Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany - Ałbena Grabowska - ebook
Opis

Dalszy ciąg opowieści o obdarzonej niezwykłym darem kobiecie.

Nastoletnia Alicja zostaje wysłana do Wiednia, aby w tamtejszej klinice rozpocząć leczenie. Z początku nieufna, nieznająca języka, ignorowana przez lekarzy, stopniowo zaskarbia sobie sympatię innych pacjentek i personelu.

Zachęcona przez wybitnego psychoanalityka Zygmunta Freuda zaczyna studiować medycynę. Wydaje się, że nareszcie losy Alicji ułożą się szczęśliwie – otoczona przyjaciółmi, zakochana w koledze ze studiów, dostaje wymarzoną pracę w Katedrze Anatomii. Jednak wybuch I wojny światowej i niebezpieczne wydarzenie w anatomicum ponownie zmuszą ją do całkowitej zmiany życia.

Odprawione niegdyś przez matkę czary, pozwolą Alicji żyć tak, jak nie żył dotąd żaden człowiek...

Ałbena Grabowska – pisarka, matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Zawodowo: lekarz neurolog-epileptolog. Imię Ałbena, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Wydała między innymi powieści: Coraz mniej olśnień, Lady M., Lot nisko nad ziemią oraz sagę Stulecie Winnych. Nagrodzona przez czytelniczki nagrodą „Pióra” podczas Festiwalu Literatury Kobiet w roku 2015

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 504

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: MARIA LIPOWSKA
Korekty: Melanż
Okładka: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Projekt typograficzny i skład: MARIA KOWALEWSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: portrety Autorki - WOJCIECH OLSZANKA Zdjęcia ilustracyjne - Shutterstock
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2016 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-36-6
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojej córce Aliniez miłością

ROZDZIAŁ I

Raje są po to, aby je utracić, a wygnani – aby już nigdy nie oglądać Boga.

Alicja nie mogła zasnąć w obleczonym białą pościelą łóżku Instytutu Neurologicznego w Wiedniu. Coś było w tym miejscu takiego, co przeszkadzało jej pogrążyć się we śnie, a kiedy już zmęczona liczeniem baranów i wpatrywaniem się w kąt pokoju wreszcie zasnęła, miała męczące sny. Najgorsze były te, które dotyczyły wybuchu. Bywało, że zamiast niej ginęli jej bliscy i budziła się zlana potem, z obrazem zmasakrowanego ciała ojca albo, co gorsza, ciotki Barbarki. Nie rozumiała, skąd biorą się te majaki. Na pewno nie z poczucia winy, bo przecież nikt nie ucierpiał. Ona także nie, więc przez cały czas, który upłynął od wybuchu, zastanawiała się, jak mogło do tego dojść. Zaplanowana starannie eksplozja zmiotła cały pokój laboratoryjny, kawałek ściany oraz okno. Alicja pociągnięta siłą podmuchu wypadła przez dziurę w ścianie i z wysokości trzech metrów spadła na dziedziniec. Kiedy się ocknęła i otworzyła oczy z głębokim przekonaniem, że jest na tamtym świecie, zobaczyła wokół siebie kawałki szkła, muru i pył fruwający w powietrzu oraz biegnących w jej stronę parobków. Zrozumiała, że wielki plan odejścia z tego padołu ziemskiego się nie powiódł. Zamiast radości, że żyje, odczuła głębokie rozczarowanie. W głowie kłębiły się tysiące pytań, z których: „Co źle obliczyłam, że wybuch nie pozbawił mnie życia?” odsunęła na później. Na kolejne, już nie tak zasadnicze jak pierwsze: „Co ja powiem cioci?”, „Czy przyznać się do tego, że chciałam umrzeć?”, nie znalazła dobrej odpowiedzi. Obsypana pyłem poruszyła rękoma i nogami, odkaszlnęła, a potem, ignorując pytania o samopoczucie i prośby, żeby się nie ruszała, postanowiła wstać.

Jedyne, co jej dolegało, to ból lewego ramienia. Alicja spojrzała na drżącą kończynę, zdrową ręką strzepnęła pył z rozerwanej sukienki i spróbowała znaleźć źródło bólu. Liczne kawałki szkła sterczące ze skóry i krew skapująca na śnieg sprawiały upiorne wrażenie.

– Wypadek! Nieszczęście we dworze! – Usłyszała jak przez mgłę.

– Trzeba doktora! – krzyknęła Barbara Kodorowska, która nagle znalazła się obok w samą porę, żeby Alicja osunęła się w ramiona ciotki. Zaniesiono ją do dworu i ułożono na kanapie. Przyjechał doktor z pielęgniarką i zaczęli oczyszczać rany. Nawet nie jęknęła, chociaż lekarz wyrwany ze snu zabrał ze sobą jedynie narzędzia chirurgiczne, zapominając środka uśmierzającego ból.

– Szkoda pana trudu, doktorze – wyrwało się Alicji, kiedy kolejne przezroczyste kawałki lądowały z brzękiem na talerzu, a przeciętą skórę palił spirytus, którym lekarz obficie przemywał skaleczenia.

Ręka, nawet po wyjęciu z niej kawałków szkła, była nieswoja. Bolała przy każdym ruchu, a palce zamiast pracować zręcznie jak dawniej były jak nieposłuszne kołki. Wciąż nie chciała żyć, co tam ręka, myślała, zwłaszcza lewa. Za dzień, dwa, tydzień, kiedy tylko przestaną jej pilnować, znów spróbuje. Postanowienie, aby odejść z tego świata, było absolutnie przemyślane i należało je zrealizować.

O wyjeździe do Wiednia dowiedziała się od cioci Barbarki. W tej ponoć najznakomitszej klinice neurologicznej mieli jej pomóc i przywrócić sprawność zranionej kończynie. Ciotka była przekonana, że to najlepsze rozwiązanie. Co więcej, uważała, że dziewczyna po jakimś czasie wróci do domu ze zdrową ręką i odnowionym stanem ducha. Alicja nie wyprowadzała jej z błędu. Była więcej niż pewna, że odsyłano ją na zawsze. Macocha prawdopodobnie nie chciała jej już nigdy widzieć, a ojciec, słaby i posłuszny woli żony, przystał na to. Nie szczędząc zatem kosztów, co do tego Alicja była przekonana, znaleziono właściwe i możliwie najbardziej oddalone od Kodorowa miejsce, które chciało ją przyjąć. Rodzice nie przyjechali z Warszawy, ani żeby odwiedzić córkę, ani żeby ją pożegnać. Macocha w stolicy leczyła skołatane nerwy, ojciec starał się zapobiec wybuchowi skandalu, więc do wyjazdu przygotowała ją ciotka.

Ojciec zapłacił wystarczająco dużo, aby dostała w szpitalu własny pokój, a także aby niczego jej nie brakowało. Siostry, surowe austriackie pielęgniarki, traktowały ją z szacunkiem, ale i z pewną rezerwą. Alicja nie wiedziała, czy to dlatego, że przyjechała z dalekiego podległego Austrii kraju, czy z braku możliwości porozumienia, a może siostry bały się, że jest w jakiś sposób niebezpieczna. Lekarze byli pobłażliwi i zwracali się do niej jak do dziecka, które trzeba uspokajać. Nieznajomość niemieckiego była przepaścią między nią a otoczeniem. Kilkakrotnie spytała, czy któryś z doktorów mówi po francusku, ale uzyskała przeczącą odpowiedź. Była przekonana, że to nie może być prawdą, udawała jednak, że wierzy w ich zapewnienia. Niektóre słowa niemieckie miały źródłosłów francuski, mogła zatem łatwo domyślić się kontekstu wielu pytań i choćby na migi odpowiedzieć. Kiedy jednak to robiła, w oczach badających dostrzegała niepokój, a podawane lekarstwa sprawiały, że zapadała w rodzaj letargu, z którego po kilku godzinach budziła się z uczuciem ciężkiej, pustej głowy. Pielęgniarki, które początkowo uważała za bardziej ludzkie i życzliwsze, choćby z tej racji, że były kobietami, zachowywały się podobnie. Pytała o wiadomości z domu oraz listy i chociaż była pewna, że siostry ją rozumieją, to każda z nich zaciskała usta, jakby ktoś zabronił im odpowiadać na jej pytania. Szybko się poddała i już tak desperacko nie walczyła ani o porozumienie, ani nawet o uzyskanie czegokolwiek dla siebie. Przez kilka miesięcy robiła tylko to, czego od niej oczekiwano. Wstawała rano i zjadała śniadanie przynoszone na tacy przez jedną z sióstr. Potem z pomocą kolejnej ubierała się i przygotowywała do wyjścia. Spacery odbywały się zawsze między śniadaniem a obiadem, naturalnie jeśli pozwalała na to pogoda. Pod tym względem było podobnie jak w jej domu rodzinnym. Nie mogła wyjść sama, a milcząca towarzyszka tych dziwnych rytuałów nie zjawiała się, gdy padał deszcz albo temperatura spadała poniżej pięciu stopni. Alicja godziła się i na to, czując, że domaganie się wyjścia na deszcz albo śnieg wywoła takie zdumienie, że będzie musiała zapłacić za niesubordynację zwiększoną liczbą tabletek. Rezygnowała ze spacerów z żalem, świeże powietrze sprawiało jej przyjemność. Kiedy nie mogła wyjść, spędzała czas na rozmyślaniu i analizowaniu swojego położenia oraz snuciu planów na przyszłość, chociaż nie umiała odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „Ile czasu przyjdzie jej tutaj spędzić i co się z nią stanie, kiedy już zakończy leczenie”. Wciąż nie umiała rozstrzygnąć, czy i kiedy znów spróbuje odebrać sobie życie. Podawali jej różne pigułki i proszki, które siostry przynosiły rano i wieczorem. Pierwsze posłusznie łyknęła, ale po godzinie poczuła wielkie osłabienie. Miała wrażenie, że spada na nią sufit, a z kątów wyłażą jakieś upiory. Negocjowanie z personelem, pytania na migi, co zawierają podawane jej tabletki, pozostawały bez odpowiedzi. Chowała zatem lekarstwa do kieszeni fartucha, a potem wyrzucała je do sedesu albo otworu w zlewie czy wannie. Na szczęście nie kazali jej łykać tego paskudztwa w czyjejś obecności.

Obiad starała się jadać w sali ogólnej razem z innymi pacjentami, którym na to pozwalano. Częściej, ku jej rozczarowaniu, zjawiała się osoba z obsługi i przywoziła jedzenie na tacy, co oznaczało, że pozostanie w pokoju. Były jednak dni, kiedy udawało jej się spożyć posiłek w towarzystwie takich jak ona nieszczęśników i wtedy mogła się dyskretnie rozejrzeć dokoła. Jej umysł, przyzwyczajony do ciągłej edukacji, czytania, myślenia, obliczania i planowania, cierpiał z bezczynności. Nie miała żadnych danych, aby móc przeanalizować obecną sytuację. Przyszłość jawiła się równaniem z samymi niewiadomymi i nie było nikogo, kto wskazałby jej jakiekolwiek rozwiązanie.

Nie umiała powiedzieć, ilu pacjentów przebywało w instytucie. Ona sama zajmowała pokój na pierwszym piętrze. Między jej miejscem bytowania a pokojami innych pacjentek znajdowały się jakieś pomieszczenia, z których siostry wychodziły czasami z podwiniętymi rękawami i mokrymi rękoma, jakby właśnie skończyły prać. Alicję bardzo ciekawiło, co się tam znajduje. Na pewno nie było tam pralni, bo ta znajdowała się w oddzielnym pawilonie. Widziała go z okien swojego pokoju. Ile razy próbowała pójść dalej niż do swojego pokoju, aby zaspokoić ciekawość, surowy wzrok wszechobecnych „towarzyszących” osób nakazywał jej powrót do siebie. Pozostawała jej obserwacja kilku sióstr, które miały z nią bezpośredni kontakt, i pacjentek, które spotykała w stołówce. Alicja długo sądziła, że klinika leczy tylko kobiety, ale pewnego dnia spotkała mężczyznę na wózku prowadzonym przez siostrę z imieniem Elke wypisanym na tabliczce przymocowanej na płaskiej piersi. Wtedy zrozumiała, dlaczego w niektóre dni przynoszą jej obiad do pokoju. Mogła przebywać w jadalni ogólnej tylko w towarzystwie kobiet. Kiedy jadali mężczyźni, ona i zapewne inne pacjentki dostawały obiad do pokoju. Wydało się to niedorzeczne, ale jak zwykle pogodziła się z tym cudacznym ograniczeniem. Podczas wspólnych obiadów naliczyła tylko trzy kobiety, które pojawiały się w jadalni regularnie. Pierwszą z nich nazwała Ewą, bo kojarzyła jej się z pramatką. Prawa ręka kobiety była zupełnie sprawna, natomiast lewa wisiała niczym uschnięty konar. Lewa noga była uwięziona w czymś w rodzaju szyny i Ewa chodziła, podpierając się zdrową kończyną i pchając przed sobą konstrukcję podobną do wózka. Nie odzywała się do nikogo w jadalni, jedynie kiwała głową na powitanie i uśmiechała się szeroko, a wtedy prawy kąt jej ust dziwnie się wydymał. Pielęgniarki sadzały Ewę zwykle tuż przy wejściu i stały bok, w każdej chwili gotowe pomóc. Łyżka drżała jej w palcach i zupa wylewała się z powrotem do talerza albo obok niego. Ewa wydawała się tym nie przejmować, a pielęgniarki zaciskały wargi, pochylały się ku niej i proponowały karmienie. Kręciła wtedy głową i znów powracała do mozolnego zjadania zupy.

Druga z bywalczyń, nazwana przez dziewczynę Łucją ze względu na tragizm, który upodobniał ją do Łucji z Lammermooru, miała sprawne obie ręce, lecz jej twarz wykrzywiał dziwny grymas. Cała lewa strona wisiała, jakby ktoś wypuścił powietrze z policzka i wargi. Poza tym nie zamykało jej się oko, co nadawało twarzy wyraz smutku i beznadziei. Łucja w ogóle nie jadała zup, pewnie dlatego że płynny pokarm byłoby jej zbyt trudno utrzymać w ustach. Nie uśmiechała się do innych, nie odpowiadała także na uśmiechy Ewy, chociaż ich wargi były podobne do siebie w chorej niedoli. Zjadała ziemniaki, groszek i kawałek mięsa możliwie najszybciej i bez pożegnania opuszczała jadalnię.

Trzecia kobieta, nazwana Ofelią, długo pozostawała dla Alicji tajemnicą. Była młoda i piękna, miała gęste, jasne włosy upięte w skomplikowany kok, miły uśmiech, którym hojnie obdarzała zebranych, i wdzięczną figurę. Przywożono ją na wózku, chociaż ręce i nogi wydawała się mieć sprawne. Alicja próbowała kilka razy odpowiedzieć na uśmiech Ofelii albo uśmiechnąć się do Ewy czy Łucji, licząc, że będą mogły wymienić choćby grüssGott alboguten Tag. Może któraś z tych nieszczęśnic, na przykład Ofelia, zna francuski, marzyła Alicja, i będzie można wreszcie z kimś porozmawiać? Zrobiła krok w jej kierunku, ale surowe siostry zaraz do niej podeszły i zaczęły kłaść palce na ustach, jakby one wszystkie znajdowały się nie w jadalni, ale w kościele, i to podczas szczególnego misterium.

Pewnego dnia miał miejsce incydent, który rzucił nieco światła na tajemnicę Ofelii, a dla Alicji nabrał szczególnego znaczenia także z innych względów. Jadła właśnie wodnistą zupę warzywną i grzebiąc w talerzu, myślała, że żadna kucharka z Kodorowa nie podałaby czegoś takiego na stół. Nawet prosta zupa z lebiodki i ziemniaków miała w sobie więcej smaku. Zajęta wyławianiem skrawka marchewki początkowo nie zauważyła poruszenia przy sąsiednim stoliku. Kiedy uniosła wzrok, Ofelia z błędnym wzrokiem rozchlapywała zupę. Następnie wzięła w palce groszek i rzuciła nim przed siebie tak, że Alicja musiała się uchylić, aby nie zostać trafiona zielonym paskudztwem. Dwie siostry szybko podeszły do pacjentki, jedna wyciągnęła do niej rękę, a druga coś szeptała do ucha. Ofelia odepchnęła dłoń, wstała gwałtownie i jednym ruchem strąciła talerze ze stołu. No to teraz już ma z głowy jedzenie w towarzystwie, pomyślała Alicja. Ja pewnie też, jako świadek zdarzenia. Siostry nie zwracały na nią uwagi, podobnie jak na Ewę, która wyglądała na obojętną i z charakterystycznym uśmiechem na ustach nie przerywała jedzenia. Łucja, co chwila czyniąc znak krzyża świętego, patrzyła z wyraźnym strachem na Ofelię, która nagle upadła na ziemię i wygięła się w półkole. Po chwili nieszczęsna zaczęła wydawać dźwięki podobne do czkania oraz machać rękoma. Obrazu dopełniało kopanie nogami i plucie dokoła. Alicja obserwowała zjawisko bez żadnego strachu, za to z wielkim zaciekawieniem. Co dolegało Łucji, że z miłej, spokojnej osoby zmieniła się w potwora, tak jak doktor Jekyll przeobrażał się w pana Hyde’a? Koło dziewczyny zaczęły gromadzić się kolejne zaalarmowane siostry, wreszcie przybiegło dwóch zasapanych lekarzy i uklękło przy Ofelii, która wciąż rzucała się po podłodze, plując, jęcząc i mrucząc. Od czasu do czasu wykrzykiwała niezrozumiałe dla Alicji słowa. Musiały być jednak co najmniej obraźliwe, gdyż po każdym takim wykrzykniku któraś z sióstr odstępowała od chorej i łapała się za głowę albo serce, a Łucja modliła się dwa razy żarliwiej. Po kilku minutach nieskutecznej szarpaniny jeden z doktorów wydał innemu rozkaz przypominający szczeknięcie, ten powtórzył to nadbiegającemu mężczyźnie, który z kolei krzyknął coś do jednej z pielęgniarek. Przybiegła jeszcze jedna siostra i torując sobie niemal siłą drogę do chorej, uklękła przy niej, zacisnęła ramię gumową zawiązką i nieporadnie wbiła igłę w zgięcie łokciowe. Ofelia wyraźnie słabła, lek wstrzyknięty do żyły chorej zaczął działać, dziewczyna zwiotczała i opadła ciężko na ziemię. Siostry miłosierdzia i lekarze wyglądali, jakby przekopali solidny zagon kartofli albo oporządzili pole truskawek w lipcu. Alicja siedziała posłusznie na swoim miejscu i w spokoju kończyła drugie danie, które składało się z kawałka pieczystego, ziemniaków purée i sałaty ze śmietaną. Dziwiła się temu zamieszaniu. Gdyby ktoś ją zapytał, powiedziałaby, że Ofelia udaje i to dość nieporadnie. Nikt jednak nie byłby ciekaw jej zdania, więc jadła sobie spokojnie, wdzięczna, że coś się zdarzyło. Ofelię wyniesiono na noszach, groszek posprzątano, krzesła poustawiano z powrotem. Wreszcie i Alicja skończyła jeść, chociaż brała do ust kęsy iście aptekarskiej wagi, byle tylko spowolnić posiłek. W swoim pokoju usiadła na jednym z dwóch foteli, ułożyła lewą rękę wyżej, co przynosiło jej ulgę. Podjęła również próbę rozmasowania ramienia, ale zrezygnowała z powodu silnego bólu. Mijał właśnie czwarty miesiąc jej pobytu w Wiedniu. Miała poczucie straconego czasu, niezałatwionej sprawy własnego odejścia z tego świata i żadnych sensownych widoków na przyszłość. Gdyby urządziła podobne przedstawienie jak Ofelia, oczywiście staranniej wyreżyserowane i znacznie lepiej odegrane, czy mogłoby to przenieść zainteresowanie lekarzy na jej osobę? Po namyśle stwierdziła jednak, że ta banda mądrali zaczęłaby jej podawać jedynie większe dawki dotychczasowych leków albo silniejsze specyfiki i prędzej czy później Alicja ciężko by się rozchorowała. Nie, trzeba było obrać zupełnie inną drogę. Mając przed oczami obraz wierzgającej Ofelii, zaczęła obmyślać plan. Letarg wywołany wybuchem, rozczarowaniem, że przeżyła, i pobytem w tym dziwnym miejscu nieco zelżał. Najwyższa pora, uznała, żeby wziąć los we własne ręce.

Zabrała się do tego od razu, narzucając na cienką sukienkę wełniany szal. Cicho wyszła z pokoju i udała się na paluszkach na ostatnie piętro, gdzie, jak wyśledziła, znajdowała się biblioteka. Kilkakrotnie zostawiano ją na chwilę samą przy schodach. Zauważyła wtedy ludzi wychodzących z naręczami książek z wąskich drzwi na najwyższym piętrze. To był jedyny pokój widoczny z jej piętra i to on interesował ją w tej chwili najbardziej. Minęła otwarty gabinet lekarski, a następnie sekretariat, oba, na szczęście dla niej, puste. Cały korytarz też był pusty, bo personel miał przerwę obiadową. Zaraz po chorych jadały pielęgniarki z lekarzami, więc rysowała się nadzieja, że przynajmniej przez kwadrans biały personel zamiast dybać na nieszczęsnych pacjentów zajmie się własnymi żołądkami. Cicho zapukała do drzwi, a kiedy nie usłyszała żadnej zachęty, nacisnęła klamkę z nadzieją, że biblioteka nie jest zamknięta. Drzwi ustąpiły natychmiast i dziewczyna znalazła się w obszernym pomieszczeniu pełnym półek z książkami. Szybko zabrała się do poszukiwania odpowiedniej dla siebie lektury. Pod literą V znalazła Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi, książkę Juliusza Verne’a, którą znała na pamięć i liczyła, że ta lektura pomoże jej w nauce języka niemieckiego. Od tego bowiem Alicja zamierzała zacząć swoją kurację w wiedeńskiej klinice. Nieobecność bibliotekarza była jej na rękę, nie umiałaby wszak wytłumaczyć, czemu chce pożyczyć niemiecką książkę, chociaż w języku Goethego potrafi wypowiedzieć zaledwie pojedyncze słowa. W dziale dla dzieci wpadły jej w ręce dwie cienkie książeczki, w których było dużo obrazków i proste zdania. Uznała, że na początek te pozycje muszą jej wystarczyć. Potem użyje sprytu, swoich zdolności i determinacji, a kiedy już zacznie rozumieć tutejszych lekarzy i pielęgniarki, będzie mogła sobie pomóc. Ukryła książki pod szalem i opuściła bibliotekę. Ledwie zdążyła się schować za węgłem, kiedy korytarz wypełniły kroki. Pierwszy szybko przemknął niski zgarbiony mężczyzna, za nim pojawił się wysoki wąsacz w okularach, który wszedł do sekretariatu, a na koniec przybyła dyskutująca grupka, pośród której Alicja rozpoznała dwóch lekarzy. Odczekała jeszcze chwilę skryta za wielką donicą opuncji, a potem zeszła tylnymi schodami. Musiała jeszcze dwa razy się chować, raz przed pielęgniarkami, a raz przed siostrą Elke, aż wreszcie spocona jak mysz i z bijącym z podniecenia sercem dotarła do siebie. Ukryła Verne’a w materacu, z trudem dostając się do środka. Pozycje dla dzieci wsunęła w poszwę na kołdrę, licząc, że jako mniejsze nie wpadną tak szybko w ręce siostry Elke i jej surowych koleżanek. Naukę rozpoczęła natychmiast. Zaraz na początku swojego pobytu w szpitalu zauważyła, że wszelkie działania odbywają się tu rutynowo i o stałych porach. Nikt nigdy nie wchodził do jej pokoju między piętnastą a siedemnastą, więc ten czas Alicja postanowiła przeznaczyć na naukę języka. Naturalnie w tym tempie nawet przy jej niezwykłych zdolnościach nauczyłaby się mówić po dwóch latach, dlatego czytała także po ciszy nocnej, zasłaniając okna szczelnie kotarami i wkładając małą lampkę pod kołdrę. Pracowała z oddaniem i determinacją i po miesiącu nie tylko znała obie książeczki dla dzieci na pamięć, ale miała także bardzo duży zasób słownictwa i jakie takie pojęcie o gramatyce. Na upartego mogłaby już spróbować się porozumieć, ale Alicja nie robiła niczego byle jak, tylko starannie planowała dalsze działania. Przez kolejny miesiąc przeczytała kilkakrotnie Verne’a, aż słowa książki stały się znane i zrozumiałe. Alicja potrzebowała teraz weryfikacji swojej wiedzy. W tym celu po raz drugi zakradła się do biblioteki. Wzięła z półki książkę, której wcześniej nie znała. Alicia in Wunderland, przeczytała. Zaciekawiło ją własne imię w tytule książki oraz rycina na okładce przedstawiającą dziewczynkę w towarzystwie królika. Uznała, że ta książka będzie się świetnie nadawała, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście zrobiła postępy w niemieckim, czy też tylko jej się tak wydaje. Do drugiego etapu nauki przystąpiła z wyraźną wiarą w powodzenie przedsięwzięcia.

Gorzej miała się sprawa z ręką. Nikt jej nie leczył ani nie badał, chociaż wielokrotnie sygnalizowała siostrze Elke, że jest gorzej, pokazywała opuchliznę i zesztywniałe z bólu palce. Pielęgniarka ze zrozumieniem kiwała głową, jakby chciała powiedzieć: „Nic nie można z tym zrobić, moje biedne dziecko”, i odchodziła w milczeniu. Pewnego razu Alicja uderzyła się w miejsce pod łokciem i omal nie zemdlała z bólu. Na dodatek silny prąd przeszył bok przedramienia i zakończył się palącym strzałem na palcach małym i serdecznym. Na chwilę straciła oddech, a łzy pociekły jej ciurkiem. Kiedy ból powoli ustąpił, obejrzała dokładnie tamto miejsce i ze zdumieniem zauważyła zgrubienie tuż pod skórą. Schowała Alicję do kryjówki, narzuciła szal na ramiona i wyszła z pokoju z zamiarem doniesienia doktorom o zaobserwowanym zjawisku. Być może nie była jeszcze przygotowana do dekonspiracji, ale odkrycie miało swoją wagę. Poza tym, wzorem książkowej Alicji, zamierzała śmiało wejść do nory i walczyć. Po lekturze książki Carrolla lekarze kojarzyli się jej z Szalonym Kapelusznikiem i Marcowym Zającem. Postanowiła także stawić czoło Królowej Kier w osobie siostry Elke. W końcu była jak tamta Alicja, dzielna, ale poruszająca się z trudnością w dziwacznym świecie.

– Herr Doctor! – pomachała ręką, jakby spotkała znajomego na spacerze.

To był jeden z młodych lekarzy, którzy słuchali bicia jej serca przez dwie warstwy bluzek oraz pukali pod kolanami małym młoteczkiem, ignorując fakt, że ma chorą rękę, a nie nogę. Mężczyzna stanął jak wryty.

– Czym mogę pani służyć, droga pacjentko? – spytał egzaltowanym tonem.

– Wiem, czemu moja ręka wciąż boli i jest... – nie wiedziała, jak powiedzieć „zdrętwiała”, i gorączkowo szukała w głowie słowa, które je zastąpi – ...sztywna. Tam jest szkło. Trzeba je wyjąć.

Lekarz patrzył na nią zaskoczony.

– Proszę wrócić do swojego pokoju – powiedział. – Nie wolno pani tu przebywać. Jutro z rana przyjdę i zbadam panią.

– Hej – zdenerwowała się i spróbowała posłużyć słowami Neda Landa. – Mój ojciec płaci kupę forsy, więc niech mi pan nie mówi, co mam robić.

Doktor skonfundował się nieco, ale nie stracił rezonu.

– Panienko... – zaczął, ale Alicja natychmiast mu przerwała.

– Od kilku miesięcy leżę tu bezczynnie – powiedziała stanowczo. – Nie chcecie mi pomóc. Nie leczycie mnie, a nawet nie badacie. Albo to się zmieni, albo pójdę na skargę do dyrektora, burmistrza tego miasta, a nawet do samego papieża.

Z papieżem nieco przesadziła, Rzym był oddalony od Wiednia około ośmiuset kilometrów. Szantaż wywołał jednak pożądany efekt, gdyż doktor zamrugał oczami i zrobił przestraszoną minę.

– Skoro to nie może poczekać, to chodźmy – skapitulował i podał jej ramię, rozglądając się na boki, jakby szukał pomocy u kogoś z personelu.

– I bez żadnych sztuczek, bo pan pożałuje – zaatakowała, przytaczając słowa nieokrzesanego harpunnika z powieści Verne’a.

W pokoju Alicja zdjęła górę sukienki i zasłoniwszy się szalem, nie z własnego poczucia wstydu, tylko ze współczucia dla biednego konsyliarza i obawy, aby nie uciekł, pokazała mu bolące miejsce.

– Nie dotykać – ostrzegła. – Niech pan popatrzy, a jutro sprowadzi tu kogoś z nożem, żeby mi to wyjął.

Doktor spojrzał na zgrubienie.

– Czy ręka drętwieje? – spytał poważnym tonem.

– Owszem... i boli. – Alicja postanowiła być cierpliwa. – Kiedy nastąpił wybuch, poraniło mnie szkło...

– Ależ panienko! – przerwał jej. – Proszę tego nie wspominać, ponieważ panienka wpadnie w przerażenie!...

– Cóż za absurd! – nie mogła się powstrzymać. – Przecież to ja sama wywołałam ten wybuch, dlaczego miałoby mnie to przerażać?! Przeraża mnie co innego – perorowała, mając świadomość, że zapewne robi błędy językowe, ale doktor doskonale rozumie przyczynę jej gniewu. – Od kilku miesięcy nie próbujecie mi nawet pomóc!

– Ależ zapewniam panią...

– Niech mnie pan zapewni, że wyjmiecie ze mnie to szkło! I może mi pan powie, jak się nazywa, żebym mogła pana znaleźć i poskarżyć się, gdyby coś w moim stanie wydało mi się niepokojące!

– Augustus Benhoffer – skłonił się doktor. – Zrobimy konsylium i zdecydujemy, jak będziemy leczyć rękę.

– Świetnie. – Alicja zrozumiała, że niewiele już wskóra. Miała jedynie nadzieję, że rzeczone konsylium odbędzie się następnego dnia, a nie za dwa miesiące. – Jutro oczekuję na pana i pańskich przełożonych.

Tej nocy Alicja zasnęła z poczuciem zwycięstwa.

Przyszli do niej wcześnie rano, tuż po śniadaniu, całą gromadą, starzy i młodzi, w okularach i bez. Była nawet siostra Elke i zerkała na Alicję z tą samą dozą niepewności i zdumienia, którą prezentował w dniu wczorajszym doktor Augustus Benhoffer. Dziewczyna odsłoniła rękę i pokazała szkło, tym razem najważniejszemu profesorowi, grzecznym tonem wyjaśniła co i jak i poprosiła o wyjęcie przynoszącej ból drobiny.

– Oczywiście – skłonił się niski, przysadzisty profesor, który przedstawił się jako Hans Brenner. – Ciało obce, droga panienko, uciska nerw i stąd zapewne bierze się ból oraz niesprawność kończyny.

Chciała powiedzieć, że to jej własne słowa, ale dała spokój. Lekarze i tak patrzyli na nią jak na kuriozum.

– Chciałbym wyjaśnić kilka kwestii. – Profesor uniósł palec i zrobił bardzo poważną minę. – Żeby wyjąć ciało obce, będziemy musieli przeciąć skórę.

Pokiwała głową, nie komentując tej rewelacji.

– Naturalnie operację przeprowadzimy w znieczuleniu. Zostanie wykonana przez chirurga.

– Świetnie – uśmiechnęła się najładniej jak umiała. – A co się ze mną stanie po operacji?

– No... – profesor się nie odzywał, więc inny starszy lekarz wykonał krok do przodu i z uśmiechem zaczął wyjaśniać. – Będziemy dbali o panią, aby ręka się wygoiła i odzyskała pełną sprawność.

– Bardzo dziękuję. – Czuła, że to ona jest górą. – Chciałabym jeszcze wyjaśnić kilka kwestii. Po pierwsze, dlaczego przywieziono mnie właśnie tutaj? Przecież w Polsce także są lekarze od niesprawnej ręki...

Audiencja jednak się skończyła. Na skinienie ręki profesora wszyscy się odwrócili i wyszli z pokoju, ignorując jej pytania. Została tylko siostra Elke. Alicja czujnie napięła mięśnie, jakby bała się, że pielęgniarka ją zaatakuje.

– Czemu panienka nie zwierzyła się ze swoich dolegliwości mnie? – spytała, kiedy zostały same. – A w dodatku udawała nieznajomość naszego języka...

Alicja postanowiła nie zwierzać się surowej pielęgniarce ze sposobu, w jaki nauczyła się niemieckiego.

– Siostra zawsze taka zajęta... – i żeby zagłuszyć ewentualne protesty siostry Elke oraz kuć żelazo póki gorące, dodała: – Chciałabym jadać posiłki z innymi pacjentami i wychodzić na spacery. Samodzielnie...

Kobieta wyglądała jak rażona piorunem. Alicja wiedziała, że siostra Elke uświadamia sobie właśnie, że kiedy pacjentka przestąpiła próg szpitala, nie znała jeszcze języka Wagnera. W następnej chwili na jej obliczu wyraźnie odbiło się dalsze rozumowanie. Pod bruzdami na czole kryło się pytanie: „Skoro nie mówiła słowa po niemiecku, to jakim sposobem mówi teraz?”. Na uświadomienie sobie trzeciego pytania: „Czego jeszcze mogłaby się tu nauczyć ze szkodą dla nas wszystkich?” Alicja nie dała jej czasu i zaczęła zasypywać siostrę pytaniami, jak wygląda zabieg chirurgiczny, któremu ma być poddana, czy nie będzie nic czuła i tym podobne. Siostra Elke natychmiast przybrała profesjonalny wyraz twarzy, a jej myśli zaczęły krążyć wokół opieki przed zabiegiem, po nim i w jego trakcie. Alicja słuchała uważnie, bo nie tyle bała się bólu, ile tego, co mogą jej zrobić lekarze, gdy nie będzie świadoma.

– Kiedy panienka wydobrzeje po operacji i naturalnie kiedy doktorzy na to pozwolą, wtedy panienka będzie mogła samodzielnie poruszać się po terenie szpitala.

– Dlaczego? – Alicja zadała ulubione pytanie i przysięgła sobie w duchu, że jeśli siostra Elke odpowie, reaktywuje „Klub odpowiadaczy” i zrobi z pielęgniarki swoją zastępczynię.

– Mogłoby to wyraźnie nadszarpnąć zdrowie psychiczne panienki – odpowiedziała Elke z miną, jakby to enigmatyczne stwierdzenie cokolwiek wyjaśniało.

– Z moim psychicznym zdrowiem wszystko jest w najlepszym porządku – powiedziała Alicja stanowczo. – Mam tylko chorą rękę i naprawdę nie rozumiem...

– A ja nie rozumiem, jak panienka może sama chodzić po korytarzach i zaczepiać lekarzy. Jak panienka może żądać od nas, od personelu, opieki i życzliwości, udając przy tym, że nic nie rozumie. Ja tego nie pojmuję... – wybuchnęła i wyszła z pokoju.

Przed snem myśli Alicji powędrowały w kierunku Kodorowa. Odczuła gwałtowną tęsknotę za ciotką Barbarą, panną Krystyną, biblioteką pełną książek oraz spacerami po okolicy. Kiedy przywołała sylwetkę ojca, w jej sercu pojawił się wyraźny żal. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że macocha kazała ją odesłać jak najdalej od rodzinnego majątku, najlepiej za granicę. Zraniona ręka i rzekoma niesprawność były tylko pretekstem. To jednak jej ojciec Jan Księgopolski był odpowiedzialny za zorganizowanie wyprawy i tym samym odesłanie jej z domu. Najpierw pozbył się matki, teraz mnie, pomyślała, zasypiając, i pod powiekami poczuła łzy.

Przygotowania do zabiegu operacyjnego przeraziły Alicję. Wokół niej kłębiło się kilkanaście osób, jakby miała do wycięcia nie drobinkę szkła, ale cały wazon. W dodatku zarówno pielęgniarki, jak i lekarze biegali zupełnie bez ładu i składu, a z ich rozmów wynikało, że są bardziej przejęci zabiegiem niż ona sama. Próbowała coś powiedzieć, aby uspokoić własne skołatane nerwy albo chociażby ukoić zdenerwowanie chirurgów, ale w końcu dała spokój, gdyż nikt jej nie słuchał. Nie wytrzymała jedynie, kiedy w jej kierunku, niczym wykonawca wyroku, zaczął iść lekarz z czymś w rodzaju gąbki w ręku.

– Zaraz pani zaśnie – powiedział nieco niepewnym głosem.

– Czy naprawdę nie da się tego zrobić bez... zasypiania?

Widać jej pomysł, aby uwolnić od czucia jedynie rękę, na której miał być wykonywany zabieg, nie został przyjęty czy to z niezrozumienia jej kulejącej jeszcze niemczyzny, czy też braku takowych możliwości medycznych. Postanowiła sobie, że kiedyś, może w nieodległej przyszłości, zajmie się medycyną i spróbuje pomóc takim jak ona, Ewa albo Ofelia. Niepostrzeżenie dla siebie samej zasnęła.

Otworzyła oczy, wydawało jej się, że po krótkiej chwili, ale zamiast na sali operacyjnej, na powrót znajdowała się we własnym pokoju. Ręka była zabandażowana od ramienia do palców i bolała przy każdym ruchu. Spróbowała wstać.

– Panienko, proszę spokojnie leżeć – usłyszała obok siebie kobiecy głos. – Proszę nie dotykać opatrunku.

– Czy udało się wyjąć szkło? – spytała słabo.

– Z tego, co mi wiadomo, operacja przebiegła pomyślnie – usłyszała, zanim znów zapadła w sen.

Ponownie otworzyła oczy dopiero następnego ranka. Obok pochrapywała na krześle młodziutka pielęgniarka. Alicja poczuła głód i jęknęła. Dziewczyna natychmiast oprzytomniała i wyprostowała się na siedzeniu.

– Czy czegoś panience potrzeba? – spytała. – Jestem siostra Marte.

– Zjadłabym coś – powiedziała.

Dała się nakarmić siostrze Marte łyżeczką niczym małe dziecko, chociaż zapewniała, że ma sprawną prawą rękę i chętnie zje sama, ale pielęgniarka uparcie powtarzała, że takie dostała zalecenia. Alicja już dawno zauważyła, że z tutejszymi zaleceniami się nie dyskutuje. Miało to też swoje dobre strony. Kiedy ktoś ją zapewniał, że coś zostanie zrobione, było realizowane bez zbędnych pytań i dociekań.

Jeszcze przez tydzień musiała leżeć w łóżku, chociaż czuła się dobrze, a ręka z każdym dniem bolała coraz mniej. Kiedy nikt nie widział, poruszała intensywnie palcami. Palce czwarty i piąty wciąż były mniej sprawne. Nie ustąpiło także drętwienie. Widocznie coś zostało trwale uszkodzone przez szkło, skonstatowała z niechęcią. Przypomniała sobie, jak zarządca w Kodorowie został poturbowany przez dzika i jedną nogę miał całkiem siną. Podsłuchiwała wtedy pod drzwiami ciotki Barbarki. Przez dziurkę od klucza podglądała, jak na opuchnięte mięśnie i siną skórę kobiety nakładają opatrunek z gliny, a potem owijają nogę płótnem. Kiedy po kilku dniach zdjęto okluzje, noga była biała i zupełnie sprawna. Może mogłaby zasugerować podobny sposób leczenia?

W końcu po tygodniu przyszli wyczekiwany przez Alicję doktor Augustus i profesor Brenner w asyście dwóch pielęgniarek. Rozwinęli bandaż, następnie długo i dokładnie oglądali jej rękę. W końcu poszeptali coś do siebie i poinformowali ją, że wszystko się udało i można zdjąć szwy.

– A kiedy zaczną się ćwiczenia? – spytała doktora Augustusa.

– Nie ma tu gimnastyki ani nic podobnego – wyjaśnił lekarz ze zdumieniem, a załamana Alicja zaczęła mu tłumaczyć, że chodzi jej o medyczne zabiegi związane z nerwami, a nie jakieś cyrkowe sztuki.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu przyszła siostra Elke i zaprowadziła Alicję, jak to się wyraziła, „na medyczne procedury, które mają usprawnić rękę”. Została oddana w ręce wąsatego pielęgniarza, który ze śmiertelną powagą na twarzy kazał jej na przemian zaciskać i luzować palce. Następnie polecił uniesienie ręki i trzymanie jej wyprostowanej przez jakieś dziesięć sekund. Wykonywała ruchy posłusznie, aż mężczyzna uznał, że już wystarczy, i towarzysząca Alicji przyzwoitka mogła ją odprowadzić do pokoju. Podobne rytuały ćwiczeniowe powtórzyły się jeszcze trzy razy. Czwartego dnia wąsacz, który się jej nie przedstawił, skłonił się i powiedział, że Alicja jest już zdrowa, sprawna i on zakończył swoją działalność. Alicja wyciągnęła rękę i obróciła dłoń wnętrzem do góry.

– Kiedy tak robię, boli mnie, o tutaj – powiedziała i pokazała palce najmniejszy oraz serdeczny, które pulsowały bólem i drętwotą.

– Proszę zatem tak nie robić – z powagą odpowiedział rehabilitant.

– I wydaje mi się, że gorzej tutaj czuję dotyk z boku – dodała.

Ta informacja także nie zrobiła na młodym człowieku pożądanego wrażenia. Alicja stała i patrzyła wyczekująco, więc mężczyzna obiecał, że porozmawia o tym z lekarzem jutro rano.

– Cóż z was za dziwni ludzie – mruknęła po polsku, a jej głos pobrzmiewał złością.

ROZDZIAŁ II

Założyła „Klub przemykaczy korytarzami i odkrywania tajemnic”. Wciąż czuła się dzieckiem i nie zamierzała rezygnować z odkrytych w dzieciństwie możliwości. Liczyła, że podsłuchiwanie rozmów lekarzy, pielęgniarek i pensjonariuszy kliniki neurologicznej pomoże jej odzyskać sprawność ręki. Rehabilitacja została ukończona, przynajmniej oficjalnie, a ona wciąż odczuwała skutki tamtego urazu. Najgorsze były ból, który budził ją w nocy, i potworne drętwienie, jakie odczuwała, kiedy zbyt długo nie ruszała pacami. Wiedziała, że musi ćwiczyć i nie wystarczy zaciskać dłoni w pięść ani unosić ręki do góry, żeby sobie pomóc.

Udało się jej dosłyszeć rozmowę dwóch lekarzy. Wspomnieli o niej, ale nie w odniesieniu do niesprawnej ręki.

– Ta panienka z Polski ma coś takiego w oczach, że należy jej pilnować. Kto wie, co nam tu zgotuje – powiedział jeden.

– Dość arogancka jak na tak młodą osobę, w dodatku kobietę – dodał drugi.

Na szczęście pozwolono jej chodzić swobodnie korytarzami, odwiedzać ogród, bibliotekę i rozmawiać z innymi chorymi. Lekarze wciąż traktowali ją jednak jak dziecko, którego nie należy przytłaczać wiedzą, tylko dawkować ją bardzo ostrożnie, gdyż nie wiadomo, jak przyjmie prawdę.

– Muszą mieć tajne wiadomości na mój temat – zwierzała się Ewie podczas popołudniowej herbatki na powietrzu. – Nie pozwoliliby mi tu przebywać, gdyby nie znali prawdy o moim pochodzeniu.

Pacjentka uśmiechnęła się do niej jak zwykle serdecznie i wbiła pusty wzrok w dal. Ewa nie rozumiała nic i nie mówiła, ale Alicji to nie przeszkadzało. Łatwiej się jej myślało, kiedy mogła zwerbalizować swoje spostrzeżenia i na głos sformułować wnioski.

– Tak sobie myślę, że przechowują to gdzieś w gabinecie albo w sekretariacie. O tobie, Ewo, też muszą być jakieś wiadomości. Choćby ile jeszcze będziesz tu przebywała i czy wyzdrowiejesz. Nie chciałabyś wiedzieć, czy wyzdrowiejesz?

Pacjentka spojrzała na nią czujnie i Alicja przez moment była przekonana, że Ewa jednak rozumie, co się do niej mówi. Po chwili jednak jej płaską, poczciwą twarz oblała tępa błogość.

– Muszę się tam włamać, ale nie wiem, kiedy to zrobić – kontynuowała. – Po południu gabinet jest otwarty, ale w każdej chwili może ktoś wejść. Za duże ryzyko. Gdyby mnie złapali na tym, to... Zaczęliby mnie pilnować i nic bym nie wiedziała.

Ewa zamrugała oczami, jakby raziło ją słońce. Alicja nasunęła kobiecie kapelusz na czoło.

– Tak, wiem, że mogłabym pójść w nocy. Wtedy jednak gabinet lekarski na pewno jest zamknięty... I to też ryzykowne... gdyby siostry się dowiedziały...

Ewa kichnęła.

– Na zdrowie – powiedziała Alicja i wpatrzyła się w margerytki rosnące na klombie. Na dużym zielonym liściu leżała pomarańczowa włochata gąsienica. Nagle przypomniała się jej powieść Carrolla.

– Wstyd, Alicjo – skarciła się. – Tamta Alicja w ogóle by się nie bała, a ty zachowujesz się jak małe dziecko.

Wypiła ostatni łyk zimnej już herbaty, uśmiechnęła się do Ewy, która wyciągnęła rękę i niezdarnym gestem pogłaskała Alicję po twarzy.

Jeszcze tej samej nocy Alicja wcieliła swój plan w życie. Kiedy o dziesiątej ogłoszono ciszę nocną, odczekała piętnaście minut i wymknęła się po cichu z pokoju. Na końcu korytarza w dyżurce czuwała jedna z sióstr. Z rozpiski zamieszczonej na tablicy ogólnej Alicja dowiedziała się, że w dniu dzisiejszym dyżurować będzie siostra Marte, najłagodniejsza i najmilsza z tutejszego personelu.

Korytarz był zupełnie pusty. Przemknęła przez niego na palcach i wspięła się na pierwsze piętro. Siostra Marte z zamkniętymi oczami siedziała na krześle i cicho posapywała. Drzwi, zgodnie z jej oczekiwaniami, były zamknięte. Wyjęła z kieszeni sukni mały kluczyk i włożyła go do zamka. Przekręciła ostrożnie, wstrzymując oddech, lekko popchnęła i drzwi ustąpiły. Wzięła głęboki oddech i weszła do środka. Pokój lekarski wyglądał dość złowieszczo. Za oknem rysowały się cienie i migały światła pochodzące z licznych latarni otaczających szpital.

– To zaczynajmy – dodała sobie półgłosem odwagi, podeszła do okazałego biurka doktora Benhoffera i otworzyła pierwszą szufladę. Nie było tam nic oprócz okrągłych pieczęci i notatek lekarza. Przeczytała kilka w blasku księżyca, ale dotyczyły jakichś konferencji naukowych i nie miały dla niej wartości.

Kolejna szuflada była zamknięta. Rozczarowana dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu. W jednym z kątów dostrzegła w mroku wiszącą małą szafkę pełną różnorakich kluczy i kluczyków. Alicja podeszła do niej, przekręciła klucz umieszczony w zamku i wybrała kilka kluczyków potencjalnie pasujących do szuflady.

– Dzięki ci, Boże... – szepnęła, kiedy szuflada skrzypnęła i otworzyła się przy trzeciej próbie.

Zawartość rozczarowała Alicję. W środku były specyfiki medyczne oraz zapiski na temat chorób, notatki z wykładów i zbiór wierszy Goethego. Kolejna szuflada zawierała stalówki, atrament i papier. W ostatniej, także zamkniętej, doktor Augustus trzymał zawinięte w papier fiolki z lekarstwem, na których było napisane „Morfina”.

– A to ci dopiero... – mruknęła, chowając po namyśle do kieszeni sukni jedną fiolkę leku, o którym słyszała kiedyś, że jest specyfikiem uśmierzającym ból, a przy tym powodującym niezwykłe, ekstatyczne wręcz doznania.

Ostatnia z szuflad nie była zamknięta. Alicja otworzyła ją ostrożnie i ledwie się powstrzymała, aby nie krzyknąć z radości. Wyjęła kilka kartonowych teczek z nazwiskami pacjentów na grzbiecie, w tym pękatą z własnym imieniem i nazwiskiem. Westchnęła głęboko i otworzyła ją, oświetlając latarenką. Na wstępie były wymienione jej data urodzenia, imiona rodziców i informacja, że przyjechała z Polski.

...dziecko jest nad wyraz emocjonalne, co nie idzie w parze z rozsądkiem – przeczytała. – Pozwolono dziewczynce wbrew jej płci na naukę pod kierunkiem młodego, niedoświadczonego nauczyciela. Dziewczynka zgłębiała podstawy matematyki, fizyki oraz chemii. W wyniku braku należytej dbałości o tę edukację oraz naturalnej ciekawości dziecka sięgnęła po zakazane środki chemiczne i umieściła je w szklanych naczyniach, które postawiła na ogniu. Wybuch, który nastąpił, nadszarpnął kruchym szkieletem emocjonalnym dziewczynki i spowodował nieodwracalne uszkodzenia w jej psychice...

– Dziewczynki? – nie mogła się powstrzymać i odezwała się półgłosem. – Kruchy szkielet emocjonalny...? Wbrew płci...?

...dziecko wymaga odpoczynku i łagodnego traktowania. Nie należy przypominać dziewczynce czynu, którego się dopuściła, jeśli nie chce się wywołać w jej duszy wyrwy...

Pełna oburzenia przerzucała strona po stronie, czytając informacje, które w najmniejszym choćby stopniu nie pasowały do jej osoby. Miała ochotę podrzeć te starannie zapisane kartki, rozsypać je w korytarzu albo w inny sposób pokazać, co myśli o takich diagnozach. Powstrzymała się jednak. Nic by to nie dało, a ktoś, ona lub inna pacjentka, zostałby posądzony o zniszczenie dokumentów. Lepiej wiedzieć, co myślą na mój temat i przedsięwziąć jakiś plan obronny, postanowiła i sięgnęła do innych dokumentów. Spomiędzy zapisków wypadła biała, tłoczona koperta z jej imieniem i nazwiskiem wypisanym starannym pismem cioci Barbarki. List nie był otwarty, a stempel na znaczku pocztowym tak zamazany, że nie mogła przeczytać daty. Szybko schowała kopertę do kieszeni, a następnie odłożyła na miejsce teczkę z zapiskami. Starannie zamknęła wszystkie szuflady i odwiesiła klucz do szafki przy wejściu. Już chciała wrócić do siebie, kiedy przypomniała sobie, że chciała zabrać z pokoju lekarskiego podręcznik, z którego mogłaby nauczyć się budowy mózgu i nerwów i tym samym odkryć przyczynę swoich dolegliwości. Przerzuciła wzrokiem masywne przeszklone szafy pełne książek. Tytuły większości z nich były dla niej niezrozumiałe. To musi być coś, co leży na wierzchu, z czego lekarze korzystają na co dzień, pomyślała i podeszła do jednego z biurek. Odsunęła na bok zapiski, a kiedy nie znalazła pod nimi niczego interesującego, przeszukała szuflady biurka, na szczęście niezamknięte. Była prawie północ, już miała zrezygnować i wracać do siebie, kiedy wpadła jej w oko dosyć cienka książka, na której grzbiecie narysowane były półkule mózgu podobne do połówek orzecha włoskiego. Książka leżała na trzecim, najdalej położonym biurku, tuż przy oknie na podwórze. Wzięła ją szybko i spojrzała za okno. Odsunęła się gwałtownie i szybko zgasiła latarenkę, którą trzymała w ręku, ponieważ na wewnętrznym dziedzińcu stało dwóch stróżów, wyraźnie wskazujących na pokój, w którym przebywała. Nie czekając, aż ktoś zastanie ją w gabinecie, wyszła szybko i starannie zamknęła za sobą drzwi. Tymczasem stróże zdążyli już wejść do budynku szpitalnego. Słyszała tupot ich ciężkich butów. Schowała się za agawę i prawie przestała oddychać. Mężczyźni wpadli do gabinetu lekarzy. Za chwilę odkryją, że nikogo tam nie ma i zaczną przeszukiwać korytarze, pomyślała w panice, nie mogę tu zostać. Cicho otworzyła boczne drzwi prowadzące wprost do kuchni, zdjęła buty i możliwie najszybciej zbiegła schodami. Było pusto. Pod sufitem, podobnie jak w Kodorowie, wisiały liczne gary i rondle. Schowała się za wielkim piecem, gotowa wejść do środka, gdyby ktoś jej tu szukał. Ci na górze musieli pójść schodami prowadzącymi do naszych pokojów, analizowała szybko. Pewnie czekają w korytarzu. Oby tylko przy męskich pokojach... Oby uznali, że jedynie mężczyzna mógł być tak zuchwały i sprytny zarazem. Odczekała kilka minut, złapała buty oraz książkę, upewniła się, że list jest bezpieczny w jej kieszeni, i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Zamierzała opuścić szpital wyjściem, które prowadziło z kuchni do ogrodu warzywnego, okrążyć budynek i przejść przez niski mur. Jeśli się uda, będzie mogła bezpiecznie wejść do szpitala z powrotem frontowymi drzwiami. A gdyby były one zamknięte, w co Alicja jednak wątpiła, to zbije szybę okienka i w ten sposób przedostanie się do środka. Przemknęła wąskim korytarzem i wyszła do ogrodu. Tam pospiesznie włożyła buty i przesuwając się wzdłuż ściany, dotarła do głównego wyjścia. Już miała wejść do środka, kiedy zabłysły światła latarni. Najwyraźniej strażnicy szukali jej na zewnątrz. To była dobra wiadomość i Alicja nieco się uspokoiła. Rysowała się nadzieja, że zdąży dojść do pokoju, zanim mężczyźni zechcą przeszukać budynek. Wewnątrz odetchnęła głęboko, ponownie zdjęła buty i najszybciej jak umiała dotarła do swojego pokoju. Szybko przebrała się w nocny strój i przykryła kołdrą. Po namyśle wstała i wyjęła „zrabowane” przedmioty. List schowała pod kołdrą, a podręcznik do kryjówki w materacu. Kusiło ją, aby od razu przeczytać, co napisała ciotka Barbarka, ale bała się, że zapalone światło w środku nocy może zwrócić uwagę strażników. To musi poczekać do jutra, pomyślała i z ulgą zapadła w sen.

– Czy panienka dobrze się czuje?

Z trudem otworzyła oczy. Stała nad nią siostra Elke i przyglądała się jej uważnie. Alicji wydawało się, że na twarzy ma wypisane oskarżenie.

– Rzeczywiście jakaś jestem niezdrowa – odpowiedziała Alicja ostrożnie. Z oczu Elke usiłowała wyczytać, czy wszyscy już wiedzą, że to ona po nocy przeczesywała gabinet.

– Przyniosę panience śniadanie do pokoju, ponieważ... – tu Elke przybrała konspiracyjny ton – ...w budynku jest policja.

– Dobry Boże! – krzyknęła Alicja zaniepokojona nie na żarty. – Policja? W szpitalu?

– Policja... – skinęła głową pielęgniarka. – Taki skandal... Nigdy w historii instytutu nie było tu policji...

Słowo „skandal” boleśnie przypomniało Alicji utracony dom.

– Ale dlaczego? – spytała.

Elke pokręciła głową. Była zadziwiająco ludzka w swoim zachowaniu, tak różnym od chłodu i profesjonalnego dystansu, jaki pokazywała do tej pory. Wyglądała, jakby bała się obecności przedstawicieli prawa w miejscu pracy. Nagle Alicja przypomniała sobie o wizycie na posterunku policji owej feralnej nocy w Warszawie i wzdrygnęła się.

– Niech panienka wstanie i zje śniadanie – odezwała się pielęgniarka i zrobiła oburzoną minę. – Oni... potem tu przyjdą. I... oni pytają każdego, czy czegoś nie widział...

– Ale co widział? – dociekała, chcąc zyskać na czasie.

– O to pytają – enigmatycznie powiedziała siostra Elke, wskazała tacę i wyszła z pokoju.

Alicja uniosła pokrywę i niechętnie spojrzała na jaja ugotowane na twardo, kilka kromek chleba, masło i dżem. Napiła się szybko kawy, mimo że nie znosiła tutejszej zbożowej lury podawanej od razu z mlekiem i cukrem. Była zdenerwowana. Grunt to nie pokazać po sobie niepokoju, przypomniała sobie precyzyjne opowiadania Arthura Conan Doyle’a oraz pełne mroku historie Edgara Alana Poego. Morderca wraca na miejsce zbrodni, przypomniało się jej jeszcze. Nie wolno mi tam iść pod żadnym pozorem, przynajmniej dopóki sprawa nie ucichnie.

Panowie policmajstrzy okazali się trudniejszymi przeciwnikami niż inspektor Lestrade. Patrzyli na nią badawczo, wręcz przenikliwie, a z całej ich postaci wyzierało żądanie przyznania się do winy.

– Z jakiego powodu panienka tutaj przebywa? – spytał starszy wiekiem siwowłosy mężczyzna z bujnym wąsem.

– Mam chore nerwy ręki – powiedziała, robiąc ze zdenerwowania kilka błędów w prostym zdaniu.

– Czy panienka przyjechała do nas z zagranicy? – spytał młodszy. Jego wąsy zwisały smutno po obu stronach cienkich warg.

– Jestem Polką – odpowiedziała z godnością. – Panowie zapewne o tym wiedzą...

Pokiwali głowami, nie spuszczając z niej świdrujących spojrzeń. Siedziała na fotelu w swoim pokoju, za nią zajęła pozycję siostra Elke. Policjanci nie przyjęli zaproszenia, aby usiąść.

– Co panienka robiła w dniu wczorajszym?

O mało nie zdradziła się, mówiąc, że przez całą noc przebywała w pokoju, we własnym łóżku. Na szczęście opamiętała się w porę i opisała dzień od samego rana, najdokładniej jak umiała.

– Czy pani to potwierdza? – starszy zwrócił się do pielęgniarki.

Alicja po mistrzowsku odegrała święte oburzenie i urazę z powodu faktu, że ktoś śmie pytać, czy ona przypadkiem nie kłamie.

– Co to ma znaczyć? – starała się nadać swojemu głosowi możliwie najbardziej ostre brzmienie. – Co pan sobie wyobraża? Czy jestem o coś oskarżona?

Policjant nawet okiem nie mrugnął.

– Naszym obowiązkiem jest zapytać, droga pani – powiedział spokojnie.

– A co panienka robiła w nocy? – spytał drugi policjant.

– Spałam – odpowiedziała i uniosła brodę w geście, w którym chciała połączyć dziewiczy wstyd i stanowczość odpowiedzi.

– Czy jest pani tego pewna? – Starszy znów przejął inicjatywę.

– Owszem, jestem – odparła z naciskiem, odchyliła z godnością głowę i zwróciła się do pielęgniarki, która w obronnym geście położyła Alicji rękę na ramieniu. – Siostra Elke może to potwierdzić.

Pielęgniarka pokiwała głową.

– To prawda. Życzyłam panience Alicji dobrej nocy, następnie zgasiłam światło.

– Jeszcze jedno pytanie i obiecuję, że nie będziemy już pani niepokoić. Czy to możliwe, że pani lunatykuje w nocy?

Alicja udała, że nie rozumie tego pytania, a policjanci zaczęli tłumaczyć jej, że chodzi im o chodzenie we śnie.

– Nic mi o tym nie wiadomo – powiedziała z dobrze udawanym namysłem. – Moja mama i mój ojciec, a także służba u nas w domu, nianie... – zawahała się. – Nigdy niczego takiego nie mówili...

Wreszcie poszli. Przy wyjściu siostra Elke rzuciła okiem na buty Alicji stojące przy łóżku i zamarła na krótką chwilę. Były ubłocone. Alicja zesztywniała i wymyślając sobie w duchu od najgłupszych gęsi, modliła się, żeby pielęgniarka nie wyciągnęła właściwych wniosków, a nawet jeśli, to nie podzieliła się nimi z policją. Siostra Elke jednak natychmiast się opanowała, skinęła jej głową i poprowadziła mężczyzn korytarzem, najprawdopodobniej do pokoju następnej pacjentki.

Kiedy tylko drzwi się zamknęły, Alicja prędko wstała i złapała buty z zamiarem usunięcia śladów błota. Po namyśle odstawiła je na miejsce. Byłoby to przyznaniem się do winy, stwierdziła. A w ten sposób wezmą mnie za osobę nieporządną, może nawet brudasa. Przyniosę wstyd cioci Barbarce, ale trudno. Wzięła kilka głębokich oddechów i przyłożyła zimny ręcznik do twarzy. Palący policzki wstyd nieco zelżał. Pomyślała o ukrytym liście. Tak bardzo chciała go przeczytać. Wyciągnięcie koperty ze skrytki byłoby jednak sprawą wielce nierozsądną. Nie miała żadnej gwarancji, że Elke albo policja nie wrócą do jej pokoju, aby nadal męczyć ją pytaniami. Siedziała więc w fotelu z robótką w ręku, wyglądając od czasu do czasu przez okno. Ani pielęgniarka, ani policmajstrzy nie pokazali się do obiadu. Tuż przed posiłkiem odwiedził ją jednak doktor Augustus.

– Jak się dziś czujemy? – spytał.

– Wczoraj było deszczowo, dziś podobnie, a wtedy niesprawna ręka dokucza mi bardziej – powiedziała szybko. – Bardzo proszę... po raz kolejny proszę o zaordynowanie terapii.

– Droga pani Alicjo – zaczął lekarz oficjalnie. – Obawiam się, że nerw... został przecięty przez szkło i nastąpiło nieodwracalne uszkodzenie. Bardzo mi przykro, ale sądzę, że nie odzyska pani władzy w ręce...

– Bzdura – Alicja zdenerwowała się i przestała ważyć słowa. – Potrzebuję tylko więcej ćwiczeń...

Zaczęła płakać i zapomniała o ukradzionym podręczniku, schowanym liście, który budził jej ciekawość, oraz obawie, że jej wczorajsze sprawki zostaną odkryte.

– Bardzo mi przykro, droga pani... – doktor rozłożył ręce w geście bezradności, wyciągnął z kieszeni nieskazitelnie białą chustkę i podał jej.

– W takim razie – głośno wytarła nos, nie dbając o dobre wychowanie – proszę odesłać mnie do domu. Skoro nic nie można już zrobić, niepotrzebnie tutaj przebywam.

Doktor wyraźnie się stropił.

– Obawiam się, że to nie jest możliwe...

– A to dlaczego? – spytała, starannie ubarwiając głos dawką zaskoczenia zmieszanego z irytacją.

– Sądzę, że nie jestem władny do udzielania takich wyjaśnień. Jutro poproszę profesora...

– Odwagi, doktorze – zachęciła go Alicja. – Proszę nie chować się za profesorem i tutejszym szacownym gronem. Niech mi pan wyjaśni, i to tu i teraz, czemu, skoro nie jestem poddawana żadnemu leczeniu, mam nadal przebywać w szpitalu?

Doktor chrząknął. Widać było, że walczy ze sobą. Wreszcie się poddał i usiadł na krześle, po czym wyjął z drugiej kieszeni identyczną białą chustkę i otarł nią twarz, jakby w pomieszczeniu panował upał.

– Nie jest tu pani tylko ze względu na rany ręki – wyznał wreszcie tonem, jakby dopuścił się zdrady największej tajemnicy państwowej.

Potwierdził jej podejrzenia. Ojciec opłacił jej pobyt tutaj, aby nie wracała do domu. Tylko dlaczego miałaby przebywać w szpitalu, zamiast w jakimś pensjonacie czy sanatorium w Szwajcarii czy Austrii?

– Sądzimy, że choruje pani dusza, a przyczyną jest zbytnie rozbuchanie intelektualne...

Obserwowała lekarza pocącego się ze zdenerwowania.

– Skierowała pani przeciw sobie własne myśli, a wreszcie czyny... Gdyby nie wiedza, którą panienka zdobyła, nie miałaby pani wystarczających umiejętności, aby to uczynić.

– Bzdura – powtórzyła Alicja niezbyt grzecznym tonem. – Czy utopienie się, które nie wymaga wiedzy, byłoby bardziej akceptowalne?

– Histeria, na którą pani cierpi, wymaga leczenia...

Dobry Boże, Alicja zaczęła wyłamywać palce. A więc ojciec i macocha uważają ją za psychicznie chorą. I w przejawie swojej szlachetności wysłali ją do tego eleganckiego więzienia. Dobry Boże, myślała przerażona, jest gorzej, niż przypuszczała.

– Sądzę – lekarz znów zaczął mówić, tym razem nieproszony – że takie historie jak wczorajsze niejasne dla wszystkich włamanie nadszarpnęły pani kruchą równowagę ducha i ciała...

Ciekawe, co by było, gdybym mu powiedziała, że to moja sprawka, pomyślała. Pewnie nie uwierzyłby, a moje słowa uznał za przejaw groźnej histerii.

– Nic nie widziałam, nic nie słyszałam – odpowiedziała wymijająco. – Nie mogło to w żaden sposób wpłynąć na stan moich nerwów. I nie krucha. Może wasze austriackie kobiety są delikatne. My, polskie szlachcianki, jesteśmy zupełnie inne.

– Co się pani śniło w nocy? – spytał nieoczekiwanie.

– Słucham? – nie zrozumiała. Po swojej uwadze o godności narodowej spodziewała się raczej usłyszeć, że wszystkie kobiety niezależnie od narodowości są takie same.

– Czy miewa pani sny? – znów spytał.

– Tak – przyznała. Chyba nie było w tym nic złego. – Jak wszyscy inni...

– Otóż myli się pani – zdjął okulary i popatrzył na nią uważnie. – Nie wszyscy śnią, a przynajmniej nie wszyscy swoje sny pamiętają. Ponadto każdy ma różne typy obrazów, które widzi. Te majaki są odzwierciedleniem stanu naszej duszy. Zaledwie kilka dni temu miałem przyjemność słuchania wykładu mojego mentora...

– Mój sen? – przerwała lekarzowi Alicja. Mówiła po niemiecku dobrze, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze, ale dziwaczny temat rozmowy skłonił ją do zastanowienia, czy pewne słowa nie mają przypadkiem innego znaczenia.

– Tak, pani sen – pokiwał głową. – Proszę mi opowiedzieć, co się pani dzisiaj śniło. Jeśli pani pamięta.

Przełknęła ślinę i sięgnęła do swojej pamięci. Przez głowę przemknęła jej myśl, że być może powinna opowiedzieć o czymś zupełnie innym, zmyślonym, żeby zmylić lekarza, ale przypomniała sobie opowieść o pewnym starożytnym Greku szukającym złodzieja. Podejrzanym kazał dotykać ubłoconego brzucha osła. Ten, który ukradł, nie dotknął zwierzęcia. Pozostali, którzy nie mieli nic na sumieniu, śmiało brudzili sobie ręce. Więc ten, który miał w istocie ręce brudne, pokazał uczonemu Grekowi czyste dłonie i w ten sposób się zdradził. Kłamstwo mogłoby ją zdradzić, a nawet spowodować, że poddano by ją jakiejś dziwacznej i bolesnej terapii. Postanowiła, że powie prawdę.

– Śnił mi się wielki dom, ale to nie był mój rodzinny dworek w Polsce – zaczęła. – Był jakiś taki... duży i bardzo – szukała właściwego słowa po niemiecku – ...chłodny. W pokojach brakowało stołu, krzeseł, komody czy choćby sekretarzyka, stały tylko wielkie szafy od podłogi do sufitu. Te szafy były szklane, a na półkach stały szklane naczynia: kieliszki, wazy, talerze...