedł na emeryturę, FBI zleciło mu napisanie „do użytku wewnętrznego” tajnej historii operacji; udostępniono mu nawet potrzebne dokumenty. Langtry był świadkiem wielu etapów operacji i przeczytał wszystko, co jej dotyczyło.

W niezliczonych wywiadach i rozmowach Boyle i Langtry szczodrze dzielili się ze mną swoją wiedzą i wnikliwymi spostrzeżeniami. Dokładnie przeczytali, krytycznie ocenili i poprawili maszynopis. Oczywiście tylko ja odpowiadam za wszelkie błędy i wady tej pracy, ale nigdy by nie powstała, gdyby nie pomoc Morrisa, Evy, Boyle’a i Langtry’ego. W Podziękowaniach podaję nazwiska pozostałych osób, które przyczyniły się do powstania książki.

Na końcu publikacji zamieszczono cztery załączniki. Załącznik A zawiera daty i miejsca wszystkich pięćdziesięciu siedmiu misji, które pod nadzorem FBI Morris, Eva lub Jack przeprowadzili na terytorium wroga. Załącznik B to zestawienie kwot nielegalnie przekazywanych co roku przez Związek Sowiecki Komunistycznej Partii USA w latach 1958–1980. W załączniku C podano nazwiska oficerów KGB, którzy w latach 1958–1982 współpracowali w Stanach Zjednoczonych z Morrisem i Jackiem. W załączniku D znalazły się reprodukcje dokumentów, ilustrujących różne fazy operacji.

Na koniec drobna uwaga. Eva okazała się informatorem, jakiego życzyłby sobie każdy historyk, świadkiem, o jakim marzyłby każdy adwokat prowadzący sprawę przed sądem. Wiele razy mówiła: „Nie, to nie było tak”, „Nie pamiętam” albo „Nie wiem”. Krótko mówiąc, liczyły się dla niej tylko fakty.

Czasem jednak miała trudności z przypomnieniem sobie dat. Żywo pamiętała prywatną kolację z Fidelem Castro w ambasadzie kubańskiej – wiedziała nawet, co jedli (stek) i jak pachniały cygara; nie mogła sobie jednak przypomnieć, kiedy dokładnie odbyła się ta kolacja. O jednej dacie stanowczo nie chciała rozmawiać: dacie swoich urodzin. Powinienem był znać jej wiek, dotarłem więc do urzędowych źródeł, według których Eva Lieb Childs urodziła się 24 marca 1900 roku. Zapytałem ją, czy to się zgadza.

– Nie jestem aż tak stara – zaprzeczyła z oburzeniem.

– No dobrze, w takim razie, kiedy się urodziłaś? – zapytałem.

Odparła, że w 1910 roku.

Widocznie jakiś urzędnik popełnił błąd. Ale ktokolwiek będzie czytać dalej, przekona się, że data urodzenia nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że przez blisko dwa dziesięciolecia Eva Childs służyła ojczyźnie wraz ze śmiałymi i odważnymi mężczyznami, dając dowody nie mniejszej śmiałości i odwagi.

Rozdział pierwszy   Wygraliśmy

FBI utajniło informację o tej śmierci i żadna z gazet o niej nie napisała. Stany Zjednoczone od trzydziestu lat strzegły tajemnicy i FBI nadal nie zamierzało jej ujawniać. Komuniści nie wiedzieli, co się stało z Morrisem po jego nagłym zniknięciu, i ścigali go na próżno. Niech więc dalej go szukają i nie mają o niczym pojęcia.

Któregoś dnia Elaine Fox usłyszała, jak jej mąż, zastępca dyrektora FBI, James Fox, mówi przez telefon:

– Kiedy to się stało? Tak, to będzie dla mnie zaszczyt.

Widziała smutek na twarzy męża. Domyśliła się, o co chodzi.

– Staruszek nie żyje?

Fox przytaknął i powiedział, że zgodził się wygłosić mowę pogrzebową. Potem zamknął się w gabinecie, by zebrać myśli i napisać przemówienie.

Gdyby decyzja należała do Foxa, byłby to pogrzeb państwowy: na cmentarzu Narodowym w Arlington, skąd roztacza się widok na Waszyngton, stanąłby na baczność długi szereg agentów FBI i żołnierzy. Orkiestra Marynarki Wojennej grałaby marsza żałobnego, idąc powoli przed zaprzężoną w konie lawetą, na której spoczywałaby trumna okryta amerykańskim sztandarem. Może nawet prezydent wziąłby udział w uroczystości. Przecież Ronald Reagan chciał osobiście odznaczyć 58[1] w Białym Domu.

Gdyby Fox mógł opowiedzieć historię największej operacji wywiadowczej w dziejach FBI, przemówienie nad grobem zacząłby słowami: „Tu spoczywa największy szpieg amerykański”.

Morris narażał życie podczas pięćdziesięciu dwóch, przeważnie kilkutygodniowych, misji w Związku Sowieckim i innych krajach komunistycznego imperium. Przez ponad dwadzieścia lat przywódcy sowieccy – z Nikitą Chruszczowem, Leonidem Breżniewem i Jurijem Andropowem na czele – traktowali go jak przyjaciela. Zwierzali mu się z najskrytszych myśli, ambicji i obaw, z planów i metod działania, z tego, co zrobią i czego nie odważą się zrobić, z poglądów na wydarzenia międzynarodowe i z prawdziwych opinii o Stanach Zjednoczonych i ich przywódcach. Często pytali go o zdanie i prosili o rady, do których nierzadko się stosowali. Darzyli go takim zaufaniem i szacunkiem, że z okazji siedemdziesiątych piątych urodzin Morrisa Breżniew wydał na jego cześć bankiet na Kremlu. W dłuższej przemowie sekretarz generalny podziękował jubilatowi za ponadpółwieczną służbę Związkowi Sowieckiemu i międzynarodowemu ruchowi komunistycznemu, a potem odznaczył go Orderem Czerwonego Sztandaru.

W Stanach Zjednoczonych Morris potajemnie zajmował stanowisko pierwszego zastępcy przewodniczącego Komunistycznej Partii USA, Gusa Halla. Tym samym szpieg FBI był drugą najważniejszą postacią ruchu komunistycznego w Stanach Zjednoczonych. Za pośrednictwem Morrisa i jego brata Jacka sowieccy przywódcy przemycali pieniądze dla amerykańskich komunistów. W ciągu tych lat otrzymali z Moskwy ponad 28 milionów dolarów, które FBI obliczyło co do centa.

Dzięki tajnym informacjom, które Morris wykradał z Kremla przez ponad dwie dekady, Stany Zjednoczone mogły czytać w myślach sowieckich przywódców, przewidywać ich posunięcia i wykorzystywać ich kłopoty, zwłaszcza w stosunkach z Chinami. Przypominało to partię pokera, podczas której jeden z graczy zna karty pozostałych.

Za pomocą przemyślanych zabiegów FBI ukrywało tożsamość Morrisa i charakter operacji przed innymi organami rządowymi – Departamentem Stanu, CIA, Departamentem Obrony i Radą Bezpieczeństwa Narodowego. Agenci FBI osobiście zanosili najbardziej poufne raporty Morrisa do tych urzędów i innych. Mogło je tam czytać tylko kilka osób, i to w obecności agenta, który je dostarczył; po przeczytaniu musieli je zwracać. Dopiero w 1975 roku FBI poinformowało prezydenta i sekretarza stanu o źródle informacji, których oni i inni politycy tak natarczywie się domagali.

Nawet na pogrzebie Morrisa Fox nie mógł ujawnić wielu faktów. Postanowił jednak uchylić rąbka tajemnicy. Powiedział tyle, ile wolno mu było powiedzieć.

W holu domu pogrzebowego w północno-zachodniej części Chicago Fox pochylił się i objął drobną, elegancko uczesaną kobietę, która mimo że dobiegała dziewięćdziesiątki, nadal trzymała się prosto, była zadbana i atrakcyjna. W aktach FBI występowała jako CG-6653S*; Fox mówił jej po imieniu – Eva – i darzył ją wielkim szacunkiem. Ile starszych kobiet chowałoby się z mężem pod kołdrą, żeby przy świetle latarki przepisywać tajne sowieckie dokumenty? Ile przemycałoby kopie przez granicę, zapakowawszy je w plastik i schowawszy pod ubraniem? Ile niosłoby setki tysięcy dolarów ulicami Nowego Jorku i Chicago w torbach na zakupy? Ile w tak podeszłym wieku prowadziłoby życie szpiega?

Do Foxa i Evy dołączyło dwóch starych przyjaciół, Carl Freyman i Walter Boyle. Freyman, dobiegający osiemdziesiątki i lekko utykający, przypominał Foxowi nobliwego dziadka. Boyle był tak samo szczupły, krzepki i przystojny jak przed czterdziestu laty, kiedy dowódca 1. Dywizji Piechoty Morskiej odznaczył go medalem na polu walki w Korei.

Cała czwórka – Eva, Fox, Freyman i Boyle – należała do małej amerykańskiej drużyny, która rzuciła wyzwanie sowieckiemu imperium na jego terytorium i jego warunkach. Byli towarzyszami walki. Morris zawsze pamiętał, że Freyman uratował mu życie. W 1952 roku, kiedy był bliski śmierci, Freyman namówił go do współpracy z FBI, umieścił w klinice Mayo i przywrócił mu chęć do życia. To on pierwszy przewidział, że któregoś dnia Morris może przeniknąć do najwyższych kręgów władzy sowieckiej i zgodnie z tym założeniem zaplanował operację. On też uratował karierę zawodową Boyle’a i włączył go do operacji, chociaż w tym czasie nikt z FBI nie chciał mieć z nim nic do czynienia.

Przez osiemnaście lat Boyle przed każdą misją odprowadzał Morrisa i Evę na lotnisko, a gdy wracali do Stanów, witał ich i zawoził do kryjówki, w której pisali wstępny raport dla Waszyngtonu. Kiedy Morris i Eva byli w Stanach, codziennie się z nimi widywał lub rozmawiał przez telefon i przez całą dobę był na ich wezwanie. Zawsze nosił przy sobie broń i Childsowie wiedzieli, że w razie czego nie zawaha się jej użyć. Był dla nich jak syn. Z powodu fałszywego oskarżenia o postępowanie niezgodne z etyką zawodową władze FBI zaproponowały wykluczenie Boyle’a z operacji. Upoważniona przez Morrisa Eva swoim słodkim głosem zagroziła: albo Boyle zostaje, albo my rezygnujemy i operacja się kończy. FBI ustąpiło.

Fox rozpoczął współpracę z Morrisem i Evą w 1971 roku, gdy mianowano go bezpośrednim zwierzchnikiem Boyle’a. Kiedyś wspomniał, że ponieważ zdarza mu się nie wracać na noc i znikać na weekendy, żona podejrzewa go o zdradę. Eva uśmiechnęła się do niego swymi niebieskimi oczami: „To czemu nie poznasz jej z tą drugą?”. Morris i Eva stali się jak krewni dla Foxów, których dzieci nazywały ich „ciocią Evą” i „wujkiem Morrisem”. Eva nazywała Jamesa, który miał wśród przodków Indian z plemienia Siuksów, „moim ulubionym Indianinem baptystą”. Chociaż po awansie do kierownictwa FBI Fox nie mógł się już bezpośrednio zajmować operacją, do końca pracy w FBI pozostał przyjacielem i protektorem Childsów.

Eva zapytała, czy inny członek drużyny, emerytowany agent FBI John Langtry, będzie na pogrzebie. Langtry przez wiele lat współpracował z Jackiem w Nowym Jorku. Pomagał Morrisowi i Evie, ilekroć przebywali w tym mieście, i Ewa bardzo go lubiła. Fox wyjaśnił, że Langtry nie może przyjechać, bo niedawno miał poważną operację i lekarze nie pozwolili mu na razie podróżować.

– Nie możemy sobie pozwolić, żeby stracić Johna – powiedziała Eva. – Zostało nas tylko pięcioro. Byliśmy małą drużyną, ale nieźle namieszaliśmy, co?

Na prywatnym nabożeństwie w kaplicy zebrało się około pięćdziesięciorga krewnych Morrisa i Evy. W pewnej chwili rabin przerwał obrzędy i oznajmił, że głos zabierze pan James Fox, zastępca dyrektora FBI. Rozległ się szmer zdziwienia. Boyle zauważył, jak jedna z kobiet, nie będąc w stanie zamknąć ust, zakrywała je ręką; inna z niedowierzaniem patrzyła na Evę.

Fox, wysoki, z włosami przyprószonymi siwizną, wyglądał za pulpitem jak przystojny i dystyngowany dyplomata. „Nazywam się James Fox i jestem przyjacielem Morrisa Childsa”. Kolejny szmer zdziwienia: Morris i Eva przyjaciółmi szefów FBI!

Większość z was pewnie sądzi, że znała Morrisa Childsa. Mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że poza FBI nikt z obecnych tu dziś nie ma pojęcia o ogromnych zasługach, jakie położył Morris Childs dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Nie jestem upoważniony, żeby opowiadać o tym, czego Morris dokonał w ciągu tych lat. Mogę was jednak zapewnić, że dokonania te są ogromne. Słysząc, jak ludzie rozmawiają o filmie z Jamesem Bondem albo o Mission Impossible, zawsze myślę: „Znam lepszą historię, historię Morrisa Childsa”.

Morris był najsympatyczniejszym i najdelikatniejszym człowiekiem, jakiego znałem. Ale mimo całej jego delikatności zarówno przywódcy wolnego świata, jak i świata komunistycznego często prosili go o radę.

Kiedyś zawiadomiliśmy bardzo wysokiego rangą przedstawiciela Białego Domu [Henry’ego Kissingera, ówczesnego doradcę prezydenta do spraw bezpieczeństwa państwa], że po przeanalizowaniu sytuacji postanowiliśmy ze względów bezpieczeństwa przerwać operację. Urzędnik ten odpowiedział, że ceni naszą opinię, lecz musi mieć informacje, których dostarczał Morris, i wobec tego operacja będzie kontynuowana.

Przypominam sobie dwa wydarzenia, które świadczą o tym, że Morris chyba zdawał sobie sprawę z ogromu i wagi swoich dokonań.

29 lutego 1988 roku w naszej waszyngtońskiej centrali dyrektor William Sessions wręczył Morrisowi, w obecności Evy, najwyższe odznaczenie, jakie rząd Stanów Zjednoczonych może nadać cywilowi. Morris, mimo że zdrowie mu już nie dopisywało, podniósł się z wysiłkiem i przez pięć, sześć minut pięknie opowiadał o tym, czym jest służba sprawie wolności i przyszłości naszych dzieci.

Pod koniec 1989 roku pracowałem w domu i przypadkowo włączyłem poranne wiadomości CNN. Pokazywano akurat upadek muru berlińskiego i krach komunizmu w Europie Wschodniej. Odłożyłem pracę i przez cały dzień nie odrywałem oczu od ekranu – oto na moich oczach tworzyła się historia. Wieczorem zadzwoniłem do Morrisa. Kiedy podniósł słuchawkę, obaj zapytaliśmy jednocześnie: „Oglądał pan dziś telewizję?”. Ze zdumieniem i z zachwytem rozmawialiśmy o rewolucyjnych konwulsjach, wstrząsających światem komunistycznym.

Na Boże Narodzenie otrzymałem od Morrisa kartkę świąteczną. Drżącą ręką napisał: „Nasze marzenia sprzed pół wieku spełniają się – aż trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, i to tak szybko. Cieszy nas, że się do tego przyczyniliśmy”.

No cóż, Jim Fox niezbyt się do tego przyczynił, ale Morris i Eva Childsowie na pewno tak. Niewielu Amerykanów dało naszemu krajowi tyle, ile oni.

Po nabożeństwie Fox i Boyle poszli do wytwornej włoskiej restauracji, usiedli w zacisznym kącie i przy podwójnym martini zaczęli snuć wspomnienia. Przypominali dwóch generałów, którzy omawiają przebieg kampanii wojennej. Rozmowa była chaotyczna, przeskakiwali z tematu na temat. Przerzucając się anegdotami, próbowali odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: Dzięki czemu przez tyle czasu udało nam się prowadzić tak niewiarygodną operację?

Oczywiście była w tym wielka zasługa Morrisa. Boyle opowiedział historię o Morrisie, Angeli Davis i dziesięciu tysiącach dolarów. Ciekawe było to, że o jej finale nigdy nie poinformował centrali.

Wszystko zaczęło się w roku 1970. Podczas procesu trzech skazańców, oskarżonych o zamordowanie strażnika w więzieniu Soledad w Kalifornii, ktoś przemycił broń do sali sądowej. W trakcie strzelaniny zginęli sędzia przewodniczący i trzy inne osoby. FBI rozpoczęło ogólnokrajowe poszukiwania Angeli Davis, młodej komunistki i wykładowczyni, którą oskarżono o zorganizowanie przemytu broni do budynku sądu. Poszukiwania trwały prawie dwa miesiące. W końcu Morris dowiedział się od jednego z działaczy partii komunistycznej, gdzie w Nowym Jorku ukrywa się Davis.

FBI natychmiast aresztowało poszukiwaną i aby ukryć rolę Morrisa, rozpuściło plotkę, że Davis schwytano dzięki świetnej pracy wywiadowczej agentów terenowych i ich zwierzchników. Centrala miała wyrzuty sumienia, że zasługi Morrisa przypisuje innym osobom, postanowiła więc zrekompensować mu to specjalną premią pieniężną. Szefowi oddziału chicagowskiego FBI powiedziano: „Proszę tylko wymienić kwotę – zapłacimy”. Boyle zaprotestował: Morris nie pracuje dla pieniędzy i obrazi się, że potraktowano go jak pierwszego lepszego płatnego konfidenta. Największą przyjemność sprawi mu krótki osobisty list od dyrektora, J. Edgara Hoovera. Centrala jednak obstawała przy swoim: Morris zasługuje na pieniężną nagrodę, bo dzięki jego informacji o kryjówce Angeli Davis oszczędzono miliony dolarów, które kosztowałaby dalsza akcja poszukiwawcza[2].

Szef oddziału chicagowskiego, Boyle, Morris i Eva usiedli przy wielkim biurku na zapleczu biura, które podczas operacji służyło FBI za przykrywkę. Po gratulacjach szef oddziału zaczął układać na biurku, jeden obok drugiego, banknoty studolarowe. Morris zerknął spode łba na Boyle’a, łokciem odtrącił pieniądze i przesunął krzesło w prawo, żeby znaleźć się dalej od nich. Niemal się nie odezwał i razem z Boyle’em odprowadził szefa oddziału do drzwi. Kiedy wrócili na zaplecze, pieniędzy, w sumie 10 000 dolarów, nie było. Eva schowała je do kieszeni.

Za pośrednictwem katolickiej fundacji dobroczynnej z Chicago Boyle z żoną adoptowali sześcioro dzieci (w tym dwoje czarnoskórych). Morris wiedział, że Boyle aktywnie wspiera działalność fundacji. Kiedy następnym razem Boyle zjawił się na zapleczu, na biurku leżała koperta zaadresowana na jego nazwisko. W środku był czek bankierski na 10 000 dolarów, wystawiony na katolicką fundację.

O pogardzie Morrisa dla pieniędzy i o czystości jego pobudek świadczył też wymownie tak zwany układ z CIA. FBI nie ujawniło CIA tożsamości swojego informatora, ale oczywiście przekazywało jej niektóre informacje dostarczone przez Morrisa, poprzedzając raporty beznamiętnym zwrotem: „Wiemy z wiarygodnego źródła, że…” .CIA jednak oceniała i weryfikowała te często spektakularne raporty. Nie było wątpliwości, że informacje pochodzą od osoby, która ma bliski kontakt z komunistycznymi przywódcami, a może nawet od któregoś z nich.

W końcu CIA próbowała przynajmniej częściowo przejąć kontrolę nad operacją, mimo że dokładnie nie wiedziała, na czym ona polega. Zaproponowała FBI dowolną kwotę – „nie ma ograniczeń” – w zamian za „pewien nadzór” i obiecała płacić głównemu informatorowi roczną pensję w wysokości 250 000 dolarów netto (na początek).

FBI nie miało zamiaru wyzbywać się „klejnotów rodowych”, jak to ujął Boyle, ale uznało, że przyzwoitość wymaga poinformowania Morrisa o propozycji. Morris dostawał z FBI niewielką pensję, której dużą część pochłaniały koszty operacyjne. Wystarczyłoby, żeby dalej robił to samo przez wiele lat, a zarabiałby ćwierć miliona dolarów rocznie.

Morrisowi wystarczyło pół minuty, żeby kategorycznie odrzucić ofertę. Uważał, że obowiązuje go lojalność wobec FBI. „Ludzie powinni poświęcać się tej pracy dlatego, że wierzą w biuro i nasz kraj, a nie dlatego, że chcą zarobić”.

Kierując się tymi idealistycznymi pobudkami, Morris narażał zdrowie i życie, gotów znosić wszelkie niewygody. Chociaż on i Eva byli ludźmi zamożnymi, sami musieli szorować podłogi i sprzątać toaletę w swoim mieszkaniu, bo ze względów bezpieczeństwa nie chcieli wpuszczać do domu sprzątaczki. Pewnego razu Morris, chory i wyczerpany, zameldował się po powrocie z Moskwy Gusowi Hallowi. Ten zaciągnął go do swojego domu na Long Island i zatrudnił przy kopaniu grządek w ogrodzie. Drobne ciało Morrisa było słabe i wątłe, ale wola – silna i nieugięta.

Rozmowę Foxa i Boyle’a przerwała kelnerka, która zapytała, czy chcieliby zamówić obiad. Mężczyźni jednak znów zamówili martini i kontynuowali wspominki[3].

Kiedy Boyle usłyszał, że Gus Hall nazywa Morrisa swoim „sekretarzem stanu”, uznał to za żart. Morris jednak zapewnił go, że Hall wcale nie żartował.

– Dla ciebie może brzmi to śmiesznie, ale przy ich sposobie myślenia taki tytuł jest całkiem logiczny. A trzeba nauczyć się myśleć tak jak oni.

Geniusz szpiegowski Morrisa polegał właśnie na tym, że potrafił myśleć tak jak Sowieci i dzięki temu wykorzystywał ich fałszywe przekonania i oderwanie od rzeczywistości. Przez długie lata zręcznie wyzyskiwał sowieckie złudzenia co do siły i wpływów Komunistycznej Partii USA.

Według sowieckiej wykładni marksizmu-leninizmu z praw dziejowych wynikało, że KP USA przejmie władzę w Stanach Zjednoczonych. Dlatego zdaniem przywódców sowieckich partia ta reprezentowała faktyczny rząd amerykański, który tylko „chwilowo jest pozbawiony władzy”, ale niechybnie tę należną mu władzę przejmie. Były to czyste fantazje, ale gdyby Sowieci odrzucili dogmaty, na których opierały się ich rządy w Rosji, gdyby przyznali, że Marks i Lenin są omylni, to jak uzasadniliby dalsze sprawowanie władzy? A ponieważ wierzyli w absurdalne dogmaty, uważali „tego nieuka” Gusa Halla za prezydenta, a Morrisa za sekretarza stanu, „chwilowo pozbawionych władzy”.

Morris rozumiał, dlaczego na Kremlu cenią i wspierają partię amerykańską. Znacznie wyolbrzymiając jej wpływy, łudzili się po prostu, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych może ona powtórzyć swoje sukcesy z lat trzydziestych. Ponieważ partia żarliwie popierała ruch antywojenny, Rosjanie uważali, że jest jego główną siłą napędową i odgrywa w nim kierowniczą rolę. To samo dotyczyło wszelkich innych ruchów lub demonstracji. Jeśli zdarzyło się, że partia i niekomuniści porozumieli się w jakiejś sprawie i podjęli wspólne działania, w Moskwie całą zasługę przypisywano komunistom. Ani Hall, ani Morris nigdy nie powiedzieli moskiewskim przywódcom: „Tak, braliśmy w tym udział, ale nasza rola była raczej niewielka”. Moskiewscy patroni partii mieli więc wszelkie podstawy, by wyolbrzymiać jej znaczenie i skutki jej działalności.

Wiedząc, co myślą Sowieci o nim i partii amerykańskiej, Morris z przekonaniem wcielał się w rolę sekretarza stanu, czyli ministra spraw zagranicznych sowieckiego państwa satelickiego. W tym charakterze regularnie spotykał się z sowieckimi przywódcami i z większością z nich był na „ty”.

Fox i Boyle byli zgodni, że nawet Morris prawdopodobnie nie mógłby dokonać tego, czego dokonał, gdyby nie niekonwencjonalne działania FBI.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 W najpilniej strzeżonych aktach FBI Morris Childs figurował jako CG-5824S*. Między sobą agenci FBI nazywali go po prostu „58”. „CG” znaczyło Chicago, „S” – security (bezpieczeństwo), asterysk zaś – że informator nigdy nie może zeznawać w sądzie ani w żaden inny sposób zostać zidentyfikowany.

2 Ława przysięgłych uniewinniła Davis. Zeznania Morrisa zapewne zainteresowałyby sąd, ale nie mógł on zeznawać, a przekazane przez niego informacje nie mogły zostać włączone do materiału dowodowego.

3 Fox streścił później tę rozmowę: „Nie piliśmy po to, żeby się upić. Odwlekaliśmy obiad, bo chcieliśmy, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Wiedzieliśmy, że nigdy się już nie powtórzy”.