Wydawca: Powergraph Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 155 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Amelia i Kuba - Rafał Kosik

Rafał KosikAmelia i Kuba. Godzina duchów”

Rafał Kosik „Kuba i Amelia. Godzina duchów”

Rafał Kosik, który sprawił, że polskie nastolatki masowo czytają bestsellerową serię „Felix, Net i Nika”, postanowił zachęcić do czytania trochę młodszych.

Oto na nowe osiedle sprowadzają się kolejni mieszkańcy. Jedenastoletnia Amelia poznaje jedenastoletniego Kubę, a zwykła przeprowadzka okazuje się początkiem niezwykłej przygody, w którą zamieszani będą: Amelia i Kuba, szalony naukowiec, legwan Franek, sąsiadka - pani Kożuszek, nadpobudliwy pies Imbir, pewna nierozgarnięta Celebrytka, nowa linia jogurtów, wybitnie inteligentny brat Amelii i wybitnie postrzelona, złośliwa siostra Kuby. No, i jeszcze... DUCHY. Takie całkiem współczesne.

Amelia i Kuba, Kuba i Amelia. Dwa różne spojrzenia na tę samą historię. Dla dziewczyn i dla chłopaków. Dla chłopaków i dla dziewczyn. Dla wszystkich. Bo czasem warto się zastanowić, co myśli i czuje drugi człowiek, każdy przecież widzi ten sam świat w inny sposób. A te książki sprawią, że dzieciaki w wieku 7-11 lat pokochają czytanie!

Opinie o ebooku Amelia i Kuba - Rafał Kosik

Cytaty z ebooka Amelia i Kuba - Rafał Kosik

czerwieni, bo, owszem, chciała mu się przyjrzeć, ale tak raczej z  ukrycia. Rzuciła szybkie spojrzenie i  pomyślała, że z  bliska jest nawet przystojniejszy… —  Cześć, jestem Kuba —  powiedział chłopak, uśmiechając się. —  A  ty? —  A  ja nie. —  Amelia usłyszała słowa, które sama wypowiedziała, jakby wbrew własnej woli, i  od razu zdała sobie sprawę z  tego, co palnęła. Aby pokryć zmieszanie, zeskoczyła z  drzewa, wyrzuciła amulet, czyli kawałek kory, wsunęła klapki i  pobiegła w  stronę swojej klatki schodowej. Kuba odprowadził ją zaskoczonym spojrzeniem.

Fragment ebooka Amelia i Kuba - Rafał Kosik

Rafał Kosik

AMELIA I KUBA

Godzina duchów

Warszawa 2014
Rafał Kosik AMELIA I KUBA Godzina duchów ISBN: 978-83-64384-19-6 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2014 by Rafał Kosik Copyright © 2014 by Powergraph Copyright © 2014 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

w któ­rym do Zamku spro­wa­dza się kró­le­wicz, Ame­lia się odro­binę kom­pro­mi­tuje, a młod­sze rodzeń­stwo dys­ku­tuje o „Rycer­zach i insek­tach”.

Ame­lia Domeyko miała jede­na­ście lat, czarne włosy i lubiła marzyć.

Teraz wyobra­żała sobie, że sie­dzi na dzie­dzińcu śre­dnio­wiecz­nego zamku. Dom przy ulicy Dębo­wej przy­po­mi­nał bowiem tro­chę zamek. Kwa­dra­towe podwórko wyglą­dało jak dzie­dzi­niec oto­czony ze wszyst­kich stron murami sze­ścio­pię­tro­wego budynku. Na ten dzie­dzi­niec można się było dostać przez bramę, która sta­no­wiła tunel wycięty w par­te­rze budynku, a dostępu do wnę­trza bro­niła solidna krata umiesz­czona w poło­wie tego tunelu. Tak, ten dom zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­nał zamek. I tak wła­śnie w roz­mo­wach mię­dzy sobą nazy­wali go miesz­kańcy.

Na środku podwórka, no może odro­binę z boku, rosło wiel­kie drzewo. Był to stu­letni, albo i star­szy, dąb. Pamię­tał czasy, gdy w tym miej­scu rósł jesz­cze las. To już histo­ria. Teraz oko­liczne tereny zdo­by­wało mia­sto. Wokół, zamiast drzew, wyra­stały nowe budynki. Żeby zoba­czyć las, trzeba by się wybrać na długi spa­cer. Ale komu by się chciało w taki upał iść tak daleko.

Ame­lia sie­działa w cie­niu, na naj­niż­szej gałęzi dębu ze swoim szki­cow­ni­kiem na kola­nach. Gałąź była na tyle gruba, że sie­działo się na niej jak na ławce. Mimo że wisiała dwa metry nad zie­mią, dawało się na nią wejść dzięki małemu pagór­kowi, który usy­pali chyba budow­ni­czo­wie Zamku.

Ame­lia uwiel­biała ryso­wać, i była w tym naprawdę dobra. Czę­sto na papier prze­no­siła swoje marze­nia. Dziś jesz­cze nie zde­cy­do­wała, kim chce być na swoim rysunku. Czy uwię­zioną na Zamku kró­lewną, którą ma uwol­nić piękny kró­le­wicz na bia­łym koniu. Czy może kró­lewną, która schro­niła się przed pości­giem złego czar­no­księż­nika. Albo roz­bój­nika, herszta okrut­nej bandy.

Obok sie­dział Albert, dzie­wię­cio­letni brat Ame­lii. Chudy oku­lar­nik nie był takim cał­kiem zwy­czaj­nym dziec­kiem. Teraz na małym lap­to­pie grał w Ryce­rzy i insekty i nie zwra­cał uwagi na oto­cze­nie. Wiele osób uwa­żało go za nie­zbyt roz­gar­nię­tego, bo pra­wie się nie odzy­wał, nawet jeśli zada­wano mu pyta­nie. Ale ludzie mylili się, Albert po pro­stu nie widział potrzeby odpo­wia­dać na pyta­nia zbyt oczy­wi­ste albo nie­cie­kawe.

Ame­lia nie miała pomy­słu, jak umie­ścić brata w swoim marze­niu. Lubiła czuć jego obec­ność i to jej wystar­czało. Sku­piła się więc na ryso­wa­niu całej reszty. Naszki­co­wała zamek, który tro­chę przy­po­mi­nał apar­ta­men­to­wiec przy Dębo­wej, i kró­le­wi­cza na bia­łym koniu. Tak, kró­le­wicz zde­cy­do­wa­nie stwa­rzał cie­kaw­sze moż­li­wo­ści niż roz­bój­nik.

Ode­rwała od gałęzi spory obru­szany kawa­łek kory, który pew­nie i tak zaraz sam by odpadł, i przyj­rzała mu się ze wszyst­kich stron. Oto magiczny amu­let, który sprawi, że kró­le­wicz odnaj­dzie drogę do jej serca. Tylko jak to poka­zać na rysunku?

Ame­lia wygła­dziła różową sukienkę i zasta­no­wiła się, jak w taką pogodę musiało być gorąco kró­lew­nom, dawno temu. Dłu­gie suk­nie, te wszyst­kie gor­sety, halki i poń­czo­chy. I brak prysz­ni­ców z cie­płą wodą. Brrr, okro­pień­stwo! Jej sukienka, mimo że dość długa – Ame­lia nie lubiła bowiem mini – była cał­kiem prze­wiewna. Wyszpe­rała ją na prze­ce­nie, a ciu­szek kosz­to­wał gro­sze. Oka­zała się jej ulu­bio­nym stro­jem tego lata. Ame­lia uwiel­biała ten brudny odcień różu tak inny od cukier­ko­wych odcieni, w któ­rych gusto­wały jej kole­żanki. Zwy­kle zakła­dała do niej trampki, dziś w ten upał wyjąt­kowo zało­żyła klapki.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją szczęk metalu. Pan Zenek, straż­nik osie­dlowy, otwie­rał bramę. To zda­rzało się rzadko. Samo­chody miesz­kań­ców nie wjeż­dżały na podwórko, lecz spe­cjal­nym zjaz­dem – wprost na pod­ziemny par­king. Wyjąt­kiem był Bar­dzo Ważny Dyrek­tor, który par­ko­wał tu swoją limu­zynę. Albert wyre­cy­to­wał mu kie­dyś frag­ment kodeksu dro­go­wego, zabra­nia­jący par­ko­wa­nia samo­chodu na placu zabaw. Od tego czasu Dyrek­tor patrzył na niego z ukosa.

Straż­nik poma­chał przy­jaź­nie do dzieci. Ame­lia w odpo­wie­dzi uśmiech­nęła się do niego. Bar­dzo lubiła pana Zenka. Pod pozo­rem suro­wo­ści skry­wał dobre serce.

— Nowi — oznaj­mił Albert, nie uno­sząc wzroku znad lap­topa.

Rze­czy­wi­ście na podwórko wto­czyła się cię­ża­rówka z napi­sem „Prze­pro­wadzki”. Dom został nie­dawno wybu­do­wany i więk­szość miesz­kań była jesz­cze pusta. Rodzina Ame­lii spro­wa­dziła się na samym początku.

Cię­ża­rówka zatrzy­mała się przed pia­skow­nicą. Z placu zabaw nikt nie korzy­stał, bo pod koniec waka­cji Ame­lia i Albert byli jed­nymi z nie­licz­nych dzieci w całym apar­ta­men­towcu. Ame­lia uwa­żała się za zbyt doro­słą, by się choć zbli­żyć do huś­ta­wek. No, był jesz­cze syn Bar­dzo Waż­nego Dyrek­tora, ale on ni­gdy nie wycho­dził na podwórko, a co za tym idzie, nie zapo­znał się z rodzeń­stwem Domey­ków.

Ame­lia uzu­peł­niła szybko swój rysu­nek o machinę oblęż­ni­czą, która zbliża się do Zamku. Machina tro­chę przy­po­mi­nała cię­ża­rówkę do prze­pro­wa­dzek. Nie skoń­czyła jej ryso­wać, za cię­ża­rówką wje­chał bowiem biały pick-up, z któ­rego wysia­dły cztery osoby. Jedną z nich był jasno­włosy chło­pak. Ame­lii spa­dły klapki. Dosłow­nie. Na widok chło­paka ner­wowo zama­chała nogami i klapki spa­dły na trawę pół metra niżej, na pagó­rek pod dębem. A niech to!

Szybko wzięła się w garść i prze­stała na niego gapić. Wró­ciła do rysunku. Rzecz jasna co chwila zer­kała w tamtą stronę, ale uda­wała, że nie zerka. Nowo przy­była rodzina i kilku face­tów od prze­pro­wa­dzek krę­ciło się wokół cię­ża­rówki.

— Powin­ni­śmy iść na obiad. — Albert kli­kał w kla­wia­turę, wyda­jąc pole­ce­nia pod­le­głej mu armii. — Już pora.

— Aku­rat teraz? — zapy­tała Ame­lia.

— Mama mówiła, że obiad będzie za pół­to­rej godziny. — Pod­su­nął jej pod nos zega­rek.

— Nie możesz wszyst­kiego brać tak dosłow­nie.

— Pół­to­rej godziny to dzie­więć­dzie­siąt minut.

Ame­lia pokrę­ciła głową.

— Nie musimy być tak pre­cy­zyjni. Ludzie to nie maszyny. Jeżeli ktoś mówi „pół­to­rej godziny”, cza­sem może to ozna­czać godzinę, a cza­sem dwie godziny.

— Czy biały pick-up liczy się jako biały koń? — zapy­tał Albert.

— Co? — Ame­lia unio­sła brwi.

W odpo­wie­dzi Albert popu­kał pal­cem w jej szki­cow­nik, a dokład­niej w kró­le­wi­cza na bia­łym koniu. Ame­lia dopiero po chwili zro­zu­miała, co brat ma na myśli.

— Kur­czaki, on tu idzie… — szep­nęła, widząc, jak kró­le­wicz, to zna­czy nie­zna­jomy chło­pak, zbliża się do niej. Poczuła, że się czer­wieni, bo, ow­szem, chciała mu się przyj­rzeć, ale tak raczej z ukry­cia. Rzu­ciła szyb­kie spoj­rze­nie i pomy­ślała, że z bli­ska jest nawet przy­stoj­niej­szy…

— Cześć, jestem Kuba — powie­dział chło­pak, uśmie­cha­jąc się. — A ty?

— A ja nie. — Ame­lia usły­szała słowa, które sama wypo­wie­działa, jakby wbrew wła­snej woli, i od razu zdała sobie sprawę z tego, co pal­nęła. Aby pokryć zmie­sza­nie, zesko­czyła z drzewa, wyrzu­ciła amu­let, czyli kawa­łek kory, wsu­nęła klapki i pobie­gła w stronę swo­jej klatki scho­do­wej.

Kuba odpro­wa­dził ją zasko­czo­nym spoj­rze­niem.

— Albert — przed­sta­wił się brat Ame­lii. — Tak samo jak Ein­stein. Mam zespół Asper­gera i inte­re­suję się bada­niami nauko­wymi.

— Kogo masz? — zapy­tał odru­chowo Kuba.

— To taka cho­roba pole­ga­jąca na zabu­rze­niach umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych.

Do drzewa pode­szła sze­ścio­latka z kasz­ta­no­wymi wło­sami spię­tymi w kitkę na czubku głowy. Wyglą­dała nieco eks­cen­trycz­nie1, ubrana w czarną sukienkę, przez pierś prze­wie­siła zaś woj­skowy chle­bak, cały pory­so­wany dłu­go­pi­sem. Rysunki przed­sta­wiały różne dziwne zwie­rzęta, głów­nie mrówki.

— Jestem Milena, ale wszy­scy mówią na mnie Mi. Grasz ryce­rzami czy mrów­kami? — Dziew­czynka wgra­mo­liła się na gałąź obok Alberta i zer­k­nęła na ekran lap­topa. — Prze­grasz, jak nie będziesz nic robił. Tu trzeba cały czas paro­wać ciosy i ata­ko­wać. — Zama­chała wir­tu­al­nym mie­czem.

— Gram gene­ra­łem — odparł nie­chęt­nie Albert. — Widzę bitwę z góry. Można grać sze­re­go­wym żoł­nie­rzem, dowódcą oddziału albo gene­ra­łem.

— Czyli wysy­łasz armię i potem przez pół godziny cze­kasz, kto wygra? Nudy!

— No co ty! Przy­go­to­wy­wa­łem stra­te­gię tej bitwy przez kilka godzin. Teraz prze­ko­nam się, jak działa.

Albert zamknął lap­top, zesko­czył z gałęzi i odszedł w ślad za swoją sio­strą. Naprawdę musiał już iść na obiad. Był spóź­niony dwie minuty, a prze­cież bar­dzo nie lubił się spóź­niać.

Obszedł cię­ża­rówkę i pra­wie otarł się o sto­jącą kawa­łek dalej limu­zynę.

— Uwa­żaj, mały, bo zary­su­jesz lakier — powie­dział sto­jący obok Bar­dzo Ważny Dyrek­tor. — Twoi rodzice będą musieli zapła­cić, a na pewno ich nie stać.

Albert zatrzy­mał się i spoj­rzał na Dyrek­tora jak na zepsuty auto­mat z bato­nami. Dyrek­tor z kolei patrzył na niego z góry jak na nie­sfor­nego szcze­niaka. Łysiał solid­nie, miał czter­dzie­ści lat i tyle samo kilo­gra­mów nad­wagi. Ele­gancki szary gar­ni­tur ledwo opi­nał te kilo­gramy.

— Kodeks dro­gowy mówi wyraź­nie, że nie wolno par­ko­wać na placu zabaw — powie­dział Albert. — Łamie pan prawo.

— Coś z tym trzeba będzie zro­bić. — Dyrek­tor poki­wał głową, a jego dwa pod­bródki zatrzę­sły się. — Naj­le­piej będzie zli­kwi­do­wać ten plac zabaw. No, ile tam jesz­cze? — To ostat­nie pyta­nie skie­ro­wane było do robot­ni­ków, któ­rych cię­ża­rówka blo­ko­wała wyjazd.

Albert miał w zana­drzu wiele argu­men­tów i chęt­nie by ich wszyst­kich użył, dopro­wa­dza­jąc tym nie­chcący Bar­dzo Waż­nego Dyrek­tora do szew­skiej pasji, ale musiał już iść. Był spóź­niony trzy minuty.

* * *

Na obiad była zupa pomi­do­rowa, którą wszy­scy lubili. Albert, podob­nie jak jego tata, miał długą listę potraw, któ­rych nie­na­wi­dził. Ame­lia za to od kilku tygo­dni pró­bo­wała się odchu­dzać, choć, jak mówili wszy­scy, nie miała z czego. Nie jadła więc niczego, co było tłu­ste lub zbyt słod­kie. Mama wciąż zasta­na­wiała się, jak przy­go­to­wać obiad, który sma­ko­wałby wszyst­kim. Cza­sem, gdy miała dużo pracy, goto­wał tata. Ale wtedy było jesz­cze gorzej, bo on w ogóle nie przej­mo­wał się wyma­ga­niami reszty. Robił to, na co miał pomysł. Potem rodzina Domey­ków wpa­try­wała się smutno w tale­rze, a tata się zaja­dał. Wszyst­ko­żerny był nato­miast Imbir, ich pies rasy west high­land white ter­rier, mały, biały i kudłaty. Imbir w swym krót­kim życiu pożarł nie tylko zupę pomi­do­rową, sie­dem­na­ście suro­wych kotle­tów mie­lo­nych (za jed­nym razem) i ogromny tort uro­dzi­nowy z bitą śmie­taną, lecz rów­nież kilka butów, ostat­nich dwa­dzie­ścia stron bar­dzo gru­bej książki oraz krem Nivea. Tak, Domey­ko­wie byli rodziną skom­pli­ko­waną pod wzglę­dem kuli­nar­nym, ale zupa pomi­do­rowa to było coś, co lubili wszy­scy.

— Do dzie­wią­tej klatki wpro­wa­dzają się nowi — oznaj­miła mama, gdy skoń­czyła jeść.

Mama była nie­wy­soką natu­ralną bru­netką, z burzą loków. Pra­co­wała jako redak­torka, czyli popra­wiała książki, nim te tra­fiały do druku.

— Zauwa­ży­łem — odparł tata. — Zostało jesz­cze dużo pustych miesz­kań.

— Przez naj­bliż­szy rok wszy­scy będą kuć i wier­cić w ścia­nach — wes­tchnęła mama. — A ja prze­cież pra­cuję w domu.

— Mnie się to też zda­rza. Nic na to nie pora­dzimy.

Kuch­nia połą­czona była z jadal­nią, a jadal­nia z salo­nem. Tata Ame­lii i Alberta był archi­tek­tem, więc dobrze wie­dział, jak trzeba zapro­jek­to­wać jadal­nię, by była wygodna. W tym domu nikt nie ude­rzał w ścianę odsu­wa­nym krze­słem ani nie poty­kał się o szafkę, idąc do lodówki. Wszystko było na swoim miej­scu i jed­no­cze­śnie pod ręką.

Ame­lia pochła­niała zupę w przy­spie­szo­nym tem­pie, bo chciała jak naj­szyb­ciej zaszyć się w swoim pokoju. Czuła się fatal­nie po tym, co zro­biła na podwórku. To było idio­tyczne! Wciąż nie mogła uwie­rzyć, że powie­działa coś tak głu­piego, no i że ucie­kła.

Odnio­sła pusty talerz do kuchni i pobie­gła do sie­bie. Usia­dła na para­pe­cie i zapa­trzyła się w zamie­sza­nie na dole. Tra­ga­rze wno­sili kolejne pudła i meble. Serce zabiło jej szyb­ciej, gdy przy samo­cho­dzie poja­wił się Kuba. Wziął jedną z paczek i znikł w wej­ściu na klatkę. Wró­cił za chwilę po następny przed­miot.

— Jaki on silny… — szep­nęła.

— Pomaga nosić te kla­moty, bo wie, że się na niego gapisz — zauwa­żył trzeźwo Albert.

Ame­lia gwał­tow­nie zesko­czyła z para­petu. Brat stał w uchy­lo­nych drzwiach.

— A skąd ty to niby wiesz? — zapy­tała.

Albert tylko wzru­szył ramio­nami i odszedł. Dziew­czyna wie­działa, że nic wię­cej z niego nie wycią­gnie. Wie­działa też, że brat ma rację, choć bar­dzo nie chciała tego przy­znać. Albert był tak bar­dzo racjo­nalny2, że zwy­kle zło­ściła się na niego dwa razy. Raz, kiedy mówił jej coś nie­przy­jem­nego, a drugi – gdy oka­zy­wało się, że miał rację. Wtedy naj­chęt­niej by go udu­siła.

Przy­su­nęła się do okna tak, by nie było jej widać z podwórka. Kuba prze­niósł jesz­cze kilka wiel­kich paczek i nie spra­wiał wra­że­nia, aby robił to z wysił­kiem. Pew­nie coś tre­nuje, pomy­ślała Ame­lia.

Na huś­tawce bujała się sze­ścio­let­nia na oko dziew­czynka. Ame­lii spodo­bała się jej czarna sukienka i zie­lone wiel­kie buty spor­towe. Bujała się jak sza­lona, tak że ramię huś­tawki uno­siło się nie­mal do poziomu, a popi­ski­wa­nie zawia­sów sły­chać było aż tutaj. Ame­lia cze­kała jesz­cze z kwa­drans, ale Kuba wię­cej nie wyszedł.

Poja­wił się za to pan Zenek. Zacze­kał, aż sio­strze Kuby znu­dzi się huś­ta­nie. Gdy tylko zesko­czyła z huś­tawki i weszła do domu, pod­szedł do małej kratki wen­ty­la­cyj­nej obok okienka piw­nicz­nego dzie­wią­tej klatki. Kratka była obru­szana. Ame­lia pamię­tała, jak się bujała przy sil­niej­szym wie­trze. Co cie­kawe, nie wyglą­dało to, jakby straż­nik chciał ją napra­wić. On raczej upew­niał się, że kratkę daje się swo­bod­nie uchy­lać. W innej sytu­acji byłoby to intry­gu­jące, ale Ame­lia nie miała nastroju, żeby się nad tym teraz zasta­na­wiać. Poło­żyła się na łóżku i zmar­twiona wyda­rze­niami popo­łu­dnia, wtu­liła twarz w mię­ciutką i bie­lutką sierść Imbira. Pies, szczę­śliwy, że nikt nie prze­ga­nia go z zaka­za­nego tery­to­rium, delek­to­wał się swoim psim szczę­ściem.

* * *

Mama stała przed lustrem, robiła dziwne miny i nacią­gała sobie skórę na twa­rzy. Ame­lia zauwa­żyła to przez otwarte drzwi.

— Co ty robisz? — zapy­tała ze zdzi­wie­niem.

— Zmarszczki — odparła mama, dziw­nie wysu­wa­jąc szczękę.

— Robisz zmarszczki?

— Nie no, oglą­dam, jak się robią. Robią się od tego gapie­nia się w kom­pu­ter.

Ame­lia nie znała się na zmarszcz­kach, ale wie­działa dobrze, jak się je leczy.

— Idź do kosme­tyczki.

Do łazienki zaj­rzał też tata. Objął mamę i poca­ło­wał w szyję.

— Pięk­nie wyglą­dasz, kocha­nie — powie­dział. — Nie potrze­bu­jesz żad­nej kosme­tyczki.

Tata, pra­cu­jąc cały czas przy kom­pu­te­rze i uni­ka­jąc ruchu, wyho­do­wał sobie lekki brzu­szek. Nieco za dłu­gie (zda­niem mamy) włosy praw­do­po­dob­nie wyho­do­wał sobie, żeby wyglą­dać bar­dziej arty­stycz­nie. Mama za to była szczu­pła i drobna, nosiła dłu­gie spód­nice i roz­pusz­czone, krę­cone ciemne włosy. Takie same, jak Ame­lia.

— Kupię sobie krem — zade­cy­do­wała mama, a gdy tata wyszedł, dodała szep­tem do Ame­lii — tata ma wstrzy­mane wyna­gro­dze­nie, bo deve­lo­per ma kło­poty finan­sowe. Jakieś pro­blemy z nowym osie­dlem. Na razie nie za bar­dzo mogę sobie pozwo­lić na kosme­tyczkę.

* * *

W nocy Ame­lia długo leżała w łóżku, wpa­tru­jąc się w ciem­ność. Zacho­wała się jak zwy­kle, to zna­czy ze stra­chu i nie­śmia­ło­ści zro­biła coś głu­piego. Wpro­wa­dził się wresz­cie ktoś, z kim mogłaby poroz­ma­wiać, może nawet zaprzy­jaź­nić się. W dodatku przy­stojny. A ona, jak ostat­nia kre­tynka, rzu­ciła ten głupi tekst i ucie­kła. Jak to się mogło stać? Ale w sumie… to ten cały Kuba mógł się prze­cież ina­czej zacho­wać. Jakoś… ina­czej. Mógł zro­bić cokol­wiek, żeby Ame­lia… Tak, to jego wina, i tyle. Ame­lia, uspo­ko­jona tro­chę tym wytłu­ma­cze­niem, wresz­cie zasnęła.

* * *

Pan Zenek prze­wró­cił kolejną stronę książki i pocią­gnął łyk zim­nej kawy. Prze­biegł wzro­kiem po kilku moni­to­rach wewnątrz stró­żówki. Nic się na nich nie działo. Odkąd roz­po­czął tu pracę, czyli trzy mie­siące temu, jesz­cze ni­gdy nie wyda­rzyło się nic nie­spo­dzie­wa­nego. Dla­tego pozwa­lał sobie na czy­ta­nie. Trzy­mał książkę w taki spo­sób, by tuż nad nią widzieć moni­tory. Przy początku każ­dego aka­pitu na uła­mek sekundy uno­sił wzrok, po czym czy­tał dalej.

Była już noc i w apar­ta­men­towcu Oak Resi­dence3, któ­rej to nazwy nikt nie uży­wał, nie działo się nic. To się oczy­wi­ście zmieni, gdy reszta miesz­kań zosta­nie zasie­dlona. Teraz jed­nak naprawdę nic się nie działo. Obraz na moni­to­rach pozo­sta­wał nie­ru­chomy. Ze swo­jego fotela pan Zenek widział przez okno ceglaną ścianę i kawa­łek podwórka. Tam rów­nież pano­wał niczym nie­zmą­cony spo­kój.

Gdy prze­wró­cił kolejną kartkę, ponow­nie zer­k­nął na moni­tory. Już miał czy­tać dalej, ale kątem oka coś zoba­czył. Odło­żył książkę i przyj­rzał się bli­żej jed­nemu z moni­to­rów. Na par­kingu ktoś był! Par­king Zamku miał dwa poziomy i ktoś się wła­śnie prze­cha­dzał po pozio­mie minus dwa. I to w tej czę­ści, w któ­rej nikt jesz­cze nie par­ko­wał.

Straż­nik nachy­lił się do moni­tora. Nie potra­fił roz­po­znać intruza. Postać była nie­wy­raźna i pół­prze­zro­czy­sta. Pew­nie pro­blem z kamerą.

Pan Zenek wstał i wziął latarkę. Trzeba to spraw­dzić. Wyszedł na kory­tarz, scho­dami zszedł na naj­niż­szy poziom par­kingu i zapa­lił latarkę. Na sufi­cie paliły się lampy, ale po kątach czaił się pół­mrok.

— Jest tu kto? — rzu­cił w prze­strzeń.

Odpo­wie­działo mu tylko echo. Ruszył dalej, by obejść cały par­king. Stało tu led­wie kilka samo­cho­dów, a wszyst­kie bli­sko wjazdu. Za pierw­szym zakrę­tem już nikt nie par­ko­wał. Mimo że był tu już wiele razy, poczuł pewien nie­po­kój. Być może dla­tego, że postać z moni­tora nie przy­po­mi­nała nikogo z miesz­kań­ców. A może dla­tego, że była tak nie­wy­raźna.

Tknięty nagłym prze­czu­ciem, odwró­cił się. Pusto. Bar­dzo nie chciał spraw­dzać całego wymar­łego par­kingu, ale na tym prze­cież pole­gała jego praca. Wes­tchnął więc ciężko i ruszył dalej.

Wtedy zupeł­nie bez­sze­lest­nie ktoś prze­szedł za jego ple­cami. Ten ktoś był nie­wy­raźny i pół­prze­zro­czy­sty.

Eks­cen­tryczny – ory­gi­nalny, odbie­ga­jący od ogól­nie przy­ję­tych zasad i norm [wróć]

Racjo­nalny – logiczny i roz­sądny. [wróć]

Oak Resi­dence (ang.) – Dębowa Rezy­den­cja. [wróć]