Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany - Ałbena Grabowska - ebook
Opis

Trzecia, ostatnia już część opowieści o obdarzonej niezwykłym darem kobiecie. Dzięki odprawionym niegdyś przez matkę czarom, Alicja żyje tak, jak nie żył jeszcze żaden człowiek...

Jest rok 1942, Paryż znajduje się pod nazistowską okupacją. Alicja, jako agentka Luna pracuje dla aliantów. Jednym z jej zadań jest zdobycie wzorów nowej broni chemicznej, nad którą pracuje znany austriacki fizyk Ludvig Bernstorff. Alicja podejrzewa, że Ludvig nie jest tym, za kogo się podaje, robi jednak wszystko, by wykonać zadanie. Rodzące się pomiędzy nią a naukowcem uczucie naraża Alicję na ogromne niebezpieczeństwo. Jest śledzona przez gestapo a własna agencja podejrzewa ją o zdradę. Prawdziwym cudem Alicji udaje się opuścić Paryż i zamieszkać z córką w Szwajcarii. Jednak po ponad dwudziestu latach od wojennych wydarzeń Alicja musi zmierzyć się z demonami przeszłości…

Ałbena Grabowska – pisarka, matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Zawodowo: lekarz neurolog-epileptolog. Imię Ałbena, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Wydała między innymi powieści: Coraz mniej olśnień, Lady M., Lot nisko nad ziemią oraz sagę Stulecie Winnych (Wydawnictwo Zwierciadło). Uhonorowana przez czytelniczki nagrodą „Pióra” podczas Festiwalu Literatury Kobiet w roku 2015.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: MARIA LIPOWSKA
Korekty: ALEKSANDRA KIEŁCZYKOWSKA, KAROLINA WYSOKIŃSKA, PAWEŁ WIELOPOLSKI
Okładka: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Projekt typograficzny: MARIA KOWALEWSKA
Skład: ALEKSANDRA MAJEWSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: portrety Autorki – WOJCIECH OLSZANKA Zdjęcia ilustracyjne – Shutterstock
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2017 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-68-7
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojej córce Aliniez miłością

CZĘŚĆ V

ROZDZIAŁ I

Między teraz a nigdy wiele może się wydarzyć. Alicja strzepnęła niewidzialny pyłek ze złotej sukienki i uśmiechnęła się do stojącego obok ambasadora zaanektowanej republiki Czechosłowacji. Mężczyzna był niskiego wzrostu i nadmiernie się pocił. Jego żona miała podobną przypadłość, co Alicja zanotowała w swojej pojemnej pamięci. Na sali przemawiał sam namiestnik Trzeciej Rzeszy w Paryżu, a większość zebranych w ambasadzie wpatrywała się w niego z wielką uwagą i zachwytem. Szczególnie kobietom zdawały się nie przeszkadzać jego skłonności do nadmiernego jedzenia i picia, żółte zęby obnażane w agresywnym uśmiechu oraz nos i policzki pokryte pajęczyną pękniętych naczynek. Wystarczył blask władzy, jaki bił od niego, aby ambasador stał się atrakcyjny, co więcej – pożądany.

Przy odrobinie szczęścia dostanie zawału serca albo udaru mózgu, pomyślała Alicja i wymieniła uśmiech z attaché kulturalnym bodajże Austrii. Nie trzeba będzie go likwidować.

– Na zdrowie. – Ambasador uniósł kieliszek.

Alicja upiła mały łyk wina musującego, które w niczym nie przypominało szampana.

– Jestem zaszczycony, że mogę spędzić wieczór w tak znakomitym towarzystwie. – Mężczyzna otarł pot z czoła. Jego żona uśmiechnęła się nerwowo. Na sukience wykwitły jej plamy potu, które nieporadnie zakrywała szalem.

– Myślę, że to my powinniśmy czuć się zaszczyceni pana obecnością – powiedziała Alicja.

– Och, nie oszukujmy się, że zaproszono by nas tutaj, gdyby nie mój drogi szwagier, profesor Němec...

– Profesor Němec jest pańskim szwagrem? – spytała Alicja, zdumiona.

– To mój brat – oznajmiła z dumą żona ambasadora. – Jeśli pani sobie życzy, przedstawię panią.

– Byłabym wniebowzięta. – Alicja położyła dłoń na sercu. – Uwielbiam uczonych.

Kobieta poprowadziła ją przez tłum gości prosto do grupki mężczyzn.

– Panowie pozwolą, że przedstawię... – zaczęła ambasadorowa. – Madame...

– Charme. – Alicja utkwiła wzrok w profesorze Němcu. – Alina Charme... Jest mi niezmiernie miło, że mogę pana poznać, profesorze... Podobnie jak i pańskiego znakomitego kolegę...

Podała rękę najpierw bratu ambasadorowej, który omiótł ją nieuważnym spojrzeniem, następnie wysokiemu, młodemu mężczyźnie, który zatrzymał na niej wzrok z wyraźnym zainteresowaniem.

– Wyobrażałam sobie, że jest pan starszy – powiedziała. – Profesorze Bernstorff...

– My, fizycy – uśmiechnął się Ludvig Bernstorff – bardzo szybko osiągamy nasz najwyższy potencjał intelektualny. Podobnie jak matematycy; po trzydziestym roku życia albo kończą nam się możliwości, albo zaczynamy się zajmować filozofią fizyki... Oczywiście nie dotyczy to chemików. – Uśmiechnął się do Němca i skłonił z szacunkiem, po czym utkwił wzrok w Alicji.

– Niech pan nie będzie taki skromny. O pana zasługach dla Rzeszy mówi się nie tylko w kuluarach... – Odwzajemniła uśmiech.

Popatrzyła na niego odrobinę za długo, starając się jednocześnie, aby jej spojrzenie nie było figlarne i aby Ludvig nie miał wrażenia, że z nim flirtuje.

– Bardzo tu gorąco – poskarżyła się Kira Němcowa, rozkładając chiński wachlarz i potrząsając nim nerwowo koło swojej twarzy. – Czy i państwo to odczuwają?

Alicja przytaknęła grzecznie, chociaż było jej raczej chłodno w jedwabnej sukni z odsłoniętymi ramionami.

– Państwo wybaczą – powiedział profesor Němec. – Chodź, moja droga, usiądziesz, a ja przyniosę ci szklankę wody.

Kiedy profesor z żoną odeszli, Bernstorff wyjął błyszczącą papierośnicę i podsunął Alicji.

– Zapali pani?

Pokręciła przecząco głową.

– Nie, dziękuję. Pan jednak może to zrobić – powiedziała, widząc, że chowa papierośnicę. – Nie przeszkadza mi, kiedy inni palą.

– Alina to piękne imię. – Nie odrywał wzroku od jej twarzy. – Kojarzy mi się z kolorem zachodzącego słońca albo maku...

– To dwa różne kolory, nawet nie odcienie – zauważyła. – Jako fizyk powinien pan lepiej się na tym znać. Chociaż mężczyźni z kolorami zwykle mają kłopoty...

Odchylił się do tyłu i zasłonił dłonią jak przed ciosem.

– Nie zajmuję się kolorymetrią, moją specjalnością jest dynamika. Czyżby pani znała się na fizyce?

Roześmiała się i pokręciła przecząco głową.

– Bardziej na chemii. Pracuję jako pielęgniarka – odparła.

Popatrzył zaskoczony. Zanim jednak odpowiedział, podszedł do nich Pierre Albroon, jeden z attaché francuskich, którzy starali się być blisko Niemców. Alicja nie lubiła go, bo sprzedałby własną matkę, gdyby mu się to opłacało, ale pozostała czujna, znając jego inteligencję.

– Zazdroszczę panu. – Pochylił się w stronę fizyka. – Zresztą prawie wszyscy zgromadzeni tu panowie chętnie zajęliby pana miejsce przy boku madame... Charme.

Alicja nawet okiem nie mrugnęła, kiedy wymienił jej panieńskie nazwisko. Jako mężatka przedstawiała się nazwiskiem Daniela. Kiedy wybuchła wojna, na potrzeby swojej działalności oficjalnie odżegnała się od związku z Żydem, czym zyskała przychylność niemieckich władz. Wiedziała, że ludzie potępiają ją za to, ale było jej to obojętne, dopóki pomagało w wypełnianiu misji. Ludvig nie mógł tego wiedzieć, ale zauważył kompletny brak zainteresowania Alicji Pierre’em i obojętność, z jaką przyjęła komplement. Wymamrotał kilka grzecznościowych słów, a potem demonstracyjnie zamilkł, aż Pierre zobaczył albo udał, że widzi kogoś za ich plecami, i odszedł.

– W pani jest tajemnica – powiedział. – Wyjawi mi ją pani?

– Gdybym to zrobiła, nie miałabym już nic do zaoferowania... – Uśmiech nie schodził z jej twarzy.

– W takim razie będę cierpliwy... – Nachylił się ku niej i ponownie pocałował końce rękawiczki.

Podobne przyjęcia należały do codzienności wojennego Paryża i jej stałych obowiązków. Francja wypowiedziała wprawdzie wojnę Niemcom już trzeciego września, czyli w dwa dni po wtargnięciu wojsk Hitlera do Polski, ale nie spowodowało to żadnych działań wymierzonych przeciwko nazistom. To Niemcy w końcu zlitowały się, jak złośliwie komentował Franek, i zaatakowały Francję w maju 1940 roku. Wielu zaskoczonych paryżan zostało zmuszonych do ucieczki. Alicja nie brała udziału w masowym exodusie, czekała w Paryżu na rozkazy, mając nadzieję, że zostanie przerzucona do Polski, o co starała się od czerwca 1939 roku. Niestety jej dowództwo było przekonane, że tak uzdolniona agentka przyda się na miejscu, a nie w dalekim kraju, który miał bezskutecznie czekać na litość Europy Zachodniej. Patrzyła więc bezradnie, jak rząd przenosi się do Bordeaux, marszałek Pétain prosił fałszywie o zawieszenie broni, a de Gaulle o pomoc i wsparcie dla ruchu oporu, za co zresztą rząd Vichy skazał go na śmierć. Podpisano rozejm z Niemcami, rozwiązano Trzecią Republikę i Pétain został głową wstydliwego, pozornie wolnego państwa z siedzibą w Vichy. Miał więcej władzy niż Bonaparte, co stwierdzała z goryczą, i szła na kolejne przyjęcie, podczas którego rozpoznawała wroga, odbywała podróż w celu wymiany informacji lub przekazania fałszywych danych albo w taki czy inny sposób służyła swoim umysłem aliantom.

– Zwycięstwo Rzeszy – kontynuował tymczasem namiestnik, chociaż wydawać by się mogło, że skończył pompatyczną przemowę – otworzy drogę Francji do nowych technologii, które z powodzeniem może wykorzystywać na chwałę zjednoczonej, nowej Europy... Kolonie, dawniej francuskie, teraz znajdujące się we władaniu albo już pod protektoratem...

A więc jednak, pomyślała Alicja z niechęcią. Żaden z tych germańców nie wie, do czego służy język. Kiedy trzeba, nie wystawiają go z ust, a kiedy powinni trzymać go za zębami, mielą ozorami niczym baby na targu.

– Dziwne to... – Ludvig Bernstorff uśmiechnął się szelmowsko. Był przy tym podobny do Clarka Gable’a. – Prowadzimy wojnę, pilnie ściągają mnie do Paryża, po drodze zmieniamy trzy pociągi i samolot, bez przerwy powtarzają, jaka to tajemnica... A tu nagle...

– A tu nagle wydają przyjęcie na pana cześć i publicznie mówią, że będzie pan pracował z wybitnym chemikiem profesorem Němcem na chwałę Rzeszy...

– Nie wymienili naszych nazwisk – parsknął śmiechem. – Pani musi być wybitnie inteligentna.

– Kobieca intuicja – Alicja lekko skinęła mu głową – oraz znajomość prawie wszystkich tu obecnych.

Koło nich stanął André Poulte, stary znajomy Daniela, który zaczął współpracować z Niemcami, kiedy tylko wkroczyli do Paryża. Alicja wiedziała, że ze względu na małżeństwo z Danielem André wolałby myć deski pod szafotem niż przyznać się, że kiedyś często bywał w ich domu.

– Alina – skinął głową w jej stronę – muszę porwać Ludviga. Zresztą uprzedzam cię, on nie pomoże ci w tym twoim szpitalu. A tobie, mój drogi, radzę na nią uważać – zwrócił się do Bernstorffa. – Wszyscy tracimy dla niej głowę i zaczynamy wpłacać hojne datki na rzecz chorych dzieciątek...

– W takim razie jeszcze się spotkamy. – Bernstorff ponownie się ukłonił. – Jeśli pani pozwoli... Chciałbym rozwikłać pani tajemnicę i niewykluczone, że stracić dla pani głowę...

Odprowadziła go wzrokiem, skonstatowawszy z ulgą, że André prowadzi Ludviga w drugą stronę sali. Nadeszła pora, aby wykonała zadanie, które ją przywiodło na owo przyjęcie. Wzięła lampkę szampana z tacy i kołyszącym krokiem podeszła do mężczyzny patrzącego na nią wzrokiem pełnym pożądania i nienawiści.

– Nudzisz się? – spytała.

– Nie ma tu nikogo interesującego dla mnie... – mruknął i upił potężny łyk szampana. – Ty jednak, widzę, nie zasypiasz gruszek w popiele.

– Ależ skąd – zaprzeczyła. – Nie mogłam odmówić zaproszenia... I tak się tu męczę, wyobraź sobie... Zastanawiałam się właśnie, dlaczego w jednym z najważniejszych miejsc w Paryżu podaje się zamiast szampana skrzyżowanie cydru z sokiem z winogron...

– No cóż. – Hrabia von Ekhem wydął mięsiste usta. – Jest kryzys, madame... Ci okropni Francuzi wolą zniszczyć swoje zapasy szampana, zamiast sprzedać go nam.

– Sądzę, że raczej chowają najlepsze zapasy w głębokich piwnicach, a wam dają... – uniosła kieliszek do góry – ...to...

Albert von Ekhem chrząknął, chcąc zatuszować swój nietakt. Alicja patrzyła na niego kpiąco. Mężczyzna odstawił kieliszek na tacę, którą podsunął mu kelner. Chciała zrobić to samo, ale kelner nie zauważył jej gestu, w rezultacie czego zawartość wylała się hrabiemu prosto na białą, krochmaloną koszulę.

– Tak mi przykro, mój drogi – szepnęła głosem pełnym skruchy. – Doprawdy ogromnie cię przepraszam...

Przystojną twarz wykrzywiła źle maskowana wściekłość. Alicja spokojnie wzięła z rąk kelnera białą serwetkę i delikatnie, ale z wprawą suszyła frak hrabiego. W tle pobrzmiewało nowe przemówienie ambasadora.

– Panie hrabio, proszę wybaczyć – wyjąkał kelner.

– Precz mi z oczu... – wycedził Albert, a Alicja, nie przerywając swojej pracy, skinęła głową struchlałemu chłopakowi. – Ach! – krzyknął nagle.

– Co się stało, kochanie? – Tleniona Evie Gruber uwiesiła się ramienia kochanka i otaksowała mokrą koszulę Alberta. – Zmarnowaliście tyle pysznego szampana...

Albert machał rękoma, jakby opędzał się od uprzykrzonej muchy.

– Osa! – Evie zamachała pulchnymi rękoma.

– Ugryzła mnie! – Albert trzymał się za kark.

Alicja nie przerywała pracy, obdarzając Alberta karcącym spojrzeniem.

– Jesteś już dużym chłopcem, mój drogi. – Pogroziła mu palcem. – A duzi niemieccy chłopcy nie boją się os.

– Trzeba wyjąć żądło – gorączkowała się Evie, wskazując małą plamkę krwi na szyi narzeczonego. – I tyle szampana się zmarnowało!

– Nic takiego, moja droga – uspokoiła ją Alicja. – Żądła żadnego tu nie ma... A szampana nie brakuje.

Zwinęła w rulon mokrą serwetkę i położyła ją na najbliższym stole.

– Wybaczcie, moi drodzy. – Uniosła dłonie ku górze. – Muszę zdjąć te przesiąknięte szampanem rękawiczki.

Pozostawiła Alberta i Evie, czując na sobie ich wzrok. Uśmiechnęła się w duchu, kiedy dosłyszała słowa Niemca skierowane pod jej adresem, „francuska dziwka”, oraz następujący po nich nerwowy chichot Evie.

W łazience nie było nikogo. Szybko zdjęła złote cieniutkie rękawiczki, wyjęła małą karteczkę i odczytała przekazaną jej wiadomość. Następnie wyjęła z torebki dobrze zaostrzony ołówek i napisała kilka słów na czystym skrawku papieru. Zwinęła go w rulon i umieściła w szmince, po czym uważnie włożyła kolec z kurarą, którą właśnie uśmierciła niemieckiego agenta Alberta von Ekhema, i wyrzuciła przez okienko w toalecie, które następnie starannie zamknęła. Cała operacja trwała krócej niż minutę. Krzyki z sali dobiegły chwilę później. Wyjrzała ostrożnie. Tak jak przypuszczała, pracownicy ambasady biegali bezładnie, nie wiedząc, komu najpierw nieść pomoc, krzyczącej Evie czy leżącemu nieruchomo Albertowi. Przemknęła pod ścianą i szybko wbiegła po schodach na pierwsze piętro, gdzie w końcu korytarza zgodnie z dostarczonym jej przez Franka meldunkiem znajdowały się pokoje profesorów Němca i Bernstorffa. Następnego dnia obaj mieli być przekwaterowani do prywatnych willi; tam dostęp mógł być trudniejszy. Wyjęła wsuwkę z włosów i sprawnie otworzyła pierwsze drzwi. Porządek w pokoju i krój marynarki wiszącej na oparciu krzesła wskazywały, że znajduje się w pokoju profesora Němca. Otworzyła walizkę leżącą na podłodze, ale nie znalazła żadnej teczki z papierami i wzorami. Zaklęła w duchu. Może genialny naukowiec wzory chemiczne przechowuje w głowie, pomyślała. Sprawdziła wierzch i dno walizki, bez powodzenia. Sięgnęła do kieszeni marynarki i po wewnętrznej stronie wymacała spory plik.

– Et voilà... – Wyjęła z torebki aparat fotograficzny i sfotografowała każdą stronę.

Odłożyła papiery na swoje miejsce i opuściła pokój. Ktoś szedł korytarzem. Ukryła się za dużą donicą fuksji, czując się podobnie jak w Kodorowie, kiedy jako dziewczynka chciała odkryć tajemnice mieszkańców dworku. Korytarzem przemknął Ludvig Bernstorff, otworzył swój pokój i wszedł do środka. Alicja usłyszała zgrzyt klucza w zamku. A więc chowasz tam sekret, którego nie zdołałam dziś poznać, westchnęła. Już blisko pięćdziesiąt lat starała się odkrywać tajemnice innych, ale teraz robiła to jako Luna – agentka wywiadu francuskiego. Nie mogła ryzykować i czekać, aż profesor wyjdzie z pokoju. Nabrała jedynie pewności, że coś albo ktoś kazał mu zabezpieczyć to, co znajdowało się w jego apartamencie. Inaczej nie ryzykowałby powrotu w czasie bałaganu i paniki, jaką spowodowało morderstwo znanego bon vivanta. Wyszła zza donicy i skierowała się ku schodom, ale musiała znaleźć inną drogę, gdyż dostrzegła skradającą się nieporadnie profesorową Němcovą. Modląc się, żeby Ludvig nie wyszedł z pokoju wprost na nią, otworzyła wytrychem drzwi z drugiej strony korytarza. Znalazła się w przestronnym pokoju, którego gospodarz placówki używał jako gabinetu i w którym przyjmował mniej oficjalnych gości. Alicja była tu kilka razy z wizytą i nie umknęło jej, że w pokoju zainstalowano małą windę do przesyłania posiłków. Zażartowała nawet na ten temat, ale ambasador wyjaśnił jej, że zdarza mu się pracować wiele godzin i nie lubi, kiedy mu się przeszkadza, a dotyczy to także osób, które przynosiłyby mu kolację. Zamknęła drzwi od środka i odsunęła drzwiczki windy. Trochę mało miejsca, pomyślała, ale ponieważ była bardzo szczupła i gibka, szybko weszła do środka i nacisnęła guzik. Winda szarpnęła boleśnie jej żołądkiem i powoli zjechała na dół. W kuchni nie było nikogo. Widać wszyscy zostali już wezwani na salę ogólną. Rozprostowała nogi i włożyła szpilki. Wyjęła z torebki aparat i ukryła go w słoju z napisem „ryż”, potem pchnęła drzwi i szybkim krokiem, okrążając foyer, weszła do salonu. Ludzie zbili się w kilka grupek. Jedna skupiała się wokół martwego Alberta. Evie uspokajali profesor Němec, dwóch attaché kulturalnych oraz ich żony. Ona sama szlochała histerycznie i Alicja pomyślała złośliwie, że Albert szybko by z nią zerwał na rzecz jakiejś Marie, Sylvie czy Therese, a tak zostanie zapamiętana jako miłość życia jednego z najprzystojniejszych kawalerów Paryża. W drugim kącie stała grupa kucharzy i kelnerów, wśród nich nie było już Franka. Środek sali okupowali mężczyźni nerwowo palący cygara. Nie zauważyła Bernstorffa. Musiał wciąż przebywać w swoim pokoju na górze. Alicja zastanawiała się, w jaki sposób zamierza niepostrzeżenie dołączyć do zebranych. Oprócz niego i profesorowej na dole byli wszyscy pozostali.

– Straszna tragedia. – Usłyszała głos za sobą.

– Tak cicho pan zszedł ze schodów – powiedziała, nie oglądając się za siebie. – Nie słyszałam pana, a mam wyczulone ucho...

– A pani gdzie była? – spytał Ludvig.

– W toalecie – wyjaśniła, nadając swojemu głosowi nutę zażenowania. Odwróciła się. Przy uśmiechu robił mu się dołek w prawym policzku.

– Tak długo? – Jego mina wyrażała niedowierzanie.

– Proszę odejść. – Dotknęła szyi otwartą dłonią. – Jest pan wulgarny...

Spojrzała mu w oczy, ale nie dostrzegła w nich odpowiedzi na swoje nieme pytanie, czy zdołał ukryć co trzeba.

– Pani imię i nazwisko – rzucił oficer SS, który przedstawił się jako Obersturmbannführer Gerard von Bauch.

– Alina Charme – powiedziała cicho i wyjęła z torebki papiery.

– Co pani robiła na przyjęciu? – pytał, stojąc za jej plecami. Przypomniał się jej Freud i seanse, podczas których profesor siedział z tyłu, a ona nie mogła spojrzeć mu w oczy. Odpowiadając oficerowi, odwróciła głowę, szukając kontaktu wzrokowego. Wiedziała, że to dobrze usposabia pytającego.

– Zostałam zaproszona – powiedziała głosem pełnym zdumienia. – Pan ambasador zawsze zaprasza mnie na...

– Dobrze – przerwał jej. – Jak dobrze znała pani zamordowanego?

– Zamordowanego? – Zasłoniła usta dłonią. – To nie był atak serca? O Boże, Boże...

Bauch zrobił kilka kroków. Alicji trzęsły się ramiona, zasłaniała rękoma twarz, udając szloch.

– No dobrze, dobrze... – złagodniał oficer. – Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak dobrze znała pani Alberta von Ekhema?

– To był mój stary znajomy... – odrzekła słabo. – Jeszcze przed wojną jego rodzina bywała u nas... Alberta znam dobrze, ale ostatnio nie utrzymywałam z nim bliskich kontaktów...

– Dlaczego? Skoro znała pani nie tylko denata, ale także jego rodzinę?

– No cóż. – Zaczęła wyłamywać nerwowo palce. – To mężczyzna, który lubi rozrywki, nocny Paryż, a ja... jestem wdową...

Oficer znieruchomiał.

– Zechce mi pani wybaczyć – powiedział. – Nie miałem pojęcia.

– To już trzy lata, odkąd Daniel nie żyje. – Oczy jej same zwilgotniały jak zwykle, kiedy wspominała ukochanego mężczyznę. – Zginął w katastrofie lotniczej... Proszę pytać... Rozmawiałam z Albertem na przyjęciu, może mogłabym w czymś pomóc.

– Właśnie. – Rozchmurzył się Obersturmbannführer. – Powiedziano mi, że pani rozmawiała z zamor... z denatem krótko przed śmiercią. O czym rozmawialiście?

– Właściwie o niczym. – Jej twarz przybrała wyraz skupienia. – Pytał, jak się bawię na przyjęciu i czy smakuje mi szampan... Jemu nie smakował...

– Czy powiedział dlaczego? – kapitan zadał swoje pytanie tonem tak poważnym, jakby chodziło o zbiega w masce umykającego przez okno.

– Tak – odrzekła Alicja gorliwie. – Albert nie pije... to znaczy, nie pił wina musującego, zawsze był to oryginalny szampan. Dostrzegł oczywiście różnicę i odpowiednio to skomentował. Bo widzi pan, Albert jest... to znaczy był strasznym snobem...

– I dlatego wylała mu pani szampana na koszulę?

– Ależ skąd! – zaprzeczyła gwałtownie. – To był wypadek... Ja chciałam odstawić kieliszek, aby móc bez przeszkód bić brawo podczas przemówienia, a kelner nie zrozumiał i dlatego... Ale nic się nie stało... To było białe wino... Nie zrobiło nawet plamy...

– Czemu osobiście wycierała pani denata?

Alicja przełknęła ślinę i spróbowała się uśmiechnąć.

– Wtedy jeszcze żył... Krzyczał na kelnera, a to była moja wina, więc pomyślałam, że tyle mogę zrobić dla tego biednego chłopaka, którego zaraz wyrzucą z pracy, a być może ma na utrzymaniu rodzinę...

Oficer SS nagle zaczął się przechadzać za jej plecami od ściany do ściany. Odwróciła się i śledziła jego kroki. Gerard von Bauch miał na twarzy wypisaną gwałtowność i konsekwencję w działaniu. Alicja nie zdziwiła się, kiedy do ambasady przysłano grupę SS zamiast policji kryminalnej. Niemcy musieli zdawać sobie sprawę z tego, że śmierć niemieckiego szpiega na przyjęciu w strzeżonej placówce raczej nie może być przypadkiem. Chociaż Alicja spodziewała się raczej abwery, a nie esesmanów, których metody były mało finezyjne i raczej nieskuteczne, nie okazała przed kapitanem zdumienia.

– A co pani powie o osie? – spytał z westchnieniem w głosie. – Kilka osób zeznało, że w sali była osa, a panna Gruber stwierdziła, że ta właśnie osa użądliła hrabiego.

– Tak, Evie... to znaczy panna Gruber – poprawiła się Alicja – i biedny Albert opędzali się od osy. Potem on zaczął krzyczeć, że go użądliła. To już było po tym, jak wylałam szampana.

– Jest pani pewna?

Alicja pokiwała kilka razy głową.

– Absolutnie, panie kapitanie – dodała. – Jestem tego najzupełniej pewna.

– Jeszcze jedno... – Oficer pochylił się w jej kierunku. – Czy poznałaby pani tego kelnera, który obsługiwał panią oraz denata?

– Wydaje mi się, że tak – powiedziała powoli. – To był młody człowiek z niewielkim znamieniem na twarzy, taką brodawką na czole, i pieprzykami...

– Czy takim znamieniem jak na pani dłoni? – spytał nieoczekiwanie, pokazując na jej rękę.

Alicja wpatrywała się chwilę w ciemną plamkę w kształcie listka na prawej ręce. Ten kapitan był spostrzegawczy i nietaktowny.

– To rodzinne znamię. – Potarła palcem skórę. – Miały je moja mama i babcia... U tego kelnera to była zwykła brodawka i pieprzyki...

– To wszystko, proszę pani. – Bauch się ukłonił. – Zechce pani przy wyjściu zostawić adres, na wypadek gdybym miał jeszcze jakieś pytania. Mój człowiek zaprowadzi panią do kelnerów. Wprawdzie nie ma wśród nich żadnego z pieprzykami, ale może znajdzie go pani. Goede – rzucił do młodego oficera odzianego w czarny mundur – idź z panią...

Alicja pożegnała się z szacunkiem z esesmanem i poszła za wskazanym oficerem. Podeszli do grupki mężczyzn w białych marynarkach. Alicja spojrzała na każdego uważnie.

– Nie – powiedziała stanowczo – tego mężczyzny tu nie ma.

Grubo po północy pozwolono jej wreszcie pójść do domu. Wchodząc do mieszkania, zapaliła małe boczne światło. Quasimodo, kot, którego przygarnęła, zabierając go ze śmietnika w pierwszą rocznicę śmierci Daniela, otarł się o jej łydkę.

– Który z dżentelmenów użyczył ci samochodu? – spytał Franek, ubrany już w strój domowy. – Niedobrze to wygląda, kiedy wracasz do domu samochodem gestapo.

– Miałam iść nocą przez Paryż sama? Po godzinie policyjnej? – mruknęła i wzięła Quasimoda na ręce. – Masz to?

– Mam – potwierdził. – Dobra robota...

Pokręciła głową.

– Starzeję się, mój drogi – westchnęła i przytuliła twarz do miękkiego futerka. – Nie sprawdziłam pokoju profesora fizyki.

– Miałaś za mało czasu. – Franek podszedł do stolika i nalał sobie whisky. – Ledwie zdążyłem odkleić pieprzyki i brodawkę, wyjąć sprzęt z ryżu i prysnąć.

Uśmiechnęła się do niego. Franek uwielbiał takie przebieranki. Wkładał peruki o nietypowych kolorach włosów, doczepiał niepasującą do jego urody brodę albo przyklejał bliznę lub znamiona. Ludzie zwykle nie przyglądali się rysom twarzy, tylko pamiętali bardzo jasne, prawie białe włosy, bliznę biegnącą przez cały policzek albo gęstą, skołtunioną brodę.

– Miałabym czas, gdyby nie to, że wrócił do pokoju... – Wyciągnęła rękę po szklankę z alkoholem. Quasimodo skorzystał z okazji i skoczył na fotel.

Franek podszedł i objął ją. Przytuliła się do jego ramienia. Jej syn, brat i najlepszy przyjaciel miał już ponad czterdzieści lat, był wysoki i przystojny. Ona mimo sześćdziesiątki na karku wciąż wyglądała świeżo i młodo.

– To po co mówisz o wieku? To raczej ja nie przypominam młodego kelnera... Najważniejsze, że ta szumowina nie żyje...

– To prawda – potwierdziła. – Albert von Ekhem to był zwykły szczur. Już tam w piekle czekają na niego i podgrzewają kocioł.

Pokiwał głową. Wiedział, jak cierpiała, kiedy zmuszano ją do eliminowania wrogów, choćby były to takie kreatury jak hrabia, który miał na sumieniu niejedno życie. Przed wojną nigdy nikogo nie osądzała, a teraz, mimo że robili to za nią inni, to ona miała „kule nosić” za Pana Boga.

– Dasz sobie radę? – Pocałował ją w czoło.

– Tak, tak kochany... – Pogłaskała go po głowie. – Położę się. Coś czuję, że ten oficer nie do końca kupił historię z osą i ma wątpliwości, jeśli chodzi o moją obecność na przyjęciu. Pewnie jutro zechce wysłuchać moich zeznań ponownie.

– Może będzie szukał kelnera... – Uśmiechnął się szelmowsko. – Może też nie jest wrażliwy na urodę kobiet jak wielu esesmanów...

– Jego obawiam się mniej. – Zasępiła się. – Niepokoi mnie Ludvig Bernstorff...

Szeptała bajkę wprost do ucha gorączkującemu dziecku. Nie była pewna, czy mała Lily rozumie, co do niej mówi, ale sam jej głos uspokajał chorą dziewczynkę. Ktoś położył Alicji rękę na ramieniu.

– Odpocznij trochę – powiedziała Catie.

Alicja pokręciła przecząco głową.

– Nie potrzebuję odpoczynku, Cat. Dziękuję... Poczekam, aż penicylina zacznie działać... Oby nie było za późno.

Catie dotknęła ręką czoła dziecka.

– Musi pomóc – powiedziała z naciskiem. – Gdyby nie ty...

– Daj spokój – przerwała jej Alicja. – Mogłabym robić więcej.

Catie zabrała nietkniętą przez dziecko zupę.

– Jeszcze więcej? – szepnęła. – Skupujesz cały zapas penicyliny na czarnym rynku. Leki i opatrunki mamy już tylko dzięki tobie. Zostaniesz bez pieniędzy...

Alicja wzięła od Catie świeże kompresy i położyła dziewczynce na głowie i po obu stronach szyi.

– Daniel zostawił mi dość. A do grobu pieniędzy nie zabiorę. – Wzruszyła ramionami.

Do sali ktoś wszedł. Obejrzały się obie. W drzwiach stała młoda pielęgniarka Pauline. Była przestraszona.

– Ktoś pytał o panią, siostro Aline... – powiedziała cicho. – Czeka w gabinecie...

Spojrzały na siebie z Catie porozumiewawczo.

– Idź. – Cat odprawiła ją gestem dłoni. – Ja posiedzę z dzieckiem, potem rozdam leki. Tylko szybko wracaj!

To było ich niepisane powiedzonko, które miało rozpraszać obawy. Nigdy nie rozmawiała z Catie o swojej działalności na rzecz wywiadu. Oczywiście stara przyjaciółka nie była głupia i domyślała się, że oprócz ratowania życia dzieciakom Alicja wykonuje jeszcze inne zadania. Nie zadawała jednak żadnych pytań. Alicja nie organizowała osobiście transportu leków. Ktoś mógł ją zauważyć i zapamiętać. Taka kobieta jak ona rzucała się w oczy. Nawet w szpitalnym uniformie i czepku odkrywającym jedynie twarz była olśniewająco piękna. Catie podziwiała ją i wiernie przy niej trwała. Alicja była matką chrzestną jej starszej córki i przyjaciółką domu. Wiedziała o tym, że Cat w razie wpadki zaryzykuje życie swoje i własnej rodziny, żeby ocalić większą sprawę. Od lat pracowały razem, śmiały się i razem płakały. Od czasu wybuchu wojny i klęski Polski, a potem Francji, śmiechu miały niewiele, za to powodów do płaczu nie brakowało. „Wracaj szybko” – mówiły, kiedy groziło im niebezpieczeństwo, kiedy ktoś niepowołany interesował się ich działalnością w szpitalu. Kiedy pytano, czemu taka osoba jak Alina Charme pracuje w miejskim szpitalu jako pielęgniarka zamiast zajmować się wyłącznie własną osobą albo kiedy interesowano się liczbą wyleczeń czy zgonów na oddziałach dziecięcych.

Alicja ostrożnie podeszła do swojego gabinetu i zajrzała przez szybkę. Potem szybko weszła do środka.

– Niech cię diabli, Julian – powiedziała, siadając. – Wystraszyłeś mnie...

–Wybacz, Aline, nie chciałem. – Zaciągnął się papierosem. – To biedne stworzenie, które mnie tu przyprowadziło, boi się własnego cienia. Uważajcie na nią.

Alicja wzdrygnęła się. Naprawdę nie znosiła dymu papierosowego. Paliła jedynie wtedy, kiedy wymagała tego od niej sytuacja. Mężczyzna podał jej kartkę, na której były wypisane dwa adresy w różnych dzielnicach Paryża.

– Pewne? – spytała.

Pokiwał głową.

– Sprawdziłem oba. Na ten pierwszy możesz wysłać nawet dwójkę. Bogaci ludzie. Ten drugi też pewny, ale tylko jedno dziecko; najlepiej około trzyletnie, dobrze byłoby, żeby to była dziewczynka. Stracili córkę...

Włożyła kartkę do wewnętrznej kieszeni fartucha.

– Dziękuję. Coś jeszcze? Zgaś, proszę, papierosa...

Jeszcze raz mocno się zaciągnął i zgniótł go w popielniczce. Alicja opróżniła ją i starannie umyła.

– Aresztowali jednego z kelnerów. Ponoć ktoś z gości zeznał, że podejrzanie się kręcił.

– Kto to jest? – zaniepokoiła się.

– Autentyczny kelner z prawdziwym pieprzykiem na twarzy – westchnął Julian. – Przed wojną pracował w Ritzu... Zwolniono go, kiedy hotel zajęli Niemcy, i okazało się, że pradziadek tego chłopaka był Żydem.

Zrobiło się jej gorąco.

– Mógł poznać Franka? – spytała, tracąc oddech.

– Z moich informacji wynika, że pracowali razem jedynie miesiąc. On na sali, a Franek obsługiwał gości w recepcji...

Przez głowę przebiegały jej myśli, jedna za drugą.

– Mogli się spotkać w hotelu, a ten kelner mógł go zapamiętać – stwierdziła. – Musisz natychmiast przerzucić Franka do Szwajcarii.

– Oficjalnie nie ma go na terenie Francji – przypomniał jej Julian. – Jeśli jednak tamten coś powie, dodadzą dwa do dwóch... Będą wiedzieli, że twoja obecność na terenie ambasady nie była przypadkowa. Przyjdą nie po Franka, ale po ciebie...

– O siebie się nie boję. – Zmarszczyła brwi. – Franek musi być bezpieczny. Załatw to.

Potarł skronie. Od wielu lat jego włosy były przyprószone siwizną. Wokół oczu miał siateczkę zmarszczek.

– Załatwię – obiecał. – Ty się tymczasem specjalnie nie pokazuj. Nie szukaj Bernstorffa, bo jest sprytniejszy, niż myśleliśmy.

– Muszę iść na pogrzeb Alberta – stwierdziła. – Był w końcu moim... przyjacielem.

– Też tak myślę, ale uważaj. Organizacja jest zdania, że byłoby najlepiej, gdybyś na jakiś czas zaprzestała swojej szpitalnej działalności.

– Wykluczone, mój drogi – prychnęła niezadowolona. – Kiedy dałam ci się zwerbować, postawiłam warunek, że będę mogła pracować w szpitalu.

– Owszem, a organizacja uznała to za doskonałą przykrywkę. Bycie przykrywką dla twojej przykrywki to praca, która zajmuje mi najwięcej czasu, energii i jest najbardziej niebezpieczna.

Skrzyżowała ręce na piersi, bo wiedziała, jak bardzo nie lubił tego gestu.

– Przecież masz siatkę chłopaków, którzy kupują leki. Nie robisz tego sam.

– ...i siatkę kobiet hodujących kury, które ty rozdajesz biednym rodzinom. W sam raz robota dla starego agenta, nadzorowanie hodowli kur – stwierdził z przekąsem.

Roześmiała się, widząc jego nieszczęśliwą minę. Skrzywił się i dodał:

– Nie na taką „pracę” się umawialiśmy. To, co robisz, jest stokroć bardziej niebezpieczne niż działalność dla organizacji. Twoja praca jako pielęgniarki miała dać ci alibi, pokazać cię jako ekscentryczną wdowę, która lubi dzieci, bo... – przerwał.

Wstała i spojrzała na niego z góry. Kiedyś go kochała, a on złamał jej serce. Na szczęście na jej drodze stanął Daniel i precyzyjnie je posklejał.

– Bo nie mogę mieć własnych – dokończyła. – To chciałeś powiedzieć?

Wziął ją za rękę zaciśniętą w pięść. Nie zwolniła uścisku, ale jak zwykle jego bliskość ją osłabiła.

– Wybacz... – poprosił. – Wciąż cię...

– Idź już – rzuciła, nie patrząc na niego.

Objął ją i pocałował w czoło. Mimowolnie zamknęła oczy i skarciła się za ten gest słabości.

– Leki i opatrunki znajdziesz za dużą szafą w kostnicy – powiedział na odchodnym. – I jeszcze jedno. Mikrofilm dotarł, a organizacja...

– Jest mi wdzięczna, wiem – powiedziała zniecierpliwionym tonem. – Podobnie jak za zasługi, które dopiero im oddam.

ROZDZIAŁ II

Pogrzeb hrabiego nie zgromadził tłumów. Alicja w stonowanej czerni, ale bez woalki zakrywającej twarz – ostatecznie nie była blisko związana ze zmarłym – dyskretnie obserwowała wchodzących do kościoła. Evie spowita od stóp do głów w czerń szlochała w pierwszym rzędzie, tuż za trumną. Zdumiała ją obecność licznie zgromadzonych przedstawicieli SS, wermachtu i abwery. Sądziła, że nieco mniej ostentacyjnie będą podkreślali swoje związki z zamordowanym, choćby dla dobra śledztwa. Obok Evie siedziała starsza kobieta, również ubrana na czarno, z surowym wyrazem twarzy. A więc takie kanalie jak Albert von Ekhem mają matki, pomyślała Alicja. A może przede wszystkim tacy jak on... Dostrzegła wśród żałobników Ludviga i siłą powstrzymała uśmiech. Przez cały czas trwania mszy żałobnej czuła na karku jego wzrok, toteż nie zdziwiła się, kiedy po wyjściu z kościoła podszedł do niej.

– Spodziewałem się tu panią zobaczyć – powiedział.

– A ja się pana nie spodziewałam... – odparła. – Czemu pan przyszedł?

– No wie pani co? – Aż przystanął. – Chciałem okazać szacunek.

Ona nie zwolniła kroku. Dogonił ją nieco zdyszany.

– To był pani przyjaciel, wiem... – rzekł pojednawczym tonem. – Niech pani tak nie biegnie. Podziwiam was, kobiety... Takie wysokie obcasy, a tempo... Nie mogę nadążyć.

– Słabą ma pan kondycję – stwierdziła kwaśno. – Albert nie był moim przyjacielem, to tylko znajomy.

– To czemu pani przyszła na pogrzeb? – zainteresował się.

– Tak wypadało – ucięła.

– Wy, Francuzi, jesteście niesamowici... – westchnął i podał jej ramię, którego nie przyjęła.

– Wy, Niemcy, nie – odparowała.

Wyszedł krok przed nią i stanął tak, że musiała się zatrzymać.

– Jestem Austriakiem – szepnął. – Z Wiednia.

Drgnęła, usłyszawszy nazwę miasta, które było jej domem przez długie lata. Opanowała się jednak natychmiast.

– Jak Führer... – skomentowała. – Będzie pan za mną szedł? Nie wypada...

– Chciałem panią zaprosić na kawę, ale pani tak biegnie...

Alicja przystanęła i przyjrzała się Ludvigowi z uwagą. Nadarzała się dobra okazja do zbliżenia się do tego człowieka, w końcu nie wypełniła do końca powierzonego jej zadania. Skinęła głową z namysłem.

– Dobrze. – Wzięła go pod ramię. – Zgadzam się tylko dlatego, że stawia mnie pan publicznie w niezręcznej sytuacji. Możemy iść na kawę, chociaż uprzedzam, że takiej kawy jak w Wiedniu to się pan nie napije – dodała nieopatrznie.

Poprowadziła go nieco okrężną drogą, chciała przejść koło miejsca, którego nie odwiedzała od wybuchu wojny. Przed butikiem Coco przy rue Cambon stała jak zwykle kolejka żołnierzy wermachtu. Każdy chciał kupić flakon perfum Chanel nr 5 i podarować swojej żonie albo dziewczynie. Owiane legendą dzieło Coco było najbardziej pożądaną pamiątką z Paryża.

– Proszę kiedyś stanąć w tej kolejce i kupić dziewczynie perfumy mojej znajomej Coco Chanel – doradziła, wskazując palcem rząd mężczyzn.

– Przyjaźni się pani z mademoiselle Chanel? – spytał i spojrzał na nią z uwagą, a potem dodał: – Nie mam dziewczyny...

– To narzeczonej – odpowiedziała swobodnie.

– Też nie mam... – wyznał. – Nie musiała się pani uciekać do pokazywania mi tego tłumku. Wystarczyło spytać o mój stan cywilny...

– Przejrzał mnie pan – westchnęła.

Usiedli w pierwszej napotkanej kawiarni o prostej nazwie Cafe au Premier Étage, która istotnie mieściła się na pierwszym piętrze szarej kamienicy na Champs-Élysées.

– Skąd pani wie, jak smakuje kawa w Wiedniu? – spytał, kiedy usiedli. – Była tam pani? Kiedy?

Zdjęła powoli rękawiczki i odłożyła je na stolik.

– Niech mnie pan z łaski swojej nie przesłuchuje – powiedziała cicho.

Wyraźnie się speszył.

– Ależ nie... – Wycofał się. – Byłem tylko bardzo, ale to bardzo ciekawy. Skoro to jednak tajemnica... Mówiłem, że chcę odkryć pani tajemnicę...

– Żadna – odparła lekkim tonem. – Byłam w Wiedniu kilka razy, głównie przed ślubem. Lubiliśmy z mężem tamtejszą operę...

– Czyż teatry w Paryżu nie są lepsze? – roześmiał się nieco zbyt głośno.

Jakaś francuska para spojrzała na nich z dezaprobatą. Ludvig uniósł dłonie w geście przeprosin.

– Kwestia gustu – odparła. – Można chadzać na spektakle w Paryżu i w Wiedniu...

Podeszła kelnerka. Alicja zamówiła herbatę, Ludvig poprosił o kawę i ciastko.

– Myśli pani, że otrzymam szarlotkę czy raczej lody? – zwrócił się do niej po niemiecku.

Była przygotowana na taką ewentualność.

– Jestem zdumiona, że wobec kryzysu, jaki przyniosła ze sobą wojna, w kawiarniach jeszcze podawane są ciastka – odpowiedziała po francusku. – Pan wybaczy, ale moja niemczyzna jest nieco... kulawa, a pana francuski znakomity.

Kelnerka przyniosła filiżankę herbaty, kawę oraz kawałek ciasta drożdżowego. Bernstorff spojrzał na ciastko i się skrzywił.

– No dobrze. – Alicja upiła łyk zaskakująco dobrej herbaty. – Proszę powiedzieć, o co panu chodzi.

Na jego twarzy odmalowało się zdumienie.

– Mnie? O nic, doprawdy. Czy nie można być zainteresowanym piękną kobietą?

Szmery w kawiarni ucichły. Alicja przypuszczała, że niemiecka mowa uciszyła francuską parę siedzącą za nimi. Dziewczyna niespokojnie zerkała na Alicję, a chłopakowi drżała ręka, kiedy podnosił do ust filiżankę z kawą. Zrobiło się jej żal młodych ludzi i rozzłościła się na Ludviga.

– Jestem wdową – powiedziała cicho.

– Tak, wiem. – Zawiesił głos. – Nie przestała pani być piękną kobietą. Ponawiam pytanie, czy nie mogę okazywać jawnie, jak bardzo intryguje mnie pani uroda?

– Może pan, chociaż nie jestem przyzwyczajona do tak jawnej atencji... – Znów podniosła filiżankę do ust. – I w czasie wojny jest to zawsze podejrzane. Zwłaszcza w obliczu naszego nieoczekiwanego spotkania oraz morderstwa.

– A skąd pani wie, że to było morderstwo? – spytał. Upił łyk kawy i przełknął z wyraźnym wysiłkiem.

– Uprzedzałam pana, że to nie wiedeńska kawiarnia – uśmiechnęła się. – Powiedział mi to przesłuchujący mnie oficer SS. Panu zapewne też, więc proszę nie udawać...

– Nie zdziwiło to pani? – dociekał. – Ludzie giną na wojnie, dosięgają ich skrytobójcze kule, ale morderstwo? To do wojny zupełnie nie pasuje...

Alicja patrzyła na niego na pozór obojętnie. Jeśli udawał, a była pewna, że tak jest, robił to bardzo nieumiejętnie. A może to z siebie chciał zrobić idiotę, żeby Alicja zdradziła się z czymś, czego nie powinna wiedzieć? Zwrócił się do niej po niemiecku, bo chwilę wcześniej powiedziała, że była w jego rodzinnym mieście. Ale z faktu, że było się w Wiedniu, nie wynika jednak znajomość niemieckiego. A więc o co mu chodziło, zastanawiała się. Może naprawdę mu się podobam?

– Mnie się wydaje, że wszystko pasuje do wojny. To czas, w którym reguły nie obowiązują – odpowiedziała. – Albert nie mógłby zginąć na wojnie, ponieważ nigdy by się nie zaciągnął do wojska. Nie należał do najodważniejszych. A jeśli pan chce bawić się w detektywa, to do czego ja jestem panu potrzebna? Proszę współpracować z SS. Powiedziałam im wszystko, co wiedziałam.

– Właśnie – kontynuował, jakby nie słyszał tego, co powiedziała. – Dlaczego śledztwo prowadzi SS, a nie policja kryminalna?

– Mogę tylko przypuszczać. – Zbliżyła nieznacznie twarz do jego twarzy i kontynuowała konfidencjonalnym tonem: – Albo SS nie wierzy w skuteczność policji kryminalnej, albo Albert zginął przez pomyłkę, albo też miał jakieś interesy z gestapo.

Odsunął z ulgą niedopitą kawę i uniósł palec.

– Pani jest genialna! To musi być rozwiązanie.

Dopiła swoją herbatę.

– Powinniśmy chyba... – Przywołała kelnerkę.

– Tak, tak... pani się zapewne spieszy... – powiedział nieuważnie i utkwił w niej wzrok. – Chciałem spytać, dokąd pani poszła po wyjściu z łazienki?

– Nie rozumiem...

– Bo widzi pani, ja, kiedy tylko ten biedny człowiek upadł i zaczął się bałagan, pobiegłem na górę do swojego pokoju. Podejrzewałem, że to pozorowane działania mające na celu odwrócenie uwagi i dotarcie do materiałów, które przywiozłem.

Podeszła kelnerka, a Ludvig wręczył jej banknot znacznie przekraczający rachunek i z czarującym uśmiechem stwierdził, że „reszty nie trzeba”. Wstali i Ludvig pełnym galanterii gestem podał jej płaszcz oraz rękawiczki. Naciągnęła je na dłonie. Wychodząc, uśmiechnęła się do młodej pary, która odprowadzała ich wzrokiem z wyraźną ulgą.

– I co? – spytała już na ulicy. – Materiały były na miejscu?

– Tak, tak... Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby... – Złapał się za głowę.

Ten człowiek wykonuje zbyt dużo teatralnych gestów, zauważyła. Niczym południowiec, a nie chłodny Austriak.

– ...wpadły w niepowołane ręce – dokończyła ze znudzeniem.

– No właśnie... Myliłem się jednak. Ktoś chciał zabić tego nieszczęśnika, kiedy pani była w łazience. Ponoć jakiś kelner niczym Indianin strzelił do niego strzałką nasączoną kurarą... Wcześniej dla niepoznaki wypuścił osę.

Przystanęła i uniosła brwi ze zdumieniem. Stali tak chwilę i wpatrywali się w siebie. Ludvig pierwszy odwrócił wzrok.

– Przeraża mnie pan swoimi opowieściami – powiedziała w końcu. – Straszny z pana kompan...

– A pani jest najbardziej intrygującą kobietą, jaką poznałem w Paryżu. Może nawet nie tylko w Paryżu. – Uśmiechnął się. – Czy mogę spytać, gdzie pani mieszka? Pójdziemy piechotą czy mam wezwać taksówkę?

– Pójdę sama – uśmiechnęła się krzepiąco. – Pan pozwoli, że się pożegnam. Muszę wstąpić gdzieś na chwilę. Do domu wrócę później. Dziękuję panu za towarzystwo, Ludvigu...

Ukłonił się z galanterią i ucałował końce jej palców.

– A wie pani, że w Wiedniu mieszkam przy Spitalgasse? – powiedział, kiedy już odchodziła.

Nie zdołała powstrzymać drgnienia ust. Opanowała się jednak natychmiast.

– Czy to jakaś szczególna ulica? – spytała obojętnie.

– Nie, zupełnie zwyczajna – mruknął. – Jest tam zakład fotograficzny, a w nim zdjęcia. Przysiągłbym, że uwieczniono panią na jednym z nich...

– To niemożliwe. – Pokręciła głową.

Odeszła pogrążona w myślach. Nie pamiętała, aby od początku swojej działalności czuła się równie niepewnie. Przy najbliższym kontakcie musi poprosić Juliana, aby dowiedział się jak najwięcej o Ludvigu Bernstorffie.