Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 286 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alicja w krainie iluzji - Anna Skrzyniarz


"Alicja w krainie iluzji" to powieść psychologiczna. Autorka splotła w niej własne przeżycia z doświadczeniami napotkanych za granicą rodaków, tworząc zarys psychologiczny młodej Polki, marzycielki i idealistki, która w miarę dorastania w zderzeniu z polską i emigracyjną rzeczywistością zmienia się nie do poznania.

Po pobycie w Niemczech i Szwajcarii, Alicji w końcu udaje się spełnić własne marzenia. Z małej wioski przenosi się do Krakowa, gdzie rozpoczyna studia i pracę jako kelnerka. Ciągle odczuwa jednak spory niedosyt związany z jej wizją szczęścia. W trakcie świątecznego urlopu zimowego, w ramach dwutygodniowego zastępstwa koleżanki, wyjeżdża do Anglii, i tam właśnie rozgrywa się główna akcja, w której od czasu do czasu pojawiają się zapisane w pamiętnikach wspomnienia, które mają ułatwić poznanie i zrozumienie zachowań bohaterki (jej dzieciństwo, dojrzewanie, praca w Niemczech i Szwajcarii). Oszukana przez koleżankę trafia do niezwykle osobliwej, londyńskiej kafejki towarzyskiej. Ku jej zaskoczeniu, wbrew własnym przekonaniom, to właśnie w tym miejscu bez pamięci zakochuje się w pewnym mężczyźnie, co bardzo komplikuje jej życie.

Opinie o ebooku Alicja w krainie iluzji - Anna Skrzyniarz

Fragment ebooka Alicja w krainie iluzji - Anna Skrzyniarz

Anna Skrzyniarz "Alicja w krainie iluzji"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Anna Skrzyniarz, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska Korekta: Klaudia Dróżdż, Iwona Karwacka

ISBN: 978-83-7900-100-2

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Anna Skrzyniarz
Alicja
w krainie iluzji
Wydawnictwo Psychoskok 2013
Konin
Z dedykacją dla wspaniałych, pełnych oddania i miłości rodziców, 
dzięki którym zawsze,z największą radością, wracam do domu...

Szczególne podziękowanie dla Moniki Warias: 

Nigdy nie zawiodłaś, prawdziwej przyjaźni nauczyłaś... 

Z jej pamiętnika. (15 lat)(…)Rodzice ciągle przypominają mi, że w dzieciństwie byłam największą kłamczuchą, jaką nie tylko spłodzili, ale również kiedykolwiek poznali. Swymi wyssanymi z palca opowieściami przysparzałam im wielu zmartwień. Najgorsze było to, że potrafiłam być tak wiarygodna, że nawet koleżanki i koledzy z przedszkola, a później wczesnej podstawówki, wierzyli, iż mieszkam w porcelanowej chatce, ukrytej pośrodku lasu, w której co środę na wieczorną herbatkę zapraszam od wieków ukrywające się w gęstych krzakach niezwykłe postacie: chochliki, elfy, skrzaty oraz inne drobne stworki, które ciężko było jednym słowem opisać. Każda postać posiadała własne imię, historię, a także powód, dla którego ukrywała się przed ludźmi. W każdy czwartek dzieciaki czekały zniecierpliwione na moje kolejne relacje z „herbacianego wieczorku”. Uwielbiały słuchać i pytać o swoich ulubieńców. Zdarzyło się nawet, że ktoś narysował obrazek z jego leśnym bohaterem i poprosił, bym wręczyła go jednemu z elfów, gdy reszta dzieciaków to zobaczyła, natychmiast zrobiła to samo. Co środę wracałam z przedszkola ze stertą pokolorowanych arkuszy, co dodatkowo dopingowało mnie do tworzenia dalszych opowieści. Kochałam to. Naprawdę żyłam w moim uroczym, porcelanowym domku. Niestety nadszedł czas, w którym moje kolorowe kłamstwa musiały się zakończyć. W wieku dziewięciu lat wyszło na jaw, że tak naprawdę mieszkam w starym, drewnianym domu naprzeciwko naszego starego, wiejskiego kowala, który ciągle po pijaku wydziera się na swojego psa, kulawego, szaroburego kundelka. Do końca podstawówki musiałam płacić za swoje przedszkolne łgarstwa. Szyderczo nazywano mnie „porcelanową sierotką”, ciągle ze mnie kpili i podważali prawie wszystko, co mówiłam. Nie miałam przyjaciół, przerwy lekcyjne zwykle spędzałam sama gdzieś w kącie szkolnego korytarza. O dziwo, nawet mimo to, nie przestałam organizować „herbacianych wieczorków”. Nie potrafiłam rozstać się ze swoimi leśnymi przyjaciółmi, nikomu już jednak o tym nie mówiłam. Kochałam mój bajkowy świat i wiedziałam, że kiedyś i tak go odnajdę, wyjadę z mojej małej wioski, spełnię swoje marzenia i poznam rzeczy, o których istnieniu nikt stamtąd nawet by nie przypuszczał.Nikt nie będzie się już śmiał z kurtki z przykrótkimi rękawami i wiśniowej beretki. Wniknę dalej. Głębiej. Tam, gdzie ludzie czują i widzą więcej, rozumieją, że nie trzeba posiadać bajkowej chatki w lesie, żeby móc w niej zamieszkać. Tego roku stałam się kobietą, z biustem, okresem i własnym zdaniem.Odnalazłam swój sposób na szczęście i wiem, że kiedyś ziemia i niebo w jedność się połączą, a ja w spełnieniu, bez żalu i smutku, spokojnie zamknę oczy – i zniknę (...).

Anglia,grudzień2004(Niemcy2002/Szwajcaria2003)

Mam skrzydła szerokie i piękne, oświetlone słońcem i podgrzane jego energią. Lecę więc dalej, by nie zakreślać koła tylko wokół jednego, wysłużonego podwórka, by otrzeć ramieniem jakąś inną Ziemię. Z wiatrem ganiam się w przestworzach, a niebo nie ma końca. Tak samo jak Ja... Wszystkie szczyty świata są w zasięgu mojej dłoni i nic, nic nie ma prawa znowu zakłócić mej rozkoszy!

Gdy w końcu postawiła swe stopy na stabilnym betonowym podłożu, kolana dalej drżały na skutek skumulowania emocji związanych z pierwszą lotniczą podróżą, a także miejscem na Ziemi, które dla niej kryło w sobie jeszcze wiele zagadek. Największe lotnisko w Europie Londyn Heathrow zrobiło na niej ogromne wrażenie. Poczuła się trochę jak w uporządkowanym pudle na miliony krzątających się między sobą zabłąkanych drobiazgów.

Na szczęście na lotnisku towarzyszyła jej spora grupa Polaków, których skutecznie naśladowała krok po kroku. Gdy w końcu znalazła się na terminalu nr 4, natychmiast podeszła do czarnej taksówki, by jak najszybciej znaleźć się u boku koleżanki, która miała czekać na nią w restauracji „Exhilaration”, to tam właśnie w ramach zastępstwa jednej z pracujących tam dziewcząt, przez kolejne dwa tygodnie, miała pracować razem z Edytą.

Im bardziej oddalała się od lotniska, tym bardziej zachwycona była tym jednym z dwóch największych miast Europy. Bawiła ją nieco pasażerska jazda na miejscu kierowcy, ale szybko przestała to zauważać. Dokoła przecież tyle inności w końcu namacalnie dawało o sobie znać. Charakterystyczne, czerwone butki telefoniczne, piętrowe autobusy, pełno muzeów, galerii, ekskluzywnych restauracji i eleganckich butików wgniecionych w zabytkowe budowle, wmieszane w nowoczesne budynki w nietypowych kształtach. Miała zaledwie 21 lat, ale i tak za bardzo już innego świata doświadczyła... Polaków na obczyźnie zbyt wiele strachu i upokorzeń spotyka, mimo to jednak łatwiej ponownie im z kraju wyjechać, niż tkwić w nim, byle przeżyć, byleby znów u sąsiada na chleb nie pożyczać... Obecnością tutaj kreśliła kolejny fragment swej drogi, a była to droga obca i kręta, łatwo można było się na niej zgubić, niejedna i niejeden już to udowodnił albo przepadł bez śladu, albo dalej się na niej gdzieś bez celu błąka. Edytę niewątpliwie ucieszył widok koleżanki, stojącej z małą atramentową walizką w mocarnych drzwiach wspomnianej wcześniej restauracji. Minął już rok od ich ostatniego spotkania, tym razem w końcu mogły zobaczyć się w swej rzeczywistej, niczym nieskrępowanej postaci, bez roboczego fartuszka i ciasno spiętych włosów, to był piękny widok i piękne uczucie. Gdy tylko uwolniły się ze swych objęć, powitaniem nowej pracownicy zajął się niewysoki, brzuchaty mężczyzna z bujną czupryną loków na głowie. Tom był właścicielem lokalu.

Na widok jego wydatnego złotego łańcucha na czarnej koszuli i gigantycznego sygnetu na palcu, niektóre kobiety na pewno mocniej ściskały swoje cenne torebki. Ciężko stąpając nogami, oprowadził Alicję po lokalu, przedstawił jej również cztery pracujące tam dziewczyny. Wszystkie pochodziły z Polski i wszystkie wręcz grzeszyły urodą. Ta duża liczba kelnerek nieco ją dziwiła, gdyż restauracja nie była duża, właściwie trudno to było nawet nazwać restauracją. Smród przesiąknięty dymem papierosowym i oparami alkoholu drapał w gardło, a każdy oddech potęgował uczucie pijanej niesforności.

Z jej pamiętnika. (17 lat)(...) Z motyką w ręku, wracając z kolejnego zaatakowanego wirusem chwastów pola, często kładę się na ukwieconej łące, kipi ona obfitością kształtów i mozaiką barw. Obolały kręgosłup i drażniący piasek wciśnięty za paznokcie natychmiast idzie w zapomnienie. Wsłuchując się w spokój błogiej zieleni, upajam swój wzrok widokiem nieba, na którym tak często unoszą się białe, kłębiaste chmury. Cudownie wyglądają w tle rozświetlonego słońcem niebiańskiego błękitu...Ja i pięcioro młodszego rodzeństwa... Już od małego uczyłam ich spoglądać w górę, by sami również potrafili stworzyć bajkowy świat z puchowych kształtów. Przypomniała mi dziś o tym najmłodsza siostra Justysia. Ma dopiero siedem lat, a już widzi na niebie cuda takie, jakie ja niestety jakby coraz rzadziej dostrzegam (...).

Dziewczyny były w piżamach. Nie zdążyły jeszcze wywietrzyć i posprzątać lokalu. Znajdowały się tam tylko dwa stoły i duży bar w kształcie półkola, którego objętość zajmowała co najmniej połowę powierzchni lokalu. Dokoła baru poustawiane było mnóstwo wysokich krzeseł, ściany ozdobione były szkicami ludzkich twarzy. Cała domniemana restauracja wyglądała co najmniej dziwnie.

Alicja w końcu została sama z Edytą w jednym z dwóch małych pokoików nad restauracją. Oba były niemal identyczne, mieściły się w nich po dwa dwupoziomowe łóżka, po jednej dużej szafie i małym stoliczku umieszczonym między łóżkami. Pokoje wypełnione były po brzegi bagażami, kosmetykami i ubraniami dziewcząt, co nadawało im niechlujny wygląd. Na górze znajdowała się również mała toaleta, a w kącie małego przedpokoju był prysznic, jego chropowate i przezroczyste szkło przysłonięte było stertą ręczników, które niejako broniły prywatności lokatorek. Obok znajdowała się również umywalka i powieszone nad nią nieduże, okrągłe lusterko. Tak właśnie wyglądała ich łazienka, jedna wielka prowizorka. Wytarty gumolit odrywał się od podłogi, a ściany dalekie były od czystości świeżego tynku. Na górze nie spędzały jednak zbyt dużo czasu. Pokojem relaksu i wypoczynku było zaplecze „restauracji”, obok niego mieściła się również nieduża kuchnia. Na zapleczu dziewczyny wyciągały się na czarnej skórzanej kanapie, która jako jedyny mebel nadawała pokojowi jako taką elegancję. Znajdowała się tam również duża biała szafa z mnóstwem drzwiczek, które ostatkiem sił utrzymywały się na zawiasach; stół, kilka poniszczonych krzeseł, a po kątach wciśnięte były skrzynki z piwem i wodą mineralną. Pokój ten stanowił dla nich jadalnię, przebieralnię, miejsce rozmów i rozrywki.

Alicja, korzystając z okazji, iż została sam na sam z koleżanką, która ją w to wciągnęła, wyrzuciła w końcu:

– Powiedz mi, o co tu chodzi?

Stanęły naprzeciwko siebie. Szczupła, rudowłosa pieguska o modelowych rysach twarzy nieco się zmieszała. Żałośnie spuszczając głowę, w końcu zdemaskowała swą słodką buzię.

– Nie mogłam powiedzieć ci prawdy – wydukała skruszona. Alicja zmrużyła oczy, patrząc na skrępowanie koleżanki, zaniepokoiła się jeszcze bardziej – ...To miejsce to bardziej psychiatryk niż restauracja. Przychodzą tu tylko mężczyźni, którzy szukają towarzystwa fajnych dziewcząt…

– Co? – przerwała jej przerażona Alicja.

– Ale, proszę cię, uspokój się i daj mi skończyć – ruda położyła jej rękę na ramieniu – … bo wiesz … ci faceci chcą tylko pożartować i porozmawiać o swoich problemach…

– Jak to? To co? O czym ty w ogóle mówisz? – znowu przerwała zaniepokojona, po czym nerwowo się od niej odsunęła.– Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?

– Bo wiedziałam, że wtedy pewnie byś tu nie przyjechała.

– No jasne. Nie jedzie się przecież w miejsce, z którego powinno się uciekać! – Stwierdziła przerażona Alicja.

– Ale w telefonie do ciebie powiedziałam, że to specyficzna restauracja. Chciałam, żebyś na własne oczy zobaczyła, jak to wszystko wygląda. Na pewno zrozumiesz, że to dużo lepsza praca niż w restauracji. Nie musisz biegać z ciężką tacą, tylko sobie siedzisz i rozmawiasz, poznajesz ludzi, doskonalisz angielski, w ogóle czasami jest tutaj jak na imprezie.

Nie pamiętam, bym zasnęła, ale to sen być musi... Forma o ludzkiej twarzy człowieka żmudnie udaje... a dokoła niej reszta, na siłę kołysankę nuci...

– Nie, no ja cię chyba zamorduję! – Alicja złapała się za głowę.

– Ale posłuchaj. To nauka życia, mężczyzn i rzeczy, które mogą wzbogacić cię o więcej, niż ci się wydaje... – Edyta niezłomnie próbowała perswadować dalej – …wiesz, kim jest gejsza?

– Gejsza? A co, u licha, jeszcze gejsza ma do tego? – Alicja zaczynała coraz bardziej gubić się w tym, co właśnie spotkało ją w wędrówce do Raju.

– To właśnie ty tutaj jesteś gejszą, taką europejską gejszą – rudowłosa wyraźnie podkreśliła słowa.

– Moment – zawahała się Alicja – …kobieta do towarzystwa! – Stwierdziła nerwowo.

– Oj nie, jesteś w dużym błędzie, Niunia.

– Nie mów do mnie „Niunia” – oburzyła się. Edyta jednak nigdy nie miała dobrego wyczucia czasu, ani gustu.

– Dobrze, przepraszam, ale mylisz się. Gejsza to „kobieta-sztuka”, której towarzystwo koi smutek lub samotność mężczyzn. Oczywiście, ich smutek i samotność to tylko iluzja – stwierdziła oschle – …oni nie mają uczuć. To najzwyklejsi w świecie dranie i tchórze, z czasem pewnie też to zrozumiesz.

Edyta dwa lata temu zamknęła swe serce dla mężczyzn, zaczęła się nimi bawić. Przestała wierzyć w miłość. Stali się dla niej przedmiotem, który bardzo łatwo można wykorzystać do umilenia sobie życia; flirtując i dając nadzieję na coś więcej niż przyjaźń, umiejętnie prowokowała ich do starań o jej względy. Zawsze miał ją kto podwieźć do fryzjera, przywieźć pizzę, nosić bagaże, a nawet płacić za jej zakupy. Otrzymywała mnóstwo prezentów. By miały dla niej jakąś wartość materialną, w rozmowach zawsze podkreślała, że nienawidzi, gdy ktoś odbiera życie kwiatom. 

Z jej pamiętnika. (21 lat)(...)Facet – nieczuła podstawa męskiego przyrodzenia. Płytki, dwulicowy, wyrachowany i w dodatku wstrętnie owłosiony. Sama nie wiem, skąd bierze się moja niechęć do mężczyzn. Może zbyt wiele kobiet już przez nich cierpiało? Może i dla mnie są zbyt dużym zagrożeniem?Może nie przyglądam się im zbyt uważnie, ale kątem oka − najczęściej widzę tylko szarych szczurków z logo „NIKE” na koszulce, płaczliwych prozaików, których ideologia bólu złamanego obojczyka powinna wzruszyć serce czułej pielęgniarki, lub zwykłych głupków, którzy zaczynają jeździć kobiecie po biodrach, jeszcze zanim poznają jej imię (...).Dwadzieścia jeden lat i żadnego związku na koncie... I co? I dobrze! Mogę się nawet uśmiechnąć, bo przynajmniej ominęły mnie te wszystkie huśtawki nastroju, zmartwienia, analizy, przemyślenia, łzy i ból, jaki spotkał większość, jak nie każdą kobietę, która wcześniej bądź później dała wciągnąć się w pułapkę ich domniemanego magnetyzmu (…).

– Aha. OK. Fajnie, więc mam koić smutki mężczyzn?! – uśmiechnęła się ironicznie.

– Alicjo, uwierz mi, nic złego się tutaj nie dzieje – ruda umiała przekonać do siebie i swoich racji każdego. – To tajny i genialny projekt Toma. Mężczyźni uwielbiają spędzać czas w naszym towarzystwie. Mogą porozmawiać, napić się whisky czy kawy w miłej i inteligentnej asyście. Tak samo, jak Japończycy, dla których najczystszą w świecie przyjemnością jest napicie się sake lub herbaty w towarzystwie gejszy. Różnica polega tylko na tym, że my jesteśmy w Europie, a gejsze w Azji. One tańczą do dworskiej muzyki kitaro, a my poruszamy się w rytmach Danzela. One mają na sobie kimono, a my wranglery.

Z jej pamiętnika. (19 lat)(...) Będąc jeszcze małą dziewczynką, usłyszałam kiedyś, jak wujek na imieninach taty bełkotał niby do wszystkich, niby do nikogo, ciężko wymachując ręką: – „Chcesz wygrać tę walkę?! Sam musisz być jak naładowany rewolwer...” – słowa huśtały się to w cichszej, to w głośniejszej lub nawet krzykliwej tonacji – „…Jak nie będziesz go doładowywał nową amunicją, zostaniesz bezradny i bezbronny ! Przegrasz, niewiele zdziałasz i niewiele będziesz miał do powiedzenia...” – połknął bekniętego cichacza, bezwiednie zaczesał dłonią włosy i kontynuował dalej – „…A jak już masz tę amunicję, to musisz nią strzelać i trafiać we wszystko, co robi z ciebie debila! Głuchą próżnię wypełnisz... poznasz i zrozumiesz więcej.”Niektórzy uważali go za mądralę, który tylko dużo gada, a tak naprawdę sam siebie chyba nie rozumie, może i coś w tym było, ale jego słowa na zawsze zostały w mej pamięci. Nie do końca jestem pewna głównego przesłania ubzdryngolonego wujka, ale na swój sposób słowo „amunicja” zamieniłam na „naukę” i cały splot jego dziwnych przenośni stał się jasny. (...)”

Grymas złości zniknął z twarzy Alicji, dalej jednak była w szoku.

– Nie martw się, tutaj szybko i łatwo zarobisz, a przy okazji możesz się jeszcze dowartościować – Edyta nie żałowała przychylnych argumentów.

– Dowartościować? Nie potrzebuję poklepywania po plecach. Przyjeżdżając do Londynu, nie myślałam też nawet o pieniądzach. Spełniłam już swoje marzenia. Chciałam tylko poznać coś nowego, być może w końcu coś lepszego od tego, co poznałam do tej pory...

– No, to trafiłaś idealnie! – ruda sprężyście rozłożyła dłonie, niczym komik po wyskoczeniu uroczego królika z kapelusza.

No tak, jakkolwiek by nie myśleć, jednym z celów jej niesfornej egzystencji było w końcu poznanie świata i życia. Może właśnie to miejsce mogło być kolebką cennej „amunicji”. Wszystko to nabrało też dla niej nieco egzotycznych kształtów, może ze względu na japońskie porównanie profesji, a może to ta inność sytuacji kusiła dogłębnym wniknięciem i przestudiowaniem chociażby tematu mężczyzn.

Gdy słońce zasypia, niewiedza zaczyna buszować wzrokiem po suficie:„Jak jest tam, gdzie nie ma ciebie?... Jak będzie, gdy już tam dotrzesz?”Gorliwy wędrowiec nie boi się skamieniałych dróg, gdyż każda, nawet najbardziej błotnista,rysuje odpowiedź na enigmatycznym suficie.

– Dziewczyny, które tutaj pracują, nie są żadnymi wyuzdanymi lafiryndami, jak ci się pewnie wydaje – kontynuowała Edyta. – …One potrzebują pomocy i wsparcia, a Anglia to nie Polska. Wszystkie zamieniamy się ze sobą, co miesiąc lub dwa. Właściwie żadna z nas nie może zostać tutaj dłużej, bo każda ma jakieś obowiązki w Polsce, studia bądź bliskich, których nie można, ot tak, zostawić na pół roku, czy dłużej. Tylko tutaj możemy zamieniać się ze sobą na okrągło, mamy pewność, że opłacimy szkołę, ułatwimy sobie życie w tym naszym popapranym kraju, a nawet pomożemy naszym rodzinom. Zadzwoniłam do ciebie tylko dlatego, żeby i tobie trochę pomóc. Wiem, że studiujesz zaocznie, i że na pewno nie jest ci łatwo w Polsce, bo komu w Polsce jest łatwo? Chyba tylko wariatom, którzy wszystko mają gdzieś … – Alicja nieco skruszała, słysząc, jak Edyta mówi o dziewczynach, poczuła z nimi jakąś więź. Przypomniała sobie, ile sama musiała przejść w Szwajcarii czy Niemczech, żeby zarobić na studia w Krakowie, na które jej rodziców pracujących na roli nigdy nie byłoby stać. Rodzice pracujący na roli... w trudzie i znoju, bohaterowie udręczonego kraju, których pasja zamienia się w piekło, gdy przyjdzie odliczać cenne złotówki. Miliony rolników i jeszcze większe miliony dzieci wychowanych w ciasnych izbach, o chlebie i mleku, w dziedziczonych po sobie ubraniach z lumpeksu i co noc mocno tulonych do siebie, jakże sytych marzeniach. Tysiące bezrobotnych, współczesnych wieśniaków i mieszczan... wpatrujących się w znienawidzoną tablicę nędznego pośredniaka, żyjących na niby, ot tak, bo innego wyjścia nie ma, a czasem szkoda, że odwrotu już nie ma, a przynajmniej być nie powinno... i jeszcze większe tysiące dzieci przesiąkniętych smrodem starych kamienic, szukających ucieczki, gdziekolwiek, wszystko jedno, byle jak najdalej od żałosnej rzeczywistości. Każda z nich była tylko jednym z miliona nędznych drucików łączących kojące marzenia z rządami obłędnego koła egocentryzmu...

Z jej pamiętnika. (18 lat)(...) Znowu odesłano mnie z kwitkiem! Obiecali, że zadzwonią, ciągle obiecują... Za niskie wykształcenie, za mało doświadczenia i zero znajomości. Chcąc iść na studia, muszę przecież znaleźć pracę! Nienawidzę tego kraju! To niesprawiedliwe! Chyba do końca życia w poszarpanym swetrze i przemokniętych kaloszach będę walczyć ze skrzypem polnym i mącić śruty z ziemniakami dla świń. Jest mi przykro, że zawodzę tę małą dziewczynkę, którą tyle lat karmiłam tak wielkimi obietnicami. Koniec liceum miał być moim zbawieniem… Wierzyłam, że wszystko się zmieni, ostro wezmę swoje życie w garść... że coś osiągnę, że na pewno się uda, bo przecież jak bardzo się czegoś chce, to musi się udać, wszyscy ciągle to powtarzają, a skoro mówią, to wiedzą; a ja moich marzeń pragnę wręcz boleśnie. Płaczę ze szczęścia, gdy pomyślę, jak pięknie będzie kiedyś wyglądała moja przyszłość w Krakowie. Ja marzeniami, a marzenia mną... Kraków – oaza moich wszystkich pragnień. Nie poddam się! Patrzę na ciebie, moje kochane słoneczko, i nie mrużę oczu, zobacz, jaka jestem odważna! (...).

Edyta, widząc jej spokojną, zamyśloną twarz ośmieliła się odezwać.

– Jak chcesz, to możesz robić to samo, od czasu do czasu przyjechać tu na miesiąc, udzielić kilku porad psychologicznych i przestać martwić się o pieniądze.

– Pieniądze to nie wszystko – spokojnie wyznała Alicja.

– Pracując u Al- Dżazirów też tak sądziłaś?

Z jej pamiętnika. (20 lat)(...) Dziś przyjechałam do Genewy. Po dwudziestosześciogodzinnej podróży wysiadłam z autokaru i wręcz uwierzyć nie mogłam, że takie miejsce nie istnieje tylko w telewizji. Jezioro Genewskie, Alpy, Mont Blanc, niesamowite fontanny, tysiące małych łódeczek, przepiękne i ogromne promy, tropikalne palmy. Marta miała rację – to raj na ziemi. Szkoda tylko, że nie mogłam się tym długo nacieszyć, jej były szef bardzo szybko pojawił się na stacji. Wiedziałam, że jest bardzo bogatym Arabem, ale limuzyny z szoferem się nie spodziewałam. Byłam bardzo zdenerwowana, poczułam się jak w filmie, bo to wszystko było zbyt mało realistyczne, jak na to, by ot tak, nagle stać się realnym. Mężczyzna około trzydziestki, przystojny mulat z wydatnym nosem, wysiadł z samochodu, rozpoznał mnie od razu, jak wcześniej ustaliliśmy, na nadgarstku przewiązaną miałam czerwoną apaszkę. Był miły, uśmiechnięty, ale mało rozmowny, zapytał tylko, jak minęła mi podróż. Usiadł z przodu obok szofera i pojechaliśmy do małego miasteczka pod Genewą. Dopiero w samochodzie przypomniałam sobie o włosach, czekając na przyszłego szefa, postanowiłam je nieco ogarnąć i na nowo spleść swoje dwa warkocze. Niestety, nie zdążyłam i przywitałam się z nim, mając na głowie jakieś nie wiadomo co, połowa włosów spleciona była grzecznie w warkocz, a druga połowa beztrosko figlowała nad ramieniem. Nie przejęłam się tym jednak bardzo, bo widok zza okna wręcz prosił o zapomnienie, zachwyt i zdumienie.Nigdy nie zapomnę tych róż... białych, żółtych i czerwonych. Tak pięknie zlewały się w różany klaster. Willa państwa Al- Dżazirów była jak z bajki. Ogromna, o jasnoróżowych ścianach ze śnieżnobiałymi futrynami w oknach. Monstrualny taras, dokoła kilka filarów w kształcie ludzkich postaci podtrzymujących potężną płytę trapezowego dachu... i ten ogród... przepiękne kwiaty, drzewa i krzewy, które rozciągały się tak daleko, że trudno było ogarnąć je wzrokiem. Wjeżdżając przez potężną bramę tego niezwykłego miejsca, przez chwilę zapomniałam, że przyjechałam tutaj do pracy i że z przodu limuzyny siedzi mój pan i władca. Poczułam się jak prawdziwa księżniczka, jakby w końcu za pomącą czarodziejskiej różdżki dane mi było stać się kimś wyjątkowym (...)

– Byłaś dla nich, ubierałaś to, co oni ci kazali, pracowałaś i zachowywałaś się tak, jak oni chcieli, poniżałaś się i zapominałaś o swojej godności, dla pieniędzy! – Edyta przypomniała jej czasy, gdy Alicja pracowała jako służąca w Szwajcarii, sama zresztą pracowała tam tak samo. To tam się spotkały na jednym z rodzinnych obiadów państwa.

Z jej pamiętnika. (20 lat)/p>(...) Madame– kobieta koło trzydziestki. Równie nobliwa i dystyngowana jak jej mąż. Szczupła, niewysoka blondynka. Zaraz po przyjeździe zaprowadziła mnie do kuchni, by omówić szczegóły pracy: pranie, sprzątanie, gotowanie i od czasu do czasu opieka nad jej trzema synami. Do dyspozycji 24 godziny na dobę, wolna niedziela. Z tymi postrzępionymi włosami po podróży pewnie wstydem byłoby przywitanie mnie w ich majętnych salonach. Kuchnia... szybko wróciłam na ziemię. Dostałam mały pokoik w piwnicach willi. Jest całkiem przyzwoicie urządzony. Najgorsze jest jednak to malutkie okratowane okienko, chcąc dostrzec przez nie odrobinę nieba, niemal ocieram twarzą o jego stalowe pręty. W ogromnej szafie powieszone są fartuszki, niebieskie, różowe i granatowe... na co dzień mam chodzić w granatowym, zakrywa kolana i ma biały kołnierzyk. Muszę upinać włosy w grzeczny kok i nosić białe skarpetki (...).

– Dowiesz się od nich, dlaczego nigdy po sobie nie sprzątają, czy dlaczego tak szybko znikają na widok pierwszej kobiecej łzy. Jak będziesz bardzo dociekliwa, to zdradzą ci nawet po co supermenowi majtki na rajtuzach – uśmiechnęła się żartobliwie. – Chodź do baru, napijemy się czegoś i wszystko dokładnie ci wytłumaczę. – Edyta delikatnie chwyciła Alicję za rękę i po schodach poprowadziła na dół.

Co prawda bar o tej porze był zamknięty dla klientów, ale dziewczyny mogły korzystać i wysiadywać w nim do woli.

– Spójrz na to bliżej. Usiądź, czego się napijesz? – Edyta niczym zawodowa barmanka, ustawiła się za marmurowym bufetem. Pomimo iż zasłony dwóch niedużych okien przysłonięte były grubą pomarańczową firaną, to i tak przebłyskiwały przez nie promienie intensywnego, jak na zimową porę roku, słońca. „Jak to możliwe, że w takim miejscu może świecić słońce?” zastanawiała się Alicja.

– Możesz tutaj pić i jeść, co tylko dusza zapragnie – Edyta próbowała jakoś rozładować napięcie – … kawa, herbata, sok, drink, sherry, whisky, rum, tequila... – wskazując na półkę, zaczęła wymieniać asortyment lokalu.

– Nie, dzięki. Picie to ostatnia rzecz, na którą mam teraz ochotę.

– A powinno być pierwszą – dodała przekraczająca próg baru Wiki. W jej mniemaniu „nowa” powinna sowicie znieczulić się przed tym, co ją czeka.

Dziewczyna była bardzo ładną i schludną blondynką. Miała grzecznie związane włosy w kok, niewidoczny makijaż, brązowe spodnie zaprasowane w kantkę i czarny golf. Kogo jak kogo, ale bezwstydnej kobiety do towarzystwa na pewno nie przypominała.

„Może faktycznie przesadzam z tą pogardą” − pomyślała Alicja. Teraz, gdy pomieszczenie mieniło się już czystością, wszystko zaczynało wyglądać nieco bardziej przyjaźnie.

Nagle na sali rozległ się wibrujący dzwonek telefonu.

– Sorki, to moja komórka. Zaraz wracam. – Edyta zostawiając dziewczyny, szybkim krokiem wyszła na zaplecze.

– Przepraszam, wiem, że już raz nas przedstawiono, ale mam kiepską pamięć do imion – przyznała Alicja.

– Nie przejmuj się, ja też mam zawsze z tym problem, ale twoje imię wyjątkowo szybko wpada w ucho – uśmiechnęła się. – Ja jestem Wiki – w sprzymierzeńczym akcie koleżeństwa uścisnęły sobie dłonie.

– Alicja... ładne imię – uśmiechnęła się blondynka, po chwili jednak zupełnie spoważniała i głęboko się zamyśliła, tak jakby nagle znalazła się w zupełnie innym świecie – ...bajkowe – westchnęła nagle i nie przerywając zadumy, wpatrywała się w podkładkę do piwa leżącą na blacie baru.

Alicja, chcąc przerwać niezręczną ciszę, rozejrzała się dokoła i westchnęła ciężko.

 – Boże… faceci, nie przepadam za nimi... – stwierdziła, patrząc na poustawiane wokół baru krzesła. Przypomniała sobie swoją pierwszą pracę w Niemczech, w Karlsruhe. Miała 19 lat, a jedynym zajęciem, jakie udało jej się tam znaleźć była praca barmanki. Zaufała muzykowi, operowemu śpiewakowi, którego przypadkiem udało jej się tam poznać. „Artyści nie krzywdzą ludzi, oni patrzą sercem”, myślała.

Z jej pamiętnika. (19 lat)(...) Obiecałam sobie, że będę postępować tak, by później nie zarzucać sobie, że być może nie wykorzystałam życiowej szansy. Codziennie przecież zmieniamy nasze życie każdym kiwnięciem naszej głowy na tak, lub nie. Kiwnęłam na tak, ku chwale mojego Krakowa... ku chwale moich marzeń. Mój niemiecki jest słaby, taksówkarz zauważył moją dezorientację. W tak ogromnym mieście czuję się jak zdziczała i przerażona sarna, która ze spokojnego gaju znajdzie się nagle na ruchliwej autostradzie. Boję się. Nie wiedziałam, że Karlsruhe jest tak ogromne. Ciągle ściskam jeszcze w lewej dłoni małą przepoconą karteczkę z adresem restauracji. Kierowca taksówki, podjeżdżając pod same drzwi lokalu, dziwnie spojrzał dziś na ogromny szyld nad drzwiami z napisem „Ankara”. Nie wiem, co to oznacza, ale jego najwyraźniej coś zaniepokoiło. Ciężko było mi go zrozumieć, lecz w końcu udało mu się wytłumaczyć mi, abym nikomu nie oddawała swego paszportu. Zapytał, czy przyjechałam tu do pracy. Wiedziałam, że muszę zaprzeczyć i tak też zrobiłam. Na pewno mi nie uwierzył, spojrzał tylko zatroskanym wzrokiem, takim, jak tatuś na mnie patrzył, gdy wsiadałam do autokaru zmierzającego do Niemiec (Boże, tak bardzo za nim tęsknię). Zostawił mnie samą przed drzwiami. Widząc odjeżdżającego kremowego mercedesa czułam się, jakby właśnie odjeżdżała stamtąd jedyna osoba, która się tu o mnie troszczy. Bałam się otworzyć drzwi. Rozejrzałam się dokoła i nagle przeraziło mnie to, na co się zdecydowałam. Zdałam sobie sprawę, że teraz jestem zupełnie sama w obcym kraju i nieznanym mieście; z dala od rodziców i rodzeństwa. No, ale nie jestem już dzieckiem, poradzę sobie, pracy się nie boję. Przyszły szef na pewno będzie ze mnie zadowolony.Ponieważ jestem przed czasem, usiadłam na ławce po drugiej stronie ulicy i piszę. Teraz tylko ty mój pamiętniku, przyjacielu najdroższy, wiesz jak bardzo się boję... Wszędzie pełno ludzi, większość to mulaci, dzielnica też jakaś dziwna, szara i betonowa.– Wszystko będzie dobrze, nie martw się Alicjo, najważniejsze, że w końcu znalazłaś normalną pracę. Niejeden z twojej wsi cieszyłby się z pełnoetatowej pracy w Niemczech.Nie wiem dlaczego, ale moje słoneczko ciężko przebija się dziś przez muskularne i bezkresne chmury... Boże, miej mnie w swej opiece... (...).

– To moja pierwsza praca za granicą – stwierdziła Wiki – … do tej pory jakoś radziłam sobie w Polsce, „okrakiem”, ale jakoś to szło. Teraz jednak przyszedł czas na przymusowe zmiany.

– To ja mam już trochę za sobą.

– To znaczy? – zdziwiła się – … przecież ty gówniara jesteś.

– Nie przesadzaj, 21 lat to już kawał wieku. Trochę już zobaczyłam.

– I teraz studiujesz turystykę?

– Dokładnie tak, w Krakowie... – westchnęła głęboko – marzenie się spełniło. Zamieszkała w wymarzonym mieście, w mieście idealnym, takim właśnie miało być miastem, miało być, lecz takim jednak, niestety, nie było... Co rano natrętny budzik zrywał ją ze snu, by znów znalazła się w świecie, którym wciąż rządzi pieniądz, czas na jego zdobycie i niezrozumiała pusta przestrzeń, którą ciężko było wypełnić jakimkolwiek sensem wielkiego istnienia.

– Musisz być szczęśliwa... – westchnęła Wiki.

– Tak, jest fajnie... ale gadającego białego króliczka jeszcze nie znalazłam – znacząco zmarszczyła czoło. – Ciągle czegoś szukam, tyle tylko, że teraz już sama nie wiem, czego.

– Pewnie butelki z wielkim napisem „Wypij mnie” – uśmiechnęła się blondynka. – Sprytnie. Wiedziałaś, gdzie trafić – energicznie kiwnęła palcem.

– Ha, faktycznie ma to jakiś sens... – przytaknęła Alicja – …W sumie co nora, to nora – rozejrzała się po lokalu, w myślach doszukując się ukrytej głębi w żartobliwym dialogu.

– A jak długo ty tutaj właściwie jesteś? – zapytała po chwili.

– Ja też jestem „świeża”, przyjechałam przedwczoraj i zostaję do końca miesiąca, a później się zobaczy.

– Jak tylko Edyta mi o tym wszystkim opowiedziała, to miałam ochotę zabierać bagaż i choćby na nogach wiać do Polski, ale z drugiej strony to miejsce wydaje mi się warte zbadania – lekko przymrużyła oczy, by bezwarunkowo przybrać je wnikliwym spojrzeniem.

– Niektóre dziewczyny całkiem nieźle się tu bawią, wiesz, gdy masz lodowate serce, to nie ma w tym nic amoralnego, ale gdy jest inaczej, to ciężka sprawa. Sorki, może chcesz się czegoś napić – Wiki przerwała, przypominając sobie jakie takie zasady grzeczności.

– Nie, dziękuję – zdecydowanie odmówiła.

– Nie powiem, można się tu oderwać od szarej rzeczywistości i wszystkich chrzanionych problemów – kontynuowała Wiki – … ale prawdziwi faceci tutaj podobno wyginęli jak mamuty. Zostały tylko jakieś życiowe niedorajdy.

– Albo, wiesz co? Zrób mi drinka, jeśli możesz – poprosiła jednak nagle Alicja.

Tak możliwie niemożliwe czasem dni nadchodzą, że nieraz zamówię drinka z lodem, złagodzę napięcie, inaczej nie uwierzę... nie odnajdę się w tym świecie... bo czym trzeźwiej na niego patrzę, tym głośniej wzywam do siebie uległą barmankę.

– Życiowe niedorajdy...- powtarzając spokojnie słowa nowo poznanej koleżanki, Alicja westchnęła głęboko.

– No tak, przynajmniej tak mówią dziewczyny, choć, szczerze, mam nadzieję, że tak nie jest i być może to właśnie tutaj odnajdę swoją drugą połówkę.

– Żartujesz? – zdziwiła się Alicja.

– Nie, dlaczego nie tutaj? W Polsce, jak do tej pory, nie spotkałam nikogo normalnego. Dobijam ćwierćwiecza, więc może los chciał w końcu mi jakoś pomóc, kto wie?

Wiesz jak to jest, gdy jesteś sama... – szukając zrozumienia, pytająco spojrzała na Alicję. – Z nadzieją na spotkanie swojej wielkiej miłości wchodzisz do każdej knajpy – odpłynęła wzrokiem w nieznaną dal – … idąc ulicą, udajesz, że nie zauważasz przystojnego faceta, który przecież powinien głęboko spojrzeć w twoje oczy i oślepiony ich urokiem zapytać o twój numer telefonu. Masz ochotę, żeby ktoś mocno cię przytulił i siłą bierzesz do ręki pierwszą, najbardziej rzucającą się w oczy książkę, by tylko nie męczyć głowy głupimi myślami. Prawie codziennie budzę się, rozglądam po pokoju i marzę, jak byłoby cudownie wstać i zrobić jajecznicę dla kochanego męża, który kocha mnie całym serduchem, dla którego warto już od świtu skropić ciało najdroższymi perfumami, a do jajecznicy dodać tyle kolorów, ile tylko zmieści się na patelni. Po chwili znowu jednak słyszę ten wstrętny budzik, witamy w rzeczywistości! Zaciskam zęby i zakładam skarpety na stopy. Mam już dosyć samotności – Wiki spuściła głowę, niewątpliwie chciała wyrzucić z siebie męczące myśli i pragnienia.

Nawet mimo to, iż Alicja uciekała od bliższych związków z mężczyznami, słowa te były dla niej dziwnie zrozumiałe.

Czy z chwilą zadumy nad sobą niezwlekasz? A może na siłę przed sobą uciekasz? Co może ci pomóc, a co zaszkodzi?... Niewidzialny punkt... – Nie wiesz, o co chodzi... 

Dziewczyny od razu się polubiły. Różniło je wiele rzeczy, mimo wszystko jednak jeszcze więcej łączyło. Obydwie szukały i potrzebowały głębokiego spełnienia. Mogłoby się wydawać, że Wiki nie stroniła od swojej otwartości, niemniej jednak przez cały czas okrywała ją nieodłączna zasłona głęboko skrywanej tajemnicy. Alicja dowiedziała się o niej właściwie tylko tyle, że chciałaby w końcu odnaleźć miłość swego życia. Na pytanie, czy jej rodzice wiedzą, gdzie w tej chwili pracuje odpowiedziała, że nie chce o nich rozmawiać. Nie chciała nawet przyznać się do miejsca, z którego pochodzi, niby żartobliwie stwierdziła, że zapomniała i jakoś nie ma specjalnej ochoty, żeby sobie o tym przypominać.

– Skoro już przyjechałaś, to zostań chociaż dwa, trzy dni. Zarobisz kilka dobrych groszy na święta, no i poznasz coś nowego. W końcu sama mówiłaś, że po to właśnie tu przyjechałaś – namawiała ją Wiki.

– Może i masz rację. Może jeszcze się tu czegoś nauczę...

Z jej pamiętnika. (21 lat)(...) Chcę poznać Życie i wszystko to, co kryje się pod jego nazwą. Wiem, że na wszystko nie wystarczy mi czasu, ale wiem też, że wystarczy mi go na wiele. Kraków jest moją cudowną rzeczywistością. Każdy dzień tutaj daje mi ogromną radość, mimo to jednak dalej czegoś do szczęścia mi brakuje, myślę, że to brak kolejnych inności, które jeszcze bardziej zbliżyć mogą mnie do oderwanego od Ziemi zakątka szczęśliwości.Tak bardzo nie chcę podążać przez życie wydeptaną drogą, którą podążali i podążają prawie wszyscy znani mi ludzie, gdyż jest ona najwygodniejsza, twarda, pewna i stabilna. Narzeczona, żona, matka, praczka, sprzątaczka, kucharka, dom, kościół i telewizor. To nie tak! Wolę iść przez zarośnięte pola, przez chaszcze i chwasty, by tylko nie skończyć swej wędrówki w miejscu, w którym trawa nie będzie soczyście zielona, a strumień wody przejrzyście czysty (...).

Nieubłaganie zbliżała się dwudziesta. O tej porze otwierana była kafejka (tak nazywały ją dziewczyny). Tom stosunkowo rzadko odwiedzał swoje pracownice, przyjeżdżał koło piętnastej, zabierał wieczorny utarg i pojawiał się dopiero wieczorem; czasem tylko na moment, by uzupełnić lodówki żywnością, a piwnice trunkami. W kafejce zainstalowanych było jednak kilka kamer, przez które szef spokojnie mógł śledzić dziewczyny, siedząc we włoskiej restauracji, której również był właścicielem. 

Niepokoju mój, dlaczego tak się kręcisz między żebrami? Nie musisz, nie ma się czego bać... cicho... mamy mało czasu, musimy to wykorzystać. Szkoda byłoby przejść obok, i pojęcia nie mieć o nieznanych jeszcze wcieleniach świata.

– Mogę iść tam w tej sportowej bluzce? – zapytała Monikę, wysportowaną studentkę

AWF-u, która razem z nią siedziała na zapleczu i próbowała jakoś poskromić swe gęste kasztanowe włosy. Była bardzo żywiołową i energiczną dziewczyną, sport stał się jej sposobem na życie, zawsze marzyła o otwarciu własnej siłowni dla kobiet, to nie mogła być jednak zwykła siłownia, lecz taka z prawdziwego zdarzenia, z sauną, kawiarnią, pokojem masażu, zajęciami z aerobiku i jogi. Dziewczyny tam miały zacząć wierzyć w siebie, stawać się pięknymi i silnymi kobietami.

– No jasne, byleby tylko nie miał za dużego dekoltu – zaśmiała się – … szef zawsze powtarza, że mamy przypominać piękne dziewczyny z dobrego, ale biednego domu. Tylko wtedy wzbudzasz w nich szacunek do siebie, i do kafejki.

Tom doskonale zdawał sobie sprawę z fizycznych, ale i też psychicznych potrzeb mężczyzn, dlatego na tym drugim „popycie” postanowił skupić całą uwagę. Dla odmiany rozkręcił interes, w którym nie musiał martwić się o rynkową konkurencję, założył osobliwie skonstruowaną kafejkę towarzyską z ładnymi i światłymi dziewczynami, z którymi można porozmawiać o kontrowersyjnej ideologii powstania świata, czy problemach etnicznych, z którymi borykają się plemiona afrykańskie. Na początku miał to być jedynie czysty eksperyment, później okazało się jednak, że facet faktycznie ma łeb do interesów i na jego plan łapie się całkiem pokaźna grupa samców, co właściwie było dowodem na istnienie resztek mózgu w ich sprośnych łepetynach.

Za chwilę na dół zeszła również Edyta, a za nią Kaśka i Magda. Kaśka miała dziewiętnaście lat i doskonale wiedziała jak dalej pokierować swoim życiem, liczył się tylko „mały drewniany domek” dla rodziców i brata, a Magda była już dwudziestosiedmioletnią mamą, która przyjechała tutaj z wielką nadzieją na lepsze. Bardzo tęskniła za rocznym synkiem, którym przez co drugi miesiąc jej nieobecności opiekowała się jej matka, ojciec umarł na raka krtani pięć lat po jej narodzinach. Tęskniła za domem, lecz wiedziała, że być może tylko w ten sposób będzie mogła zapewnić dziecku godziwe warunki życia, wszystko jedno, że jej kosztem, ważne, że dla Krzysia. Była filigranową brunetką z ekscytującą blizną na policzku, której kształt przypominał częściowe zaćmienie księżyca. Naiwna kretynka, która zaufała chłopakowi stojącemu w kolejce do szpitalnego okienka rejestracji ludzi mizernych i obolałych. Stała tam słaba i blada, a on namówił ją by usiadła i podał szklankę wody. Przez dwa długie lata twierdziła, że zapalenie płuc uratowało jej życie, które on wypełniał bez reszty, dwa długie lata skończyły się jednak szybciej, niż myślała. Gdy zaszła w ciążę wszystko się zmieniło, w momencie, gdy najbardziej go potrzebowała, on podawał szklankę wody już innej kobiecie. Będąc ponownie w tym samym szpitalu, na ławeczce obok tego samego okienka rejestracyjnego, zobaczyła jak czule troszczy się już o inną pacjentkę. Zamknęła w sobie ból i pobiegła wzdłuż niekończącego się korytarza. Najchętniej długo biegłaby tak jeszcze w jak najdalszą nicość, nagle jednak coś znalazło się pod nogami, a jej twarz otarła się o jakiś stalowy pręt perfidnie wbity w ścianę. Później już nic w jej życiu nie było proste, choć starała się jak mogła. Teraz jest w Londynie, ma dla kogo walczyć, wśród swoich „klientów” odnalazła nawet dobrego przyjaciela, w końcu zaczęła wierzyć, że kiedyś będzie lepiej... 

Idąc dziką drogą, kłody pokonuję, chwasty mężnie wydzieram i stopy opatruję, ale nie to męczy mą drogę najbardziej... lecz to, dokąd zmierza …czy ląd spokojny, gdzieś w końcu odnajdzie...

Ubrane były grzecznie i schludnie, żadnych rozemocjonowanych dekoltów i krótkich spódniczek. Widząc sportowy T-shirt nowej koleżanki, dziwnie na siebie spojrzały. No cóż, sportowe ciuszki być może trafiły w gust jedynie studentce AWF-u. Alicja jednak wcale się tym nie przejęła, uwielbiała luźne i wygodne stroje, i nie miała zamiaru rezygnować z nich dla ludzi, którzy powinni być jej zupełnie obojętni.

– Denerwujesz się? – zapytała siedząca obok niej Kaśka.

– Nie – z jakże wielką ironią stwierdzić można coś aż tak krótko i zwięźle. Uśmiechnęła się nerwowo, stukając palcami po wysłużonym stole.

Wyglądała dość zabawnie. Była ładną brunetką, miała bardzo dziewczęce, delikatne rysy twarzy i piękne, duże, zielone oczy. Każde jej spojrzenie przywracało wiarę wątpiącym. Jej długie, wysoko spięte w kucyk włosy idealnie harmonizowały z jej szczupłą sylwetką, no i ten sportowy T-shirt, z żółtą piłką do koszykówki i dużym napisem „BASKETBALL Chicago University”, co prawda strój mało gustowny, ale mimo wszystko, tak czy siak, wyglądała uroczo.

– Zobaczysz, wszystkich nam zgarniesz na tę piłkę – zażartowała Magda.

– Na takie bluzeczki świrnięte aniołki ze strzałą tylko czekają – dodała Kasia, zakręcona żartownisia, która zawsze, wlokąc za sobą długi ogon, zapominała o zamknięciu drzwi – … tutaj ich pełno – dodała, żartobliwie grożąc palcem.

– Przeważnie kręcą się nad głowami mężczyzn, ale kto to wie, któremu nagle odbije i postanowi dla eksperymentu zmienić płeć ofiary – rozbawiona Magda oderwała wzrok od małego lustereczka.

– A wiecie? – Alicja energicznie uniosła palec – ... faktycznie, jak tylko przekraczałam dziś próg tej wytwornej restauracji, to od razu poczułam, że tylko tutaj można spotkać normalnych mężczyzn. – Alicji spodobało się poczucie humoru dziewcząt i automatycznie dopasowała się do załogi.

– Londyńczycy to głąby– stwierdziła Monika – nie ma się co nimi zbytnio przejmować. Są inteligentniejsi inaczej i basta!

– Zgadza się – potwierdziła Edyta. – Wiesz, ilu Anglików trzeba, by zmienić żarówkę?

– No, ilu? – zainteresowała się Kaśka.

– Trzech! Jeden trzyma żarówkę, a dwóch obraca drabinę – roześmiała się. – No, już myślałam, że powiesz, że Anglicy nie boją się ciemności – dodała równie roześmiana Magda.

Dziewczyny dobrze się bawiły, długo jeszcze żartując z mężczyzn, biorąc na celownik męskich przedstawicieli kolejnych krajów.

W tylne drzwi zaplecza ktoś subtelnie uderzył nagle kilka razy pięścią. Dziewczyny szybkim ruchem chwyciły za szyjki dopiero co otwartych butelek piwa, by bezpiecznie ukryć je za masywnym oparciem protekcyjnej kanapy. W drzwiach pojawiła się otulona puchowym kapturem blondynka, bardzo ładna kobieta po trzydziestce. Jej portfel wypełniony musiał być tysiącem wizytówek kosmetyczek i fryzjerów. Była tam barmanką i głównym, po Tomie, patronem lokalu.

– Ewka jestem – sympatycznie uścisnęła Alicję na powitanie. – Nie martw się skarbie. Będzie dobrze.

– No tak, jak postawisz drinka, to na pewno – krzyknęła skądś Monika.

– Jeszcze się nie przewrócił, a już mam stawiać. Oj, dziewczyny, niełatwe z was numery.

Zrobiło się całkiem przyjemnie