Amber - Gail McHugh - ebook
Opis

Życie Amber Moretti zmienia się nie do poznania. Osierocona outsiderka, która przez całe życie zmagała się z koszmarami dzieciństwa, pragnie za wszelką cenę rozpocząć nowe życie jako studentka. Kiedy pojawia się na uniwersytecie po raz pierwszy, spotyka dwóch mężczyzn, najlepszych przyjaciół, którzy wnoszą do jej mrocznej egzystencji kolor, świeży powiew powietrza i światło.

Brock Cunningham jest uroczym, zielonookim uwodzicielem-gentlemanem, Amber nie może się oprzeć jego urokowi. Wkrótce ten intrygujący mężczyzna zaczyna wypełniać cały jej świat, każdą myśl i każdy oddech. Ryder Ashcroft – niebieskooki wytatuowany „zły chłopak”, natychmiast zniechęca ją do siebie, kiedy jednak udaje mu się ją pocałować, natychmiast kradnie część jej serca, duszy i umysłu. Ku swojemu ogromnemu zdumieniu i przerażeniu, Amber zakochuje się w nich obu. A potem następuje coś, co zmienia wszystko, i Amber nie wie, czy kiedykolwiek uda jej się powrócić do normalnego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 675

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gail McHugh serwuje słodko-gorzką, miejscami mroczną i niepokojącą historię, w której nadzieja miesza się z bolesnym oczekiwaniem, niepewność z pożądaniem, a miłość z chorą fascynacją. To kawał dobrej powieści, która mąci zdrowy rozsądek i mocno szarpie emocjami. Jestem zachwycona i chcę więcej!

Krystyna Meszka, Literacki świat Cyrysi, cyrysia.blogspot.com

Amber jest jak żywioł, nieposkromiona i nieprzewidywalna. Pustoszy serce, umysł i duszę czytelnika.

Monika Szulc, Książki Moni, ksiazkimoni.blogspot.com

Zły chłopak, dobry chłopak i dziewczyna, która pragnie obu. Brzmi znajomo? To często spotykany temat, jednak Gail McHugh wprowadza coś zupełnie nowego, co porusza serce i sprawia, że na moment przestaje bić. Jesteście na tyle odważni, by przekonać się, co skrywa Amber?

Ewelina Bartocha, Książkomania, ksiazkomania-recenzje.blogspot.com

ZGail McHugh stworzyła niesamowitych, doświadczonych przez życie bohaterów, którzy znaleźli się w centrum emocjonalnego huraganu. Nie sposób przejść obok tej historii obojętnie. Polecam po tysiąckroć!

Klaudia Pankowska, porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com

Amber to książka napisana z przytupem – arogancka, bezczelna i nieprzyzwoita. A w dodatku potwornie kusząca. Właśnie takiej książki było mi trzeba: hipnotyzującej od pierwszej strony, wciągającej i po stokroć zachwycającej. Ogromnie trudno jest napisać historię, która swoją szczerością trafi do serca każdego czytelnika, a Gail McHugh udało się to doskonale. To najpiękniejsza historia o trudnej miłości, jaką kiedykolwiek czytałam.

Beata Moskwa, thievingbooks.blogspot.com

Gail McHugh po raz kolejny udowadnia, że w pełni zasługuje na miano jednej z najlepszych autorek romansów. Pisarka przedstawia niezwykle intrygującą i mroczną historię, która z każdą stroną staje się coraz bardziej uzależniająca. Amber wyróżnia się obecnością ogromnej dawki emocji, co sprawia, że książkę dosłownie się pochłania i nie żałuje ani jednej minuty lektury. Jeśli spodobała Wam się seria Pulse, to nową książkę Gail McHugh po prostu pokochacie! Zdecydowanie polecam.

Aleksandra Szałek, addictedtobooks.blog.pl

Lektura Amber jest jak balansowanie na brzegu stromego klifu. Pytanie tylko, czy odważysz się skoczyć?

Angelika Zdunkiewicz-Kaczor, lustrorzeczywistosci.pl

Początek książki otwiera oczy, środek wywołuje burzę skrajnych emocji, zakończenie rozdziera serce na milion kawałków. Przed rozpoczęciem czytania zalecam skonsultować się z lekarzem, ponieważ potężna dawka stylu Gail McHugh jest jak trąba powietrzna, która porywa w świat bohaterów i nie pozwala go opuścić aż do ostatniej kartki.

Magda Saska-Radwan, Przez piękne okulary, przezpiekneokulary.blogspot.com

Autorka konsekwentnie buduje historię i nasącza ją taką ilością emocji, namiętności, nieczystych interesów i gorzkich wydarzeń, że nie sposób podczas lektury pozostać obojętnym. To książka pełna gniewu, bólu i nienawiści ukrytych w najgłębszych zakamarkach duszy, które muszą wyjść na światło dzienne…

Dominika Piątek, Recenzje Ami, recenzjeami.blogspot.com

Amber to odważna powieść dla czytelników, którzy nie boją się mocnych wrażeń i odrobiny kontrowersji. Autorka łączy wstrząsający dramat z płomiennym romansem, tworząc prawdziwie wybuchową mieszankę. Jedna dziewczyna i dwie miłości jej życia – ten scenariusz może skończyć się tylko gigantyczną eksplozją, która strzaska niejedno serce. I choć może się wydawać, że czytaliście wiele podobnych powieści, wierzcie mi na słowo, czegoś tak wstrząsającego nie czytaliście jeszcze nigdy.

Patrycja Kuchta, W krainie absurdu, beauty-little-moment.blogspot.com

Gail McHugh stanęła na wysokości zadania. Amber to zdecydowanie jedna z najlepszych powieści New Adult, jakie w ostatnim czasie miałam okazję przeczytać. Gorąco polecam!

Julita Sobolewska, zapiski-ksiazkoholiczki.blogspot.com

Bohaterowie Amber zostali skonstruowani tak, że nie sposób oprzeć się ich urokowi. Smutne elementy przeszłości Amber sprawiają, że możemy się z nią identyfikować, czuć, że jest jedną z nas. Natomiast panowie są niczym Sahara i Grenlandia, pragniemy ich od pierwszych stron, a kiedy książka się kończy, chcemy więcej i więcej. Jestem pewna, że fani autorki będą zadowoleni z jej nowego dzieła i pokochają je równie mocno jak przygody opisane w Collide.

Sylwia Czekańska, recenzentkaksiazek.blog.pl

Czym prędzej wymażcie z pamięci poprzednie książki autorki. To coś zupełnie nowego. Burza emocji, huragan namiętności. Z tej toksycznej miłości żaden z bohaterów nie wyjdzie bez szwanku.

Klaudia Błaszczyk, moje-ukochane-czytadelka.blogspot.com

Amber elektryzuje, wywołuje dreszcze, budzi w czytelniku dziką, niemalże zwierzęcą namiętność. To lektura, którą poczujecie podskórnie… Jest to książka fascynująca, rozpalająca zmysły, niegrzeczna, a przy tym, co istotne, dobrze napisana.

Kinga Gochnio, zapisanemarginesy.pl

Amber pochłania bez reszty; zagłębiamy się w mroku, namiętności, bólu i okrucieństwie. Przeczytaj, jeśli nie boisz się zajrzeć do mrocznych zakamarków duszy bohaterów. Uprzedzam jednak – to żadne love story, a raczej coś, co może rozbić czytelnika na malutkie kawałeczki…

Irena Bujak, zapatrzonawksiazki.blogspot.com

Ta powieść sprawi, że zapomnicie o rzeczywistości i zatracicie się w lekturze, pragnąc czym prędzej poznać zakończenie tej słodko-gorzkiej historii. Gdy dotrzecie do ostatniej strony, nie będziecie potrafili uwierzyć, że tak to wszystko się kończy.

Sylwia Węgielewska, magicznyswiatksiazki.pl

Gail McHugh w swojej najnowszej powieści, pretendującej do tytułu najgorętszego erotyka tego roku, przesuwa wszystkie granice, tworząc wciągającą i bezpruderyjną historię. Kochając mocniej i zachłanniej, bohaterowie pozwalają się uwieść mrocznym sekretom i dla miłości są gotowi zrobić wszystko, nawet jeśli w grę wchodzi morderstwo.

Natalia Lena Karolak, Pokój 6277, room6277.blogspot.com

Amber uzależnia. Podsycona erotyzmem i doprawiona szczyptą perwersji, działa jak prawdziwy narkotyk. Rozpala zmysły, porusza duszę, by na koniec roztrzaskać serce na milion kawałków.

Katarzyna Paprocka, czytanie-moja-milosc.blogspot.com

Amber to książka, w której niemożliwe staje się możliwe, a fabuła z pozoru banalna okazuje się wyjątkowa. Oto niepowtarzalna przygoda z emocjami w roli głównej. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni!

Michalina Kulińska, Książkowy świat, k-siazkowyswiat.blogspot.com

Gdy przewracamy kolejną kartkę książki, a emocje wariują bardziej niż w głowie głównej bohaterki, staje się jasne, że Amber to był dobry wybór. Gail McHugh od początku do końca powieści zadziwia i prowokuje – fabułą, postaciami, słowami agresywnymi i namiętnymi. To szokująca powieść, w którą niebezpiecznie łatwo się wkręcić. Do tego stopnia, że przeczytaną książkę zamyka się z wypiekami na twarzy w środku nocy. Z tylko jedną myślą w głowie – „chcę więcej”.

Aleksandra Boniecka, aleksandra-kropka.blogspot.com

Gail McHugh po raz kolejny zaspokaja oczekiwania wymagających czytelników. Amber obrazuje trudy życia, złożoność ludzkich problemów, uwikłanie w przeszłość. Książka silnie pobudza wyobraźnię, nie pozwalając na powrót rzeczywistości, dzięki czemu może stać się kolejnym bestsellerem autorki.

Anna Jędrzejewska, swiat-ksiazkowych-recenzji.blogspot.com

Amber ukazuje całą gamę uczuć, których nie da się łatwo zaszufladkować. Powieść zaskakuje i wstrząsa, by po chwili wzruszyć i rozczulić. Już dawno żadna książka tak mną nie zawładnęła. Mamy tu absolutnie wszystko: ciekawą, złożoną historię, pełno emocji i miłość, która wstrząsa światem. Jak dla mnie – ideał.

Katarzyna Sikora, Recenzje kobiecą ręką pisane, kasik85.blog.pl

Uwaga, ta książka namiesza wam w głowach… Amber to przejażdźka emocjonalnym rollercoasterem bez chwili na złapanie oddechu. Gail McHugh kolejny raz udowadnia, że jest mistrzynią kreowania bohaterów, którzy są spełnieniem kobiecych marzeń.

Kasia Jabłońska, mirabelkowabiblioteczka.blogspot.com

Niezwykle emocjonująca opowieść o woli życia, miłości i utraconym zaufaniu. Ta historia pochłania jak ocean. Pikanterii dodają sceny emanujące pożądaniem. Z Amber odkryjesz miłość, która nie zna ograniczeń.

Paulina Rozborska, Books & Culture, books-culture.blogspot.com

Gail McHugh porusza, zaskakuje, chwyta za serce oraz wciąga w świat tajemniczej miłości, ukazując, jak skomplikowane mogą być ludzkie losy. Opowieść autorki światowych bestsellerów całkowicie mnie oczarowała. Jest to powieść z duszą.

Dominika Trawczyńska, modnaksiazka.blogspot.com

Amber jest przepełniona skrajnymi emocjami, których intensywność udziela się czytelnikowi. To historia dla tych, którzy nie boją się skoczyć na głęboką wodę i zatopić w wirze emocjonujących wydarzeń.

Kamila Idziaszek, ksiazki-milki.blogspot.com

Czytaliście Collide? W takim razie Amber Was nie zawiedzie. Jeszcze mroczniejsza. Jeszcze namiętniejsza. Jeszcze bardziej zaskakująca.

Joanna Jagieła, antykwariatzciekawaksiazka.pl

Tytuł oryginału: Amber to Ashes

Projekt okładki: Regina Wamba, Mae I Design

Redakcja: Iwona Krynicka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Renata Kuk, Maria Śleszyńska

Copyright © 2015 by Gail McHugh

Published by arrangement with Atria Books

a division of Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved.

For the cover illustration copyright © Regina Wamba, Mae I Design

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Joanna Grabarek

ISBN 978-83-287-0128-1

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Prolog

W wieku dziewiętnastu lat spotkałam dwie miłości swojego życia. Tak, dwie. Liczba mnoga. Więcej niż jedną.

Niemoralne? Być może. Ja wiem jedynie, że niezaprzeczalne. Nie do powstrzymania.

Niektórzy twierdzą, że nie powinnam żywić podobnych uczuć do dwóch mężczyzn naraz. Większość nazywa mnie dziwką, zdzirą czy nawet potworem.

Nie obchodzi mnie to.

Mówiąc najprościej… każdy z tych facetów przyjął to, co miałam mu do zaoferowania. Nikt nie zrozumie, jak bardzo uzależniłam się od ich obecności w moim życiu. Obaj stali się dla mnie kokainą, uskrzydlającym, a jednocześnie osłabiającym zawrotem głowy. Różnili się od siebie niczym woda i ogień, a mimo to pragnęłam ich równie mocno.

Potrzebowałam ich tak samo.

Jeden był moją opoką, moją siłą, moją pierwszą prawdziwą obsesją.

Drugi był moją pasją, moją namiętnością.

Posiedli całkowicie mój umysł, wszystkie moje myśli, każdy zakamarek duszy, byli jak nagły impuls, który przeszywa ciało.

Byli nawałnicą, przerażającą burzą z piorunami, której nadejścia nie zauważyłam, niespodziewanym bólem serca nad brzegiem przepaści.

Nie miałam pojęcia, że zanim skończę dwadzieścia lat, śmierć sprawi, iż obaj znikną z mojego życia.

Kto był mordercą?

Ja…

Rozdział 1Amber

Cztery miesiące wcześniej

Zapach fastfoodowego jedzenia uderza moje nozdrza. Rozglądam się po kafeterii Uniwersytetu Hadleya: po lewej kolesie na sterydach, niegrzeczni chłopcy i zadzierające nosa panienki z jednego ze stowarzyszeń studentek, po prawej samotnicy, buntownicy z wyboru i mieszanina dziwaków. Wszystkie typy osobowości obecne przy swoich segregowanych socjalnie stolikach.

Koterie.

Ktokolwiek twierdzi, że na uniwersytecie ich nie ma, chyba powinien się leczyć na głowę.

„Potrafię to zrobić. Dam radę. Potrafię” − powtarzam w myślach, ani przez sekundę w to nie wierząc. Do diabła z wiarą, kto wie, czym ona tak naprawdę jest. Moim zdaniem to czyjś poroniony wymysł. Tak czy siak, uniwersytet nie mógł się okazać gorszym doświadczeniem niż lata umysłowej stagnacji w szkole średniej. Przynajmniej miałam taką nadzieję.

Oddycham głęboko. Stawiam nogę za nogą, brnę w kierunku pustego stolika. Nagle czuję, że… upadam?

Błagam, dobijcie mnie!

Tak bardzo skoncentrowałam się na dotarciu do stolika, że nie zauważyłam torby na swojej drodze. Bezwładnie lecę do przodu. Książki i notatki wyfruwają mi z rąk, a serce trzepocze w piersi.

Nie mam się czego przytrzymać. Padam twarzą na coś, co ma twardość betonu. Moje kolana grzęzną między muskularnymi udami szczelnie wypełniającymi dżinsy. Krzesło, na którym spoczywa Beton, przesuwa się z przeraźliwym zgrzytem, przy akompaniamencie śmiechu eksplodującego w moich uszach niczym granat. Śmiertelnie zawstydzona, zaciskam palce na umięśnionych ramionach. Niemal stykamy się nosami.

Mój wybawiciel obdarza mnie przeuroczym uśmiechem. Zamortyzował nieuchronne zderzenie, łapiąc mnie w talii. Mój oddech nagle przyśpiesza. Zastygam zażenowana, spoglądając w dół na wytatuowane bicepsy. Smugi pomarańczowych płomieni, cieniowane czaszki i chińskie litery pokrywają każdy centymetr skóry opinającej mięśnie, ciągną się aż po nadgarstki. Podnoszę wzrok. Gęste, smoliście czarne włosy, stylowo zmierzwione ponad wyzywającym, niesamowicie seksownym spojrzeniem bardzo niebieskich oczu. Ten widok sprawia, że moje serce na chwilę przestaje bić.

Widzę w tych oczach rozbawienie, a także cień kłopotów, solidną dawkę buntu i czysty, niezmącony seksapil. Zaciskam mocniej dłonie na jego ramionach. Uśmiech Betonu się pogłębia. Wyczuwam arogancję i coś w mojej głowie krzyczy, żebym uciekała, bo ten osobnik przyczyni się do mojej zguby – lecz nie mogę się ruszyć. Tkwię tak, przyklejona do jego ud. Jest rozbrajająco przystojny, idealnie… niedoskonały. Ma pełne, wyraźnie zarysowane usta, męską szczękę. Jest idealną kompilacją – ma w sobie coś z każdego obłędnie seksownego przystojniaka, którego spotkałam w dotychczasowym życiu.

Boże, dopomóż!

Na jego seksownym policzku pojawia się apetyczny dołeczek. Mam ochotę go pocałować.

– Nie wiedziałem, że dziś na lunch podają takie ciacha. Bardzo mi się to podoba.

– Słucham? – Usiłuję zignorować otaczający go czysty zapach mydła i leśnej wody kolońskiej. Leśnej? Czy ja naprawdę użyłam tego określenia w stosunku do jego perfum? Nie mam pojęcia, co to jest, jednak czuję się jak podczas odlotu. On sprawia, że odlatuję. – O co ci, do cholery, chodzi?

Chichocze, a ja natychmiast zdaję sobie sprawę, jak głupawe było to pytanie. Mam ochotę wczołgać się pod stół i umrzeć.

– Chodzi mi o to, że na moich kolanach wylądowało coś, co z przyjemnością bym schrupał. – Przesuwa stwardniałe od fizycznej pracy dłonie wzdłuż moich ramion. Dygoczę lekko, czując, jak całe moje ciało ogarnia nagła fala ciepła. – Nie, nie coś, co bym schrupał – ciągnie. – Raczej pożarł.

Powietrze rozcina bicz prychnięcia, wskazującego na wyraźne obruszenie. Szybko spoglądam za siebie. Jakiejś porcelanowej blondynie najwyraźniej nie przypadła do gustu nasza wymiana zdań. Spoglądam na nią ostro, a potem przenoszę wzrok na osobnika, którego uda uwięziły mnie na dobre.

– Och, doprawdy? – Może wychodzi nieco złośliwie, ale to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy.

– Doprawdy… – odpowiada niskim, lekko schrypniętym głosem. Spogląda na moje usta i seksownie przygryza dolną wargę. – Przepyszna. Mógłbym cię jeść całymi godzinami.

Chociaż jesteśmy otoczeni przez rozbawiony, chichoczący tłum, czuję łaskotanie w podbrzuszu i nieprzemożne pragnienie, żeby posmakować jego ust.

Zaraz, o czym ja, do cholery, myślę?!

Samokontrola. Ten osobnik pozbawił mnie jej i muszę odzyskać panowanie nad sobą.

Chociaż ta część mnie, która ceni dobry seks ponad wszystko, głośno się sprzeciwia pomysłowi odseparowania od tych muskularnych ud, usiłuję się pozbierać i powoli wstaję. Wygładzam dłonią kręcone czarne włosy i prostuję się z mocnym postanowieniem natychmiastowego odejścia, żeby dłużej nie narażać swojego mózgu na uszkodzenia spowodowane szaleństwem hormonów.

Oczywiście moje wysiłki idą całkowicie na marne, kiedy Beton wstaje z krzesła, uśmiechając się szelmowsko. Nie spuszcza ze mnie wzroku, a jego nieskrywane seksualne intencje wywołują we mnie falę pożądania i zapierają dech.

Karcę się w myślach.

Totalnie nie jestem „jedną z tych dziewczyn”. Męska uroda nigdy wcześniej nie potrafiła zmienić mnie w ciepłą kałużę hormonów. To mój pierwszy raz. Moje ciało okazuje się zdrajcą. Mierzę swojego wybawiciela od stóp do głów, czując zawroty głowy.

Mam przed sobą prawdziwą męską bestię. Gość przewyższa mnie o głowę albo więcej. Przy wzroście stu sześćdziesięciu centymetrów czuję się przy nim jak drobina. Na domiar złego myliłam się, myśląc, że intrygujące tatuaże zdobią wyłącznie jego ramiona. Po prawej stronie szyi dostrzegam diabelskie rogi, wychylające się spod czarnego T-shirtu.

Wiedziałam. To omen. Jest wcielonym diabłem, a ja znalazłam się w rajskim piekle.

Pragnąc wyrwać się z seksualnego otępienia, w jakie wpadło moje ciało na skutek spotkania z diabłem, uznaję, że jest to doskonały moment na pozbieranie swoich rzeczy z podłogi i ucieczkę z piekiełka.

– O której mam po ciebie przyjść wieczorem? – pyta, kiedy przyklękam, sięgając po podręcznik literatury angielskiej. – Koło siódmej? Idź do domu, prześpij się trochę. Będziesz potrzebowała energii na później. To nie będzie krótkie… spotkanie.

Spoglądam na niego z rozdziawionymi ustami. Przecież przelotne romanse nie są mi obce! Normalnie, mając do czynienia z tak pewnym siebie facetem, rozłożyłabym przed nim nogi w ułamku sekundy. Jednak z jakiegoś powodu arogancja tego tutaj osobnika niesłychanie mnie wkurza.

– Mówisz poważnie?

– Bardzo – uśmiecha się krzywo. – Ja nigdy nie żartuję w takich sprawach. – Przyklęka obok mnie i wręcza mi podręcznik socjologii. Kolejny uśmiech sprawia, że niemal zapominam o swoich niedawnych postanowieniach. Jego bezprawnie przystojna twarz znajduje się zbyt blisko mojej. Na tyle blisko, że czuję ciepły, miętowy oddech na policzku.

– Urodziłeś się taki zarozumiały czy po prostu wyrosłeś na dupka?

Podpiera dłonią brodę, marszcząc brwi w udawanym zamyśleniu.

– Myślę, że taki się urodziłem, ale mogę się mylić. Musiałabyś zapytać moją mamę. – Wyraźnie bawi go moja reakcja. – Masz jeszcze jakieś pytania? Ta ciekawość jest cholernie słodka.

Prycham głośno, w głębi duszy zaskoczona swoją ochotą do dalszego uczestniczenia w tej wymianie zdań.

– No tak. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, co uważasz za słodkie – zawieszam głos i przekrzywiam głowę. – Dzięki, że mnie złapałeś, ale, serio, mógłbyś już zniknąć?

Śmieje się głośno.

– Ho, ho, wstrzymaj konie! Ja tylko usiłuję zaoferować ci swoje usługi. A to, co kipi między nami, to napięcie seksualne w czystej formie. I dobrze. To zdrowsze od szklanki mleka. Proponuję pójść na całość.

O. Mój. Boże. Z minuty na minutę robi się coraz gorzej.

– Usługi? Czyżbyś był męską dziwką? Ach, no tak! – Uderzam się w czoło. – Oczywiście, i w dodatku jesteś z tego dumny! Twój fiut strzela płomieniami rozkoszy w każdą kobietę. Mam rację?

Siedząca obok grupka wybucha śmiechem. Diabeł uśmiecha się krzywo, jeszcze bardziej zadziornie niż przed chwilą.

– Taaak… zdecydowanie potrzebujesz moich… usług. Porządny numerek szybko cię wyluzuje. – Mruga do mnie porozumiewawczo i wyciąga dłoń. – Tak przy okazji, jestem Ryder Ashcroft.

Rozdrażniona, nie przyjmuję jego dłoni. O nie. Zamiast tego nabieram powietrza w płuca i uderzam go na odlew w policzek. Widok rozszerzających się ze zdziwienia oczu pięknisia jest wart bólu, który przeszywa moją rękę. Stołówka rozbrzmiewa śmiechem. Unoszę się na skrzydłach triumfu. Nie mam nawet czasu skatalogować spojrzenia Rydera Ashcrofta, kiedy słyszę, jak mruczy:

– Cholera, to było genialne.

Ułamek sekundy potem jego usta wpijają się w moje.

Zaskoczona wciągam gwałtownie powietrze. Moje zdradzieckie wargi rozchylają się, w grzesznie smakowitym pocałunku ginie nieproszony jęk, który wydobywa się z mojego gardła.

– Idź na całego, stary! – wrzeszczy jakiś palant.

– Ryder oficjalnie postradał zmysły – piszczy jakaś panienka.

Słyszę również kilka gwizdów uznania.

Odpycham go z całej siły, tuż po tym, gdy na jego miękkim języku wyczułam kolczyk. O Chryste! Dreszcz rozkoszy rozchodzi się wzdłuż mojego kręgosłupa. Z wysiłkiem wyrywam się z tego chwilowego upojenia i odsuwam na krok. Stoimy, dysząc. On przygląda mi się wzrokiem pełnym pożądania i zaskoczenia. Na jego twarzy wykwita kolejny, denerwująco seksowny uśmieszek.

Prycham głośno, rozgniewana, i pokazuję mu środkowy palec. Wycieram usta wierzchem dłoni, zgarniam wszystkie swoje książki i ruszam w kierunku stolika, przy którym postanowiłam usiąść, zanim tak niefortunnie wskoczyłam na kolana Rydera. Po pierwszym kroku czuję dużą męską dłoń na swoim ramieniu. Odwracam się gniewnie, z zamiarem demonstracyjnego strącenia nachalnej ręki – i spoglądam prosto w ogromne zielone oczy, które zdecydowanie nie należą do Betonu.

Co, do diabła? Czy każdy facet w tym budynku ma problem z przedawkowaniem sterydów? Ten tutaj jest równie potężny jak dupek Ryder, jeśli nie większy.

Unosi dłonie do góry w geście poddania. W jednej z nich trzyma mój rozkład zajęć. Uśmiecha się ostrożnie, ale z wesołym błyskiem w zielonych oczach.

– Zapomniałaś o tym. – Kładzie kartkę na książkach i celuje kciukiem przez ramię w kierunku Rydera. – Nie przejmuj się nim.

– Mam się nie przejmować? – Rzucam gniewne spojrzenie pięknisiowi, który zdążył już z powrotem zasiąść przy swoim rozgadanym stoliku. Blondi, która kilka sekund wcześniej wydawała się bardzo obrażona, siedzi mu na kolanach, obejmuje go za szyję i szepcze mu coś do ucha. Ryder spogląda na mnie z promiennym uśmiechem na zdradzieckich ustach.

Wkurzona, zażenowana i niesamowicie sfrustrowana seksualnie, zaciskam zęby i odwracam się na pięcie.

– To dupek!

– Ten dupek jest moim najlepszym przyjacielem. − Odwracam się z gniewnym prychnięciem, lecz przyjaciel Rydera nie dopuszcza mnie do głosu. – Oczywiście nie zmienia to faktu, że jest dupkiem. – Szmaragdowe oczy połyskują, gdy szczerzy się, rozbawiony. Opiera muskularne ramię na metalowej barierce. – Osobiście uważam, że matka karmiła go piersią zdecydowanie dłużej, niż wypada, i to jest źródłem całego problemu.

W odpowiedzi unoszę brew, przyglądając się zielonookiemu nieznajomemu, który chichocze cicho, rozbawiony własnym dowcipem.

– Nazywam się Brock Cunningham. Byłem karmiony z butelki, więc stanowię zupełne przeciwieństwo mojego przyjaciela. Może się mylę, ale wyglądasz, jakbyś potrzebowała pomocnej dłoni. – Brock sięga po stertę podręczników i papierów, które właśnie wyślizgują się z moich rąk.

Z niejakimi oporami pozwalam mu wreszcie przejąć połowę ciężaru.

– Cunningham, tak? – Gniew powoli mija. Ruszam w stronę stolika, uznawszy, że towarzystwo przeintelektualizowanych maniaków komputerowych jak najbardziej mi odpowiada. – Jak Richie Cunningham?

– Richie…? – Nie rozumie.

– Richie Cunningham ze Szczęśliwych dni[1]. – Zajmuję miejsce obok kujona z okularami jak denka butelek, rzucam książki na stół i przyglądam się, jak Brock odsuwa krzesło i siada naprzeciwko mnie. – To najlepszy serial lat siedemdziesiątych – ciągnę. – Musiałeś go oglądać.

Drapie się po brodzie z całkowitym brakiem zrozumienia. Słońce, przesączające się przez szyby, rozświetla jego oczy. Złotawe iskierki lśnią w nich niczym diamenty. W szmaragdowych studniach dostrzegam nader znajomy łobuzerski błysk. Nie mogę sobie uświadomić, gdzie go wcześniej widziałam.

Zastygam, nagle zdając sobie sprawę, że najlepszy przyjaciel pięknisia jest niesamowicie przystojny. Szczerze mówiąc, wygląda równie korzystnie, jak Ashcroft, chociaż w zupełnie innym stylu. Nie ma tak twardo i wyraźnie zarysowanej szczęki; jest przez to mniej onieśmielający. Ma blond włosy o odcieniu karmelu, kojarzą mi się z waniliowym napojem gazowanym. Oblizuję usta. Palce mnie świerzbią, żeby sprawdzić, jak bardzo miękkie są te falujące pasma. Chłopięcy uśmiech sprawia, że serce zaczyna trzepotać mi w piersi i na chwilę gubię się w uroczym wyrazie niezrozumienia na jego twarzy.

– Zaciekawiłaś mnie – odpowiada. – Nie mam pojęcia, kim jest Richie Cunningham ani co to są Szczęśliwe dni. – Wzrusza ramionami, szczerząc się jeszcze szerzej. – Musisz mi dać więcej wskazówek.

Nie mogę uwierzyć w to, co zamierzam za chwilę zrobić.

Chrząkam, zbieram się na odwagę i robię to. Skaczę na główkę. Śpiewam tytułową piosenkę, usiłując wyciągnąć najwyższe tony tak, żeby przy okazji nie popękały szyby w oknach. Zapominam o siedzących przy stole studenciakach, którzy spoglądają na mnie, jakbym to ja była dziwolągiem. Brock chichocze, a ja natychmiast mam ochotę rzucić się z najbliższego mostu.

– Brawo, masz piękny głos, ale… wciąż nie mogę powiedzieć, że ta piosenka jest mi znajoma.

– W takim razie dużo straciłeś, Cunningham. Wiesz o tym, prawda? – rzucam z przekonaniem.

Moje pokolenie naprawdę dużo straciło, nie oglądając, jak pani i pan Cunninghamowie prowadzą swoją idealną rodzinę. Szczęśliwe dni to właśnie to: szczęśliwe dni.

Dni, kiedy rodzice nie ćpali, pragnąc kolejnej dawki bardziej niż uścisku swojego dziecka. Dni, gdy dzieci nie zostawały same, przerażone i głodne, w pustym mieszkaniu w środku zimy. Dni, kiedy niewinne oczy nie musiały oglądać krwawych aktów przemocy w domu, który powinien być symbolem bezpieczeństwa, zdrowia i miłości.

Porzucam mroczne, bolesne wspomnienia.

Brock splata dłonie na karku.

– Nie wiem, czy dużo straciłem, nie oglądając serialu, o którym wspomniałaś, ale na pewno moje życie było dużo uboższe, zanim zaśpiewałaś tę… dziwną melodię.

– Dziwną? – Marszczę brwi. – Wcale nie jest dziwna.

– Jeszcze jak. – Brock krzyżuje ręce na piersi i wpatruje się w moje oczy. – Tak czy siak, sprawiłaś, że podoba mi się bardziej, niż powinna.

Jego uwodzicielskie spojrzenie sprawia, że w gardle rośnie mi gula. Przełykam głośno ślinę. Co się ze mną, do diabła, dzisiaj dzieje?! Zaczynam myśleć, że frappuccino, które wypiłam w drodze na uniwerek, było wzmocnione jakimś środkiem odurzającym, skoro już drugi raz w ciągu niespełna dziesięciu minut przedstawiciel płci przeciwnej wywołał u mnie objawy upojenia narkotykowego.

Oddycham głęboko i usiłuję zmienić kierunek konwersacji.

– Więc, hm… dlaczego uważasz, że twoje życie było ubogie, zanim usłyszałeś tę piosenkę?

Uśmiecha się ledwo widocznie.

– Ponieważ wciąż nie znam imienia pięknej dziewczyny, która podczas naszego pierwszego spotkania ją śpiewała. – Wzrusza ramionami, a potężne mięśnie jego klatki piersiowej napinają koszulkę polo. – Bez tego nie sposób czuć się spełnionym. Zgodzi się pani chyba, panno…?

Och… jest naprawdę dobry w te klocki.

Wypuszczam powietrze z płuc.

– Ber. – Nerwy sprawiają, że moja odpowiedź zmienia się w szept.

– Ber? – Unosi brew w zdumieniu i śmieje się szeroko. – To bez wątpienia nietypowe imię, ale… podoba mi się.

– Nie, zaraz! – wołam zażenowana. – Nie mam na imię Ber.

Brock podpiera dłońmi brodę i przygląda mi się z niebezpiecznie uroczym wyrazem twarzy.

– Chcesz mnie zmylić, piękna dziewczyno, która nie ma na imię Ber? Jeżeli było to twoim zamiarem, odniosłaś sukces.

O matko, niech ktoś mnie dobije, byle zakończyć tę żenadę.

– Nie, nie chciałam cię zmylić. Ja…

– Ach, czyli to moja osoba sprawia, że się denerwujesz? – Oblizuje wargi i na ten widok moje serce zatrzymuje się w pół uderzenia. – Mam rację, prawda?

– Nie! – modlę się do wszystkich możliwych bogów o to, żeby nie dostrzegł kłamstwa, które za wszelką cenę usiłuję ukryć. – Wcale nie.

– Hej, przyznaj się, że to prawda! Cholernie seksowna prawda, więc nie mam nic przeciwko. – Brock nachyla się ku mnie, zagląda mi głęboko w oczy. – Więc jak naprawdę masz na imię… Ber?

Wzdycham ciężko, usiłując rozluźnić zaciśnięte gardło.

– Amber. Amber Moretti.

– Amber – powtarza, smakując moje imię. Podoba mi się sposób, w jaki je wymawia. – Cóż, Am…ber, zdaję sobie sprawę, że mój nierozgarnięty przyjaciel mógł nieco zepsuć ci humor, ale zamierzam ci wynagrodzić jego brak kultury, jeżeli pozwolisz, oczywiście.

No to koniec!

Czuję się jak ryba, która właśnie połknęła przynętę, zarzuconą przez wygłodniałego wędkarza. Żołądek przewraca mi się z podniecenia i szczerze powiedziawszy, trochę mnie przeraża rozmiar mojej ekscytacji.

Podobnie jak wiara, miłość jest kolejnym wymysłem tych, którzy wierzą w bajki. Bajki są nieprawdziwe: nie istnieją rycerze na białych koniach. Moim zdaniem wszystkie księżniczki z baśni są głupimi, naiwnymi kretynkami.

Nie mogę zaprzeczyć, że chciałabym zaznać miłości, żeby wreszcie poczuć coś… cokolwiek. Jednak to, do czego ostatecznie przywodzi ludzi miłość, wrzeszczy głośno pod czaszką, ostrzegając moje odrętwiałe, puste serce. Otwieram usta, żeby powiedzieć Brockowi Cunninghamowi, że może sobie odjechać w swojej lśniącej zbroi na białym rumaku w stronę zachodu słońca z inną kretynką, która uwierzy jego wszystkim przyszłym kłamstwom i nieszczerym obietnicom. Zatrute jadem słowa nie mają jednak szansy wypłynąć z moich ust.

– Poza tym myślę, że mały seansik Szczęśliwych dni w twoim znamienitym towarzystwie będzie naprawdę super – oświadcza.

Zamykam gwałtownie usta, a Brock uśmiecha się do mnie nieśmiało, przewiercając mnie szmaragdowymi oczami, w których dostrzegam tylko przyjazne ciepło.

– No, pod warunkiem że kiedy już dostaniemy skrzydeł po wypiciu zbyt wielu red bulli i objemy się popcornem, raz jeszcze zaśpiewasz mi tę dziwaczną piosenkę. – Poważnieje nagle. – A przede wszystkim musisz wyznać mi sekrety, które skrywają przed światem twoje piękne oczy.

I nagle, pierwszego dnia pierwszego roku studiów zdaję sobie sprawę, że właśnie stoję na rozstaju drogi życiowej.

Część mnie chce wskoczyć na białego konia Cunninghama, objąć niepewnymi ramionami tego odzianego w zbroję zielonookiego rycerza i może − tylko może – dopuścić do siebie jakieś uczucia. Z kolei druga część mnie pragnie jak najszybciej uciec.

Przeżuwam przez chwilę te sprzeczności, po czym uznaję, że jestem gotowa na odegranie roli naiwnej księżniczki, jednak zdecydowanie nie zamierzam ułatwiać księciu z bajki zadania.

– Masz niezłą gadkę – przyznaję. – Na twoje nieszczęście, żeby dostać się do mojej głowy, będziesz potrzebował czegoś więcej niż kilku dobrych tekstów.

– Czy to wyzwanie? – Krzyżuje ramiona na piersi.

– Owszem, wyzwanie – rzucam na pozór obojętnie. Jestem pewna, że to go zniechęci, bo zimne kobiety nie są dla facetów żadną atrakcją. Oni chcą słodyczy i zapachu wanilii, ja śmierdzę moczem i smakuję jak ocet.

Brock przygląda mi się uważnie, nie zdradza emocji. Marszczy tylko czoło zaintrygowany.

Aha. To koniec.

– Przyjmuję wyzwanie – odpowiada, zaskakując mnie nieco. W zasadzie zaskakuje mnie całkowicie, tak że niemal spadam z krzesła. Byłam pewna, że zechce czym prędzej się ulotnić. − Ale musisz mi powiedzieć kilka rzeczy, zanim do reszty pomieszasz mi w głowie.

– Pomieszam ci w głowie?! – parskam śmiechem. Uznaję, że była to nieudana próba podrywu: biedny, zagubiony facet, którego koniecznie trzeba naprawić. Większość panienek załapuje się na tę smętną śpiewkę.

– Tak właśnie. Dziewczyny zazwyczaj sądzą, że to my jesteśmy specjalistami w tej dziedzinie. Tymczasem, szczerze mówiąc, obie płci są równie wydajne.

Jestem przekonana, że to gadka szmatka, mimo to podejmuję grę.

– Już rozumiem, ktoś złamał ci serce, tak? Myślisz, że jesteś wyjątkiem na tym świecie?

– A tobie? Czy tobie też ktoś złamał serce? – Jego spojrzenie łagodnieje. – Nie jestem pewien, ale coś mi mówi, że mam rację. Ewentualnie w twoim życiu wydarzyło się coś, co sprawiło, że zamknęłaś się w sobie.

Jasnowidz czy co?

Prawda jest taka, że pokręcone małżeństwo moich rodziców zbudowało wokół mnie więzienie strachu, którego mury rosły przez całe lata. Ich związek – czy raczej antyzwiązek – zatruł mnie, zbrukał moją duszę, sprawił, że znienawidziłam ideę miłości i nigdy nie pozwoliłam nikomu wejść do ruin mojego świata.

Nie znaczy to oczywiście, że moje serce nie zostało złamane. Rozpadło się na kawałeczki tak drobne, że nikt nie potrafiłby ich pozbierać. Trzęsąc się na mokrym od krwi dywanie, wypłakałam tyle łez, że mogłyby one wypełnić ocean. Mimo wszystko nie miałam przeszłości wypisanej na czole. Ukryłam ją bardzo skrzętnie, maskując mrok brawurą, którą inni ludzie szlifują przez całe lata.

I do tej chwili sądziłam, że dobrze mi to wychodzi.

– Nie zamierzam odpowiadać na to pytanie. – Przed nim też nie zamierzam otwierać drzwi do mojego życia. – Pytaj mnie, o co chcesz, byle nie o moje serce i jego perypetie.

– W porządku… Na razie. – Brock odchylił się na krześle i przeczesał palcami włosy. – Jaki jest twój ulubiony kolor?

Łatwizna.

– Zielony.

– Floryda czy Montana?

– Nie cierpię plaż, a kowboje ani trochę mnie nie kręcą. Ani to, ani to.

– Młoda damo – jego południowy akcent pogłębił się – nie mam w posiadaniu rancza, ale małe króliczki są lepsze niż sztuczne cycki.

Jego odpowiedź wydaje mi się nieco dziwna, lecz mnie rozśmiesza. Brock Cunningham nie wpisuje się w żaden stereotyp i dość mi się to podoba.

– Kwiaty czy czekoladki?

– Lubisz oklepane gesty?

– Zrozumiałem aluzję. – Kiwa głową, jakby coś sobie zapisywał. – Szpilki czy brudne tenisówki?

Spoglądam na swoje dziesięcioletnie conversy, które widziały już lepsze dni.

– Hm… tenisówki. – Chyba dość oczywista odpowiedź, zważywszy, że jestem ubrana w dżinsy z bazaru i wypłowiały podkoszulek z Nirvaną.

Brock przygląda mi się przez chwilę.

– Na to liczyłem – stwierdza poważnie. – Lubię inność.

Czerwienię się pod wpływem jego spojrzenia. Jakby wyczuwając moje zdenerwowanie, chrząka głośno.

– Pierwsza liczba, jaka przychodzi ci na myśl?

– Szesnaście.

– Piwo czy wódka?

– Głupie pytanie. Jedno i drugie. – Przewracam oczami.

Brock chichocze cicho.

– Perfect Circle czy The Script?

– Przecież to dwa światy! W dodatku oba świetne. Poza tym to tak, jakbyś kazał mi wybierać między dwoma skrajnymi ideałami faceta, no wiesz: macho i rycerz. Niewykonalne.

– Zgadzam się, chociaż pojęcie książkowego ideału jest mi obce.

Uśmiecham się. Nie ma sensu tłumaczyć mu, jak bardzo owe ideały są ważne dla hord kobiet na całym świecie, które porównują z nimi wszystkich mężczyzn.

– Nie starczy mi dnia na wyjaśnienia.

– Kapuję – śmieje się i zaciera dłonie. – Wanilia, czekolada czy truskawka?

– Wszystkie trzy wymieszane w jeden idealny smak.

– Spacer po parku czy całodniowa wycieczka motocyklowa?

– Słyszałeś o Deusie Weście[2]?

Znów nie kojarzy. Śmieję się.

– Zdecydowanie dzień jazdy na motorze.

– Ekstra. Lato czy zima?

– Zima. Nie cierpię upałów.

– Boże Narodzenie czy Święto Dziękczynienia?

– Pieczony indyk jest o niebo lepszy od grubasa w czerwonym wdzianku. – Tą odpowiedzią zapracowuję na kolejny uśmiech.

– Ulubiona pozycja.

Spryciarz. Podoba mi się to. O mały włos nie odpowiadam, że każda i że wszystko mi jedno, czy w miejscu publicznym, czy w zaciszu domowym. W ostatniej chwili postanawiam pozostać przy udawaniu niewiniątka. Spoglądam na niego wielkimi ze zdziwienia oczami.

– Myślałem, że się uda – przyznaje z krzywym uśmieszkiem. – Ulubione jedzenie?

– Sushi.

Marszczy nos.

– Naprawdę?

Nie mieści mi się w głowie, że jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek odrzuca japońskie przysmaki.

– Nie lubisz sushi?

– Na surowo smakują mi tylko pewne… atrakcyjne kąski. – Unosi brwi.

– Ha, ha, ha! To ci się udało! – Puszczam do niego oko, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że doskonale wiem, o czym mówi.

To nie forsa, a cipka jest przyczyną wszelkiego zła.

– Bystra jesteś. – Przysuwa krzesło bliżej, siada na nim okrakiem, krzyżuje ramiona na oparciu i wpatruje mi się w oczy z laserową precyzją. – Futbol czy bejsbol?

– Zdecydowanie bejsbol. Futbol jest do dupy.

Jego oczy robią się wielkie jak spodki, a usta wykrzywiają się w grymasie zakłopotania. Wygląda jak zagubiony szczeniaczek.

– O co chodzi? – Ta nagła zmiana jego nastroju nieco wytrąca mnie z równowagi. – Jesteś jakimś walniętym fanatykiem futbolu czy co?

– Kapitanem.

– Hę? – Teraz to ja wpatruję się w niego wielkimi oczami. – O Boże. Tylko nie sportowiec. Błagam, powiedz, że nie jesteś sportowcem.

Zważywszy, że ma na sobie koszulkę polo i spodnie w kancik, wygląda bardziej na kujona niż na jadącego na sterydach futbolistę. Owszem, ma ciało jak atleta: szerokie muskularne ramiona i ładnie wyrzeźbioną klatkę piersiową. Wyciągam szyję i spoglądam na jego brzuch. Tak jak przypuszczałam, pod cienką koszulką ukrywa się solidny sześciopak. Cóż, tak piękną sylwetkę mógł przecież uzyskać, podnosząc ciężary: małe dziewczyny z wielkimi implantami lub samochody (pod wpływem impulsu).

Nie no, błagam, tylko nie fanatyk sportu.

Brock kiwa głową z cieniem uśmiechu na ustach.

– Jestem kapitanem drużyny uniwersyteckiej. Czy straciłem przez to u ciebie szanse?

– O mały włos. Powiedziałabym, mikroskopijnie mały.

– A dlaczego, jeśli wolno spytać? – Marszczy brwi.

– Bo tak. Zresztą nieważne. Jakoś przeżyję ten sport, oczywiście, jeśli się postarasz. – Wracam myślami do nocy, kiedy to na błotnistym boisku szkolnym sprzedałam dziewictwo dupkowi o imieniu Josh Stevenson. Miałam czternaście lat i chciałam się napić piwa. On miał siedemnaście i fałszywe prawo jazdy.

Zawarliśmy umowę.

Dzięki Bogu cały ten obrzydliwy proceder nie trwał dłużej niż pięć minut. W głębi duszy oczekiwałam, że potraktuje mnie jak dziwkę, którą odgrywałam, i tak też się stało. Następnego dnia o zajściu wiedzieli już wszyscy koledzy z jego drużyny i za każdym razem, gdy na nich wpadałam, obrzucali mnie odpowiednimi epitetami.

W małej, zamkniętej społeczności rybackiej Rivers Edge w Karolinie Północnej stałam się zdzirą, która dała dupy kapitanowi drużyny futbolowej za butelkę piwa. Nie pamiętam, czy było to drugie, czy trzecie miasteczko, w którym zamieszkałam. Wiedziałam jedynie, że właśnie tam znienawidziłam siebie i szkolnych atletów.

Poruszam się niepewnie na krześle. Brock przygląda mi się uważnie.

– O co chodzi? – pytam.

– Nic. Po prostu cieszę się, że łaskawie zgodziłaś się tolerować moje… zainteresowania. – Znów się śmieje szelmowsko. – Zwłaszcza że zamierzam dać ci wystarczająco wiele powodów, żebyś zmieniła zdanie. – Wyczuwam, że chce powiedzieć coś więcej, być może coś na poważnie dla odmiany, jednak nie naciskam. – No dobra, wyobraź sobie, że jesteś uwięziona na bezludnej wyspie. Poza wodą do picia możesz dostać jeszcze dwie rzeczy. Co wybierasz?

– To proste: cukierki lukrecjowe i swój pamiętnik. – Nagle czuję przemożne pragnienie posiadania obu tych rzeczy tu i teraz. Zwłaszcza cukierków. Są moim narkotykiem, lekarstwem na zły humor i smutek. Cukierki rządzą moim światem.

– Cukierki lukrecjowe? – Spogląda na mnie jak na totalną wariatkę. – Serio? Ze wszystkich rzeczy na świecie wybrałabyś słodycze…?

– Bystry jesteś! – Spoglądam na niego, szczerze rozbawiona. – Normalnie mistrz świata, Cunningham.

Wygląda, jakby walczył ze sobą. Po chwili na jego twarzy pojawia się zwykła pewność siebie.

– Cóż, skoro oboje jesteśmy bystrzakami i zgadzamy się, że Ryder jest największym dupkiem w galaktyce, zastanawiam się, jak szybko zgodzisz się pójść ze mną na randkę?

– Na ten przywilej musisz porządnie zapracować – mówię to z pozornym przekonaniem i sama słyszę ukryte w moich słowach wątpliwości. Sumienie wbija mi metaforyczny łokieć pod żebra, pytając, co się ze mną, do cholery, dzieje. – Bardzo ciężko zapracować.

Brock kiwa głową i wyciąga rękę. Chwytam ją po dłuższej chwili, niepewna, co zamierza.

Gładzi kciukiem moją dłoń, przewiercając mnie jednocześnie wzrokiem.

– Stanę na głowie, żeby cię skłonić do umówienia się ze mną. I ostrzegam, że bez względu na to, co będę musiał zrobić, jedno jest pewne: zawrócę ci w twojej pięknej główce, Am…ber – uśmiecha się ciepło. – Dużo bardziej niż w tej chwili. Sama zobaczysz.

Zanim jestem w stanie zareagować, delikatnie całuje moją dłoń. Przeszywa mnie rozkoszny dreszczyk, lekkie drapanie jego zarostu wywołuje gęsią skórkę. Brock uśmiecha się raz jeszcze, wstaje bez słowa i rusza w kierunku wyjścia ze stołówki.

Siedzę oniemiała, czując łomotanie pulsu w skroniach. Zastanawiam się, czy Brock Cunningham mógłby dokonać tego, co nikomu dotychczas się nie udało: przedrzeć się przez wszystkie mury i zapory, jakie zbudowałam, żeby chronić swoje biedne serce.

Rozdział 2Amber

– Musisz zaliczyć podstawy biologii – informuje mnie kobieta w dziekanacie.

– Myślałam, że nie potrzebuję tych zajęć… – Frustracja zaciska mi gardło. – To mnie opóźni o cały semestr!

– To część twojego programu akademickiego. Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogę ci poradzić. – Kobieta poprawia okulary i spogląda na wydłużającą się kolejkę niecierpliwych studentów za moimi plecami. – Może spotkasz się ze swoim opiekunem? Ja nie mogę nic zrobić.

Potężnie wkurzona przerzucam torbę przez ramię, odwracam się i… wpadam prosto na boga arogancji.

Ryder Ashcroft.

Chociaż jego męska twarz, trzydniowy zarost i szelmowski uśmieszek wywołują u mnie lekkie otępienie, przewracam oczami i usiłuję przejść obok. Ashcroft przesuwa się synchronicznie, blokując mi drogę. I jeszcze raz. I jeszcze. Zaczynam się gotować z wściekłości.

– Serio, Ryder, masz jakiś problem?

– Owszem. Ciebie. – Szczerzy się od ucha do ucha. – Od naszego spotkania minęło już trochę czasu. Stęskniłaś się za mną?

– Nie – odpowiadam całkowicie szczerze.

Prawda jest taka, że przez ostatnie czterdzieści osiem godzin wciąż od nowa przeżywałam nasz pocałunek i pielęgnowałam w sobie potrzebę zanurzenia palców w jego gęstych, ciemnych włosach. Mimo to wcale za nim nie tęskniłam. Nie. Ani trochę.

– Kłamiesz – rzuca, wreszcie się odsuwając, żebym mogła przejść.

– A ty jesteś wkurzający.

Idzie za mną na korytarz.

– Może, za to ty jesteś równie piękna, jak denerwująca. Śmiertelnie niebezpieczna mieszanka.

Zatrzymuję się i odwracam na pięcie.

– Ja jestem denerwująca? – Gdyby zdumienie mogło zabijać, miałabym u stóp trupa.

– Aha. Doprowadzasz mnie do szaleństwa. – Wzrusza ramionami i wsuwa ręce do kieszeni dżinsów. – Totalnie.

Mrugam zaskoczona.

– Ja doprowadzam do szaleństwa ciebie? Niby w jaki sposób?

Na twarzy ma wyraz triumfu. Podchodzi bliżej, nasze ciała niemal się stykają. Wciągam gwałtownie powietrze, a moje serce przyśpiesza pod wpływem impulsu elektrycznego, który nagle przepływa między nami.

– W bardzo prosty. Choćby tymi swoimi nieprzyzwoicie słodkimi pytaniami. – Chwyta w palce pasmo moich włosów. Pochyla się i wciąga zapach w nozdrza. – Hm… malina.

– Słu… słucham? – Powoli zatracam się w melodii swojego pulsu. Wszelkie hałasy przestają do mnie docierać.

– Twój szampon – puszcza kosmyk i cofa się, lustrując mnie od stóp do głów – pachnie malinami. Podoba mi się. To tylko jedna z rzeczy, które doprowadzają mnie do szaleństwa. Że nie wspomnę o twoich nadąsanych usteczkach i podniecająco buntowniczym podejściu do życia. Nie będę ci opisywał, jak dokładnie reaguję na te cechy, ale jestem pewien, że się domyślasz. Wczoraj siedziałaś mi na kolanach i z całą pewnością… poczułaś, co myślę na twój temat.

Nie mogę się oszukiwać. Moje ciało reaguje na niego w niepokojący, lecz rozkoszny sposób. Serce niemal zamiera na dźwięk jego głębokiego, lekko schrypniętego głosu. Oddech przyśpiesza pod wpływem żaru niebieskich oczu. Kiedy Ryder przesuwa przekłutym językiem po wargach, w mojej głowie mnożą się nagle scenki zwierzęcego pieprzenia się we wszelkich możliwych pozycjach.

– Mówiłeś coś…? – pytam całkiem szczerze, bo nie mogę sobie przypomnieć.

– Twój szampon – powtarza nieco zaskoczony – pachnie malinami. – Mruży oczy ubawiony. – Więcej nie słyszałaś, co?

Owszem. Nie słyszałam.

Gdzieś pomiędzy gadką o zapachu moich włosów i całą resztą się pogubiłam. We mgle pachnącej wodą kolońską Rydera całkowicie zlasował mi się mózg. Nienawidząc się za to, jak reaguję na tego dupka, uśmiecham się kwaśno.

– Posłuchaj, jestem pewna, że czeka na ciebie długa kolejka chętnych panienek, które z rozkoszą rozłożą dla ciebie nogi, i to raz-dwa, ale nie ze mną te numery, koleś!

– Mam na imię Ryder – mówi śmiertelnie poważnie. – I uwierz mi, ty i ja to tylko kwestia czasu.

– Wiem, jak masz na imię – wzdycham. – I uwierz mi, ty i ja możemy się zdarzyć wyłącznie po moim trupie. − Ashcroft chichocze i rusza za mną korytarzem, na którego końcu znajdują się drzwi prowadzące do sali z idiotycznym wstępem do biologii. − Poza tym – rzucam przez ramię, przeciskając się przez tłum − jestem pewna, że blondi, która tak chętnie zastąpiła mnie na twoich kolanach, utnie ci jaja, gdy się dowie, że usiłujesz się ze mną przespać.

– Ta blondi przyglądała się naszemu pocałunkowi, a moje klejnoty nadal mają się świetnie. Moim zdaniem świadczy to o raczej przelotnym związku, choć, oczywiście, masz prawo myśleć inaczej.

Zamiast odpowiedzieć, karcę się w myśli. Ryder mnie irytuje i frustruje seksualnie, przez co zapomniałam o tym szczególe.

– Poza tym, czyżbyś była zazdrosna…? – dodaje, wielce z siebie zadowolony.

Zatrzymuję się przed salą, odwracam i widzę go udającego, że nasłuchuje.

– Taaak, zdecydowanie, wyczuwam zazdrość. – Zamyka oczy. Ciemne długie rzęsy rzucają cień na jego policzki. – Hm… – wydaje z siebie głęboki, leniwy, hipnotyzujący pomruk.

Niemal dławię się własną śliną, wyobrażając sobie ten sam odgłos rozbrzmiewający tuż przy moim uchu, kiedy Ryder porządnie pieprzy mnie od tyłu.

Otwiera oczy i wpatruje się w moje wargi.

– Słodka, cudowna melodia zazdrości, wypływająca z twoich ślicznych usteczek.

– To wcale nie była zazdrość – zaprzeczam z przekonaniem. To tylko… tylko… Cholera, nie mam bladego pojęcia, co czuję, lecz na pewno nie zazdrość! Zaciskam palce na pasku torby tak bardzo, aż bieleją. – Chciałbyś, żebym była zazdrosna!

Przygryza wargę i powoli potrząsa głową, wycofując się w stronę falującego tłumu studentów.

– Nie, to na pewno zazdrość – rzuca głośno. – I nie, nie mam ci za złe, że nie chcesz się do niej przyznać. Dodaje ci to tylko uroku, dlatego nie mam nic przeciwko.

Przewracam oczami, jęcząc w myślach.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – dodaje Ryder.

– Jakie pytanie? – Chwytam za klamkę i marszczę podejrzliwie brwi. Zdaję sobie sprawę, że ostatnie kilka minut w jego towarzystwie kompletnie wytrąciło mnie z równowagi, jednak nie przypominam sobie, żebym pozostawiła bez komentarza jakiekolwiek pytanie.

– Jak ma na imię właścicielka tej uroczej buzi?

Opieram rękę o biodro.

– O to mnie nie spytałeś.

– Ale… przecież właśnie to zrobiłem – uśmiecha się do mnie rozbrajająco, wycofując się rakiem w głąb korytarza. – Nieprawdaż? – Drapie się po szczęce w udawanym zamyśleniu. Marszczy przy tym nader uroczo czoło. – To znaczy, oczywiście, mogę się mylić. To był długi dzień. Daję jednak słowo, że cię zapytałem.

Ten koleś naprawdę uważa tę sytuację za szalenie zabawną. O dziwo, jakaś perwersyjna cząstka mnie się z nim zgadza.

– Brock ci nie powiedział? Coś mi się nie chce wierzyć. Faceci plotkują gorzej niż baby, zwłaszcza jeśli są najlepszymi przyjaciółmi. Na sto procent wspomniał ci o mnie. A jeśli nie, to na bank sam go spytałeś.

– Ach, Brock, oczywiście… Niestety, od wczoraj nie gadaliśmy, inaczej faktycznie bym cię nie dręczył. Sama widzisz, że musisz mi pomóc rozwiązać tę zagadkę.

Wypuszczam głośno powietrze z płuc. Czuję, że przegrywam ten pojedynek.

– Amber.

Zatrzymuje się i uśmiecha z satysfakcją.

– No jasne!

– Co jasne?

– Dlaczego twoi rodzice tak cię nazwali.

Wpatruję się w niego z niezrozumieniem.

– Przez kolor twoich oczu, ślicznotko. – Mruga do mnie i szczerzy się szeroko. – Hej, nie bierz wszystkiego, co mówię, tak bardzo do siebie. Ja po prostu… taki już jestem. – Krzywi się lekko, kiedy ktoś z mijającej nas grupki studentów go trąca. – Nie obawiaj się jednak, cukiereczku. Wkrótce do tego przywykniesz i najprawdopodobniej pokochasz wszystkie pokręcone odcienie mojej osobowości. Każdą. Jedną. Jeżeli do tego czasu będę cię musiał codziennie wkurzać, do czego, jak zapewne zdajesz już sobie sprawę, jestem jak najbardziej zdolny, zrobię to bez wahania. Zanim z tobą skończę, gwarantuję, że będziesz o mnie myślała od przebudzenia do zaśnięcia. – Wzrusza ramionami. – Uczciwie ostrzegam. Zasługujesz na to. – Odwraca się i odchodzi, machając mi przez ramię.

Wchodzę do sali, nadal wstrzymując oddech na wspomnienie jego pożegnalnych słów. Przychodzi mi do głowy, że Ryder Ashcroft, z tą całą swoją frustrującą seksualnością, której obiecywałam sobie nie brać zbyt poważnie, mógł mieć rację co do jednego: rodzice nazwali mnie Amber z powodu koloru moich oczu.

Ale jak mogę zapytać o to ludzi, którzy odeszli na zawsze?

No właśnie… nie mogę.

Rozdział 3Amber

Wysiadam z samochodu. Balsamiczny zapach sierpniowego powietrza niemal zapiera mi dech. Jest nasycone skondensowanym żarem, niczym gruby, nasiąknięty gorącą wodą ręcznik, otulający ciasno ciało. W ciągu sekundy cała jestem spocona.

W zeszłym tygodniu udało mi się znaleźć pracę kelnerki w jednej z restauracji, zajęcia też szły mi dość dobrze. Mimo to moja niechęć do Marylandu rosła z dnia na dzień, wraz z pogłębiającą się tęsknotą za stanem Waszyngton. Chociaż cała moja bolesna przeszłość była związana z tamtymi okolicami, lubiłam tam mieszkać. Nigdy nie panowała tam taka wilgoć jak w Marylandzie i powietrze nie było przesycone zapachem krabów.

Przesuwam dłonią po spoconej szyi i zatrzaskuję drzwi auta. W głowie kołaczą mi się coraz bardziej toksyczne wspomnienia skradzionego dzieciństwa. Przemierzam parking, pragnąc jak najszybciej schronić się w klimatyzowanym wnętrzu budynku uniwersyteckiego. Wbiegam na górę, przeskakuję po dwa schodki i raz czy dwa potrącam rozleniwionych studentów. Chociaż zawsze przepraszam, rzucają mi nienawistne spojrzenia. Wyglądają na równie zirytowanych upalnym dniem jak ja.

Otwieram drzwi i moja skóra budzi się do życia. Chłodne powietrze pieści ją niczym pocałunki kochanka. Ruszam w kierunku biblioteki. Zanim docieram do obszernego holu z książkami, czuję się o niebo lepiej i nawet odzyskuję chęć do nauki.

Kładę rzeczy na stoliku i ruszam w kierunku regałów, przesuwając palcami po pomarszczonych skórzanych grzbietach książek. Wpatruję się w nie głodnym wzrokiem, wdychając znajomy zapach. Ta woń zawsze, bez względu na sytuację, potrafi ukoić moją duszę, wprowadzając jako taką równowagę w chaosie duchów przeszłości, rozszarpujących mój umysł.

Odnajduję poprawione wydanie Raju utraconego Johna Miltona i zaczynam przerzucać strony, aż natrafiam na scenę walki pomiędzy aniołami – wiernymi Bogu i zbuntowanymi. Wczytuję się w wersety poematu i natychmiast zapominam o całym świecie. Rozwijająca się przed moimi oczami scena nieodmiennie napełnia mnie niepokojem.

Nagle czuję na szyi czyjąś dłoń i podskakuję przerażona.

– Ciii! – Brock przykłada palec do ust. – Jesteśmy w czytelni, panno Moretti – zawiesza na chwilę głos i opiera ramię na pobliskiej półce. Jest tak seksowny, że to aż boli. – Chociaż bardzo mi się podobał ten… stłumiony okrzyk.

– Wcale nie krzyknęłam – odpowiadam cicho, speszona.

– Owszem, krzyknęłaś, a ja wcale z tego powodu nie narzekam.

Przełykam głośno ślinę, usiłując zignorować fakt, że powietrze między nami nagle wypełnia się elektrycznością.

– Co ty tu robisz? Nie przypuszczałam, że sportowcy odwiedzają takie miejsca.

– I bardzo się myliłaś. Sportowcy odwiedzają biblioteki, jeżeli wiedzą, że znajdą tam piękne kobiety, które zabrałyby ze sobą cukierki lukrecjowe na bezludną wyspę. – Z leniwym uśmiechem wyciąga paczkę twizzlersów z tylnej kieszeni spodni. Jego szmaragdowe oczy ciemnieją, kiedy przesuwa cukierkiem po moich wargach. – Ślicznie dziś wyglądasz.

– Ty też – szepczę, nagle niezaspokojona seksualnie. Moje dłonie, zaciśnięte na książce, wilgotnieją od potu, a serce zaczyna kołatać mi w piersi, gdy on znów dotyka cukierkiem moich warg. Przysuwa się bliżej.

– Nikt jeszcze nie nazwał mnie ślicznym. I zabrzmiało to jak komplement.

– Nie mylisz się. – Ośmielona chwytam go delikatnie za nadgarstek. Ciepło jego skóry promieniuje na moje ramię i dalej, aż do podbrzusza. – Moje komplementy są naprawdę dobrą rzeczą.

– Lubię je. – Wpatruje się w moje usta.

Znaczące chrząknięcie bibliotekarki wyrywa nas z transu. Kobieta wspiera dłonie na bujnych biodrach i posyła nam nieprzychylne spojrzenie. Grymas niezadowolenia szpeci jej uroczą buzię.

Z pokerową miną Brock cofa się o krok i kiwa jej głową na przywitanie.

– Pani Anderson, właśnie pomagałem Amber znaleźć – zerka na dzieło Miltona, które trzymam w dłoni – Raj utracony – kończy gładko.

– Panie Cunningham… − Bibliotekarka wzdycha zirytowana, odgarniając z czoła pasemko kręconych włosów. – Czytelnia służy do studiowania i zbierania informacji. Do niczego więcej.

– Właśnie planowaliśmy bardzo poważne badania − mruczy Brock, pochylając głowę, żeby ukryć wyraz twarzy.

Ja nie jestem w stanie ukryć absolutnie niczego. Wybucham śmiechem – głośnym, niepowstrzymanym. O Boże, jakie to wspaniałe uczucie! Całe wieki tak nie rechotałam.

Moja niedopuszczalna reakcja przyciąga kolejne zagniewane spojrzenie pani Anderson. Za to Brock wpatruje się we mnie z lekkim szokiem i ogromną dawką szacunku. Chwytam go za rękę i ciągnę w stronę swojego stolika.

– Pardonnez-nous – trzepoczę przepraszająco rzęsami do niezadowolonej bibliotekarki. – Brock est une influence mauvaise, peut-être, mais j’ai l’intention de le briser de certte. Nous allons aller avant, et faire un peut de recherche véritable. Merci.

Pani Anderson wygląda na całkowicie zdezorientowaną. Brock również.

– Czy to… było po francusku? – dopytuje, gdy siadamy przy stoliku. – I co ty, do cholery, powiedziałaś?

– Owszem – uśmiecham się, wyciągając z torby notatnik. – Powiedziałam, że masz na mnie zły wpływ, ale zamierzam nawrócić cię na właściwą drogę. Skąd wiedziałeś, że to francuski?

Chichocze, potrząsając głową.

– Słowo „merci” nie jest mi obce, choć na nim się kończy moja inteligencja językowa – szepcze, a mnie się podoba jego poczucie humoru. − Hm… teraz jeszcze bardziej pragnę zobaczyć, jak twoje usta, obeznane we francuskim, pochłaniają słodycze. – Uśmiecha się zabójczo, rozpierając się na krześle. – To takie seksowne. – Krzyżuje ramiona na piersi.

– Seksowne? Nigdy nie myślałam, że jedzenie cukierków może być seksowne. I mam wrażenie, że to bardzo mnie przybliża do stania się kujonką…

– W takim razie zacznij tak myśleć, i to już! Poza tym nie ma w tobie nic z kujonki. A nawet gdyby, to byłaby z ciebie cholernie seksowna kujonka. – Chwyta paczkę cukierków, którą położył na stoliku, i wręcza mi jedną ze słodkich laseczek. – Wcinaj, bo ten tutaj sportowiec umiera z ciekawości.

Uśmiecham się. Chyba znaleźliśmy nasz prywatny żart. Odgryzam kawałek cukierka i obserwuję Brocka. Wpatruje się we mnie wygłodniałym wzrokiem.

– Gdzie się nauczyłaś francuskiego? – pyta.

W jednym z okropnych domów dziecka, w którym wylądowałam w dzieciństwie. To tam, jeżeli nie wkułam słówek i gramatyki, nie dostawałam obiadu.

– W liceum. – Jeszcze nie jestem gotowa do wyznania prawdy. – Skąd wiedziałeś, że tu będę?

– Zobaczyłem cię na parkingu i poszedłem za tobą.

– Śledzisz mnie?

– Technicznie rzecz biorąc, owszem. – Szczerzy się szelmowsko. – Masz coś przeciwko?

– Hm… nie mam – kłamię.

– To dobrze, bo śledzenie cię to całkiem fajne zajęcie. No, jedz, Amber-Ber. Bardzo mi się podoba, jak to robisz.

Nie jestem pewna, jak powinnam zareagować, więc uśmiecham się jak idiotka. Moja pewność siebie i wygadanie nikną z każdą bystrą ripostą Brocka. Mam ochotę zdzielić go w zęby za to, że pokonał mnie w mojej własnej grze. Muszę się przy nim wyjątkowo starać i wcale mi się to nie podoba. To przecież ja jestem mistrzynią zawoalowanej konwersacji!

Prawda jest jednak taka, że nie mogłabym dać mu w zęby. Po pierwsze, są zbyt ładne – białe i aż nienaturalnie równe. Po drugie, on sam jest zbyt uroczy i zbyt pokręcony, żeby zadawać mu ból. Sportowiec czy nie, mądrala czy głupek, ten chłopak jest naprawdę łobuzem nad łobuzami. Doskonale to widzę. Czuję nosem jego sprośne myśli. Intuicja mi podpowiada, że on doskonale o tym wie. I że wkrótce ja też się dowiem, co go kręci.

Ciesząc się jak niedorozwinięta dziewica, odgryzam kolejny kawałek twizzlersa. Jednocześnie zastanawiam się, jak dużo czasu minie, zanim Brock powie mi o sobie wszystko.

– Masz jakieś ekscytujące plany na dzisiejsze popołudnie? – udaje zaciekawienie.

– Może – znów kłamię. Cóż, jeżeli wkuwanie do świtu można uznać za ekscytujące, to może nie do końca mijam się z prawdą.

– Zaraz, zaraz, a czy nie powiedziałaś przed chwilą, że zamierzasz wpaść na boisko popatrzeć, jak trenuję?

– Hm… nie – chichoczę. – To musiał ci podszepnąć mały człowieczek w twojej schizofrenicznej głowie.

– Zapewniam cię, że nic we mnie nie jest małe – szczerzy się, a ja wzdycham znacząco. – A wracając do sprawy, jestem absolutnie pewien, że słyszałem, jak to mówisz. Po prostu pragniesz mnie zobaczyć w barwach mojej drużyny. I to jeszcze jak! Widzę to doskonale.

– Och, doprawdy? – krzywię się ironicznie.

– Tak, proszę pani. Sama pomyśl: pot. Szalejące hormony. Walka wręcz. Żądza krwi. Przyznaj, że cię to kręci. Tylko nie kłam.

Wolałabym leczenie kanałowe niż popołudnie spędzone na oglądaniu potwornie nudnego treningu, jednak nie mogę zaprzeczyć, że nieco (naprawdę tylko odrobinę!) ciekawi mnie, jak jędrny tyłek Brocka prezentuje się w obcisłych kalesonach. W tym momencie przypominam sobie o upale panującym na zewnątrz i pomysł oglądania jakichkolwiek części jego ciała traci na atrakcyjności.

– Muszę wkuwać. – Wyciągam z paczki kolejną słodką laseczkę.

Przekrzywia głowę i wpatruje się we mnie intensywnie.

– Zdaje się, że muszę dłużej nad tobą popracować.

– Sądzisz, że w ogóle czuję się zainteresowana…? – Bawi mnie jego pewność siebie.

Wzrusza ramionami i pociera sobie kark.

– Cóż, miałem nadzieję, że przekupię cię cukierkami. – Jego chłopięcy uśmiech i spojrzenie, przykute do moich warg, sprawiają, że mój opór powoli topnieje. Zastępuje go stopniowo jednocześnie przyjemna i przerażająca obawa. Nie mogę ignorować faktu, że… chyba to lubię.

Opieram łokcie na stoliku, a brodę na dłoniach.

– Zatem, jak zamierzasz dopiąć swego, skoro uważasz, że już osiągnąłeś cel?

Brock wstaje, a ja unoszę głowę i podążam za nim wzrokiem.

– To bardzo proste. – Lekko muska mój policzek palcami. Wstrzymuję oddech, widząc w jego oczach cień obietnicy. – Po pierwsze, zamierzam obejrzeć z tobą wszystkie odcinki Szczęśliwych dni. Po drugie, będę facetem, który zawsze daje ci to, co lubisz najbardziej. Cukierki lukrecjowe.

Odchodzi, nie dodając już nic więcej.

Moje puste serce tłucze się pomiędzy ciekawością i koszmarnym strachem przed czymś, czego do tej pory było mi dane doświadczyć nader rzadko.

Ludzkim ciepłem.

Tęsknię za nim niczym pustynia za wodą, spragniona najmniejszej kropli deszczu. Oczywiście było mi dane zaznać czułości w małych dawkach. Zazwyczaj obdarzały mnie nią osoby, które nie były w tym ekspertami. Włączając w to moich rodziców: ludzi, dla których powinnam być priorytetem.

Ludzi, którzy powinni poświęcić wszystko, żebym miała szczęśliwe życie.

Ludzi, dla których mój uśmiech powinien być ważniejszy od kolejnej szprycy.

Po ich śmierci przebywałam w najróżniejszych domach dziecka. W każdym z nich ciepło, miłość i serdeczność były dla mnie tym, czym dla zgłodniałego kundla jest soczysta, przerośnięta mięsem kość. Tymczasem dostawałam ledwie resztki posiłku z poprzedniego dnia, za mało dla wyposzczonej duszy. W domach dziecka byłam okaleczana fizycznie, gwałcona psychicznie i odzierana z wszelkiej godności. Dziś pozostały mi jedynie przybrudzone wspomnienia przeszłości, tak mocno usiłowałam się od niej odciąć. Jednak niezależnie od tego, jak złym wspomnieniem stali się moi rodzice, mój umysł desperacko odwoływał się do nich, żeby pokonać chaos, który zastąpił moje dotychczasowe życie.

Moje okropne życie. Moje prywatne piekło, do którego po jakimś czasie zatęskniłam.

Zabawne, że sprzeczności targają nami zawsze. Zupełnie jakby pod naszymi czaszkami toczyła się nieustanna walka nieba z piekłem. Jedna strona twierdzi, że poszczęściło się nam w życiu, podczas gdy druga przygotowuje nas do najbardziej znienawidzonej roli na świecie: swojego najgorszego wroga.

Dopiero w troskliwych objęciach moich ostatnich przybranych rodziców, Cathy i Marka, doświadczyłam uczucia, że jestem komuś potrzebna, że ktoś może mnie kochać. Poczułam się wreszcie… człowiekiem. Jednak ta sieć bezpieczeństwa pojawiła się zbyt późno w moim życiu, żeby oduczyć mnie starych nawyków. Nadal odcinałam się od ludzi, niszcząc przy tym poczucie własnego człowieczeństwa. Nadal wykorzystywałam seks do oczyszczenia umysłu. W jego trakcie zawsze potrafiłam i będę potrafiła zachować kontrolę, pozostać bezpiecznie osłonięta przed rakiem, który przez całą wieczność będzie trawił mroczne zakamarki moich myśli. Zaczęłam już jako czternastolatka i od tamtej pory wykorzystywałam i kochałam seks, pragnęłam go i nienawidziłam bardziej, niż ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić. Gdybyście poznali całą prawdę, wysłalibyście mnie do wariatkowa. Oddawałam się cała, nie czując absolutnie nic, i wiele razy brałam rozkosz od tych, którzy tak naprawdę nie mogli mnie ścierpieć.

Pełna obawy, że mogę doświadczyć czegoś prawdziwego, zdrowego, wychodzę z czytelni. Zdaję sobie sprawę, że świat, jaki znałam, wkrótce legnie w gruzach za sprawą zielonookiego wcielenia chaosu, które w ciągu dwóch sekund obiecało mi więcej niż ktokolwiek inny w moim życiu.

Cóż za słodko-gorzki paradoks…

* * *

Koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1]Szczęśliwe dni − amerykański serial nadawany w latach 1974–84; Richie Cunningham, grany przez Rona Howarda, jest głównym bohaterem [przyp. tłum.].

[2] Deuce West − buntowniczy szef klubu motocyklowego, bohater serii powieści M. Sheehan Undeniable [przyp. tłum.].

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz


Oprócz nich jest na tym świecie bardzo niewiele osób, na których mi zależy. Jestem przerażona, moje bezpieczeństwo przestaje się liczyć. To oni są najważniejsi, to na ich życiu mi zależy. – Proszę, nie odsuwajcie mnie. Jeśli któremukolwiek z was choć trochę