Alkaliczny styl życia - Beata Sokołowska - ebook
Opis

Zła dieta, stres, nadmiar używek i brak ruchu – wszystko to powoduje, że bardzo trudno utrzymać równowagę pH, która odpowiada za dobry stan zdrowia. Dla prawidłowego funkcjonowania organizmu potrzebujemy zarówno produktów zasadowych, jak i kwasowych. Problem jednak w tym, że to, co spożywamy, w przeważającej części jest kwasotwórcze.

Beata Sokołowska opowiada o swoich osobistych doświadczeniach i drodze, jaką przeszła, zmieniając styl życia. Uczy, jak ułożyć zdrowy jadłospis, jak zmotywować się do zmian i zachęca, jak o siebie zadbać. Alkaliczny styl życia to praktyczny przewodnik, który pomoże w podejmowaniu codziennych decyzji i ułatwi realizację postanowień.

Alkaliczny styl życia wybrali już między innymi Bill Clinton, Demi Moore czy Jeniffer Aniston. Rewolucyjny pomysł na zachowanie zdrowia i kondycji, daleki od katorżniczych wyzwań, staje się coraz popularniejszy także w Polsce. Alkaliczny styl życia nie jest dietą, to świadomy tryb życia, który pomoże nie tylko zrzucić kilka zbędnych kilogramów, ale również poprawić samopoczucie i zdecydowanie się odmłodzić. Ten rewolucyjny ruch społeczny zapoczątkowany w Stanach Zjednoczonych staje się w Polsce coraz popularniejszy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redaktor techniczny: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kaczmarczyk

Konsultacja: dr n. med. Mirosław Mastej

Na okładce wykorzystano zdjęcie © Malyshchyts Vikar/Fotolia

© Beata Sokołowska, 2015. All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0018-5

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Nasze życie kształtują wybory,

jakich dokonujemy każdego dnia.

Beata Sokołowska

Dedykuję tę książkę wszystkim

sympatykom alkalicznego stylu życia

oraz mojej ukochanej córce

Annie Wiktorii Sokołowskiej

Podziękowania

Chciałabym serdecznie podziękować osobom (tak się składa, że były to wyłącznie panie), które opisały w nadesłanych do mnie listach swoje osobiste doświadczenia związane z wdrożeniem alkalicznego stylu życia. Listy od Małgorzaty Szai, Anity Iwaniak, Moniki Juchcińskej, Żanety Geltz, Justyny Rybaczek, Asi M., Gosi Herbich, Doroty Marii, Katarzyny Hojan-Sitkowskiej, Marzeny i Beaty Sipty-Pavese zamieściłam w całości i bez zmian w tej książce. Bez Waszych cennych uwag i osobistych doświadczeń książka byłaby znacznie uboższa. Poznałam dotychczas tylko jedną z Was. Mam jednak nadzieję, że spotkamy się kiedyś w szerszym gronie i będę miała okazję podziękować Wam osobiście.

Dziękuję też wszystkim uczestnikom i uczestniczkom „wirtualnej odnowy”, podczas której wymienialiśmy doświadczenia, inspiracje i wzajemnie się wspieraliśmy. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinnam zaangażować się w organizację sesji wiosennego i jesiennego oczyszczania.

Dziękuję również wszystkim pozostałym sympatykom alkalicznego stylu życia. Bez Was nie byłoby tej książki.

Chcę także podziękować za wsparcie mojej córce Ani, która była pierwszym czytelnikiem i krytykiem tej książki.

Książka jest wynikiem moich osobistych doświadczeń i drogi, jaką przeszłam, zmieniając styl życia. Nie udzielam porad ani nie namawiam do stosowania diety w celu leczenia chorób bez konsultacji z lekarzem. Oddając ją w ręce Czytelników, mam jedynie nadzieję, że zawarte w niej informacje ułatwią zmianę wszystkim, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie i dobre samopoczucie. Lektura nie zastąpi jednak wizyty u lekarza, jeśli macie kłopoty ze zdrowiem. Jeżeli ktokolwiek skorzysta z informacji zawartych w książce bez konsultacji medycznej, robi to na własną odpowiedzialność. Autor i wydawca nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za próby samodzielnego leczenia. Informacje zawarte w książce są wyłącznie zapisem osobistego doświadczenia autora.

W książce skupiam się na tym, co możemy zrobić i jakich korzyści możemy się spodziewać, stosując się do zasad alkalicznego stylu życia. Odwołuję się do własnego doświadczenia, obserwacji i prostych zabiegów, dzięki którym odzyskałam dobre samopoczucie, równowagę i zdrowie. Przytaczam też doświadczenia innych osób, które, jak wspomniałam w podziękowaniach, podzieliły się ze mną swoją historią.

Nie opisuję skomplikowanych procesów biochemicznych i staram się unikać często niezrozumiałych pojęć związanych z anatomią i fizjologią organizmu czy wynikami badań naukowych. Nie będę szczegółowo objaśniała procesów przebiegających w jamie ustnej, żołądku, wątrobie czy jelitach ani reakcji zachodzących pod wpływem określonego rodzaju żywności bądź stresu czy medytacji. Nie odniosę się też do pracy układu krążenia, układu limfatycznego, nerwowego i innych. Każdej z tych kwestii można by poświęcić osobną książkę, a co najmniej cały rozdział. Dla osób poszukujących takich informacji na końcu poradnika zamieściłam wykaz pozycji, po które warto sięgnąć.

Celem tej książki nie jest przedstawienie raportu z badań naukowych ani opisu funkcjonowania organizmu człowieka. Owszem, wprowadzając zmiany w swoim życiu, opierałam się na doniesieniach naukowych, ale równie istotne okazały się relacje o życiu grup ludzi najzdrowszych na świecie oraz historie osób, które wyzdrowiały przede wszystkim za sprawą odżywiania. W tej książce chciałabym pokazać, jakie znaczenie mają różne aspekty naszego stylu życia, a zwłaszcza odżywianie, dla szeroko pojętego zdrowia oraz wspaniałego samopoczucia i spowolnienia procesów związanych z upływem czasu. Chciałabym także wskazać, jakie zmiany możemy wprowadzić do naszego życia, by szybko osiągnąć naprawdę spektakularne efekty.

Nie wystarczy wiedzieć, trzeba też umieć to zastosować.

Nie wystarczy chcieć, trzeba też czynić.

Goethe

WPROWADZENIE

Na początek chciałabym poprosić, abyście czytając dalsze strony tej książki, zapomnieli o słowie „dieta”. Zwyczaje kulinarne, podobnie jak sposób spędzania wolnego czasu, są częścią naszego stylu życia. Jedzenie wpływa na sen, samopoczucie, nastrój, poziom odczuwanej energii, libido, na to, czy chce nam się chcieć. Nie da się go zatem w żaden sposób oddzielić od stylu życia. Nasz sposób odżywiania się staje się stylem życia albo okazyjnie czepiamy się kolejnych diet, rozpaczliwie próbując zgubić zbędne kilogramy lub złagodzić jakieś dolegliwości.

Mówiąc o diecie, mamy na myśli odchudzanie lub leczenie konkretnych przypadłości czy chorób. Wykluczamy wtedy pewne grupy produktów, w zamian wprowadzając inne. Tymczasem styl życia i związany z nim sposób odżywiania to sposób, w jaki żyjemy i dbamy o siebie na co dzień, a nie przez pewien czas.

Widzicie różnicę?

Bardzo nie chciałabym, abyście mówili „jestem na diecie”. Dieta kojarzy się nam z wyrzeczeniami, odmawianiem sobie, walką z pokusami. Tymczasem jedzenie ma być przyjemnością. Ma nam przynosić radość i dobre samopoczucie. W Słowniku języka polskiego PWN (Warszawa 1978) znajdziemy taką definicję diety: „Specjalny system odżywiania z ustaleniem jakości i ilości pokarmów, dostosowany do potrzeb organizmu: Dieta bezmięsna, bezsolna, mięsna, mleczna, odchudzająca, roślinna, ścisła, wzmacniająca. Być na diecie. Przepisać, zalecić, zastosować dietę. Przestrzegać diety”.

Gdybym więc chciała najbardziej adekwatnie do tego, co opisuję w dalszych częściach książki, określić pojęcie diety, musiałoby ono brzmieć następująco: „dieta wykluczająca żywność nienaturalną, produkowaną przemysłowo, z nienaturalnymi dodatkami typu konserwanty, polepszacze smaku itp.”. Nie brzmi dobrze, jest długie i niewygodne, a przy tym ograniczające, bo nie oddaje w pełni wszystkich ważnych aspektów związanych z odżywianiem. Sformułowanie „dieta alkaliczna” też nie jest optymalne, bo sugeruje, że trzeba wyeliminować żywność kwasotwórczą (a to nieprawda), co potwierdzają pojawiające się czasami na moim fanpage’u komentarze typu: „Ale ten produkt jest zakwaszający”. Wszystkim, którzy chcą się dobrze czuć, a zakładam, że tego szukacie, sięgając po tę książkę i wdrażając alkaliczny styl życia, polecam przyjęcie i zaakceptowanie, że raz na zawsze skończycie z dietą (o ile nie jesteście zmuszeni do diety chorobą)! Zgoda?

Przez ostatnie kilkanaście lat zdrowy styl życia był (i dalej jest) moją pasją. Poszukiwałam informacji, czytałam, wdrażałam, eksperymentowałam, weryfikowałam, zmieniałam. Zamiast diet szukałam racjonalnych i logicznych wyjaśnień, przykładów z życia, dostępnych badań naukowych. Studiowałam też wskazówki lekarzy, którzy leczą dietą. Weryfikowałam zalecenia żywieniowe z wiedzą uzyskiwaną w trakcie badań prowadzonych przez naukowców oraz ze sposobem, w jaki odżywiają się ludzie żyjący najzdrowiej, a także najdłużej (te dwie zmienne często są ze sobą ściśle powiązane).

Dziś już jest pewne i potwierdzone naukowo, jak wielki wpływ na stan naszego ciała ma sposób, w jaki się odżywiamy. Sprawdziłam to na sobie. Alkaliczny styl życia pozwolił mi uniknąć co najmniej dwóch poważnych operacji, które mogłyby zaważyć na stanie mojego zdrowia. Dzięki niemu pozbyłam się wszelkich bólów i dolegliwości, często bardzo uciążliwych. Bez problemów trzymam stałą wagę ciała i od lat noszę ciuchy w rozmiarze 38. Ponieważ przeszłam drogę zmiany stylu życia (w tym odżywiania), co wcale nie było łatwe, i ponieważ osiągnęłam efekty, na które zupełnie nie liczyłam, chcę się moim doświadczeniem podzielić. Do napisania książki skłoniły mnie także pytania, jakie dostaję każdego dnia. Nie jestem w stanie na nie wszystkie odpowiedzieć. Dlatego też forma swoistego przewodnika dla osób pragnących poczuć się wspaniale, budzić się z chęcią do życia i mieć stale na to życie apetyt wydała mi się najodpowiedniejsza.

Choć sposób odżywiania traktuję jako fundament i kwestię najistotniejszą, jako podstawę dalszych zmian, nie mogłabym w książce pominąć innych ważnych aspektów dotyczących stylu życia. O nich również piszę, bo z moich osobistych doświadczeń, ale też z badań naukowych wynika, że zmiany w jednym ważnym obszarze życia, jakim niewątpliwie jest odżywianie, pociągają za sobą potrzebę wprowadzenia także innych, korzystnych dla zdrowia zmian. Zaczynam więc od odżywiania, bo jego zmiana przynosi najszybsze efekty, a energię czerpiemy z pożywienia. Pozostałe aspekty alkalicznego stylu życia potraktuję zatem krócej, ale przez sam fakt ich poruszenia w tej książce podkreślam, że są równie ważne jak odżywianie.

Nie żyjemy po to, aby jeść, ale jemy po to, by żyć. Dlatego jeśli ktoś powie, że ma inne priorytety życiowe niż skupianie się na jedzeniu (np. rozwój własnej firmy, zarabianie pieniędzy, sukces zawodowy, korzystanie z życia, spełnianie marzeń o podróżach itp.), to odpowiem, że do realizacji wszystkich tych rzeczy i wielu innych potrzeba energii, zdrowego ciała, skutecznej regeneracji po długiej pracy. Potrzeba też sprawnego umysłu, umiejętności zdystansowania się wobec problemów. Sprostanie tym wyzwaniom wymaga zdrowego ciała i dobrej formy psychicznej.

W książce znajdziecie wiele konkretnych wskazówek. Część z nich wystarczy po prostu wprowadzić w życie. Efekty zobaczycie nie po roku czy kilku latach, ale już po paru tygodniach, a pierwsze pojawią się po kilku dniach. Z powodzeniem możecie potraktować te słowa jako obietnicę. Bo wiem, że nie może być inaczej.

Starałam się, by książka była prostym i czytelnym przewodnikiem. W sposób możliwie najbardziej klarowny, objaśniam, na czym polega alkaliczny styl życia. Chcę Wam towarzyszyć we wprowadzaniu dobrych zmian. Jeśli weźmiecie sobie do serca wszystkie zawarte w niej rady i wskazówki, szybko odczujecie poprawę, jaką ja zauważyłam sama u siebie.

MOJA HISTORIA

Jak większość ludzi – z wyjątkiem specjalistów – byłam laikiem, jeśli chodzi o zdrowy styl życia, a tym bardziej zdrowe odżywianie. Jeszcze około trzydziestki zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że jedzenie i stres mogą mieć jakikolwiek wpływ na to, jak się czuję. I choć czułam się źle, to w żaden sposób nie łączyłam tego ani z jedzeniem, ani ze stylem życia…

Pierwszy raz „na poważnie” zetknęłam się z kwestią wpływu jedzenia na zdrowie, gdy pojawiły się u mnie problemy kobiece. Z powodu ogromnej (wielkości dużego jaja) narośli na jajniku i bólu, który odczuwałam przy każdym ruchu, trzech niezależnych lekarzy natychmiast chciało mnie operować. Na operację nie poszłam. Nie dlatego, że próbowałam jej uniknąć. Torba ze szlafrokiem, piżamą, kosmetykami i ręcznikiem stała przygotowana na wszelki wypadek, ponieważ lekarze prorokowali, że jeśli operacja nie zostanie przeprowadzona natychmiast, to z dużym prawdopodobieństwem trafię do szpitala karetką na sygnale. Decyzję o przesunięciu operacji podjęłam, ponieważ był to czas kolokwiów, zbliżał się też termin sesji egzaminacyjnej (rozpoczęłam wtedy drugie studia). Chciałam zdać egzaminy, a potem spokojnie pójść do szpitala. W tym samym czasie przypadkiem trafiłam na firmę, która miała w ofercie preparaty ziołowe. Niektóre z nich zalecane były przy chorobach kobiecych. Zainteresowało mnie to. Wczytałam się w obszerną broszurę, kupiłam kilka zestawów ziół, zaczęłam łykać ziołowe pastylki i to był początek nowej drogi. Jak się zapewne domyślacie, nim zdałam egzaminy, ból minął, a narośl na jajniku nie była już wyczuwalna. Porzuciłam więc temat operacji, ale wciąż pozostawałam pod opieką lekarza onkologa. Przeszłam różne badania – m.in. na markery nowotworowe. Dostałam pigułki hormonalne. Po kilku dniach ich zażywania odstawiłam je, ponieważ bardzo źle się po nich czułam. Byłam nerwowa i nienaturalnie pobudzona. Cały czas brałam swoje ziołowe kapsułki, które nie dawały żadnych skutków ubocznych. W efekcie towarzyszyły mi one przez ponad pół roku (w różnych zestawach). Po jakimś czasie ponownie zrobiono USG. Po narośli, która kwalifikowała się do natychmiastowego usunięcia, pozostały tylko jakieś zbliznowacenia. Ani śladu czegoś, co trzeba by usunąć chirurgicznie.

Nim wyżej opisane zdarzenie miało miejsce, pojawiło się w moim życiu coś innego, co skłoniło mnie do przemyśleń. Było to jeszcze przed rozpoczęciem studiów na psychologii. Zrezygnowałam wówczas z pracy w korporacji. Przyczyną podjęcia takiej decyzji (mimo stanowiska, dobrej pensji, samochodu i komórki służbowej) były kolejne kłopoty zdrowotne i moje małe „oświecenie”. Dla odmiany problem dotyczył kręgosłupa. Silne bóle wracały i ratowały mnie tylko mocne tabletki przeciwbólowe lub kroplówka z pyralginy w szpitalu. Zdarzało się, że lądowałam pod kroplówką w środku nocy. Pewnego dnia ból sięgnął zenitu. Najmniejszy ruch palcem powodował prawdziwe katusze. Nie było mowy o pracy. Nie mogłam się ubrać, nie można też było „usadzić” mnie w samochodzie. Byłam nieco po trzydziestce, ale poruszałam się, suwając nogami po kilka centymetrów jak zniedołężniała staruszka. Lekarz rozpoznał zwyrodnienie i nakazał natychmiastową operację. Zadziwiający dla mnie był fakt, że nim dostałam pierwszy zastrzyk, choć nie było idealnie, mogłam normalnie chodzić. Jak to możliwe? Mój stan zdecydowanie się poprawił, jeszcze zanim rozpoczęło się leczenie! W dodatku błyskawicznie, bo niemalże z chwili na chwilę. To mi dało dużo do myślenia. Już wcześniej zaczynałam interesować się psychologią. Ten moment był jednak przełomowy.

Dostałam zwolnienie lekarskie i odzyskałam możliwość poruszania się. Wiedziałam już, że problemem nie jest wyłącznie zmiana zwyrodnieniowa, ale też stres związany z pracą.

Zrozumiałam, że muszę coś zmienić w moim życiu. Postanowiłam zrealizować swoje wielkie marzenie, jakim było otwarcie herbaciarni. Tak się zaczął nowy etap w moim życiu. Oczywiście nie było łatwo. Borykałam się z ciągłymi problemami finansowymi. Czasem brakowało środków na wszystko. Jednocześnie zaczęłam zaczytywać się w książkach psychologicznych. Wybierałam wśród książek, o których wiedziałam, że są podstawową lekturą na studiach z zakresu psychologii. Zaczęła kiełkować myśl o studiowaniu psychologii klinicznej, która zajmuje się między innymi związkiem zdrowia psychicznego i fizycznego, relacją między stresem a chorobami somatycznymi. To moje naturalne zaciekawienie po „incydencie” z kręgosłupem przerodziło się w pasję. Zniknięcie przeszywającego bólu po otrzymaniu zwolnienia lekarskiego było dla mnie silnym potwierdzeniem, jak ogromne znaczenie może mieć stres i jak szybko mogą się pojawić zmiany w stanie zdrowia wraz z ustąpieniem stresu. W końcu perspektywa dwóch tygodni odpoczynku, czytania, izolacji od korporacyjnego życia była słodka i niezwykle przyjemna. Osobiste doświadczenie umocniło przekonanie, że zdrowie zależy od nas i tego, co robimy ze swoim życiem. W efekcie podjęłam decyzję o rozpoczęciu studiów psychologicznych.

Sprzedałam mieszkanie w centrum Warszawy, które było obciążone kredytem, bo przyszedł moment, kiedy wiedziałam, że nie będę w stanie spłacać rat kredytowych. Przeprowadziłam się na peryferie miasta. Choć teoretycznie straciłam na tym finansowo, bo rok później sprzedane mieszkanie podwoiło swoją wartość (po wejściu Polski do Unii), uważam, że była to jedna z najbardziej opłacalnych decyzji, jakie podjęłam w swoim życiu. Zamieszkałam praktycznie w lesie, gdzie znalazłam mieszkanie, na które było mnie stać po spłacie kredytu. To był dla mnie kolejny okres transformacji. Przeprowadzka miała miejsce już w czasie, kiedy rozpoczęłam studia, i po problemach kobiecych, wspomnianych na początku tego rozdziału.

W ciągu dwóch lat wiele się zmieniło – rozstałam się z dotychczasowym pracodawcą, otworzyłam herbaciarnię, rozpoczęłam studia na psychologii, sprzedałam mieszkanie i przeprowadziłam się – co prawda jeszcze do miasta, ale w miejsce, które w niczym miasta nie przypomina.

Pozytywny wpływ na mój organizm pastylek ziołowych zrodził zainteresowanie tym, co jem. Skoro coś, co było naturalne, szybko przyniosło pożądane efekty, a coś sztucznego wywoływało bardzo złe samopoczucie – to trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Zaczęłam więc szukać materiałów w księgarniach. Trafiłam m.in. na książki: M. Grodeckiej Wegetariańskie okruchy, H. Lütznera Głodówka zdrowotna, R. Taylor Tajemnice zdrowia plemienia Hunzów. Zaczytywałam się w nich nie mniej niż w psychologicznych. Naturalną koleją rzeczy było, że na studiach, kiedy przyszło wybrać specjalizację, ja wybrałam psychologię zdrowia. Było tam dużo wiedzy o czynnikach warunkujących zdrowie, m.in. o odżywianiu i wpływie psychiki na naszą kondycję. Były też praktyki w szpitalach na różnych oddziałach – m.in. diabetologii, rehabilitacji kardiologicznej.

Fascynacja psychologią szybko rozszerzyła się na zainteresowanie duchowością. Owe trzy aspekty: psychologia (stres, przekonania), duchowość (sens, doświadczenia wewnętrzne, mistycyzm) i zdrowe odżywianie, to były obszary ciągłych eksperymentów, udoskonaleń, zdobywania wiedzy, studiowania badań. Zajmowały prawie cały mój wolny czas. Pasjonowały mnie i pasjonują do dziś.

Zaczęłam się też dzielić zdobytym doświadczeniem i wiedzą, zwłaszcza w zakresie odżywiania. Ono (obok unikania stresu) jest bowiem fundamentem zdrowego życia, absolutną podstawą przynoszącą szybką poprawę samopoczucia i zdrowienie. Odżywianie było początkiem zmian, jakie wprowadzałam w swoim życiu.

Zrobiłam radykalny ruch. Wyrzuciłam wszystkie niezdrowe produkty z szafek kuchennych i z lodówki. I nie było co jeść. Nie miałam pomysłu co dalej, co mam gotować. Mnóstwo energii włożyłam w wymyślanie i wyszukiwanie przepisów. Ale przygotowywane na ich podstawie potrawy nie były smaczne, jedzenie wydawało mi się jałowe. Nie znałam smaku i działania ziół i przypraw. A trzeba pamiętać, że wówczas nie miałam jeszcze swobodnego dostępu do internetu, nie było tylu inspiracji co dziś. Jednak w postanowieniu wprowadzenia radykalnych zmian trzymała mnie poprawa samopoczucia i zdrowia. Wiedziałam, że idę w dobrym kierunku. Już nie czułam się staro, bez energii, moje zęby przestały się kruszyć, paznokcie nie rozdwajały się już do połowy płytki, dziąsła nie krwawiły, a usta nie pękały. Jesienią i wiosną nie łapałam co chwila infekcji, nie miałam skurczów w łydkach, nie bolały mnie stawy. Przestałam źle sypiać, a w brzuchu nie czułam nieprzyjemnego ssania. To wszystko zniknęło, na razie, bezpowrotnie (a minęło już blisko 14 lat) i mówię sobie, że tak już zostanie, a w osiemdziesiąte urodziny wyruszę ze znajomymi w Himalaje lub dokonam innego wyczynu.

CZASEM TRZEBA ZROBIĆ WIĘCEJ…

Podzielę się z Wami jeszcze jednym swoim doświadczeniem. Było to już w czasie, kiedy miałam za sobą kilka lat zdrowego odżywiania. Kiedyś w czasie wizyty w toalecie zauważyłam krwawienie z dolnego odcinka przewodu pokarmowego. Pomyślałam, że może to jakiś mikrouraz i nie przejęłam się tym za bardzo. Ale potem krew zaczęła się pojawiać codziennie. Trafiłam do lekarza, który zaproponował mi przeprowadzenie gruntownych badań w szpitalu. Pamiętam, jak powiedział: „Wie pani, jest pani jeszcze bardzo młoda, ma pani dziecko…” (byłam wtedy jeszcze przed czterdziestką), po czym zawiesił głos. Postanowiłam jednak poczekać i jeszcze większą uwagę zwrócić na to, co jem. Jeszcze bardziej się przyłożyć. Wiedziałam, że potrzeba trochę czasu, ale kiedy po kolejnych dwóch, może trzech miesiącach krwawienie nie ustępowało – zaniepokoiłam się. Tym razem jednak zamiast do szpitala udałam się do dobrej znajomej, do której miałam pełne zaufanie, a która zajmowała się medycyną naturalną (diagnozowanie i leczenie za pomocą nieinwazyjnych metod, z ukierunkowaniem na wyszukiwanie i likwidowanie przyczyn, nie objawów). Gosia (tak ma na imię) stwierdziła: „Pasożyty” i dość obrazowo opisała mi, jak to ten rodzaj pasożytów wczepia się w ścianki jelit, powodując mikrourazy, ranki, co z kolei powoduje krwawienie. Aż trudno było mi uwierzyć, że przyczyna mogła być tak „banalna”. Dostałam od niej, zdaje się, trzy tabletki, mające zlikwidować problem. Po kilku dniach miałam wypływ krwi tak duży, że przestraszyłam się samego widoku. To był jednak ostatni raz. Nigdy potem nie zaobserwowałam już krwawienia.

O minionych krwawieniach zupełnie zapomniałam, jednak z upływem czasu czułam się coraz gorzej. Bardziej i bardziej dbałam o jedzenie i ruch (basen, długie marsze), lecz samopoczucie nadal się pogarszało. Przeżywałam frustrację, myśląc, że tak dbam o odżywianie, a czuję się źle. Czytałam o problemach z przyswajaniem składników odżywczych. Starałam się łączyć pokarmy tak, by to przyswajanie ułatwiać. Ale w końcu doszło do tego, że gdy budziłam się rano, marzyłam o tym, by był już wieczór. Zmęczenie było tak duże, że najchętniej leżałabym w łóżku przez cały dzień. Zaniedbałam pracę, bo na nic nie miałam siły. Byle aktywność mnie wyczerpywała, nawet czytanie książki. Wykonałam badanie krwi. Okazało się, że poziom żelaza mam dwukrotnie niższy niż dolna granica. Nie mieścił się już więc w żadnych normach. Podobnie, drastycznie niski, był poziom hemoglobiny. Z tym wynikiem odwiedziłam znajomą lekarkę, u której kiedyś byłam na turnusie tzw. rewitalizacji organizmu. Miałam do niej pełne zaufanie. Będąc lekarzem medycyny, prowadziła wyjazdy zdrowotne, których podstawą jest odżywianie i ukierunkowanie na leczenie poprzez zmiany w żywieniu. Kiedy więc usłyszałam od niej, że kluczowe jest znalezienie przyczyny, a zatem wykonanie różnych badań diagnostycznych, zwróciłam się ku medycynie konwencjonalnej, tym bardziej że przy tak złych wynikach można się było spodziewać najgorszego.

Poziom hemoglobiny okazał się tak niski, że brakowało zaledwie 0,5 punktu, by nieodzowna stała się transfuzja krwi. Nic dziwnego, że czułam się aż tak skrajnie zmęczona. Wylądowałam pod opieką pani hematolog-onkolog i zaczęła się seria różnych badań. Zaaplikowano mi żelazo i kwas foliowy. Zakupiłam też duże opakowanie zielonego proszku. Zielonym proszkiem nazywam suplementy diety wytwarzane z zielonych części warzyw, traw, kiełków, produkowane w formie sproszkowanej (może to być młody jęczmień, trawa pszeniczna lub inne naturalne mieszanki z traw i zielonych warzyw). Kopiastą łyżeczkę proszku mieszałam w szklance wody, dodawałam kilka kropel cytryny i od takiego napoju zaczynałam każdy dzień. Ponieważ była wiosna i coraz więcej zielonych warzyw, na okrągło robiłam z nich sałatki. Zielone zajmowało zwykle dwie trzecie mojego talerza. Posypywałam dużą ilością zieleniny każdą zupę. Nastawiałam zakwas buraczany. Piłam sok marchwiowy, który sama sobie przyrządzałam. Zaledwie dwa tygodnie później czułam się o wiele lepiej i przy następnym badaniu okazało się, że wyniki się poprawiły. Kolejne badania krwi (robiłam je wówczas mniej więcej co trzy tygodnie) pokazały dalszą poprawę. W efekcie po dwóch miesiącach zmęczenie zaczęło stopniowo ustępować. W jego miejscu pojawiła się energia i dobre samopoczucie. Żelazo przyjmowałam przez jakieś dwa i pół miesiąca. Natomiast zielony proszek piłam codziennie na czczo przez ponad rok. Do tej pory używam zielonych proszków, nie tylko leczniczo, lecz także wspomagająco, w różnych okresach roku z różną intensywnością. I gdybym miała wybierać tylko jeden suplement, to byłby właśnie on.

Pani doktor stwierdziła, że nie znajdziemy już przyczyny, która wpłynęła na tak złe pierwsze wyniki. Że musiał zaistnieć jakiś powód w przeszłości, może jakiś stan zapalny, który spowodował spadek hemoglobiny. Przypomniałam sobie wtedy okres krwawień, który może trwał miesiącami, bo przecież nie wiem, w jakim momencie go zauważyłam. Nie wiem zatem, ile krwi mogłam wcześniej stracić. Ale trudno byłoby nie zgodzić się z logiką następstwa zdarzeń. Nie można uchronić się przed wszelkimi zagrożeniami. Ale zawsze, w każdej sytuacji możemy coś zrobić i podjąć dodatkowe działania. Medycyna, z tym, co ma nam do zaoferowania, może być niezbędna. Choćby po to, aby wykonać badania mogące pomóc w diagnozie, wspomóc szybsze uzupełnienie niedoborów lub rozwiązać poważniejsze problemy.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz


Bardzo wiele osób mówi: „można jeść wszystko, byle z umiarem”. Z całym szacunkiem dla wszystkich głoszących tę zasadę – albo brakuje im świadomości i podstawowej wiedzy, albo też próbują w ten sposób wytłumaczyć własne słabości. I powtarzają to jak mantrę, by utwierdzić się w przekonaniu, że są zadowoleni ze sposobu, w jaki żyją. Ponieważ sama miałam okazję zetknąć się z wieloma osobami głoszącymi tę „prawdę”, pozwolę sobie nieco podrążyć temat. Zasada „wszystko, ale z umiarem” jest niezwykle zgubna. Może zniszczyć nasz wysiłek i uniemożliwić uzyskanie efektów, o jakie nam chodzi – czyli pełni formy fizycznej i psychicznej, energii, witalności i wielu innych korzyści. Przede wszystkim samo słowo „umiar” jest wyjątkowo nieprecyzyjne. Dla każdego może oznaczać co innego. Czy pół hamburgera z małymi frytkami i małą colą mieści się w tej kategorii? A posiłek w restauracji typu fast food raz w tygodniu? Przyjrzyjmy się bliżej tym, zdawałoby się, „niewinnym” ilościom. Jedna puszka

ciepło, zupę warzywną, granolę z ciepłym mlekiem roślinnym. Do płatków i kaszy jaglanej można dodać po 2–3 sztuki suszonych owoców, jak niesiarkowane morele, daktyle lub łyżeczkę rodzynek (też działają rozgrzewająco). • Zrezygnujmy całkowicie z nabiału (ma silne działanie wychładzające organizm, podobnie jak surowe jedzenie). • Codziennie korzystajmy z ruchu na świeżym