Alternatywy 4. Przewodnik po serialu i rzeczywistości - Janusz Płoński - ebook
Opis

Janusz Płoński - dziennikarz, scenarzysta, w latach 1970-1980 pracował w tygodniku „itd”, współpracował z tygodnikami „Polityka”, „Motor”, publikował w miesięczniku „Dialog”. Wraz z Maciejem Rybińskim autor książek Góralskie tango, Balladyna Superstar – git czytanka z momentami, Brakujące ogniwo, Wielka Islandzka. Współautor (wraz z Maciejem Rybińskim i Stanisławem Bareją) scenariusza serialu Alternatywy 4. W 1980 wyjechał do Niemiec, gdzie jako autor, reżyser i producent współpracował z telewizjami ZDF, Bayersicher Rundfunk i Hessischer Rundfunk. Autor książek Elvis – dlaczego ja, Panie? i Janusz Płoński – kandydat na prezydenta.

 

Nasi obywatele wywalczyli sobie wiele rozmaitych praw i z niektórych chętnie korzystają. Na przykład z prawa do głosu, do milczenia, prawa do leżenia, siedzenia i spania do południa. Prawo do prawdy na tej długiej liście zajmuje miejsce szczególne i jest bliskie sercu każdego Polaka. Stąd pomysł napisania tej książki. Należy ludziom, zwłaszcza młodym, wyjaśnić, jak to było naprawdę. Czy serial jest kolejną propagandową bujdą, mającą na celu podlizanie się władzy? A może satyrą piętnującą złych dozorców? Czy posiada tzw. drugie dno, czy jest płaską i banalną historyjką o nieciekawych ludziach?

Nikt się tego nie dowie, jeśli nie przeczyta tej książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © Telewizja Polska SA

Copyright for the text © Janusz Płoński

Książka powstała na licencji Telewizji Polskiej S.A.

Wszystkie kadry wykorzystane w książce pochodzą z serialu telewizyjnego Alternatywy 4 w reż. Stanisława Barei, scenariusz i dialogi Stanisław Bareja, Janusz Płoński, Maciej Rybiński, zdjęcia: Wojciech Jastrzębowski, produkcja: Centralna Wytwórnia Programów i Filmów Telewizyjnych Poltel, rok prod. 1983.

Edipresse Polska S.A.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ewa Charitonow

Korekta: Jolanta Kucharska, Ewa Mościcka

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych, skład i łamanie: Tomasz Pisarek | studio iks

Zdjęcia: Telewizja Polska SA

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-7945-998-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Podziękowanie

Dziękuję studentom Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego za cierpliwość i uwagę, z jaką obejrzeli ze mną wszystkie odcinki serialu. Dziękuję następującym osobom za pytania, które stawiali, a także za moje odpowiedzi tymi pytaniami zainspirowane: Karolinie Chibowskiej, Adzie Chudobińskiej, Ani Ćwieka, Kamilowi Dzięgielewskiemu, Justynie Godz, Nawojce Gurczyńskiej, Kseni Harciuc, Mikołajowi Janikowi, Paulinie Januszewskiej, Klaudii Kleina, Agnieszce Kobroń, Kai Kwaśniewskiej, Mateuszowi Michalskiemu, Szymonowi Rzyśkiewiczowi, Jolancie Sierakowskiej, Monice Sosnowskiej, Marcelinie Stepnowskiej, Agnieszce Szwajgier, Michałowi Szymko, Magdzie Toczek, Martynie Wojtkowskiej, Norbertowi Zaskórskiemu, Aleksandrze Zbróg, Marcinowi Zwolińskiemu, Julii Zychowicz, Dianie Zyglewskiej.

Oli B. za całokształt.

Serial Alternatywy 4 został, słusznie bądź nie, okrzyknięty serialem kultowym. Nie bardzo wiadomo, co to, przy obfitości różnych kultów, oznacza, lecz jedno jest pewne – telewizja emituje go od wielu lat kilka razy w roku. Dodam, że w atrakcyjnych pasmach i porach, nie zaś o trzeciej nad ranem. Być może właśnie częste emisje zaowocowały ową „kultowością”, być może było odwrotnie – to „kultowość” zmuszała TVP do częstych emisji. W końcu łacińskie vox populi to w dzisiejszym żargonie medialnym po prostu słupki oglądalności.

Okazuje się, że im mniej twórców serialu pozostaje przy życiu, tym większym powodzeniem cieszy się samo dzieło. Wzbudza nawet zaciekawienie młodzieży, która z natury rzeczy niewiele wie o przeszłości, ma skłonność do upraszczania, brania fikcji za prawdę i postrzegania tego, co było, przez pryzmat własnej aktualnej wiedzy. Widzę to, kiedy obserwuję młodych ludzi oglądających Alternatywy 4. Wychodzą do kuchni po piwo, kiedy na ekranie dzieją się ważne rzeczy, wybuchają śmiechem w momentach, w których wcale nie miało być śmiesznie, dziwią się, kiedy nie ma się czemu dziwić. Przy okazji zadają dziwne pytania i nie dostrzegają ukrytych w scenariuszu aluzji, co jest o tyle zrozumiałe, że sztuką aluzji obecnie prawie nikt się nie posługuje. Nie znają wielu słów i zwrotów używanych przez bohaterów, jak choćby „wiecha”, „gołda”, „otworzyć drzwi na pasówkę”, „fotoplastikon” czy „przenieść się z Katowic do Stalinogrodu i z powrotem bez ruszania się z miejsca”.

Uważam zatem, że istnieje pilna potrzeba, by młodzieży wyjaśnić wiele trudnych do zrozumienia kwestii i palcem wskazać jej momenty, w których należy się śmiać. A także te, które powinny skłonić ją do zadumy nad pokrętnością świata.

Ta praca powinna zostać wykonana już dawno temu. Nie została, ponieważ nikt się nie spodziewał, że nasze dzieło uzyska status „kultowego” i dla wielu młodych ludzi stanie się podręcznikiem historii najnowszej. Z całą pewnością zyskałaby ona na jakości, gdyby wykonano ją za życia Stanisława Barei i Maćka Rybińskiego, którzy w procesie powstawania serialu odegrali rolę wiodącą. Niestety, obaj przedwcześnie odeszli, pozbawiając mnie okazji do wspólnej zabawy.

Ironia losu i inne choroby doprowadziły do tego, że przy życiu zostałem wyłącznie ja, czyli ten, którego udział w tworzeniu ostatecznej wersji serialu był najmniejszy.

Jednak, chcąc nie chcąc, stałem się ostatnim Mohikaninem i jeśli nie zrobię tego, co zamierzyłem, nie zrobi tego nikt. A cały ciężar odgadywania, co autorzy mieli na myśli, spadnie na mniej lub bardziej domyślnych badaczy przeszłości i interpretatorów, którzy w swojej gorliwości doszukiwania się wszędzie ukrytych znaczeń wymyślą historie, o jakich autorom nawet się nie śniło. Nie należy im bezkrytycznie ufać. Wszak sami autorzy nierzadko nie pamiętają, co kiedyś mieli na myśli. Trzeba im jednak dać prawo do artystycznej niewiedzy. Lub przynajmniej prawo do zdrowej amnezji, bez której życie byłoby koszmarem.

W Przewodniku po serialu i rzeczywistości spróbuję sobie przypomnieć, co przed wielu laty przyświecało autorom. Jeśli nie będę czegoś pamiętał, być może pro publico bono coś sensownego wymyślę od ręki. Tak czy siak, tworzenie Przewodnika uważam za zajęcie pożyteczne i godne. I mam nadzieję, że wdzięczni oglądacze serialu je docenią.

Wypełnię ten szlachetny zamiar do końca. Wciąż jeszcze potrafię się śmiać, a to warunek podstawowy. Napisaliśmy z Maćkiem wiele rzeczy, których głównym celem było wywołanie uśmiechu na obliczach odbiorców. Śmiech był dla nas przez lata wartością najwyższą. Antidotum na wszechobecną bzdurę, na braki w zaopatrzeniu i na ograniczenia rozmaitych wolności. Śmiejąc się, stawaliśmy się wolni, syci, napojeni i zadowoleni. Śmiejąc się, pokazywaliśmy środkowy palec wszystkim, którzy chcieli nam życie obrzydzić.

Do współpracy przy tworzeniu Przewodnika zaprosiłem studentów dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, reprezentujących tę grupę wiekową, do której przewodnik ów jest adresowany. Wspólnie oglądaliśmy odcinek po odcinku. Padały pytania, zdarzały się uzasadnione i nieuzasadnione wybuchy śmiechu, czasem chwile zadumy. Na bieżąco ustalaliśmy, gdzie leży pies pogrzebany.

Jeśli i Ty zechcesz pogrzebać z nami i odkryć dla siebie i rodziny serial na nowo, zapraszam do lektury.

Janusz Płoński

Przydział

Oglądanie ze współczesnymi dwudziestolatkami serialu Alternatywy 4 to spotkanie z historią. Dla was – z historią zamierzchłą, bo od napisania scenariusza minie niebawem pół wieku. Początki prac nad nim przypadły na koniec lat 70. ubiegłego stulecia, a więc wiele kwestii poruszanych czy pokazywanych przez nas, twórców, jest dla młodego widza trudnych, niezrozumiałych, dziwacznych i zaskakujących. Ciekawa może okazać się konfrontacja naszego sposobu przedstawienia realiów PRL-u i odbioru filmu przez obecne i ewentualnie przyszłe pokolenia Polaków. O ile pamiętam, podczas pisania w ogóle nie myśleliśmy o przyszłych pokoleniach.

Pierwotnie do realizacji przewidziano sześć odcinków. Na tyle opiewała umowa podpisana z telewizją, ale ze względu na spodziewane ingerencje cenzury pisaliśmy bardzo gęsto, powiedziałbym: nadmiarowo. Dzięki temu powstało tak dużo materiału, że Bareja zmontował z niego aż dziewięć odcinków. Zauważcie, że ten serial był produkowany w stanie wojennym, chyba jako jedyny film w kraju, a decydenci absolutnie nie zwracali na niego uwagi. Nikogo ta produkcja nie zajmowała. W Polsce działy się ważniejsze rzeczy. Były pacyfikacje strajków, poszukiwania i aresztowania opozycjonistów i działaczy „Solidarności”, czołgi jeździły po ulicach, służby szalały, żołnierze z karabinami grzali się przy koksownikach, obowiązywała godzina milicyjna. Kogo wtedy obchodził jakiś nowy serial? Nikogo. Jego powstawaniu towarzyszyły największa cisza i największy spokój, jakie można sobie tylko wymarzyć.

Zatem powstało dziewięć odcinków i Bareja pokazał je na kolaudacji w telewizji po kolei, w ciągu. Seans trwał ponad dziewięć godzin, plus konieczne przerwy.

Na czym polegała taka kolaudacja?

Teoretycznie na sprawdzeniu, czy efekt końcowy jest zgodny ze scenariuszem. Czy jego ideowe oddziaływanie jest prawidłowe. Orzekano także, czy poziom artystyczny dzieła jest wystarczająco wysoki i – ogólnie rzecz biorąc – czy dzieło nadaje się do pokazania szerokiej publiczności.

W sali siedziało kilku bonzów z telewizji, redaktorzy, jacyś towarzysze. Nazwiska litościwie przemilczę. Zresztą nie wszystkie znam, bo protokół z tej kolaudacji został przez telewizję utajniony i stan ten trwa do dziś. W każdym razie wtedy, w roku chyba 1983, w salce projekcyjnej zapadła cisza. A po długiej chwili padło jedno pytanie: „Kto pozwolił na wyprodukowanie tego serialu?”. A potem „dziękujemy” i „do widzenia”. Serial powędrował na półkę. Dostał status „półkownika”, jak to się wówczas określało.

Poza kolaudacją odbyło się też kilka pokazów cenzorskich, których efekt był podobny.

Serial leżał na półce cztery lata, ale w TVP kombinowano, co zrobić, żeby uratować pieniądze wpakowane w jego produkcję. A potem, kiedy już nagrania wyszły na zewnątrz – bo przemycone z telewizji kursowały na kasetach VHS gdzieś tam po stadionie i bazarach – ludzie je kupowali i oglądali. Nasze dzieło stało się trochę sprawą publiczną, choć nadal tajną, i trzeba było poszukać rozwiązania, jak z tego wybrnąć.

Taki zakazany serial powinien być specjalnie zabezpieczony, żeby nie wydostał się na zewnątrz?

Oczywiście. Zabezpieczano puszki z taśmą filmową i taśmę dźwiękową, których w warunkach domowych i tak nie dałoby się odtworzyć. Ale pojawienie się nowych technik audiowizualnych, przede wszystkim popularnych kaset VHS, zmieniło sytuację. Wewnątrz telewizji technicy mogli po cichu przewieźć materiał z Woronicza na plac Powstańców Warszawy, tam bowiem znajdowała się aparatura do przegrywania, przepisać wszystko potajemnie na kasety wideo i wynieść. Potem już nie było nad tym kontroli. Ludzie kopiowali te kasety, jakość była nikczemna, ale tym się nikt nie przejmował. Zainteresowanie serialem rosło, choć nie było go jeszcze w oficjalnym obiegu.

W końcu, po wielu perypetiach, pokazano go w telewizji chyba w roku 1984.

Pierwsza emisja była jeszcze bardzo okaleczona. Ale jej sukces wymusił kolejne, więc do następnych wstawiano sukcesywnie niektóre zakwestionowane sceny. Tyle że pewne kawałki taśm poginęły, bo przewożący je i ukrywający szeregowi pracownicy telewizji chowali niektóre nagrania. Wiedzieli, że jeśli wpadną komuś niepowołanemu w łapy, zostaną bezpowrotnie zniszczone. A niepowołanym mógł być każdy zbyt gorliwy lub nadmiernie lojalny wobec władzy pracownik telewizji. Więc niektóre fragmenty tak zostały ukryte, że do dziś się nie odnalazły.

Jeszcze w zniewolonej Polsce władza zdecydowała, że trzeba serial puścić, ale niektóre sprawy lekko poprzykrywać. Dodano na przykład, a tego nie było w scenariuszu, ten głupi napis na początku: „Dawno, dawno temu, w czasach propagandy sukcesu”. Żaden z autorów nie wpadłby na taki pomysł. Za to wpadli ulegli decydenci, którzy wykombinowali, że gdy się napisze: „Dawno, dawno temu…”, to osłabi się ostrość obecnej w serialu i wciąż aktualnej krytyki. Kto osobiście podjął decyzję o pierwszej emisji serialu, nie wiem.

A więc dawno, dawno temu…

Dlaczego daliście taki tytuł temu odcinkowi?

Przydział mieszkania to było wielkie święto w życiu każdej rodziny. O wiele większe niż ślub czy narodziny dziecka. Trzeba wiedzieć, że kiedyś mieszkań się nie kupowało, tylko dostawało na przydział właśnie. To znaczy istniał mikroskopijny wolny rynek, na którym można było je kupić, ale tak mały, jakby go wcale nie było. Biedniejsi mogli liczyć na mieszkania kwaterunkowe. Niemniej jednak panowała ogólna zasada, że funkcjonują tak zwane spółdzielnie mieszkaniowe, które budują domy mieszkalne. Takie jak na Ursynowie, bo serialowa historia dzieje się właśnie tam. A droga do własnego mieszkania prowadziła przede wszystkim przez długoletnie oszczędzanie: piętnasto-, dwudziesto-, a nawet trzydziestoletnie. Zakładało się w takiej spółdzielni książeczkę mieszkaniową, wpłacało się na nią miesięcznie na przykład 100 złotych i pula rosła, rosła, rosła. A potem, jak się uzbierało całą kwotę, to okazywało się, że… mieszkań brakuje. Bo budowlańcy bezustannie walczyli z różnymi przeszkodami, więc ciągle się czekało. Powody były oczywiste. Pierwszy to ten, że Warszawa była po wojnie zrujnowana, a mieszkańcy powracali do niej masowo. Drugim powodem, który bardzo pogarszał sytuację lokalową, był ogromny wyż demograficzny. Trzecim zaś różne szachrajstwa występujące zawsze, kiedy jakieś dobra są deficytowe. Cała masa cwaniaczków umiała przepychać się na listach oczekujących w górę, oczywiście kosztem zwykłych uczciwych ludzi. Ci spadali na dalekie miejsca i czekali.

Tak jak jeden z naszych bohaterów, Cichocki, który wie, że znów nie dostanie upragnionego mieszkania. Przychodzi po przydział i odchodzi z kwitkiem już od jedenastu lat (zob. zdjęcie nr 1).

Czy przydziały dotyczyły wyłącznie mieszkań?

Przydziałami były objęte różne dobra, na przykład samochody. W zasadzie aut się nie kupowało, bo nie było sklepów z samochodami, gdzie można było przyjść z pieniędzmi i kupić. No, można było ewentualnie odkupić używany pojazd od sąsiada. Można też było wystąpić w swoim miejscu pracy z wnioskiem o przydział, w którym trzeba było uzasadnić, po co nam samochód. Mógł to zrobić lekarz, naukowiec, dziennikarz, dyrektor przedsiębiorstwa, czyli ludzie, którzy musieli dojeżdżać do pracy, ratować życie innych ludzi albo odpowiadali za ważną dla gospodarki produkcję. Taki wniosek był opiniowany przez dyrekcję, radę zakładową i komórkę partyjną. I w pewnym momencie, jeśli wszystko poszło dobrze, dostawało się przydział na samochód, za który i tak trzeba było zapłacić normalną cenę.

Podobnym towarem był telefon. Taki zwykły, w mieszkaniu. Nie wystarczyło powiedzieć, że chce się go mieć, trzeba było na kilku stronach uzasadnić dlaczego. A zatem przydziały były rodzajem reglamentacji kryzysowej, która nie obejmowała tylko najprostszych towarów. Choć w pewnym momencie zaczęła również obejmować i je.

Doszły kartki na mięso, mięso, cukier, słodycze i, o dziwo, wódkę i papierosy. Tych kartek oczywiście, nie kupowało się w kiosku „Ruchu”, a dostawało je w pracy. Wobec tego, żeby dostać kartkę, trzeba było pracować. A jeśli się nie pracowało, to nie miało się kartki i nie jadło mięsa. Bo – jak mówił Lenin – kto nie pracuje, ten nie je. Podobno za świętym Pawłem.

Albo trzeba było sobie radzić inaczej. Czarny rynek zawsze istniał.

Aż trudno uwierzyć, że były kartki na wódkę i papierosy.

Rządzący mieli świadomość, co dla ludzi jest naprawdę ważne. Brak tych towarów mógłby doprowadzić do rewolucji. Nie było takiego odważnego, który by narodowi tych dóbr odmówił. Były zatem przydziały w postaci kartek i były sklepy oraz kioski, w których można było wódkę lub papierosy kupić. Towarzysze sprawujący władzę naprawdę rozumieli potrzeby ludu, przynajmniej te podstawowe. Świadczy o tym choćby zwiększony przydział alkoholu, o który można było wystąpić w zakładzie pracy z okazji ślubu albo urodzin.

Ale zacznijmy oglądać serial. Zapowiem, że znajdujemy się w siedzibie spółdzielni mieszkaniowej.

O co chodzi w tej grze? Wychodzi sekretarka z rulonem papieru i wszyscy myślą, że to lista z przydziałami mieszkań, bo oni na to czekają. A ona wiesza ten papier na ścianie i okazuje się, że to gazetka ścienna z krzyczącym napisem: „Nasza odpowiedź wichrzycielom”. I pod spodem: „Czyn społeczny” (zob. zdjęcie nr 2).

To taki drobiazg, który bardzo dużo mówi zarówno o PRL-u, jak i o różnych jego okresach. Te wszystkie wielkie ruchy społeczne, które miały miejsce w Polsce – czy to był Poznań, Radom, czy Gdańsk, czy inne miejsca – media zawsze przedstawiały w ten sposób, że na ulice wyszli „wichrzyciele” i „warchoły”. Zresztą podobnie jest dzisiaj, bo wiele się nie zmieniło w tej kwestii. „Warchoły” i „wichrzyciele”, czyli ci, którzy nie są prawdziwymi Polakami i nie kochają ojczyzny, nie zgadzają się z oficjalnym programem partii lub rządu, wychodzą na ulice i rozrabiają.

Trzeba było oczywiście dać im odpór i przy okazji pokazać, że to garstka bez znaczenia.

Z jednej strony uruchamiano odpór medialny, z drugiej strony – odpór milicyjny, czyli puszczanie na ludzi ZOMO albo zamykanie protestujących. A dodatkową formą odporu były akcje potępiające w dużych zakładach pracy. Taki odpór społeczny, który miał świadczyć, że społeczeństwo nie popiera rozrabiaków. Pracownicy się w godzinach pracy zbierali, oczywiście „spontanicznie”, i równie spontanicznie potępiali „wichrzycieli”. Udzielali też słownego poparcia partii i rządowi oraz uchwalali, że najlepszą odpowiedzią „warchołom” z Gdańska czy z Radomia, czy skądkolwiek będzie czyn społeczny. Padało na przykład zobowiązanie, że załoga w czasie wolnym wykona śliczny trawnik z kwiatkami przed spółdzielnią. Wszyscy się integrowali wokół tej szczytnej idei, tej pożytecznej pracy społecznej, wyrażając tym samym dezaprobatę dla „wichrzycieli” i poparcie dla słusznej polityki partii.

Na początku, kiedy ludzie czekają na wywieszenie listy, próbują się jakoś zorganizować, ale im to nie wychodzi.

Tu widać, że byliśmy jednak przewidujący, bo pokazaliśmy zjawisko, które ma się dobrze. Chodzi o moment, kiedy ludzie postanawiają zrobić coś wspólnie. Chcą wybrać delegację i posłać ją do sekretariatu, żeby się dowiedziała, kiedy będzie lista. Posługują się przy tym wzorcami, które podpatrzyli na zebraniach partyjnych, oficjalnych imprezach albo akademiach. Nauczyli się, że delegacja ma być reprezentatywna, czyli musi się składać z przedstawicieli różnych klas. W delegacji powinien być robotnik, chłop, kobieta i ktoś z młodzieży (zob. zdjęcie nr 3).

W naszej scenie nic z tego nie wychodzi, bo każdy ma własny pomysł, każdy ciągnie w swoją stronę. I w ogóle nikt nie ma do nikogo zaufania, a delegacja przecież powinna być tym zaufaniem obdarzona. Inicjatywa kończy się niepowodzeniem.

Ale zdarzało się również, że takie ad hoc powołane do życia delegacje czy komitety całkiem dobrze sobie w niektórych kwestiach radziły.

Redaktor z telewizji zachowuje się bardzo obcesowo, a właściwie bezczelnie, a nikt nie protestuje…

Dzisiaj kamera nie wzbudza w nas wielkiego zainteresowania, bo ma ją niemal każdy i bardzo się z tym urządzeniem oswoiliśmy. Nie wzbudza też szacunku. Ale kiedyś było zupełnie inaczej. Pracowałem w Polskiej Kronice Filmowej. Kiedy przyjeżdżaliśmy do wsi, to wszystkie dziewczyny leciały się stroić. To było wydarzenie, o którym mówiło się długo. W Warszawie ludzie też nie byli oswojeni z kamerą. To dlatego pan z telewizji mógł sobie pozwolić na takie numery ze wskazywaniem: „Pan tu stanie, a pan to proszę odejść, bo pan niezbyt ładnie wygląda” albo: „Niech pan coś powie, a co panu szkodzi?” (zob. zdjęcie nr 4).

No i jeszcze jedna sprawa, którą tu widać wyraźnie – wówczas nie istniało coś takiego, jak prawo do wizerunku i jego ochrony. Filmowało się, co się chciało, kogo się chciało i kiedy się chciało, z bliska, z daleka, jakkolwiek. Potem pokazywało się to w telewizji, a nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że zostały naruszone czyjeś dobra.

Zatem znajdujemy się w takiej oto sytuacji, że przychodzi pan redaktor, dla niego robi się lipną listę, panie zostają sfilmowane albo i nie. On obiecuje, że je pokaże, ale najpewniej nie dotrzyma słowa. I – co bardzo ważne – namawia jednego z przyszłych lokatorów, by ten powiedział, że się cieszy z otrzymania mieszkania, choć go wcale nie otrzymał (zob. zdjęcie nr 5).

To zapewne początek dramatu tego pana?

Nie uprzedzajmy faktów.

W tej scenie i w kilku kolejnych rozpoczyna się cała historia. Poznajemy niektórych bohaterów, którzy zbudują zróżnicowaną i reprezentatywną społeczność. Jako twórcy chcieliśmy, żeby tam, między tymi ludźmi, już od samego początku była pewna różnica temperatur; niektórzy bohaterowie zdążyli się już ostro zetrzeć. W kolejnych scenach udało się nam niektórych skonfliktować, na przykład Dźwigowego z Laryngologiem. Panowie wpadli na siebie już w drzwiach, później ten pierwszy pociągnął przypadkiem za dźwigiem samochód drugiego, a potem Laryngologowi w sklepie wypadła spod pachy butelka wódki, co było strasznym nieszczęściem, a Dźwigowy sprzeciwił się jej odkupieniu poza kolejką…

Chodziło nam o to, żeby było jak w życiu. Czyli żeby sąsiedzi za bardzo się nie kochali.

Czy to możliwe, że w szpitalu z powodu otrzymania mieszkania odwoływano operacje?

Ależ naturalnie. Wszyscy, nawet pacjenci, rozumieją, że skoro lekarz dostaje mieszkanie, to nie będzie operacji. W ogóle w tym momencie świat się zmienia.

Tak samo jest z Dźwigowym, który jest gdzieś tam potrzebny, ale okazuje się, że jego też wszyscy rozumieją. Dostał mieszkanie, więc ma ważniejsze sprawy niż jeżdżenie po budowach z dźwigiem.

Wówczas panowała totalna społeczna akceptacja dla podobnych zachowań, bo każdy rozumiał, że jeśli się czeka na coś piętnaście lat, wszystko ma prawo stanąć na głowie.

W tym kontekście Dźwigowy rzeczywiście ma dużo szczęścia, że stawia jakiś słup akurat u dyrektora drukarni…

Prawdopodobnie kartki żywnościowe były drukowane przez Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych, ale my nie chcieliśmy rzucać cienia na tę szacowną instytucję, która zajmowała się przede wszystkim drukiem banknotów, i wszystko w niej bardzo kontrolowano. Dyrektor nie mógłby sobie nadrukować tyle kartek, ile chciał. Chociaż… Nie, nie mam pewności. Może mógłby.

Te kartki jeszcze parokroć pojawią się w serialu przy innych okazjach, bo owe kartki, jak się okazało, były o wiele lepszym i bardziej poszukiwanym środkiem płatniczym niż pieniądze. Ludzie mówili jak Dźwigowy: „A po co mi pieniądze? Kartki to jest coś, czego ja potrzebuję. Pieniądze to się zawsze znajdą”.

W ogóle ówczesny handel przypominał polowanie. Władza rzucała coś, ludzie strzelali trochę na oślep i czasem się jakaś zdobycz trafiła.

Czy nikt nie wpadł na to, żeby te kartki fałszować?

Pamiętajcie, że akcja serialu rozgrywa się w czasach innych technologicznie. Nie było wtedy zaawansowanych fotokopiarek, nie było dostępu do papieru, nie było na rynku farb drukarskich itp. Przeciętny człowiek nie miał możliwości wyprodukowania falsyfikatów. Trudno też byłoby wprowadzić je masowo na rynek. Na pewno podejmowano jakieś próby na małą skalę, ale o żadnych większych nie słyszałem.

Czytałem natomiast piękną historię o fałszerzu pieniędzy we wczesnym PRL-u. Upodobał on sobie banknot stuzłotowy, czerwony, z podobizną robotnika. Malował go kredkami i uzyskiwał łudzące podobieństwo do oryginału. Tyle że namalowanie jednego egzemplarza zabierało mu dwa tygodnie żmudnej pracy. Gdyby podjął jakąkolwiek robotę, zarobiłby znacznie więcej.

Co to za historia z mieszkaniem, w którym żyło tyle rodzin?

To tak zwany kołchoz, bo takim mianem określano tego rodzaju mieszkania, nawiązując do radzieckich państwowych gospodarstw rolnych. Ich historia sięga czasów bezpośrednio powojennych, kiedy w zburzonej Warszawie były niemal same ruiny. A ludzie napływali, zajmowali przedwojenne kamienice, zatykali okna. Po prostu robili to, co na początku najpotrzebniejsze, żeby zamieszkać. A gdy już się udawało doprowadzić jakieś mieszkanie do stanu używalności, to pakowało się do niego na dziko po pięć, sześć rodzin. Później upychała ludzi władza, przydzielając ich do starych mieszkań, zwłaszcza w przedwojennych kamienicach, w których ocalały wielopokojowe lokale. Taki proces nazywano „dokwaterowywaniem” kolejnych lokatorów. Czasem ten stan trwał bardzo długo; to się przeciągało na lata 50., 60. Jeszcze wtedy te kołchozy istniały.

W tej scenie mamy taki właśnie typowy kołchoz, gdzie znaleźli się ludzie zupełnie sobie obcy. No i musieli się nauczyć razem żyć.

Czemu pan Antoni jest tak często wyprowadzany na spacer?

Dzięki panu Antoniemu lokatorzy organizują sobie aprowizację.

Wówczas w każdym sklepie wisiały napisy, że inwalidzi i kobiety ciężarne obsługiwani są poza kolejnością. A więc kiedy w sklepie pojawiał się boczek, słonina czy cokolwiek, to z inwalidą na wózku można się było wepchnąć poza kolejką.

Pan Antoni to taka umowna przepustka do sklepu, więc każda rodzina kolejno wychodzi z nim i robi konieczne zakupy (zob. zdjęcie nr 6).

Czy lodówka musiała być zamykana na kłódkę?

Wnętrze lodówki było podzielone na przestrzenie należące do poszczególnych rodzin, zamykane na kłódkę, żeby zapobiegać kradzieżom. Pamiętajmy, w kołchozie mieszkają obcy ludzie, o zaufaniu nie ma mowy, a o jedzenie jest naprawdę trudno.

Oddanie tak ważnej sprawy, jak wyprowadzka z panem Antonim do nowego mieszkania, ślepemu losowi w postaci butelki było chyba przesadą?

Pewnie tak. Ale często podejmujemy bardzo ważne decyzje na tej zasadzie. Poza tym przydział dla pana Antoniego to też było zrządzenie ślepego losu. Coś, czego nikt się nie spodziewał.

Scena na rynku w Pułtusku jest mało zrozumiała. Jest środek lata, jakiś facet chodzi z futrem i chce je sprzedać…

Niełatwo zrozumieć zasady, jakimi wówczas rządził się rynek. Obowiązywało centralne sterowanie gospodarką uprawiane zza urzędniczych biurek, czyli przez ludzi mało się na tym znających. Efekty widać było w sklepach. Najczęściej było w nich nie to, co w danym momencie było potrzebne. Futra pojawiały się w lecie, kostiumy kąpielowe w zimie. Ale ludzie nauczyli się z tym żyć.

Scena w Pułtusku to przykład handlu pokątnego. Oto jakiś koleś gdzieś zachachmęcił futro i chce je jak najszybciej sprzedać. Mało noszone, tanio, a to, że w lecie? Zima na pewno przyjdzie, każdy to wie. Aniołowa, grana przez Bożenę Dykiel, bardzo czujnie i rozsądnie się zachowuje, nie przepuszczając okazji. Jest kobietą, a która kobieta nie ulegnie takiej pokusie?

Współczesny widz myśli dzisiejszymi kategoriami – futro się kupuje przed zimą, a nie latem. Ale wtedy futro, i właściwie wszystko, kupowało się, kiedy nadarzała się okazja. Dodajmy, że w tamtych czasach nigdy nie było wiadomo, co będzie na obiad. Zależało to od tego, co akurat rzucono do sklepów.

W serialu kilka razy pada słowo „Pewex”. Dźwigowy słyszał od kolegów, że w Peweksie może kupić alkohol, w Pułtusku Anioł obiecuje kumplowi posadę w Peweksie.

Rumieńców przaśnemu peerelowskiemu handlowi dodawały tak zwane bony Peweksu. Gdy urządzało się na przykład parapetówkę, to można ją było zrobić na ludowo, czyli postawić wódkę „Bałtyk”, „Żytnią” albo wręcz bimber, ale można też było zorganizować ją w wersji wytwornej z… whisky, koniakiem albo czymś podobnym. No ale żeby te wykwintne napoje kupić, trzeba było pójść do Peweksu. Oficjalna nazwa tego dziwoląga brzmiała: Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego. Co oznaczał ten „eksport wewnętrzny”? To były towary sprowadzane z zagranicy lub luksusowe krajowe, które można było kupić wyłącznie za żywe dolary albo za bony Peweksu właśnie, będące ich ekwiwalentem.

Obok Peweksu powołano do życia kilka mniej znanych przedsiębiorstw, które również sprzedawały towary za dewizy, takich jak Baltona, Polmot, Locum czy Motoimpex.

Posłuchajcie teraz, co to były za towary. Po pierwsze, te najpotrzebniejsze do życia, czyli alkohol i papierosy. Dla kobiet, odpowiednio, zagraniczne kosmetyki i perfumy. Także odzież, oryginalne dżinsy i bielizna. Wyliczam dalej: materiały budowlane, kafelki do łazienek, maszyny rolnicze. Samochody, a nawet mieszkania. I to wszystko funkcjonowało przy oficjalnym zakazie handlu dewizami. Natomiast gazety były pełne ogłoszeń typu kupię albo sprzedam bony. Faktycznie handlowano bonami i dolarami.

Co to takiego „erotyki zaangażowane”?

Scena w biurze Anioła rzeczywiście może być dla was mało zrozumiała. Oto przed kierownikiem wydziału kultury siedzi poeta, który ma pretensje, że na spotkanie z nim nie załatwiono ani sali, ani publiczności. Po prostu skandal! W innych miejscowościach wielbiciele jego talentu skandują tytuły jego wierszy, deklamują erotyki zaangażowane, no i w ogóle wszędzie jest przyjmowany jak prawdziwy poeta (zob. zdjęcie nr 7).

O co tu chodzi? Otóż Anioł musi przed władzami wyższymi wykazywać, że prowadzi działalność kulturalną. Ma na to budżet. Taką działalnością jest, na przykład, organizowanie spotkań z poetami, recitali, wystaw i koncertów. Pretensje poety oznaczają dla niego, że spotkania z nim nie będzie mógł zamieścić w sprawozdaniach.

Więc Anioł, który chyba przez przeoczenie nie załatwił publiczności ani sali, rzuca propozycję: „Dobrze, to ja panu zapłacę za trzy spotkania i my w raporcie napiszemy, że mieliśmy trzy spotkania z poetami”. Na co poeta, że to obraża jego godność jako twórcy, ale na przyjęcie honorarium za cztery spotkania może przystać. Godność, jak widać, miała swoją cenę. Panowie dochodzą do porozumienia. W sprawozdaniach i w kasie wszystko będzie się zgadzać, twórca też będzie zadowolony. No i ludzie, którym nikt nie będzie zawracać głowy, żeby przychodzili na jakieś spotkania z poetami.

To jest jedna płaszczyzna, na której rozgrywa się ta scena. Mam nadzieję, że teraz jest zrozumiała.

Druga to erotyki zaangażowane, o które zapytaliście. W tamtych czasach stosowano różne kryteria dzielenia i porządkowania dzieł sztuki. Jedno kryterium jest oczywiste i każdy je dzisiaj rozumie: podział na dzieła dobre i dzieła złe. Ale to był podział najbardziej prostacki. Kolejne kryterium było bardziej wyrafinowane: utwory i dzieła mogły być „słuszne” i „niesłuszne”. Te słuszne nie musiały być wcale dobre, wystarczało, że były słuszne. Była jeszcze jedna kategoria, „utwory zaangażowane”, to znaczy nie tylko słuszne, lecz także wzywające naród do przeżyć pozytywnych, do polubienia socjalizmu, do rezygnacji z własnego ja na rzecz dobra wspólnego i czynów społecznych. Ten gatunek był wówczas bardzo wspierany przez partię, ale z biegiem czasu zaginął, choć przecież takie erotyki bardzo by się przydały i dzisiaj. Mogłyby na przykład zachęcać do wzmożonej prokreacji, by rozwiązać ogólnonarodowy problem słabego przyrostu naturalnego.

Listonosz, który pojawia się u Anioła, zna treść listów, które roznosi?

Zna, choć na pewno nie wszystkich. Nie było takiej zasady, że listonosze czytali listy przed doręczeniem. Sądzę, że o ich treści dowiadywali się raczej od samych adresatów.

Aniołowa nie wygląda na zadowoloną z awansu męża i przeprowadzki do Warszawy.

Dlaczego Aniołowa płacze? Dlatego, że jej mąż, kierownik wydziału kultury, czyli ważna figura w Pułtusku, teraz będzie dozorcą, czyli mówiąc brutalnie: zwykłym cieciem. I co ona powie mamusi i tatusiowi? Że za kogo wyszła?

Anioł tłumaczy żonie, na czym polega łańcuch personalnych zależności. On sam jest człowiekiem jednego, tamten jest człowiekiem innego i tak dalej. Ta piramida zależności jest budowana przez lata. I jeśli nagle jeden z elementów wypada, cała konstrukcja się rozsypuje. Jemu, Aniołowi, to właśnie grozi, ale ratunkiem jest posada dozorcy w Warszawie, która może się stać trampoliną do dalszej kariery.

Rodzina Balcerków zachowuje się bardzo dziwnie.

Józef Balcerek – przyjrzyjmy się tej postaci.

Chcieliśmy stworzyć w tym serialu bohatera nietypowego. Oto mamy przed sobą dziwaka, który nie chce nowego mieszkania. Jemu na Targówku jest dobrze; trzyma na dachu gołębie i jest szczęśliwy. Dla niego lewobrzeżna Warszawa, a już szczególnie Ursynów, to straszna wiocha, gdzie wstyd mieszkać.

Mieszkanie otrzymuje przez pomyłkę – myślał, że latami spłacał jakąś grzywnę, a faktycznie odkładał na mieszkanie. Nie jest to zbyt prawdopodobne, ale komedia ma przecież swoje prawa. Więc kiedy pojawia się wysłannik spółdzielni z zawiadomieniem, że Balcerkowie otrzymali przydział, oni zachowują się bardzo elegancko i mówią: „To my dziękujemy, to jakaś pomyłka”. Balcerkowa chce się jeszcze upewnić i dopytuje: „A kiedy myśmy to płacili?”. Facet ze spółdzielni grobowym głosem odpowiada, że w grudniu 1970 roku. Wtedy miała miejsce masakra na Wybrzeżu i można powiedzieć, że wszyscy jakoś płacili.

Za pomocą tej aluzji chcieliśmy przynajmniej wspomnieć wydarzenia, od których zaczęła się wielka polska przemiana. To była również kpina z ówczesnej propagandy zawsze przedstawiającej robotników i studentów jako warchołów i wichrzycieli. Jeszcze jedno porozumiewawcze mrugnięcie okiem do widzów, że my wiemy, o co chodzi, i wy też wiecie. Przypomnieliśmy, że ta data jest ważna i że trzeba o niej pamiętać. Ta scena ma właśnie takie drugie dno.

W każdym razie Balcerkowie odmawiają przyjęcia mieszkania. Nikt by tak nie zrobił, poza targówkowymi patriotami, którzy uważają, że Targówek to prawdziwa Warszawa. Na Targówku mieszkają porządni ludzie, którzy lubią wypić, nie donoszą na policję i są charakterni. Tu można hodować gołębie i prawie legalnie pędzić bimber w domu. Dzielnica ma więc wiele zalet.

Cenzura się tego nie czepiała?

Cenzura to przepuściła, bo właściwie co złego mówi facet ze spółdzielni? A to, że mówi grobowym głosem, tak jakby mu całą rodzinę wybili na Wybrzeżu, przeszło niezauważone.

Czy wykłady o prawach człowieka były zabronione?

Pojęcie „prawa człowieka” usłyszałem po raz pierwszy z ust prezydenta Cartera, który w 1977 roku przyleciał do Polski. Od tej wizyty opozycja zaczęła tego hasła używać coraz częściej w odniesieniu do sytuacji w kraju. Ale na uczelniach o tym nie mówiono, władze nie lubiły tego tematu. Nie lubiły też wielu innych, które zostały albo wykreślone z naszej historii, albo kompletnie zakłamane. Mądrzy ludzie postanowili więc stworzyć alternatywny system edukacji, niezależny od oficjalnego. Efektem było powstanie „latających uniwersytetów”.

Zajęcia prowadzili wybitni pracownicy naukowi, którzy po godzinach i za darmo pojawiali się potajemnie w prywatnych mieszkaniach. Również potajemnie przychodzili studenci i wysłuchiwali wykładów z historii, socjologii, stosunków międzynarodowych czy dyskutowali o poezji Miłosza, Herberta i innych.

Te spotkania miały bardzo dziwny status, bo formalnie nie zostały zabronione. Ale były bardzo źle widziane przez władzę, która nie lubiła niczego, nad czym nie miała pełnej kontroli. A bez kontroli jakiś wybitny historyk opowiadał na przykład o Katyniu albo pakcie Ribbentrop-Mołotow, a na wykładach z literatury mówiono o ludziach, którzy nie byli publikowani w Polsce, na przykład o Gombrowiczu, Sołżenicynie, Herlingu-Grudzińskim czy Miłoszu. Wtedy było to odbierane prawie jak próba obalenia ustroju. Często te spotkania były zakłócane przez niespodziewane najścia milicji czy agentów. Rewidowano i spisywano obecnych, i na różne sposoby utrudniano im życie.

W serialu taki uniwersytet prowadzi w swoim mieszkaniu profesor Dąb-Rozwadowski. A studenci bardzo się cieszą, że mogą posłuchać czegoś innego niż na oficjalnej uczelni.

Docent Furman opowiada u prezesa spółdzielni swój życiorys. Jak to należy odczytywać? (zob. zdjęcie nr 8).

Cenzor, by wytropić wszystkie niuanse serialu, musiałby mieć ogromną wiedzę, wiele czytać, w tym książki z tak zwanego drugiego obiegu, które nie były cenzurowane. Powinien też słuchać Radia Wolna Europa. Wiedziałby wówczas, że na przykład profesorem, który w 1968 roku wyleciał z Uniwersytetu Warszawskiego – i wylądował wprawdzie nie na Harvardzie, a w Oxfordzie – był filozof Leszek Kołakowski. Podobny los spotkał ekonomistę Włodzimierza Brusa. Wielu innych zasiliło kadry naukowe prestiżowych zagranicznych uniwersytetów.

Docent wylicza, że jeden z jego szefów pojechał do Radomia, inny przyjechał z Katowic. To są oczka puszczane do widza, odnoszące się do wydarzeń z dekady Gierka i ważnych kamieni milowych polskich przemian.

Pierwsza poważna rewolta w Polsce miała miejsce w 1956 roku, gdy robotnicy wyszli na ulice w Poznaniu. Wtedy premier Cyrankiewicz wygłosił słynne zdanie, że ręka, która zostanie podniesiona na naszą ludową ojczyznę, będzie obcięta. W Poznaniu „obcięto rękę” kilku robotnikom, czyli ich zabito, bo wojsko i milicja po prostu strzelały do ludzi.

Z kolei zamieszki w marcu 1968 roku, o dziwo, rozpoczęły się od sztuki teatralnej, czyli od wystawienia Dziadów w warszawskim Teatrze Narodowym. Kazimierz Dejmek zainscenizował je, podkreślając w spektaklu elementy antyrosyjskie. Reakcją były ostre protesty ambasady radzieckiej i w konsekwencji, na polecenie chyba samego Gomułki, zdjęto sztukę z afisza. Stało się to zarzewiem wydarzeń marcowych. Pierwsze protesty miały miejsce w Uniwersytecie Warszawskim 8 marca, później dołączyły inne uczelnie. Studenci wtedy wykrzykiwali: „Robotnicy, chodźcie z nami!”, „Przyłączcie się do nas!”, „Telewizja kłamie!”, „Cenzura!” itd., ale robotnicy pozostawali nieufni. Zwłaszcza że propaganda szybko wskazała winnych, odkryła żydowski spisek, który został niby przeprowadzony za naszymi plecami albo wręcz na naszych polskich plecach. Nieufność robotników była więc ze wszech miar uzasadniona.

Finałem wydarzeń marcowych była obrzydliwa antysemicka heca. Wielu ludzi musiało opuścić Polskę, między innymi naukowcy z kilku najważniejszych uczelni w kraju.

Polecam film dokumentalny Dworzec Gdański, opowiadający o tych ludziach, z których wielu nagle dowiadywało się, że są Żydami i tutaj nie ma dla nich miejsca. Niektórzy Żydzi w Polsce w ogóle nie wiedzieli, że są Żydami, ale ubecja wiedziała. To były dramatyczne, obrzydliwe i hańbiące wydarzenia.

I właśnie wtedy kadra naukowa w uczelniach znacznie się przerzedziła. Wielu ludzi pochodzenia żydowskiego zostało zmuszonych do emigracji i trzeba było znaleźć kogoś na ich miejsce. Stąd się wzięli tak zwani docenci marcowi, z szybkiego awansu. Furman mówi: „Zostałem docentem w 1968 roku”. To jest ta etykietka, która go określa – że to jest facet z tego politycznego naboru. Wskoczył na miejsce kogoś, kogo wyrzucono. Docent w dalszym ciągu rozmowy w dość zawoalowany sposób wylicza kolejne wydarzenia ostatnich dekad, które wstrząsały Polską i zawsze przeszkadzały mu w karierze. Docent kilka razy był tuż-tuż przed wielkim awansem, który mu ciągle w ostatnim momencie uciekał sprzed nosa. Pech? Na pewno. Ale i trochę szczęścia, bo teraz działa już w grupie kolegów. Prezes spółdzielni mu podpowiada, że „solidarnie”. Docent zaprzecza gwałtownie i stwierdza, że „wzajemnie”.

Subtelna różnica, prawda? Bo co to znaczy „wzajemnie”? Otóż „Solidarność” po fali sukcesów zaczęła się dzielić, rozpadać, zaczęły się w niej pojawiać grupy i grupki o różnej ideologii i celach. Grupka Docenta mogła być właśnie takim tworem.

Wygląda na to, że jedynym zajęciem prezesa spółdzielni jest czytanie książki.

To kryminał z wielkonakładowej serii wydawanej przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą. Miało to być Góralskie tango naszego autorstwa, czyli Maćka Rybińskiego i mojego, ale nasz egzemplarz chyba ktoś na planie ukradł i musieliśmy wziąć równie interesującą pozycję Alistaira MacLeana z tej samej rozpoznawalnej serii.

Czemu facet w czapce i z teczką przekonuje docenta Furmana, że dom jest źle zbudowany?

On liczy na cud. Wydaje mu się, że jest w stanie skłonić któregoś z lokatorów do rezygnacji z mieszkania z powodu usterek.

Wszyscy marzyli o mieszkaniu, a tymczasem już w pierwszym odcinku pojawia się ktoś, kto nie ma zamiaru w nim mieszkać.

Dominek, czyli Wojciech Siemion, podjeżdża ładą, trąbi i jak panisko woła: „Panie majster, chodź no pan tutaj!”. Jeden z robotników prawie podbiega, Dominek wsuwa mu do kieszeni paczkę papierosów, bo takie łapówki wtedy dawano, i oto cud! Robotnik zaczyna go tytułować „panem inżynierem” i zachowywać się wręcz uniżenie. Dziś dziwi, że paczka papierosów mogła tak wiele zdziałać, ale w realnym życiu bywało jeszcze bardziej zaskakująco. Przy okazji moich powrotów z zagranicy jednorazowa zapalniczka wręczona celnikowi powodowała, że odprawa trwała krótko i nie wymagała nawet otwierania bagażnika. Takie łapówki wystarczały!

Dominek udaje się z robotnikiem do swojego przyszłego mieszkania i mówi: „Niech pan zrobi tak porządnie, jak dla siebie albo dla cudzoziemca”. I daje mu do zrozumienia, że on nie będzie mieszkał w tym mieszkaniu, on je wynajmie obcokrajowcowi. Taki wynajem był jedną z najlepszych inwestycji, bo cudzoziemcy, którzy przyjeżdżali z Zachodu i szukali lokum, płacili stawki znacznie niższe niż u siebie, a w polskich warunkach to był majątek. Więc jeśli jakiś obcokrajowiec znalazł mieszkanie i na przykład płacił za nie dwieście dolarów miesięcznie, był szczęśliwy, że jest tanio. A ten, który te dwieście dolarów dostawał, był jeszcze szczęśliwszy, że ma taką kupę forsy. Dominek jest jednym z takich utalentowanych biznesmenów mieszkaniowych.

Czemu robotnicy przed blokiem piją mleko?

Tworząc tych dwóch bohaterów, poszliśmy trochę na przekór stereotypowi, że prosty człowiek musi koniecznie pić wódkę. Taki schemat funkcjonował w powieściach z tamtego czasu, w wierszach i naturalnie w kinie i telewizji. Pito przy każdej okazji na potęgę. Widz właściwie oczekiwał, że ci robotnicy będą trzymali w ręku pół litra. Myśmy natomiast powiedzieli: nie, niech oni piją mleko. I oni z tą butelką mleka są inni. Bardziej ludzcy, sympatyczni i z lekkim odcieniem filozoficznym.

Oczywiście w naszej walce ze stereotypami nie staliśmy się ekstremistami. W serialu pije się, jak najbardziej, ponieważ naszą ambicją było również dokumentowanie tamtych czasów.

Mówisz o „odcieniu filozoficznym”. Rzeczywiście, robotnicy dzielą się z nami przypowieściami z morałem.

Warto zwrócić uwagę na taką ładną rozmowę, kiedy jeden z robotników opowiada drugiemu o tym, że dzwonił Wiesiek do tatusia i tak mu bluzgał, że ten, który kontroluje te rozmowy…

No więc właśnie. W stanie wojennym telefony przestały działać w nocy 13 grudnia, ale uruchomiono je wkrótce, choćby po to, by można było wezwać pogotowie. Kiedy się podnosiło słuchawkę, słyszało się głos mówiący: „Rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”. Nagrany na taśmie, ale przecież ktoś żywy wybiórczo tych rozmów słuchał. I może nawet nagrywał.

Więc kiedy ten facet od kontrolowania rozmów słyszy, że Wiesiek bluzga tatusiowi, to się włącza i mówi, że Wieśka spałuje, jeśli on natychmiast nie przeprosi tatusia. Zdaniem opowiadającego robotnika: „Choć obcy, to okazał serce”.

Myślę, że ta scenka jest trochę przewrotna, żartobliwie pokazująca drugą stronę medalu. Dziś, gdy się mówi „ubek”, daje się do zrozumienia, że to ostatnia kanalia, swołocz, ktoś pozbawiony ludzkich odruchów. A tu widać, że byli również tacy, którzy te odruchy mieli.

Wspominasz o stanie wojennym. Jak on się miał do produkcji serialu? Krążą o tym legendy.

Jeśli krążą, to bardzo dobrze. Bo wszystko, o czym krążą legendy, pozostaje w pamięci dłużej. Jednocześnie trzeba uważać, bo nieprawdziwą legendę bardzo trudno wycofać z obiegu.

Zdjęcia do serialu zaczęły się we wrześniu 1981 roku, lecz szybko zostały przerwane z powodu zawału serca, jakiemu uległ Stanisław Bareja. Pierwszy klaps po jego chorobie zaplanowano na 14 grudnia roku pamiętnego, ale Bareja z niewiadomych powodów – naprawdę, bo on nie wiedział tego, że będzie stan wojenny – napisał pismo, które przetrwało, że prosi o zgodę na rozpoczęcie zdjęć 12 grudnia, czyli dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego. I tego dnia wznowiono zdjęcia w jednej z hal zdjęciowych przy Woronicza.

Ten z dzisiejszej perspektywy dziwny list być może zdecydował o losach serialu. Łatwo sobie wyobrazić, że gdyby ekipa i aktorzy pojawili się w otoczonej wojskiem telewizji i powiedzieli, że właśnie startuje serial komediowy, ktoś mógłby jednym słowem zatrzymać produkcję i posłać wszystkich do domu. Tymczasem dzięki listowi Barei w poniedziałek 14 grudnia wszyscy przyszli do pracy, która już trwała. Niektórzy mieli już odpowiednie, wydane w sobotę 12 grudnia, przepustki i zdjęcia mogły być kontynuowane.

Również dzięki temu aktorzy grający w serialu nie byli zobowiązani ani nawet nakłaniani do bojkotowania telewizji, na której spoczywało odium najbardziej kłamliwego i służalczego wobec władzy medium w Polsce. Było wielkim dyshonorem pojawić się na małym ekranie podczas stanu wojennego, więc brać aktorska dość solidarnie odmawiała współpracy z TVP. Ale ponieważ produkcja serialu ruszyła dzień przed jego wprowadzeniem, dyshonoru nie było. Nasi aktorzy mogli śmiało patrzeć kolegom w oczy.

W scenariuszu pisanym na długo przed stanem wojennym nie było, bo nie mogło być, tych „rozmów kontrolowanych”. Ten pomysł, a także i wiele innych, został dodany w trakcie realizacji. Rzeczywistość codziennie zaskakiwała nas czymś nowym i interesującym, grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Mówiąc współczesną polszczyzną, przy każdej okazji robiliśmy update naszego scenariusza.

Czy na planie często improwizowano, czy też Bareja był reżyserem zdyscyplinowanym?

Podczas realizacji serialu było dużo improwizacji. Był scenariusz i była improwizacja, ponieważ aktorzy polubili postaci, które grali, i polubili całą tę historię, więc chwilami bywali bardzo kreatywni. Pojawił się jeszcze dodatkowy powód: Bareja był po zawale i lekarze zakazali mu się denerwować. Więc gdy on miał się denerwować, to kładziono go na kozetkę, żeby się uspokoił, a zdjęcia szły bez niego. Później, kiedy już odpoczął, wracał i znów pojawiała się obawa, że zaraz się zdenerwuje. Wszyscy starali się więc chodzić koło niego na paluszkach i robić swoje z wyprzedzeniem, i odgadywać z jego ust albo ze spojrzenia, czego sobie życzy. To wszystko wynikało również z ogromnej sympatii, jaką Bareja się cieszył. I dlatego też cała ekipa była bardzo kooperatywna i podrzucała dużo bardzo fajnych pomysłów (zob. zdjęcie nr 9).

Normalnie aktorzy w serialach dostają tekst i wytyczne, że teraz się wchodzi, mówi dzień dobry i się wychodzi. Często tak się właśnie pracuje. Czas i pieniądze są najważniejsze. A nasi aktorzy na naszym tekście często sami budowali własne etiudki. Bareja je życzliwie akceptował.

To, co zrobił na przykład Pokora, to majstersztyk. Wypijał u prezesa kolejne kieliszki koniaku i coraz bardziej bełkotliwie opowiadał o swojej karierze naukowej. To była w sensie aktorskim jego scena autorska.

Nie rozumiemy wielu mechanizmów i procesów związanych z budową bloku mieszkalnego na Ursynowie…

Sprawa budowy bloku dla naszych bohaterów i perturbacje z tym związane są dla mnie absolutnie oczywiste. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że to może być dla młodych ludzi kompletnie niezrozumiałe.

To była dość typowa budowa, w typowy sposób realizowana. Stanowiła część spazmatycznej gospodarki, w której najwyższą wartością były sprawozdania i plan. Gospodarka była spazmatyczna, bo ciągle gdzieś wybuchały metaforyczne pożary, nagle czegoś brakowało. Przerzucano zatem z miejsca na miejsce tak zwane moce produkcyjne, czyli maszyny, materiały i ludzi. Czasem, gdy okazywało się, że gdzieś w jakimś mieście jest niedobór węgla, a mrozy idą, to węgiel ściągano na przykład gdzieś ze stoczni, bo tam akurat były nadwyżki na hałdach. Jechał przez całą Polskę; po chwili brakowało go w stoczni, pożyczano więc gdzie indziej. Wagony jeździły po całej Polsce wte i wewte, a węgiel niezmiernie rzadko bywał tam, gdzie naprawdę był potrzebny.

Tutaj mamy podobną sytuację. Otóż rozpoczynało się budowę w realiach gospodarki planowej zarządzanej centralnie. Plan, a właściwie jego wykonanie, było najważniejsze. I na przykład taki dom wchodził do jakiegoś planu, bo postanowiono i zaksięgowano, że się go zbuduje. A potem gdzieś rozpoczynano inną budowę, jeszcze ważniejszą niż nasz dom. A przy okazji fabryka prefabrykowanych elementów, z których budynek miał być wykonany, musiała zrealizować jakieś zaskakujące zobowiązania. Więc znienacka posyłała je nie tu, tylko gdzie indziej, moce i luzy przerzucano w inne miejsce, a budowę wstrzymywano i wchodziła ona w fazę oczekiwania. Aż sobie ktoś o niej przypomniał.

Te zasady, a raczej brak zasad, dobrze widać również na poziomie pojedynczych ludzi. Dźwigowy dostaje mieszkanie, więc w tym momencie właściwie przestaje pracować, a każdy w jego otoczeniu, nawet dysponent sprzętu, to rozumie. Tymczasem, jeśli wziąć pod uwagę liczbę dźwigów w kraju, nagle występuje sytuacja, w której nic nie funkcjonuje normalnie. Jedno nie zaczepia się o drugie.

Więc budowa wygląda prawie idyllicznie. Robotnicy leżą i pilnują narzędzi, żeby ich nie rozkradziono. Gdyby słyszeli o Becketcie, toby czekali na Godota. Oni znają i rozumieją przyczynę takiego stanu rzeczy – to brak mocy przerobowych. Jak pojawią się moce, to oczywiście budowa ruszy. Oni wiedzą, że ten dom, który został w planie zapisany jako budowany, musi i na papierze, i w rzeczywistości któregoś dnia być oddany do użytku. Kiedy? Kiedy zapadnie decyzja. Dźwigowy, dzięki zaprzyjaźnionej sekretarce, do takiej decyzji doprowadza. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, budowa rusza z kopyta. Aby zdążyć przed terminem, którym najczęściej bywał 22 lipca, święto narodowe, albo 1 maja, albo urodziny pierwszego sekretarza. Zatem wszystkie ręce na pokład; maszyny i materiały odbierało się, oczywiście innym, bo teraz ten dom był najważniejszy.

I tak się socjalistyczna gospodarka kręciła.