Wydawca ebooka: Wilga Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 15 min Lektor: Marcin Popczyński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 15 min Lektor: Marcin Popczyński

Opis ebooka Alfie Bloom i tajmnice zamku Hexbridge - Gabrielle Kent

Ekscytująca opowieść o magii, niezwykłej przygodzie i… tajemniczym dziedzictwie. Idealna książka dla fanów Roalda Dahla i J.K. Rowling.


Życie Alfie Blooma jest monotonne. Monotonne i samotne. Wszystko to zmienia się, gdy zostaje on wezwany do biura tajemniczego prawnika i dziedziczy zamek pełen cudów. Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu Alfie dowiaduje się, że urodził się w tym samym zamku… sześćset lat temu, podczas magicznego przeskoku czasu. Orin Hopcraft, ostatni z druidów ukrył w zamku starożytną magię, której inni poszukują, lecz, która nigdy nie powinna zostać użyta. Z pomocą swoich kuzynów: Madeleine i Robina, prawnika i latającego dywanu Alfie musi chronić magię przed przeciwnikami i strzec tajemnicy zamku Hexbridge.

Opinie o ebooku Alfie Bloom i tajmnice zamku Hexbridge - Gabrielle Kent

Fragment ebooka Alfie Bloom i tajmnice zamku Hexbridge - Gabrielle Kent

Gabrielle Kent

Alfie Bloom

i tajemnice zamku Hexbridge

Przełożył Janusz Maćczak

Tytuł oryginału: Alfie Bloom: The Secrets of Hexbridge Castle

Copyright © Gabrielle Kent, 2015

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Janusz Maćczak, MMXVI

Wydanie I 

Warszawa MMXVI

PrologGość pani Emmett

Nora Emmett nie cierpiała wielu rzeczy – między innymi gwizdania, owoców tropikalnych, sandałów, dzieci, które nie przepuszczały jej w drzwiach, a także tych, które uważały, że ona tego od nich oczekuje. Prawdę mówiąc, w zasadzie w ogóle nie cierpiała dzieci. Jednak w tym momencie, gdy usiadła wyprostowana w łóżku i nasłuchiwała w ciemności, jej największą niechęć budziło to coś, co wyrwało ją ze snu o trzeciej w nocy.

Nie musiała długo czekać, by owce znowu zaczęły beczeć. Sięgnęła ręką po omacku, potarła zapałkę i zapaliła lampę naftową stojącą na stoliku nocnym. Uczyniła to z nadzwyczajną precyzją wynikającą z wieloletniej praktyki. Pani Emmett jeszcze w pełni nie ufała elektryczności.

Mosiężne sprężyny łóżka zaskrzypiały, gdy z niego wstała. Wsunęła stopy w kapcie w szkocką kratę i poczłapała po schodach na dół sprawdzić, co się dzieje.

– Sakramenckie lisy – mruknęła.

Odsunęła firanki w oknie kuchni i wyjrzała w gęsty mrok. Beczenie przycichło i tylko od czasu do czasu rozlegało się pojedyncze przerażone „bee”. Cokolwiek przestraszyło owce, nadal było tam na zewnątrz. Prawdopodobnie zwierzę, które w ubiegłym miesiącu porwało dwie krowy z farmy Merryweatherów. Nora Emmett nie zamierzała pozwolić, żeby to samo spotkało którąś z owiec z jej stada. Wzięła ze spiżarni strzelbę śrutową i napełniła kieszenie koszuli nocnej nabojami wyjętymi z blaszanej puszki po herbatnikach Coronation stojącej na półce obok pojemnika z torebkami herbaty ekspresowej.

Wyszła na dwór, cicho zamykając za sobą drzwi kuchenne. Wsadziła śrutówkę pod pachę, podkasała koszulę nocną i zaczęła się skradać przez sad w kierunku zagrody dla owiec, przemykając bezszelestnie między poskręcanymi gałęziami śliw. Był nów, więc farmę spowijały ciemności, w których nie sposób było dostrzec własnych stóp. Lecz ten mrok nie przeszkadzał pani Emmett. Nie lubiła nocnego nieba stale rozjaśnionego blaskiem ulicznych lamp, bo nie można było zobaczyć gwiazd. Ta noc była taka, jak trzeba.

Beczenie ustało i owce zachowywały teraz upiorne milczenie. Gdy zbliżała się do zagrody, dobiegły ją mlaśnięcia i odgłosy chrupania przerywane niskimi chrząknięciami. Jakiekolwiek zwierzęta się tam dostały, były duże. Zaczynała podejrzewać, że to wcale nie lisy. Może wilki? Jednak od wielu lat nie słyszała, by w Hexbridge pojawiły się wilki.

Jej wzrok przywykł do ciemności i dostrzegła zbitą masę owiec stłoczonych w jednym kącie zagrody. Całe stado było w nieustannym ruchu, gdyż zwierzęta gramoliły się jedne na drugie, usiłując znaleźć się jak najdalej od tego czegoś, co do nich wtargnęło. Pani Emmett ruszyła chyłkiem przed siebie, żeby się przekonać, co to takiego.

Chrupanie ucichło i znowu rozległo się rozpaczliwe beczenie, gdy jakiś wielki ciemny kształt stanął dęba między Norą Emmett a zagrodą. Nigdy jeszcze nie słyszała, by owce tak przeraźliwie beczały, nawet w rzeźni. Instynktownie uniosła śrutówkę i dwukrotnie wystrzeliła, mierząc w tę ciemną sylwetkę.

Odrzut broni powalił ją na ziemię i została niemal ogłuszona rykiem tak głośnym, jakby wydały go jednocześnie słoń i lew. Wyszarpnęła koszulę nocną z kolczastych jeżyn i dźwignęła się niezgrabnie na nogi, lecz zaraz zatoczyła się do tyłu, gdy poczuła gorący, śmierdzący dech tego czegoś, co wznosiło się nad nią.

Podniosła wzrok.

Wściekle z góry spoglądały na nią dwie pary żółtych oczu, wielkich jak spodki. Jej nozdrza wypełnił odór siarki, gdy oba stwory zaczęły cicho syczeć. Kiedy syk przybrał na sile, pani Emmett wzięła głęboki wdech. Z zadziwiającą szybkością ponownie załadowała strzelbę, zatrzasnęła zamek, przycisnęła kolbę do ramienia i wycelowała prosto między oczy stworzenia znajdującego się bliżej. Poskręcanym artretyzmem palcem nacisnęła spust i krzyknęła głośniej niż kiedykolwiek w swoim osiemdziesięciodwuletnim życiu:

– Siooooo!!!

Kurek kliknął cicho, gdy broń zawiodła i nie wystrzeliła. Żółte ślepia przymrużyły się jakby z zadowoleniem, gdy gromki krzyk Nory Emmett zamarł i zapadła cisza. Syczenie stworów było teraz głośne jak odgłos szybkowaru pod pełną parą. Uderzył w nią piekący podmuch, który zerwał jej z głowy czepek, rozwiał włosy i wydął koszulę. Zaciskając mocno powieki, pani Emmett zasłoniła dłońmi twarz przed tym palącym wiatrem. A potem rozpalony do białości błysk położył na zawsze kres jej niepokojowi o owce. Gdy strzelba wypadła jej z rąk, pani Emmett zdążyła jeszcze tylko dodać ostatni punkt do listy rzeczy, których nie aprobuje.

1Kruk

Gdy Alfie Bloom zakołysał się do tyłu na krześle, z przyjemnością przysłuchując się ożywionemu gwarowi rozmów wypełniającemu klasę, doznał dziwnego wrażenia, że jest obserwowany.

Był ostatni dzień szkoły przed letnimi wakacjami. Przez okna wlewał się blask słońca obiecujący sześć tygodni wspaniałej swobody, a nauczycielka, pani Harris, ogłosiła wolne popołudnie. Większość uczniów przyniosła gry planszowe i teraz kłóciła się głośno o to, kto wygrywa, a kto oszukuje. Ci pozujący na artystów rysowali i malowali obrazki albo długopisami bazgrali sobie nawzajem tatuaże na rękach.

Alfie jeszcze przed chwilą pogrążał się w rozkosznych nieokreślonych dumaniach, gdy naraz uderzyło go to osobliwe wrażenie. Poczuł narastającą irytację. Ukradkiem rozejrzał się podejrzliwie po klasie. Wszyscy zdawali się zajmować własnymi sprawami albo sprawami innych.

Skierował wzrok na dziedziniec i przelotnie pochwycił w szybie swoje odbicie: rudobrązową czuprynę opadającą na zielone oczy. Wyjrzał za okno i zorientował się, kto go szpieguje. To wielki kruk na szkolnym boisku.

Kruk podskoczył lekko, a potem zaczął się przechadzać to w lewo, to w prawo, zerkając za siebie w okno klasy. Alfie mógłby przysiąc, że kruk zachowuje się, jakby przyłapany na podglądaniu usiłował udawać niewiniątko. W zasięgu wzroku nie było żadnego innego ptaka i Alfiemu zrobiło się trochę żal tego samotnika. Wiedział, jak to jest być samotnym. Ostatni dzień szkoły zawsze wydaje się bardzo ekscytujący, ale Alfie zdawał sobie sprawę, że spędzi całe lato sam, gdyż jego najlepsza przyjaciółka Amy wyjedzie z babcią na wakacje. Jego tata był zawsze ogromnie zajęty swoimi wynalazkami i pracą na niepełne etaty, więc Alfie wiedział, że prawie wcale nie będzie go widywał.

Zrezygnował z tej zabawy z krukiem w podglądanie, przeciągnął się, odwrócił i popatrzył na grę w karty przy sąsiednim stoliku. Wyglądało na to, że Amy wygrywa. Rzucił spojrzenie przez ramię na boisko i zamarł. Zamiast kruka stał tam teraz wysoki mężczyzna w wiktoriańskich garniturze i pelerynie i patrzył prosto na niego przez niewielką mosiężną lunetę. Alfie z wrażenia niemal spadł z krzesła.

– Amy! Amy!!! – zawołał, machając gwałtownie do przyjaciółki.

Kiedy spojrzał z powrotem na boisko, nie było tam mężczyzny, tylko znowu kruk.

– Co się dzieje, Al? – spytała Amy, podchodząc. – Lepiej niech to będzie coś naprawdę super, bo właśnie prawie już wygrywałam pióro Phila, to, które pisze w powietrzu.

– Tam! Widzisz tego kruka? – Alfie popatrzył nieufnie na ptaka, który nonszalancko czyścił sobie dziobem pióra pod skrzydłem. – Czy wydaje ci się zwyczajny?

– Zobaczmy. – Amy wychyliła się nad ramieniem Alfiego i uważnie przyjrzała się krukowi. – No cóż, ma wszystko na miejscu: pióra, skrzydła, dziób, więc owszem, to całkiem zwykły ptak. Czy tylko po to mnie zawołałeś?

– Tak. Przepraszam – wyjąkał Alfie, lekko zakłopotany. – Chodzi po prostu o to, że on… eee… przez chwilę wyglądał jakoś inaczej.

– W porząąądku – rzekła przeciągle Amy, pogłaskała go po głowie i wróciła do gry.

W klasie nadal panował zwykły hałas, a pani Harris usiłowała nakłonić wszystkich, by odłożyli swoje rysunki i gry. Wyglądało na to, że nikt nie zauważył na zewnątrz niczego osobliwego.

Alfie ciągle jeszcze gapił się na kruka, zastanawiając się, czy tylko uroił sobie tego dziwnego mężczyznę, gdy zabrzmiał szkolny dzwonek. Wszyscy zerwali się na nogi i w klasie rozległy się głośne wiwaty. Alfie obejrzał się na boisko w samą porę, by zobaczyć, że kruk przebiegł kilka kroków i wzbił się do lotu.

– Uspokójcie się! – krzyknęła pani Harris. – No cóż, wasza nauka w szkole podstawowej dobiegła końca. Mam nadzieję, że po wakacjach zabierzecie się wszyscy pilnie do pracy w liceum Hillston i że niektórzy z was wykorzystają tę okazję, by rozpocząć w swoim życiu nowy, lepszy rozdział.

Alfie spostrzegł, że nauczycielka, mówiąc to, popatrzyła znacząco zwłaszcza na dwoje uczniów, lecz oni nie pochwycili tej aluzji, zbyt zaabsorbowani nieznacznym przysuwaniem się do drzwi.

– Proszę, ustawcie naprawdę cicho swoje krzesła na stołach… – zaczęła mówić dalej pani Harris.

Ale reszta jej słów utonęła w hałasie, który powstał, gdy wleczono krzesła po podłodze i ciskano je na stoły. Kilka krzeseł spadło, gdyż każdy pchał się, by jako pierwszy znaleźć się za drzwiami. Pani Harris próbowała jeszcze bezskutecznie przekrzyczeć ten harmider kilkoma słowami pożegnania, a potem osunęła się na krzesło z wyrazem bezmiernej ulgi na twarzy z powodu tego, że kolejny rocznik opuścił szkołę. Alfie ściągnął krawat, zarzucił na ramię plecak i runął w sam środek dzikiego, wrzeszczącego radośnie tłumu wypływającego z budynku.

Minął Amy, gdy wsiadała już do samochodu babci.

– Al, babcia mówi, żebyś przyszedł do nas w niedzielę na obiad. Hurra, koniec ze szkołą!

Alfie wracał do domu wolniej niż zwykle, rozkoszując się rozmyślaniem o zagadkowym kruku i ładną pogodą. Jego dumania gwałtownie przerwało uderzenie w tył głowy pustą puszką po coli.

– Hej, mięczaku! – usłyszał za sobą.

Jęknął i w duchu dał sobie kopniaka za to, że był zbyt pogrążony w myślach i nie zauważył, że wlecze się za nim dwóch klasowych rozrabiaków – Vinnie i Weggis.

– Więc co robisz w wakacje? – zapytał Vinnie, gdy obaj się z nim zrównali. – Twój stuknięty tata zabierze cię na wykopywanie dinozaurów czy coś w tym stylu?

– On nie jest archeologiem, lecz wynalazcą, geniuszem.

– Wszystko jedno, ma wariacką pracę. W każdym razie, ponieważ nie spotkamy się z tobą aż do września, pomyśleliśmy, że odprowadzimy cię do domu. Nie mogę się już doczekać. Podobno w liceum Hillston od lat nie czyszczono kibli, więc można będzie użyć twoich włosów jako szczotki.

– Spadajcie – rzucił Alfie i przyspieszył kroku.

Ich obelgi i drwiny na temat jego taty rozniecały w nim od miesięcy gorący płomyk gniewu.

– Rany! Obrażasz mnie. Daj mi swój plecak, a może ci daruję. Weź go, Weggis!

Weggis rzucił się i chwycił plecak. Alfie usiłował go wyszarpnąć, ale zareagował zbyt wolno.

Vinnie odebrał plecak kumplowi i zaczął w nim grzebać, wywalając strój na wf. Alfiego.

– Hm… kiepskie adidasy – mruknął.

– Są w porządku – rzekł Weggis. Puścił Alfiego i dołączył do Vinniego. – Mojemu psu będą smakować.

Wyjął zeszyt do ćwiczeń, przekartkował go, cisnął na bok i wziął następny.

Alfie westchnął. Znał to na pamięć, widział już tyle razy na szkolnym dziedzińcu. Teraz nawet nie zadał sobie trudu, by patrzeć, jak przeglądają wszystko w jego plecaku. Wiedział, że gdyby próbował im go odebrać, zaczęliby rzucać plecak do siebie nawzajem. Usiadł na parkowym murku i starał się wyglądać na znudzonego, chociaż z gniewu krew pulsowała mu w żyłach.

– Chcesz z powrotem swój plecak? – warknął Weggis, wyraźnie zirytowany tym, że Alfie nie stara się go odzyskać.

– Zdaje się, że wam bardziej na nim zależy niż mnie – odparował Alfie z nadzieją, że jego głos brzmi spokojnie. Wstał i zaczął odchodzić. – Zatrzymajcie go sobie.

– Hej, wcale nie chcemy twoich śmierdzących rzeczy! – krzyknął Vinnie. Podbiegł do Alfiego i pchnął go w plecy. Alfie zatoczył się do przodu, a potem odwrócił szybko do niego. – Przynajmniej stać nas na przyzwoite adidasy. – Tym razem szturchnął go w pierś. Alfie, nie potrafiąc już dłużej ukrywać gniewu, zacisnął pięści. – Założę się, że jeżeli zgubisz te adidasy, twojego pomylonego taty nie będzie stać na kupienie ci następnych.

Alfie stracił panowanie nad sobą. Mocno odepchnął ramieniem obydwu chłopaków, czym kompletnie ich zaskoczył. Vinnie się przewrócił, a gdy upadł na niego Wiggis, plecak wyślizgnął mu się z ręki, przeleciał nad głową Alfiego i wylądował na jezdni. Alfie podbiegł do niego, żeby zgarnąć swoje rzeczy, zanim tamci pozbierają się z ziemi.

Oczy go piekły i wzrok miał zamglony. Chwycił zeszyty i wepchnął szybko do plecaka. Gdy szukał pod zaparkowanym samochodem drugiego adidasa, usłyszał za sobą krzyk kobiety:

– Uważaj!

Odwrócił się i zamarł. Pędził na niego pojazd. Kierowca spostrzegł go i wcisnął hamulec, lecz było już za późno. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Kobieta stała bezradnie z psem na krawężniku, wyciągając ręce do Alfiego. Samochód był tak blisko, że Alfie widział dokładnie twarz kierowcy – wąsatego mężczyzny w średnim wieku, w okularach, kurczowo ściskającego kierownicę, z ustami otwartymi w bezgłośnym krzyku.

Alfie, niezdolny zmusić nogi do ruchu, zacisnął powieki i przykucnął przerażony, czekając na uderzenie samochodu, który zbliżał się szybko z piskiem opon.

A potem – nic się nie stało.

Zapadła niesamowita cisza. Alfie po kilku sekundach uświadomił sobie, że na ulicy ucichły wszystkie dźwięki. Nie było słychać ludzkich głosów, śpiewu ptaków, najmniejszego hałasu. Powietrze też wydawało się inne – chłodniejsze, jakby przesycone wonią ziemi i starych liści.

Otworzył oczy i zdumiał się, widząc, że ulica zniknęła. Zastąpiła ją zimna szarawa mgła. Wyprostował się, z jego żył znikała adrenalina. Dlaczego nie jest ranny? Poczuł, że jego ubranie robi się wilgotne. Wyciągnął rękę i na dłoń spadły drobne krople. „Czy można zmoknąć, kiedy jest się martwym?”.

Ciszę przerwało gruchanie gołębia. Alfie poczuł, że grunt chlupocze mu pod nogami, gdy cofnął się, by spojrzeć w górę między otaczające go widmowe drzewa. Powietrze przeciął inny odgłos – rąbania drewna siekierą gdzieś w oddali. Gdy Alfie wytężył słuch, dźwięk zaczął zanikać, a wraz z nim ulatniały się ziemny zapach i mgła. Stopniowo ponownie pojawiały się znajome kształty i barwy ulicy, niczym kolorowe malowidło rozprzestrzeniając się na wilgotnym papierze.

Jakiś mężczyzna krzyczał i ten krzyk stawał się coraz głośniejszy, jakby ktoś podkręcał gałkę potencjometru.

– Gdzie on się podział?

– Czy jest pod samochodem?

Alfie zamrugał i rozejrzał się zaskoczony. Znowu był na ulicy, na poboczu jezdni. Samochód zatrzymał się dokładnie nad miejscem, w którym on znajdował się przed kilkoma chwilami. Kierowca wciąż siedział z rękami na kierownicy, dygocąc z szoku.

– Jest tam! – wykrzyknęła kobieta, która wcześniej usiłowała go ostrzec.

Wpatrywała się w niego ze zdumieniem, a jej pies ujadał szaleńczo, napinając smycz.

Alfie ledwie potrafił uwierzyć, że nie doznał żadnych obrażeń. Powoli podniósł plecak i zaczął się oddalać. Minął obydwu łobuziaków, stojących nieruchomo jak posągi, i przyspieszył, gdy zawołali za nim. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd, cokolwiek tu się zdarzyło.

Ruszył biegiem, a krew dudniła mu w uszach. Gdy skręcał w Abernathy Terrace, czuł już kolkę w boku i dyszał ciężko. Przed nim rząd szarych wiktoriańskich domów z tarasami zdawał się ciągnąć kilometrami. Pomimo kolki Alfie dalej biegł. Minął budynek z fioletowymi drzwiami, minął dom plotkarki pani O,Riley, drzewo, które przed czterema laty upadło, łamiąc mu rękę, okno z jazgotliwym białym psem, który zawsze wyskakiwał i szczekał na niego.

Biegnąc, spostrzegł, że leci nad nim kruk. Czy to ten sam? Czy go śledzi? Ptak zanurkował i szybował obok pędzącego ulicą Alfiego, a potem zatrzepotał skrzydłami, wzbił się w górę i odfrunął ponad szczytami dachów.

2Dziwne zaproszenie

Głośny łoskot wyrwał Alfiego ze snów o krukach i lasach spowitych mgłą. Chłopiec gwałtownie usiadł wyprostowany w łóżku, lecz po chwili odprężył się, gdy się zorientował, że ten huk dobiegł z warsztatu ojca. Tata prawdopodobnie pracował znowu nad czymś związanym z chemikaliami. Alfie się skrzywił; po ostatnim eksperymencie w mieszkaniu ciągle jeszcze unosiła się woń przypalonej kapusty. Jego tata wynalazł dziesiątki niemal użytecznych urządzeń: suszarkę do włosów napędzaną wodą, uchwyt do papieru toaletowego emitujący ogłuszający sygnał alarmowy, gdy rolka się kończyła, a ostatnio frontowe drzwi otwierane głosem, które rozumiały chyba tylko komendy wypowiadane z irlandzkim akcentem. Żaden z tych wynalazków nie przyniósł ani grosza, więc kiedy przed dwoma laty zmarła mama Alfiego, ojciec podjął szereg prac na niepełnych etatach, by związać koniec z końcem. Tę niewielką ilość wolnego czasu, jaki mu pozostawał, dzielił między Alfiego a swoje wynalazki. Alfie nie dbał o to, że nie mają pieniędzy – nie przejmował się nawet zbytnio tym, że mieszkają w starej, zatęchłej suterenie. Tęsknił tylko za życiem, jakie wiedli dawniej.

Siedząc w łóżku, zmrużył zaspane oczy przed blaskiem słońca wpadającym przez okno. Zastanawiał się przez chwilę, dlaczego ma na sobie szkolne ubranie, a potem przypomniało mu się, że padł w nim na łóżko, wyczerpany szaleńczym biegiem do domu. Widocznie przespał cały wieczór i całą noc. Tata zapewne pracował znowu do późna. Alfie był z tego zadowolony, gdyż nie chciał rozmawiać o swoim wczorajszym ostatnim dniu w szkole.

Gdy przebrał się w dżinsy i podkoszulek, skrobanie oznajmiło zjawienie się jasnorudego pręgowanego kota o imieniu Galileo. Kot pchnięciem otworzył sobie szeroko drzwi i wszedł cicho, mrucząc. Alfie sięgnął ręką w dół, podrapał go za uszami i spostrzegł, że kot niesie coś w pysku. Kopertę. Galileo upuścił ją obok pary butów i zaczął leniwie obgryzać sznurowadła.

– Odmieniec z ciebie – rzekł ze śmiechem Alfie. – Ćwiczysz się w byciu psem?

Podniósł kopertę, która wyglądała na drogą. Widniały na niej słowa skreślone pięknym, eleganckim charakterem pisma:

Do rąk własnych Alfreda Blooma

Skrzywił się. Tylko osoby takie jak dyrektor jego szkoły, właścicielka domu i gniewny stary pan Filbert mieszkający na piętrze nazywały go pełnym imieniem Alfred. Na odwrotnej stronie koperty znajdowała się wielka woskowa pieczęć przedstawiająca dwa kruki siedzące na szalkach wagi. Pomyślał, że szkoda będzie ją złamać, ale po kilku sekundach leżała już w kawałkach na podłodze, a on miał w ręku oficjalnie wyglądający list, który pachniał starymi księgami. List był ozdobiony wytłoczonym złotym herbem, takim samym jak pieczęć, i zawierał następującą treść:

Kancelaria notarialna Muninn i Bone (założona w roku 1086)

Drogi Paniczu Bloom,

na sobotę 23 lipca o 23.59 zostało Panu wyznaczone spotkanie z jednym z naszych starszych wspólników w celu omówienia kwestii przekazania odziedziczonego przez Pana znacznego spadku.

Jesteśmy prawnie zobowiązani prosić, by na tym spotkaniu obecny był Pański ojciec, pan William Horatio Bloom.

Nasz powóz przyjedzie po Was punktualnie o 23.26.

Z poważaniem

Emily Fortune

starsza administratorka

Znaczny spadek? Czy ktoś zapisał mu coś w testamencie? Alfie ponownie przeczytał list; wirowało mu w głowie. Dwudziesty trzeci lipca był dzisiaj. Popędził z tym dziwnym zaproszeniem do warsztatu ojca.

– Jesteś całkiem pewien, że to nie żart któregoś z twoich kolegów? – zapytał tata po przeczytaniu listu przy kiwającym się kuchennym stole i podrapał się zamyślony w szyję.

– Tak, tato, mówię po raz piąty, że jestem pewien! – wymamrotał Alfie z pełnymi ustami, żując kęs kanapki z tuńczykiem, brukselką i marynowanym jajkiem, gdyż śniadanie było często twórczym połączeniem wszystkiego, co akurat zostało w kuchennych szafkach. – Nie znam nikogo, kto potrafiłby wykonać taką dobrą podróbkę.

Jego ojciec był wysokim mężczyzną z czarnymi włosami, które miały tendencję do sterczenia na wszystkie strony – prawdopodobnie dlatego, jak przypuszczał Alfie, że tata tak często skrobie się w głowę. Miał na sobie ulubiony zielony rozpinany sweter, który mama zrobiła dla niego na drutach. Alfie zauważył, że sweter wisi na nim o wiele bardziej niż dawniej.

Alfie, czekając niecierpliwie, aż tata skończy analizować treść listu, zaryzykował zjedzenie następnej kanapki, tym razem z czipsami, burakiem ćwikłowym i korniszonem. Wreszcie po długiej chwili ojciec wstał.

– Wypijesz filiżankę herbaty, synu? – zapytał.

Zaczął szperać w ponuro ciemnozielonych szafkach nad zlewem w poszukiwaniu torebek herbaty ekspresowej i czystych filiżanek. Pani Craddock, właścicielka domu, nie odnawiała go od prawie pół wieku. Wprowadzili się tutaj przed kilkoma laty, aby zaoszczędzić na zbudowanie własnego domu, ale od śmierci mamy tata nie wspominał już o tym planie. Alfie rozumiał dlaczego; sam też nie chciał mieszkać w wymarzonym domu mamy bez niej.

– No cóż, Alfie – odezwał się ojciec, nalewając herbatę. – Nigdy nie słyszałem o kancelarii Muninn i Bone, ale muszę przyznać, że list wygląda na autentyczny.

– Jak sądzisz, co oni mają na myśli, pisząc o „znaczym spadku”? – zapytał Alfie.

Ostatnio nie zmarł nikt im znany, a zresztą nie znali nikogo, kto choćby w przybliżeniu mógłby uchodzić za bogatego.

– Jak przypuszczam, jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć – odrzekł z uśmiechem ojciec, podając mu filiżankę z parującą herbatą.

Kwadrans po dwudziestej trzeciej Alfie i jego ojciec siedzieli na murku przed ich mieszkaniem w suterenie przy Abernathy Terrace. Była ciepła letnia noc, a powietrze przesycała woń jaśminu z sąsiedniego ogrodu. Ten słodki zapach zaczynał przyprawiać Alfiego o ból głowy, gdy chłopiec siedział niewygodnie wyprostowany, starając się nie pognieść ubrania. Obaj z tatą spędzili popołudnie na przetrząsaniu sklepów charytatywnych z używaną odzieżą w poszukiwaniu garniturów po okazyjnej cenie. Alfie był dość zadowolony ze swojego ciemnoszarego garnituru, ale musiał mocno ściągnąć spodnie paskiem, żeby nie zsunęły mu się do kostek. Zdołał odwieść ojca od zamiaru kupienia sobie garnituru w szkocką kratę i namówić na inny, dość elegancki i praktyczny, chociaż zdaniem Alfiego efekt psuły przykrótkie spodnie odsłaniające skarpetki nie do pary.

Wskazówki na zegarku Alfiego pokazywały już niemal jedenastą dwadzieścia sześć. Spojrzał z niepokojem w obie strony ulicy. Zaczynał czuć się głupio. Może to rzeczywiście był żart? Jaki adwokat wyznaczyłby spotkanie o północy? Gdy już miał zaproponować, żeby wrócili do domu, dobiegł ich stukot kopyt na jezdni. Na widok zajeżdżającego pojazdu Alfie ze zdumienia niemal przewrócił się do tyłu na ścianę.

Tuż przed nim zatrzymał się najwspanialszy powóz, jaki można sobie wyobrazić. Był większy i ładniejszy niż wszystkie powozy w londyńskiej Tower razem wzięte. Czarny i tak wypolerowany do połysku, że można by go uznać za szklany. Nawet okna w ozdobnych ramach były czarne. Pośrodku każdego koła znajdował się błyszczący srebrny kołpak z herbem takim jak na zaproszeniu. Alfie podniósł wzrok i zobaczył mężczyznę w cylindrze i podróżnej pelerynie siedzącego wysoko na koźle. Mężczyzna dzierżył lejce sześciu olbrzymich czarnych koni, które parskały i tupały niecierpliwie w ziemię. Alfie nie mógł uwierzyć, że usłyszał stukot ich kopyt dopiero tuż przed pojawieniem się pojazdu.

Woźnica uchylił cylindra.

– Wierny John – przedstawił się poważnym tonem ze śladem niemieckiego akcentu, a potem skinął głową w kierunku drzwi powozu. Otworzyły się, po czym wysunęły się z nich dwa stopnie. – Panowie, proszę, zajmijcie miejsca.

Alfie poczuł dreszcz podniecenia, gdy obaj z tatą wdrapali się do powozu i usadowili na luksusowych siedzeniach z fioletowego aksamitu.

– Zapnijcie pasy – dobiegł przez mosiężny lejek tubalny głos woźnicy i Alfie drgnął zaskoczony. – Landrynki, które znajdziecie obok siebie, złagodzą niemiłe wrażenie w uszach, jakiego możecie doświadczyć w trakcie podróży.

Alfie ostrożnie poczęstował się cukierkiem ze srebrnego półmiska przymocowanego do ściany, a jego tata z podziwem przyjrzał się luksusowemu wnętrzu powozu.

– Nigdy w życiu nie siedziałem w niczym podobnym – wyznał szeptem, jakby obawiał się, że woźnica się im przysłuchuje. – Cokolwiek chcą z tobą omówić, musi to być bardzo ważne.

Schodki z cichym terkotem złożyły się z powrotem do małego schowka i drzwi zamknęły się niemal bezszelestnie. Pojazd ruszył z lekkim szarpnięciem.

Alfie słyszał parskanie galopujących koni i głos woźnicy, który ni to śpiewał, ni to wołał do nich.

– Tato – odezwał się chłopiec. – Z pewnością jedziemy bardzo szybko. Chyba się nie rozbijemy, co?

– Jestem pewien, że woźnica dobrze zna się na swoim fachu – odpowiedział ojciec, chociaż nie wydawał się całkiem przekonany.

Powóz coraz bardziej przyspieszał, aż wreszcie Alfie siedział wparty plecami w fotel, trzymając się kurczowo srebrnych poręczy, i zerkał z niepokojem na tatę. Nastąpiło nagłe szarpnięcie i wszystko przechyliło się do tyłu. Alfie miał wrażenie, jakby usiadł na nim niewidzialny hipopotam. To doznanie trwało mniej więcej minutę, a potem nacisk zelżał, powóz przestał się trząść i chłopiec znowu mógł się swobodnie poruszać.

– Rany! To było niesamowite! – wykrzyknął.

Przełknął ślinę, żeby przetkać sobie uszy, i podniósł landrynki, które zsunęły mu się na kolana.

– Robi się coraz dziwniej – powiedział w zamyśleniu tata, prostując się. – Nasłuchuj uważnie i powiedz mi, co słyszysz.

Alfie wytężył słuch, lecz niczego nie usłyszał.

– Nic – odrzekł. – Tylko jakiś świst.

– No właśnie. Dlaczego nie słyszymy już tętentu kopyt galopujących koni?

Chłopiec spojrzał na tatę, zastanawiając się, co miał na myśli. Przecież z pewnością nie mogą lecieć w powietrzu, prawda?

Przycisnął twarz do okna, stulając dłonie wokół oczu, jakby patrzył przez lornetkę. Na zewnątrz panował mrok, a przez grube przyciemnione szyby wszystko wydawało się jeszcze ciemniejsze. Ledwie dostrzegał przebłyski barw i światła.

Przez większą część podróży tylko uśmiechali się w milczeniu do siebie, nazbyt przepełnieni niecierpliwym oczekiwaniem, by móc rozmawiać. Zastanawiali się, co to za powóz i dokąd ich wiezie.

Po mniej więcej dwudziestu minutach pojazd zatrząsł się z głośnym hukiem. Alfie znowu uchwycił się poręczy siedzenia, gdy rzucało nimi w górę i w dół. Świst ucichł i słychać było stukot kopyt koni zwalniających do kłusu, aż wreszcie powóz się zatrzymał.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i Alfie niemal wypadł głową do przodu. Tata złapał go za ramię i na poły wyskoczył, a na poły spadł na bruk. Znajdowali się w starej wozowni wielkości hali magazynu, z olbrzymią dębową bramą, teraz zamkniętą.

Z końskich grzbietów unosiła się para. Woźnica postawił przed każdym beczułkę z wodą i przemawiał do nich łagodnie w końskim języku pełnym dźwięków przypominających ciche rżenie i parskanie. W słabym świetle rzucanym przez pochodnie na ścianach Alfie zobaczył powozy wszelkich kształtów i rozmiarów. Podbiegł do jednego ogromnego, który wyglądał jak złota barka ze starożytnego Egiptu, tyle że z kołami.

– Tato, spójrz na ten! – wykrzyknął, gdy natrafił na zielono-złoty powóz sięgający mu do pasa i zajrzał przez maleńkie okienka.

„Z pewnością nikt nie zmieściłby się w czymś tak małym”, pomyślał.

– To na pewno zabawka – powiedział ojciec i przykucnął, by lepiej się przyjrzeć. – Popatrz na te miniaturowe symbole wokół siedzeń – dodał, poprawiając okulary na nosie i nachylając się bliżej.

– Ehem! – dobiegło ich chrząknięcie i na ramieniu każdego z nich spoczęła wielka dłoń.

Alfie podniósł wzrok i zobaczył stojącego nad nimi Wiernego Johna. Był to olbrzymi mężczyzna ze starannie przystrzyżonymi szpakowatymi bokobrodami okalającymi wesołą, dobroduszną twarz.

– Tędy, panowie. Pan Bone was oczekuje – oznajmił woźnica i poprowadził ich do gigantycznych wrót wykonanych z wielu, coraz mniejszych drzwi, wbudowanych jedne w drugie jak rosyjskie matrioszki. Najmniejsze sięgały Alfiemu do połowy kolan. – Przejdźcie tędy. Panna Fortune was zarejestruje.

– Które drzwi mamy otworzyć?

Woźnica zachichotał, napełniając worki na obrok wszystkich koni.

– Którekolwiek pasują, paniczu Bloom, którekolwiek pasują.

Alfie otworzył drzwi rozmiaru człowieka i rozejrzał się z podziwem po wspaniałej owalnej komnacie. Pośrodku marmurowej podłogi była wbudowana okrągła płyta z wypolerowanego mosiądzu ze znanym mu już herbem kancelarii Muninn i Bone. Ściany pokrywały boazerie z ciemnego drewna, a kamienny sklepiony sufit znajdował się tak wysoko, że Alfie miał wrażenie, jakby wszedł do katedry.

– Witam, panie i paniczu Bloom – dobiegł ich zza pleców cichy, miły głos.

Alfie odwrócił się szybko i uświadomił sobie, że przeszli tuż obok młodej kobiety siedzącej za wielkim biurkiem w pobliżu wejścia. Jej długie czarne włosy powiewały za nią, gdy podeszła szybko, by uścisnąć im dłonie.

– Przepraszam… nie zauważyliśmy pani – wyjąkał.

– Nic nie szkodzi, absolutnie nic nie szkodzi. Wszyscy tak reagują, gdy po raz pierwszy tu wejdą. – Obróciła się wokoło z rozpostartymi rękami. – To taki olbrzymi stary hol, a ja jestem taką małą staruszką.

Alfie z miejsca poczuł sympatię do tej drobnej kobiety ze śpiewnym głosem, wielkimi zielonymi oczami i pociągłą twarzą.

– Pani wcale nie jest stara – powiedział i mimowolnie się zarumienił.

– Może jestem, może nie jestem. Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzeć. – Uśmiechnęła się. – Myślę, że ogromnie cię polubię, paniczu Bloom. Ale gdzie się podziały moje dobre maniery? Jestem Emily, Emily Fortune, a właściwie Amelia Fortuna, ale to za bardzo kojarzyło się z jakąś niechlujną starą flądrą, więc trochę podrasowałam imię, a w nazwisku zmieniłam „a” na „e”. Brzmi znacznie współcześniej, prawda? Bardzo szykownie, bardzo elegancko, bardzo teraźniejszo! Trzeba zawsze iść z duchem czasów, nie sądzisz?

Alfie nie zdążył odpowiedzieć, gdyż poprowadziła ich szybko do swojego biurka.

– No, migiem, wpiszmy was, zanim udacie się na górę na umówione spotkanie. Jeśli podoba wam się ten pokój, zaczekajcie, aż zobaczycie gabinet pana Bone,a. Jest naprawdę bardzo wytworny.

Gdy Emily przestała mówić i podsunęła im na biurku wielką księgę, Alfie w końcu wypuścił powietrze z płuc. Wziął głęboki wdech i zobaczył, że tata uczynił to samo. Zastanawiał się, kiedy panna Emily znalazła czas, żeby zaczerpnąć tchu.

– Dobrze, więc zróbcie to dla mnie i po prostu przyciśnijcie kciuki do tej poduszeczki z atramentem. Świetnie, a teraz zostawcie odciski kciuków obok waszych nazwisk i czasu przybycia, dziękuję. A teraz, proszę, zechcijcie wejść tanecznym krokiem shimmy na ten herb.

Alfie nie był pewien, jak wygląda krok shimmy, ale poszedł w ślad taty i wstąpił na mosiężny krąg na środku sali.

– Cudownie, dziękuję. Teraz stańcie nieruchomo i trzymajcie stopy z dala od krańców płyty. Nie stanie się wam żadna krzywda i za momencik znajdziecie się na miejscu.

– Chwileczkę, co się stanie? – zapytał z niepokojem Alfie, spostrzegłszy długi, miedziany cylinder zjeżdżający z sufitu jak wysuwająca się rura teleskopu. – Panno Fortune?

– Nie obawiajcie się, to całkowicie bezpieczne – zapewniła ich. – No, to znaczy, o ile nie dotkniecie bocznych ścian.