Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 583 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Amazonia - James Rollins

Ekspedycja naukowa doktora Carla Randa przepada bez wieści w amazońskiej dżungli. Cztery lata później  jeden z jej uczestników pojawia się wycieńczony w założonej przez misjonarzy osadzie. Okazuje się, że wszedł do dżungli z amputowaną przy barku ręką, a wyszedł z dwoma zdrowymi! Czy to efekt działania nieznanej rośliny, która umożliwia regenerację tkanek?
Tropem pierwszej wyprawy rusza kolejna i odkrywa, że niedające się logicznie wytłumaczyć wydarzenia mogą mieć związek z bliżej niezbadanym plemieniem Krwawych Jaguarów, o którym jedynie szepcze się wśród tubylców. Jego członkowie potrafią znikać, przynosząc śmierć każdemu, kogo napotkają. Nawet dżungla poddaje się ich woli. Szlak ekspedycji będzie naszpikowany śmiertelnymi niebezpieczeństwami, a poznanie prawdy zamiast wybawienia może przynieść zgubę...
Powieść sensacyjno-przygodowa jednego z najpopularniejszych pisarzy tego gatunku, autora m.in. „Mapy trzech mędrców”, „Czarnego zakonu” i „Burzy piaskowej”.

Opinie o ebooku Amazonia - James Rollins

Fragment ebooka Amazonia - James Rollins

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Prolog

AKT PIERWSZY

1. Olej węża

2. Odprawa

3. Doktor i wiedźma

AKT DRUGI

4. Wauwai

5. Badania nad komórkami macierzystymi

6. Czynnik amazoński

7. Zbieranie danych

AKT TRZECI

text

9. Nocny atak

10. Ucieczka

11. Atak z powietrza

AKT CZWARTY

12. Przeprawa przez jezioro

13. Cienie

14. Domostwo

15. Leczenie

AKT PIĄTY

16. Zdrada

17. Lekarstwo

18. Ostatnia godzina

19. Nocny atak

20. Osiem miesięcy później

Epilog

Przypisy

Ekspedycja, po której znika wszelki ślad

Trzydziestoosobowa grupa uczestników wyprawy, na czele której stoi naukowiec i milioner Carl Rand, znika bez śladu w amazońskim lesie deszczowym. Można się tylko domyślać, że zaatakowały ich wrogie indiańskie plemiona albo weszli w drogę handlarzom narkotyków.

Amazoński „cud”

Cztery lata później do misji trafia skrajnie wyczerpany biały mężczyzna i wkrótce umiera. Jego identyfikator wskazuje na to, że był towarzyszącym zaginionej ekspedycji agentem CIA. Wśród wielu zagadek związanych z jego pojawieniem się jedna jest szczególnie szokująca: wszedł do dżungli jako kaleka z amputowaną ręką, a wyszedł z dwiema zdrowymi.

Krwawe Jaguary

Śladami pierwszej wyprawy rusza następna, w której uczestniczy syn Randa, Nathan… Wkrótce staje się jasne, że niedające się racjonalnie wytłumaczyć zdarzenia mogą mieć związek z bliżej nieznanym plemieniem Ban-ali, o którym tubylcy mówią tylko szeptem.

Krwiożercza dżungla

Droga przez rządzącą się własnymi prawami Amazonię będzie naszpikowana śmiertelnymi niebezpieczeństwami, a prawda, którą pragną odkryć Nathan Rand i jego towarzysze, może się okazać nie wybawieniem, lecz zgubą…

James Rollins

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne – m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWAMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAOSTATNIA WYROCZNIAKLUCZ ZAGŁADYKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGASZÓSTA APOKALIPSALABIRYNT KOŚCISIÓDMA PLAGA

Wkrótce

DIABELSKA KORONA

James Rollins, Grant BlackwoodCykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWINIEWINNA KREWDIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:AMAZONIA

Copyright © James Czajkowski 2002All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Paweł Wieczorek 2009

Redakcja: Lucyna Lewandowska

Zdjęcia na okładce: Sergey Uryadnikov/Shutterstock & anyisa/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-8125-406-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Johna Petty’ego i Ricka Hourigana,przyjaciół i współkonspiratorów

Podziękowania

Wielkie podziękowania dla tych, którzy pomogli zbierać materiały do tej książki — zwłaszcza dla Leslie Taylor z Raintree Nutrition, Inc. za zgodę na wykorzystanie jej wspaniałych rysunków roślin oraz udostępnienie cennej wiedzy o medycznych zastosowaniach roślin lasu deszczowego. Niedbalstwem byłoby pominięcie dwóch bardzo cennych źródeł: In Trouble Again: A Journey Between Orinoco and the Amazon Redmonda O’Hanlona oraz książki, która zainspirowała moją: Tales of a Shaman’s Apprentice doktora Marka Plotkina. Za pomoc najserdeczniej dziękuję też mojej rodzinie i przyjaciołom, którzy pomogli doprowadzić manuskrypt do obecnej postaci: Chrisowi Crowe, Michaelowi Gallowglassowi, Lee Garrettowi, Dennisowi Graysonowi, Susan Tunis, Penny Hill, Debbie Nelson, Dave’owi Meekowi, Jane O’Rivie, Chrisowi „Małemu” Smithowi, Judy i Steve’owi Preyom oraz Caroline Williams. Za pomoc w zakresie języka francuskiego dziękuję mojej kanadyjskiej przyjaciółce Dianne Daigle, za wskazówki podczas moich internetowych poszukiwań Steve’owi Winterowi, a Carolyn McCray za wytrwałe wsparcie. Za mapy dziękuję CIA World Factbook 2000. Dziękuję również trzem osobom, które były — i nadal są — moimi najbardziej lojalnymi współpracownikami i pomocnikami: redaktor Lyssie Keusch, agentce Russ Galen i wydawcy Jimowi Davisowi. Na koniec chciałbym zaznaczyć, że wszystkie błędy dotyczące faktów i szczegółów to wyłącznie moja wina.

Prolog

25 LIPCA, GODZ. 6.24INDIAŃSKA WIOSKA MISYJNAREJON AMAZONKI, BRAZYLIA

Kiedy obcy wytoczył się z dżungli, padre Garcia Luiz Batista pielił chwasty w ogrodzie misji. Mężczyzna miał na sobie jedynie porwane czarne spodnie i był bosy. Padł na kolana między rzędami kiełkującego manioku. Jego skóra, spalona słońcem, była wytatuowana w niebieskie i czerwone wzory.

Padre Batista wziął przybysza za jednego z tutejszych Indian Yanomami, więc odsunął na tył głowy słomkowy kapelusz z szerokim rondem i pozdrowił go w ich języku.

— Eou, shori — powiedział. — Witaj, przyjacielu, w misji Wauwai.

Nieznajomy uniósł głowę i Garcia natychmiast dostrzegł swój błąd. Oczy mężczyzny były ciemnoniebieskie — nie był to kolor oczu Indian z amazońskich plemion. Miał też kilkutygodniowy ciemny zarost.

Zdecydowanie nie był to Indianin, ale biały.

— Bemvindo — powiedział Batista po portugalsku, sądząc, że nieznajomy może być jednym z wieśniaków, którzy przybyli do amazońskiego lasu deszczowego z przybrzeżnych miast w poszukiwaniu lepszego życia. — Witam cię w naszej misji, przyjacielu.

Nietrudno było się domyślić, że biedak od dawna jest w dżungli. Skóra tak ciasno opinała klatkę piersiową, że widać było każde żebro. Jego czarne włosy były potargane, a ciało pokrywały liczne cięcia i ropiejące rany. Unosiła się nad nim chmara brzęczących much.

Kiedy spróbował coś powiedzieć, spieczone wargi popękały i zaczęła się z nich sączyć krew. Pełzł w kierunku padre, błagalnie unosząc rękę. Bełkotliwe słowa, jakie wypowiadał, były zupełnie niezrozumiałe.

W pierwszym odruchu Garcia chciał się odsunąć, ale nie pozwoliło mu na to jego powołanie. Dobry chrześcijanin nigdy nie odmawia pomocy zbłąkanemu wędrowcy. Pochylił się i pomógł mężczyźnie wstać. Przybysz był tak wyniszczony, że ważył niewiele więcej od dziecka. Nawet przez materiał koszuli padre czuł, że nieznajomy ma gorączkę.

— Chodź do środka, zejdźmy ze słońca — powiedział i poprowadził gościa w kierunku kościoła, którego wyblakła wieża wbijała się w błękitne niebo. Za kościołem, na wyrąbanej w dżungli polanie, znajdowała się wioska — bezładna mieszanina pokrytych palmowymi liśćmi chat i drewnianych domków.

Misja Wauwai miała pięć lat, ale wioska liczyła już niemal osiemdziesięciu mieszkańców, członków różnych miejscowych plemion. Niektóre chaty stały na palach, typowych dla Indian Apalai, inne, z drewna i liści palm, zbudowali Indianie Waiwai i Tiriós. Najwięcej było tu jednak Indian Yanomami, którzy mieszkali w wielkim wspólnym okrągłym domu.

Garcia pomachał wolną ręką jednemu z nich, stojącemu na skraju ogrodu. Był to Henaowe, jego pomocnik. Indianin miał na sobie spodnie i koszulę z długimi rękawami.

— Pomóż mi zaprowadzić tego człowieka do domu — powiedział padre, kiedy Henaowe podszedł bliżej.

Indianin kiwnął głową i stanął po drugiej stronie przybysza. Trzymając go we dwóch, przeszli przez bramę ogrodu, obeszli kościół i skierowali się do przylegającej do jego południowej ściany przybudówki. Tylko mieszkania misjonarzy były wyposażone w generator, który zapewniał oświetlenie kościołowi oraz zasilał lodówkę i jedyną we wsi klimatyzację. Czasami Garcia zastanawiał się, czy to, że Indianie tak chętnie przychodzą do kościoła, wynika z płynącej z głębi serca wiary w zbawienie przez Chrystusa, czy może raczej jest zasługą panującego w kościele chłodu.

Kiedy dotarli do przybudówki, Henaowe otworzył drzwi i przeciągnęli obcego przez jadalnię do pokoju w głębi. Mieszkał w nim jeden z akolitów misji, jednak dwa dni temu wszyscy młodsi misjonarze pojechali do sąsiedniej wioski z wizytą ewangeliczną. Pokoik był ciasny i ciemny, ale było w nim chłodno.

Garcia polecił Henaowe, by zapalił lampę naftową — do mniejszych pomieszczeń elektryczność nie została doprowadzona. Światło wystraszyło pająki i karaluchy, które natychmiast uciekły w ciemność.

Podnieśli mężczyznę i położyli go na łóżku.

— Pomóż mi go rozebrać. Muszę oczyścić jego rany i opatrzyć je.

Henaowe kiwnął głową, ale kiedy pochylił się nad chorym, nagle zamarł, a potem głośno westchnął i odskoczył do tyłu, jakby zobaczył skorpiona.

— Weti kete? — spytał Garcia. — Co się stało?

Oczy Henaowe były szeroko otwarte z przerażenia. Wskazał na pierś leżącego na łóżku człowieka i zaczął coś szybko mówić w języku swojego plemienia.

Garcia zmarszczył czoło.

— O co chodzi?

Niebieskie i czerwone rysunki tatuażu składały się z geometrycznych kształtów: okręgów, drżących esów-floresów i poszarpanych trójkątów. Pośrodku znajdowała się czerwona spirala, przypominająca spływającą z rany krew. Tuż nad pępkiem mężczyzny widniał niebieski „odcisk” dłoni.

— Shawara! — krzyknął Henaowe i cofnął się do drzwi.

Złe duchy.

Garcia popatrzył na swojego pomocnika. Sądził, że Indianin pozbył się już przesądów.

— Dość tego! — powiedział surowo. — To tylko farba, a nie dzieło diabła. Podejdź i pomóż mi go rozebrać.

Ale Henaowe pokręcił głową, nie ruszając się z miejsca.

Chory jęknął i padre pochylił się nad nim. Mężczyzna miał szkliste od gorączki oczy, majaczył i słabo uderzał rękami w prześcieradło. Garcia dotknął jego czoła. Płonęło. Znowu zwrócił się do Henaowe:

— W takim razie przynieś mi przynajmniej apteczkę i penicylinę z lodówki.

Indianin odszedł z wyraźną ulgą.

Garcia westchnął. Mieszkał w amazońskim lesie deszczowym od dziesięciu lat i musiał opanować wiele podstawowych umiejętności medycznych: zakładanie łubków, czyszczenie ran i nakładanie na nie maści, leczenie gorączki. Umiał nawet przeprowadzać najprostsze zabiegi, takie jak zszywanie ran czy pomaganie przy trudnych porodach. Jako przełożony misji był nie tylko opiekunem dusz jej mieszkańców, ale także ich doradcą i lekarzem.

Zdjął mężczyźnie brudne spodnie i odłożył je na bok. Dżungla dokonała wielkich spustoszeń na ciele chorego. W głębokich ranach wiły się robaki. Paznokcie stóp były niemal całkowicie zjedzone przez łuskowate zakażenie grzybicze, a blizna na pięcie informowała o starym ukąszeniu przez węża.

Zastanawiał się, kim jest nieznajomy. Może miał w dżungli rodzinę? Niestety wszelkie próby porozumienia się uniemożliwiał deliryczny bełkot mężczyzny.

Wielu wieśniaków, którzy z trudem wiązali koniec z końcem, kończyło tragicznie z rąk wrogo nastawionych Indian, złodziei, handlarzy narkotyków albo leśnych drapieżników, jednak najczęstszą przyczyną zgonów osiedleńców były choroby. Pomoc medyczna mogła dotrzeć do tych odludnych zakątków deszczowego lasu dopiero po wielu tygodniach i często nawet zwykła grypa kończyła się śmiercią.

Od drzwi dobiegło szuranie stóp o drewno. Wrócił Henaowe z apteczką i wiadrem czystej wody. Nie był sam. Za nim stał Kamala, shapori, plemienny szaman. Henaowe musiał po niego pobiec.

— Haya, dziadku — powitał go Garcia. Tak zwykle witano ludzi ze starszyzny Yanomami.

Kamala podszedł do łóżka, spojrzał na leżącego i zmrużył oczy. Odwrócił się do Henaowe i dał mu znak, aby odstawił apteczkę i wiadro. Uniósł ręce nad obcym i zaczął coś śpiewnie mówić. Garcia znał wiele miejscowych dialektów, ale nie rozumiał ani słowa z tej przemowy.

Kiedy Kamala skończył mówić, odwrócił się do niego.

— Ten nabe został dotknięty przezshawara, niebezpieczne duchy z głębokiego lasu — powiedział po portugalsku. — Umrze jeszcze tej nocy. Jego ciało trzeba spalić przed wschodem słońca — dodał, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.

— Chwileczkę! Powiedz mi, co oznaczają te tatuaże.

— Są znakiem plemienia Ban-ali — odparł szaman. — Krwawych Jaguarów. Ten człowiek należy do nich. Nikomu nie wolno pomagać ban-yi, niewolnikowi jaguarów. To oznacza śmierć — dodał, po czym zrobił gest odganiający złe duchy, dmuchnął na palce i wyszedł.

Henaowe wyszedł za nim.

Garcia poczuł chłód, który wcale nie płynął z klimatyzacji. Słyszał nieraz o Ban-ali, jednym z mitycznych plemion-duchów z głębin dżungli. Byli to ludzie, którzy parzyli się z jaguarami i posiadali niewyobrażalną moc.

Pocałował krucyfiks i odsunął na bok przesądne myśli. Nasączył gąbkę wodą i przyłożył ją do popękanych warg leżącego.

— Pij — powiedział.

W dżungli jedną z najczęstszych przyczyn śmierci jest odwodnienie.

Wycisnął gąbkę i nakapał wody do ust chorego.

Obcy zareagował jak niemowlę, któremu matka podała pierś. Zaczął odruchowo ssać, ale tak dyszał, że omal się nie zakrztusił. Garcia uniósł mu głowę. Po kilku minutach gorączka nieco spadła. Mężczyzna zaczął drapać palcami, jakby szukał gąbki, ale Garcia mu jej nie dał. Zbyt dużo picia po odwodnieniu mogłoby tylko zaszkodzić.

— Odpocznij, senhor. Pozwól, że oczyszczę ci rany i wsmaruję w nie trochę antybiotyku.

Ale chory chyba tego nie zrozumiał. Próbował usiąść, sięgnął po gąbkę i zaczął coś bełkotać. Kiedy Garcia popchnął go lekko na poduszkę, głośno westchnął i padre wreszcie zrozumiał, dlaczego mężczyzna nie może mówić.

Nie miał języka. Obcięto mu go.

Garcia przygotował strzykawkę z ampicyliną i pomodlił się za dusze potworów, które potrafiły zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi. Termin ważności lekarstwa już minął, ale nic lepszego nie miał. Wstrzyknął antybiotyk w pośladek chorego, po czym zajął się jego ranami.

Obcy wciąż oscylował między jawą i delirycznymi majakami. Gdy odzyskiwał przytomność, sięgał po spodnie, jakby zamierzał się ubrać i kontynuować swoją wędrówkę, ale Garcia za każdym razem przyciskał go do materaca i przykrywał kocami.

Kiedy słońce zaszło i zapadła noc, wziął Biblię i zaczął modlić się za chorego. W głębi duszy wiedział jednak, że jego modlitwy nie zostaną wysłuchane. Szaman Kamala miał rację. Przybysz nie przeżyje nocy.

Na wszelki wypadek — gdyby mężczyzna był chrześcijaninem — godzinę temu dał mu ostatnie namaszczenie. Kiedy znaczył mu czoło olejem, chory zadrżał, ale się nie ocknął. Jego czoło nadal płonęło gorączką. Antybiotykowi nie udało się pokonać zakażenia.

Choć Garcia wiedział, że śmierć nieznajomego jest tylko kwestią godzin, wciąż przy nim czuwał. Nic więcej nie mógł zrobić dla tej zbłąkanej duszy. Gdy zaczęła zbliżać się północ i dżungla obudziła się z chóralnym cykaniem szarańczy i kumkaniem niezliczonych żab, zasnął na krześle z Biblią na kolanach.

Kilka godzin później obudził go zduszony krzyk chorego. Natychmiast wstał, zrzucając Biblię na podłogę. Kiedy się po nią pochylił, zobaczył, że umierający wpatruje się w niego. Nadal miał szkliste oczy, ale gorączka minęła. Uniósł drżącą dłoń i wskazał swoje spodnie.

— Nie możesz nigdzie iść — powiedział Garcia.

Mężczyzna zamknął na chwilę oczy, pokręcił głową i z błagalnym spojrzeniem znowu wskazał na spodnie.

Garcia uznał, że nie może odmówić ostatniej prośbie umierającego, i przyniósł mu je.

Chory zaczął przesuwać palcami wzdłuż wewnętrznego szwu nogawki. Po chwili zatrzymał się na kilkucentymetrowym odcinku i drżącymi rękami wyciągnął spodnie w kierunku Garcii.

Padre pomyślał, że chory znów traci przytomność, bo jego oddech stał się urywany i chrapliwy. Doszedł do wniosku, że powinien spełnić jego zachciankę. Wziął spodnie i pomacał w tym samym miejscu.

Wyczuł pod palcami coś sztywnego, ukrytego pod szwem. Sekretna kieszonka…

Zaciekawiony, wyjął z apteczki nożyczki. Mężczyzna z westchnieniem opadł na poduszkę, najwyraźniej zadowolony, że jego przekaz został zrozumiany.

Garcia przeciął szew i otworzył ukrytą kieszonkę. Włożył w nią palec i wydobył monetę z brązu. Uniósł ją do lampy. Na monecie było wyryte nazwisko.

— Gerald Wallace Clark — przeczytał na głos. Czy to nazwisko obcego? — To ty, senhor?

Spojrzał na łóżko.

— Święty Jezu…

Mężczyzna wbijał pusty wzrok w sufit. Jego usta były otwarte, a pierś znieruchomiała. Wyzionął ducha w chwili, gdy przestał być bezimienny.

— Spoczywaj w pokoju, senhor Clark — powiedział Garcia.

Ponownie uniósł monetę do lampy i odwrócił ją na drugą stronę. Zaschło mu w ustach, kiedy zobaczył znajdujący się na niej napis:

SIŁY SPECJALNE ARMII STANÓW ZJEDNOCZONYCH

1 SIERPNIA, GODZ. 10.45KWATERA GŁÓWNA CIALANGLEY, WIRGINIA

Telefon zaskoczył George’a Fieldinga. Jako zastępca dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej często był wzywany przez szefów różnych wydziałów na pilne spotkania, ale telefon o priorytecie numer jeden od Marshalla O’Briena, dyrektora Centrum Środowiskowego, był czymś niezwykłym. DEC zostało założone w 1997 roku jako dział wspólnoty wywiadowczej, mający zajmować się zagadnieniami dotyczącymi ochrony środowiska naturalnego, ale do tej pory żaden szef DEC nie wykonał takiego telefonu. Tego typu telefony były zastrzeżone dla spraw związanych z bezpieczeństwem narodowym. Co mogło skłonić Stare Ptaszysko — jak nazywano Marshalla O’Briena — do podniesienia takiego alarmu?

Ruszył szybko korytarzem, łączącym stary budynek kwatery głównej z nowym. „Nowy” obiekt został zbudowany pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku i znajdowała się w nim większość wydziałów agencji — z DEC włącznie.

Patrzył na oprawione w ramy portrety, zdobiące długi korytarz — przedstawiające wszystkich wcześniejszych dyrektorów CIA, poczynając od generała-majora Donovana, dyrektora Biura Służb Strategicznych — poprzednika CIA z okresu drugiej wojny światowej. Któregoś dnia do tej kolekcji dodany zostanie również portret szefa Fieldinga, a jeżeli on sam będzie mądrze pogrywał, przejmie po nim pierwsze skrzypce.

Po chwili był już w „nowym” budynku i po przejściu kilku kolejnych korytarzy stanął przed ciągiem gabinetów DEC. Zaraz za głównym wejściem powitała go sekretarka.

— Pan O’Brien czeka na pana — powiedziała, po czym podeszła do mahoniowych drzwi, lekko zapukała i pchnęła drzwi.

— Dziękuję pani.

Powitał go basowy, toczący się jak grzmot głos:

— Dziękuję, panie dyrektorze, że zechciał pan do mnie przyjść.

Marshall O’Brien wstał z fotela. Był wysokim mężczyzną o srebrnych włosach. Wielkie biurko wydawało się przy nim małe. Wskazał gościowi krzesło.

— Proszę usiąść. Wiem, że pański czas jest bardzo cenny, więc nie chcę go marnować.

Jak zwykle od razu do sedna, pomyślał Fielding. Przed czterema laty krążyły pogłoski, że Marshall O’Brien może zostać mianowany dyrektorem CIA. Był zastępcą dyrektora agencji przed Fieldingiem, ale swoją zasadniczą postawą zraził do siebie zbyt wielu senatorów, a kolejne mosty spalił sztywnym podejściem do tego, co uczciwe i co nieuczciwe. W ten sposób nie uprawia się polityki w Waszyngtonie, więc choć był teraz dyrektorem Centrum Środowiskowego, niewiele znaczył. Jego nagły telefon był prawdopodobnie próbą udowodnienia samemu sobie, że ciągle jest w grze.

— O co chodzi? — spytał Fielding.

O’Brien usiadł i otworzył leżącą na biurku szarą teczkę. Odchrząknął.

— Dwa dni temu do agencji konsularnej w Manaus w Brazylii zgłoszono znalezienie ciała Amerykanina. Zmarły został zidentyfikowany na podstawie monety weryfikacyjnej oddziału Sił Specjalnych, w którym kiedyś służył.

Fielding zmarszczył czoło. Monety weryfikacyjne nosiło członków wielu amerykańskich formacji wojskowych. Były nie tyle identyfikatorem, co tradycją. Członek oddziału — obecny lub były — który nie miał przy sobie swojej monety, musiał postawić kolegom kolejkę.

— Co to ma wspólnego z nami?

— Ten zmarły mężczyzna to nie tylko były żołnierz Sił Specjalnych. To jeden z moich ludzi. Agent Gerald Clark.

Fielding zamrugał z zaskoczenia.

— Pod pretekstem uczestnictwa w wyprawie naukowej agent Clark został wysłany do basenu Amazonki w celu zbadania zasadności skarg dotyczących niszczenia środowiska przez poszukiwaczy złota oraz zebrania informacji na temat transportu przez ten region boliwijskiej i kolumbijskiej kokainy.

Fielding wyprostował się.

— I został zamordowany, tak? O to chodzi?

— Nie. Sześć dni temu agent Clark pojawił się w leżącej głęboko w dżungli misjonarskiej wiosce, półprzytomny z gorączki i wycieńczenia. Padre z misji próbował mu pomóc, ale po kilku godzinach Clark zmarł.

— To bardzo smutne, ale jakie to ma znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego?

— Cóż… chodzi o to, że agent Clark zaginął cztery lata temu. — O’Brien przesunął po blacie biurka faks artykułu z gazety.

Fielding wziął kartkę do ręki.

— Cztery lata temu?

EKSPEDYCJA GINIE W AMAZOŃSKIEJ DŻUNGLIAssociated Press

MANAUS, BRAZYLIA, 20 MARCA — Poszukiwania milionera i przemysłowca doktora Carla Randa oraz jego międzynarodowego zespołu trzydziestu naukowców i przewodników zostały zawieszone po trzech miesiącach intensywnych poszukiwań. Członkowie wyprawy — połączonego przedsięwzięcia Amerykańskiego Narodowego Instytutu Badań nad Rakiem oraz Fundacji Indian Brazylijskich — zniknęły w lesie deszczowym, nie pozostawiając żadnej wskazówki co do swojego losu.

Celem ekspedycji było przeprowadzenie spisu liczby Indian i plemion, żyjących w lasach Amazonii. Trzy miesiące po opuszczeniu znajdującego się w sercu dżungli miasta Manaus codzienne raporty, przekazywane z terenu za pomocą radia, nagle zostały przerwane. Wszelkie próby nawiązania kontaktu z ekspedycją nie odniosły skutku. Do ostatniego znanego miejsca jej pobytu wysłano helikoptery ratunkowe, nikogo tam jednak nie znaleziono. Dwa tygodnie później odebrano ostatni komunikat: „Przyślijcie pomoc… nie wytrzymamy dłużej. Boże, są wszędzie wokół nas…”. Potem ekspedycja została pochłonięta przez dżunglę.

Po trzech miesiącach intensywnych poszukiwań i nagłaśniania sprawy w mediach komandor Ferdinand Gonzales, dowódca ekipy ratunkowej, uznał członków ekspedycji za „zagubionych i najprawdopodobniej martwych”. Poszukiwania zostały odwołane.

Obecnie śledczy są zgodni co do tego, że ekspedycja musiała zostać napadnięta przez wrogo nastawione plemię albo natknęła się na tajną bazę handlarzy narkotyków. W każdym razie raczej nie można już liczyć na to, że którykolwiek z uczestników wyprawy się odnajdzie. Należy podkreślić, że w dżungli amazońskiej co roku znika wielu badaczy, naukowców i misjonarzy.

— Boże drogi… — wymamrotał Fielding.

O’Brien wyjął artykuł z jego dłoni.

— Po zniknięciu ekspedycji żaden z uczestników nie nawiązał z nami kontaktu. Agent Clark został uznany za zmarłego.

— To na pewno ten sam człowiek?

O’Brien kiwnął głową.

— Opis zębów i odciski palców mężczyzny zmarłego w misji pasują do tego, co zawierają akta Clarka.

Fielding znowu pokręcił głową.

— Niezależnie od tego jak bardzo to przykre, w dalszym ciągu nie widzę w tym nic, co mogłoby dotyczyć bezpieczeństwa narodowego.

— Pewnie bym się z panem zgodził, gdyby nie jedna rzecz… — O’Brien zajrzał do teczki i wyciągnął z niej dwa zdjęcia. Podał Fieldingowi pierwsze z nich. — Zostało zrobione kilka dni przed wyruszeniem ekspedycji — dodał.

Fielding popatrzył na ziarnistą fotografię człowieka ubranego w lewisy, koszulę w hawajskie wzory i tropikalny kapelusz. Mężczyzna był szeroko uśmiechnięty i trzymał w dłoni drinka.

— To agent Clark?

— Tak. Zdjęcie zostało zrobione przez jednego z naukowców podczas przyjęcia zorganizowanego z okazji startu ekspedycji. — O’Brien podał mu drugą fotografię. — A to wykonano w kostnicy w Manaus, gdzie w tej chwili jest ciało.

Fielding z niechęcią wziął do ręki błyszczącą odbitkę. Oglądanie zwłok zawsze przyprawiało go o mdłości, ale nie miał wyjścia. Ciało na fotografii było nagie i leżało na stole z nierdzewnej stali — wychudzony, obciągnięty skórą szkielet. Na klatce piersiowej widać było dziwne tatuaże, ale rysy twarzy wskazywały, że to ta sama osoba. Fielding poprosił o pierwszą fotografię i porównał je. Była jednak pewna różnica…

O’Brien musiał zauważyć zmianę wyrazu jego twarzy, bo powiedział:

— Dwa lata przed zniknięciem, podczas misji zwiadowczej w Iraku, agent Clark dostał w lewe ramię postrzał od snajpera — powiedział. — Zanim zdążył dotrzeć do amerykańskiego obozu, wdała się gangrena. Kończynę trzeba było amputować przy samym barku, co zakończyło jego karierę w Siłach Specjalnych.

— Ale ciało w kostnicy ma obie ręce.

— Właśnie. Odciski palców z tej ręki zwłok, której nie powinno być, pasują do danych z akt sprzed postrzału. Wygląda na to, że agent Clark dotarł do Amazonii z jednym ramieniem, a wyszedł z niej z dwoma.

— Ale to przecież niemożliwe! Co tam się stało?

Marshall O’Brien patrzył na niego przez chwilę swoimi jastrzębimi oczami.

— Tego właśnie zamierzam się dowiedzieć — powiedział.

AKT PIERWSZYMisja

KURARA

rodzina: miesięcznikowate (Menispermaceae)

rodzaj:Chondrodendron

gatunek:Tomentosum

powszechnie używana nazwa:kurara

wykorzystywane części:liść, korzeń, żywica

właściwości/działanie:moczopędne, przeciwgorączkowe, zwiotczające mięśnie, tonizujące, paraliżujące

1Olej węża

6 SIERPNIA, GODZ. 10.11DŻUNGLA AMAZOŃSKA, BRAZYLIA

Anakonda trzymała indiańską dziewczynkę w swoich potężnych splotach i ciągnęła ją w stronę rzeki.

Nathan Rand usłyszał jej krzyki, kiedy wracał do wioski Yanomami po porannych zbiorach leczniczych ziół. Rzucił na ziemię torbę i ruszył na pomoc, ściągając w biegu z ramion krótkolufą strzelbę. Każdy, kto wędruje samotnie po dżungli, nosi broń.

Przedarł się przez gęstą zasłonę gałęzi i ujrzał węża z dziewczynką. Połowa ciała anakondy — jednej z największych, jakie kiedykolwiek widział, mającej przynajmniej dwanaście metrów długości — znajdowała się w rzece, a druga leżała na błotnistym brzegu. Czarna skóra gada błyszczała od wilgoci. Musiał czaić się pod powierzchnią, kiedy dziewczynka przyszła nabrać wody. Przychodzące nad rzekę pekari, kapibary i leśne jelenie często stawały się łupem tych olbrzymich węży, jednak anakondy rzadko atakowały ludzi.

Ale Nathan był etnobiologiem i podczas swojej dziesięcioletniej pracy w amazońskiej dżungli nauczył się, że jeżeli zwierzę jest bardzo głodne, zwykłe zasady przestają obowiązywać. Tym światem pod zielonym baldachimem rządziła jedna reguła: zjesz albo zostaniesz zjedzony.

Spojrzał przez celownik strzelby i poznał dziewczynkę.

— Boże, Tama!

Była to dziewięcioletnia bratanica wodza, uśmiechnięte, szczęśliwe dziecko, które miesiąc temu — kiedy przybył do wioski — dało mu bukiet dżunglowych kwiatów. Często ciągnęła go za włoski na przedramionach, których nie mieli Yanomami, i nazwała Jako Basho — Bratem Małpą.

Znowu popatrzył przez wizjer. Dopóki dziecko znajdowało się w potężnych splotach węża, nie mógł strzelać.

— Niech to cholera! — zaklął, po czym odrzucił broń i sięgnął po maczetę u pasa. Odpiął ją i skoczył do przodu, ale anakonda zaczęła już wsuwać się do rzeki, ciągnąc dziewczynkę w ciemną toń. Po chwili krzyki małej umilkły, a na powierzchni wody pojawiły się pęcherzyki powietrza.

Nathan zanurkował.

Ze wszystkich środowisk Amazonii nie ma groźniejszego od wodnego. Pod spokojną powierzchnią rzek kryją się liczne niebezpieczeństwa. W ich głębinach pływają stada obgryzających mięso do kości piranii, na mulistym dnie leżą ogończe, a wśród korzeni i zatopionych pni ukrywają się elektryczne węgorze. Najgorsze ze wszystkiego są jednak wielkie gady, polujące na ludzi — czarne kajmany. Amazońscy Indianie doskonale wiedzą, że nie należy wchodzić do nieznanych rzek.

Ale Nathan Rand nie był Indianinem.

Rozejrzał się i zobaczył w mętnej wodzie przed sobą wijące się sploty, wśród których mignęła mała rączka. Uderzył nogami, sięgnął po drobną dłoń i chwycił ją. Paluszki dziewczynki mocno złapały jego rękę.

Tama była jeszcze przytomna!

Podpłynął do węża i zamachnął się maczetą, wciąż ściskając rączkę dziecka.

Ciemna woda zawirowała i przed jego twarzą pojawiły się czerwone ślepia ogromnego węża. Zwierzę najwyraźniej wyczuło, że ktoś chce zabrać mu łup. Wielka paszcza otworzyła się szeroko.

Nathan gwałtownie odsunął się w bok, jednak nie puścił Tamy.

Szczęki anakondy zacisnęły się wokół jego ręki jak imadło. Choć ugryzienie ogromnego węża nie było jadowite, siła ucisku jego szczęk mogła mu zmiażdżyć nadgarstek. Zignorował ból i narastającą panikę i skierował maczetę na ślepia stwora.

Anakonda przekręciła się, pchnęła go w dół i przycisnęła do mulistego dna. Dwustukilowy ciężar pokrytych łuską zwojów wypchnął z jego płuc całe powietrze. Próbował walczyć, ale śliski muł nie dawał mu oparcia.

Po chwili palce dziewczynki zostały wyrwane z jego uchwytu i wąż zaczął odpływać.

Nie… Tama!

Puścił maczetę i zaatakował węża. Jego ramiona zapadały się w muliste dno, ale nie rezygnował. Każdy zwój, który odepchnął, był zastępowany następnym. Zaczynał słabnąć, jego płuca rozpaczliwie domagały się powietrza.

Zrozumiał, że czeka go śmierć — i nie był tym zaskoczony. Zawsze wiedział, że któregoś dnia fatum się spełni. Takie było jego przeznaczenie, przekleństwo jego rodziny. Jego rodzice zostali pożarci przez amazońską dżunglę. Kiedy miał jedenaście lat, matkę zaatakowała nieznana gorączka i umarła w maleńkim misyjnym szpitalu. Ojciec cztery lata temu zniknął w lesie deszczowym, pochłonięty przez niego bez śladu.

Wspomnienie rozpaczy, jaką czuł po stracie ojca, wyzwoliło w nim złość. Przeklęty czy nie, nie zamierzał iść w jego ślady. Nie pozwoli, aby dżungla go połknęła! I nie straci Tamy!

Wykorzystując resztki powietrza w płucach, zrzucił z siebie anakondę, wbił uwolnione nogi w dno i zaczął przeć do góry.

Kiedy jego głowa wystrzeliła nad wodę, chciwie zaczerpnął powietrza. Ale anakonda, która wciąż trzymała w paszczy jego rękę, wciągnęła go z powrotem pod wodę.

Tym razem jednak Nathan nie walczył z gadem. Przycisnął uwięziony nadgarstek do piersi i przekręcił ciało, aby drugą ręką móc objąć anakondę tuż za łbem, po czym wbił jej kciuk w oko.

Wąż machnął łbem, wynosząc Nathana ponad powierzchnię wody, i po chwili znowu go w niej zanurzył. Draniu, puść!

Nathan zgiął uwięzioną dłoń i wbił palec w drugie oko zwierzęcia, modląc się, aby to, co powiedziano mu na kursie z fizjologii gadów, okazało się prawdą. Ucisk oczu powinien za pośrednictwem nerwu wzrokowego wywołać odruch wymiotny.

Pchał z całych sił, popędzany natarczywym rytmem pulsu w uszach.

Nagle ucisk szczęk węża na nadgarstek zelżał i Nathan został rzucony z taką siłą, że poleciał wysoko w powietrze i wylądował na brzegu, waląc barkiem w muł. Odwrócił się i ujrzał wypływający na powierzchnię rzeki blady kształt.

Tama!

Tak jak miał nadzieję, odruch wymiotny spowodował, że oboje zostali uwolnieni. Wszedł do wody i złapał Tamę za ramię, po czym przyciągnął do siebie jej nieruchome ciało. Zarzucił je na plecy i szybko wyszedł na brzeg.

Ułożył nieprzytomną dziewczynkę na brzegu. Nie oddychała i miała sine wargi. Sprawdził tętno. Było bardzo słabe.

Rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy. Nikogo nie dostrzegł, więc musiał sam spróbować reanimować małą. Przed wyprawą do dżungli przeszedł kurs pierwszej pomocy i resuscytacji oddechowo-krążeniowej, ale nie był lekarzem. Ukląkł, przekręcił Tamę na brzuch i zaczął uciskać jej plecy. Z nosa i ust małej wyleciała odrobina wody.

Odwrócił ją ponownie na plecy i zaczął oddychanie usta-usta.

Niemal w tym samym momencie z dżungli wyszła Indianka z plemienia Yanomami. Jak wszyscy przedstawiciele jej plemienia, była niewysoka — najwyżej metr pięćdziesiąt — miała czarne włosy przycięte w tradycyjny sposób, „pod garnek”, a jej uszy były poprzekłuwane piórami i kawałkami bambusa. Na widok białego mężczyzny pochylającego się nad indiańską dziewczynką jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

Nathan zdawał sobie sprawę z tego, jak to musi wyglądać. Wyprostował się, ale Tama nagle odzyskała przytomność, zaczęła wypluwać z siebie potoki wody, machać rękami i krzyczeć z przerażenia. Spanikowana dziewczynka, tkwiąca jeszcze myślami w horrorze ataku węża, wściekle waliła w niego piąstkami.

— Spokojnie, jesteś bezpieczna — powiedział do małej w dialekcie Yanomami, próbując jednocześnie unieruchomić jej ręce. Odwrócił się do kobiety, aby wyjaśnić, co się stało, ale Indianka rzuciła koszyk i zniknęła w gęstym listowiu, krzycząc coś przenikliwie. Nathan znał ten okrzyk. Oznaczał on, że jeden z mieszkańców wioski został zaatakowany.

— Wspaniale, po prostu cudownie… — mruknął.

Kiedy przed czterema tygodniami przybył do wioski, aby zapisać medyczną wiedzę starego plemiennego szamana, wódz kazał mu się trzymać z daleka od wioskowych kobiet, bo w przeszłości zdarzały się przypadki, że obcy próbowali się do nich dobierać. Nathan zastosował się do tego polecenia, choć wiele dziewczyn chętnie dzieliłoby z nim hamak. Jego ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, błękitne oczy i jasne włosy były nowością — i atrakcją — dla kobiet tego odizolowanego od świata plemienia.

Na wezwanie Indianki odpowiedziały liczne podobne okrzyki. Nazwę plemienia Yanomami można tłumaczyć jako „gwałtowni ludzie” i jego członkowie byli uważani za bezlitosnych wojowników. Huyas, młodzi mężczyźni z wioski, nieustannie stawiali sobie coś za punkt honoru albo twierdzili, że rzucono na nich jakieś przekleństwo — ponieważ dawało im to pretekst do walki z sąsiednim plemieniem albo nawet ze swoimi współplemieńcami. Potrafili wyrżnąć w pień całą wioskę tylko za to, że ktoś ich pogardliwie nazwał.

Nathan popatrzył na dziewczynkę. Jak wioskowi huyas zinterpretują tę sytuację? Biały człowiek zaatakował jedno z dzieci należących do ich plemienia — i to bratanicę wodza!

Tama uspokoiła się i zasnęła. Jej oddech był równomierny, ale gorące czoło świadczyło o tym, że pojawiła się gorączka. Na prawym boku zaczął pojawiać się ciemny siniak. Jedno dotknięcie wystarczyło, aby stwierdzić, że w czasie ataku anakonda złamała Tamie dwa żebra. Nathan usiadł na piętach i przygryzł dolną wargę. Jeżeli dziewczynka miała przeżyć, potrzebowała natychmiastowej pomocy lekarskiej.

Wziął ją delikatnie na ręce. Najbliższy szpital znajdował się piętnaście kilometrów w dół rzeki — w São Gabriel. Trzeba było ją tam jak najszybciej dostarczyć.

Pozostawał tylko jeden problem — Yanomami. Nie da rady uciec przed nimi z dziewczynką. Znajdował się na ich terenie i choć znał go dość dobrze, nie był tubylcem. Mieszkańcy Amazonii mawiają: Na boesi, ingi sabe ala sani — „W swojej dżungli Indianie wiedzą wszystko”. Yanomami byli znakomitymi myśliwymi i umieli doskonale obchodzić się z łukiem, dmuchawką, dzidą i pałką.

Nie ucieknie im.

Zabrał z krzaków swoją strzelbę i zarzucił ją sobie na ramię, po czym mocniej objął rękami dziewczynkę i ruszył w kierunku wioski. Będzie musiał w jakiś sposób sprawić, żeby go wysłuchali — aby uratować życie jej i sobie.

Wioskę, którą przez ostatni miesiąc uważał za swój dom, ogarnęła śmiertelna cisza. Ucichły nawet pohukiwania małp i świergot ptaków.

Wstrzymał oddech i wyszedł zza ostatniego zakrętu. Drogę zastępowała mu ściana Indian. Łuki były naciągnięte, a strzały wycelowane w niego, tak samo ostrza dzid. Wyczuł jakiś ruch za plecami. Spojrzał przez ramię i zobaczył kolejnych Indian o pomazanych purpurą twarzach.

Był tylko jeden sposób, który mógł pozwolić mu uratować siebie i dziewczynkę.

— Nabrushi yi yi! — zawołał. — Żądam sądu poprzez walkę!

6 SIERPNIA, GODZ. 11.38POD SÃO GABRIEL DA COCHOERIA

Manuel Azevedo wiedział, że jest obiektem polowania. Biegnąc ścieżką, słyszał dobiegające zza ściany lasu posapywanie jaguara, przypominające ciche kasłanie. Zmęczony, zlany potem, potykając się, biegł w dół stromej ścieżki, prowadzącej ze szczytu Góry Świętej Drogi. Przed nim, za przecinką, widać było São Gabriel. Miasteczko leżało w zakolu Rio Negro, północnego dopływu Amazonki.

Zatrzymał się z poślizgiem i spojrzał za siebie. Szukał znaków świadczących o obecności wielkiego kota: trzasku gałązki, szelestu liści. Nic jednak nie zdradzało miejsca, w którym mógł się czaić jaguar. Ucichło nawet pokasływanie. Zwierzę wyczuwało, że ścigana ofiara jest na skraju wyczerpania. Podpełzało do niej, aby zabić.

Manny przechylił głowę, ale słyszał jedynie bzyczenie szarańczy i odległe trele ptaków. Po jego karku spłynęła strużka potu. Napiął mięśnie i nastawił uszu. Odruchowo przysunął dłoń do noża przy pasie, a drugą położył na krótkim pejczu.

Rozejrzał się. Sploty grubych jak liny porostów i liściaste krzaki otaczały ścieżkę po obu stronach niczym dwie ściany. Gdzie się pojawi jaguar?

Cienie na ścieżce przesunęły się.

Manny odwrócił się na pięcie, przykucnął i próbował dojrzeć coś przez listowie. Nic z tego.

Kilka metrów w dole zobaczył fragment cienia — smukły miraż nakrapiany czernią na pomarańczowym tle. Czekał przyklejony do ścieżki, prężąc grzbiet. Był to ogromny młody samiec — dwulatek.

Czując, że został dostrzeżony, zaczął poruszać ogonem. Zadrżały okoliczne liście.

Manny pochylił się niżej. Był przygotowany na atak.

Wielki kot skoczył na niego z basowym charkotem, szczerząc potężne kły.

Manny stęknął i razem ze zwierzęciem potoczył się w dół ścieżki. Świat zawirował i zamienił się w serię zielonych błysków i plam słonecznego światła oraz kotłowaninę futra i kłów.

Kiedy jaguar objął Manny’ego łapami, jego pazury przecięły ubranie i oderwały kieszeń. Wielka paszcza unieruchomiła bark człowieka, ale choć jaguar ma potężne szczęki, zęby zwierzęcia jedynie lekko naciskały skórę.

Po chwili zatrzymali się kawałek dalej — gdzie ścieżka zrobiła się pozioma. Manny ciężko dyszał, unieruchomiony pod jaguarem. Wpatrywał się w płonące ślepia kota, z pomrukiwaniem żującego jego koszulę.

— Skończyłeś, Tor-tor? — zapytał.

W języku Indian Arawak imię jaguara oznaczało ducha, choć w tej chwili, gdy Manny czuł na sobie ciężar jego wielkiego cielska, nie bardzo do niego pasowało.

Na dźwięk głosu pana wielki kot puścił koszulę i wbił w niego wzrok. Po chwili gorący, szorstki jęzor zlizał pot z czoła Manny’ego.

— Ja też cię kocham. Ale teraz zabierz ze mnie swój futrzasty tyłek.

Pazury cofnęły się i Manny usiadł. Sprawdził stan ubrania i westchnął. Uczenie młodego jaguara polowania w szybkim tempie doprowadzało do ruiny jego garderobę.

Wstał, stęknął i pokręcił głową, próbując pozbyć się skurczu szyi. Skończył trzydzieści dwa lata i robił się za stary na tę zabawę.

Kot stanął na czterech łapach i przeciągnął się, po czym machnął ogonem i zaczął węszyć.

Manny zaśmiał się i lekko pacnął jaguara dłonią w bok łba.

— Skończyliśmy na dziś z polowaniem. Robi się późno. W biurze czeka na mnie sterta raportów.

Tor-tor zamruczał z niezadowoleniem, ale wrócił na ścieżkę.

Dwa lata wcześniej Manny uratował osierocone zwierzę, kiedy miało dopiero kilka dni. Jego matka zginęła z rąk kłusowników, którzy zamierzali sprzedać jej futro na czarnym rynku. Najnowsze szacunki wykazywały, że populacja jaguarów spadła do piętnastu tysięcy sztuk, rozrzuconych po gigantycznych połaciach amazońskiej dżungli. Żadne działania obrońców przyrody nie były w stanie odwieść żyjących na granicy minimum egzystencjalnego wieśniaków od polowania na nie dla zarobku. Pusty żołądek sprawia, że człowiek nie ma ochoty myśleć o ochronie zagrożonych gatunków.

Manny aż nazbyt dobrze doświadczył tego na własnej skórze. Był półkrwi Indianinem i jako dziecko wiele lat spędził na ulicach położonego nad Amazonką Barcellos. Żył, jedząc to, co znalazł, żebrał u turystów, a kiedy niczego nie wyżebrał ani nie znalazł, kradł. W końcu zaopiekował się nim salezjański misjonarz, więc Manny mógł rozpocząć edukację — i doszedł aż do doktoratu z biologii na Uniwersytecie São Paulo. Jego studia sponsorowała Fundacja Indian Brazylijskich FUNAI i potem w rewanżu zaczął pracować z miejscowymi plemionami: bronił ich interesów i próbował umożliwić im zachowanie tradycyjnego stylu życia i korzystanie z zajmowanej przez nich ziemi. Gdy skończył trzydzieści lat, trafił do São Gabriel jako kierownik biura FUNAI.

Znalazł Tor-tora — sierotę jak i on — podczas śledzenia bandy kłusowników grasujących na terytorium Yanomami. Prawa tylna łapa jaguarka była złamana w miejscu, gdzie kopnął go kłusownik, i Manny nie mógł zostawić maleństwa na pastwę losu. Zawinął popiskującego i powarkującego malca w koc, zaniósł do domu i zajął się nim troskliwie.

Popatrzył na idącego przodem Tor-tora. Młody jaguar wciąż jeszcze lekko kulał, ale nie wpływało to na jego zręczność i szybkość. Za niecały rok osiągnie dojrzałość płciową, jego dzikość zdominuje wtedy inne cechy i trzeba będzie wypuścić go na wolność. Manny musiał go do tego czasu nauczyć dbać o siebie. Dżungla nie była miejscem dla niewtajemniczonych.

Ścieżka wiła się zarośniętymi dżunglową roślinnością zboczami Góry Świętej Drogi. W dole rozpościerało się São Gabriel, bezładna zbieranina ruder i betonowych kloców, przytulonych do Rio Negro. Krajobraz urozmaicało kilka nowych hoteli i budynków, postawionych w ciągu ostatnich pięciu lat. W oddali widać było nowe lotnisko pasażerskie. Asfaltowy pas wyglądał jak blizna w dżungli. Był dowodem, że nawet w najgłębszej dziczy nie da się powstrzymać postępu.

Manny otarł czoło z potu i wpadł na Tor-tora, który nagle się zatrzymał. Z gardzieli jaguara wydobył się ostrzegawczy warkot.

— Co się dzieje? — zapytał Manny, ale w tym samym momencie usłyszał odpowiedź.

Odbijając się echem od baldachimu dżungli, w górze narastało basowe DAMP-DAMP-DAMP-DAMP. Zdawało się dochodzić ze wszystkich stron. Manny zmrużył oczy. Choć ten dźwięk był tutaj rzadkością, Manny od razu go rozpoznał. Helikopter. Większość ludzi przybywało do São Gabriel rzeką albo na pokładach małych śmigłowców — odległości były zbyt duże, aby dało się je pokonać helikopterem. Nawet tutejsza baza wojskowa miała tylko jeden helikopter, wykorzystywany podczas akcji ratunkowych i ewakuacyjnych.

Odgłos coraz bardziej narastał i po chwili Manny stwierdził, że to nie może być pojedynczy helikopter.

Rozejrzał się po niebie, ale niczego nie dostrzegł.

Nagle Tor-tor sprężył się i skoczył w krzaki.

Na niebie pojawiły się trzy helikoptery w barwach kamuflujących — wyleciały zza Góry Świętej Drogi i zataczając szeroki łuk, skierowały się w stronę miasteczka.

Były to pękate wojskowe maszyny — typ UH-1 Huey.

Manny wykręcił szyję i zobaczył przelatujący dokładnie nad nim czwarty helikopter. W odróżnieniu od pierwszych trzech maszyn był smukły i czarny. Dzięki kilkumiesięcznemu stażowi w wojsku Manny natychmiast poznał jego charakterystyczny kształt — był to RAH-66 Comanche, maszyna zwiadowczo-szturmowa.

Smukły helikopter przeleciał tak blisko, że Manny dostrzegł wymalowaną na kadłubie małą amerykańską flagę. Liście w koronach drzew, uderzone powietrzem odpychanym przez łopaty wirnika, zadygotało. Małpy rzuciły się do ucieczki, wrzeszcząc jak oszalałe, a w błękitne niebo, niczym smuga ognia, wystrzeliła gromada szkarłatnych papug.

Ostatni helikopter zaczął opadać w kierunku pól otaczających bazę wojskową, dołączając do swoich poprzedników.

Manny zagwizdał na Tor-tora. Wielki kot wystawił ze swojej kryjówki łeb i uważnie się rozejrzał.

— Już wszystko w porządku — zapewnił go Manny.

DUMP-DUMP cichło, helikoptery musiały już wylądować.

Manny podszedł do Tor-tora i położył dłoń na jego łopatce. Ciało zwierzęcia wyraźnie drżało. Zdenerwowanie jaguara udzieliło się człowiekowi.

Kiedy ruszyli obok siebie w dół, Manny położył dłoń na rączce zatkniętego za paskiem pejcza.

Czego armia Stanów Zjednoczonych szuka w São Gabriel?

Nathan, rozebrany do samych bokserek, stał pośrodku shabano Indian Yanomami, czyli okrągłego domu — budowli o średnicy mniej więcej czterdziestu metrów i wyciętej środkowej części dachu, aby nic nie oddzielało ziemi od nieba. Kobiety i starsi mężczyźni leżeli na ocienianych przez dach z palmowych liści hamakach, młodsi stali wokół z dzidami i łukami w rękach, pilnując Nathana.

Kiedy prowadzono go pod ostrzami dzid do wioski, próbował wyjaśnić, co się stało, i pokazywał ślady ugryzień na nadgarstkach, nikt go jednak nie słuchał. Nawet wódz odsunął jego słowa machnięciem dłoni, jakby go obrażały.

Nathan wiedział, że nie zostanie wysłuchany, dopóki nie odbędzie się sąd. Tak to wyglądało u Yanomami. Zażądał walki, aby zyskać na czasie, i nikt go nie wysłucha, póki walka się nie zakończy. Zostanie wysłuchany tylko wtedy, jeżeli bogowie przyznają mu zwycięstwo.

Stał w pyle na bosaka, a grupa huyas spierała się, który z nich ma przyjąć jego wyzwanie i jaka broń ma zostać użyta. Tradycja nakazywała walczyć na nabrushi, dwuipółmetrowe pałki, ale w poważniejszych pojedynkach używano groźniejszej broni, takiej jak maczety czy dzidy.

Tłum po drugiej stronie placu się rozstąpił i do przodu wystąpił młody Indianin. Był wysoki jak na Yanomami — niemal tak wysoki jak Nathan — i choć szczupły, miał muskularne ciało. Był to ojciec Tamy, Takaho, brat wodza. Miał na sobie jedynie ozdobiony koralikami, owinięty wokół talii szeroki pas materiału, zakrywający czubek uniesionego do góry członka — był to typowy strój Indian Yanomami. Na jego piersi widniały namalowane popiołem skośne linie, twarz miał pomalowaną purpurowym barwnikiem, a włosy przytrzymywała opaska z „małpim ogonem”, czyli ozdobnie zakończonym długim sznurkiem. Dolną wargę Takaho wypychała duża prymka tytoniu, co nadawało jego twarzy wojowniczy wygląd.

Wyciągnął rękę i jeden z huyas podał mu topór na długim trzonku. Jego stylisko było wykonane z purpurowego drewna wężowego, a kończył się spiczastym jak dzida ostrzem. Była to jedna z najgroźniejszych broni pojedynkowych.

Nathanowi wciśnięto do ręki taki sam topór.

Do Takaho podbiegł drugi huya i podsunął mu trzymany w dłoniach gliniany pojemnik z oleistą cieczą.

Nathan bez trudu rozpoznał, co to takiego. Pomagał szamanowi w przygotowaniu tej partii woorari, czyli kurary, paraliżującej nerwy trucizny przyrządzanej z porostu z rodziny miesięcznikowatych. Zazwyczaj środek ten był używany do polowania na małpy, dziś jednak miał posłużyć bardziej ponuremu celowi.

Jednak jemu samemu nie podano woorari. Wyglądało na to, że walka nie będzie całkiem równa.

Wódz uniósł nad głowę łuk i wydał okrzyk, oznaczający początek walki.

Takaho ruszył przed siebie, z wprawą machając toporem.

Nathan uniósł broń. Jak mógł wygrać ten pojedynek? Jedno zadrapanie oznaczało śmierć. Zresztą nawet gdyby wygrał — co by osiągnął? Zdecydował się na tę walkę, aby uratować Tamę, ale żeby tego dokonać, musiałby najpierw zaszlachtować jej ojca.

Uniósł topór na wysokość piersi i spojrzał w pełne wściekłości oczy przeciwnika.

— Nie skrzywdziłem twojej córki! — zawołał w narzeczu Yanomami.

Takaho zmrużył oczy. Zrozumiał słowa Nathana, ale w jego oczach była nieufność. Popatrzył na wioskowego szamana zajmującego się Tamą. Starzec pochylał się nad dziewczynką i zawodził śpiewnie, machając jej nad głową żarzącą się wiązką wysuszonej trawy. W całym shabano rozchodził się gorzki zapach gryzącego dymu — było to coś w rodzaju soli trzeźwiących, uzyskiwanych z mikanii pnącej. Jednak dziewczynka w dalszym ciągu leżała bez ruchu.

Indianin wbił wzrok w Nathana i z głośnym krzykiem rzucił się do przodu, zamierzając się toporem w głowę przeciwnika.

Nathan trenował kiedyś zapasy, więc umiał walczyć. Natychmiast upadł na ziemię i odtoczył się na bok, po czym machnął toporem i podciął przeciwnikowi nogi.

Takaho ciężko upadł na ubitą glinę, uderzając barkiem w ziemię, i zgubił przytrzymującą mu włosy opaskę. Nathan, którzy uderzył go tępą stroną topora, błyskawicznie skoczył na niego, zamierzając przygnieść Indianina ciałem. Był od niego znacznie cięższy. Gdyby udało mu się go unieruchomić…

Ale Takaho z kocią zręcznością odtoczył się na bok, po czym znów zamachnął się toporem.

Nathan cofnął się przed śmiercionośnym uderzeniem. Zatrute ostrze świsnęło tuż przed jego nosem i wbiło się w ziemię między dłońmi. Stracił jednak na chwilę czujność i spóźnił się o ułamek sekundy z unikiem — i Indianinowi udało się kopnąć go w głowę. Zadzwoniło mu w uszach i zatoczył się. Topór wyślizgnął mu się ze zdrętwiałej dłoni i wpadł między najbliżej stojących gapiów.

Nathan otarł krew z pękniętej wargi i wstał szybko.

Takaho również był już na nogach.

Kiedy wyciągał swój wbity w ziemię topór, Nathan odważył się rzucić okiem przez ramię. Szaman dmuchał właśnie Tamie dymem w usta, co było rytuałem mającym odgonić złe duchy.

Otaczający go huyas zawodzili pieśń śmierci.

Takaho uniósł topór i odwrócił się do Nathana. Jego twarz była purpurową maską, wykrzywioną wściekłością. Ruszył na przeciwnika, wymachując bronią, kontury wirującego ostrza topora rozmazywały się w powietrzu.

Nathan zaczął się cofać.

A więc tak umrę…

Oparł się plecami o ostrza indiańskich dzid. Nie było ucieczki. Takaho zwolnił kroku i jeszcze wyżej uniósł topór.

Ale kiedy zaczął opuszczać trzymany w obu rękach topór, śpiew huyas przeciął ostry krzyk szamana:

— Yulo! Stop!

Nathan, kuląc się przed ciosem, który nie nastąpił, popatrzył w górę. Ostrze drżało dwa centymetry nad jego głową. Na policzek skapnęła mu kropla trucizny.

Szaman przepychał się przez tłumek na placu.

— Twoja córka się obudziła! — oświadczył i wskazał na Nathana. — Mówi o wielkim wężu i o tym, że ten biały człowiek ją uratował.

Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku Tamy. Popijała wodę z tykwy, którą trzymała jedna z kobiet.

Kiedy Takaho odwrócił się do niego, Nathan popatrzył mu w oczy. Twarz Indianina zmiękła. Upuścił topór na ziemię, ścisnął ramię Nathana i przyciągnął go do siebie.

— Jako — powiedział, przyciskając go mocno do piersi. — Bracie.

Było już po wszystkim.

Wódz przepchnął się do przodu i stanął przed Nathanem.

— Walczyłeś z wielkim susuri, anakondą, i wyciągnąłeś z jego brzucha córkę naszego plemienia. — Wyjął zza ucha długie pióro i wetknął je Nathanowi we włosy. Było to pióro z ogona harpii, bardzo cenione trofeum. — Nie jesteś już nabe, człowiekiem z zewnątrz. Teraz jesteś jako, brat mojego brata. Jesteś teraz Yanomami.

W całym shabano wybuchł wielki aplauz.

Nathan wiedział, że spotkał go najwyższy zaszczyt, ale musiał jeszcze coś załatwić.

— Moja siostra… — zaczął, wskazując na Tamę. Wśród Indian Yanomami mówiąc o kimś nie używa się imienia, ale określeń oznaczających relacje rodzinne, niekoniecznie prawdziwe. Tama jęknęła cicho. — Moja siostra w dalszym ciągu jest chora. Odniosła rany, którymi mogą zająć się uzdrowiciele w São Gabriel. Chciałbym cię prosić, abyś pozwolił mi zabrać ją do szpitala w mieście.

Podszedł do nich szaman. Nathan obawiał się, że będzie twierdził, że jego lekarstwa wystarczą do wyleczenia dziewczynki. Wszyscy szamani byli bardzo dumni i nieustępliwi. Na szczęście ten wcale się nie upierał.

— Nasza mała siostra została uratowana przed susuri przez naszego nowego jako. Powinniśmy oddać cześć bogom i wybrać go na jej ratownika — oświadczył. — Ja nie mogę dla niej nic więcej zrobić.

Nathan ostrożnie starł z policzka truciznę, usiłując nie wetrzeć jej w jakieś zadrapanie1, i podziękował szamanowi. Stary Indianin już i tak zrobił wystarczająco dużo. Jego leki ocuciły dziewczynkę w ostatnim momencie. Odwrócił się do Takaho.

— Chciałbym cię prosić, abyś pożyczył mi czółno na podróż.

— Wszystko, co mam, jest twoje. Popłynę razem z tobą do São Gabriel.

— Powinniśmy się pospieszyć.

Tama natychmiast została ułożona na bambusowych noszach i umieszczona w czółnie. Takaho, który przebrał się w podkoszulek bez rękawów i szorty marki Nike, dał Nathanowi znak, aby usiadł na dziobie dłubanki, po czym odepchnął się wiosłem od brzegu i wpłynął w główny nurt Rio Negro.

W milczeniu pokonali piętnaście kilometrów. Nathan co jakiś czas sprawdzał stan Tamy i widział niepokój w oczach jej ojca. Dziewczynka znowu była nieprzytomna, drżała i mamrotała coś niezrozumiałego. Nathan owinął ją kocem.

Takaho zręcznie przeprowadzał czółno przez niewielkie katarakty i omijał zwalone pnie.

Po drodze minęli Indian z sąsiedniej wioski, łowiących ryby za pomocą dzid. Kobieta siedząca w stojącym nieco dalej w górę rzeki czółnie sypała do wody ciemny proszek. Nathan znał ten sposób połowu: wysuszone i zmiażdżone pnącza ayaeya rozpuszczały się w wodzie, otumaniając ryby, które wypływały na wierzch, a wtedy mężczyźni nabijali je na dzidy. Tej pradawnej metody rybackiej używa się do dziś w całej Amazonii.

Zastanawiał się, jak długo ta tradycja się utrzyma — jedno pokolenie czy dwa?

Zdawał sobie sprawę, że wielu bitew o ocalenie tego świata nie wygra. Na dobre albo na złe, cywilizacja będzie kontynuować swój marsz przez dżunglę.

Przyglądał się obrzeżającym rzekę ścianom listowia. Wszędzie wokół kipiało życie — bzyczało, świergotało, skrzeczało, pohukiwało i powarkiwało.

W lesie po obu stronach wrzeszczały stada wyjców, skaczących po szczytach drzew. Na płyciznach polowały na ryby białopióre bączki, a opancerzone pyski kajmanów wyznaczały tereny lęgowe tych niezwykłych amazońskich krokodyli. W powietrzu nad ich głowami krążyły chmary komarów i kąśliwych much.

Dżungla rządziła tu niepodzielnie, wydawała się nieskończona, nieprzenikniona i pełna tajemnic. Była jednym z ostatnich miejsc na Ziemi, które jeszcze czekały na dokładne zbadanie. Znajdowało się w niej wiele obszarów, na które jeszcze nigdy nie wkroczył człowiek. Właśnie ta tajemniczość i niezwykłość przyciągnęła tu rodziców Nathana. Spędzili w dżungli całe życie, zarażając miłością do gigantycznego lasu swojego jedynego syna.

Pojawiało się coraz więcej oznak cywilizacji — zbliżali się do São Gabriel. Po chwili ujrzeli porobione przez wieśniaków przecinki, a z brzegu do pasażerów szybko płynącego czółna machały dzieciaki. Nawet odgłosy dżungli przycichły, zagłuszane przez hałaśliwy rozgardiasz współczesnego świata: pomruk traktorów na polach, wycie silników śmigających po rzece łodzi motorowych, ryczące w którejś z chat radio.

Za zakrętem dżungla nagle się kończyła. Miasteczko São Gabriel sprawiało wrażenie nowotworu, który wyżarł tkankę lasu. Przy samej wodzie było zbieraniną pleśniejących drewnianych ruder i betonowych budynków postawionych przez rząd. Nieco dalej od rzeki na pobliskie zbocza wspinały się małe i duże domy. Pirsy i nabrzeża były pełne łodzi turystów i barek rzecznych o bokach tak pomazanych farbą antykorozyjną, że wyglądały jak poranione.

Nathan kazał Takaho płynąć w stronę wolnego miejsca przy brzegu. Indianin z przerażeniem gapił się na miasto, z całej siły przyciskając wiosło do piersi.

— Wypełnia cały świat… — wymamrotał.

Nathan ostatni raz był w mieście po zapasy dwa tygodnie temu i też nie czuł się najlepiej w tym hałasie. Jak musiał odbierać go ktoś, kto nigdy nie wychylił nosa z dżungli?

— Nie ma tu nic, czego powinien się obawiać wielki wojownik — powiedział uspokajająco, wskazując ruchem głowy miejsce do przycumowania. — Musimy zanieść twoją córkę do szpitala.

Takaho kiwnął głową. Jego twarz znowu znieruchomiała, ale oczy w dalszym ciągu skakały po cudach innego świata. Dobił do brzegu zgodnie ze wskazówkami Nathana, po czym pomógł mu wynieść z czółna nosze z nieprzytomną Tamą.

Dziewczynka jęknęła, a jej powieki zatrzepotały, ukazując same białka. Podczas podróży jej skóra stała się znacznie bledsza.

— Musimy się pospieszyć — powiedział Nathan.

Przenieśli dziewczynkę przez nabrzeże, obserwowani przez ciekawskich miastowych, a kilku turystów pstryknęło im zdjęcia. Choć Takaho miał na sobie „cywilizowany” strój, jego charakterystyczna opaska na włosach, pióra w uszach i fryzura wyraźnie wskazywały, że należy do tubylczego plemienia.

Na szczęście szpital leżał blisko rzeki. Przeznaczenie tego parterowego budynku można było rozpoznać jedynie po namalowanym nad wejściem — od dawna łuszczącym się — czerwonym krzyżu, ale Nathan już tu bywał, konsultując z jednym z miejscowych lekarzy chorobę mężczyzny z Manaus. Po kilku minutach wnieśli nosze do środka. Wszędzie śmierdziało amoniakiem i wybielaczem, ale pomieszczenia były klimatyzowane. Chłód uderzył Nathana w twarz niczym wilgotny ręcznik.

Podszedł do dyżurki pielęgniarek i zaczął wyjaśniać, co się stało małej. Pulchna kobieta zmarszczyła czoło, najwyraźniej nic nie rozumiejąc — i Nathan uświadomił sobie, że mówi w dialekcie Yanomami. Szybko przeszedł na portugalski.

— Dziewczynka została zaatakowana przez anakondę. Ma kilka złamanych żeber, ale obawiam się, że wewnętrzne obrażenia mogą być poważniejsze.

— Proszę tędy — powiedziała pielęgniarka i wskazała podwójne drzwi. Popatrzyła podejrzliwie na Takaho.

— To ojciec małej — uspokoił ją Nathan.

Pielęgniarka kiwnęła głową.

— Doktor Rodriguez jest na wizycie domowej, ale wezwę go przez telefon.

— Proszę to zrobić jak najszybciej.

— Może ja byłabym w stanie pomóc? — odezwał się jakiś głos za jego plecami.

Nathan odwrócił się.

Ze składanego krzesełka w poczekalni wstała wysoka szczupła kobieta z długimi kasztanowymi włosami. Kiedy weszli, była częściowo zasłonięta przez stertę skrzynek oznakowanych czerwonym krzyżem. Podchodząc, uważnie przyglądała się przybyszom.

Nathan wyprostował się.

— Jestem amerykańskim lekarzem. Kelly O’Brien — przedstawiła się po portugalsku z lekkim bostońskim akcentem. Wyjęła identyfikator z medycznym kaduceuszem.

— Chętnie skorzystamy z pani pomocy — odparł Nathan, przechodząc na angielski. — Ta dziewczynka została zaatakowana…

W tym momencie plecy leżącej na noszach Tamy wygięły się w łuk. Zaczęła uderzać piętami i drgawki natychmiast objęły całe ciało.

— Ma atak epileptyczny — stwierdziła lekarka. — Zanieście ją na oddział.

Pulchna pielęgniarka szeroko otworzyła przed nimi drzwi.

Mężczyźni położyli Tamę na jednym z czterech łóżek w maleńkim oddziale nagłych wypadków. Kelly O’Brien szybko włożyła chirurgiczne rękawiczki.

— Daj mi dziesięć miligramów diazepamu! — zawołała do pielęgniarki.

Pielęgniarka kiwnęła głową i podbiegła do szafki z lekami. Po kilku sekundach Kelly trzymała w dłoni wypełnioną bursztynowym płynem strzykawkę. Założyła na ramię dziewczynki opaskę uciskową.

— Trzymajcie ją — poprosiła Nathana i Takaho.

Zamieszanie sprowadziło do pokoju drugą pielęgniarkę i rosłego sanitariusza.

— Przygotujcie wlew dożylny i jedno opakowanie mleczanowego roztworu Ringera — poleciła im Kelly. Wymacała palcami delikatną żyłę na szczuplutkim ramieniu dziewczynki. Z wprawą wbiła igłę i zaczęła wstrzykiwać lek. — To valium, powinno powstrzymać atak do chwili, aż dowiemy się, co go spowodowało.

Konwulsje zamarły. Kończyny Tamy przestały podrygiwać i rozluźniły się. Drgały jedynie powieki i kąciki ust. Kelly sprawdziła źrenice ołówkową latarką.

Sanitariusz odsunął Nathana, aby wkłuć się do żyły w drugim ramieniu Tamy i przygotować wlew.

Nathan popatrzył na przerażonego ojca małej.

— Co jej się stało? — spytała lekarka, nie przerywając badania.

Nathan opowiedział o ataku węża.

— Od tamtej pory co jakiś czas traci przytomność, a potem ją odzyskuje — dodał. — Wioskowemu szamanowi udało się ją obudzić tylko na parę minut.

— Ma kilka złamanych żeber, ale nie widzę przyczyny padaczki ani stuporu. Miała w drodze podobny napad?

— Nie.

— Padaczka w rodzinie?

Nathan przetłumaczył to pytanie Takaho.

Indianin pokiwał głową.

— Ah-de-me-nah gunti.

Nathan zmarszczył czoło.

— Co on powiedział? — zapytała lekarka.

— Ah-de-me-nah to węgorz elektryczny. A gunti to choroba.

— Choroba elektrycznego węgorza?

Nathan kiwnął głową.

— Tak mówi, ale to nie ma sensu. Ofiara węgorza elektrycznego często dostaje konwulsji, jednak następują one zaraz po ataku. A Tama nie była w wodzie od kilku godzin. Nie wiem, może „choroba elektrycznego węgorza” to nazwa używana przez Yanomami dla określenia epilepsji?

— Była z tego powodu leczona? Dostawała jakieś leki?

Nathan znów przetłumaczył odpowiedź Takaho:

— Wioskowy szaman leczył ją kiedyś z tego powodu dymem z mikanii pnącej.

Kelly O’Brien westchnęła.

— A więc nie była leczona. Nic dziwnego, że stres wywołany napaścią anakondy wyzwolił tak gwałtowny atak. Może pan zaprowadzić jej ojca do poczekalni? Zobaczę, czy uda mi się jakoś temu zaradzić.

Nathan spojrzał na Tamę. Leżała spokojnie, ale jej twarzyczkę co jakiś czas wykrzywiały mimowolne skurcze.

— Sądzi pani, że będzie miała następny atak?

Kelly popatrzyła mu w oczy.

— Przez cały czas go ma. To status epilepticus, czyli nieustanny napad. Większość ludzi, którym się to przydarza, sprawia wrażenie otępiałych, jęczy i wykonuje nieskoordynowane ruchy. Będą się też pojawiać tak zwane duże ataki, jak ten, który miał miejsce przed chwilą. Jeżeli nie uda nam się tego zatrzymać, mała umrze.

Nathan wpatrywał się w dziewczynkę.

— Sądzi pani, że ona przez cały czas ma atak?

— Wszystko wskazuje na to, że tak.

— Ale przecież szamanowi z wioski udało się ją wydobyć z otępienia…

— Trudno mi w to uwierzyć — odparła Kelly i ponownie zajęła się dziewczynką. — Z pewnością nie ma na tyle silnych leków, aby przerwać to błędne koło.

Nathan przypomniał sobie, że Tama piła wodę z tykwy.

— Jednak tak się stało. Niech pani nie uważa plemiennych szamanów za oszustów. Znam ich od lat, to naprawdę mądrzy ludzie.

— No cóż, mądrzy czy nie, my w każdym razie mamy silniejsze lekarstwa. Prawdziwe lekarstwa. — Skinęła głową w stronę ojca Tamy. — Niech pan go weźmie do poczekalni — powtórzyła, po czym odwróciła się do pielęgniarek i sanitariusza. Audiencja była skończona.

Nathan najeżył się, ale posłuchał. Od wieków świat zachodniej medycyny drwił z szamanizmu. Wyprowadził Takaho z oddziału do poczekalni, kazał mu usiąść, po czym skierował się do wyjścia.

Znowu znalazł się w amazońskim upale. Niezależnie od tego, czy amerykańska lekarka w to wierzyła czy nie, sam widział, że szamanowi udało się obudzić dziewczynkę. Ale był ktoś, kto mógł znać przyczynę tajemniczej choroby Tamy, i Nathan wiedział, gdzie go znaleźć.

Pobiegł truchtem w stronę obrzeży miasta. Po mniej więcej dziesięciu przecznicach dotarł do bazy wojskowej. Senny zazwyczaj obiekt kipiał aktywnością. Na wielkim placu stały cztery helikoptery z amerykańskimi oznakowaniami. Wzdłuż płotu tłoczyli się tubylcy, pokazywali sobie palcami dziwne maszyny i paplali z podnieceniem.

Nathan pospieszył do przypominającego betonową kostkę budynku, stojącego wśród drewnianych baraków. Na frontowej ścianie widniał napis: FUNAI. Znajdowało się tu miejscowe biuro Fundacji Indian Brazylijskich, które dla tutejszych plemion — Baniwa i Yanomami — było jedynym oparciem. W niedużym budynku mieściły się zarówno biura fundacji, jak i pomieszczenia dla bezdomnych Indian, którzy przybyli do miasta, aby skorzystać z pomocy białego człowieka.

FUNAI miała także własnego doradcę medycznego — był nim wieloletni przyjaciel rodziny Nathana, człowiek, który pomagał jego ojcu poznawać amazońską dżunglę.

Nathan pobiegł prosto na piętro. Modlił się, aby jego przyjaciel był w swoim gabinecie. Przez otwarte drzwi dolatywały dźwięki piątego koncertu skrzypcowego Mozarta.

Dzięki Bogu!

Zapukał we framugę i zawołał cicho:

— Profesorze Kouwe!

Siedzący za małym biurkiem Indianin o skórze koloru kawy uniósł wzrok znad sterty papierów. Miał trochę ponad pięćdziesiąt lat i siwiejące na skroniach włosy do ramion. Zdjął okulary i gdy rozpoznał gościa, uśmiechnął się szeroko.

— Nathan!

Wstał, wyszedł zza biurka i objął gościa z siłą przypominającą uścisk anakondy, z którą Nathan walczył kilka godzin wcześniej. Mimo niewielkiego wzrostu miał siłę bawołu. Resh Kouwe był kiedyś szamanem plemienia Tiriós na południu Wenezueli. Przed trzydziestu laty poznał ojca Nathana i szybko się z nim zaprzyjaźnił. Z jego pomocą opuścił dżunglę i skończył studia w Oxfordzie, uzyskując podwójne magisterium — z lingwistyki i paleoantropologii. Był też jednym z najwybitniejszych botaników regionu Amazonki.

— Mój chłopcze, nie mogę uwierzyć, że tu jesteś! Manny kontaktował się z tobą?

Kiedy Nathanowi udało się uwolnić z niedźwiedziego uścisku, popatrzył na niego.

— Nie. Czemu o to pytasz?

— Szuka cię. Wpadł tu mniej więcej godzinę temu, aby się dowiedzieć, w której wiosce można cię teraz znaleźć.

— Dlaczego?

— Nie powiedział, ale był z nim jeden z tych mądrali z Telluksa.

Nathan przewrócił oczami. Tellux Pharmaceuticals była międzynarodową korporacją, która finansowała jego badania dotyczące praktyk tutejszych szamanów.

Kouwe pokręcił głową.

— Sam podpisałeś pakt z szatanem.

— Jakbym po śmierci ojca miał wybór…

Profesor zmarszczył czoło.

— Nie powinieneś zbyt szybko rezygnować z samodzielności. Zawsze byłeś…

— Mam teraz inny problem — przerwał mu Nathan. Nie chciał wracać do tamtego mrocznego okresu swojego życia. Sam sobie posłał i będzie musiał się wyspać w tym łóżku. — Chodzi o dziewczynkę z plemienia Yanomami — dodał i szybko opowiedział o chorobie Tamy. — Martwi mnie sposób jej leczenia. Pomyślałem, że mógłbyś porozmawiać z tą lekarką.

Kouwe zdjął z półki skrzynkę na wędkarskie przynęty.

— Niemądrze… niemądrze… — wymamrotał i ruszył do wyjścia.

Nathan musiał dobrze wyciągać nogi, aby dotrzymać mu kroku. Po kilku minutach byli w szpitalu.

Na widok Nathana Takaho zerwał się z krzesła.

— Jako… bracie…

Nathan dał mu znak, aby usiadł.

— Przyprowadziłem kogoś, kto może będzie mógł pomóc twojej córce.

Kouwe wchodził już na oddział. Nathan pospieszył za nim.

W sali panował chaos. Amerykańska lekarka, spięta i wyraźnie zdenerwowana, pochylała się nad Tamą, która znowu miała „duży” atak. Pielęgniarki biegały tam i z powrotem, wypełniając jej polecenia.

Kelly O’Brien popatrzyła na przybyszy.

— Tracimy ją — powiedziała.

— Może będę w stanie pomóc — odparł Kouwe. — Co dostała?

Lekarka szybko wyliczyła leki, jakie zaaplikowała małej, i odgarnęła włosy ze spoconej twarzy.

Kouwe kiwnął głową, otworzył swoją skrzynkę i wyjął z niej niewielką skórzaną sakiewkę.

— Potrzebuję słomki.

Pielęgniarka spełniła jego polecenie tak szybko, jakby wydała je doktor O’Brien. Nathan podejrzewał, że nie była to pierwsza wizyta profesora Kouwego w szpitalu. Nikt lepiej od niego nie znał chorób tutejszych ludzi i sposobów ich leczenia.

— Co pan robi? — spytała Kelly. Była czerwona ze zmęczenia, potargane włosy związała w koński ogon.

— Działała pani, wychodząc z błędnego założenia — stwierdził spokojnie Kouwe, napychając rurkę proszkiem z sakiewki. — Drgawkowa postać choroby elektrycznego węgorza nie jest objawem zaburzenia ośrodkowego układu nerwowego jak epilepsja, ale wynikiem dziedzicznego zaburzenia równowagi chemicznej w płynie mózgowo-rdzeniowym. To bardzo rzadka choroba, zapada na nią jedynie garstka Indian Yanomami.

— Dziedziczna choroba metaboliczna?

— Tak. Podobnie jak fawizm u niektórych rodzin mieszkających nad Morzem Śródziemnym albo choroba zimnego tłuszczu u marońskich plemion z Wenezueli. — Kouwe podszedł do dziewczynki i przywołał gestem Nathana. — Przytrzymaj ją — powiedział.

Kiedy Nathan przycisnął głowę małej do poduszki, profesor włożył koniec słomki do jej nozdrza, po czym wdmuchnął proszek do nosa Tamy.

Doktor O’Brien przyglądała mu się podejrzliwie.

— Jest pan tutejszym lekarzem?

— Nie, moja droga — odparł Kouwe i wyprostował się. — Jestem tutejszym czarownikiem.

Kelly popatrzyła na niego z niedowierzaniem, ale zanim zdążyła zaprotestować, drgawki zaczęły zanikać, a skóra dziewczynki nabrała zdrowszej barwy.

— Wchłanianie pewnych leków przez błony śluzowe zatok jest prawie tak samo skuteczne jak ich dożylne podanie — wyjaśnił Kouwe.

Kelly ze zdumieniem obserwowała Tamę.

— To działa!

Kouwe podał sakiewkę jednej z pielęgniarek.

— Doktor Rodriguez jest już w drodze? — zapytał.

— Wezwałam go przez telefon, profesorze — odparła, patrząc na zegarek. — Powinien tu być za dziesięć minut.

— Proszę przez następną dobę podawać małej pół słomki proszku co trzy godziny, a potem raz dziennie. Powinno to na tyle ustabilizować jej stan, aby można było zająć się urazami.

— Tak jest, profesorze.

Tama zamrugała i powoli otworzyła oczy. Popatrzyła na stojących wokół obcych ludzi, wyraźnie zdziwiona i przestraszona. Uspokoiła się jednak, kiedy zobaczyła Nathana.

— Jako Basho… — wyszeptała.

— Tak, Brat Małpa jest przy tobie — odpowiedział w języku Yanomami i poklepał ją po ręku. — Jesteś bezpieczna. Twój tata też tu jest.

Jedna z pielęgniarek zawołała Takaho. Kiedy ujrzał, że jego córka obudziła się i mówi, padł na kolana i zapłakał z ulgi.

— Będzie zdrowa — zapewnił go Nathan.

Kouwe spakował swoją skrzynkę i wyszedł. Za nim wyszli Nathan i doktor O’Brien.

— Co było w tym proszku? — spytała lekarka.

— Suszone pnącze ku-nah-ne-mah.

— Mikania pnąca — przetłumaczył Nathan. — Ta sama roślina, którą plemienny szaman palił we wsi nad głową dziewczynki, aby ją ocucić. Mówiłem już o tym pani.

Kelly zaczerwieniła się.

— Chyba jestem panu winna przeprosiny. Nie sądziłam… nie wyobrażałam sobie, że…

Kouwe poklepał ją po ramieniu.

— Zachodni etnocentryzm to dla nas nic nowego. Nie należy się z tego powodu wstydzić, tylko trzeba z tego wyrosnąć.

Nathan nie był tak uprzejmy.

— Następnym razem proszę uważniej słuchać i wykazać się większą otwartością umysłu — powiedział szorstko.

Przygryzła wargę i odwróciła się.

Nathan poczuł się jak ostatni drań. Niepokój o małą i strach minionych godzin sprawiły, że nie potrafił się opanować. A przecież ta kobieta chciała jak najlepiej. Otworzył usta, aby przeprosić, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, do holu wszedł wysoki rudy mężczyzna w mundurze khaki i wyświechtanej baseballówce Red Soksów.

— Kelly, jeśli skończyłaś już przyjmować dostawę zapasów, powinniśmy ruszać — powiedział do lekarki. — Mamy łódź, która zabierze nas w górę rzeki.

— Oczywiście — odparła lekarka i popatrzyła na Nathana i Kouwego. — Dziękuję.

Podobieństwo między nią a rudym mężczyzną było oczywiste: takie same piegi i zmarszczki wokół oczu, ten sam bostoński akcent. Nathan pomyślał, że na pewno są rodzeństwem.

Wyprowadził ich na zewnątrz i zaskoczony cofnął się o krok, wpadając na Kouwego.

Po drugiej stronie ulicy stała kilkunastoosobowa grupa żołnierzy w pełnym rynsztunku — z M-16 ze składanymi kolbami, pistoletami w kaburach i ciężkimi plecakami. Nathan rozpoznał naszywki. Rangersi. Jeden z żołnierzy mówił coś do mikrofonu i po chwili machnął na innych, aby ruszali w kierunku rzeki. Dwoje Amerykanów dołączyło do nich.

— Zaczekajcie! — zawołał ktoś stojący za rangersami.

Kiedy grupa żołnierzy rozdzieliła się, Nathan ujrzał uśmiechniętą znajomą twarz. Manny Azevedo. Miał na sobie pomięte spodnie, a wyrwana kieszonka koszuli zwisała jak oklapła flaga. Zza paska wystawał jego znak rozpoznawczy — krótki pejcz.

Nathan odwzajemnił uśmiech i ruszył w jego kierunku. Objęli się i poklepali po plecach.

— Znowu bawiłeś się z Tor-torem? — zapytał Nathan, wskazując oderwaną kieszonkę.

Manny wyszczerzył się w uśmiechu.

— Odkąd go ostatni raz widziałeś, przytył dziesięć kilo.

— Wspaniale — zaśmiał się Nathan. — Jakby już nie był wystarczająco duży. — Zauważył, że rangersi zatrzymali się i patrzą na nich. — O co tu chodzi? Dokąd oni się udają?

Manny spojrzał na grupę żołnierzy. Wokół zebrał się spory tłum gapiów.

— Wygląda na to, że rząd amerykański przysłał oddział zwiadowczy do penetracji dżungli.

— Po co? Będą szukać handlarzy narkotyków?

Podeszła do nich Kelly O’Brien.

Manny skinął jej głową i wskazał Nathana.

— Mogę ci przedstawić doktora Randa? Doktora Nathana Randa.

— Wygląda na to, że już się poznaliśmy — odparła Kelly. — Nie przedstawił mi się jednak.

Nathan wyczuł, że Manny i lekarka przekazują sobie jakiś niemy komunikat.

— Co się dzieje? Czego zamierzacie szukać w górze rzeki?

Kelly O’Brien popatrzyła na niego. Jej oczy miały barwę szmaragdów.

— Przybyliśmy znaleźć pana, doktorze Rand.