Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty ebook

Ałbena Grabowska  

4.5 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty - Ałbena Grabowska

Nowa fenomenalna trylogia królowej literatury kobiecej,  autorki bestsellerowej sagi Stulecie Winnych – Ałbeny Grabowskiej W 1880 roku w podwarszawskim dworku ma przyjść na świat Alicja, owoc płomiennego romansu hrabiego Jana Księgopolskiego ze służącą Natalią. Tymczasem hrabia oczekuje narodzin prawowitego dziedzica. Zdesperowana służąca postanawia zrobić wszystko, żeby arystokrata uznał ich wspólne dziecko, a ją samą pokochał. By to osiągnąć, ucieka się do czarów. Nie wszystko jednak przebiega po myśli Natalii. Syn z prawego łoża umiera, a hrabia zabiera do dworu tylko malutką Alicję, która będzie wychowywała się w dostatku, ale bez miłości ojca i przybranej matki. Odprawione niegdyś czary pozwolą Alicji żyć tak, jak nie żył dotąd żaden człowiek...

Opinie o ebooku Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty - Ałbena Grabowska

Fragment ebooka Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty - Ałbena Grabowska

Redakcja: JOANNA WYSŁOWSKA
Korekty: Melanż
Okładka: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Projekt typograficzny i skład: MARIA KOWALEWSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: portrety Autorki - Wojciech Olszanka Zdjęcia ilustracyjne - Shutterstock
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2016 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-11-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojej córce Aliniez miłością

PROLOG

Zapukała kilka razy, a kiedy nikt nie odpowiedział, pchnęła drewniane, rozpadające się ze starości drzwi chaty i weszła do środka. Poczuła zapach stęchlizny i inną jeszcze woń, której nie umiała określić. We wnętrzu było zupełnie ciemno.

– Czego chciała? – usłyszała chrapliwy głos.

– Ja... – Drgnęła przestraszona i zawahała się, ale zaraz przypomniała sobie o celu swojej wizyty i pewniejszym głosem wyznała: – ...ja do Iwasi przyszłam...

Zapłonęło wątłe światło. W blasku uniesionej lampy jak z niebytu wychynęła straszna twarz baby Iwasi. Bielmo prawego oka błysnęło niepokojąco.

– Do baby przyszła, tak? – zaśmiała się stara, pokazując bezzębne szczęki. – A po co przyszła, co? O księcia prosić z bajki czy o co inszego?

Dziewczyna powściągnęła obrzydzenie. Oddychała płytko, bo z izby bił fetor nie do zniesienia, jakby Iwasia trupy trzymała po kątach. „A może trzyma?” – trwożnie pomyślała Natalka i podtrzymała brzemienny brzuch.

– O wszystko prosić chciałam...

– Prosić można – zgodziła się Iwasia i zbliżyła szkaradną twarz do twarzy dziewczyny. – Ale czy się dostanie, to już insza sprawa...

– Ja pieniądze mam... – powiedziała szybko i wyjęła zwitek banknotów zza stanika.

– Pieniędze potem, potem, gołąbeczko. – Iwasia poczłapała w kąt pomieszczenia i uniosła kilka szczapek drewna. Wrzuciła je do paleniska, dodała ziół, które wisiały pod okapem, i rozpaliła ogień.

W izbie zrobiło się jaśniej i nieco cieplej, ale na pewno nie przytulniej. Natka wolałaby nie widzieć pajęczyn zwisających z sufitu i uwieszonych na nich pająków tak wielkich, że gdyby wszystkie razem stanęły do polowania, łatwo pokonałyby spore zwierzę.

– Teraz chodź tu i gadaj, czego chcesz... – rozkazała Iwasia. Dorzuciła ziół do ognia i zaczęła szeptać jakieś zaklęcia.

Natka weszła głębiej do izby. Otuliła się szczelniej chustą, a rękę trzymała na pęczniejącym łonie.

– Ja dziecko noszę w sobie – zaczęła, przełykając ślinę. – Niech ono będzie inne niż wszystkie... Niezwykłe... O to prosić chciałam...

– A na cóż ci taki niezwykły, jak powiadasz, dzieciuk? – prześmiewczo spytała Iwasia.

– Niech jego ojciec uzna je za swoje – wyrzuciła z siebie Natka. – Niech już nie miłuje tamtej... Niech ona swoje straci, moje mu tylko zostanie... Niech...

– Czekaj, czekaj, gołąbeczko... – Iwasia wrzuciła pęk ziół do ognia, aż iskry wzbiły się w powietrze. Jedna z pajęczyn zaczęła się palić, a czatujący w niej krzyżak nie zdążył uciec i zajął się ogniem. Natce zdawało się, że słyszy jego pisk.

– Takie pragnienia, takie marzenia, co ma biedna Iwasia zrobić, tyle tego, tyle tego... – mamrotała stara, wirując wokoło ognia, aż kurz unosił się z jej łachmanów. – Trza czary straszne odprawiać, dużo ciemnej mocy, dużo, dużo... A co mnie z tego przyjdzie, że takie złe czary odprawiać będę, a?

– Ja mam pieniądze... – powtórzyła Natka. – I gorzałkę mam, karmelki też...

– He, he, he... – zaśmiała się szeptucha. – Takie chcenia tutaj przyniosłaś, a karmelki tylko masz i pieniądze? Daj, daj gorzałkę... Na początek wystarczy do złego...

Wyciągnięta dłoń zacisnęła się na butelce. Stara uderzyła szyjką zakorkowanej butelki o ścianę, strzepnęła szkło, nie bacząc na skaleczenie, jakie pojawiło się na jej ręce, i upiła potężny łyk.

– Krew szeptuchy dobrze będzie, dobrze będzie... – mówiła, a czerwone krople skapywały do ognia. – I twoja też musi, musi, bo czary lubią krew... Chodź tu, chodź, gołąbeczko...

Natka podeszła do staruchy i zamknęła oczy. Poczuła suchą, sękatą rękę na przedramieniu i ból rozciętej skóry.

– Co ty gotowa poświęcić, żeby dzieciuk inszy był niż wszystkie, a? – spytała stara ostrym tonem. Szarpnęła Natkę za skaleczoną rękę i złapała za brzuch.

– Wszystko... – wyszeptała dziewczyna. – Jak ono będzie cudowne, to nas Jan nie opuści...

– Jego gotowaś poświęcić? – Szeptucha zmrużyła zdrowe oko. Wciąż trzymała dziewczynę w żelaznym uścisku.

– Nie, nie, jego nie... – Szarpnęła się Natka, a dziecko niespokojnie poruszyło się w jej łonie. – Ja bym za niego życie oddała...

– Niech i tak będzie, że jego nie poświęcisz... – Białe oko błysnęło, a ręka dorzuciła do ognia szarego pyłu. Stara puściła Natkę i odchyliła głowę do tyłu. Zaczęła śpiewać jakąś dziwną pieśń bez słów, kołysząc się w przód i w tył.

– Ja tu mam... – wyznała dziewczyna wstydliwie, przerywając śpiewanie – ...włos z głowy tamtej i jej rękawiczkę...

– Dawaj, dawaj! – Stara drżała na całym ciele. – Wrzucaj, na ofiarę dla ognia... Ogień lubi spopielić, upodlić, schować, oczyścić lubi i skazać, ukarać lubi ogień, oj, lubi...

Płomień syczał złowieszczo, a staruszka tańczyła wokoło niczym upiorna westalka. Nagle palenisko gwałtownie zgasło, jakby je podmuch wiatru ugasił, a szeptucha znieruchomiała. Natka nie śmiała się odezwać. Płomień lampki był coraz słabszy i dziewczyna bała się, że lada moment i on zgaśnie. Na szczęście staruszka zamrugała powiekami, wyprężyła się jak struna, a potem zwiotczała, jakby nagle usunięto z niej wszystkie kości.

– Zamknij ślepia! – rozkazała Natce, a ta posłusznie wypełniła polecenie.

Kiedy Iwasia znów pozwoliła jej patrzeć, Natka spostrzegła pięć małych woreczków, które stara trzymała w wyciągniętych rękach.

– Naści – powiedziała z zadowoleniem. – Masz, czegoś chciała... Ten dla twojego dzieciuka, ten dla jej dzieciuka, dla ciebie, dla niej, dla niego – mówiła szybko, dziobiąc paluchem poszczególne woreczki. – Zaparzysz w deszczówce i kilka kropel na język dasz w czasie nowiu. Nie pomyl! – Pogroziła palcem.

Natka starannie posegregowała dary i zaczęła dziękować, zapewniając, że nic nie pomyli i na pewno wszystko się uda.

– Oj, stara ja jestem, stara, alem takiej spadającej gwiazdy nie widziała – mruknęła. – I popiół z pająka zrobi swoje, dzieciuk wyjątkowy będzie, oj, będzie. Iwasia patrzeć na to będzie, ale krótko, krótko, bo Iwasia w podróż się wybiera. Dawaj te karmelki, pieniędzy nie trzeba – mówiła jak katarynka, a Natka trzęsącymi się rękoma wysupłała torebkę karmelków spod spódnic. Stara złapała woreczek, a potem zamierzyła się na Natkę, jakby chciała ją uderzyć. Dziewczyna cofnęła się przerażona.

– Won, szatanie! Żebyś sczezł! – wrzasnęła, a przerażona Natalka odwróciła się i tak szybko, jak tylko mogła, pobiegła przez las do domu.

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ I

Natalka nie była pierwszą, z którą pozwalał sobie pan hrabia Jan Księgopolski, ale miała nadzieję, że ona będzie tą ostatnią. Jan Jaśniepan, jak go nazywała w chwilach uniesienia, może i był do niej przywiązany, ale nie na tyle, żeby porzucić swoją żonę hrabinę i związać się z niepiśmienną dziewczyną. Jak to jednak zwykle bywa, Natka widziała tę sprawę z własnej, zgoła odmiennej perspektywy. Na próżno kładła jej do głowy stara Bytowa, że takie młode dziewczęta nie powinny wierzyć panom, którzy to panowie nic im do zaoferowania nie mają. Jedynie łzy i wstyd. Na nic się zdały przekonywania, że pan Jan chociaż nie korzystał z praw oficjalnych, takich jak prawo pierwszej nocy, to ochoczo dysponował siłą i władzą, jakie dawał mu tytuł właściciela majątku i pana na Kodorowie. Przed Natką kontemplował surowe wdzięki Bożenki, płochość Hanki i prostotę Kaśki. Na Natce słuszne argumenty nie robiły najmniejszego wrażenia. Nadal wierzyła w swoją moc oddziaływania na hrabiego. Co gorsza, wierzyła, że hrabia ją kocha. Zanim zasnęła w małym pokoiku przy kuchni, wyobrażała sobie, że jest wielką panią i kiedyś u boku swojego Jana zawojuje świat.

Przed snem lubiła sobie przypominać początki ich znajomości. Służyła w kuchni jako pomoc i pomywaczka, nie podawała do pańskiego stołu, rzadko wychodziła i właściwie nie było szans, żeby hrabia ją zauważył. Jan Księgopolski jednak zagościł w fantazjach dziewczyny na tyle mocno, że to ona zapragnęła znaleźć się w zasięgu hrabiowskiego wzroku i swego dopięła. Hrabia zobaczył ją którejś niedzieli, kiedy szła do kościoła wystrojona w świąteczne ubranie, z kolorowymi wstążkami we włosach. Jedno uważne spojrzenie i uśmiech błąkający się po jej twarzy sprawiły, że hrabia osobiście przyszedł do kuchni wieczorem w poszukiwaniu kakao dla małżonki. Główna kucharka we dworze, opiekunka Natki, Emilia Bytowa, miała już iść spać i poganiała ją, żeby kończyła szorowanie kuchennych desek. Osobista wizyta hrabiego i przekazana bezpośrednio z jego ust prośba wprawiły Bytową w tak silną konfuzję, że nie zrozumiała słów i poleciła Natce, żeby ta poszła po kawę.

– Nie po kawę, droga ciotko – odrzekła Natka, starając się nadać swojemu głosowi słodycz i zerkając na hrabiego spod ciemnych rzęs. – Pan hrabia ma ochotę na kakao.

– To dla małżonki – sprostował pan Jan.

– Jaśnie pan idzie do siebie, my tu zara kakała naparzymy – Bytowa otarła czoło ze zdenerwowania – i przyniesiem do jaśnie pani pokojów. Znaczy się, obudzim dziewczynę i ona tego... przyniesie – zakończyła nieszczęśliwa, że musi z takim panem się męczyć zamiast pójść już i nogi opuchnięte położyć, różaniec wcześniej odmówić w podzięce, że kapłon taki udany był dziś na obiad i wszyscy chwalili.

– Jeśli pozwolicie – hrabia Jan zerknął na krzesło przykryte białą lnianą ściereczką – to ja tu poczekam i osobiście kakao małżonce zaniosę.

I usiadł, rozglądając się ciekawie po kuchni. To była pierwsza wizyta hrabiego Jana Księgopolskiego w kuchni swojego własnego domu. Prawdopodobnie pierwsza wizyta w jakiejkolwiek kuchni, dlatego dyskretnie podziwiał naczynia kuchenne wiszące pod sufitem na sznurkach, kuchnię prawie wyszorowaną do czysta, kamienny zlew, w którym w zimnej wodzie stały garnki z resztkami z pańskiego stołu starannie przykryte ściereczkami, wreszcie wielki kredens, z półkami uginającymi się od przetworów na zimę. Natka, której czoło także pokryło się perlistym potem podniecenia, bez słowa podała Bytowej puszkę z proszkiem sprowadzonym z dalekich krajów i zaczęła palić w wygasłym już piecu.

Bytowa, na co dzień zręczna, świetna kucharka, której talent kulinarny i, co tu dużo mówić, fantazja w gotowaniu sprawiały, że sąsiednie majątki wielokrotnie chciały ją podkupić, w towarzystwie jaśnie pana Jana czuła się, jakby kto ją rozebrał i oglądał na targu. Wszystko jej z rąk leciało, o mało nie upuściła puszki z drogocenną zawartością, a na domiar wszystkiego zapomniała, że pani lubi, jak jej zrobić kakao na wodzie z odrobiną mleka i dużą ilością cukru. Zwykle o sprawach związanych z gotowaniem dla państwa rozmawiała z Barbarą Kodorowską, zubożałą szlachcianką i daleką krewną hrabiny, która w Kodorowie pełniła rolę zarządzającej domem. To ona decydowała, co Bytowa ma ugotować i na ile osób, wydzielała pieniądze na zakupy albo szła z nią na targ. To pani Kodorowska przychodziła, jeśli komuś z państwa zachciało się jedzenia czy picia poza godzinami, kiedy podawano do obiadu czy kolacji. Na panią Kodorowską można było spojrzeć krzywo, jeśli przychodziła w środku nocy i żądała świeżo zaparzonej herbaty, mleka czy ciasteczek. Na panią Kodorowską można było nawet ponarzekać, i to w jej obecności, żeby sobie ulżyć w ciężkiej doli. Bytowa lubiła ją i szanowała. Nawet w nocy wstawała, kiedy słyszała dzwonek uczepiony u wstążki. Wiedziała bowiem, że pierwsza musiała zawsze wstać pani Kodorowska, wysłuchać poleceń hrabiny i dopiero potem budziła Bytową. Poza tym Barbara Kodorowska nigdy się nie wywyższała, służbę traktowała stanowczo, ale z szacunkiem, sama ciężko pracowała. Zdarzało się też, że osobiście schodziła do kuchni i przynosiła co trzeba, nie budziła Bytowej, jeśli nie było absolutnej konieczności. Emilia wiedziała o tym i wzmagało to jej szacunek i sympatię.

Natka obserwowała swoją opiekunkę i było jej kobiety żal. Pan hrabia siedział w kuchni i nic nie mówił, one uwijały się, jakby nie jedno kakao miały zrobić, a cały obiad z pięciu dań. Wreszcie, kiedy bańka z mlekiem zachybotała się niebezpiecznie i mało co nie lunęło na świeżo wyczyszczoną podłogę, Natka odsunęła delikatnie Bytową, odwróciła się i pochyliwszy nieco głowę w geście pełnym szacunku, powiedziała do hrabiego:

– Jaśnie pan zechce wybaczyć ciotce, zmęczona... Ja sama dokończę...

Jaśnie pan kiwnął głową, a Bytowa z ulgą opuściła pomieszczenie, udając się do ich wspólnego pokoiku, żegnana serdecznym „Dobranoc, ciotce”. Tego dnia oprócz kilku skromnych spojrzeń ze strony Natki i dwóch przenikliwych spojrzeń hrabiego do niczego między nimi nie doszło. Natka skończyła robić napój i spytała grzecznie, czy zanieść jaśnie pani, a hrabia powtórzył, że sam to zrobi. Podziękował jej krótko, wziął podaną tacę z filiżanką, docenił to, że kakao zostało podane na pięknej serwetce, obok postawiono miniaturowy talerzyk z kandyzowaną wisienką i niewielką szklaneczkę czystej wody. Przyznał, że dziewczyna ma styl, i chwiejnym krokiem poszedł stromymi schodami na górę. Ona spokojnie dokończyła sprzątanie, porządkując wszystko i mając niejaką nadzieję, że hrabia wróci pod jakimkolwiek pretekstem, ale ponieważ nie wrócił, poszła do pokoiku, gdzie rozebrała się szybko i położyła, ledwie ochlapawszy twarz wodą z miednicy, naciągnęła derkę na głowę i ignorując senne pytania Bytowej, zaczęła marzyć o Janie Księgopolskim.

Jej marzenia ziściły się bardzo szybko, bo już kolejnej niedzieli. W drodze do kościoła minęła hrabiowski powóz i utkwiła w nim już nie tak skromne spojrzenie. A jaśnie pan, który był tak dostojny, że mógłby być samym królem, i tak bogaty, że mógłby mieszkać w pałacu, odwrócił głowę i przeszył takim wzrokiem Natkę, że ta aż zapłonęła. Przy obiedzie i kolacji wszystko z rąk jej leciało, mleko postawiła przy piecu, aż się zwarzyło, a do groszku sypnęła tyle soli, że Bytowa musiała go płukać, narzekając, że nie będzie smaczny i jeszcze z tego powodu państwo ją odeślą.

Po kolacji, rozgorączkowana jak nigdy wcześniej, wymknęła się na spacer do pobliskiego lasu, żeby nieco ochłonąć i pomyśleć, jaki kolejny krok uczynić. Szła bosa, ostrożnie stąpając, kiedy usłyszała cichy gwizd. Najwyraźniej ktoś naśladował śpiew wabiący zięby. Natka była pewna, że to nie zięba śpiewa, tylko ktoś ją udaje, i to niezbyt dobrze. Miała niejasne podejrzenia podszyte ciekawością, dlatego z bijącym sercem poszła w kierunku odgłosu. Nie myliła się. Na skraju lasu stał Jan hrabia Księgopolski w stroju spacerowym, piękny i dostojny jak nigdy, spowity w księżycową poświatę. Nie proponował jej żadnych spacerów, nie zawracał sobie głowy pytaniami ani rozmową. Musiało jej wystarczać:

– Widziałem, jak idziesz skrajem lasu niby rusałka leśna...

Natka była zachwycona. Nikt nigdy nie nazwał jej rusałką leśną, nikt nawet nie zasugerował, że ona mogłaby być postacią z bajki. Po raz pierwszy jednak tak właśnie się poczuła i pomyślała, że skoro może być rusałką leśną, to równie dobrze i królewną, i królową, i nawet władczynią całego świata, właśnie u boku Jana. Hrabia aż trząsł się z pożądania, u Natki zaś zaczynało się ciężkie zakochanie od pierwszego wejrzenia z widokiem na miłość aż po grób.

Tymczasem hrabia nie był żądny uniesień, tylko czystej krwi. Najpierw utoczył ją z wargi Natki, w którą wpił się niczym wampir. Zabrakło jej tchu, kiedy przyciągnął ją do siebie i poczuła w ustach dwa smaki – doprawiony tytoniem i alkoholem smak mężczyzny oraz własnej krwi. Potem krew popłynęła jej spomiędzy nóg, kiedy już leżała na mchu i coś twardego wbiło się w nią z boleścią tak dużą, że aż krzyknęła. To ostudziło nieco zapały Jana, który szybko zasłonił jej ręką zranioną wargę i dalej wbijał w nią to coś, co przeszywało jej ciało jak sztylet. Po kilku bolesnych ruchach hrabiego, podczas których skupiała się, żeby nie krzyczeć, do świadomości Natki przebiło się coś dziwnego – przyjemność. Bolało, a jednocześnie jej ciało chciało tego bólu. Już nie była taka niechętna i spięta, przeciwnie – jej skóra aż parzyła od dotknięć hrabiego, mięśnie naprężały się pod jego ciężarem, a ta część ciała między nogami, o której nigdy nie można było porozmawiać z Bytową, pragnęła tej maczugi, która panoszyła się w niej, jakby chciała przebić się przez brzuch i wyjść gardłem. Nagle coś takiego ogarnęło Natkę, że myślała, że skóra jej się pali, a ciało zaczyna żyć własnym życiem, na które ona sama nie ma żadnego wpływu. Jej piersi stanęły sztorcem, a ból zamienił się w jeszcze słodsze doznanie, którego nie umiała nazwać inaczej jak oczekiwaniem, napięciem i miłością. Coś w niej wybuchło, żeby pozbawić ją na moment tchu i siły.

W tym samym czasie podobne odczucia miał hrabia Jan. Było mu przyjemnie, że Natka jest dziewicą, ponieważ lubił takowe. Nie lubił tylko, jak leżały jak kłody, okazując strach i poddaństwo. Prawdę mówiąc, większość z nich tak się zachowywała. Ta dziewczyna była jednak zupełnie inna i Jan postanowił, że zwiąże się z nią na tak długo, póki jej czarne oczy i zdrowe ciało będą przyprawiać go o gorączkę i zmuszać do szukania pretekstów, aby wymykać się po kolacji i kochać z nią na mchu.

Natka również uznała za oczywiste, że po tym pierwszym spotkaniu będą następne. Co dzień czekała na hrabiego w tym samym czasie i miejscu, a kiedy przychodził, pozwalała, żeby łapał ją mocno za piersi, potem przyciągał do siebie i spijał krew z jej ust. Z dołu krew poleciała jej tylko za pierwszym razem, podobnie ból pojawił się tylko przy tamtym spotkaniu. Kolejne zbliżenia były za to pełne tej cudownej gorączki, która pełzała od piersi, przez brzuch, zalewając jej ręce i nogi, aż wreszcie uwalniając się między nogami niczym kipiące mleko. Hrabia powtarzał rytuał co noc, a ona obserwowała, jak jego twarz robi się najpierw napięta, potem zupełnie bezbronna jak u małego dziecka. Lubiła na niego patrzeć, chociaż nie zaprotestowała, kiedy za którymś razem odwrócił ją na brzuch i w świetle księżyca gryzł w nagie, wypięte pośladki. To też jej się podobało, podobnie jak uderzenie, które wymierzył jej w tę część ciała szpicrutą. Potem muskał wargami palącą bólem skórę, a wybuch, jaki w niej nastąpił, był równie silny jak wtedy, kiedy się w niej poruszał.

Natka nie była głupia i zrozumiała, czego tak naprawdę pragnie hrabia – mianowicie odmiany. Postanowiła zatem mu jej dostarczyć. Zaczęła od tego, że pozwalała mu podziwiać swoje krągłości w świetle księżyca, uderzać w nie ręką albo pejczem i łkała cicho, kiedy hrabia przepraszał ją i całował bolące miejsca. Potem poszła o krok dalej i przejęła inicjatywę, popychając Jana na mech i sama sadowiąc się na wysuniętym hrabiowskim członku. Takie górowanie nad swoim panem dało jej jeszcze większą przyjemność, a Jan wydawał się tak bardzo zadowolony, że po pierwszej jeździe chciał, żeby dosiadała go raz za razem. Kiedy i to im spowszedniało, zdecydowała się zmienić miejsce schadzek na nieco ryzykowne i zaprowadziła hrabiego nad rzekę Utratę. Obawa, że ktoś ich zobaczy, jak pluskają się radośnie w świetle księżyca, była niewielka, ale na tyle realna, żeby rozkosz cielesną podszyć lękiem, który dodatkowo ich podniecał. Poza tym było coś jeszcze. Zaczęli spotykać się późną wiosną, rozkwitającym latem baraszkowali na mchu, a nad rzekę zaczęli przychodzić u jego schyłku. Zimna woda wyzwalała w niej kolejne nieznane doznania. Skóra szczypała ją z zimna i hrabia musiał poruszać się w niej dłużej i mocniej, żeby ogarnął ją płomień, a on znów był zadowolony.

Nad rzeką nastąpiło także pewnego rodzaju zbliżenie duchowe między nimi. W lesie dominowała miłość cielesna, a dialogi ograniczone były do monosylab i jęków rozkoszy. Natka bała się przy Janie odezwać, uznając, że samymi uśmiechami łatwiej go przyciągnie niż swoimi zapewnieniami. Kiedyś, zanim poznała Jana, próbowała rozmawiać z drugą podkuchenną Kaśką na te tematy i stwierdziła, że nazywanie pewnych spraw po imieniu odbiera im urok i tajemniczość. Poza tym nie lubiła swojego głosu, który był niski i chropawy. Atrakcyjna dla mężczyzny kobieta powinna przecież mieć słodki i miły głos, a nie gruchać jak gołąb, choćby tak określano miłość dwojga ludzi – jako gruchanie pary gołąbków. Własne gruchanie uważała za ułomność i obawiała się, że przy otwarciu buzi do celów innych niż ssanie, lizanie czy gryzienie cały czar pryśnie. Tyle że nad rzeką Utratą hrabia, siedząc nago w księżycowym blasku, spojrzał na nią z uśmiechem i powiedział:

– Pokaż no się, moja piękna...

A ona wstała, zebrała czarne, mokre włosy, zakręciła i wyżęła jak praną bieliznę. Potem wyprostowała się i podeszła do hrabiego, siadając mu na kolanach i szepnęła w ucho:

– Cała twoja...

Myślała, że pod pupą poczuje twardniejącą hrabiowską męskość, ale Janowi zebrało się tego dnia na rozmowę.

– Skąd ty się tu u nas wzięłaś? – spytał.

Natka odpowiedziała, starając się nadać swojemu głosowi aksamitne brzmienie:

– Zostałam sierotą i Bytowa uprosiła panią Kodorowską, żeby mnie sprowadzić. Moja matka była cioteczną siostrą ciotki Emilii.

– Aha. – Popatrzył na nią poważnie. – A długo tu jesteś?

– Ostatniego lata przyjechałam – powiedziała.

– Dobrze ci u nas? – pytał dalej.

Parsknęła śmiechem. Jak on mógł zadać takie pytanie? Przecież codziennie go miała na całe wieczory i połowę nocy tylko dla siebie, na wyłączność. Jak jej mogło nie być dobrze? Zaraz jednak stłumiła śmiech i powiedziała rozmarzonym głosem:

– Bardzo mi tu dobrze...

– To dobrze, że dobrze – skwitował Jan. – A może chcesz przejść na pokoje albo w ogóle czegoś chcesz?

Zastanowiła się na tym pytaniem.

– Chcesz, żebym podawała do obiadu albo usługiwała jaśnie pani?

Przemówiła do kochanka per „ty”, uznając, że skoro widziała go nago i ujeżdżała jak ogiera, to ma prawo zwracać się do niego po imieniu.

– Właściwie nie zastanowiłem się dobrze nad tym pytaniem – odrzekł z namysłem. – Rozumiem, że dobrze jest, jak jest, ale gdybyś zmieniła zdanie, powiedz.

Pokiwała głową i przytuliła się do niego. Sięgnęła po sutek Jana okolony różową obwódką, delikatną jak u kobiety, i ścisnęła lekko, wiedząc, że to lubi. Jęknął cicho. Już sięgała do drugiego sutka, żeby była sprawiedliwość i pieszczoty rozdzielone były po równo, kiedy Jan złapał ją za przegub i odsunął rękę.

– Dosyć na dzisiaj – powiedział, ściskając jej pośladki. – Jutro rano jadę w interesach do Warszawy i muszę się wyspać.

Zabrała posłusznie ręce.

– Weźmiesz mnie kiedy ze sobą? – spytała.

Teraz on parsknął śmiechem, ale natychmiast się opanował i pogładził ją po mokrych włosach.

– Umiesz czytać? – spytał z ciekawością w głosie.

Skonfundowała się, ale zaraz podniosła głowę wysoko. W końcu nie było się czego wstydzić.

– Nie czytam – rzuciła od niechcenia. – Umiem się podpisać.

Popatrzył jakoś tak szczególnie, jakby litościwie, i po raz pierwszy pocałował ją w czoło, nie w usta. Nie podobało jej się to, bo nie chciała litości, więc ugryzła go lekko w ucho. Już nigdy o takie rzeczy nie zapytał.

Nastała jesień i schadzki nad Utratą i na mchu siłą rzeczy musiały się skończyć. Zimna woda już nie wywoływała rozkoszy, tylko ciarki na całym ciele, poza tym często księżyc był zakryty chmurami i nic nie było widać. Bała się, że cudowny czas bliskości się skończy, ale okazało się, że Jan nie zamierza jej porzucić przy pierwszych chłodach. Któregoś dnia, kiedy kuliła się otulona w chustę, czekając na niego, kichnęła potężnie, a on nadszedł i zaklął pod nosem, widząc ją taką zmarzniętą.

– Chodź! – Pociągnął ją za sobą.

Szli dłuższy czas lasem, aż stanęli przed domkiem myśliwskim. Zabolały ją nogi, obute w cienkie trzewiki, ale wspólny milczący spacer dał jej niejasne poczucie, że ich znajomość przybiera jeszcze inny kształt. Domek oszołomił Natkę swoim wnętrzem. Dotychczas widziała go jedynie z daleka, nie czuła potrzeby podchodzenia i oglądania, zresztą co tu było oglądać, zwykła chata z bali. Jan napalił w kominku i zmarznięta Natka powoli tajała w blasku ognia, rozglądając się ciekawie. Wyposażenie chatki było raczej skromne, ale jej wydawało się wspaniałe. Na ścianach wisiały rzędami kły zwierząt, poroża jeleni, nawet cała głowa dzika. Na szerokiej otomanie leżały skóry rysi, a podłogę pokrywały zamsze saren. Na honorowym miejscu, przed kominkiem leżała skóra niedźwiedzia. Natka położyła się na niej, wdzięcznie składając głowę na łbie zwierzęcia.

– Sam upolowałeś? – spytała.

– Dużo z tych zwierząt tak, sam. – Uśmiechnął się do niej. – Ale niedźwiedzia upolował kto inny...

– Myślałam, że ty sam – szepnęła Natka, patrząc na ukochanego z uwielbieniem. – Widzę, jak się zasadzasz na tego miśka i... bam go między oczy...

– Tak było, tylko to nie byłem ja. – Hrabia dokładał drew do kominka. „Będą widzieli dym – uprzytomnił sobie – i domyślą się, że kogoś tu sprowadziłem”.

Natka, rozparta na niedźwiedziej skórze, zwlekała z rozbieraniem się, licząc na to, że jeszcze chwilę będzie mogła ogrzewać się przy ogniu, a mokre od śniegu odzienie przeschnie, zanim ogrzeją ją pocałunki hrabiego. Trzęsła się z zimna i jakoś słabo się czuła. Natka była mocna, zdrowa i nie chorowała, nawet w dzieciństwie, ale wieczorne kąpiele w zimnej wodzie mogły zrobić swoje i sprowadzić na nią choróbsko. „Trzeba będzie ciotkę poprosić, żeby jakich ziół mi dała, bo muszę być zdrowa dla mojego Jana” – pomyślała.

– Przyniosę coś mocniejszego – rzucił hrabia, patrząc na wypieki na jej policzkach, i poszedł do sąsiedniego pomieszczenia w poszukiwaniu destylatu, który zostawił jeden z jego towarzyszy od polowania.

Kiedy wrócił, Natka twardo spała, a on po namyśle nie zdecydował się jej obudzić. Widocznie los tak chciał, bo gdyby to zrobił, dostrzegłby, że ciało dziewczyny odsłaniane ostatnimi czasy jedynie po ciemku i niedokładnie oglądane, zaokrągliło się znacznie. A tak, przykrył ją tylko drugą skórą i postanowił chwilę się ogrzać, zanim uda się do domu na spoczynek. Tyle że i on zasnął na otomanie przykryty grubym wełnianym kocem i zbudził się, kiedy już świtało.

– A niech to! – zaklął i zaczął szarpać smacznie śpiącą Natkę. – Wstawaj, panna! Wstawaj!

Natka otworzyła oczy i nie poznając otoczenia, przeraziła się, widząc skrzywione ze złości oblicze ukochanego.

– Pewnie mnie szukają – burknął. – A niech to jasny gwint! Do stu diabłów!

Nieco przestraszona wstała posłusznie i odrzuciła skórę, którą była przykryta. Hrabia sprawdził, czy kominek całkiem wygasł, a potem wyprowadził ją do lasu, gdzie wskazał dróżkę wiodącą na tyły domostwa. Zrozumiała, że mają się rozdzielić, skinęła więc głową, nawet nie próbując skraść choćby całusa czy przylgnąć ciałem do jego ciała, i szybko pobiegła do swojego pokoju, licząc, że Bytowa wciąż śpi.

Kucharka jednak nie spała, leżała, licząc barany i umierając z niepokoju o swoją lekkomyślną podopieczną. Bytowa była życiowa, niegłupia i od pierwszego spaceru Natki wiedziała, co się święci. Zajmowała się gotowaniem we dworach od lat, niejednego jaśnie pana znała, a poza tym miała trochę wiosen na karku i wiedziała, na czym życie polega. Nic Natce nie mówiła, bo przecież w hrabiowskie amory nie mogła się wtrącać, ale liczyła na to, że jaśnie pan szybko dziewczynę rzuci, jak to robił z innymi młodymi z dworu albo wioski. Zmartwiła się więc, kiedy Natka przez całe lato i pół jesieni dzień w dzień, a właściwie noc w noc biegała gdzieś po kolacji.

Bytowa też kiedyś była młoda. Co więcej, los ofiarował jej krótkie, ale bardzo dobre życie z Bytem, który ogromnie ją kochał i szanował. Bytowa doświadczyła zarówno rozkoszy cielesnych, jak i duchowych, ale po bożemu, to znaczy najpierw się z Bytem w sobie zakochali, potem pobrali, a następnie nastąpiły harce w łóżku. Tylko dzieci nie mieli, bo Bóg nie pobłogosławił, nie wiadomo czemu, chociaż oboje błagali przed niejednym cudownym obrazem. Do Częstochowy to nawet pieszo poszli. Taki świat drogi, żeby Najświętsza Panienka dzieciątko im zesłała, ale widać Stwórca miał wobec niej inne plany. Dziecka nie było, a Byt w szóstym roku małżeństwa skaleczył się o bronę. W nogę wdało się zakażenie i chociaż był z niego chłop jak dąb, w gorączce i męczarniach w dwie niedziele do Stwórcy się zawinął. Bytowa długo i głośno go opłakiwała. Pogniewała się nawet z tej przyczyny na Pana Boga, bo jakże to tak mógł zrobić, żeby jej ukochanego męża zabrać. Mało miał tam ludzi wkoło siebie, lepszych i ważniejszych niż Byt? Baby ze wsi jednak wybiły jej z głowy takie gniewanie się, bo przecież jeszcze bez Boga co gorszego mogło ją spotkać, i Bytowa po jakimś czasie wróciła na łono Kościoła. Ksiądz nie dał wielkiej pokuty, oddychając z ulgą, że owieczka posłusznie do stada wróciła, i życie potoczyło się dalej. Tyle że Bytowa nigdy już za mąż nie wyszła, a i nawet za żadnym chłopem się nie obejrzała, chociaż wdowców trochę w Kodorowie było, i z dziećmi, i wnukami, które mogła kochać jak swoje. Na stare lata Bóg się ulitował i zesłał jej Natkę, która była dobra, pracowita, silna, roboty się nie bała i nie migała od niej jak inne. Poza tym widać było, że sierota i matki potrzebuje, bo zaraz do Bytowej przylgnęła i słuchała się jej we wszystkim. Zanim ten jaśnie pan jej nie wypatrzył, to i za chłopakami się nie oglądała, chociaż w szesnastej wiośnie życia była bardziej wyrośnięta niż inne dwudziestolatki i niejeden do niej cholewki by smalił.

Wszystko się zmieniło od tamtego wieczoru, w którym hrabia zajrzał do kuchni. Bytowa chociaż do państwa miała stosunek nabożny, bo to przecież jakby królowie byli, najchętniej by panu hrabiemu łeb ukręciła. Pobawi się taki wiejską dziewuchą, a potem, wiadomo, do swojej bladej hrabiny wróci, a tamta porzucona ryczeć będzie jak cielę, co na rzeź idzie. A i to było najlepsze, co z takiego kochania przyjść mogło. Bytowa nawet myśleć nie chciała, co taki hrabia mógł zrobić z dziewczyną, kiedy by mu się znudziła. Mógłby ją gdzieś odprawić, żeby sumienie go nie gryzło, albo nawet o coś oskarżyć, żeby do więzienia poszła i w oczy nie kłuła swoim widokiem. Znała taki jeden przypadek z czasów swojej młodości. Zakochała się taka jedna w swoim panu. Panu szybko przeszły amory, a dziewczynie nie. Tak mu się napraszała, że w końcu policję wezwał, powiedział, że srebra z jego domu ukradła, i policmajstrzy do więzienia ją zabrali, bo te srebra pod jej siennikiem się znalazły. Tacy właśnie są panowie i pan Jan, żeby nie wiem jaki był miły i grzeczny dla służby, na pewno koniec końców okaże się taki sam.

Kiedy usłyszała cichutkie stąpanie Natki, zerwała się z łóżka i nie wiedziała, czy ma dziewczynę bić po pustej głowie, czy do piersi przytulać, bo i to, że się coś złego stało, przemknęło jej przez myśl. Patrząc jednak na jej twarz pełną uniesienia i oczy wyrażające szczery żal, wybrała to drugie i przygarnęła Natkę do serca.

– Dziecko drogie – wyszeptała – czyś ty z nim znów była?

Natka pokiwała głową i hardo spojrzała na Bytową.

– Ja go kocham, ciotko – powiedziała twardo.

– Ale to jest pan – łagodnie przemówiła Bytowa. – A taki to tylko skrzywdzić cię może...

– Nie – zaprzeczyła. – On za mną by w ogień poszedł.

Bytowa powątpiewała w taki obrót spraw, ale postanowiła z Natką obchodzić się delikatnie.

– Natalka, dziecko... – Pogłaskała ją po twarzy. – Ty go miłujesz pewnie szczerze, ale on...

Dziewczyna zacisnęła usta.

– Niech mi ciotka da się położyć, bo trochę niezdrowa jestem.

I nagle bez żadnego ostrzeżenia Natka zwymiotowała prosto na wykrochmaloną koszulę nocną Bytowej. Emilia Bytowa trwała chwilę w zdumieniu, a potem zamiast pytać, czy dziewczynie coś nie zaszkodziło, złapała ją jedną ręką za pierś, drugą przystawiła do brzucha i solidnie ją obmacała.

– No, pięknie... – Klapnęła na łóżko, ignorując wymiociny na swojej koszuli i ohydny smród, który spowodował nowe mdłości u Natki.

Podopieczna wymiotowała raz za razem do nocnika, a Bytowa załamana siedziała na posłaniu i nie wiedziała, co ma robić. Własna niepłodność przysłoniła jej nieco ogląd sytuacji. Nie pomyślała o tym, że Natka może w wyniku swoich nocnych spacerów zaciążyć.

– Od kiedy tobie, kochana, z dołu, nie ten, tego?... – spytała, trzymając się za serce.

Natka zdumiona swoim stanem zdrowotnym i jeszcze bardziej reakcją opiekunki nie zrozumiała jej słów. W dodatku znów naszła ją fala mdłości.

– Co za czort? – mruknęła.

– To dzieciak, nie czort – wybuchnęła Bytowa. – Dlatego mi tu mów jak na świętej spowiedzi, od kiedy ty nie masz trudnych dni?

Natka usiadła na swoim łóżku i przetarła twarz odrobiną wody z miednicy.

– Niech ciotka to zdejmie, bo ja znów rzygnę – ostrzegła, pokazując ubrudzoną koszulę. – Nie wiem, o co ciotce chodzi...

Bytowa wyszła z pokoiku, żeby zrobić ze sobą jaki taki porządek, a Natka zastanowiła się nad jej słowami. Była niewyspana, rozczarowana, że po raz pierwszy od długiego czasu do niczego między nimi nie doszło, i co najważniejsze – czuła się chora. W głowie miała jedno pytanie – jak pójdzie na wieczorne spotkanie z hrabią, jeśli dalej będzie miała takie skurcze w żołądku? Drzwi klapnęły i wróciła Bytowa z upraną, mokrą koszulą, w zwykłym, roboczym stroju.

– Ja bym chętnie ciotce powiedziała – Natka rzuciła obronnym tonem – tylko nie wiem, o co ciotka pyta...

– Pytam, od kiedy tobie krew nie leci... Tam, no... z dołu...

– Aaa! – dotarło do dziewczyny, tylko nie rozumiała celowości pytania. Była nawet zadowolona, że uciążliwe dni, podczas których spomiędzy nóg wyciekała jej brunatna krew, już nie występują. Nie musiała nosić dziwacznych konstrukcji między nogami i martwić się, żeby hrabia się nie zorientował, że ma taką przypadłość.

– Jakoś tak ze trzy nowie... – odpowiedziała. Czuła się już znacznie lepiej. – Co ciotka mówiła?

– Mówiłam, że hrabiowskiego bękarta urodzisz – wysapała Bytowa i poszła do pracy, bo już trzeba było pod kuchnią rozpalać i śniadanie zaczynać. Poza tym musiała pomyśleć, co dalej robić z tym fantem.

Do Natki sprawa jej stanu odmiennego docierała powoli. Nie bardzo umiała sobie wyobrazić, co właściwie się stało i co z nią teraz będzie. Po drugie ufnie uznała, że cokolwiek to oznacza, raczej zbliży ją do Jana, niż oddali. Oczyma duszy widziała, jak jej ukochany przenosi ją na pokoje, otacza troską i miłością. Zwymiotowała jeszcze dwa razy, potem ogarnęła się, sprzątnęła pokój i wyniosła nocnik na zewnątrz. Przyniosła też wody i wyszorowała porządnie podłogę, chociaż marzyła o tym, żeby się położyć i zasnąć. W trakcie pracy najlepiej jednak jej się myślało, a należało zastanowić się co dalej. Chciała pobiec do Jana natychmiast i wyznać mu tę radosną wieść. Pożegnali się jednak nie bardzo tkliwie i obawiała się pokazać mu się na oczy. Poza tym jej wejście na pokoje, gdzie dotychczas nie próbowała nawet zajrzeć, mogło nie spodobać się jej ukochanemu. Zdecydowała się poczekać do wieczora i wyznać mu wszystko, leżąc na niedźwiedziej skórze. I nagle takie zmęczenie ją ogarnęło, że postanowiła jednak choć na chwilę się położyć, i zasnęła równie mocno jak przed kominkiem w domku myśliwskim. Bytowa, która przyszła wołać dziewczynę do pracy, spojrzała tylko na nieszczęsną i wróciła do kuchni. Sama ugotowała i sprzątnęła, a na pytające spojrzenia służby pokojowej powiedziała od niechcenia, że wysłała Natkę do innej pracy.

Kiedy w końcu dziewczyna się wyspała, nadszedł już wieczór i zanim Bytowa wróciła do pokoju po kolacji, Natka wymknęła się znów i pobiegła prosto do domku myśliwskiego, powtarzając sobie w myślach, co ma powiedzieć Janowi. Księżyc tym razem był odsłonięty i świecił poczciwie na Natkę, która w swoich uniesieniach czekała, siedząc na skamieniałym mchu i marznąc okropnie, mimo dwóch chust, które ze sobą wzięła. Po północy dała za wygraną i smętnie powlokła się z powrotem do pokoiku, przygotowując na to, że zniecierpliwiona Bytowa da jej niezły wycisk za to, że cały dzień spała zamiast pomagać. Bytowa jednak była smutna i współczująca.

– Gdzieś ty znów była? – spytała na widok Natki. – Licho cię niesie, nie wiadomo gdzie, kiedy trzeba jakieś postanowienia podjąć.

Natka mruknęła coś pod nosem, ale podeszła do ciotki, objęła ją w pasie i skłoniwszy głowę na jej ramieniu, załkała cicho. Płakała z żalu, że dziś jej ukochany nie przyszedł, żeby się z nią zobaczyć. Myślała, że jakieś przykrości miał przez to, że się wczoraj do domu spóźnił, i bała się, że jego niechęć skupiła się na niej. Bytowa zaś odebrała płacz dziewczyny zupełnie inaczej.

– Nie płacz, nie płacz... – Pogłaskała ją po głowie. – Jest taka jedna Tadeuszowa. Dawniej akuszerką była i zielarką. Słyszałam, że ona pomaga kłopotu się pozbyć. Jeszcze za późno nie jest, pójdziemy zaraz jutro świtem i...

Natka odskoczyła jak oparzona.

– Jakiego kłopotu się pozbyć?! – wrzasnęła.

– Bękarta, co go w brzuchu nosisz... – nieco zdumiona odpowiedziała Bytowa.

– Przenigdy! – wykrzyknęła Natka i rzuciła się na łóżko z płaczem.

– Co się narobiło – jęknęła Bytowa, kiedy zrozumiała, że jej głupia siostrzenica zamierza urodzić dziecko, które hrabia jej zrobił, ale jeszcze bardziej zmartwiła się, kiedy Natka wykrzyczała, że ona Janowi zaraz o tym powie i on znajdzie rozwiązanie.

– To nie jest żaden bękart! – krzyknęła jeszcze. – Tylko dziecko miłości!

– I może jeszcze we dworze zamieszkasz i razem z jaśnie panią będziecie sobie lulały do snu? – spytała Bytowa. – Bo pani też ciężarna i prawowitego potomka hrabiemu urodzi.

Natkę jakby piorun trafił. Dotychczas obecność jaśnie pani jakoś jej umykała. Wiedziała oczywiście o jej istnieniu, ale widziała ją zaledwie kilka razy, i to zanim zaczęła biegać za Janem, więc starała się o niej zapomnieć.

– Jak to pani ciężarna? – wydusiła. – Skąd ciotka wie?

– Od pani Kodorowskiej – wyjaśniła Bytowa. – Znaczy się ona mnie tego nie mówiła, ale pani nie jada ze wszystkimi posiłków, ciągle słabą herbatkę się parzy z kilkoma kropelkami mleczka i herbatniki specjalne dla niej piecze...

Natka nadal wyglądała jak rażona gromem.

– No i pokojowe plotą... – dodała Bytowa. – Że leży i wymiotuje bardzo, a przecież taka chudziutka jest i bledziutka. Podobno – zniżyła głos do szeptu – nasza pani to już próbowała panu potomka urodzić, niejeden raz, tylko że...

– Nie chcę tego wiedzieć – odparła stanowczo Natka. – Pójdę i rozmówię się z Janem...

– Z jaśnie panem – poprawiła ją Bytowa. To, że hrabia zrobił dziecko jej podopiecznej, nie pozwalało w oczach Bytowej na to, żeby Natka nazywała swojego pana po imieniu. – Nie rozmówisz się, bo wyjechał na dłużej.

– Jak to wyjechał? – jęknęła. – Nic przecież mi nie mówił...

Bytowa miała wypisane na twarzy, że hrabiowie nie zwierzają się ze swoich planów wiejskim dziewuchom.

– Zawsze o tej porze roku wyjeżdża w interesach do Warszawy. Nie będzie go kilka tygodni. Zwykle panią ze sobą bierze, ale że brzemienna i słaba, to tutaj została – wyjaśniła.

– Jest ciotka pewna? – spytała słabo Natka.

– Powóz widziałam wczoraj, kiedy spałaś. Dyspozycje dostałam, żeby tyle nie gotować. Pojechał...

Natka zastanowiła się chwilę. To by wyjaśniało, dlaczego nie przyszedł do niej, ale zupełnie nie rozumiała, czemu nic jej nie powiedział. Przecież skoro jaśnie pani nie pojechała, to ją, Natkę, mógł zabrać ze sobą. Chwilę rozważała, co dalej robić.

– To co tera będzie? – nie dawała za wygraną Bytowa.

– Normalnie będzie. Wróci – rzuciła Natka, nie wyjaśniając nic więcej.

ROZDZIAŁ II

Kierując się w stronę Warszawy, hrabia Jan Księgopolski myślał wyłącznie o interesach. Planował załatwić kilka bardzo ważnych spraw związanych z majątkiem, w czym, miał nadzieję, pomoże mu jego teść – również hrabia, Tadeusz Kodorowski, który nieraz okazał mu życzliwość i pomoc w kwestiach finansowych. Jan bardzo lubił swojego teścia, bardziej niż własnego ojca, który był tępym, ograniczonym człowiekiem, grał w karty i nie stronił od towarzystwa podejrzanych kobiet. W rzeczone karty przegrał większość majątku, a pozostałą część zadłużył ogromnie w wyniku złego zarządzania. W dodatku doprowadził do śmierci matkę Jana, którą syn wielbił nad życie, czego Jan nigdy mu nie wybaczył, odwracając się od niego nawet w godzinie śmierci. Matka Jana – Marynia – delikatna arystokratka, zgasła przedwcześnie powalona troską o kurczący się majątek i wstydem, jaki przynosił jej mąż utracjusz. Chodziły słuchy, że targnęła się na życie po tym, jak służąca przyprowadziła do jej domu bękarta i głośno zażądała zadośćuczynienia za swoje krzywdy. Jan nigdy w taką przyczynę jej śmierci nie wierzył. Pamiętał matkę jako istotę o wielkiej dobroci i nieziemskiej urodzie, która rozjaśniała się na widok jego albo jego starszego brata Stanisława i nigdy, ale to przenigdy nie zostawiłaby ich samych w tak młodym wieku. Nie z własnej woli. Z powodu takich pomówień wyzwał na pojedynek jednego oficera. Już pierwszym strzałem trafił kłamcę w ramię. Krew na śniegu i przeprosiny stanowiły wystarczającą zemstę, a fama o tym wydarzeniu zamknęła potencjalnym plotkarzom usta.

Po śmierci ojca Księgopolice dostały się jego starszemu bratu Stanisławowi, jemu samemu przypadły udziały w lasach i niewiele ziemi, o czym żal było nawet wspominać. Stanisław solidarnie chciał podzielić się z bratem albo wypłacić mu odszkodowanie, ale ten machnął ręką i powiedział, że nie chce mieszkać w tym majątku ani czerpać z niego jakichkolwiek profitów. Dom jednoznacznie kojarzył mu się z cierpieniem matki i własnym.

Stanisław, w przeciwieństwie do Jana, pragnął mieszkać w rodzinnym siole. Co więcej, pragnął, aby Księgopolice odzyskały dawną świetność. Trzeba mu też przyznać, że zabrał się do spłacania długów po ojcu systematycznie i z pomysłem. Zatrudnił dobrych doradców, świetnego zarządcę i po kilku latach Księgopolice nie miały już obciążeń hipotecznych, a po kolejnych zaczęły odzyskiwać dawny blask. Kolejnym krokiem Stanisława było znalezienie odpowiedniej dla siebie żony. Rozważał dokładnie, adorując różne panny, z posagiem mniejszym albo większym, ale zawsze z najlepszych rodzin, starannie wychowane. Wybrał, Jan musiał to przyznać, wspaniale. Bratowa, Anna ze Skolinowskich Księgopolska, była ucieleśnieniem marzeń każdego mężczyzny. Urocza, piękna i wdzięczna w obyciu, z pokaźnym posagiem, stanowiła oparcie dla Stanisława; szybko urodziła mu syna, a następnie dwie córki.

Jan postarał się wykazać podobną rozwagą w wyborze małżonki i poślubił pannę posażną, urodziwą, a przy tym niezwykle skromną. Elżbieta Kodorowska istotnie wydawała się aniołem. Przedstawił mu ją Stanisław, który w Warszawie zaaranżował ich spotkanie na jednym z balów.

– Świetna partia – szepnął mu do ucha. – Tatuś jest bogaty jak sam Krezus.

Jan śmiało podszedł do młodej, delikatnej kobiety siedzącej w towarzystwie ojca i dwóch kuzynek z mężami. Przedstawiony przez brata, skłonił się najpierw ojcu, potem uchwycił koniuszki palców dziewczyny i delikatnie ucałował białą satynę jej rękawiczek.

– Zapewne nie ma pani już wolnych tańców – powiedział, patrząc jej głęboko w oczy.

Dziewczyna zaróżowiła się uroczo i odrzekła, że zostało jej kilka i ona zaraz wpisze Jana do swojego karnetu. Po chwili tańczyli już walca, nie odrywając od siebie oczu. Elżbietka, jak ją wszyscy nazywali, wirowała wdzięcznie na parkiecie podtrzymywana przez Jana, który z bliska mógł obserwować zieloną głębię jej tęczówek, róż ust i biel czoła. Nie wiadomo, czy wirowanie w tańcu miało udział w zawirowaniu w głowie, dość że zaraz po balu Jan wyznał Stanisławowi, że zadurzył się w pannie Elżbiecie Kodorowskiej niczym sztubak.

– Bardzo dobrze – powiedział zadowolony Stanisław i dodał, że nie spocznie, póki nie ożeni Jana z tą piękną i delikatną istotą.

Najpierw należało do tego przedsięwzięcia przekonać starego Kodorowskiego, który po śmierci żony w połogu wszystkie uczucia przelał na córkę. Panna była wychowywana starannie, kształcona przez najlepszych nauczycieli, a kochający ojciec spełniał wszelkie jej zachcianki. Jako dziecko i młoda panna Elżbietka zwiedziła muzea Włoch i Grecji, tańczyła na balach w Paryżu i Wiedniu, sprowadzała suknie od najlepszych paryskich krawców. Słowem – była to dziewczyna niezwykła, prawdziwy diament w koronie jej ojca i perła warszawskich salonów.

Stary hrabia wcale nie szukał dla córki posażnego męża. Miał mnóstwo pieniędzy i nie potrzebował dziecka wystawiać na targ bezimiennych zalotników z żądzą jej posagu w oczach. Nie chciał także zubożałych książąt, dla których Elżbietka byłaby zawsze dodatkiem, nigdy królową. Szczerze mówiąc, sama myśl o tym, żeby tę anielską istotę oddać w łapy jakiegoś śmiertelnika, wydawała mu się okropna. Chciał dla swojej dziewczynki mężczyzny delikatnego, ale silnego jednocześnie, takiego, który zapewni jej spokój, miłość i będzie jej oddany podobnie jak on sam. Stawiał jeszcze jeden warunek. Przyszły zięć musiał zgodzić się zamieszkać w Kodorowie, ponieważ Elżbietka nie wyobrażała sobie życia z dala od domu, w którym się wychowywała. Kodorowski zamierzał pozostawić młodym dwór z ogrodem i lasami, a sam przenieść się do Warszawy, w wygodnym apartamencie cieszyć się szczęściem córki na odległość, a w bliskości stołecznych rozrywek. O ile nie zależało mu na majątku wniesionym przez przyszłego zięcia, tyle jasne było, że kandydat na męża nie mógł być żadnym gołodupcem i łowcą posagów, który by w Elżbietce widział tylko jego pieniądze.