Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 213 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alina. Miłość w cieniu polityki - Barbara Szczepuła

Alina Pienkowska (1952–2002) – pielęgniarka, działaczka opozycyjna, senator. Pracowała w przychodni przy Stoczni Gdańskiej. Na pierwsze spotkanie WZZ przyszła w czerwonej sukience i szpilkach. Tak samo ubrała się na spotkanie ze swoim późniejszym mężem, Bogdanem Borusewiczem, choć nie wiedziała, że – ze względu na założony u niego podsłuch – pójdą rozmawiać do lasu. Mimo represji i aresztowań nigdy nie zrezygnowała z działalności podziemnej. W latach siedemdziesiątych tworzyła Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, w sierpniu 1980 współorganizowała strajk w Stoczni Gdańskiej. Była sygnatariuszem porozumień sierpniowych, w stanie wojennym została internowana. W latach 1991–1993 zasiadała w Senacie. Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Otrzymała też tytuł Honorowego Obywatela Miasta Gdańska.

Barbara Szczepuła przedstawia opowieść biograficzną pełną wątków sensacyjnych, szpiegowskich i miłosnych. W tle: bezwzględna Służba Bezpieczeństwa, wydarzenia grudniowe, sierpniowe oraz aresztowania i spiski, które miały złamać opozycjonistów, a także późniejszy rozłam wśród bohaterów strajków. Miłość w cieniu polityki to nie tylko niezwykle ważne świadectwo, ale również przepiękna historia i wspomnienie o silnej, odważnej kobiecie, która wiedziała, czego chce.

Alinie Pienkowskiej został poświęcony film dokumentalny Historia pewnego życia w reżyserii Andrzeja Titkowa (2003).

 

„Wpadła w złe towarzystwo” – tłumaczył zmartwiony ojciec Aliny, gdy w stoczni przepytywano go, co się właściwie dzieje z jego córką. Jej szanse na stoczniowe mieszkanie rozwiały się jak jesienny dym po polach. Próbowano wyrzucić ją z pracy.

Powodem miały być częste nieobecności (raz po raz zamykano ją na czterdzieści osiem godzin), a także skargi niezadowolonych pacjentów. Pacjenci stoczniowej przychodni byli zarzutami oburzeni i wpisali siostrze Pienkowskiej dziesiątki pochwał w tak zwanej książce życzeń i zażaleń.

Wzruszona Alina zamieściła podziękowanie w oficjalnie ukazującej się gazetce zakładowej „Głos Stoczniowca”, a robotnicy rozkleili tę stronę gazety w szatniach.

Pracownicy dyrekcji ją zrywali, robotnicy znowu przyklejali,

Pracownicy dyrekcji zrywali…

Robotnicy przyklejali…

Może wtedy właśnie Alina po raz pierwszy poczuła, jaką siłą może być solidarność.

fragment

Opinie o ebooku Alina. Miłość w cieniu polityki - Barbara Szczepuła

Fragment ebooka Alina. Miłość w cieniu polityki - Barbara Szczepuła

Bar­ba­ra Szcze­pu­ła

Mi­łość w cie­niu po­li­ty­ki

Bio­gra­fia Ali­ny Pien­kow­skiej

Zre­ali­zo­wa­no przy po­mo­cy fi­nan­so­wej Wo­je­wódz­twa Po­mor­skie­go

Part­ner wy­da­nia Eu­ro­pej­skie Cen­trum So­li­dar­no­ści

Co­py­ri­ght © by Bar­ba­ra Szcze­pu­ła, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Jest czas ro­dze­nia i czas umie­ra­nia,

czas sa­dze­nia i czas wy­ry­wa­nia tego, co po­sa­dzo­ne.

Czas za­bi­ja­nia i czas le­cze­nia,

czas bu­rze­nia i czas bu­do­wa­nia.

Jest czas pła­czu i czas śmie­chu,

czas ża­ło­by i czas tań­ca.

Czas roz­rzu­ca­nia ka­mie­ni

i czas zbie­ra­nia ka­mie­ni,

Czas ob­jęć i czas ich po­nie­cha­nia.

Czas szu­ka­nia i czas tra­ce­nia,

czas za­cho­wy­wa­nia i czas od­rzu­ca­nia.

Czas roz­dzie­ra­nia i czas zszy­wa­nia,

czas mil­cze­nia i czas mó­wie­nia.

Czas mi­ło­wa­nia i czas nie­na­wi­dze­nia,

czas woj­ny i czas po­ko­ju.

Ekle­zja­sta (3,2–8) w prze­kła­dzie Cze­sła­wa Mi­ło­sza

Czas burzenia

Ko­niec li­sto­pa­da jest chłod­ny i wietrz­ny.

Sie­dzą we dwóch w po­ko­ju ho­te­lo­wym.

– Za­bierz jej syna. To nie bę­dzie trud­ne. Po­mo­że­my ci ze­brać do­wo­dy, że ona lata po la­sach z tym Bo­ru­se­wi­czem. Mu­sisz zło­żyć po­zew do sądu o ode­bra­nie jej praw ro­dzi­ciel­skich – po­wta­rza es­bek, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem.

Zła­pie przy­nę­tę, nie zła­pie, zła­pie, nie zła­pie…

Piotr pa­trzy na męż­czy­znę sie­dzą­ce­go vis-à-vis i być może przy­po­mi­na so­bie ten mo­ment, gdy Ali­na po­wie­dzia­ła mu, że jest w cią­ży.

Nie był go­to­wy na za­ło­że­nie ro­dzi­ny.

Za­wsze po­do­bał się dziew­czy­nom, przy­stoj­ny, dłu­gie blond wło­sy, do­brze ubra­ny. Ali­nę po­znał, gdy była jesz­cze uczen­ni­cą li­ceum. Szyb­ko się w so­bie za­ko­cha­li.

Zna­lazł ja­kieś ogło­sze­nie, że w ko­pal­ni „Mosz­cze­ni­ca” do­brze pła­cą, i wy­je­chał do Ka­to­wic. Ali­na tę­sk­ni­ła. Po­wie­dzia­ła ro­dzi­com, że weź­mie udział w wy­ciecz­ce zor­ga­ni­zo­wa­nej przez stu­dium pie­lę­gniar­skie (bo wte­dy już tam się uczy­ła). Nie chcie­li jej pu­ścić, pew­nie coś po­dej­rze­wa­li. Wy­bie­gła z domu, trza­ska­jąc drzwia­mi. Oj­ciec po­szedł do szko­ły i spra­wa się wy­da­ła. Zro­bił jej awan­tu­rę. A po­tem ta cią­ża… We­zwał Pio­tra na roz­mo­wę i ka­zał się że­nić.

Ali­na wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą, ale jej oj­ciec nie lu­bił Pio­tra. Wy­na­ję­li po­kój, lecz Pien­kow­ski co­raz czę­ściej wra­cał do swo­jej mat­ki, i Ali­na mu­sia­ła ra­dzić so­bie z dziec­kiem sama. Któ­re­goś dnia zna­la­zła w kie­sze­ni męża ra­chu­nek z ho­te­lu za dwu­oso­bo­wy po­kój…

– Mu­sisz, kur­wa, ode­brać jej syna – po­wta­rza es­bek, na­chy­la­jąc się do chło­pa­ka i pa­trząc na nie­go jak pa­jąk na mu­chę, któ­rą chce zła­pać w sieć, opleść pa­ję­czy­ną tak moc­no, żeby nie mo­gła zip­nąć.

– Nie mam na nią żad­ne­go wpły­wu. – Ock­nął się z za­my­śle­nia. – Je­dy­nym i nie­pod­wa­żal­nym au­to­ry­te­tem jest dla niej Bo­ru­se­wicz. A gdy się jej sprze­ci­wiam, po­dej­rze­wa mnie o współ­pra­cę z wami. – Krzy­wi się.

Współ­pra­ca – sło­wo klucz. W no­tat­ce służ­bo­wej in­spek­tor ope­ra­cyj­ny Je­rzy Osuch przed­sta­wił swo­im sze­fom plan dzia­ła­nia. Je­śli Pien­kow­ski bę­dzie nadal utrzy­my­wał kon­tak­ty z ele­men­ta­mi an­ty­so­cja­li­stycz­ny­mi, trze­ba go bę­dzie przy­mu­sić do współ­pra­cy. Sta­nie się cen­nym źró­dłem in­for­ma­cji o dzia­ła­czach Wol­nych Związ­ków Za­wo­do­wych, a w szcze­gól­no­ści o Bo­ru­se­wi­czu, Gwieź­dzie, Wa­len­ty­no­wicz. Pro­blem tkwi jed­nak w tym, że on chce się wy­co­fać. „Chce czy tyl­ko uda­je, że­bym się od­cze­pił?” – za­sta­na­wia się Osuch.

Ali­na Pien­kow­ska z Se­ba­stia­nem. Es­bek na­ma­wiał Krzysz­to­fa Pien­kow­skie­go, by za­brał jej syna. Fot. z pry­wat­ne­go ar­chi­wum An­drze­ja Ko­ło­dzie­ja

– To na­sza ostat­nia roz­mo­wa – po­wta­rza Pien­kow­ski i my­śli o tym, czy jego bra­tu uda­ło się wy­nieść z domu ma­try­ce i far­by (ra­zem dru­ko­wa­li bi­bu­łę dla ROP­CiO1).

Osuch jest przy­go­to­wa­ny i na ta­kie roz­wią­za­nie. Je­śli Pien­kow­ski istot­nie się wy­co­fa, spró­bu­je wy­ko­rzy­stać go do ośmie­sze­nia śro­do­wi­ska ele­men­tów an­ty­so­cja­li­stycz­nych.

Zmu­si do na­pi­sa­nia li­stu do li­de­rów opo­zy­cji w War­sza­wie, w któ­rym Pien­kow­ski przed­sta­wi praw­dzi­we ob­li­cze czo­ło­wych dzia­ła­czy z Trój­mia­sta, a winą za roz­bi­cie swo­je­go mał­żeń­stwa obar­czy Bog­da­na Bo­ru­se­wi­cza. Po­pro­si o opu­bli­ko­wa­nie li­stu w pra­sie pod­ziem­nej. Je­śli od­mó­wią, za­gro­zi skie­ro­wa­niem no­tat­ki do „Try­bu­ny Ludu” lub „Ży­cia War­sza­wy”.

I wresz­cie spra­wa naj­waż­niej­sza.

Po­nie­waż Pien­kow­ski zda­je so­bie spra­wę, że nie jest w sta­nie ura­to­wać swo­je­go mał­żeń­stwa, na roz­pra­wie roz­wo­do­wej za­żą­da po­zba­wie­nia żony praw ro­dzi­ciel­skich. Uza­sad­ni to tym, że za­nie­dbu­je syna Se­ba­stia­na i wy­cho­wu­je go nie­zgod­nie z so­cja­li­stycz­ny­mi za­sa­da­mi współ­ży­cia.

„Zro­bić by­łej żo­nie na złość, jaka to sa­tys­fak­cja – my­śli pew­nie Osuch, któ­ry zna na­tu­rę ludz­ką od naj­gor­szej stro­ny. – Mało kto się temu oprze”.

Frag­men­ty es­bec­kich no­ta­tek prze­glą­dam w czy­tel­ni In­sty­tu­tu Pa­mię­ci Na­ro­do­wej w Gdań­sku. Od­na­le­zio­no wo­rek do­ku­men­tów prze­zna­czo­nych na ma­ku­la­tu­rę, a wśród nich mię­dzy in­ny­mi ten plan. Pró­bu­ję wy­obra­zić so­bie tam­to po­po­łu­dnie, któ­re mo­gło cał­kiem zmie­nić ży­cie dwoj­ga lu­dzi i ich dziec­ka.

Ka­pi­tan Frącz­kow­ski, kie­row­nik Sek­cji VI Wy­dzia­łu IIIA, do­pi­sał od­ręcz­nie pod no­tat­ką pod­po­rucz­ni­ka Osu­cha: „W trak­cie roz­mo­wy z Pio­trem Pien­kow­skim na­le­ży pro­blem jego współ­pra­cy roz­strzy­gnąć jed­no­znacz­nie”.

Se­ba­stian Pien­kow­ski uro­dził się w 1974 roku. © Bog­dan Bo­ru­se­wicz

„Jed­no­znacz­nie”! Pa­jąk de­ner­wu­je się, bo mu­cha usi­łu­je się wy­rwać, wy­krę­cić, od­le­cieć, ale zno­wu wpa­da w pa­ję­czy­nę, któ­rą chy­trze roz­po­starł tro­chę da­lej, i zno­wu się szar­pie, ma­cha skrzy­deł­ka­mi… a on pa­trzy, jak się mio­ta.

– No, to jak? – pyta Osuch pod­czas na­stęp­ne­go spo­tka­nia.

– Nie tra­fia­ją do mnie po­glą­dy tych lu­dzi. Mię­dzy mną a Gwiaz­dą wy­wią­za­ła się ostra wy­mia­na zdań. Tyl­ko dzię­ki in­ter­wen­cji jego żony nie do­szło do rę­ko­czy­nów.

– Prze­cież wio­złeś do El­blą­ga ma­try­cę z tek­stem ode­zwy „Do stocz­niow­ców”, stam­tąd za­bra­łeś dwa­dzie­ścia sie­dem ryz pa­pie­ru for­ma­tu A3.

– Ule­głem na­mo­wom żony. Ale mam tego dość! Dość! Ta opo­zy­cja to dzie­ci­na­da… – usi­łu­je prze­chy­trzyć es­be­ka.

– Za­sta­nów się i za­dzwoń. Daję ci ty­dzień. – Osuch gasi pa­pie­ro­sa.

Piotr wy­bie­ga z ho­te­lu, klnąc w du­chu.

Tak to mo­gło wy­glą­dać.

Czas budowania

Gru­zy, gru­zy, gru­zy. Co mia­ło się spa­lić, ze­tla­ło do szczę­tu. Nic, tyl­ko szkie­le­ty do­mów, po­ła­ma­ne jak za­pał­ki wie­że ko­ścio­łów, ścież­ki wśród ruin.

Tak wy­glą­da­ło Głów­ne Mia­sto, gdy Ta­de­usz Pa­bi­jan przy­je­chał do Gdań­ska w po­szu­ki­wa­niu pra­cy.

Przy­je­chał z Ło­nio­wej. To wieś roz­rzu­co­na wśród pa­gór­ków mię­dzy Boch­nią a Brze­skiem. Pa­bi­ja­no­wie czu­li się gó­ra­la­mi, choć ka­pe­lu­sze i ciu­pa­gi no­si­li tyl­ko od świę­ta.

Drew­nia­ny, kry­ty gon­tem dom Ma­te­usza Pa­bi­ja­na stał przy sa­mej dro­dze, obok sto­lar­nia, za­gro­da dla krów­ki, chle­wik, sad i mała ki­szecz­ka pola. Przed do­mem ław­ka, na któ­rej grza­li się w słoń­cu. Ale w cha­cie cie­pła bra­ko­wa­ło, mi­ło­ści ro­dzin­nej tyle co nic, a dzie­ci kupa. Mat­ka Ta­de­usza zmar­ła, gdy był mały, a oj­ciec oże­nił się po raz ko­lej­ny, trze­ci z rzę­du. Ma­co­cha wnio­sła w po­sa­gu cór­kę, a wkrót­ce uro­dzi­ła na­stęp­ne dzie­ci. Nie lu­bi­ła pa­sier­bów, a zwłasz­cza naj­młod­sze­go, pię­cio­let­nie­go Tad­ka.

Ma­te­usz był sto­la­rzem. Jak pra­co­wał, to pra­co­wał; jak pił, to pił; jak po­li­ty­ko­wał, to po­li­ty­ko­wał. Dzia­łał w PSL-u, znał Wi­to­sa. Sta­le w dro­dze, Mo­ści­ce, Rop­czy­ce, Dę­bi­ca, Wierz­cho­sła­wi­ce. Miał wzię­cie, bo spraw­nie sta­wiał domy i ko­ścio­ły, więc na­wet nie wie­dział, że ma­co­cha bije i wy­zy­wa ma­łe­go, że jeść mu nie daje i do ro­bo­ty goni, że od­mro­ził pal­ce u nóg, bo w zi­mie bez bu­tów cho­dził. Wresz­cie od­da­ła ośmio­lat­ka do są­sia­dów na służ­bę, za­do­wo­lo­na, że się go po­zby­ła.

Po woj­nie mło­dzi za­czę­li wy­jeż­dżać ze wsi.

Je­cha­li, gdzie oczy po­nio­są, byle da­lej od bie­dy, prze­waż­nie na Zie­mie Od­zy­ska­ne, bo tam mia­ła być ro­bo­ta i po­nie­miec­kie miesz­ka­nia sta­ły pu­ste. Szwa­gier Ta­de­usza po­je­chał do Gdań­ska, zna­lazł pra­cę w stocz­ni, któ­ra wchła­nia­ła wszyst­kich męż­czyzn chęt­nych do pra­cy (cię­li wy­do­by­te z wody wra­ki nie­miec­kich okrę­tów). Za­chę­cał swo­ich, żeby przy­jeż­dża­li. Miesz­ka­li na kwa­te­rach, bo pu­stych miesz­kań już nie było. Star­si pil­no­wa­li młod­szych, by nie pili za dużo i w złe to­wa­rzy­stwo nie wpa­dli, a za­ro­bio­nych pie­nię­dzy nie wy­da­wa­li na byle co.

Dom dziad­ka Ali­ny w Ło­nio­wej. Na ła­wecz­ce – Ma­te­usz Pa­bi­jan z ro­dzi­ną. © Ewa De­oni­ziak

Po­je­chał i Ta­de­usz.

Za­miesz­kał na Po­hu­lan­ce. Kwa­te­ry stocz­niow­ców były nie­ogrze­wa­ne, wy­gód­ka na po­dwó­rzu, lo­do­wa­ta woda w kra­nie.

Tuż obok, na pla­cu, w lip­cu 1946 roku po­wie­szo­no je­de­na­stu opraw­ców z Kon­zen­tra­tion­sla­ger Stut­thof. W fa­bry­kach i biu­rach spe­cjal­nie skró­co­no czas pra­cy, by chęt­ni mo­gli zo­ba­czyć eg­ze­ku­cję. Ze­brał się tłum, bo lu­dzie byli prze­ko­na­ni, że to spra­wie­dli­wa od­pła­ta za wszyst­kie zbrod­nie, ja­kich Niem­cy się do­pu­ści­li. Po wy­ko­na­niu wy­ro­ku nie­któ­rzy za­bie­ra­li ka­wał­ki szu­bie­nicz­ne­go sznu­ra, któ­ry miał ja­ko­by przy­nieść szczę­ście.

Ta­de­usz nie wi­dział eg­ze­ku­cji, bo przy­je­chał tro­chę póź­niej, ale jesz­cze o tym roz­ma­wia­no. Woj­na w lu­dziach jesz­cze tkwi­ła, zry­wa­li się w nocy z krzy­kiem. Każ­dy swo­je prze­żył, i tu­tej­si, i przy­jezd­ni, ale nie li­cy­to­wa­li się, nie opo­wia­da­li so­bie o tych okrop­no­ściach. Nie ufa­li so­bie; żyli obok, a nie ra­zem. Jed­nak za­rów­no jed­ni, jak i dru­dzy rwa­li się do no­we­go ży­cia. Chłop­cy oglą­da­li się za dziew­czy­na­mi, któ­re spa­ce­ro­wa­ły po zglisz­czach w po­wiew­nych su­kien­kach. W nie­dziel­ne po­ran­ki le­że­li na pla­ży i przy­glą­da­li się, jak pan­ny mo­czy­ły nogi w Bał­ty­ku. W bie­liź­nie, bo ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych jesz­cze nie moż­na było ku­pić. Zresz­tą któ­ra z nich mia­ła pie­nią­dze na ta­kie fa­na­be­rie?

Po żony je­cha­li w swo­je stro­ny.

Ta­de­usz przy­wiózł na­rze­czo­ną z Ło­nio­wej, a wła­ści­wie z Kra­ko­wa, bo He­len­ka Boj­do – choć z dość za­moż­nej ro­dzi­ny – tak­że chcia­ła wy­rwać się ze wsi i już wcze­śniej po­je­cha­ła do mia­sta. Ślub od­był się w ko­ście­le pod we­zwa­niem Świę­te­go Flo­ria­na. Po la­tach He­le­na lu­bi­ła opo­wia­dać, że udzie­lał go mło­dy ksiądz Ka­rol Woj­ty­ła. Na pew­no? No, pra­wie na pew­no, bo w tych la­tach był wi­ka­rym.

Ali­na Pa­bi­jan uro­dzi­ła się w stycz­niu 1952 roku.

W lu­tym w „Dzien­ni­ku Bał­tyc­kim” uka­zał się ar­ty­kuł Jesz­cze jed­no nowe osie­dle dla lu­dzi pra­cy z Trój­mia­sta. Dzien­ni­karz pi­sał:

Co­raz szyb­ciej zni­ka­ją z na­szych ulic gru­zy, a na ich miej­sce ro­sną nowe domy miesz­kal­ne ze wszyst­ki­mi no­wo­cze­sny­mi urzą­dze­nia­mi i wy­go­da­mi. Co­raz wię­cej ro­dzin miesz­ka w ja­snych i cie­płych miesz­ka­niach. […] w tym roku za­cznie się bu­do­wę no­we­go osie­dla o bu­dyn­kach ty­po­wych przy alei Woj­ska Pol­skie­go we Wrzesz­czu. Domy miesz­kal­ne trzy- i czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne, miesz­ka­nia – dwu- i trzy­po­ko­jo­we.

Przy kwa­dra­to­wym pla­cu prze­wi­dzia­na jest bu­do­wa du­że­go domu z pod­cie­nia­mi, w któ­rym mie­ścić się będą skle­py i punk­ty usłu­go­we: dro­ge­ria, sklep tek­styl­ny i spo­żyw­czy, na­biał, księ­gar­nia, fi­lia pocz­ty. […] Bę­dzie szko­ła, przed­szko­le, żło­bek i klub ro­bot­ni­czy.

Po woj­nie było tu za­le­d­wie kil­ka ulic, na roz­le­głych łą­kach pa­sły się kro­wy, tyl­ko przy alei Woj­ska Pol­skie­go, zwa­nej w Wol­nym Mie­ście – Frie­drich Al­lee, pysz­ni­ły się dłu­gie ka­mie­ni­ce z czer­wo­ny­mi da­cha­mi, któ­re w la­tach czter­dzie­stych Niem­cy bu­do­wa­li dla ofi­ce­rów z po­bli­skich ko­szar. Ofi­ce­ro­wie nie zdą­ży­li się wpro­wa­dzić: po 1945 roku za­miesz­ka­li tu Po­la­cy, głów­nie pra­cow­ni­cy Po­li­tech­ni­ki Gdań­skiej, wśród nich lwo­wia­nin, Sta­ni­sław Hu­ec­kel, pro­fe­sor i rek­tor. Pań­stwo Hu­ec­ke­lo­wie mie­li go­spo­się gdańsz­czan­kę. Na­st­ka Kra­skow­ska była Po­lką i wcze­śniej pro­wa­dzi­ła dom bo­ga­te­mu Niem­co­wi o na­zwi­sku Küschel, któ­re­go wspo­mi­na Grass w Bla­sza­nym bę­ben­ku.

U Küschla by­wał sam gau­le­iter For­ster. Gdy Na­st­ka otwie­ra­ła mu drzwi, py­tał, zdej­mu­jąc płaszcz:

– Gdzie mogę się po­wie­sić?

– Wszyst­ko jed­no gdzie, ale nie­dłu­go trze­ba bę­dzie to zro­bić – mru­cza­ła, od­bie­ra­jąc pal­to i my­śląc o więź­niach Stut­tho­fu, dla któ­rych – wraz z pa­nia­mi ze Sto­wa­rzy­sze­nia Świę­tej Zyty – przy­go­to­wy­wa­ła pacz­ki.

Przy uli­cy For­nal­skiej (wcze­śniej Wi­to­sa) przy­dział na miesz­ka­nie otrzy­mał in­ży­nier Mru­gal­ski. Przy­je­chał tu z War­sza­wy z żoną i dzieć­mi. Dom na­le­żał do pana Nowc­ka, Po­la­ka spod Iła­wy, któ­ry w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku pra­co­wał w PKP. Wła­ści­ciel zaj­mo­wał te­raz pod­da­sze, Mru­gal­scy par­ter.

Syn pana Nowc­ka uciekł przed Ar­mią Czer­wo­ną, bo był funk­cjo­na­riu­szem SD2. Zo­stał po nim tyl­ko mun­dur.

– Ma­te­riał jest pierw­szo­rzęd­ny, szko­da żeby go mole zja­dły – prze­ko­ny­wał pa­nią Mru­gal­ską No­weck se­nior (któ­ry nig­dzie nie uciekł, bo nie miał do­kąd). Pani Mru­gal­ska prze­far­bo­wa­ła mun­dur na gra­na­to­wo, a kraw­co­wa, któ­ra co ja­kiś czas spro­wa­dza­ła się do nich na ty­dzień i ob­szy­wa­ła całą ro­dzi­nę, prze­ro­bi­ła mun­dur na ubra­nie dla Piotr­ka.

Nie­opo­dal za­miesz­kał pan An­to­ni Ber­no­lak, na­uczy­ciel śpie­wu, z ro­dzi­ną. Jego sy­no­wie, Wie­siek i Zby­szek, po la­tach za­sły­ną jako mu­zy­cy ze­spo­łów Czer­wo­no-Czar­ni i Nie­bie­sko-Czar­ni.

Ra­zem z dzieć­mi, któ­rych ro­dzi­ce przy­by­li tu z Kre­sów i spa­lo­nej pod­czas po­wsta­nia sto­li­cy, do szko­ły cho­dzi­li: Die­ter, Re­in­hard, Wol­fgang, Gre­ta. Die­ter miesz­kał z dziad­kiem w wo­zie, ta­kim sa­mym jak Drzy­ma­ła, o któ­rym uczo­no ich w szko­le. Dzia­dek usta­wił wóz w ogro­dzie swo­je­go domu, z któ­re­go zo­stał wy­kwa­te­ro­wa­ny. La­tem było tam faj­nie, ale zimą…

Oj­ciec jed­ne­go z chłop­ców o pol­skim imie­niu prze­bie­rał się po po­wro­cie z pra­cy w mun­dur z cza­sów woj­ny, na rę­kaw wcią­gał bia­ło-czer­wo­ną opa­skę i z do­mów ro­dzi­ców Wol­fgan­gów i Re­in­har­dów za­bie­rał rze­czy, któ­re były mu po­trzeb­ne. Gdy już urzą­dził miesz­ka­nie, sta­rał się żyć z są­sia­da­mi w zgo­dzie.

W szko­le na po­le­ce­nie władz oświa­to­wych spraw­dza­no, kto jest au­to­chto­nem, za­da­jąc dzie­ciom pod­chwy­tli­we py­ta­nie: „Czy w two­im domu mówi się po nie­miec­ku?”. Pio­trek Mru­gal­ski po­twier­dził, bo jego ro­dzi­ce, choć po­cho­dzi­li z cen­tral­nej Pol­ski, zna­li nie­miec­ki i uży­wa­li go cza­sem, gdy nie chcie­li, by dzie­ci ro­zu­mia­ły, o czym mó­wią.

Ta­de­usz Pa­bi­jan do­stał miesz­ka­nie wła­śnie w tych stocz­nio­wych blo­kach, któ­re wła­dza lu­do­wa zbu­do­wa­ła w la­tach pięć­dzie­sią­tych obok po­nie­miec­kich dom­ków i ka­mie­nic.

„Małe miesz­kan­ko na Ma­riensz­ta­cie / to moje szczę­ście, to moje sny, / małe miesz­kan­ko na Ma­riensz­ta­cie, / a w tym miesz­kan­ku przy­pu­ść­my my”, śpie­wa­ła Li­dia Kor­sa­ków­na, a Pa­bi­ja­no­wie w takt pły­ną­cej z ra­dia me­lo­dii usta­wia­li me­ble i wie­sza­li fi­ran­ki. Tak, to była wiel­ka ra­dość, wła­sne lo­kum ozna­cza­ło, że już się w Gdań­sku za­ko­twi­czy­li, zna­leź­li swo­je miej­sce na zie­mi. Tu będą ro­sły ich dzie­ci: Alin­ka, Ro­mek, Jan­ka i Ja­cek.

– Tato mu­siał nas wszyst­kich utrzy­mać, ale że ro­bił też róż­ne fu­chy, na­pra­wiał na osie­dlu hy­drau­li­kę i ku­chen­ki, chy­ba nie­źle za­ra­biał. Uwa­żał, że musi co naj­mniej raz na kwar­tał ku­pić ma­mie nową su­kien­kę. Je­cha­li wte­dy ra­zem do PDT-u we Wrzesz­czu i wra­ca­li z no­wym ciu­chem – opo­wia­da­ła mi kie­dyś Ali­na. – Grał też na­mięt­nie w toto-lot­ka i czę­sto wy­gry­wał, wpraw­dzie nie­du­że sumy, ale jed­nak były to do­dat­ko­we pie­nią­dze.

Ro­man, któ­ry dziś miesz­ka w So­po­cie vis-à-vis pre­mie­ra Tu­ska, wspo­mi­na, że na po­dwór­ku mię­dzy blo­ka­mi kłę­bi­ła się dzie­ciar­nia, krzy­ki nio­sły się pod nie­bo, mat­ki wy­chy­la­ły się z okien, usi­łu­jąc się prze­bić przez po­dwór­ko­wy rwe­tes: „Ro­mek, na obiad!” czy „Ja­cek, ile razy mam wo­łać?!”. W każ­dej stocz­nio­wej ro­dzi­nie było co naj­mniej tro­je dzie­ci. W klat­ce scho­do­wej z nu­me­rem osiem, w któ­rej miesz­ka­li Pa­bi­ja­no­wie, było ich ze dwa­dzie­ścio­ro. Nie­mal o każ­dej po­rze dnia moż­na było wy­biec przed dom i wpaść w wir za­ba­wy, za­wsze ktoś ko­pał pił­kę, ktoś – jak Ja­nek Kos z Czte­rech pan­cer­nych – wal­czył z Niem­ca­mi, ktoś inny darł się: „Pał­ka, za­pał­ka, dwa kije, kto się nie scho­wa…”.

Osob­no ba­wi­ły się dzie­ci stocz­niow­ców, osob­no woj­sko­wych, któ­rzy zaj­mo­wa­li miesz­ka­nia w są­sied­nim blo­ku, usta­wio­nym pro­sto­pa­dle do stocz­nio­we­go. Z chłop­ca­mi z blo­ku woj­sko­we­go bili się od cza­su do cza­su, ale wo­le­li woj­ny we wła­snym gro­nie. Jolę Kon­ty i jej sio­stry zna­li tyl­ko z wi­dze­nia.

O Joli zro­bi­ło się gło­śno, gdy jej mąż, Alek­san­der Kwa­śniew­ski, zo­stał pre­zy­den­tem. Wpraw­dzie ko­much, ale jed­nak pre­zy­dent, więc za­czę­li za­sta­na­wiać się, kto cho­dził z Jolą do kla­sy?

Ko­le­żan­ki z Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce­go nr 9 przy uli­cy Mar­ce­le­go No­wot­ki oczy­wi­ście ją pa­mię­ta­ły. Przy­po­mi­na­ły, że do­brze się uczy­ła i była za­ko­cha­na w Mi­cha­le z tej sa­mej kla­sy. Ochrzci­ła się na­wet dla nie­go, bo jego ro­dzi­ce nie wy­obra­ża­li so­bie, że dziew­czy­na syna może być nie­wie­rzą­ca.

Prze­szła za­tem ze stro­ny woj­sko­wej na stocz­nio­wą. Przy­najm­niej na ja­kiś czas.

To­masz Be­dyń­ski, któ­ry cho­dził z Alin­ką Pa­bi­jan do tej sa­mej kla­sy, przy­po­mi­na so­bie epi­zod zwią­za­ny z orę­dziem bi­sku­pów pol­skich do bi­sku­pów nie­miec­kich.

W grud­niu 1965 roku w „Try­bu­nie Ludu” uka­za­ła się in­ter­pre­ta­cja li­stu, w któ­rym pa­dły pa­mięt­ne sło­wa: „Prze­ba­cza­my i pro­si­my o prze­ba­cze­nie”. Wła­dze za­rzu­ci­ły bi­sku­pom zdra­dę. Ko­mi­tet Cen­tral­ny PZPR stwier­dził, że bi­sku­pi sfał­szo­wa­li hi­sto­rię.

„Try­bu­na Ludu” grzmia­ła w nie­pod­pi­sa­nym tek­ście:

Pol­scy bi­sku­pi, przyj­mu­jąc żyw­cem od re­wi­zjo­ni­stów za­chod­nio­nie­miec­kich ter­mi­no­lo­gię „pocz­dam­skich ob­sza­rów za­chod­nich” i po­da­jąc na srebr­nej tacy wspa­nia­ły żer dla naj­bar­dziej an­ty­pol­skich i od­we­to­wych kół w Niem­czech Za­chod­nich, dzia­ła­li wbrew pol­skim in­te­re­som na­ro­do­wym. […] Cze­mu i komu mo­gła słu­żyć tak ele­men­tar­na igno­ran­cja po­li­tycz­na i brak po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści, naj­le­piej świad­czy spo­sób in­ter­pre­to­wa­nia Orę­dzia bi­sku­pów pol­skich przez boń­ską pro­pa­gan­dę  pra­sę […]

W kla­sie VIA na­uczy­ciel­ka hi­sto­rii po­świę­ci­ła temu te­ma­to­wi osob­ną lek­cję.

Naj­lep­szy uczeń, To­mek Be­dyń­ski, wstał i po­wie­dział, że to, co pi­sze „Try­bu­na”, jest nie­praw­dą.

Na­uczy­ciel­ka za­nie­mó­wi­ła, a za­tka­ło ją jesz­cze bar­dziej, gdy chłop­ca po­par­ła Alin­ka Pa­bi­jan, uczen­ni­ca czwór­ko­wa, spo­koj­na, a na­wet nie­śmia­ła.

To­mek po­cho­dził z domu, w któ­rym do­mi­no­wa­ły po­glą­dy opo­zy­cyj­ne, ro­dzi­ce nie kry­li swo­ich za­pa­try­wań po­li­tycz­nych przed sy­nem, choć o tym, że jego oj­ciec był ofi­ce­rem wy­wia­du Ar­mii Kra­jo­wej i kil­ka lat prze­sie­dział w pe­ere­low­skich wię­zie­niach, jesz­cze wte­dy nie wie­dział, bo dzie­ciom się ta­kich rze­czy nie mó­wi­ło.

Do Tom­ka i Alin­ki przy­łą­czy­ło się jesz­cze kil­ko­ro uczniów, zro­bił się skan­dal. Przez ka­te­chet­kę, któ­rą ucznio­wie po­pro­si­li o ory­gi­nal­ny tekst orę­dzia, spra­wa do­tar­ła do bi­sku­pa Kacz­mar­ka.

Za­pro­sił ich do sie­bie, ale nie bar­dzo wie­dział, co ro­bić z trzy­na­sto­lat­ka­mi, któ­re wmie­sza­ły się w po­li­ty­kę. Po­wie­dział nie­pew­nie:

– Do­brze, że da­li­ście świa­dec­two, ale pa­mię­taj­cie, że mogą was wy­rzu­cić ze szko­ły. Nie cią­gnij­cie te­ma­tu, bo za­szko­dzi­cie ro­dzi­com…

Nie­mniej jed­nak dał im tekst orę­dzia, a oni po­ka­za­li go hi­sto­rycz­ce. Była wście­kła.

Gdy więc Be­dyń­ski usły­szał po straj­ku w stocz­ni w 1980 roku, że Ali­na, już wte­dy Pien­kow­ska, była jego waż­ną uczest­nicz­ką i sy­gna­ta­riusz­ką Po­ro­zu­mień Sierp­nio­wych, wca­le się nie zdzi­wił.

– W domu za­wsze się mó­wi­ło, że Alin­ka tę pa­sję po­li­tycz­ną odzie­dzi­czy­ła po dziad­ku – przy­zna­je ciot­ka Ewa De­oni­ziak. – Oprócz niej nikt w ro­dzi­nie nie in­te­re­so­wał się po­li­ty­ką.

Kres ży­cia dziad­ka Ma­te­usza też był po­nie­kąd po­li­tycz­ny. Spadł ze scho­dów, wy­cho­dząc z ze­bra­nia Zjed­no­czo­ne­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go.

Uczen­ni­ca. Li­ceum, do któ­re­go cho­dzi­ła Alin­ka Pa­bi­jan opi­sał Pa­weł Hu­el­le w po­wie­ści We­iser Da­wi­dek. Fot. z ar­chi­wum do­mo­we­go

W po­wie­ści We­iser Da­wi­dek Pa­weł Hu­el­le opi­sał wła­śnie to li­ceum, w któ­rym uczy­li się Alin­ka Pa­bi­jan, Jola Kon­ty i To­mek Be­dyń­ski.

Nie­opo­dal szu­mi ten sam las, wzno­si się ta sama bu­ko­wa gór­ka, jest ten sam na­syp ko­le­jo­wy, po któ­rym pę­dził po­cią­giem wid­mo Da­wi­dek (a nie­ba­wem ru­szy nowa ko­lej me­tro­po­li­tal­na), to samo kino „Tram­wa­jarz”, do któ­re­go cho­dzi­li na po­ran­ki, i ten sam pa­łac Scho­pen­hau­erów, za­mie­nio­ny na dom po­praw­czy. Nie­da­le­ko pa­ła­cu, po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy Po­lan­ki, gdzie miesz­ka te­raz Lech Wa­łę­sa, za­trzy­mu­ją się au­to­ka­ry z tu­ry­sta­mi, któ­rzy chcą obej­rzeć po­sia­dłość sław­ne­go elek­try­ka. To tam od lat dzie­więć­dzie­sią­tych od­by­wa­ły się słyn­ne przy­ję­cia imie­ni­no­we, w któ­rych uczest­ni­czy­li tak­że Ali­na i Bog­dan Bo­ru­se­wi­czo­wie, choć ich sto­sun­ki z Wa­łę­są były raz lep­sze, raz gor­sze.

O stocz­nio­wym osie­dlu Hu­el­le pi­sze tak:

Na po­dwór­ku pani Ko­rot­ko­wa roz­wie­sza­ła bie­li­znę, wie­dzie­li­śmy, że jej mąż pra­cu­ją­cy w stocz­ni wró­ci tego po­po­łu­dnia pi­ja­ny w sztok, bo to dzień wy­pła­ty. Po­dob­nie zresz­tą jak nasi oj­co­wie, któ­rzy w więk­szo­ści pra­co­wa­li w stocz­ni i w więk­szo­ści w dzień wy­pła­ty wra­ca­li pi­ja­ni do swo­ich żon, a na­szych ma­tek, któ­re zresz­tą jak pani Ko­rot­ko­wa za­ła­my­wa­ły ręce, ro­bi­ły awan­tu­ry i tak samo jak ona zno­si­ły przed ob­li­cze Pana Boga swo­je utra­pie­nia i nie­szczę­ścia.

Pili stocz­niow­cy, pili woj­sko­wi.

Ja­necz­ka Mań­ko, któ­ra tak­że spę­dzi­ła tu dzie­ciń­stwo, opo­wia­da mi, że w grud­niu 1970 roku je­den z ofi­ce­rów, za­ta­cza­jąc się, wy­biegł przed dom i krzy­czał, wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem:

– Spa­li­li­ście ko­mi­tet! Co za ho­ło­ta! Trze­ba z wami zro­bić po­rzą­dek raz na za­wsze!

Sto­sun­ki blo­ku woj­sko­we­go z blo­kiem stocz­nio­wym zo­sta­ły ze­rwa­ne nie­odwo­łal­nie.

Stocz­niow­cy, na­wet je­śli nie po­szli pod Ko­mi­tet Wo­je­wódz­ki, po­pie­ra­li tych, któ­rzy wal­czy­li, choć nie­któ­rzy mie­li wąt­pli­wo­ści, bo wie­le za­wdzię­cza­li Pol­sce Lu­do­wej. (W koń­cu dała im miesz­ka­nia, pra­cę, bez­płat­ne szko­ły dla dzie­ci, kar­to­fle na zimę oraz wcza­sy pra­cow­ni­cze od cza­su do cza­su.) Ci uwa­ża­li, że le­piej be­stii nie draż­nić, ci­cho sie­dzieć i – jak by po­wie­dział Kan­dyd – upra­wiać swój ogró­dek.

W roku 1970 świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia były smut­ne. W stocz­nio­wych blo­kach szep­tem opo­wia­da­no o tym, co dzia­ło się pod ko­mi­te­tem w Gdań­sku, co na przy­stan­ku Gdy­nia Stocz­nia, co przed gdyń­skim Pre­zy­dium Miej­skiej Rady Na­ro­do­wej, bo każ­dy prze­cież coś wi­dział, coś sły­szał i chciał się z in­ny­mi swo­ją wie­dzą po­dzie­lić.

Czas zabijania

– At­mos­fe­ra w stocz­ni była ner­wo­wa już od so­bo­ty. Se­kre­tarz par­tii Sta­ni­sław Ja­strzęb­ski uprze­dzał, że szy­ku­je się pod­wyż­ka cen żyw­no­ści, więc lu­dzi szlag tra­fi, bo i tak żyło się mar­nie; ręce so­bie ura­bia­łeś po łok­cie na próż­no. W po­nie­dzia­łek lu­dzie przy­szli na­bu­zo­wa­ni, bo pod­wyż­ka we­szła w ży­cie w nie­dzie­lę – a to była nie­dzie­la han­dlo­wa. Taka złość nas ogar­nę­ła, taka roz­pacz – opo­wia­dał Jan Sub­da ze Stocz­ni Gdań­skiej imie­nia Le­ni­na, któ­ry pra­co­wał na R-1, czy­li Wy­dzia­le Głów­ne­go Me­cha­ni­ka.

– Nikt nie my­ślał o pra­cy. O szó­stej ze­bra­li­śmy się pod bu­dyn­kiem dy­rek­cji, ale nie było z kim roz­ma­wiać, więc ktoś rzu­cił ha­sło: „Idzie­my pod ko­mi­tet!”. Parę ty­się­cy lu­dzi po­szło. Wy­szedł do nas se­kre­tarz Jun­dziłł, za­pro­sił de­le­ga­cję stocz­niow­ców do środ­ka, ale nikt nie chciał wejść, bo wejść tam było może i ła­two, a wyjść już nie bar­dzo. „Tu się pan tłu­macz, przed wszyst­ki­mi!” – krzy­cze­li stocz­niow­cy. Więc przy­je­cha­ła ny­ska z me­ga­fo­nem i se­kre­tarz za­czął prze­ma­wiać: „To­wa­rzy­sze…”. Szum się zro­bił, kur­de, czy oni nic in­ne­go nie umie­ją mó­wić, tyl­ko „to­wa­rzy­sze i to­wa­rzy­sze”. Tak nas z miej­sca zde­ner­wo­wał, bo jacy my dla nie­go „to­wa­rzy­sze”! Od­su­nię­to go, ja prze­ją­łem mi­kro­fon i wo­łam: „Bra­cia stocz­niow­cy, za­śpie­waj­my «Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła, póki my ży­je­my»”. Za­śpie­wa­li­śmy, i to nam do­da­ło siły. Mó­wię: „Nie ma się co łu­dzić, par­tia nam nie da ani chle­ba, ani ma­sła! Wra­ca­my na stocz­nię po ko­le­gów i idzie­my do stu­den­tów po po­moc!”.

Kie­row­ca ny­ski nie chciał z nami je­chać, więc nasz czło­wiek siadł za kie­row­ni­cą, a ko­le­dzy de­li­kat­nie pcha­li auto. Je­cha­li­śmy wol­niut­ko, bo dużo na­ro­du było, więc trze­ba było uwa­żać, żeby ko­muś krzyw­dy nie zro­bić.

Zbie­ra­my lu­dzi ze stocz­ni, star­si ko­le­dzy tro­chę się boją, bo tyle lat tu prze­pra­co­wa­li, a te­raz wszyst­ko może prze­paść, i cią­głość pra­cy, i kto wie, czy z ro­bo­ty nie wy­rzu­cą… z cze­go będę żyć, a co żona po­wie, a syn na stu­dia się nie do­sta­nie…

Je­dzie­my tą ny­ską na Stocz­nię Pół­noc­ną. Wi­dzi­my czło­wie­ka pra­cu­ją­ce­go na pod­sta­cji. „Pa­nie, chodź pan z nami! – wo­ła­my. – W jed­no­ści siła! Jak ra­zem, to ra­zem”. „Nie pój­dę” – mówi. Więc chłop­cy tro­chę go przy­mu­si­li. Ktoś krzyk­nął, żeby go na he­bel wrzu­cić. Wte­dy za­mknął wszyst­ko, wy­łą­czył prąd i od­dał nam klu­cze. Wrzu­ci­li­śmy je do ka­na­łu i je­dzie­my da­lej. Cią­gle do­łą­cza­ją lu­dzie…

Idzie­my uli­cą Kli­nicz­ną, z okien szpi­ta­la po­łoż­ni­cze­go ma­cha­ją nam ko­bie­ty: „Bra­wo – krzy­czą. – Bra­wo!”. Do­cho­dzi­my do aka­de­mi­ków i wo­ła­my stu­den­tów. Ci­sza, okna po­za­my­ka­ne, wy­cho­dzi rek­tor Sta­liń­ski i ogła­sza: „Stu­den­tów nie ma”. Ktoś go za spodnie po­cią­gnął, inny chciał mu dać w gło­wę, ale go po­wstrzy­ma­łem: „Daj spo­kój, to też czło­wiek, mimo że błą­dzi i na­zwi­sko ma po­dob­ne do Sta­li­na”. Po­ja­wi­ły się ja­kieś stu­dent­ki i za­czę­ły wo­łać: „Ma­cie ra­cję, ochła­pa­mi nas kar­mią!”.

Po­szli­śmy da­lej na Grun­waldz­ką pod bu­dy­nek ra­dia. Do­ma­ga­my się, by po­da­li praw­dzi­wą in­for­ma­cję o tym, co się dzie­je. Mó­wią, że nie mogą, bo na­daj­nik jest odłą­czo­ny. Zro­bi­ło to woj­sko, któ­re jest już w Chwasz­czy­nie. Ktoś krzyk­nął: „Idzie­my na Chwasz­czy­no!”. „Nie! – pro­te­stu­je inny. – Na otwar­tym polu wy­strze­la­ją nas jak kacz­ki!”.

Wra­ca­my do stocz­ni, grzecz­nie idzie­my, jest nas co­raz wię­cej, sta­le przy­łą­cza­ją się ja­cyś lu­dzie…

Do­cho­dzi­my do Błęd­ni­ka, a tam stoi woj­sko.

Po­tem oka­za­ło się, że to byli mi­li­cjan­ci w po­lo­wych mun­du­rach, z me­tro­wy­mi pał­ka­mi. No i się za­czę­ło.

„Bra­cia, my tyl­ko ma­ni­fe­stu­je­my”. – Pod­sze­dłem do nich.

Nic. Żad­nej re­ak­cji.

Wsia­dłem do nysy i wo­łam przez me­ga­fon: „Ru­sza­my!”.

Gaz, pe­tar­dy… Gli­nia­rze ko­niecz­nie chcą nam tę ny­skę ode­brać. Koło Ru­de­go Kota rzu­ca się na nas inny od­dział mi­li­cji, my ata­ku­je­my od Elż­bie­tań­skiej… Przy­je­cha­ły budy i zgar­nia­ją do nich chło­pa­ków. Spraw­dza­ją ręce, je­śli brud­ne, spra­co­wa­ne – do suk ła­du­ją. Ale ja­koś prze­bi­ja­my się do stocz­ni.

A tam – nie­spo­dzian­ka. Jest już po­wo­ła­ny ko­mi­tet straj­ko­wy! Wcho­dzę na po­sie­dze­nie tego ko­mi­te­tu i żą­dam: „Par­tyj­ni, ręka do góry!”.

Pod­niósł się las rąk. Co to za ko­mi­tet! Utwo­rzy­li­śmy praw­dzi­wy ko­mi­tet straj­ko­wy, mnie wy­bra­no, Heń­ka Ja­giel­skie­go. Wa­łę­sy nie pa­mię­tam, ale po­dob­no był, Szo­ło­cha też so­bie nie przy­po­mi­nam. Po­za­po­mi­na­łem na­zwi­ska, bo było nas chy­ba z pięt­na­stu, z róż­nych wy­dzia­łów.

Spa­łem na stocz­ni.

Rano idzie­my zno­wu pod ko­mi­tet, ale już uzbro­je­ni w rur­ki, młot­ki, ka­ble, co kto miał, bo z nimi in­a­czej nie po­wal­cu­jesz. W ko­mi­te­cie krzą­ta­ją się szkla­rze, nowe szy­by wsta­wia­ją. Wo­kół woj­sko i mi­li­cja. Ostrze­ga­my: „Je­śli woj­sko się nie usu­nie, bę­dzie­my pod­pa­lać. To spra­wa mię­dzy par­tią a ro­bot­ni­ka­mi”.

Żoł­nie­rze ode­szli, ale mi­li­cjan­ci nie. Tym­cza­sem chłop­cy za­czę­li się do­bie­rać do par­tyj­nej kan­ty­ny, a tam ta­kie do­bra, ja­kich ro­bot­ni­cze oczy nie wi­dzą na co dzień: bu­łecz­ki z kieł­ba­są kra­kow­ską, po­ma­rań­cze, ko­niacz­ki…

Wi­dzia­łem, jak przy­je­cha­ła ka­ret­ka po­go­to­wia, lu­dzie się roz­stą­pi­li, żeby prze­pu­ścić, a tu wy­sko­czy­ło z niej sze­ściu gli­nia­rzy i dali ga­zem po oczach…

Za­trzy­ma­li­śmy ziła wy­wrot­kę: „Da­waj ben­zy­nę!”.

Pod­pa­la­my.

Mi­li­cjan­ci się pod­da­ją, wy­cho­dzą… Nasi chcą ich za­ata­ko­wać, są żąd­ni ze­msty, ale nie po­zwa­lam; je­śli czło­wiek się pod­da­je, nie moż­na go bić. Ka­że­my im wcho­dzić na wy­wrot­kę, chce­my za­wieźć do stocz­ni, lecz nad­bie­ga­ją po­sił­ki z Hu­ci­ska, pę­dzą jak ty­gry­sy. Dali im chy­ba ja­kieś nar­ko­ty­ki, byli nie­na­tu­ral­nie bla­dzi i mie­li sine war­gi. Praw­dzi­wa woj­na już się za­czę­ła. Na­pie­ra­my na wia­dukt, chce­my do­stać się na uli­cę Świer­czew­skie­go, gdzie mie­ści się ko­mi­sa­riat MO.

Nad­je­cha­ła ja­kaś cię­ża­rów­ka z Lu­bli­na, fa­cet wiózł jaja do skle­pów na świę­ta.

„Wy­sia­daj, bo po­trzeb­ny nam sa­mo­chód”.

I tę cię­ża­rów­kę peł­ną jaj ktoś roz­pę­dził i na mi­li­cjan­tów pu­ścił. Do­pa­dli­śmy gli­nia­rzy przy Pre­zy­dium Miej­skiej Rady Na­ro­do­wej i tam padł pierw­szy strzał! Ten mi­li­cjant, któ­ry strze­lił, był ofi­ce­rem. Miał dwie gwiazd­ki. Strze­lił do chło­pa­ka. Nie wiem, czy to był stocz­nio­wiec, ale wi­dzia­łem, że go tra­fił, bo padł. To było oko­ło trzy­na­stej we wto­rek.

Mi­li­cjan­ci się prze­stra­szy­li. Chcie­li do­stać się do drzwi Pre­zy­dium MRN, ale pcha­li się wszy­scy na­raz, i utknę­li w drzwiach. Tam spu­ści­li­śmy im ło­mot. Ścia­na była czer­wo­na od krwi. Wi­dzia­łem, jak lu­dzie roz­szar­pa­li tego mi­li­cjan­ta… Wi­dząc, co się dzie­je, gli­nia­rze ucie­ka­li z ko­mi­sa­ria­tu po dra­bi­nach do wię­zie­nia. Tak, przed ro­bot­ni­ka­mi ucie­ka­li, a prze­cież po­win­ni bro­nić kla­sy ro­bot­ni­czej…

W śro­dę w stocz­ni już ape­lo­wa­no, żeby roz­cho­dzić się do do­mów. Dy­rek­tor na­ma­wiał, ko­le­dzy się ła­ma­li, bo ile moż­na się bić.

Wy­szli­śmy wie­czo­rem. Po­sze­dłem do le­ka­rza, do­sta­łem sześć dni zwol­nie­nia i się ulot­ni­łem.

– Ze szpi­ta­la przy pla­cu Ka­szub­skim w Gdy­ni usi­ło­wa­łam do­trzeć do domu na Chy­lo­nię – opo­wia­da­ła o sie­dem­na­stym grud­nia pie­lę­gniar­ka Elż­bie­ta Ko­bal­czyk.

Szła pie­szo, opa­tu­lo­na sza­li­kiem, bo mróz szczy­pał, a au­to­bu­sy nie jeź­dzi­ły. Mi­ja­ła czoł­gi sto­ją­ce na uli­cach. Pew­nie, że się bała – było już ciem­no. Na uli­cy Mor­skiej (wów­czas Czer­wo­nych Ko­sy­nie­rów) przy­sta­wa­ła ze zmę­cze­nia pod skle­pa­mi – już two­rzy­ły się dłu­gie ko­lej­ki i ja­koś raź­niej było wśród lu­dzi. Może wy­da­wać się to dziw­ne, że rano woj­sko i mi­li­cjan­ci strze­la­ją na przy­stan­ku ko­le­jo­wym Gdy­nia Stocz­nia (a po­tem w cen­trum mia­sta jesz­cze z he­li­kop­te­rów walą do tłu­mu), a ci, któ­rzy nie zgi­nę­li, nie byli ran­ni ani po­bi­ci, parę go­dzin póź­niej już w ko­lej­kach przed skle­pa­mi sto­ją, jak­by je­dze­nie było naj­waż­niej­sze.

Tam ma­sa­kra, a tu­taj chleb z mar­ga­ry­ną i mor­ta­de­lą. Sta­li, bo mie­li dzie­ci, a sko­ro par­tia strze­la do ro­bot­ni­ków, to zna­czy, że się gnie­wa, a je­śli się gnie­wa, to może ka­zać ogo­ło­cić skle­py, żeby po­ka­zać, kto tu rzą­dzi. A dzie­ciom trze­ba dać jeść. Taki zresz­tą w PRL był od­ruch: je­śli coś się dzie­je, trze­ba ro­bić za­pa­sy. Więc sto­ją i ci­cho psio­czą na wła­dzę. „Woj­na – mó­wią. – Woj­na”.

Ktoś wi­dział za­bi­te­go męż­czy­znę na uli­cy, inny ucie­kał przed he­li­kop­te­ra­mi. Wszy­scy się boją. Wiel­ka, cięż­ka chmu­ra stra­chu wisi nad Gdy­nią i nie po­zwa­la swo­bod­nie od­dy­chać.

Nie wia­do­mo, kto stoi obok, może es­bek prze­bra­ny za zwy­kłe­go oby­wa­te­la, co to z pra­cy wra­ca. Kto go roz­po­zna? A tak po praw­dzie to w tych skle­pach i tak mało co jest: mąka, cu­kier, kar­to­fle, sma­lec, pusz­ki ja­kieś, sal­ce­son, wą­tro­bian­ka. Ale za­wsze coś.