Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ali i Nino - Kurban Said

Pustynia jest bramą do tajemniczego i niepojętego świata…
Kultowa gruzińska powieść historyczna o wielkiej miłości w czasach burzliwych przemian.

W przedwojennym Baku Orient spotyka się z Zachodem, tworząc niezwykłą kulturową mozaikę. To tu dorastają razem potomkowie znakomitych rodów, Ali Szirwanszir i Nino Kipiani. Łączy ich ognisty temperament i wielka miłość, dzielą – tradycja i wiara przodków. On jest muzułmaninem i „człowiekiem pustyni”, ona piękną gruzińską księżniczką i chrześcijanką. Pobierają się w chwili, kiedy dawny świat chyli się ku upadkowi. Stary Azerbejdżan to kraina wspaniałych ogrodów, fontann, dojrzałych owoców i wina. Wraz z głównymi bohaterami przemierzamy ulice Baku, Tyflisu, Karabachu i Persji. Zaglądamy do opery, herbaciarni, łaźni i haremu. Jednak rewolucja jest tuż tuż. Młodym przyjdzie uciekać, by chronić rodzinę, a z czasem Ali chwyci karabin w obronie swojego kraju…
Czytając Ali i Nino poznajemy egzotyczny świat, którego już nie ma i czujemy nostalgię za tym, co minione. Oto historia płomiennego romansu, utkana misternie niczym perski kobierzec.

To tak, jakby znaleźć głęboko zakopany skarb. […] Egzotyczny klimat opowieści pochłonął mnie bez reszty. […] Opisana tu ogromna zmiana kulturowa zdaje się bardziej odpowiadać dzisiejszej rzeczywistości niż nagłówki porannych gazet.
The New York Times

Kurban Said – literacki pseudonim, pod którym w 1937 roku opublikowano powieść Ali i Nino. Tożsamość autora przez wiele lat była przedmiotem dociekań. Obecnie autorstwo powieści przypisuje się Lwu Nussimbaumowi, znanemu także jako Essad Bey, pisarzowi, dziennikarzowi i orientaliście żydowskiego pochodzenia.

Opinie o ebooku Ali i Nino - Kurban Said

Fragment ebooka Ali i Nino - Kurban Said

Kurban Said

ALI I NINO

przełożyła Agnieszka Gadzała

Tytuł oryginału: Ali und Nino

Copyright © 1937 by Leela Ehrenfels

Published by arrangement with The Overlook Press, Peter Mayer Publishers, Inc.

Licensed through Book/Lab Literary Agency

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Gadzała, MMXVII

Wydanie I (w przekładzie z niemieckiego)

Warszawa MMXVII

Rozdział 1

– Od północy, południa i zachodu Europę oblewają morza. Ocean Arktyczny, Morze Śródziemne i Ocean Atlantycki tworzą naturalne granice tego kontynentu. Za najdalej na północ wysuniętą część Europy nauka uważa wyspę Wagera, kraniec południowy stanowi wyspa Kreta, a zachodni – łańcuch wysp Dunmore Head. Wschodnia granica Europy wiedzie przez Cesarstwo Rosyjskie wzdłuż Uralu, przecina Morze Kaspijskie, a potem biegnie przez Zakaukazie. Tu nauka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Niektórzy uczeni uważają, że tereny leżące na południe od masywu gór Kaukaz należą do Azji, inni zaś sądzą, opierając się głównie na kulturowym rozwoju Zakaukazia, że należy je zaliczać jeszcze do Europy. A zatem w pewnym stopniu od waszego zachowania, drogie dzieci, zależy, czy nasze miasto będzie należało do postępowej Europy, czy do zacofanej Azji.

Profesor uśmiechnął się zadowolony z siebie. Czterdziestce dzieci trzeciej klasy carskiego humanistycznego gimnazjum rosyjskiego w Baku na Zakaukaziu taki bezmiar wiedzy i ciężar odpowiedzialności wprost zaparły dech w piersiach.

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy. My – trzydziestu muzułmanów, czterech Ormian, dwóch Polaków, trzech starowierców i jeden Rosjanin. Potem rękę podniósł Mehmed Hajdar z ostatniej ławki.

– Panie profesorze, my byśmy woleli pozostać w Azji! – oświadczył.

Rozległ się gromki śmiech. Mehmed Hajdar już drugi rok siedział w trzeciej klasie, a zanosiło się, że spędzi w niej jeszcze kolejny, jeśli Baku nadal będzie należało do Azji. Ministerialne rozporządzenie pozwalało bowiem rdzennym mieszkańcom azjatyckiej Rosji pozostawać w tej samej klasie, jak długo tylko zechcą.

Profesor Zanin zmarszczył czoło. Nosił mundur nauczyciela gimnazjalnego ze złotymi naszyciami.

– Ach tak, więc ty, Hajdar, wolałbyś pozostać Azjatą? Wyjdź no tutaj. Możesz to jakoś uzasadnić?

Mehmed Hajdar wyszedł na środek klasy, zaczerwienił się i milczał. Miał otwarte usta, zmarszczone czoło i bezrozumne spojrzenie. Nic nie mówił. Czterej Ormianie, dwaj Polacy, trzej starowiercy i Rosjanin dobrze się bawili jego nierozgarnięciem, tymczasem ja uniosłem rękę i oznajmiłem:

– Panie profesorze, ja też wolałbym pozostać w Azji.

– Ali Chan Szyrwanszyr! Ty też! Pięknie, chodź no tu na środek.

Profesor Zanin wysunął dolną wargę i w duchu przeklinał los, który zesłał go na wybrzeże Morza Kaspijskiego. Potem odchrząknął i powiedział znacząco:

– Czy przynajmniej ty potrafisz uzasadnić swój wybór?

– Tak, panie profesorze. Ja się całkiem dobrze czuję w Azji.

– Ach tak? No a byłeś już kiedyś w prawdziwie dzikich azjatyckich miejscach, na przykład w Teheranie?

– Tak, latem ubiegłego roku.

– No właśnie, to powiedz, czy są tam jakieś wielkie osiągnięcia kultury europejskiej, na przykład samochody?

– Tak, nawet bardzo wielkie, takie na trzydzieści osób albo więcej. Nie jeżdżą po mieście, tylko z jednej miejscowości do drugiej.

– To są autobusy, które kursują, bo jest zbyt mało pociągów. To się nazywa za-co-fa-nie. Siadaj, Szyrwanszyr!

Trzydziestu Azjatów triumfowało i rzucało mi pełne aprobaty spojrzenia.

Profesor Zanin milczał przygnębiony i zniechęcony. Jego zadaniem było wychować uczniów na dobrych Europejczyków.

– Czy ktoś z was był na przykład… w Berlinie? – spytał nagle.

Tego dnia wyraźnie miał pecha: zgłosił się starowierca Majkow i wyznał, że jako całkiem małe dziecko był w Berlinie. Do dzisiaj doskonale pamięta cuchnące stęchlizną, straszne metro, hałaśliwe pociągi i chleb z szynką, który podsuwała mu matka.

My, trzydziestka muzułmanów, byliśmy głęboko oburzeni. Zajd Mustafa zapytał nawet, czy może wyjść z klasy, bo przy słowie „szynka” zrobiło mu się niedobrze. W ten sposób zakończyła się dyskusja o przynależności geograficznej miasta Baku.

Zadzwonił dzwonek. Profesor Zanin z ulgą opuścił klasę. Uczniowie również wyszli na zewnątrz. To była długa pauza, podczas której mieliśmy trzy możliwości. Po pierwsze, mogliśmy pobiec na podwórze i spuścić łomot uczniom sąsiedniego gimnazjum realnego. Często tak robiliśmy – dostawali za to, że nosili złote guziki przy mundurkach i złote znaczki na czapkach, podczas gdy my musieliśmy zadowalać się srebrnymi. Druga możliwość polegała na głośnym rozmawianiu między sobą po tatarsku, dlatego że było to zabronione, no i dlatego, że wtedy nie rozumieli nas Rosjanie. Po trzecie wreszcie, można było przejść przez ulicę i pójść do żeńskiego liceum Świętej Królowej Tamary. Ja zdecydowałem się na tę ostatnią możliwość.

W licealnym ogrodzie przechadzały się dziewczęta ubrane w skromne niebieskie mundurki z białymi fartuszkami. Moja kuzynka Aisza pomachała mi ręką na powitanie. Przemknąłem przez bramę ogrodu i podszedłem do niej. Aisza chodziła w parze z Nino Kipiani, a Nino Kipiani była najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Kiedy opowiedziałem im o swoich geograficznych bojach, najpiękniejsza dziewczyna świata pokręciła najpiękniejszym na świecie noskiem i rzekła:

– Głupi jesteś, Ali Chanie. Bogu dzięki jesteśmy w Europie. Gdybyśmy byli w Azji, od dawna nosiłabym burkę i w ogóle nie mógłbyś zobaczyć, jak wyglądam.

Byłem pokonany. Geograficzna niepewność położenia Baku uratowała mnie i pozwoliła mi oglądać najpiękniejsze oczy świata.

Odszedłem i skwaszony opuściłem resztę lekcji. Błąkałem się po uliczkach miasta, gapiłem się na wielbłądy i na morze, rozmyślałem o Europie, o Azji, o pięknych oczach Nino – i byłem smutny. Naprzeciwko mnie szedł żebrak o zniszczonej twarzy. Dałem mu jałmużnę, a on chciał mnie pocałować w rękę. Przestraszony cofnąłem dłoń. Potem przez dwie godziny chodziłem i szukałem go po mieście, żeby dać mu jednak rękę do pocałowania, bo miałem wrażenie, że go obraziłem. Nie udało mi się go odnaleźć, co jeszcze zwiększyło moje wyrzuty sumienia.

To wszystko miało miejsce pięć lat temu.

W ciągu tych pięciu lat wiele się wydarzyło. Przyszedł nowy dyrektor, który z upodobaniem chwytał nas za kołnierze i gwałtownie tarmosił, ponieważ wymierzanie policzków gimnazjalistom było surowo zabronione. Nauczyciel religii wyjaśniał nam obszernie, jak łaskawy jest dla nas Allah, że pozwolił nam urodzić się muzułmanami. Do naszej klasy doszło dwóch Ormian i Rosjanin, odeszło zaś dwóch muzułmanów – jeden dlatego, że w wieku siedemnastu lat się ożenił, a drugi, ponieważ został zabity w wendecie. Ja sam, Ali Chan Szyrwanszyr, byłem w tym czasie trzy razy w Dagestanie, dwa razy w Tyflisie, raz w Kisłowodzku, raz u stryja w Persji, i niewiele brakowało, a pozostałbym na drugi rok w tej samej klasie, bo nie potrafiłem odróżnić gerundium od gerundivum. Mój ojciec rozmówił się w tej sprawie z mułłą, który orzekł, że cała ta łacina nie jest warta funta kłaków i nic mi po niej. Wtedy ojciec przypiął wszystkie swoje ordery: tureckie, perskie i rosyjskie – i pojechał do dyrektora szkoły. Podarował szkole jakiś przyrząd fizyczny, a ja bez problemu uzyskałem promocję do następnej klasy. W szkole zawieszono wtedy plakat, który głosił, że gimnazjalistom zabrania się wchodzenia do budynku szkoły z naładowanymi rewolwerami, w mieście wprowadzono właśnie telefony i otwarto dwa kina, a Nino Kipiani wciąż była najpiękniejszą dziewczyną na świecie.

Całe to moje dotychczasowe życie miało się teraz skończyć. Zaledwie tydzień dzielił mnie od matury, a ja siedziałem w swoim pokoju nad brzegiem Morza Kaspijskiego i rozmyślałem nad bezsensem łaciny w tym zakątku świata.

To był piękny pokój na drugim piętrze naszego domu. Ściany pokrywały ciemne dywany z Buchary, Isfahanu i Kaszanu. Linie wzorów na dywanach przedstawiały ogrody i jeziora, lasy i rzeki, które oddawały wyobraźnię tkających je ludzi – dla niewtajemniczonych były nierozpoznawalne, ale specjaliści uznawali je za niesłychanie piękne. Kobiety koczowników z odległych pustyń zbierały zioła w dzikich zaroślach, żeby uzyskać takie kolory, a ich podłużne smagłe palce wyciskały sok z tych ziół. Tajemnica subtelnych kolorów liczy setki lat, a często dziesięć lat upłynie, nim tkacz ukończy takie dzieło sztuki. Potem wisi ono na ścianie, pełne tajemniczych symboli, śladów scen myśliwskich i rycerskich potyczek, z ozdobnym napisem na brzegu – wersem Ferdousiego albo aforyzmem Sadiego z Szirazu. I właśnie te liczne dywany na ścianach sprawiają, że pokój wydaje się ciemny. Niska sofa, dwa stołeczki inkrustowane masą perłową, dużo białych poduszek, a między tym wszystkim książki pełne zachodniej wiedzy: chemia, łacina, fizyka, trygonometria – bezsensowne brednie wymyślone przez barbarzyńców chcących stworzyć pozory cywilizacji.

Złożyłem książki i wyszedłem z pokoju. Wąska oszklona weranda z widokiem na dziedziniec prowadziła na płaski dach domu, skąd rozciągał się rozległy widok. Podziwiałem stamtąd swój świat: szeroki mur obronny starego miasta i ruiny pałacu z arabskim napisem nad wejściem. Przez gąszcz gwarnych ulic wędrowały wielbłądy o pęcinach tak delikatnych, że chciało się je pogłaskać. Przede mną wznosiła się okrągła, niezgrabna Baszta Dziewicza, osnuta mnóstwem legend i otoczona nie mniejszą liczbą gotowych do usług przewodników turystycznych. Dalej, za Basztą, zaczynało się morze – ołowiane i niezgłębione Morze Kaspijskie, przestrzeń bez kresu i bez historii. Z tyłu domu rozciągała się pustynia – nieregularne skały, piasek i cierniste zarośla; spokojna, głucha, nie do pokonania. Najpiękniejszy krajobraz na świecie.

Siedziałem na dachu w ciszy. Co mnie obchodziło, że istniały inne miasta, inne dachy i inne krajobrazy. Ja kochałem to płaskie morze i płaską pustynię, i miasto pomiędzy nimi – rozpadający się pałac i przybywających do miasta hałaśliwych ludzi, którzy poszukiwali ropy, bogacili się i wyjeżdżali, ponieważ nie kochali pustyni.

Służący przyniósł herbatę. Piłem ją i myślałem o egzaminie maturalnym. Nie martwiłem się nim zbytnio, bo wiedziałem, że na pewno zdam, ale gdybym nawet go oblał, to też świat by się od tego nie zawalił. Chłopi w naszych dobrach mówiliby między sobą, że w uczonym zapale nie mam ochoty opuszczać „domu wiedzy”. Rzeczywiście szkoda było rozstawać się ze szkołą. Ładny był ten szary mundur ze srebrnymi guzikami, epoletami i znaczkiem na czapce. W cywilnym stroju czułbym się nie dość zadbany i porządny. Bez munduru miałem jednak chodzić stosunkowo krótko, bo tylko przez lato. A potem – tak, potem miałem jechać do Moskwy, do Łazarewskiego Instytutu Języków Wschodnich. Sam się na to zdecydowałem, bo w tym będę znacznie lepszy od Rosjan. Od dziecka znam to wszystko, czego oni będą musieli się dopiero w pocie czoła uczyć. Ponadto nie ma piękniejszego munduru niż mundur Instytutu Łazarewskiego: czerwona marynarka, złoty kołnierz, wąska pozłacana szpada i rękawice z glansowanej skóry, noszone również w dni powszednie. Trzeba nosić mundur, żeby zyskać poważanie Rosjan – a ja muszę mieć ich szacunek, bo Nino nie wyszłaby za mąż za człowieka, którego Rosjanie nie poważają. Zamierzam ożenić się z Nino, chociaż ona jest chrześcijanką. Gruzinki są najpiękniejszymi kobietami na ziemi. A jeśli nie będzie chciała? No cóż, wtedy wezmę paru odważnych ludzi, przerzucę Nino przez siodło i szybko myk przez perską granicę do Teheranu. Wtedy już zechce, bo co jej pozostanie?

Życie widziane z dachu naszego domu w Baku było piękne i proste.

Kerim, służący, dotknął mojego ramienia.

– Już czas – powiedział.

Podniosłem się. Naprawdę był już czas. Na horyzoncie, za wyspą Nargin, ukazał się parowiec. Jeśli wierzyć zadrukowanemu papierowi, który otrzymaliśmy od chrześcijańskiego telegrafisty, na tym parowcu znajdował się mój stryj z trzema kobietami i dwoma eunuchami. Miałem ich przywieźć do domu. Zszedłem po schodach i wsiadłem do powozu. Szybko jechaliśmy w dół w stronę hałaśliwego portu.

Stryj był wytwornym mężczyzną. Szach Naser ad-Din nadał mu tytuł Asad ed Dawleh – Lwa Imperium – i nie wolno go było nazywać inaczej. Miał trzy żony, dużo służby, pałac w Teheranie i wielkie dobra w Mazandaranie. Do Baku przybywał ze względu na jedną ze swoich żon. To była mała Zajnab – miała dopiero osiemnaście lat, a on kochał ją bardziej niż pozostałe żony. Zajnab była chora i nie rodziła dzieci, tymczasem to właśnie z nią stryj chciał te dzieci mieć. Podróżowała już do Hamadanu – tam, pośrodku pustyni, wyciosany z czerwonawego kamienia, stoi pomnik lwa o zagadkowym spojrzeniu. Wznieśli go dawni królowie, których imiona pochłonął czas. Do tego lwa od stuleci pielgrzymują kobiety, całują jego ogromne przyrodzenie i obiecują sobie po tym błogosławione macierzyństwo i radość z posiadania dzieci. Biednej Zajnab lew jednak nie pomógł, podobnie zresztą jak amulety derwiszy z Karbali, zaklęcia mędrców z Meszhedu ani tajemne sztuki starych, doświadczonych w miłości kobiet z Teheranu. Teraz jechała do Baku, by zręcznością zachodnich lekarzy osiągnąć to, czego nie mogła uzyskać dzięki miejscowej mądrości. Biedny stryj! Musiał zabrać ze sobą dwie pozostałe żony, stare i niekochane, bo tak nakazywał obyczaj: „Możesz posiadać jedną, dwie, trzy lub cztery żony, jeśli traktujesz je jednakowo”. A tak samo traktować oznacza dawać wszystkim to samo. Na przykład podróż do Baku.

To wszystko właściwie mnie nie dotyczyło. Miejsce kobiet jest w haremie, a harem to sprawa domu i gospodarza. Człowiek dobrze wychowany nie mówi o kobietach, nie pyta o nie i nie przekazuje im pozdrowień. Kobiety są cieniem swego męża, chociaż mężczyźni często dobrze się czują tylko w ich cieniu. I tak jest dobrze i mądrze. Mamy takie przysłowie, że kobieta ma rozumu nie więcej niż kurze jajo włosów. Istoty bez rozumu muszą mieć nadzór, inaczej przynoszą nieszczęście sobie i innym. Myślę, że to mądra zasada.

Mały parowiec zbliżył się do pirsu. Marynarze o szerokich, owłosionych klatkach piersiowych rzucili trap, po którym spływał w dół szeroki strumień pasażerów – Rosjan, Ormian i Żydów. Wszystko odbywało się w hałaśliwym pośpiechu, jakby chodziło o to, by znaleźć się na lądzie szybciej choćby o minutę. Stryja nigdzie nie było widać. „Pośpiech, rzecz diabelska”, mawiał często. Dopiero kiedy wszyscy podróżni opuścili statek, ukazała się stateczna postać Lwa Imperium.

Miał na sobie surdut z jedwabnym podbiciem, małą okrągłą czarną futrzaną czapkę i pantofle. Szeroka broda była farbowana henną, podobnie jak paznokcie, a wszystko to na pamiątkę krwi, którą męczennik Husajn przelał ponad tysiąc lat temu w obronie prawdziwej wiary. Stryj miał małe zmęczone oczy i powolne ruchy. Za nim, wyraźnie podekscytowane, szły trzy postacie, od stóp do głów spowite w gęstą czarną materię. Kobiety. W dalszej kolejności widać było dwóch eunuchów: jeden o uczonej twarzy wysuszonej jaszczurki, drugi niski, obrzmiały i dumny – stróż honoru Jego Ekscelencji.

Stryj powoli schodził po trapie. Objąłem go i ucałowałem z czcią w lewe ramię, choć na ulicy wcale nie było to konieczne. Jego kobiet nie zaszczyciłem ani jednym spojrzeniem. Wsiedliśmy do powozu; kobiety z eunuchami jechali za nami w zamkniętej karecie. Był to tak imponujący widok, że nakazałem woźnicy nadłożyć drogi i pojechać przez nadbrzeżną promenadę, żeby miasto mogło należycie docenić mego stryja.

Na promenadzie stała Nino i patrzyła na mnie roześmianymi oczami.

Stryj pogładził się wytwornie po brodzie i zapytał, co nowego w mieście.

– Niewiele – odparłem, świadomy zachowywania właściwej kolejności. Rozmowę należało zaczynać od rzeczy mało istotnych i dopiero później przechodzić do spraw naprawdę ważnych. – Dadasz Beg zasztyletował w ubiegłym tygodniu Achunda Sadé, bo Achund Sadé powrócił do miasta, choć przed ośmiu laty uprowadził żonę Dadasza Bega. Tego dnia, kiedy powrócił, Dadasz Beg go zasztyletował. Teraz szuka go policja. Nie znajdą go, chociaż każdy wie, że Dadasz Beg siedzi w wiosce Mardakian. Mądrzy ludzie uważają, że Dadasz Beg postąpił słusznie.

Stryj kiwnął głową na znak aprobaty.

– Poza tym coś nowego?

– Tak, w Bibi-Ejbat Rosjanie odkryli dużo nowej ropy. Nobel sprowadził do kraju wielką niemiecką maszynę, żeby zasypać część morza i szukać tej ropy odwiertami.

Stryj był bardzo zdumiony.

– Allah, Allah… – rzekł i zacisnął usta.

– U nas w domu wszystko w porządku, a ja, jeśli Bóg pozwoli, opuszczę w przyszłym tygodniu dom wiedzy.

Mówiłem tak przez cały czas, a stary słuchał wszystkiego w skupieniu. Dopiero gdy powóz zbliżał się do domu, spojrzałem w bok i powiedziałem na pozór obojętnie:

– Do miasta przyjechał sławny lekarz z Rosji. Ludzie mówią, że jest bardzo wiedzący i widzi w twarzy człowieka jego przeszłość i teraźniejszość, z których wyczytuje przyszłość.

Stryj miał półprzymknięte oczy i trwał w pełnym godności znudzeniu. Z całkowitą obojętnością zapytał o nazwisko tego mądrego człowieka. Zauważyłem, że był ze mnie bardzo zadowolony.

Wszystko to nazywano u nas bowiem dobrym zachowaniem i wytwornym wychowaniem.

Rozdział 2

Na płaskim, osłoniętym od wiatru dachu naszego domu było nas trzech: ojciec, stryj i ja. Było bardzo gorąco. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami na rozłożonych na dachu miękkich, wielobarwnych dywanach z Karabachu, na których rysowały się barbarzyńsko-groteskowe wzory. Za nami stali słudzy z oświetleniem. Na dywanach leżało mnóstwo orientalnych smakołyków – miodowniki, owoce kandyzowane, baranina na rożnie i ryż z kurczakiem i rodzynkami.

Od dawna podziwiałem elegancję ojca i stryja. Nie ruszając lewą ręką, urywali z chleba szerokie kawałki miąższu, formowali z nich rożki, które napełniali mięsem i wkładali do ust. Stryj z nieskończoną gracją wsuwał trzy palce prawej dłoni do tłustej, dymiącej potrawy z ryżu, wyjmował jej trochę, formował w kulkę, którą wkładał do ust, nie pozwalając upaść nawet jednemu ziarenku ryżu.

Na Boga, Rosjanie tak dużo się ćwiczą w sztuce jedzenia nożem i widelcem, choć nawet najgłupszy potrafi się tego nauczyć w ciągu miesiąca. Ja jem sobie wygodnie nożem i widelcem i wiem, jak się zachować przy europejskim stole. Ale chociaż mam już osiemnaście lat, nie potrafię z taką skończoną wytwornością jak mój ojciec albo stryj spałaszować trzema palcami tylu orientalnych potraw, nie brudząc sobie przy tym reszty dłoni. Nino nazywa nasz sposób jedzenia barbarzyńskim. W domu Kipianich jada się zawsze po europejsku, przy stole, a u nas tylko wtedy, kiedy mamy rosyjskich gości. Nino bulwersuje sama myśl, że ja siedzę na dywanie i jem ręką. Zapomina, że jej własny ojciec dopiero w wieku dwudziestu lat po raz pierwszy trzymał w dłoni widelec.

Skończyliśmy jedzenie. Umyliśmy ręce i stryj krótko się pomodlił. Wtedy potrawy wyniesiono. Teraz nadszedł czas herbaty, podano nam małe filiżanki z esencjonalnym, ciemnym napojem, i stryj zaczął mówić, jak mają w zwyczaju mówić po dobrym posiłku starzy ludzie – rozwlekle i z wyraźną lubością. Ojciec wypowiadał tylko pojedyncze słowa, a ja milczałem, ponieważ tego wymaga obyczaj. Mówił tylko stryj, i to tak jak zawsze, kiedy przyjeżdżał do Baku. Opowiadał o czasach wielkiego szacha Nasera ad-Dina, na którego dworze odgrywał znaczącą, choć dla mnie niezbyt jasną rolę.

– Trzydzieści lat – mówił stryj – siedziałem na dywanie łaski króla królów. Jego Królewska Mość trzy razy zabierał mnie w swoje podróże zagraniczne. Podczas tych wyjazdów lepiej niż ktokolwiek inny poznałem świat niewiernych. Byliśmy w pałacach cesarzy, królów i najsławniejszych chrześcijan naszych czasów. To dziwny świat, a najdziwniej obchodzi się z kobietami. Chodzą one bardzo nagie po pałacu – nawet kobiety cesarzy i królów – i nikogo to nie oburza. Może dlatego, że chrześcijanie nie są prawdziwymi mężczyznami, a może z jakiegoś innego powodu, Bóg jeden wie. Niewierni oburzają się za to na zupełnie błahe sprawy. Kiedyś Jego Wysokość był zaproszony do stołu u cara. Obok niego siedziała żona cara. Na talerzu Jego Wysokości leżała piękna porcja kurczaka. Jego Wysokość wytwornie wziął tę piękną, tłustą część w trzy palce prawej ręki i przełożył ją ze swojego talerza na talerz żony cara, żeby jej usłużyć. Caryca zbladła jak ściana i ze strachu zaczęła kasłać. Później się dowiedzieliśmy, że wielu dworzan cara i książąt było wstrząśniętych tą uprzejmością szacha. Tak niskim poważaniem cieszy się kobieta u Europejczyków! Pokazują oni jej nagość całemu światu i nie dbają o uprzejmość wobec niej. Ambasador francuski po skończonym posiłku objął nawet żonę cara i kręcił się z nią przez całą salę przy dźwiękach takiej okropnej muzyki. Sam car i wielu oficerów z jego gwardii przyglądali się temu, ale nikt nie stanął w obronie czci tego władcy. W Berlinie nadarzył się nam jeszcze dziwniejszy spektakl. Zostaliśmy zaprowadzeni do opery. Na wielkiej scenie stała bardzo gruba kobieta i okropnie śpiewała. Opera nazywała się Afrykanka. Głos tej śpiewaczki bardzo nam się nie podobał. Cesarz Wilhelm to zauważył i natychmiast ją ukarał. W ostatnim akcie pojawiło się wielu Murzynów, którzy ułożyli na scenie wielki stos. Kobieta została związana i powoli spalona. Byliśmy tym bardzo usatysfakcjonowani. Później ktoś nam powiedział, że ten ogień był symboliczny. Nie uwierzyliśmy w to jednak, bo ta kobieta krzyczała równie rozdzierająco jak heretyczka Hürriet ül Ain, którą nieco wcześniej kazał spalić szach.

Stryj zamilkł, zatopiony w myślach i we wspomnieniach. Następnie westchnął i ciągnął dalej:

– Jednego nie mogę jednak u chrześcijan zrozumieć: mają najlepszą broń, najlepszych żołnierzy i najlepsze fabryki, wytwarzające wszystko, co konieczne, żeby zwyciężyć wrogów. Każdy człowiek, który wynajdzie coś, co pozwala wygodnie, szybko i masowo zabijać innych ludzi, cieszy się wielką czcią, dostaje mnóstwo pieniędzy i order. Wszystko pięknie i dobrze, bo wojny są koniecznością. Z drugiej strony Europejczycy budują też szpitale, a człowiek, który wynajdzie jakiś środek przeciwko śmierci, albo człowiek, który podczas wojny leczy i żywi żołnierzy wroga, jest tak samo szanowany i otrzymuje order. Mój szlachetny pan, szach, zawsze się temu dziwił, że tak samo nagradza się ludzi, którzy robią rzeczy ze sobą sprzeczne, którzy dążą do rzeczy zupełnie przeciwnych. Kiedyś rozmawiał o tym z cesarzem w Wiedniu, cesarz jednak również nie potrafił mu tego wyjaśnić. Natomiast nami Europejczycy bardzo gardzą, dlatego że dla nas wrogowie są wrogami, dlatego że ich zabijamy, a nie ratujemy. Pogardzają nami, bo wolno nam mieć cztery żony, choć sami mają często więcej niż cztery, i dlatego, że żyjemy i rządzimy, jak nam Bóg nakazał.

Stryj zamilkł. Zrobiło się ciemno. Jego cień przypominał chudego ptaka. Wyprostował się, odchrząknął jak stary człowiek i powiedział żarliwie:

– Chociaż my robimy wszystko, czego żąda od nas nasz Bóg, a Europejczycy nie robią nic z tego, czego chce ich Bóg, to ich władza i siła nieustannie rośnie, podczas gdy nasza stale maleje. Kto potrafi mi wyjaśnić, skąd się to bierze?

Nie potrafiliśmy mu tego powiedzieć. Podniósł się, stary i zmęczony, i zszedł na dół do swojego pokoju.

Ojciec poszedł za nim. Służący zabrał filiżanki po herbacie. Pozostałem na dachu sam. Nie chciało mi się spać.

Nad naszym miastem rozciągała się ciemność podobna do leżącego na czatach zwierzęcia, w każdej chwili gotowego do skoku. To były właściwie dwa miasta, a jedno leżało w drugim niczym orzech w łupinie.

Tą łupiną była zewnętrzna część miasta, położona poza starym murem. Jej ulice były szerokie, domy wysokie, a ludzie chciwi i hałaśliwi. Zewnętrzna część miasta powstała z ropy, która pochodzi z naszej pustyni i daje bogactwo. To w tej części są teatry, szkoły, szpitale, biblioteki, policjanci i piękne kobiety z odkrytymi ramionami. Jeśli w zewnętrznej części miasta dochodziło do strzelaniny, to zawsze działo się to z powodu pieniędzy. To tam przebiegała granica Europy. W zewnętrznej części miasta mieszkała Nino.

Wewnątrz muru domy były wąskie i krzywe jak głownia wschodniej szabli. Wieżyczki minaretów sięgały wysoko i przebijały łagodny księżyc; były zupełnie inne niż wieże domu Noblów. Przy wschodniej części muru stała Baszta Dziewicza. Mehmed Jussuf Chan, władca Baku, wzniósł ją ku czci swojej córki, którą chciał poślubić. Małżeństwo nie doszło do skutku, córka rzuciła się z wieży, kiedy ojciec wchodził po schodach do jej komnat. Kamień, na którym rozbiła się jej dziewicza głowa, nazywa się kamieniem dziewicy. Niekiedy narzeczone przynoszą tam kwiaty.

Wiele krwi spłynęło uliczkami naszego miasta – ludzkiej krwi. I ta przelana krew daje nam siłę i odwagę.

Tuż przed naszym domem wznosi się Baszta księcia Ciciszwilego. Tutaj również płynęła niegdyś krew – piękna, szlachetna krew ludzka. Było to dawno temu, gdy nasz kraj należał jeszcze do Persji i był zobowiązany do płacenia haraczu gubernatorowi Azerbejdżanu. Książę był generałem w armii carskiej i oblegał nasze miasto. A w mieście rządził Hassan Kuli Chan. I on otworzył bramy miasta, wpuścił księcia do środka i zadeklarował, że poddaje się wielkiemu białemu carowi. Książę wjechał do miasta w otoczeniu kilku zaledwie oficerów. Na placu za bramą zorganizowano ucztę. Płonęły ogniska, na rożnach piekły się całe woły. Książę Ciciszwili upił się i położył zmęczoną głowę na piersi Hassana Kuli Chana. Wtedy mój praprzodek Ibrahim Chan Szyrwanszyr wyjął wielki zakrzywiony sztylet i podał go władcy. Hassan Kuli Chan wziął sztylet i powoli podciął gardło księcia. Trysnęła krew i opryskała mu szaty, ale on ciął dalej, aż głowa księcia pozostała w jego rękach. Włożyli ją do worka z solą i mój praprzodek zawiózł ją do Teheranu do króla wszystkich królów. Car postanowił jednak pomścić ten mord i posłał w tym celu wielu żołnierzy. Hassan Kuli Chan zamknął się w pałacu, oddawał się modłom i myślał o nadchodzącym poranku. Kiedy carscy żołnierze wspinali się po murach, uciekł podziemnym, dziś już zasypanym, korytarzem na brzeg morza, a stamtąd odpłynął do Persji. Zanim zniknął w podziemnym przejściu, napisał na drzwiach bardzo mądre zdanie: „Kto myśli o jutrze, ten nigdy nie jest odważny”.

W drodze ze szkoły często zahaczałem o zrujnowany pałac. Jego sala sądów z potężnymi mauretańskimi kolumnadami stoi pusta i opuszczona. Kto w naszym mieście szuka sprawiedliwości, musi udać się do rosyjskiego sędziego poza murami, ale to robią tylko nieliczni pieniacze. Nie dlatego bynajmniej, że rosyjscy sędziowie byli źli czy niesprawiedliwi. Nie, oni są łagodni i sprawiedliwi, ale w sposób, który naszemu ludowi nie odpowiada. Złodziej idzie do więzienia. Siedzi tam w czystej celi, dostaje herbatę, a nawet cukier do herbaty. Nikomu to nie pomaga, a już najmniej okradzionemu. No to ludzie wzruszają ramionami i sami sobie wymierzają sprawiedliwość. Po południu oskarżyciele przychodzą do meczetu, mądrzy starcy siedzą w kręgu i sądzą według prawa szariatu, zgodnie z nakazami Allaha – oko za oko, ząb za ząb. Niekiedy nocą uliczkami pomykają zamaskowane postacie: błyśnie sztylet, dobędzie się krótki okrzyk – i sprawiedliwości staje się zadość. Krwawe spory toczą się między rodzinami z kolejnych domów, rzadko ktoś idzie jednak do rosyjskiego sędziego, a jeśli to robi, to starsi nim pogardzają, a dzieci na ulicy pokazują mu język.

Niekiedy nocą jacyś ludzie niosą worek, z którego dobywa się stłumiony jęk. Lekki plusk wody nad morzem i worek znika. Następnego dnia jakiś człowiek siedzi na podłodze swego pokoju w poszarpanym ubraniu, oczy ma pełne łez – wypełnił nakaz Allaha, by cudzołożnice karać śmiercią.

Nasze miasto skrywa wiele tajemnic. Jego zaułki pełne są dziwnych cudów. Kocham te cuda, kocham te zaułki, zapadającą ciemność nocy i milczącą medytację w rozpalone upałem popołudnia na dziedzińcu meczetu. Bóg przysłał mnie na świat tutaj jako muzułmanina wyznania szyickiego, szkoły wiernej nakazom imama Dżafara. Jak jest mi łaskawy, niechaj pozwoli mi tu także umrzeć – przy tej samej ulicy, w tym samym domu, w którym przyszedłem na świat. Mnie i Nino, która jest gruzińską chrześcijanką, jada nożem i widelcem, ma roześmiane oczy i nosi cienkie, pachnące jedwabne pończochy.

Rozdział 3

Mundur maturzysty miał srebrzystą naszywkę na kołnierzu. Srebrna klamra paska i srebrne guziki lśniły nienagannie. Sztywny szary materiał był jeszcze ciepły od żelazka. Staliśmy z odkrytymi głowami w auli gimnazjum. Rozpoczęła się uroczysta część egzaminu, polegająca na tym, że wszyscy, jak nas było czterdziestu, błagaliśmy o pomoc prawosławnego Boga, choć tylko dwóch z nas należało do tego państwowego Kościoła.

Modlitwę rozpoczął pop w ciężkich od złota świątecznych szatach liturgicznych, z długimi pachnącymi włosami i okazałym złotym krzyżem w dłoni. Sala wypełniła się dymem kadzidła, nauczyciele i dwaj wyznawcy prawosławia przyklękli.

Słowa popa, wypowiadane śpiewnym tonem charakterystycznym dla prawosławia, w naszych uszach brzmiały obco i pusto. Jakże często w ciągu tych ośmiu lat słuchaliśmy ich obojętni i znudzeni: „Pobłogosław, Boże, Mikołaja Aleksandrowicza, najpobożniejszego, najpotężniejszego i najbardziej chrześcijańskiego naszego władcę i cara… Pobłogosław, Boże… wszystkich marynarzy, podróżnych, uczących się i cierpiących, wszystkich walczących, którzy oddali swe życie na polu chwały za wiarę, cara i ojczyznę, i wszystkich prawosławnych chrześcijan…”.

Znudzony wpatrywałem się w ścianę. Wisiał na niej naturalnej wielkości portret najbardziej bogobojnego i najpotężniejszego władcy i cara, stojącego pod wielkim dwugłowym orłem. Portret umieszczony był w złotych ramach i przypominał bizantyńską ikonę. Twarz cara była pociągła, włosy jasne, a chłodne oczy pogodnie patrzyły przed siebie. Władca miał na piersi ogromną liczbę orderów. Od ośmiu lat starałem się je policzyć, ale za każdym razem gubiłem się w ich wystawnym nadmiarze.

Dawniej obok obrazu cara wisiał też portret jego żony, ale potem go zdjęto, ponieważ muzułmanie gorszyli się wyciętą suknią carycy i nie posyłali swoich dzieci do szkoły.

Podczas modlitwy popa nastrój zrobił się odświętny – był to w końcu nasz najbardziej emocjonujący dzień. Od najwcześniejszych godzin porannych robiłem wszystko, żeby godnie zdać ten egzamin. Z samego rana postanowiłem, że dla wszystkich w domu będę miły. Nie miałem jednak okazji tego okazać, bo wszyscy jeszcze spali. W drodze do szkoły dawałem pieniądze każdemu napotkanemu żebrakowi – w końcu lepiej się zabezpieczyć. W tym całym podekscytowaniu jednemu dałem nawet całego rubla zamiast pięciu kopiejek. Kiedy niezwykle wylewnie mi dziękował, powiedziałem z godnością:

– Nie mnie dziękuj, lecz Allahowi, który użył mojej ręki, byś to otrzymał!

Po tak pobożnej wypowiedzi nie sposób przecież oblać egzamin.

Modlitwa dobiegła końca. Powędrowaliśmy gęsiego do stołu egzaminacyjnego. Siedząca przy nim komisja przypominała gardziel przedpotopowego potwora: brodate twarze, smętne spojrzenia, złote galowe mundury – wszystko było bardzo uroczyste i budziło postrach. Baliśmy się, choć wiadomo było, że Rosjanie niechętnie oblewają muzułmanów. Każdy z nas ma wielu przyjaciół, a nasi przyjaciele to silne chłopaki ze sztyletami i z rewolwerami. Nauczyciele to wiedzą i bandytów, jakimi są ich uczniowie, obawiają się w nie mniejszym stopniu, niż uczniowie boją się ich, nauczycieli. Większość profesorów traktuje przeniesienie do Baku jak karę bożą. Nierzadkie były u nas przypadki napadów na nauczycieli i pobić w ciemnych uliczkach – sprawcy pozostawali zwykle nieznani, a nauczycieli trzeba było przenosić do innych miejscowości. To dlatego nauczyciele przymykają teraz oko na odpisywanie – na przykład Ali Chan Szyrwanszyr dość bezczelnie odpisuje zadania z matematyki od swojego sąsiada Metalnikowa. Tylko raz podczas ściągania nauczyciel podszedł do mnie i syknął zrozpaczony:

– Nie tak otwarcie, Szyrwanszyr, nie jesteśmy tu sami!

Pisemna matma poszła mi gładko. Z zadowoleniem włóczyliśmy się po ulicy Mikołajewskiej, już prawie jak nie-uczniowie. Na następny dzień zapowiedziany był pisemny rosyjski. Temat przyszedł, jak zwykle, w zapieczętowanej kopercie z Tyflisu. Dyrektor rozerwał kopertę i odczytał uroczyście: „Postacie kobiece u Turgieniewa jako idealne ucieleśnienie duszy kobiety rosyjskiej”.

Temat samograj. Mogłem pisać, co tylko chciałem, trzeba było tylko chwalić rosyjskie kobiety, a efekt był murowany. Pisemna fizyka była trudniejsza – ale i tu, kiedy zawodziła mądrość, pomagała sztuka odpisywania od kolegów. W ten sposób załatwiłem też fizykę, po czym komisja zapewniła mi dzień przerwy.

Potem był ustny. Tu żadna przebiegłość nie pomagała. Trzeba było udzielać trudnych odpowiedzi na łatwe pytania. Pierwszy był egzamin z religii. Gimnazjalny mułła w długiej, pofałdowanej narzucie, przepasany zieloną szarfą następcy Proroka, zwykle skromny i trzymający się w cieniu, teraz nagle siedział przy stole na samym przedzie. Był łagodny dla swoich uczniów – mnie zapytał tylko o wyznanie wiary, a kiedy je wypowiedziałem, wypuścił mnie z najwyższą oceną.

„Nie ma boga poza Allahem, Mahomet jest jego Prorokiem, a Ali namiestnikiem Allaha”.

Niezwykle ważna była ta ostatnia sekwencja, bo to ona odróżnia pobożnych szyitów od błądzących braci sunnitów, którzy jednak nie są do końca pozbawieni łaski i litości Allaha. Tak uczył nas mułła, ponieważ był bardzo liberalnym człowiekiem.

Nauczyciel historii już taki liberalny nie był. Wyciągnąłem kartkę z pytaniem, przeczytałem ją i wcale mi nie było do śmiechu. „Zwycięstwo Madatowa pod Gandżą”, stało tam czarno na białym. Nauczycielowi też nie było miło – w bitwie pod Gandżą Rosjanie podstępnie pokonali tamtego sławnego Ibrahima Chana Szyrwanszyra, przy którego pomocy Hassan Kuli niegdyś obciął głowę księciu Ciciszwilemu.

– Szyrwanszyr, może pan skorzystać ze swojego prawa i wymienić to pytanie.