Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ambicja - Julie Burchill

Ile jesteś w stanie zrobić, by odnieść sukces? Dokąd zaprowadzi cię twoja Ambicja?

W książce, która zszokowała świat i w oka mgnieniu stała się bestsellerem, Julie Burchill ukazuje blaski i cienie kariery… Tobias Pope jest właścicielem popularnego brytyjskiego tabloidu. Jego bezwzględność wzbudza popłoch wśród podwładnych… Ale młoda, atrakcyjna i ambitna dziennikarka muzyczna, Susan Street, nie cofnie się przed niczym, by zdobyć posadę redaktor naczelnej. Jej chorobliwa Ambicja nie pozwala odpuścić, jej kodeks nie uznaje porażki. Kiedy szef stawia Susan kolejne niekonwencjonalne zadania, szybko okazuje się, że władza jej imponuje, a poniżenie ją podnieca…

 

 

Julie Burchill – urodzona w 1959 roku, angielska pisarka i dziennikarka. Mimo robotniczego pochodzenia i średniego wykształcenia współpracowała z „The Guardian” i „The Times”. Przez swoje artykuły krytykujące m.in. mężczyzn, Unię Europejską, muzułmanów i niektórych celebrytów, wyrobiła sobie opinię osoby kontrowersyjnej. W Polsce ukazał się jej bestseller „Ambicja”.

Opinie o ebooku Ambicja - Julie Burchill

Fragment ebooka Ambicja - Julie Burchill

Ju­lie Bur­chill

Am­bi­cja

Prze­ło­żył Wi­told Tu­rant

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Am­bi­tion

Co­py­ri­ght © Ju­lie Bur­chill 1989

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wi­told Tu­rant, MMXIV

Wy­da­nie II

War­sza­wa

Kie­dy wy­gry­wasz, nie czu­jesz bólu

Joe Na­math

1

W wiel­kim łożu w sty­lu re­gen­cji, któ­re wy­peł­nia­ło apar­ta­ment ho­te­lo­wy z wi­do­kiem na wy­brze­że w Bri­gh­ton, le­ża­ły dwie oso­by, ale tyl­ko jed­na z nich od­dy­cha­ła, po­pi­ja­jąc ma­ły­mi ły­ka­mi szam­pa­na Bol­lin­ger Brut i za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić da­lej.

Oso­ba ta na­zy­wa­ła się Su­san Stre­et, mia­ła pra­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat i była nie­mal pięk­na ze swo­imi dłu­gi­mi, ciem­ny­mi wło­sa­mi, dłu­gi­mi, bla­dy­mi no­ga­mi i ner­wo­wym uspo­so­bie­niem. Obok niej le­żał męż­czy­zna, któ­re­mu nie dane było do­żyć pięć­dzie­siąt­ki, nie mó­wiąc już o sześć­dzie­siąt­ce. Jesz­cze przed pół­go­dzi­ną był on na­czel­nym „Sun­day Best”, re­da­go­wa­ne­go z pa­zu­rem ma­ga­zy­nu, któ­re­go na­kład osią­gnął trzy mi­lio­ny eg­zem­pla­rzy i wzra­stał. Nie­ste­ty, na­czel­ny nie do­cze­kał na­kła­du czte­rech mi­lio­nów, po­nie­waż jego za­stęp­czy­ni, Su­san Stre­et, wy­pra­wi­ła go wła­śnie na tam­ten świat za po­mo­cą sek­su­al­ne­go spek­ta­klu, któ­ry ode­gra­ła z tak wy­jąt­ko­wą wir­tu­oze­rią, że jego ser­ce nie wy­trzy­ma­ło tej pró­by. „Al­bo­wiem jego ser­ce, tak jak i wszyst­ko w nim, było sła­be” – my­śla­ła Su­san, ca­łu­jąc cie­płe jesz­cze war­gi.

Wy­sko­czy­ła z łóż­ka w swo­im gor­se­ci­ku od Ja­net Re­ger, w któ­rym wy­glą­da­ła jak call girl, a my­śla­ła ni­czym al­fons. Przej­rza­ła się w lu­strze i stwier­dzi­ła, iż ów ską­py strój dźwi­gał na so­bie przy­najm­niej dwie trze­cie od­po­wie­dzial­no­ści za przed­wcze­sną śmierć Char­le­sa Ast­neya. Re­ak­cje męż­czyzn, tych słod­kich nie­zdar, były tak ła­twe do prze­wi­dze­nia! Wszy­scy uwiel­bia­li mi­łość fran­cu­ską, pan­to­fle na szpil­kach i gor­se­ci­ki od Ja­net Re­ger. Gdy­by kie­dyś wy­bra­ła się w górę Ama­zon­ki, zna­la­zła ple­mię nie­zna­ją­ce bia­łe­go czło­wie­ka ani „Play­boya” i za­bra­ła się do rze­czy w od­po­wied­ni spo­sób, tak­że i oni po­ko­cha­li­by sto­sun­ki fran­cu­skie, pan­to­fle na szpil­kach i gor­se­ci­ki od Ja­net Re­ger.

Męż­czyź­ni mie­li to we krwi i pod skó­rą. A kim­że była ona, by ode­brać im ten znie­wa­la­ją­cy i wy­nisz­cza­ją­cy nar­ko­tyk, któ­re­go tak bar­dzo pra­gnę­li?

Kim ona była? Su­san Stre­et…

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy, jak zni­ka de­seń w na­gle wstrzą­śnię­tym dzie­cin­nym ka­lej­do­sko­pie. Na czwo­ra­kach okrą­ży­ła wy­ło­żo­ny czer­wo­nym dy­wa­nem po­kój, ostroż­nie zbie­ra­jąc reszt­ki roz­gnie­cio­nych fio­lek po azo­ta­nie amy­lu. Prze­mie­rzy­ła po­kój po raz dru­gi, po czym usy­pa­ła na ga­ze­cie – wczo­raj­szym wy­da­niu „Best” – szkla­ny kop­czyk, za­ło­ży­ła śmier­tel­nie czer­wo­ne szpil­ki od Blah­ni­ka, a na­stęp­nie star­ła szkło na ide­al­ny pro­szek. Przez jed­ną sza­lo­ną chwi­lę po­my­śla­ła o zmie­sza­niu go z tal­kiem i po­da­ro­wa­niu swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce i naj­gor­sze­mu wro­go­wi, In­grid Irving. In­grid – nu­mer trze­ci w pi­śmie po­czyt­niej­szym od „Sun­day” – była źró­dłem nie­usta­ją­cej iry­ta­cji Su­san i stu­pro­cen­to­wą ko­ka­inist­ką. Jej za­to­ki znaj­do­wa­ły się w tak okrop­nym sta­nie, że mo­gła wcią­gać pro­szek, nie­mal nie ro­biąc prze­rwy na od­dech.

Po­tem Su­san spoj­rza­ła na męż­czy­znę w łóż­ku. Jak na je­den dzień na­ro­bi­ła już do­syć szkód. A może wy­star­czy­ło­by tego na dzie­sięć ży­wo­tów?

Star­cie na pro­szek spraw­cy śmier­ci Ast­neya na uko­cha­nej przez nie­go ga­ze­cie do­pro­wa­dzi­ło ją do hi­ste­rycz­ne­go śmie­chu. Komu po­trzeb­na wczo­raj­sza ga­ze­ta, komu po­trzeb­ny wczo­raj­szy fa­cet? Opa­dła na łóż­ko, jak­by otrzy­ma­ła tra­gicz­ny te­le­fon, wal­cząc jed­no­cze­śnie ze śmie­chem. Do oczu na­pły­nę­ły jej łzy.

Ist­niał swo­je­go ro­dza­ju trój­kąt – nie z jego żoną, ona się nie li­czy­ła. On, Su­san i „Best”. Obo­je ko­cha­li to pi­smo, obo­je pra­co­wa­li dla nie­go przez sześć lat, obo­je do­pro­wa­dzi­li je na wy­ży­ny i za­mie­rza­li do­pro­wa­dzić je jesz­cze wy­żej. Aż na sam szczyt.

Ze­rwa­ła się i po­bie­gła do ła­zien­ki. Pła­kać bę­dzie póź­niej. Łzy z lo­dem, wstrzą­śnię­te i za­mie­sza­ne. Wrzu­ci­ła szkło do musz­li i raz za ra­zem spłu­ki­wa­ła, tak że na­wet naj­bar­dziej wy­bred­ni go­ście mo­gli­by pić z niej swo­je da­iqu­iri. Na­stęp­nie, po­wstrzy­mu­jąc hi­ste­rię, we­szła do sy­pial­ni, zło­ży­ła dło­nie w wiel­ką pięść i ude­rzy­ła się w brzuch tak moc­no, że aż za­łka­ła z bólu. Póź­niej za­czę­ła krzy­czeć i krzy­cząc, wy­krę­ca­ła nu­mer 999; ze wzglę­du na pa­znok­cie po­słu­gi­wa­ła się cięż­kim zło­to-czar­nym pió­rem Mont Blanc, pierw­szym pre­zen­tem od Char­le­sa.

Kie­dy ode­zwał się dy­żur­ny po­li­cjant, za­łka­ła:

– Och, pro­szę szyb­ko… Zda­rzył się śmier­tel­ny wy­pa­dek w ho­te­lu na West Pier, to ten na­praw­dę duży… Tak, to ten… Char­les Ast­ney… Nie, nie. Je­stem pra­cow­ni­cą. Na­zy­wam się Su­san Stre­et… Dzię­ku­ję, tak… Tak szyb­ko, jak to bę­dzie moż­li­we.

Ostroż­nie odło­ży­ła słu­chaw­kę i uśmiech­nę­ła się do swo­je­go od­bi­cia z ja­sny­mi ocza­mi i wil­got­ny­mi war­ga­mi. Nig­dy nie wy­glą­da­ła le­piej. Czy nie była po­dob­na do so­czy­ście opi­sy­wa­nych w po­wie­ściach he­ro­in po ak­cie mi­ło­snym? Nie, seks nig­dy tak na nią nie wpły­wał – roz­ma­zy­wał tyl­ko tusz i szmin­kę. Je­dy­nie wła­dza nada­wa­ła dziew­czy­nie ko­rzyst­ny wy­gląd.

– Na­zy­wam się Su­san Stre­et i je­stem naj­młod­szą w świe­cie ko­bie­tą re­dak­to­rem na­czel­nym ga­ze­ty.

Męż­czy­zna w łóż­ku drgnął raz jesz­cze, jak­by wy­ra­ża­jąc zgo­dę.

Opar­ła czo­ło o szy­bę i ob­ser­wo­wa­ła pięk­ny kra­jo­braz Sus­sex. Wszy­scy ci lu­dzie w swo­ich do­mach… Ileż jest wśród nich na­sto­la­tek ma­rzą­cych o uciecz­ce? Ty­sią­ce. Jak wie­le z nich to uczy­ni? Na­wet nie set­ka.

Czu­ła się nie­opi­sa­nie zmę­czo­na. Cięż­ka pró­ba się za­koń­czy­ła, przy­najm­niej na ra­zie. Po­li­cja zo­ba­czy­ła po­pla­mio­ną po­ściel i jej dłu­gie, dłu­gie nogi w czer­wo­nych pan­to­flach. Wy­słu­cha­li w mil­cze­niu płacz­li­wej opo­wie­ści o jego kło­po­tach z ser­cem, na któ­re cier­piał, jesz­cze za­nim go po­zna­ła. Mło­dy po­li­cjant – to praw­da, że po­li­cyj­ny mun­dur od­mła­dza – za­ru­mie­nił się aż po czub­ki wło­sów. Wy­beł­ko­ta­ła coś o jego żo­nie w Rich­mond i o tym, ja­kie to wszyst­ko okrop­ne.

Star­szy po­li­cjant prze­ko­ny­wał ją, że nie ma się czym mar­twić i że jego chło­pak oso­bi­ście do­pil­nu­je, by wia­do­mość do­tar­ła do pani Ast­ney. Uda­ło jej się opa­no­wać od­ruch, by ze­rwać się i za­pro­po­no­wać, że sama to zro­bi. „Och, przy oka­zji, Lor­ra­ine… Jego ostat­nie sło­wa brzmia­ły: «Już mi do­brze, ty dziw­ko…»”

Jak dżo­kej na wi­dok mety po­chy­li­ła się do przo­du w swo­im fo­te­lu w wa­go­nie pierw­szej kla­sy, po­ga­nia­jąc że­la­zne­go ru­ma­ka. Po­spiesz się. Pro­szę. Wieś jest dla krów, wieś jest miej­scem, z któ­re­go się ucie­ka albo gdzie się osia­da u schył­ku ży­cia, ale nie żyje się tu, zwłasz­cza kie­dy się jest mło­dą i pra­wie pięk­ną ko­bie­tą. Ko­cha­ła mia­sto, po­trze­bo­wa­ła go, na­le­ża­ła do nie­go…

A te­raz mia­sto na­le­ża­ło do niej…

Kie­dyś po­sia­da­ła tyl­ko jed­ną rzecz zwią­za­ną z mia­stem – plan lon­dyń­skie­go me­tra. W póź­niej­szych la­tach – kie­dy czas na­ło­żył swo­je zwo­je na okrop­ny ból okre­su do­ra­sta­nia – na py­ta­nie o ulu­bio­ne­go ar­ty­stę od­po­wia­da­ła za­wsze: Har­ry Beck. Har­ry Beck bo­wiem pro­jek­to­wał fol­de­ry z pla­nem lon­dyń­skie­go me­tra. Pla­nem, pod któ­rym sy­pia­ła, pła­ka­ła i skre­śla­ła dni w ka­len­da­rzu trzy­ma­nym z zi­mo­wy­mi ubra­nia­mi, tam gdzie do­ra­sta­ją­ca mło­dzież trzy­ma nie­przy­zwo­ite książ­ki. Wie­dzia­ła, że w oczach przy­ja­ciół i ro­dzi­ny pla­ny i ka­len­da­rze na­zna­cza­ją ją pięt­nem gor­szym niż na przy­kład nim­fo­ma­nia.

Pięt­nem am­bi­cji.

Sy­pia­ła pod tym pla­nem i ma­rzy­ła o sta­cjach An­gel, Mar­ble Arch, Whi­te City. Raz czy dwa razy do roku ucie­ka­ła i sa­mot­nie od­by­wa­ła sze­ścio­go­dzin­ną wy­ciecz­kę do swo­jej zie­mi obie­ca­nej, gdzie włó­czy­ła się po uli­cach z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma i ma­gne­to­fo­nem w ręku. W nocy za­sy­pia­ła z szu­mem lon­dyń­skich ulic w gło­wie, wi­dzia­ła je w snach, a rano bu­dzi­ła się z pła­czem, bo znów osia­da­ła na mie­liź­nie mia­stecz­ka w West Co­un­try, na uro­dze­nie się w któ­rym zo­sta­ła ska­za­na.

Coś się jed­nak wy­klu­wa­ło. W wie­ku pięt­na­stu lat mia­ła wy­gląd, jak­by miesz­ka­ła w Ken­sing­ton czy Chel­sea, mó­wi­ła, jak­by po­cho­dzi­ła z Bow, a my­śla­ła, jak­by pra­co­wa­ła w City. Wie­dzia­ła już, że wieś nig­dy nie upo­mni się o nią. Jak­by w re­wan­żu za­gu­bio­ne du­sze, wsią­ka­ją­ce w po­ro­wa­tą gle­bę, oka­zy­wa­ły się ku­kuł­czy­mi ja­ja­mi za­pa­dły­mi głę­bo­ko w ru­cho­me pia­ski na­sto­let­nich na­rze­czeństw z czymś o ilo­ra­zie in­te­li­gen­cji war­to­ści po­ko­jo­wej tem­pe­ra­tu­ry, ma­ły­mi wrzesz­czą­cy­mi wam­pi­ra­mi w ka­mi­zel­kach od Vi­gel­li i la pe­tit hi­po­te­ką.

Pra­wi­co­we idee o wię­zi po­mię­dzy ludź­mi tej sa­mej kul­tu­ry i bar­wy oraz le­wi­co­we o wię­zi po­mię­dzy ko­bie­ta­mi opu­ści­ły Su­san dość wcze­śnie, spłu­ka­ne w szkol­nej to­a­le­cie. W tym cza­sie jej przy­ja­ciół­ki jak szczu­ry pró­bo­wa­ły uciec z to­ną­ce­go okrę­tu ich mło­do­ści. Ona po­zby­ła się wszel­kich złu­dzeń, za­nim jesz­cze osią­gnę­ła peł­no­let­niość; zrzu­ci­ła swo­ją do­tych­cza­so­wą cia­sną, wy­su­szo­ną skó­rę i wy­nu­rzy­ła się z niej jako stwo­rze­nie bez su­mie­nia oraz skru­pu­łów, po­wo­do­wa­ne iry­tu­ją­cym pra­gnie­niem pój­ścia „do przo­du”. Kie­dy „The Beat” ogło­sił, że po­szu­ku­je dzien­ni­ka­rza, od­po­wie­dzia­ła na kart­ce z ze­szy­tu (mo­gła na­pi­sać na ma­szy­nie, ale niech się tam śli­nią na myśl o jej nie­po­ka­la­nej mło­do­ści, sta­re dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nie pier­ni­ki, któ­re pew­nie uwa­ża­ją, że na­sto­lat­ki to mi­tycz­ne zwie­rzę­ta z ich naj­dzik­szych, ob­le­śnych, roc­ko­wych snów). Po­pro­si­li ją o ja­kiś tekst, a ona na­pi­sa­ła go naj­bar­dziej szkol­nym cha­rak­te­rem pi­sma, na jaki było ją stać. Na­czel­ny, Sam Kel­ly, przy­szedł do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra szko­ły, by wy­wo­łać ją z dwóch go­dzin mat­my i za­pro­po­no­wać jej pra­cę. Ale gdy uświa­do­mi­ła so­bie, że mia­ła pra­co­wać dla naj­więk­sze­go i naj­lep­sze­go pi­sma mu­zycz­ne­go na świe­cie, po­czu­ła nie tyle dumę i unie­sie­nie, ile wiel­ką ulgę i coś, co było nie­mal… roz­cza­ro­wa­niem.

A prze­cież to jej pój­ście w górę dało się w ja­kiś spo­sób prze­wi­dzieć. Sie­dzia­ła przy oknie w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra, gry­ząc pa­zno­kieć kciu­ka i pa­trząc na szkol­ne po­dwó­rze, gdzie jej ser­ce zo­sta­ło zła­ma­ne, a los przy­pie­czę­to­wa­ny. Za­pra­gnę­ła mieć ja­kiś wy­bór w spra­wach swo­jej am­bi­cji i suk­ce­su, jaki nie­uchron­nie mu­siał na­stą­pić.

W sześć ty­go­dni póź­niej pła­wi­ła się z Ga­rym Pri­de’em je­śli nie w luk­su­sie, to przy­najm­niej w am­fe­ta­mi­nie, któ­rą wdy­cha­li przez rur­kę zro­bio­ną z pięć­dzie­się­cio­fun­to­we­go bank­no­tu. W teo­rii za dnia pra­co­wa­ła dla „The Beat”, a w nocy sy­pia­ła w YWCA. W rze­czy­wi­sto­ści dzień spę­dza­ła na szla­ja­niu się po re­dak­cyj­nych po­ko­jach, czysz­cze­niu pa­znok­ci scy­zo­ry­kiem i kpi­nach z re­dak­cyj­nych ko­le­gów. W póź­niej­szych la­tach ta­kie za­cho­wa­nie okre­śla­no jako „wstęp do ka­rie­ry”.

W nocy sy­pia­ła z Ga­rym Pri­de’em w jego trum­nie w Li­me­ho­use. Dwu­dzie­sto­dwu­let­ni Gary Pri­de był wscho­dzą­cą gwiaz­dą mu­zy­ki pop i na­gry­wał okrop­ne pio­sen­ki za­wie­ra­ją­ce ta­kie sło­wa, jak „duma”, „du­sza”, „ra­dość”, „sza­cu­nek”, „god­ność”, po­wta­rza­ne wie­le razy i od­mie­nia­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Twier­dził, że skła­da tym hołd wy­twór­ni Mo­town. Pio­sen­ki te brzmia­ły rów­nie mu­rzyń­sko, jak na­gra­nia New Se­ekers, ale nie po­wstrzy­my­wa­ło to lu­dzi od ku­po­wa­nia jego płyt, a Su­san od sy­pia­nia z nim. W skry­to­ści du­cha ży­wi­ła jed­nak głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że po­win­no się go pu­blicz­nie roz­strze­lać za zbrod­nie prze­ciw­ko mu­rzyń­skiej mu­zy­ce.

Gary Pri­de miał brzyd­ką twarz i pięk­ny uśmiech, spra­wia­ją­cy, iż za­po­mi­na­ło się, jak bez­war­to­ścio­wym jest w grun­cie rze­czy czło­wie­kiem. Za­po­mi­na­li o tym wszy­scy z wy­jąt­kiem Su­san, któ­ra uwa­ża­ła go za szu­mo­wi­nę.

Sy­pia­ła z nim, po­nie­waż szyb­ko się na­uczy­ła, iż wiej­ska na­sto­lat­ka z no­ga­mi tan­cer­ki, chło­pię­cym ty­łecz­kiem i war­ga­mi dziw­ki z Port Sa­idu jest smacz­nym ką­skiem dla każ­de­go prysz­cza­te­go chłop­ca w skle­pie, żeby nie wspo­mnieć już o biu­rze, uli­cy i me­trze wiel­kie­go mia­sta. Gary sta­no­wił jej ochro­nę. Dzię­ki jed­nej nie­przy­jem­nej rze­czy (Gary) sta­wa­ła się od­por­na na całe mnó­stwo in­nych nie­przy­jem­no­ści, na któ­re by­ła­by na­ra­żo­na w po­dob­nej sy­tu­acji. Było to, mó­wiąc wul­gar­nie, uod­por­nie­nie przez in­iek­cję. Póź­niej stwier­dzi­ła, że co naj­mniej osiem­dzie­siąt pro­cent zna­nych jej dziew­czyn to­le­ro­wa­ło swo­ich chło­pa­ków z tych sa­mych przy­czyn.

Oczy­wi­ście, Gary Pri­de nic o tym nie wie­dział. Jak wszy­scy płyt­cy męż­czyź­ni wie­rzył w Praw­dzi­wą Mi­łość, o ile jest czę­sto sto­so­wa­na. Pi­sał dla niej pio­sen­ki: Wi­dzia­łem cię tań­czą­cą wo­kół to­reb­ki i Nig­dy nie ko­chaj mu­zy­ka soul. Była tak tym za­kło­po­ta­na, że mia­ła ocho­tę umrzeć albo, jesz­cze le­piej, za­bić go. Za­miast tego jed­nak to­wa­rzy­szy­ła mu do stu­dia Top Of The Pops i in­nych okrop­nych miejsc w ro­dza­ju Ay­les­bu­ry, gdzie ze­spo­ły pró­bo­wa­ły swo­ich sił przed lon­dyń­ski­mi kon­cer­ta­mi. Na­uczy­ła się igno­ro­wać na­sto­lat­ki krę­cą­ce się przy drzwiach, któ­re pro­wa­dzi­ły na es­tra­dę, i plu­ją­ce na dziew­czy­ny mu­zy­ków, na­wet wte­dy, gdy przy­le­pia­ło im się to do twa­rzy.

– Ty masz god­ność, dzie­wu­cho – po­wie­dział Gary (lu­bił to sło­wo). – Je­steś jak kró­lo­wa mat­ka.

Do­cho­wy­wał jej na ogół wier­no­ści, bo była jesz­cze wście­kle mło­da, nie­do­świad­czo­na i wciąż wraż­li­wa we­wnątrz tych swo­ich ob­ci­słych skó­rza­nych le­vi­sów. Tak­że dla­te­go, że pra­co­wa­ła w „The Beat”. („Tak, moja dziew­czy­na jest pi­sar­ką – pod­słu­cha­ła kie­dyś, jak cheł­pił się przed ja­kimś po­dob­nym do nie­go to­ku­ją­cym kre­ty­nem – nie żad­ną tam ścier­ką z fir­my pły­to­wej”.) I dla­te­go, że była wte­dy dzie­wi­cą. Jego pierw­szą!

Te­raz mógł się z tego śmiać, co w obec­no­ści lu­dzi z jego oto­cze­nia czy­nił dość czę­sto, dość gło­śno i dość spro­śnie, ści­ska­jąc jej udo i ro­biąc wa­ze­li­niar­skie alu­zje do ich pierw­szej na­mięt­nej nocy. Przy­po­mi­na­ło to ży­cie z fil­mu pod ty­tu­łem Po­daj da­lej.

Ale kie­dyś omal jej nie za­bił.

– Je­steś czym?!! – Gary Pri­de wy­sko­czył z trum­ny roz­mia­rów king size i sta­nął na środ­ku swo­je­go po­ko­ju w Li­me­ho­use zu­peł­nie nagi, je­śli nie brać pod uwa­gę wy­ta­tu­owa­nych na ra­mie­niu trzech szó­stek.

– Dzie­wi­cą – wy­szep­ta­ła.

Za­pa­dła ci­sza. Wszy­scy im się przy­glą­da­li.

– Jezu, Su­san! – Gary od­wró­cił się w stro­nę swo­ich kum­pli, któ­rzy le­że­li po­roz­wa­la­ni na chod­ni­ko­wych pły­tach, oglą­da­jąc w te­le­wi­zji pro­gram Świat w sta­nie woj­ny z wy­łą­czo­nym dźwię­kiem, słu­cha­jąc na­grań ze­spo­łu 1910 Fru­it­gum Com­pa­ny, po­sa­pu­jąc i po omac­ku po­cią­ga­jąc z bu­te­lek, by ja­koś prze­żyć ko­lej­ną noc. – Precz stąd, ho­ło­to! Precz! Bo za­wo­łam Bil­la!

Rzu­ca­jąc mor­der­cze spoj­rze­nia w kie­run­ku Su­san, ob­wi­nio­nej o roz­gnie­wa­nie pana i chle­bo­daw­cy, bie­siad­ni­cy wy­ta­cza­li się na zim­ne noc­ne po­wie­trze. Gary Pri­de za­mknął na łań­cuch ogrom­ne drzwi i z na­my­słem za­czął zbli­żać się do trum­ny, w któ­rej Su­san le­ża­ła na wznak z za­mknię­ty­mi oczy­ma, sta­ra­jąc się upodob­nić do czer­wo­ne­go je­dwab­ne­go obi­cia.

– Su­san, dzie­wu­cho, na mi­łość bo­ską, je­śli na­tych­miast nie otwo­rzysz oczu, za­mknę ci je na za­wsze.

Otwar­ła sze­ro­ko swo­je sza­re oczy. Za­mie­rza­ła osią­gnąć efekt po­dob­ny do tego, jaki osią­ga­ją te wstręt­ne ło­bu­zy z Trze­cie­go Świa­ta ze swo­imi wiel­ki­mi śle­pia­mi i ob­szar­pa­ny­mi ubra­nia­mi na okrop­nych ob­ra­zach od Wo­ol­wor­tha, któ­re tak upodo­ba­ła so­bie jej mat­ka.

Nie mo­gła­by przy­siąc, ale wy­da­wa­ło się jej, że na­zy­wa­no ich „Chi­co”, czy ja­koś tak.

– Do­bra. Czy masz za­miar mi po­wie­dzieć?

Ku swo­je­mu prze­ra­że­niu za­uwa­ży­ła, że on znów za­czął mieć erek­cję. Nie wi­dzia­ła nic rów­nie obrzy­dli­we­go od cza­su, gdy jej uko­cha­na bab­cia ze wzglę­du na kiep­skie uzę­bie­nie dała so­bie spo­kój z je­dze­niem wie­przo­wych nó­żek. Gary fan­ta­zyj­nie na­rzu­cił skó­rę bi­zo­na na jej gład­kie cia­ło. („Wspa­nia­łe zwie­rzę, no nie? Ten bi­zon. Jak by to po­wie­dzieć, ma­je­sta­tycz­ne. Peł­ne god­no­ści. Ma­je­sta­tycz­ne. My­ślę, że na­pi­szę pio­sen­kę o bi­zo­nie”.)

– Czy za­mie­rzasz mi wma­wiać, że je­steś jesz­cze dzie­wi­cą?

– By­łam.

– Nie za­wra­caj gło­wy, dzie­wu­cho. – Rzu­cił się dra­ma­tycz­nie. – By­łaś!

– Tak.

– O mój Boże. – W te­atral­nym ge­ście osu­nął się na ka­mien­ną pod­ło­gę, a na­stęp­nie pod­sko­czył, gdyż jego ty­łek do­tknął zim­nych płyt. – Lu­dzie my­ślą, że na­rwa­ny ze mnie fa­cet. Ja też tak my­ślę. – Za­wsze mó­wił o so­bie z ame­ry­kań­skim ak­cen­tem. – Ale mam swój ko­deks ho­no­ro­wy. Wiesz, jaka jest jego pierw­sza za­sa­da? – Prze­rwał, uno­sząc rękę w górę, jak ka­zno­dzie­ja wci­ska­ją­cy lu­dziom swo­je wznio­słe bzdu­ry.

– Nie wiem, Gary – wy­szep­ta­ła. Za­wsze wy­obra­ża­ła so­bie, że po­zby­cie się dzie­wic­twa przy­po­mi­nać bę­dzie wy­rwa­nie zęba: bo­le­sne, uciąż­li­we, w za­sa­dzie ba­nal­ne i naj­le­piej szyb­kie. Nie spo­dzie­wa­ła się 20 py­tań po­łą­czo­nych z Ar­ma­ge­do­nem.

– Nie sy­piam z dzie­wi­ca­mi, i tyle. – Spoj­rzał na nią mści­wie.

– Prze­pra­szam, Gary. – My­śla­ła, że ją ude­rzy.

– Skąd mo­głaś wie­dzieć. – Spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem. – Czy­ta­łaś kie­dyś książ­ki o ry­cer­zach?

– Tyl­ko Ivan­hoe, jesz­cze w szko­le.

– To bzdet. Po­win­naś prze­czy­tać coś po­rząd­ne­go… Krzy­żow­ców, Ry­ce­rzy Si­mo­na Tem­pla­ra… Su­per. No cóż, wi­dzę sie­bie jako miej­skie­go ry­ce­rza bez ska­zy. Wiesz, co to zna­czy?

– Nie, Gary.

– Oni mie­li swój ko­deks, jak wszy­scy wy­ję­ci spod pra­wa. – Wy­su­nął szczę­kę i przy­brał wy­gląd eks­po­na­tu wy­po­ży­czo­ne­go z mu­zeum hi­sto­rii na­tu­ral­nej. – A dzie­wi­ce są ab­so­lut­nie wy­klu­czo­ne!

– Przy­kro mi, Gary.

Po­trzą­snął gło­wą z wy­ra­zem nie­skoń­czo­nej mą­dro­ści.

– Skąd mo­głaś wie­dzieć? Do­bra z cie­bie dzie­wu­cha, Su­san. – Od­chy­lił skó­rę bi­zo­na i spoj­rzał na jej cia­ło z bły­skiem nie­skoń­czo­nej lu­bież­no­ści w prze­krwio­nych oczach. Na­gle wsko­czył do trum­ny, wy­ka­zu­jąc nie­praw­do­po­dob­ną ru­chli­wość. – Rów­nie do­brze moż­na wi­sieć za jed­ną owcę, jak i za całe sta­do, nie?

Nim mi­nę­ła noc, sie­dzia­ła na jego twa­rzy. Te­raz była na jego ko­la­nach w gar­de­ro­bie po kon­cer­cie w Ham­mer­smith Ode­on, a on po­py­chał ją w stro­nę eg­zo­tycz­nie wy­glą­da­ją­cej dziew­czy­ny z kół­kiem w no­sie. Pie­przo­ny ry­cerz bez ska­zy!

– Mam ocho­tę po­pa­trzyć na tro­chę les­bij­stwa – wy­szep­tał.

– Cza­ru­ją­ce.

Tłum roz­stą­pił się ni­czym Mo­rze Czer­wo­ne, a Su­san i tam­ta dziew­czy­na osu­nę­ły się na pod­ło­gę.

– Jak masz na imię?

– Shi­ra.

– Ja Su­san.

– Tak, wiem. Wi­dzia­łam cię już z ze­spo­łem.

– Czy nie w Bir­ming­ham?

– Tak, wte­dy kie­dy ty…

– Jezu!!! – wrza­snął Gary Pri­de. – Wszy­scy się zmy­ją, jak za­cznie­cie so­bie opo­wia­dać ży­cio­ry­sy! Do ro­bo­ty!

Obie wy­śli­zgnę­ły się ze swo­ich po­prze­cie­ra­nych skó­rza­nych kom­bi­ne­zo­nów; pod nimi były na­gie. Ci­sza ocie­ka­ła śli­ną. Shi­ra mia­ła za­ska­ku­ją­ce, szma­rag­do­wo­zie­lo­ne wło­sy ło­no­we i ta­tu­aż „Nie dep­tać traw­ni­ków”. Su­san do­bra­ła się do tego pa­stwi­ska z ja­kąś mści­wą za­ja­dło­ścią.

Gary Pri­de ku­po­wał czas. Ku­po­wał przy­ja­ciół. Ku­pił tak­że se­zo­no­wy bi­let do Hi­gh­bu­ry, ale nie miał śmia­ło­ści tam cho­dzić. („Moje ży­cie jest wię­cej war­te. Zo­stał­bym roz­dar­ty na strzę­py przez mi­łość mo­je­go ludu”.)

Ku­po­wał książ­ki o woj­nie do­mo­wej w An­glii, ko­dek­sie sa­mu­ra­jów oraz schył­ku i upad­ku Ce­sar­stwa Rzym­skie­go, ale nig­dy ich nie czy­tał. („Ży­cie jest zbyt krót­kie, no nie? Po­patrz, bile uło­ży­ły się w pi­ra­mi­dę”.)

Ku­po­wał kom­plet­ne zbro­je. Oczy­wi­ście nig­dy ich nie no­sił. Kie­dy zbie­rał się na nich kurz, pa­ko­wał je do skrzy­ni i wy­sy­łał do ro­dzi­ny w Kent. („Uwa­żał się za cock­neya, to była cała jego ra­ison d’être. Jego pierw­szy al­bum no­sił ty­tuł Duma cock­neya1. W dniu, w któ­rym uro­dził się Gary Pri­de, w Bow Bells mu­siał wiać sil­ny wiatr” – my­śla­ła Su­san.) Ku­po­wał lut­nie, man­do­li­ny i liry, po czym wy­rzu­cał je, kie­dy tyl­ko oka­zy­wa­ło się, że nie brzmią jak gi­ta­ra ba­so­wa Fen­de­ra mo­del z 1976 roku.

A przede wszyst­kim ku­po­wał nar­ko­ty­ki. I z całą pew­no­ścią wie­dział, co z nimi ro­bić. Hasz, ko­ka­ina, opium, LSD, he­ro­ina. Pro­chy zwich­nę­ły temu kre­ty­no­wi ka­rie­rę. Pew­ne­go dnia obu­dził się w swo­jej trum­nie, wy­krzy­ku­jąc coś o ro­ta­ria­nach i ma­so­nach. Przez nie­zno­śne­go, am­fe­ta­mi­no­we­go kaca Su­san zo­ba­czy­ła, jak wcią­ga na sie­bie naj­bli­żej le­żą­cy ciuch (ce­re­mo­nial­ną sza­tę sa­mu­raj­ską za­kwe­stio­no­wa­ną póź­niej pod­czas od­pra­wy cel­nej) i grze­bie w biur­ku, szu­ka­jąc pasz­por­tu. Nie mia­ła już póź­niej żad­nej wia­do­mo­ści od nie­go. Mniej wię­cej po mie­sią­cu w jego wy­twór­ni pły­to­wej po­wie­dzia­no jej, że po­je­chał na wul­ka­nicz­ną wy­sep­kę Va­nau­tu po­ukła­dać so­bie w gło­wie.

Mia­ła osiem­na­ście lat i mdli­ło ją od wy­py­ty­wa­nia róż­nych pół­głów­ków, zbyt na­ćpa­nych, by pa­mię­tać nu­mer swo­je­go te­le­fo­nu, co są­dzą o sy­tu­acji w Ro­de­zji; py­ta­nie to sta­ło się dla „The Beat” tak za­sad­ni­cze, jak py­ta­nie o ulu­bio­ny ko­lor w pi­smach dla ma­ło­la­tów. Je­śli za­po­mnia­ło się za­dać to py­ta­nie wprost, trze­ba było póź­niej dzwo­nić do nich do domu i ja­koś je wrzu­cić, ale ro­biąc to w sa­mot­no­ści, czło­wiek czuł się jesz­cze głu­piej. I wła­śnie wte­dy do re­dak­cji wpa­dła ele­ganc­ka kro­wa imie­niem Re­bec­ca i za­pro­si­ła ją na drin­ka.

W ba­rze na Jer­myn Stre­et Re­bec­ca wes­tchnę­ła głę­bo­ko w szkla­necz­kę ze swo­im kir roy­ale i za­mru­cza­ła coś na te­mat Świe­żej Krwi. Na te­mat Uli­cy. Na te­mat Stra­co­ne­go Po­ko­le­nia. Su­san słu­cha­ła za­fa­scy­no­wa­na. Re­bec­ca prze­ma­wia­ła do swo­je­go drin­ka ni­czym brzu­cho­mów­ca pi­ją­cy wodę ze szklan­ki. Brzmia­ło to jak ma­ni­fest Par­tii Pra­cy. Póź­niej na­gle od­wró­ci­ła się do Su­san, spoj­rza­ła jej pro­sto w oczy i po­wie­dzia­ła już zu­peł­nie in­nym, jak­by wy­raź­niej­szym gło­sem:

– No i co?

– Słu­cham?

– Pięt­na­ście ty­się­cy rocz­nie, zna­ko­mi­te wa­run­ki, bez sa­mo­cho­du, po­kry­cie wy­dat­ków, tyle środ­ka de­pi­lu­ją­ce­go, ile bę­dziesz w sta­nie zu­żyć, i dar­mo­we prób­ki, no, wła­ści­wie wszyst­kie­go.

Re­bec­ca po­grze­ba­ła w swo­jej to­reb­ce od Fen­die­go, wy­do­by­ła z niej błysz­czą­cy ma­ga­zyn i po­ło­ży­ła na la­dzie baru. Dziew­czy­na w musz­ce spoj­rza­ła na nie z wście­kło­ścią. „Pa­rve­nu”.

– Zro­bi­my cię za­stęp­czy­nią kie­row­ni­ka dzia­łu, je­śli chcesz. To oczy­wi­ście nic nie zna­czy. Wszy­scy są kie­row­ni­ka­mi dzia­łu, na­wet go­niec, to w koń­cu ty też mo­żesz zo­stać.

Za­koń­czyw­szy swo­ją mi­sję, Re­bec­ca ele­ganc­ko za­pa­dła się w sie­bie i za­czę­ła mru­czeć do swo­jej szklan­ki na te­mat Ener­gii Kla­sy Pra­cu­ją­cej.

Su­san sły­sza­ła o „Pa­rve­nu”, ma­ga­zy­nie, któ­ry na okład­ce każ­de­go nu­me­ru no­sił pod­ty­tuł „ży­cie jest pry­wat­ką”. Był fry­wol­ny, sno­bi­stycz­ny i płyt­ki, ale po pra­cy w „The Beat”, gdzie trzy­dzie­sto­let­ni męż­czyź­ni szu­ka­li sen­su ży­cia w pla­sty­ko­wych krąż­kach, wy­da­wa­ło jej się to po­wie­wem świe­że­go tlen­ku wę­gla. Tak więc za­mru­cza­ła do swo­jej szkla­necz­ki z czar­nym ro­sja­ni­nem o tym, że Na Wszyst­ko Przy­cho­dzi Wła­ści­wy Mo­ment, i o No­wej Sa­mo­lub­no­ści. Ze zdro­wą dozą tej ostat­niej Re­bec­ca zmy­ła się w pięć mi­nut póź­niej, po­zo­sta­wia­jąc Su­san do za­pła­ce­nia ra­chu­nek za drin­ki.

W cią­gu dwóch lat spę­dzo­nych w „Pa­rve­nu” Su­san na­uczy­ła się na­zy­wać ko­la­cję lun­chem, zwra­cać się do swo­ich wro­gów „ko­cha­nie”, a tak­że ubie­rać się, pić i kła­mać w spo­sób do­sko­na­ły. Do­wie­dzia­ła się też o męż­czy­znach ta­kich rze­czy, że Gary Pri­de wy­dał się jej mi­ni­stran­tem.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia po sfo­to­gra­fo­wa­niu po­ka­zu mody po­szła do łóż­ka z trze­ma mę­ski­mi mo­de­la­mi. Na­za­jutrz rano je­den z nich za­py­tał ją, czy ro­bi­ła to już kie­dyś z afga­nem.

– Par­ty­zan­tem?

Zmierz­wił jej wło­sy i ro­ze­śmiał się.

– Z char­tem, idiot­ko.

Póź­niej zda­rzy­ło jej się prze­pro­wa­dzać wy­wiad z wy­bi­ja­ją­cym się mło­dym ak­to­rem w ho­te­lu na Ken­sing­ton. Nie wy­cho­dzi­li z po­ko­ju przez ty­dzień, za­ma­wia­jąc ko­ka­inę, szam­pa­na i ka­wior z ho­te­lo­wych za­pa­sów. W dniu wy­jaz­du ak­tor był zga­szo­ny. Kie­dy się pa­ko­wał, nie pa­trzył na nią. Od­nio­sła wra­że­nie, że spo­so­bi się do no­wej roli: ko­cha­ją­ce­go, wier­ne­go na­rze­czo­ne­go nie­przy­zwo­icie bo­ga­tej dzie­dzicz­ki wiel­kiej for­tu­ny z Man­hat­ta­nu, z któ­rą był za­rę­czo­ny.

– Czy nie po­da­ru­jesz mi nic na pa­miąt­kę? – za­py­ta­ła w koń­cu z łóż­ka z za­lot­no­ścią i de­spe­ra­cją.

Wcią­gnął swo­je kow­boj­skie buty, wstał i spoj­rzał na nią.

– Po­da­ro­wa­łem ci – po­wie­dział ci­cho. – Opryszcz­kę.

Na­stęp­nie prze­kro­czył próg, uno­sząc ze sobą płó­cien­ną tor­bę, któ­ra sta­no­wi­ła cały jego ba­gaż. Ulu­bie­niec pu­blicz­no­ści, któ­ry przed ty­go­dniem ocza­ro­wał ją, a te­raz po pro­stu wy­ko­rzy­stał.

Po­świę­ca­jąc dwa ty­go­dnie swo­je­go cen­ne­go cza­su oraz ty­go­dnio­wą wy­pła­tę, za­fun­do­wa­ła so­bie ba­da­nia w pry­wat­nej kli­ni­ce, by prze­ko­nać się, że był zwy­czaj­nym sa­dy­stą z obrzy­dli­wym po­czu­ciem hu­mo­ru. Opryszcz­ka sta­ła się no­wym po­stra­chem miesz­kań­ców miast; jak­by chcąc się uod­por­nić, opo­wia­da­no so­bie na jej te­mat ka­wa­ły. Co mał­żeń­stwo, któ­re ma już wszyst­ko, każe so­bie wy­szy­wać na ręcz­ni­kach? „Mąż” i „Zara-żona”.

Miesz­ka­nie w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści Lon­dy­nu dzie­li­ła z ku­zyn­ką Iza­bel­li, dziew­czy­ny zaj­mu­ją­cej są­sied­nie biu­ro w „Pa­rve­nu”. Współ­lo­ka­tor­ka na­zy­wa­ła sie­bie Trash2. Była nie­moż­li­wie bo­ga­ta, na stu­diach mia­ła same piąt­ki i pra­co­wa­ła w ja­kiejś arab­skiej in­sty­tu­cji w za­chod­nim Lon­dy­nie. Jej ro­dzi­na była spo­wi­no­wa­co­na z inną ro­dzi­ną, któ­rej nie­po­ka­la­ne­go na­zwi­ska na­wet się nie wy­mie­nia­ło. Wie­czo­ro­wą suk­nię za­ło­ży­ła tyl­ko raz; wra­ca­jąc do domu, oko­ło czwar­tej nad ra­nem, wrzu­ci­ła ją do ku­bła na śmie­ci, tak jak inne, skrom­niej­sze dziew­czy­ny mo­gły­by upu­ścić swo­je su­kien­ki na pod­ło­gę po cięż­kim dniu w biu­rze. Przy naj­bliż­szej oka­zji spa­li­ła ją w zle­wie, śpie­wa­jąc sca­tem arię z Ma­da­me But­ter­fly.

Trash mia­ła na­wet nie po­dwój­ne, ale po­trój­ne na­zwi­sko. Kie­dyś Su­san nie wi­dzia­ła jej w domu przez sześć ty­go­dni. Trash trak­to­wa­ła roz­mo­wę jako prze­jaw bra­ku do­brych ma­nier. Raz Su­san, z lek­ka pi­ja­na i czu­ją­ca się sa­mot­nie, za­trzy­ma­ła ją w przed­po­ko­ju i za­py­ta­ła, dla­cze­go przy­ję­ła sub­lo­ka­tor­kę. Trash uśmiech­nę­ła się jak pre­zen­ter­ka te­le­tur­nie­ju.

– Bo nie zno­szę zim­nej de­ski klo­ze­to­wej.

Kie­dy któ­re­goś po­nie­dział­ko­we­go po­ran­ka po­peł­ni­ła w ką­pie­li sa­mo­bój­stwo, Su­san od­kry­ła, że na­praw­dę mia­ła na imię Geo­r­gia.

– A ja za­wsze na­zy­wa­łam ją Trash! – po­wie­dzia­ła do Iza­bel­li, gdy pew­ne­go wie­czo­ru cze­ka­ły na win­dę. Ja­koś wy­da­wa­ło jej się to wte­dy waż­ne. Na twa­rzy Iza­bel­li po­ja­wił się roz­tar­gnio­ny uśmiech.

– Och, nie przej­muj się. Wszy­scy na­zy­wa­li­śmy ją Trash. Na­wet jej mama.

– To jesz­cze o ni­czym nie świad­czy.

– Słu­cham?

Kto, co, gdzie, kie­dy, dla­cze­go? Te py­ta­nia mia­ły sta­no­wić va­de­me­cum dzien­ni­kar­stwa. Wbi­ja­ły się w jej gło­wę ni­czym szyb­ki rytm so­ulo­wej pio­sen­ki. Nie umia­ła od­po­wie­dzieć na żad­ne z nich. W po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi stu­dio­wa­ła na­pi­sy na to­reb­kach z ka­szą i wy­ni­ki go­nitw, wie­le cza­su po­świę­ci­ła na słu­cha­nie słów po­pu­lar­nych pio­se­nek. Prze­bój Bo­ogie Oogie Oogie przy­pra­wiał ją o roz­strój ner­wo­wy przez kil­ka ty­go­dni; ku­pi­ła sin­gla i wie­czo­ry spę­dza­ła w domu z włą­czo­nym au­to­ma­tycz­nym gra­mo­fo­nem, pusz­cza­ją­cym tę pio­sen­kę pięć­dzie­siąt razy z rzę­du. Była prze­ko­na­na, iż przez sło­wa tego utwo­ru ktoś chce jej coś prze­ka­zać.

Upi­ja­ła się każ­de­go wie­czo­ra i bu­dzi­ła się każ­de­go ran­ka z bó­lem w miej­scu, w któ­rym kie­dyś mie­ści­ła się jej pa­mięć. Myśl o sa­mo­bój­stwie była tam tak­że, nio­sąc po­cie­sze­nie jak ukry­te pie­nią­dze, po któ­re moż­na się­gnąć w go­dzi­nie roz­pa­czy. Cza­sa­mi je­dy­nie myśl o śmier­ci czy­ni­ła jej ży­cie moż­li­wym do znie­sie­nia. Chart, zwy­cięz­ca psich wy­ści­gów, na­zwa­ny „O Wie­le Za Mło­dy”, roz­śmie­szył ją na oko­ło pół go­dzi­ny. Kto, co, gdzie, kie­dy, dla­cze­go?

Wte­dy spo­tka­ła Mat­thew.

Mat­thew Stock­brid­ge sie­dział za swo­im biur­kiem w wiel­kim szpi­ta­lu w po­łu­dnio­wym Lon­dy­nie i przy­pa­try­wał się pięk­nej, wy­glą­da­ją­cej na cho­rą dziew­czy­nie, któ­ra usi­ło­wa­ła wło­żyć ka­nap­kę z se­rem do swo­je­go ma­gne­to­fo­nu.

– Bar­dzo prze­pra­szam – wy­beł­ko­ta­ła. – To kwe­stia bra­ku wpra­wy.

Ro­ze­śmiał się tro­chę zdzi­wio­ny.

– Nie, pan­no Stre­et, pani nie przy­szła tu, aby mnie za­py­tać o brak wpra­wy, czyż nie?

– Brak wpra­wy. Nie, złe funk­cjo­no­wa­nie.

Upu­ści­ła ka­nap­kę na biur­ko i wle­pi­ła w nią wzrok.

– O, niech pan po­pa­trzy – stwier­dzi­ła ra­do­śnie. – Za­sta­na­wiam się, do­kąd to pój­dzie.

Spoj­rza­ła na nie­go swo­imi sza­ry­mi oczy­ma, nie­mal cał­ko­wi­cie przy­kry­ty­mi przez po­wie­ki.

– Pan­no Stre­et, jaki nar­ko­tyk pani za­ży­wa?

Po­grze­ba­ła w to­reb­ce i trium­fal­nie po­ma­cha­ła mu przed no­sem po­skrę­ca­nym opa­ko­wa­niem.

– Sul­fat. Pra­wie czy­sty. Chce pan tro­chę?

– Nie, dzię­ku­ję.

Te­raz szu­ka­ła cze­goś wzro­kiem w od­le­głym ką­cie po­ko­ju z wy­ra­zem twa­rzy, któ­ry od­zwier­cie­dlał prze­ra­że­nie i roz­ba­wie­nie za­ra­zem.

– Co się sta­ło?

– Tam w ką­cie jest pta­szek. Du­dek – oznaj­mi­ła rze­czo­wo.

– Na­praw­dę?

– Och, tak. To du­dek i tań­czy char­le­sto­na.

– Ależ pan­no Stre­et, za­pew­niam pa­nią, że jest pani w błę­dzie. To tyl­ko sul­fat am­fe­ta­mi­ny prze­do­stał się do pani wą­tro­by i za­mie­nił w me­ska­li­nę z po­wo­du bra­ku snu, krań­co­we­go wy­czer­pa­nia i nie­je­dze­nia. Czy nie mam ra­cji?

Uśmiech­nę­ła się do nie­go po­ro­zu­mie­waw­czo. Na­stęp­nie opar­ła się o biur­ko i chlu­snę­ła więk­szą część za­war­to­ści li­tro­wej bu­tel­ki per­rie­ra, z któ­rej wła­śnie piła, pro­sto na jego spodnie. Po­tem za­czę­ła się śmiać. Tak bar­dzo, że spa­dła z krze­sła. Le­ża­ła na wznak, rzy­ga­jąc ohyd­ną żół­cią i śmie­jąc się jed­no­cze­śnie.

Mat­thew Stock­brid­ge ob­szedł biur­ko i klęk­nął przy niej.

– Kto, co, kie­dy, gdzie, dla­cze­go? – za­py­ta­ła sła­bym gło­sem.

– Co tyl­ko ze­chcesz – ro­ze­śmiał się tak­że. – Już do­brze, Su­san.

To wy­da­rzy­ło się sie­dem lat temu. Czas, nie­po­praw­ny wan­dal, nie szczę­dził im swo­ich ra­zów; mi­łość do­szła już do po­ło­wy dro­gi, a ona jesz­cze nie zde­cy­do­wa­ła się na to, żeby się wy­pro­wa­dzić.

Kie­dy spo­ty­ka się dwo­je wiecz­nie za­ję­tych, no­wo­cze­snych lu­dzi, mało jest cza­su na do­pra­co­wa­nie ta­kich szcze­gó­łów jak roz­sta­nie. Za­wsze jest się zbyt za­ję­tym ku­po­wa­niem rze­czy, pod­pi­sy­wa­niem pa­pie­rów i wy­da­wa­niem – pie­nię­dzy lub przy­jęć. Doba nie ma aż tylu go­dzin, żeby kil­ka z nich prze­zna­czyć na prze­pro­wadz­kę. Na­wet wte­dy, gdy wszyst­ko już prze­mi­nę­ło.

Mia­ła dwa­dzie­ścia lat, kie­dy pod­czas Lon­dyń­skie­go Ty­go­dnia Mody spo­tka­ła Char­le­sa Ast­neya, czło­wie­ka obar­czo­ne­go mi­sją wy­dźwi­gnię­cia z dna ilu­stro­wa­ne­go ma­ga­zy­nu. Był tam ra­zem ze swo­ją żoną, wy­so­ką, ciem­no­wło­są, brzyd­ką i nie­wol­ni­czo na­śla­du­ją­cą fran­cu­ską modę Lor­ra­ine. Dwa­dzie­ścia lat temu mu­sia­ła wy­dać się nie­złym ką­skiem dla chło­pa­ka z pro­win­cji, ale te­raz mia­ła zgorzk­nia­łą i roz­cza­ro­wa­ną twarz oraz ra­chi­tycz­ne, znaj­du­ją­ce się w sta­dium za­ni­ku cia­ło ofia­ry mody.

Usia­dły po obu stro­nach Char­le­sa – Lor­ra­ine roz­glą­da­ła się za ciu­cha­mi, Su­san po­lo­wa­ła na po­sa­dę – jak od­ra­ża­ją­ce ka­ry­ka­tu­ry ko­biet z epo­ki pre- i post­fe­mi­ni­zmu.

– Mło­dy czy­tel­nik – en­tu­zja­stycz­nie plo­tła Su­san o rze­czach, o któ­rych on do­sko­na­le wie­dział, ale czy­ni­ła to z ta­kim pod­nie­ce­niem, iż nie mógł po­wstrzy­mać się od peł­ne­go po­wa­gi po­ta­ki­wa­nia – wła­śnie tego ci trze­ba. Nikt nie po­trze­bu­je od­bior­cy na wy­mar­ciu. Niech to będą lu­dzie mło­dzi. No i ko­bie­ty, nie lek­ce­waż ich. Myśl o nich na każ­dej stro­nie. W ga­ze­tach nie cho­dzi o wia­do­mo­ści. Po­wi­nie­neś ode­brać czy­tel­ni­ka ko­bie­cym pi­smom.

Nig­dy nie uda­ło jej się do­wie­dzieć, czy Lor­ra­ine otrzy­ma­ła od Char­le­sa Ast­neya to, cze­go pra­gnę­ła. Ona otrzy­ma­ła. W ty­dzień póź­niej za­te­le­fo­no­wał do „Pa­rve­nu” i za­py­tał, czy chcia­ła­by pra­co­wać jako pu­bli­cyst­ka w no­wym pi­śmie „Sun­day Best”.

Była do­brą dzien­ni­kar­ką, ale nie aż tak do­brą. Kie­dyś na­pę­dzi­ła stra­cha mło­dej mę­skiej dziw­ce pró­bu­ją­cej w pra­sie ob­rzu­cić bło­tem pew­ne­go la­bo­urzy­stow­skie­go po­sła; jako mło­da ide­alist­ka wie­rzy­ła w to, co ów po­seł re­pre­zen­to­wał. No i wy­dał jej się za­baw­ny pod­czas lun­chu. Te­raz by już tak nie po­stą­pi­ła, tak w każ­dym ra­zie uwa­ża­ła. Nie po­stą­pił­by tak na­praw­dę do­bry dzien­ni­karz z ilu­stro­wa­ne­go ma­ga­zy­nu. Była za­do­wo­lo­na, gdy awans na sze­fa dzia­łu do­ku­men­tal­ne­go wy­niósł ją po­nad te od­pad­ki, z któ­rych kle­ci­ło się ar­ty­kuł. Po­tem przez pra­wie dwa lata zaj­mo­wa­ła sta­no­wi­sko za­stęp­czy­ni na­czel­ne­go i była na­stęp­ną w ko­lej­ce do jego fo­te­la.

Na­głe szarp­nię­cie wy­rwa­ło ją z fo­te­la i z jej ma­rzeń. Po­ciąg przy­był do miej­sca prze­zna­cze­nia.

Tak jak i ona.

2

Następ­ne­go dnia była śro­da, pierw­szy ro­bo­czy dzień ty­go­dnia dla nie­dziel­nych ga­zet. Spa­ła jak dziec­ko – go­dzi­na snu prze­pla­ta­ła się z go­dzi­ną pła­czu i tak da­lej. Wsta­ła wcze­śnie.

Ubra­ła się w naj­lep­szą su­kien­kę od Az­ze­di­ne Alai, bez de­kol­tu, czar­ną, sza­cow­ną, ob­ci­słą jak ścią­gacz i po­zo­sta­ją­cą w je­dy­nie prze­lot­nym związ­ku z gór­ną czę­ścią jej ud. Char­les był za­wsze czu­ły na punk­cie nóg. Za­ło­ży­ła małe kol­czy­ki od Co­bry i Bel­la­my’ego oraz pro­ste, czar­ne buty od Kur­ta Ge­ige­ra na bar­dzo skrom­nym, czte­ro­ca­lo­wym ob­ca­sie.

Sko­ro już mowa o bu­tach, spo­dzie­wa­ła się, że ła­two jej bę­dzie sta­nąć na miej­scu Char­lie­go, po­mi­mo iż jego wy­glan­so­wa­ne trze­wi­ki cze­ka­ły wciąż cier­pli­wie przed pro­giem apar­ta­men­tu w Bri­gh­ton. Bied­ny Char­les, umarł boso, ale ze wzwo­dem.

Wła­ści­ciel „Best”, lord To­oth, był fa­ce­tem mi­łym, choć nie­źle już zra­mo­la­łym. Pro­te­go­wa­na Su­san, Zero, na­zy­wa­ła każ­de­go męż­czy­znę po czter­dzie­st­ce „Oby­wa­te­lem Pier­do­łą”, a lord To­oth do­sko­na­le do tego okre­śle­nia pa­so­wał. Lu­bił Su­san, uwa­żał ją za bar­dzo mło­dą i dziel­ną. Py­tał ją za­wsze, czy Be­atle­si ze­szli się już na nowo. Nie mia­ła su­mie­nia po­wie­dzieć mu, że je­den z nich nie żyje na­praw­dę, a po­zo­sta­łej trój­ce ob­umar­ły mó­zgi. To aku­rat było ab­so­lut­nie pew­ne.

Wszyst­ko od­by­ło się zu­peł­nie in­a­czej. Gdy we­szła do du­że­go po­ko­ju re­dak­cyj­ne­go, lu­dzie roz­pro­szy­li się w małe grup­ki. Zda­wa­ło się jej, że sły­sza­ła, jak ktoś za­nu­cił kil­ka tak­tów Mar­sza umar­łych z Sau­la. Z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą we­szła do swo­je­go po­ko­ju i za­mknę­ła drzwi.

Kie­dy Su­san pod­nio­sła słu­chaw­kę jed­ne­go z te­le­fo­nów przy­cup­nię­tych fi­li­ster­sko na jej biur­ku, usły­sza­ła jako po­zdro­wie­nie pięć mlasz­czą­cych, ocie­ka­ją­cych wil­go­cią po­ca­łun­ków. Było to tra­dy­cyj­ne już po­wi­ta­nie In­grid Irving. Znaj­do­wa­ła się ona na dra­bi­nie ka­rie­ry kil­ka szcze­bli ni­żej od Su­san, ale wspi­na­ła się szyb­ko i mia­ła nie­złe po­wią­za­nia z dłu­gą li­nią ksią­żąt i sę­dziów, o czym Su­san mo­gła je­dy­nie ma­rzyć. In­grid re­gu­lar­nie bra­ła udział w wie­lu pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych BBC, a jej zdol­ność wy­chwy­ty­wa­nia plo­tek gra­ni­czy­ła z te­le­pa­tią. W re­cen­zjach opi­sy­wa­no ją jako peł­ną ży­cia, co ozna­cza­ło, że na ogół była roz­chi­cho­ta­na i prze­kle­ja­ła się do wszyst­kie­go, co no­si­ło bok­ser­ki. Jako je­dy­na zna­na Su­san oso­ba ubie­ra­ła się w ta­ftę przed po­łu­dniem. Su­san przy­szła na myśl sta­ra pio­sen­ka Fran­ka Si­na­try, któ­rą jej mat­ka za­drę­cza­ła wszyst­kich na śmierć, ze zmie­nio­ny­mi tro­chę, ze wzglę­du na In­grid, sło­wa­mi: „Wy­obraź so­bie ta­ran­tu­lę, za­wi­nię­tą całą w tiul… In­grid szcze­rzą­ca zęby przy­pra­wia cię o ból”.

Te­raz pięć wil­got­nych po­ca­łun­ków eks­plo­do­wa­ło w uchu Su­san, przy­pra­wia­jąc ją o dreszcz.

– Ko­cha­nie, po­wiedz mi wszyst­ko! Czy on umarł w bu­tach?

– O ile mi wia­do­mo, umarł w płasz­czu. Cześć, In­grid.

– Cześć, ko­cha­nie. – Po dru­giej stro­nie na­stą­pi­ła ka­no­na­da wy­ska­ku­ją­cych z bu­te­lek kor­ków, roz­legł się wrzask i kil­ka tak­tów To­mor­row Be­longs To Me.

– Cze­mu je­steś jesz­cze w domu, In­grid?

– Ależ wca­le nie, ko­cha­nie. Ha­ru­ję jak wół. Daj spo­kój, prze­cież wiesz, jak to jest… Na­wet se­kre­tar­ki są pi­ja­ne aż do piąt­ku. Po­dej­mu­ję kil­ko­ro przy­ja­ciół… Ja­sper, prze­stań. Zo­staw tę małą w spo­ko­ju.

– Po­słu­chaj, In­grid. Na te­mat tej okrop­nej spra­wy wiem jesz­cze mniej niż ty. Po­szu­kam Oli­ve­ra i do­wiem się, o co cho­dzi.

Do zo­ba­cze­nia.

– Do zo­ba­cze­nia w po­rze lun­chu, naj­słod­sza.

Ani mi się śni, naj­słod­sza.

Wsta­ła z po­nu­rą miną i we­szła do po­ko­ju Oli­ve­ra Fane’a, wiel­kie­go cwa­nia­ka, zaj­mu­ją­ce­go trze­cią po­zy­cję w pi­śmie. Jak więk­szość współ­pra­cow­ni­ków nie zno­sił jej – za jej wiek, płeć oraz z po­wo­du mnó­stwa mniej istot­nych przy­czyn, ta­kich jak na przy­kład głę­bo­ka wia­ra w to, iż była nad­zwy­czaj­nym bez­ta­len­ciem. „Miej­sce ko­bie­ty jest na trze­ciej ko­lum­nie” – gło­si­ła no­tat­ka, któ­rą zna­la­zła na biur­ku wkrót­ce po swo­im awan­sie. Była pew­na, że to on ją na­pi­sał.

Sie­dział roz­wa­lo­ny w swo­im fo­te­lu, z uśmie­chem na twa­rzy i no­ga­mi na biur­ku, ale po­de­rwał się na jej wi­dok.

– Su­san, Su­san. – Ob­szedł biur­ko i ujął ją pod ra­mię w ge­ście ma­ją­cym nieść po­cie­sze­nie. – Usiądź. Sły­sza­łaś no­wi­nę? Nie, oczy­wi­ście, że nie. By­łaś zbyt… po­de­ner­wo­wa­na.

– No­wi­nę?

– Zo­sta­li­śmy sprze­da­ni.

– Sprze­da­ni? – Usia­dła gwał­tow­nie.

– Sprze­da­ni – stwier­dził trium­fal­nie, jak pro­fe­sjo­na­li­sta pro­wa­dzą­cy au­kcję, któ­re­mu wła­śnie uda­ło się po­zbyć pod­ro­bio­ne­go an­ty­ku.

– Wła­śnie dzi­siaj rano!

– Ależ…

– To­bia­so­wi Pope’owi. – Łyp­nął zło­śli­wie okiem. – Nie­zbyt do­bra wia­do­mość, co? Zwłasz­cza je­śli wziąć pod uwa­gę, ja­kie, no… spe­cjal­ne ukła­dy mia­łaś ze sta­rym To­othem.

Przy­pra­wi­ło ją o gę­sią skó­rę, gdy uświa­do­mi­ła so­bie, ja­kie prze­ci­wień­stwo sta­no­wi­li ona i Pope. On skoń­czył Oks­ford z wy­róż­nie­niem, od­był staż w „Ti­me­sie” oraz od­wa­lił wy­ma­ga­ną przez Zwią­zek Dzien­ni­ka­rzy pańsz­czy­znę w pro­win­cjo­nal­nym szma­tław­cu. Ni­cze­go nie nie­na­wi­dził tak bar­dzo jak lu­dzi, któ­rzy nie za­pła­ci­li za swo­je suk­ce­sy, chy­ba że kosz­to­wa­ło ich to wię­cej, niż jego sa­me­go. Su­san nie speł­nia­ła żad­ne­go z tych wa­run­ków.

Praw­dę mó­wiąc, za­tka­ło ją zu­peł­nie. To­bias Pope sta­no­wił tak ide­al­ne prze­ci­wień­stwo lor­da To­otha, jak tyl­ko moż­na było to so­bie wy­obra­zić. Z re­pu­ta­cją ko­goś łą­czą­ce­go w so­bie ce­chy Ru­per­ta Mur­do­cha, G. Gor­do­na Lid­dy’ego i mar­ki­za de Sade’a rzą­dził swo­im im­pe­rium in­for­ma­cji za po­mo­cą stra­chu i po­gar­dy – pod­wład­ni bali się go, a on nimi gar­dził. Sły­sza­no, jak mó­wił o lu­dziach, któ­rzy byli na jego li­ście płac i w jego kie­sze­ni, jako o swo­ich „re­pach”, co po­cho­dzi­ło nie od sło­wa „re­pre­zen­tan­ci”, ale od „rep­ti­lia”. Je­śli lord To­oth był­by pla­ste­li­ną w jej rę­kach, To­bias Pope mógł oka­zać się ame­ry­kań­ską sta­lą.

Oli­ver Fane pa­plał da­lej.

– Praw­do­po­dob­nie szy­ko­wa­ło się to od mie­się­cy. Tyle że ten du­reń To­oth nie miał su­mie­nia po­wie­dzieć o tym Char­le­so­wi. Czy my­ślał, że go to zde­ner­wu­je, czy co? Ze wzglę­du na ich spe­cjal­ne ukła­dy… My­ślę, że cho­dzi­ło o to, że przed trzy­dzie­stu laty na ja­kimś par­ty prze­le­ciał mat­kę Char­le­sa. W każ­dym ra­zie miał za­miar po­dzie­lić się z nim tą wia­do­mo­ścią wła­śnie dzi­siaj, ale po­nie­waż wmie­sza­ła się ręka prze­zna­cze­nia… Su­san?

Roz­le­gło się głu­che stuk­nię­cie. Su­san Stre­et ze­mdla­ła.

Kie­dy wresz­cie oprzy­tom­nia­ła, uświa­do­mi­ła so­bie, że jest bita po twa­rzy o wie­le moc­niej, niż to było ko­niecz­ne. Opa­lo­ny męż­czy­zna oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, z bruz­da­mi na twa­rzy, któ­re sta­no­wi­ły efekt spi­sku kli­ma­tu i okrut­nej na­tu­ry, w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su ude­rzał ją w twarz ręką w czar­nej rę­ka­wicz­ce.

– No, na­resz­cie – po­wie­dział, pa­trząc pro­sto w jej sze­ro­ko otwar­te oczy i uśmie­cha­jąc się. Wziął z rąk se­kre­tar­ki Oli­ve­ra Fane’a szklan­kę wody i wy­lał ją pro­sto na pier­si Su­san.

Sa­pa­ła cięż­ko, za­szo­ko­wa­na i prze­ra­żo­na. Zda­wa­ło się, że przy­le­ga­ją­ca do cia­ła suk­nia od Alai może pęk­nąć w każ­dej chwi­li od cię­ża­ru jej mo­krych pier­si jak doj­rza­ła brzo­skwi­nia po ude­rze­niu młot­kiem. Zgro­ma­dzo­ny licz­nie per­so­nel „Sun­day Best” stał i ga­pił się na nią. W ich naj­bar­dziej sza­lo­nych i nie­przy­zwo­itych snach nie mo­gło do­ko­nać się okrut­niej­sze prze­bu­dze­nie Su­san Stre­et niż to, któ­re tak pięk­nie i upo­ka­rza­ją­co do­ko­na­ło się w rze­czy­wi­sto­ści.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się.

– Wy­glą­dasz na od­świe­żo­ną, moja dro­ga.

Po­sta­wił ją na nogi i uści­snął de­li­kat­nie jej dłoń.

– Pani po­zwo­li, na­zy­wam się To­bias X. Pope, je­stem wa­szym no­wym wła­ści­cie­lem.

Od­wró­cił się na pię­cie, a ple­ja­da słu­żal­ców roz­pierz­chła się na wszyst­kie stro­ny.

– Och, a tak przy oka­zji, je­steś zwol­nio­na. Ży­czę mi­łe­go dnia.

Mat­thew Stock­brid­ge sie­dział na łóż­ku, czy­sty i schlud­ny, mimo że była dzie­wią­ta wie­czo­rem. Miał na so­bie błę­kit­ny płaszcz ką­pie­lo­wy od Cze­cha i Spe­ake’a. W za­się­gu jego ręki znaj­do­wa­ła się bu­tel­ka bo­do­it i książ­ka Vi­ra­go w mięk­kiej opra­wie. Przy­stoj­ny, wraż­li­wy, efek­tyw­ny – i zu­peł­nie nie­wzbu­dza­ją­cy po­żą­da­nia. Skon­sta­to­wa­ła to kwa­śno, pa­trząc na jego od­bi­cie w pię­ciu lu­strach swo­jej to­a­let­ki. Nie po­tra­fi­ła już zna­leźć wła­ści­we­go za­sto­so­wa­nia na­wet dla jed­ne­go z nich.

Mat­thew od­zna­czał się ła­god­nym uspo­so­bie­niem i ja­sną to­na­cją; był w za­sa­dzie blon­dy­nem, któ­re­go po­że­ra­ło się ocza­mi i ba­wi­ło się nim za po­mo­cą in­nych zmy­słów. Póź­niej na­stę­po­wa­ła nie­spo­dzian­ka, gdyż od­kry­wa­ło się, że z tym uśmie­chem w oko­li­cach oczu, któ­ry rzad­ko do­cho­dził do ust i dla­te­go wy­da­wał się bar­dziej szcze­ry, Mat­thew jest in­te­li­gent­ny i za­baw­ny. Z za­ła­mu­ją­cym się gło­sem i łań­cu­chem zła­ma­nych serc za sobą uosa­biał do­ro­słe­go An­giel­skie­go Ucznia­ka. Za­wsze za­czy­nał krok wła­ści­wą nogą, lu­bił za­ba­wę, ale i Hen­ry’ego Ja­me­sa, bro­nił słab­szych, a uwo­dził gład­kie nie­wia­sty. Nig­dy nie zda­rzy­ło się, by swo­jej mat­ce za­fun­do­wał bez­sen­ną noc, a któ­rejś ze swo­ich dziew­czyn przy­zwo­itą bie­li­znę lub cho­ro­bę we­ne­rycz­ną. Nie­któ­re twier­dzi­ły, że jest ide­al­nym No­wym Męż­czy­zną.

Pro­te­go­wa­na Su­san, Zero, ma­wia­ła, że je­dy­nym No­wym Męż­czy­zną jest Paul. Za ta­kie tek­sty otrzy­my­wa­ła od Su­san czter­dzie­ści pięć ty­się­cy rocz­nie. Mó­wio­no o niej „za­baw­ka sze­fo­stwa” albo „ku­cyk Ka­li­gu­li”, jako że nie­do­ro­sły ce­sarz był na tyle po­tęż­ny i głu­pi, by swo­je­go ko­nia uczy­nić se­na­to­rem.

Zero twier­dzi­ła, że Mat­thew jest dużą dziew­czy­ną, i za­sta­na­wia­ła się, kie­dy wresz­cie męż­czyź­ni od­kry­ją oczy­wi­sty fakt, że moc­ne ko­bie­ty pra­gną albo moc­nych męż­czyzn, albo praw­dzi­wych dziew­czyn, ale z pew­no­ścią nie let­nich hy­bryd obu tych ga­tun­ków. Cza­sem po pi­ja­ne­mu Su­san przy­zna­wa­ła jej ra­cję, a zda­rza­ło się też, kie­dy była bar­dzo pi­ja­na, że mó­wi­ła mu to pro­sto w oczy.

Dziś nie na­stą­pił ża­den z tych wie­czo­rów; po co mar­no­wać czas na chwy­ta­nie mał­py za ptasz­ka, kie­dy po­sta­wio­no ci na kar­ku nogę ka­ta­ryn­ki? W po­rów­na­niu z in­ny­mi męż­czy­zna­mi Mat­thew wy­glą­dał przy­zwo­icie, choć może nie­zbyt cie­ka­wie, du­ma­ła nad przed­mio­tem swo­jej nie­chę­ci. Od cza­su opusz­cze­nia re­dak­cji w sta­nie szo­ku dziś rano zli­kwi­do­wa­ła trzy czwar­te bu­tel­ki sto­licz­nej. Te­raz ze­rwa­ła się na rów­ne nogi i klnąc, prze­mie­rza­ła po­kój, ale to nie Mat­thew był ce­lem, na­wet nie ćwi­czeb­nym ce­lem dla za­tru­tych strzał wy­strze­li­wa­nych z łuku jej zra­nio­nej dumy.

– Wszy­scy będą o mnie mó­wić – po­wie­dzia­ła i po­wtó­rzy­ła to raz jesz­cze, uświa­da­mia­jąc so­bie, iż jej oba­wa, wy­ni­ka­ją­ca ze sta­rań mat­ki, by za­po­biec plot­ko­wa­niu są­sia­dów, wca­le nie zma­la­ła. Mo­żesz prze­być dłu­gą dro­gę, dzie­ci­no, ale nie zdo­łasz uciec przed są­sia­da­mi, na­wet je­śli przy­bie­ra­ją oni róż­ne po­sta­ci. – Śmie­ją się ze mnie. Ze mnie! O to w grun­cie rze­czy cho­dzi tym nędz­nym su­kin­sy­nom.

– Prze­stań, Sue – pró­bo­wał uspo­ka­jać ją Mat­thew. – To się na­zy­wa pa­ra­no­ja.

– Tam, skąd przy­szłam, to się na­zy­wa uczo­ne mę­dr­ko­wa­nie. – Rzu­ci­ła się na łóż­ko i wbi­ła wzrok w su­fit. – Dla­cze­go to się mu­sia­ło zda­rzyć wła­śnie te­raz? Wła­śnie te­raz, kie­dy wszyst­ko szło tak cu­dow­nie?

– Su­san – na­po­mniał ją spo­koj­nym gło­sem. – Na­gła, bo­le­sna i przed­wcze­sna śmierć czło­wie­ka, któ­re­mu za­wdzię­czasz swo­ją ka­rie­rę, chy­ba nie jest czymś cu­dow­nym.

– Prze­cież wiesz, o co mi cho­dzi. Obiek­tyw­nie. To za­po­wia­da­ło zmia­ny. Prze­stań mi wci­skać tę gad­kę w sty­lu Hi­po­kra­te­sa, Mat­thew. „Best” zo­sta­nie wy­ko­rzy­sta­ny jako ro­dzaj ko­zła ofiar­ne­go, czy ra­czej utu­czo­ne­go cie­la­ka, któ­ry ma po­słu­żyć za przy­nę­tę dla syna mar­no­traw­ne­go, by go skło­nić do po­wro­tu. Za­baw­ka we­pchnię­ta w gwiazd­ko­wą poń­czo­chę ja­kie­goś bo­ga­te­go pa­lan­ta! Za­baw­ka, moje ży­cie, moje pi­smo.

– Two­je? – Uśmiech­nął się.

– Ty też mó­wisz „mój szpi­tal”! W każ­dym ra­zie by­ło­by moje w każ­dym sen­sie tego sło­wa. Gdy­by nie Pope, by­ła­bym te­raz na­czel­nym. Wiesz o tym.

Spoj­rzał na nią. Przy­szło mu na myśl, jak wie­le praw­dy jest w stwier­dze­niu, że nie­któ­re ko­bie­ty są pięk­ne, gdy się złosz­czą. Al­ko­hol i złość do­da­wa­ły barw jej twa­rzy. War­gi jej na­brzmia­ły, a oczy po­ły­ski­wa­ły jak neon. Po­chy­lił się i po­gła­dził ją po wło­sach.

– Hej, uspo­kój się. To jesz­cze nie ko­niec świa­ta.

– Nie mogę się uspo­ko­ić.

Wśli­zgnął się do łóż­ka, wy­łu­skał ją z raj­stop i roz­su­nął jej nogi.

Wes­tchnę­ła w du­chu. Och, nie. Jak­by dla uko­ro­no­wa­nia tego wszyst­kie­go Mat­thew wy­brał ten wła­śnie mo­ment, by być Do­brym w Łóż­ku. Sły­sza­ła o cza­sach, jesz­cze za­nim na­de­szły lata sie­dem­dzie­sią­te, gdy ko­bie­ty na­rze­ka­ły jed­na przed dru­gą, jak Kiep­scy w Łóż­ku byli męż­czyź­ni. A Kiep­ski w Łóż­ku, za­wsze to ja­koś wy­cho­dzi­ło na jaw, ozna­cza­ło od­mo­wę oral­nych piesz­czot łech­tacz­ki. O, szczę­śli­wa pro­sto­to!

Po­tem na­gle na­sta­ły lata sie­dem­dzie­sią­te i od tak daw­na, jak tyl­ko Su­san Stre­et mo­gła się­gnąć pa­mię­cią, w se­kun­dę po uści­śnię­ciu jej ręki męż­czyź­ni jak ra­kie­ty zie­mia-po­wie­trze, z wy­wie­szo­ny­mi ję­zy­ka­mi rzu­ca­li się do jej pa­chwi­ny. Wy­glą­da­ło na to, że ja­kiś ro­dzaj zbio­ro­we­go pra­nia mó­zgów prze­ko­nał ich, że krót­kie li­za­nie za­pew­ni im na­tych­mia­sto­wy awans do Ligi De­mo­nicz­nych Ko­chan­ków, a ich ofia­ry wy­nie­sie na wy­ży­ny kon­wul­syj­nej eks­ta­zy.

Jak­że by­li­by wstrzą­śnię­ci, gdy­by do­wie­dzie­li się, jak bar­dzo była tym znu­dzo­na więk­szość dziew­czyn. A te, któ­re to na­praw­dę lu­bi­ły, z re­gu­ły sta­wa­ły się les­bij­ka­mi – któż może wie­dzieć le­piej od in­nej dziew­czy­ny, co lubi dziew­czy­na.

My­śli Su­san błą­dzi­ły w mia­rę roz­wo­ju sy­tu­acji. Je­dy­ną za­le­tą tego ro­dza­ju sto­sun­ku, po­dob­nie jak pra­so­wa­nia, było to, że po­zwa­la umy­sło­wi kon­cen­tro­wać się na spra­wach wyż­szych.

Je­dy­nie mały za­ką­tek jej pod­świa­do­mo­ści po­zo­sta­wał wraż­li­wy na to, co dzia­ło się w łóż­ku. Od­czu­wa­ła je­dy­nie sła­be po­draż­nie­nie, fi­zycz­ny od­po­wied­nik brzę­cze­nia mu­chy, któ­ra w upal­ny let­ni dzień usi­łu­je wy­do­stać się przez za­mknię­te okno, a czło­wiek leży na wy­cią­gu w szpi­ta­lu i nie może na­wet ru­szyć mię­śniem, by ją uwol­nić. Ani nie­bo, ani pie­kło, tyl­ko stan prze­wle­kłe­go trwa­nia w „lim­bo”, oto czym sta­ły się ich sto­sun­ki. Wal­czy­ła z po­ku­są, aby go wal­nąć w tę pra­co­wi­tą, małą głów­kę, jak­by on wła­śnie był tą nie­szczę­sną, na­tręt­ną mu­chą.

Piesz­cze­nie łech­tacz­ki ję­zy­kiem, stwier­dzi­ła, jest po­cze­kal­nią sek­su. Po­czu­ła błysk no­stal­gii za cza­sa­mi, któ­rych nie zna­ła, gdy męż­czyź­ni uwa­ża­li to za nie­smacz­ne. Męż­czyź­ni Kiep­scy w Łóż­ku nie sta­no­wi­li pro­ble­mu: dwie mi­nu­ty uda­wa­nia, pięć mi­nut po­cie­sza­nia i moż­na było za­jąć się czymś za­baw­niej­szym. Inna spra­wa z męż­czy­zna­mi Do­bry­mi w Łóż­ku: pięć go­dzin uda­wa­nia, dwie go­dzi­ny roz­mów na po­gra­ni­czu bred­ni i znów byli go­to­wi do ak­cji. Lu­dzie pod­nie­ca­li się tym, że Bru­ce Spring­ste­en mógł przez czte­ry go­dzi­ny wy­stę­po­wać na es­tra­dzie. Wiel­ka rzecz! Po­ziom ak­tor­stwa i wy­trwa­łość współ­cze­snej dziew­czy­ny chwy­ta­nej co wie­czór w sieć ro­bią z nie­go dwu­mi­nu­tow­ca.

Raz jesz­cze za­sta­no­wi­ła się nad po­wo­dem, dla któ­re­go trzy­ma­ła Mat­thew przy so­bie, choć mógł on prze­cież wy­wa­lać ję­zyk dla ja­kiejś in­nej dziew­czy­ny, któ­ra by na to za­słu­gi­wa­ła i któ­ra by­ła­by mu za to wdzięcz­na. Stwier­dzi­ła, że w obec­nych cza­sach, je­śli się już zdo­bę­dzie męż­czy­znę, trzy­ma się go przy so­bie, do­pó­ki nie tra­fi się na coś lep­sze­go. Nie wy­rzu­ca się wio­seł z ło­dzi i nie usi­łu­je się usta­wić jej pod prąd, cze­ka­jąc, aż coś nad­pły­nie, po­nie­waż ist­nie­je duże praw­do­po­do­bień­stwo, że to nie na­stą­pi.

Su­san wie­dzia­ła, że zgod­nie z da­ny­mi sta­ty­stycz­ny­mi męż­czyzn jest pod do­stat­kiem. Wy­czy­ta­ła przed dwo­ma ty­go­dnia­mi w jed­nej z ga­zet, że na ryn­ku roz­wi­nię­tych kra­jów Za­cho­du wy­stę­pu­je prze­syt mło­dych osob­ni­ków płci mę­skiej; tyl­ko w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nad­wyż­ka wy­no­si mi­lion. Pro­blem po­le­ga na tym, że po­ło­wa z nich to pe­da­ły, a dru­ga po­ło­wa jest do ni­cze­go. Męż­czyzn nie bra­ku­je, ale nie ma Su­per­ma­na.

We­dług teo­rii In­grid Irving mu­sia­ła być woj­na, o któ­rej nikt im nie po­wie­dział. W jej wy­ni­ku wy­gi­nę­li wszy­scy he­te­ro­sek­su­al­ni fa­ce­ci po­ni­żej czter­dziest­ki, po­wy­żej me­tra osiem­dzie­się­ciu wzro­stu i za­ra­bia­ją­cy po­nad czter­dzie­ści pa­ty­ków rocz­nie.

– Uży­to uno­wo­cze­śnio­nej bom­by neu­tro­no­wej – tłu­ma­czy­ła In­grid. – Wiesz, w czym rzecz. Bu­dyn­ki sto­ją nie­tknię­te, giną tyl­ko lu­dzie. No więc taka bom­ba to praw­dzi­wy łow­ca ta­len­tów. Zmio­tła wszyst­kie co bar­dziej ła­ko­me ką­ski, a po­zo­sta­wi­ła pa­lan­tów. Ro­dzaj męż­czyzn, któ­rych moż­na okre­ślić jako 4 × P: pe­da­ły, pier­dzie­le, pa­ta­ła­chy i pa­lan­ty.

Ko­bie­ty, in­a­czej niż męż­czyź­ni, wy­cho­wa­ły się na por­no­gra­ficz­nej do­sko­na­ło­ści. Naj­pierw były gwiaz­dy pop, na­stęp­nie bo­ha­te­ro­wie ro­man­sów – im wy­żej się wspi­na­ły, tym bar­dziej im wma­wia­no, że mogą mieć to wszyst­ko. I tym mniej były skłon­ne do kom­pro­mi­su, któ­ry i tak je cze­kał; męż­czy­zna z pie­kła ro­dem po­dał­by w wąt­pli­wość ich wy­wal­czo­ną z ta­kim tru­dem po­zy­cję. Pa­trząc na to w ka­te­go­riach sek­su, ko­bie­ty, któ­re osią­gnę­ły suk­ces, sta­wa­ły się wy­bred­ny­mi kon­su­ment­ka­mi.

Z ko­lei męż­czyź­ni szyb­ko na­uczy­li się ko­rzy­stać z sy­tu­acji. Mie­li wy­ma­rzo­ną dziew­czy­nę, ale za­nim ją spo­tka­li, hor­mo­ny zmu­sza­ły ich do in­ne­go spoj­rze­nia na to za­gad­nie­nie. Nie ma ko­bie­cych od­po­wied­ni­ków ta­kich prag­ma­tycz­nie nie­przy­zwo­itych po­wie­dzo­nek, jak „kto, grze­biąc w ko­min­ku, pa­trzy na jego okap” lub „w nocy wszyst­kie koty są czar­ne”. Na dłu­go za­nim doj­rze­li do dziew­czyn z roz­kła­dów­ki, na­uczy­li się do­ce­niać ta­nie i we­so­łe dziew­czy­ny z tyl­nej stro­ny ob­wo­lu­ty tak zwa­nych ksią­żek dla do­ro­słych (któ­re po­win­no się ra­czej okre­ślać jako ma­ga­zy­ny dla ona­ni­zu­ją­cych się wy­rost­ków). Uczy­li się sek­su­al­ne­go kom­pro­mi­su: ona ma zeza, ale za to ja­kie nogi! Ma kiep­skie zęby, ale po­patrz na jej cyc­ki!

Mie­li szczę­ście, my­śla­ła Su­san. Za każ­dym ra­zem kie­dy roz­wa­ża­ła moż­li­wość opusz­cze­nia Mat­thew, wy­star­czy­ło jej na nie­go spoj­rzeć, by prze­ko­nać się, jaką oka­zję zła­pa­ła. Był przy­stoj­ny, in­te­li­gent­ny, wy­pła­cal­ny i od­niósł suk­ces. Nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na coś gor­sze­go. Prze­ciw­nie, po­win­na po pro­stu cze­kać, aż tra­fi się jej coś lep­sze­go.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Ma­chi­nal­nie się­gnę­ła w po­przek łóż­ka po słu­chaw­kę.

– Zi­gno­ruj go. – Mat­thew pod­niósł na chwi­lę gło­wę, po czym za­czął dal­szy ciąg w sta­dium, w któ­rym prze­rwał.

Zi­gno­ro­wa­ła Mat­thew.

– Słu­cham?

– Su­san?

– Kto mówi?

– To­bias Pope. Za­sta­na­wia­łem się, czy nie przy­ję­ła­byś tej pra­cy z po­wro­tem? Ewen­tu­al­nie po­sa­dy two­je­go zmar­łe­go przy­ja­cie­la.

Wy­do­by­ła z sie­bie pi­skli­wy dźwięk, ja­kie­go ję­zy­ko­wi Mat­thew nie uda­ło się z niej wy­do­być przez całą go­dzi­nę. Co mo­gła od­po­wie­dzieć? „Tak” brzmia­ło­by pa­te­tycz­nie, zaś „nie” sa­mo­bój­czo. Do­słow­nie ode­bra­ło jej mowę.

– Halo! Je­steś tam, Su­san? Ode­zwij się, dziew­czy­no. Chcesz tę pra­cę czy nie?

– Tak – po­wie­dzia­ła po­sęp­nie.

– Do­brze. Za­re­zer­wo­wa­łem sto­lik w Le Dive na dzie­sią­tą. Wła­ści­wie to za­re­zer­wo­wa­łem wszyst­kie sto­li­ki. Czy mo­żesz przyjść o tej po­rze? Je­śli nie, za­pro­szę ko­goś in­ne­go.

– Mogę.

– Do­brze. Lu­bię czar­ne suk­nie. Za­łóż czar­ną, ko­niecz­nie.

Ga­pi­ła się w mil­czą­cy już te­le­fon.

– Kto to był? – za­py­tał mięk­ko Mat­thew.

Och, on prze­rwał. Na­wet tego nie za­uwa­ży­ła.

– Przy­ja­ciel.

Zgrab­nie prze­rzu­ci­ła nogi nad jego gło­wą, po­de­szła do sza­fy i otwar­ła ją na oścież. Wpa­try­wa­ła się w rząd ubrań, nie znaj­du­jąc jed­nak ni­cze­go od­po­wied­nie­go.

– Przy­ja­ciel i do­bro­czyń­ca.

Ścią­gnę­ła z wie­sza­ka czar­ną su­kien­kę od Ri­fa­ta Ozbe­ka i wło­ży­ła ją przez gło­wę. Chwy­ci­ła szczot­kę do wło­sów od Ma­so­na i Pe­ar­so­na oraz dy­plo­mat­kę od Etien­ne Au­gie­ra i zbie­gła ze scho­dów.

Przy drzwiach do­tar­ło do niej, że nie po­wie­dzia­ła Mat­thew „do wi­dze­nia”. Krzyk­nę­ła więc na scho­dach. Tyl­ko że dom był duży i nie mo­gła mieć pew­no­ści, że ją usły­szał. Ale nie mia­ła cza­su do stra­ce­nia.

– Punk­tu­al­ność! Jed­na z wiel­kich cnót. – To­bias Pope uśmie­chał się do niej po­nad sto­li­kiem, jak­by wła­śnie wnie­sio­no ją jako po­tra­wę w pło­ną­cej bran­dy, któ­rą przed chwi­lą za­mó­wił. – I o ile waż­niej­sza od tych wszyst­kich tak zwa­nych cnót, jak uczci­wość, przy­zwo­itość i lo­jal­ność, bę­dą­cych w grun­cie rze­czy roz­wod­nio­nym mle­kiem. Na­zy­wam je zbo­cze­nia­mi, one ob­le­pia­ją du­szę, a fol­gu­ją im je­dy­nie ci, któ­rzy prze­sta­li opła­cać skład­ki w klu­bie zwa­nym ro­dza­jem ludz­kim. Zga­dzasz się ze mną, Su­san?

– Ab­so­lut­nie.

Spoj­rza­ła mu w twarz z za­in­te­re­so­wa­niem. Był to z całą pew­no­ścią ame­ry­kań­ski typ twa­rzy, spo­ty­ka­ny od po­sta­ci pre­zy­den­tów wy­rzeź­bio­nych w gó­rze Ru­sh­mo­re po­cząw­szy, na pa­triar­chach z my­dla­nych oper skoń­czyw­szy. Upar­ty, ob­se­syj­nie in­dy­wi­du­ali­stycz­ny i zdo­mi­no­wa­ny przez żu­chwę. Wło­sy Pope’a mia­ły od­cień okre­śla­ny jako cyna i ołów z da­chu Pen­ta­go­nu, oczy były błę­kit­ne, zbyt błę­kit­ne, zbyt ja­sne i zbyt pięk­ne na tle jego po­marsz­czo­nej przez słoń­ce, wil­czej twa­rzy. Wy­glą­da­ły jak coś nie­re­al­ne­go, jak prze­szczep ukra­dzio­ny gwiaz­do­ro­wi fil­mo­we­mu, i spra­wia­ły, że czu­ła się skrę­po­wa­na. Uda­wa­ła za­in­te­re­so­wa­nie wy­stro­jem wnę­trza Le Dive, utrzy­ma­nym w ko­lo­rze ma­to­wej czer­ni z ele­men­ta­mi błysz­czą­cej czer­wie­ni, tak jak­by pro­jek­tant chciał mu nadać wy­gląd pa­lar­ni opium. Ko­lo­ry te, jak się wy­da­wa­ło, na­le­ża­ło co rok za­stę­po­wać bar­wa­mi bar­dziej pa­ste­lo­wy­mi, ale nig­dy tego nie uczy­nio­no.

Lo­kal był rze­czy­wi­ście pu­sty; po raz pierw­szy w cią­gu trzech lat jego ist­nie­nia za­re­zer­wo­wa­no wszyst­kie sto­li­ki, co To­bia­sa Pope’a mu­sia­ło kosz­to­wać kil­ka ty­się­cy fun­tów. „Za­le­d­wie kro­pla w mo­rzu” – po­my­śla­ła.

– Do­praw­dy, pa­nie Pope, big mac wy­star­czył­by w zu­peł­no­ści.

– Ob­skur­na knaj­pa. – Ro­ze­śmiał się. – Ale ten lo­kal jest do­bry. Lu­bię go. I lu­bię cie­bie, Su­san. Lu­bię cię pra­wie tak bar­dzo, jak sie­bie sa­me­go.

Po­chy­lił się nad sto­li­kiem i przy­bli­żył do niej. Po­czu­ła za­pach pły­nu po go­le­niu, bar­dzo sta­ro­mod­ne­go i bar­dzo dro­gie­go. Za­pach ten spra­wił, że po­my­śla­ła o cza­sach, kie­dy nu­me­ry te­le­fo­nicz­ne w No­wym Jor­ku po­prze­dza­ne były ko­da­mi ta­ki­mi, jak „Rhi­ne­lan­der” czy „Pla­ża”. Nie mo­gła jed­nak zi­den­ty­fi­ko­wać tego za­pa­chu, a nie mo­gąc od razu roz­po­znać mar­ki pły­nu po go­le­niu – a za­tem nie bę­dąc w sta­nie po­czuć nie­chę­ci do Pope’a z jed­nej, kon­kret­nej przy­czy­ny – czu­ła się dziw­nie zdez­o­rien­to­wa­na i bez­rad­na.

– Mogę mieć wie­le ko­biet – po­wie­dział. – W isto­cie aż na­zbyt wie­le. Ist­nie­je ta­kie po­ję­cie, uwierz mi. W pew­nych kra­jach, choć nie zdra­dzę ci w ja­kich, mogę do­słow­nie mieć każ­dą ko­bie­tę, któ­rej za­pra­gnę, od żony wy­nio­słe­go ge­ne­ra­lis­si­mu­sa do ostat­niej smut­nej mu­cha­cha z por­to­we­go mia­sta. Tu, w two­im pięk­nym kra­ju, gdzie ko­bie­ty mają wło­sy blond, po­li­cjan­ci są wspa­nia­li, a fa­ce­ci ubie­ra­ją się ni mniej, ni wię­cej tyl­ko w spód­nicz­ki i gra­ją w fo­ot­ball, mogę dojść do po­zio­mu, no, po­wiedz­my, wże­nio­nej w kró­lew­ską ro­dzi­nę mniej waż­nej księż­nicz­ki. I to z ła­two­ścią. Tyl­ko że w za­sa­dzie są to po pro­stu błę­kit­no­kr­wi­ste ku­rew­ki i kie­dy czło­wiek do­bie­rze się już do ja­kiejś, oka­zu­je się, że jest ona rów­nie za­baw­na, jak ja­kieś ciem­ne, ob­dar­te bab­sko, któ­re nie mówi sło­wa po ame­ry­kań­sku. A na­wet są gor­sze, po­nie­waż trud­no uda­wać, że się nie mówi ich ję­zy­kiem. I mdli mnie już od po­ga­du­szek z ku­rew­ka­mi. A wiesz dla­cze­go, Su­san?

– Pew­nie po­trze­ba panu sta­ro­świec­kiej dziew­czy­ny? – Łyk­nę­ła swo­je­go mar­ti­ni z wód­ką.

Ro­ze­śmiał się zno­wu.

– Do­brze po­wie­dzia­ne. Ale to nie tak. Znu­dzi­ło mi się już po­nie­wie­ra­nie ku­re­wek. To żad­na za­ba­wa, żad­ne wy­zwa­nie, ża­den sport. To tak, jak­by wpu­ścić na ring Su­ga­ro­wi Ray­owi ka­le­kie­go ka­rzeł­ka. Nie, sil­ne dziew­czy­ny, ro­bią­ce ka­rie­rę, o to cho­dzi. To nowe wy­zwa­nie dla męż­czyzn. Dziew­czy­ny ta­kie jak ty. Och, by­ło­by za­baw­nie po­wal­czyć z tobą, Su­san. – Zmarsz­czył się na wi­dok jej ta­le­rza. – Zjedz swo­ją ko­la­cję. Je­steś za chu­da.

Jego głos brzmiał gro­te­sko­wo oj­cow­sko.

Po­grze­ba­ła w swo­im kur­cza­ku w bur­bo­nie. Jej krtań była tak ści­śnię­ta, że nie mo­gła­by prze­łknąć na­wet orzesz­ka. Naj­chęt­niej po­pro­si­ła­by o na­stęp­ne mar­ti­ni do­żyl­nie.

On był sza­lo­ny. Chciał spra­wić jej ból. Ale ona chcia­ła słu­chać da­lej. Chy­ba tak­że osza­la­ła. Spoj­rza­ła na nie­go.

– Wy­da­je mi się, że nie bar­dzo ro­zu­miem.

– Och, my­ślę, że jed­nak ro­zu­miesz. – Wziął orze­szek z jej ta­le­rza. – Po­wiem ci, jaki mam plan. Czy­ta­łaś chy­ba o dwu­na­stu pra­cach Her­ku­le­sa? – Ro­ze­śmiał się. – Za­kła­dam, że umiesz czy­tać.

– Tak, zwłasz­cza mię­dzy wier­sza­mi.

– Grzecz­na dziew­czy­na. – Bur­bon z ukra­dzio­ne­go orzesz­ka ka­pał po jego bro­dzie. Pope wy­glą­dał te­raz jak król be­to­no­wej dżun­gli w po­rze kar­mie­nia. Jak pan znaj­du­je swo­ją krwa­wą ofia­rę, sir? Wy­śmie­ni­ta. – No cóż, od­nie­śmy tę pro­po­zy­cję do sta­ro­żyt­nej tra­dy­cji. Niech to bę­dzie sześć prac Su­san. Wi­dzisz, jak skrom­ne są moje wy­ma­ga­nia? Wierz mi, mam w pa­mię­ci nu­me­ry te­le­fo­nów wszyst­kich lu­dzi z bran­ży, i to nie tyl­ko w tym kra­ju. A ty masz tyl­ko sześć za­dań do wy­ko­na­nia. Oczy­wi­ście, nie ist­nie­je żad­na lo­gicz­na przy­czy­na, dla któ­rej po­wi­nie­nem zwró­cić ci two­je sta­no­wi­sko, nie wspo­mi­na­jąc już o sta­no­wi­sku two­jej ofia­ry. Two­je za­cho­wa­nie było ha­nieb­ne, sprzecz­ne z ety­ką za­wo­do­wą, nie­wy­ba­czal­ne. – Wes­tchnął. – Ale ty masz swo­je ma­rze­nie, a ja swój ka­prys.