Opis

Leopold Tyrmand wrócił do powojennej Polski z własnej woli. Jednak szybko okazało się, że nowa rzeczywistość tłamsi go zarówno literacko jak i osobowościowo. W połowie lat 60. wyemigrował i osiadł w Stanach Zjednoczonych, gdzie próbował stać się autorem anglojęzycznym.

 

Literacka aktywność Leopolda Tyrmanda zamyka się w czterech dekadach, a zawarte w niniejszym tomie wypowiedzi pisarza dokumentują niemal cały ten okres. Pochodzą one ze źródeł, wśród których są: wywiady prasowe, nieznane, niepublikowane dotąd notatniki czy też materiały służb PRL pozyskane z podsłuchu.

Tyrmandowi nieobce było hasłowe porządkowanie wypowiedzi. Dowodzi tego jego książka pt. Zapiski dyletanta. To właśnie ona stała się konstrukcyjnym wzorem niniejszego tomu, w którym znalazły się szczere, wręcz bezkompromisowe oceny znajomych, pisarzy czy ludzi władzy. Są tu również społeczno-polityczne diagnozy, migawki z peerelowskiej rzeczywistości i wrażenia z podróży po Europie czy USA.

Podejmując lekturę Alfabetu Tyrmanda czytelnik wychodzi na spotkanie z pisarzem, którego w jakimś stopniu zna, ale także takim jego obliczem, którego zupełnie się nie spodziewa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZTERY DEKADY LEOPOLDA TYRMANDA

Literacka aktywność Tyrmanda trwała ponad czterdzieści lat. Połowę tego czasu pisarz spędził na emigracji. Jednak – jak się okazuje – istotniejsze były dwie pierwsze, spędzone w Polsce, dekady. One ukształtowały jego osobowość, pozwoliły mu wypracować własny styl wypowiedzi oraz, co najważniejsze, były obfite w ważne doświadczenia. Pisarz korzystał z nich już do końca życia, bez względu na język, który wybierał do artystycznej komunikacji z czytelnikiem.

PRÓBA POLSKOŚCI

Peregrynacje pisarza, które stały się później kanwą jego książek, rozpoczęły się dość wcześnie. Tuż po ukończeniu prestiżowego gimnazjum im. Jana Kreczmara w 1938 roku wyjechał on do Paryża, gdzie podjął studia na wydziale architektury (Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Pięknych). Można by się zastanawiać, skąd ten wybór, dlaczego Tyrmand nie podjął studiów w stolicy Polski. Refleksję na ten temat podjął Sławomir Mrożek w pośmiertnym wspomnieniu przyjaciela: „Studia w Paryżu – to ładnie brzmi. Ale co było poza brzmieniem? Nie wiem, Leopold nigdy o tym nie mówił, ale czy nie dlatego przypadkiem w Paryżu, nie w Warszawie, że był rok 1938 i w Polsce działał już wtedy «numerus clausus», czyli ustawa, że tylko pewna ograniczona ilość Żydów była dopuszczona do studiów wyższych? A nawet gdyby Leopold znalazł się w tej liczbie, czy nie bezpieczniej w Paryżu, niż w Warszawie […] ?”I.

Powyższe dywagacje Mrożka wydają się dość prawdopodobne, choć trudno byłoby ustalić, jak było w rzeczywistości. Niemniej czas, który autor Złego spędził w stolicy światowej mody, był owocny. Szerokie spektrum kulturalnych impulsów i oddech wielkiego świata musiały na dziewiętnastoletnim Tyrmandzie robić wielkie wrażenie. Jednak pobyt w Paryżu był zapewne dosyć kosztowny. Zwracał na to uwagę Marcel Woźniak: „Tyrmand przemierzał skrzyżowanie bulwaru Saint Michel i ulicy Panthenon. Przechadzał się pod witrynami Maxima, Fouqueta czy Claridge’a, ale jeśli wstępował na kawę do Capoulade’a, to na jedną filiżankę, którą potem pił trzy godziny […]. Były też dziewczyny, o których pisał w listach do Mrożka, ale nie w opowiadaniach czy dzienniku”II. Pobyt w Paryżu nie trwał długo, niecały rok, ale niewątpliwie mocno na niego wpłynął i był twórczo owocnyIII. To również tam Tyrmand zetknął się kulturą jazzu, która została w nim już na zawsze. Miało to później reminiscencje zarówno literackie, czego echa znajdziemy w Dzienniku 1954 czy też w Zapiskach dyletanta, jak i pozaliterackie, gdyż pisarz był organizatorem festiwalu Jazz Jamboree. To właśnie jazz stał się w trudnych czasach płaszczyzną porozumienia między nim a Franciszkiem Walickim – dziennikarzem muzycznym i autorem tekstów piosenek – kiedy Tyrmand znalazł się w Wilnie, tuż po wybuchu II wojny światowej. Starając się zorganizować sobie życie w nowej rzeczywistości, podjął pracę w „Prawdzie Komsomolskiej”IV, publikując felietony, najczęściej o tematyce sportowejV. Jego dalsze okupacyjne losy przypominają scenariusz sensacyjnego filmu: aresztowanie przez NKWD i ucieczka, dobrowolne zgłoszenie się na roboty do Niemiec (na fałszywych francuskich papierach), praca w wielu różnych zawodach, ponowne aresztowanie (jako marynarz próbował dostać się do Szwecji) i pobyt w obozie koncentracyjnym na terenie Norwegii. Do końca wojny przebywał poza krajem. Zanim wrócił na stałe, kilka razy przyjeżdżał do Polski jako pracownik Poselstwa Polskiego w Kopenhadze. Być może – przed podjęciem ostatecznej decyzji – chciał się zorientować w aktualnej sytuacji. Rozejrzał się, i choć wielu wybrało emigrację, on postanowił powrócić do kraju. Do Warszawy trafił w 1946 roku i od razu rzucił się w wir pracy dziennikarskiej i literackiej. Wszystko wskazywało na to, że jest we właściwym miejscu. Jednak jego pobyt w Polsce miał potrwać niecałe dwie dekady, a rozczarowanie i próby zrzucenia z siebie systemowego błota podejmował dużo wcześniej. Bez powodzenia.

Dowód pisarza z 1941 roku: narodowość – francuska, zawód – architekt

ŚMIERĆ ARTYSTY BEZ PUBLICZNOŚCI

Komunistyczna Polska wypchnęła Tyrmanda z Europy. Mówi się, że decyzja pisarza związana była przede wszystkim ze wstrzymaniem wydania Życia towarzyskiego i uczuciowego. Jednak to nie był powód jedyny ani też najważniejszy. Tyrmand zdał sobie sprawę z tego, że w Polsce został twórczo zablokowany i nie wiadomo, jak długo taki stan miałby trwać oraz czy kiedykolwiek się odmieni. W Dzienniku 1954 znajdziemy zapis tych rozterek: „Jestem pisarzem, któremu nie wydają książek, publicystą nie drukującym artykułów, dziennikarzem nie mającym wstępu do żadnej redakcji. Nikt nie chce ode mnie scenariuszy, nie błyszczę, nie bywam, nie mam rangi, nie stoję na szczeblu. Po prostu nie ma mnie. Wszystko dlatego, że chcę w moim kraju żyć, myśleć i pracować tak, jak uważam za słuszne. Za to płacę nieprawidłowością istnienia i zakazem rozwoju”VI. Zapis ten powstał tuż po tym, jak stracił pracę w „Tygodniku Powszechnym” w 1953 roku. Gazetę zamknięto po odmowie wydrukowania na pierwszej stronie nekrologu Stalina. Trzy lata wcześniej pisarz został wyrzucony z „Przekroju” po opublikowaniu relacji z turnieju bokserskiego, w której skrytykował radzieckich sędziów. Tyrmand znalazł się wówczas w dość trudnym położeniu, jednak dla literatury polskiej było to zdarzenie niezwykle szczęśliwe. Albowiem w tym czasie pisarz zaczął prowadzić notatki, które złożyły się później na Dziennik 1954, który bez wątpienia jest jego najlepszą książką. Zła passa została przerwana rok później, kiedy ukazała się publikacja, która przyniosła Tyrmandowi ogromne grono czytelników. Z wielu powodów było to zdarzenie bez precedensu. Henryk Dasko pisał: „Zły zmienił Tyrmandowi życie […]. Zły był jak nieco później Krzyżacy Aleksandra Forda, jak kapitan Kloss, czy piosenki Czerwonych Gitar. Łamał bariery społecznych podziałów, trafiając do wszystkich. Niedostępny w księgarniach, sprzedawany z kilkunastokrotnym przebiciem na bazarach, wędrował z ręki do ręki, pożyczany na wczasy, na tydzień, na jedną niedzielę. Tyrmand znany dotychczas w hermetycznym środowisku warszawskich elit i w najlepszym razie rozpoznawany jako dziennikarz, w ciągu kilku tygodni stał się obiektem masowego kultu. Obcy ludzie zaczepiali go na ulicy [...]”VII. Tyrmand miał prawo myśleć, że jego sytuacja się odmieniła i będzie mógł się pisarsko realizować. Czas euforii nie trwał jednak długo. Kolejne lata obfitowały w rozczarowania. Mimo ogromnego popytu nie wznawiano Złego, ponadto skonfiskowano mu kolejną powieść Siedem dalekich rejsów. Pojawiły się też ogromne problemy z napisanym dla Wydawnictwa Literackiego w Krakowie Filipem. Ostatecznie książka ukazała się, lecz w bardzo niewielkim nakładzie. W ramach dodatkowego elementu represji mnożono przeciwności związane z promocją książki czy organizacją spotkań autorskich. Według pisarza przyczyną jego niepowodzeń była nie tylko nieprzychylność władz, ale także zawiść części warszawskiej śmietanki towarzyskiej. Swoje żale przelał na papier. W ten sposób powstała książka, powieść z kluczem pt. Życie towarzyskie i uczuciowe. Na jej kartach krytycznym okiem spojrzał na gości salonu Ireny Krzywickiej. W roku 1964 gotowy maszynopis został złożony w Państwowym Instytucie Wydawniczym, jednak proces wydawniczy z jakichś powodów nie wystartował. Opublikowane w prasie fragmenty utworu wywołały w stolicy wielkie poruszenie, część wpływowych osób mogło się obrazić. Jeden z przyjaciół pisarza, Tadeusz Konwicki, zwracał uwagę na reakcję środowiska: „Opór przeciw wydaniu w Polsce Życia towarzyskiego i uczuciowego […] był przede wszystkim środowiskowy. Mówiło się: ee, to szmira, czwartorzędne gówno. Towarzyski ostracyzm, który potrafił spowodować, że pewne obszary życia przestawały istnieć. Tak miało się stać z Tyrmandem”VIII.

Termin ukazania się książki przesuwał się, pojawiały się coraz to nowe przyczyny opóźnień, w rezultacie ostatnim dziełem, które opublikował w Polsce, był Filip (1961 r.). Kłopoty związane z jego wydaniem w pewnym sensie były zapowiedzią przyszłych, o wiele poważniejszych problemów. Brak możliwości publikowania z jednej strony i wielokrotne odmowy wydania paszportu z drugiej spowodowały, iż Tyrmand utknął w martwym punkcie. Niełatwo w takiej sytuacji myśleć o przyszłości pozytywnie. Dlatego też, kiedy w 1965 roku w końcu przyznano mu paszport, od razu skorzystał z okazji i wyjechał. Trudno powiedzieć, czy od razu myślał wówczas o emigracji, choć wiele może przemawiać za słusznością takiej hipotezy.

Deklaracja celna z 16 marca 1965 roku

ZA ŻELAZNĄ KURTYNĄ

Po tym, jak Tyrmand wyrwał się z komunizmu, który zablokował jego twórczy temperament i możliwości ewokacji swych poglądów, podróżował po Europie i Izraelu, zastanawiając się nad własnym losem. W liście z 21 września 1965 roku pisał: „W Paryżu przedłużono mi paszport na 6 miesięcy, ale za to nie mam już wolnego skrawka na najmniejszą wizę, nawet wielkości znaczka pocztowego, a jak wiadomo nikt takich nie daje. A w ogóle jestem w nastroju kompletnego dodupizmu, jadąc samotnie przez Hiszpanię, rozmyślałem dużo na swój temat, doszedłem do katastrofalnych wniosków i bardzo jestem z siebie niezadowolony. Postanowiłem się zmienić, ale nie wiem jak”IX.

Myśli te zmaterializowały się w notatniku, który wówczas prowadził. Pisał w nim: „Któregoś dnia doszedłem do wniosku, że życie moje składało się z samych błędów. O nie, nie znaczy to, że potrafiłem ujawnić w nim to, czy owo niepowodzenie, pomyłkę lub głupstwo o bogatych konsekwencjach! Wszystko od początku do chwili obecnej było jednym, fatalnym błędem, najgorsze zaś, że spostrzegłem się zbyt późno. Zaczynać od nowa w wieku 45 lat nie jest łatwo, niemniej jednak coś trzeba było uczynić”X. Jego przemyślenia podczas podróżowania, spojrzenie na sytuację w Polsce z dystansu, zaowocowały decyzją o przedłużeniu pobytu na Zachodzie. Być może na decyzję miał wpływ także fakt, iż w USA czekało nań prestiżowe stypendium Departamentu Stanu. Dzięki niemu odbył wiele podróży, a także poznał interesujących i wpływowych ludzi, którzy niekoniecznie byli chętni do pomocy, kiedy zgasły flesze reporterskich aparatów. Jeszcze przed wyjazdem do USA podjął współpracę z paryską „Kulturą”, która zaowocowała wydaniem w 1967 roku Życia towarzyskiego i uczuciowego oraz licznymi tekstami publicystycznymi. Co istotne, nawiązywały one do zagadnień związanych z Polską i życiem w okowach reżimu. Jednak na linii pisarz – redaktorXI nierzadko dochodziło do różnego typu i kalibru nieporozumień. Niektóre dotyczyły ostrego stanowiska Tyrmanda w odniesieniu do władz w Polsce. Tyrmand był w swych sądach nieustępliwy i szalenie zdeterminowany. Natomiast Giedroyc starał się zwykle zajmować stanowisko, które nie wykluczało dialogu. Po kilku latach, kiedy Tyrmand przebywał już w USA, nastąpił rozbrat. Jednym z ognisk zapalnych była odmowa przedrukowania na łamach „Kultury” rezygnacji Tyrmanda z polskiego obywatelstwa. Redaktor – w jednym z listów do Tyrmanda – pisał: „Mówiąc szczerze, Pana list do NYT bardzo mi się nie podoba. Jest w nim «przyciskanie pedału» niepotrzebnie silnie. Wbrew zapewne Pana intencjom, przeciętny czytelnik może wyciągnąć wnioski, że uważa Pan, że postępowanie Gomułki przekreśla cały wielowiekowy dorobek czy historię Polski. Z Pana oświadczenia wynika identyfikowanie reżimu ze społeczeństwem, co jest, łagodnie mówiąc, nieścisłe. Poza tym Pan już dawno przyjął papiery amerykańskie, więc Pana gest zawisa dosyć w próżni. Nie sądzę, by było celowe ogłaszanie go w «Kulturze»”. (List Jerzego Giedroycia do Leopolda Tyrmanda z 10 września 1968 r.XII). Tyrmand bardzo źle przyjął tę odmowę. Z kolei Giedroyc miał do pisarza żale związane ze sposobem pracy nad amerykańską antologią tekstów „Kultury”, ponieważ sądził, że Tyrmand wykorzystuje sytuację do promocji własnej osobyXIII. Tyrmand z kolei uważał, że redaktor go nie docenia. W liście z 13 września 1968 r. pisał: „Boję się, że w moim przypadku nie potrafił Pan wyrobić we mnie przekonania, że Panu naprawdę na mnie zależy [...]. Używał Pan również często porównania Piłsudskiego o marmurze – myślę, że jeśli nawet nie miał Pan we mnie tego budulca, to jednak byłem dla Pana oddanym, a nade wszystko cennym, użytecznym współpracownikiem na terenie Ameryki. Niestety nie starał się Pan we mnie zbudować tego poczucia wartościowości”XIV.

Pożegnanie się z „Kulturą” skłoniło Tyrmanda do poszukiwań innych miejsc do prezentacji swych poglądów. Nie miał wielkiego wyboru. Porozumiał się z Mieczysławem Grydzewskim i – na początku lat 70. – zaczął publikować na łamach londyńskich „Wiadomości”. Godne uwagi jest to, że pisarz – uparcie starając się osiągnąć sukces jako twórca anglojęzyczny – czynił to za pomocą dawnych narzędzi, czerpiąc materiał z doświadczeń swej polskiej przeszłości. Druga rzecz, to fakt, iż będąc człowiekiem oczytanym i bywałym w świecie, wciąż trzymał się tematyki związanej z szeroko pojętym życiem politycznym. Początkowo osiągnął uznanie i sukces, był publikowany w najbardziej prestiżowych amerykańskich periodykach jak „The New Yorker” i dobrze opłacany. Jednak w ostatecznym rozrachunku Ameryka go odtrąciła. Po części było to wynikiem zaskakującej przemiany. Z liberała przekształcił się za oceanem w zatwardziałego konserwatystę, walcząc – o paradoksie – z przybierającymi na sile tendencjami lewicowymi. Krytykował media głównego nurtuXV, a Amerykanom wytykał ich wady. To nie mogło się skończyć dobrze. Zamówienia na teksty z liczących się periodyków przestały przychodzić. Wydawnictwa nie były zainteresowane książką wydaną później pod tytułem Cywilizacja komunizmu. We wpływowych sferach stał się zaś persona non grataXVI. Właśnie wtedy historia zatoczyła koło ironii. Odcięty od wydawnictw i łamów czasopism pisarz wrócił do zeszytowych zapisków z Dziennikiem 1954. Przygotowując maszynopis, wiele fragmentów przeredagował, inne dopisał. W wyniku tych działań powstał utwór, który został opublikowany w 1980 roku w Londynie. Zmian było tak wiele, a ich ranga tak znaczącaXVII, iż – jak mniemam – powstało zupełnie nowe dzieło.

Chcąc ratować sytuację – miał już wtedy trzecią żonę Mary Ellen – Tyrmand zaczął współpracę z The Rockford Institute. Jego podstawowym zajęciem tam było wydawanie z gruntu konserwatywnego pisma „Chronicles of Culture”. W ten sposób Ameryka zmieniła pisarza w redaktora. Niewątpliwie była to konsekwencja jego bezkompromisowej postawy. W swych działaniach pozostał on w zgodzie ze swymi przekonaniami. Dwie dekady emigracji Tyrmanda skończyły się nagle 19 marca 1985 roku. Zmarł na zawał serca podczas urlopu spędzanego na Florydzie. Zostały po nim teksty, w których wiele jeszcze jest do odkrycia.

LITERY ALFABETU

Na niniejszy tom składają się wypowiedzi Leopolda Tyrmanda, które pochodzą z kilku różnych źródeł powstałych między 1954 a 1981 r. Bardzo ważny element całości stanowią zeszyty zawierające pierwszą wersję Dziennika 1954. Znalazły się w nich informacje o ludziach z kręgu kultury, polityki oraz znajomych i przyjaciołach pisarza. Nierzadko zostały one wydobyte z kontekstów łóżkowo-obyczajowych czy opisów komunistycznej codzienności, które przysłaniały opinie pisarza na temat konkretnych spraw oraz osób. Po dwudziestu latach Tyrmand uzupełniał je o nowe zapisy i spostrzeżenia na temat ludzi i ówczesnych zdarzeń, część zapisków – o czym była już mowa – przeredagował (przykłady zmian znajdują się w Alfabecie). Dotychczasowi wydawcy Dziennika 1954 nie zdecydowali się na ujawnienie niektórych nazwisk, zostały one ukryte pod przypadkowymi inicjałami. Decyzja, by ocenzurować dziennikowe zapisy, były rodzajem wydawniczego kompromisu i dla pisarza kwestią dość trudną do zaakceptowaniaXVIII. Dlatego też, przywołując fragmenty dziennika, podaję je w oryginalnym brzmieniu.

Doskonalenie języka angielskiego podczas pierwszego roku na emigracji

W Instytucie Hoovera na Uniwersytecie Stanforda przechowywane są także notatniki pisarza, które pochodzą z lat późniejszych. Zdają one relację z podróży po Europie, którą odbył tuż po emigracji z Polski w 1965 roku. Są też takie, które dość dokładnie opisują początki procesu aklimatyzacji w USA. Niektóre hasła zostały zbudowane na podstawie właśnie tych notatników.

Niezwykle ciekawym źródłem, i dotąd niewykorzystywanym edytorsko, były materiały pochodzące ze zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Mam tu na myśli zeszyty zawierające zapis myśli, literackie pomysły pisarza, a także materiały operacyjne (transkrypcje rozmów z podsłuchu telefonicznego). Były one ważnym uzupełnieniem budowanej całości.

W swojej literackiej karierze, która trwała bez mała czterdzieści lat, pisarz udzielił jedynie kilku wywiadów prasowych. Szczególnie interesujące były dla mnie te wypowiedzi, które dotyczyły spostrzeżeń na temat Ameryki.

Budując hasła na podstawie tekstów publikowanych (np. w paryskiej „Kulturze” czy londyńskich „Wiadomościach”), starałem się dotrzeć do materiałów, które były podstawą druku, najczęściej maszynopisów z autorskimi poprawkami. Decyzja ta wiązała się ze świadomością, iż współpraca Tyrmanda z Giedroyciem i Grydzewskim nie należała do spokojnych. Pisarz nie zawsze zgadzał się z decyzjami redaktorów, a ostateczna postać publikowanych tekstów była wynikiem trudnych rozmów i kompromisu (dobrze ilustrują to listy Tyrmanda).

Leopold Tyrmand, o czym już pisałem, po II wojnie światowej wrócił do Polski. Lata, które spędził w kraju, w totalitarnym systemie, miały nań ogromny wpływ i w jakimś stopniu ukształtowały go jako pisarza. Później, będąc już w Ameryce, podjął bardzo konkretne działania, by zostać pisarzem anglojęzycznym. Choć starał się pisać po angielsku, to tematyka, którą podejmował, najczęściej była związana z czasem, który spędził w Polsce. Wygląda na to, że pisarza łączyła z krajem szorstka, lecz nierozerwalna przyjaźń. Fakt ten ma odbicie w niniejszej publikacji. Hasła bardzo często odnoszą się do zagadnień, problemów i ludzi, wśród których na co dzień funkcjonował.

Wiele osób, które pojawiają się na kartach książki, historia wymazała z ludzkiej pamięci. Przypomnienie ich ma tu mniejsze znaczenie. Przede wszystkim chodzi o pokazanie, w jaki sposób Tyrmand konstruował swe wypowiedzi, jak dobierał słowa, próbując w krótkich zdaniach zawrzeć charakterystykę nieraz skomplikowanego połączenia wyglądu z cechami charakteru. Ciekawe jest, w jaki sposób pisał o ludziach, jego wypowiedzi mogą być odbierane jako niezwykle odważne i szczere. Potrafił napisać, że kogoś lubi, ale nie szanuje. Minęło wiele lat, a literackość jego tekstów wciąż budzi ciekawość i sprawia wrażenie świeżości.

Niejedno może czytelnika tego tomu zaskoczyć, choćby i to, że podróżujący, czytający, oglądający filmy i wystawy intelektualista praktycznie ograniczał się do pisania o kwestiach związanych z ludźmi i życiem politycznym. Ta materia była dlań najważniejsza, a tematyka żywa. Na te właśnie wymiary chciał mieć wpływ.

ZAUFAJ MI, JESTEM PISARZEM

Każda publiczna wypowiedź świadomego pisarza zapewne przepuszczana jest przez wewnętrzny filtr kreacji. Zgrabnie ujął to Jan Parandowski w Alchemii słowa: „Niepokalana szczerość jest urojeniem. Nieraz się pióro zatrzyma nad stronicą, nieraz oko patrząc na słowa nieokryte kłamstwem, zlęknie się cienia obcej, nieznanej postaci, która się kiedyś pochyli nad tym pismem – wystarczy chwila takiej refleksji, by zakłócić czystość wewnętrznego głosu. Tak dalece jesteśmy związani z ludźmi, szpiegowani i podsłuchiwani nawet w najgłębszej samotności, skoro tylko sięgamy po pióro”XIX. Dlatego też trzeba mieć świadomość, że hasła zawarte w niniejszej publikacji zapewne nie relacjonują tego, co pisarz rzeczywiście myślał, a raczej to, co chciał byśmy sądzili, na temat jego myśli. Dowodzą tego materiały archiwalne, które pokazują w jaki sposób Tyrmand kształtował poszczególne wypowiedzi. Znajdziemy tam świadectwa niezaprzeczalnej kreacji. Podejmując lekturę niniejszego tomu, warto pamiętać o tym, że pisarz nie próbował budować z czytelnikiem relacji konfesyjnej. Przeciwnie. Była to świadomie tworzona gra. Gra w myśli.

Dziennik 1954. Zeszyt nr 1

UWAGI EDYTORSKIE

Zgromadzone w tym tomie wypowiedzi Leopolda Tyrmanda pochodzą z różnych źródeł (dzienniki, notatniki, maszynopisy z niepublikowanymi fragmentami, teksty publikowane, podsłuch telefoniczny). Powstawały na przestrzeni bez mała trzydziestu lat. Dlatego też niezbędne były pewne zabiegi modernizacyjne, które ograniczyłem do obszaru interpunkcji oraz zgodności z dzisiejszymi normami językowymi (np. był by – byłby, mógł by – mógłby, przytym – przy tym, tranzakcje – transakcje, eseyów – esejów, skolei – z kolei, Hirschfeld – Hirszfeld). Leksyka i stylistyka pozostały w postaci oryginalnej. Zachowałem formy słów, które dokumentują wpływ angielszczyzny na język pisarza.

Teksty zostały ułożone alfabetycznie, co – rzecz jasna – nie oddaje chronologii ich powstawania. Część tytułów pochodzi od Tyrmanda, zostały zaczerpnięte z tekstów drukowanych lub rękopisów. Inne pochodzą od autora opracowania i oddają, jak wierzę, charakter fragmentów, które zapowiadają. Zbierając materiał do poszczególnych haseł, starałem się, by był on możliwie szeroki, jednak nie udało mi się odnaleźć wypowiedzi Tyrmanda na wszystkie tematy, których poszukiwałem. Rzecz jasna tego typu wybór przechodzi przez filtr edytora, więc w jakimś stopniu jest to mój obraz pisarza. Czytając Alfabet, warto zdawać sobie z tego sprawę.

Starając się zachować spójność wypowiedzi, czasami należało dokonać skrótów. Za każdym razem zostały one zasygnalizowane trzema kropkami w nawiasie kwadratowym […]. Fragmenty nieczytelne zostały zasygnalizowane trzema dywizami w nawiasie kwadratowym [---]. Zachowano oryginalne wyróżnienia autora (podkreślenia, kursywa). Ujednolicono zapis tytułów utworów (kursywa) i tytułów czasopism (cudzysłów). Gwiazdki, które oddzielają poszczególne partie tekstu w tym samym haśle, sygnalizują kolejne źródło. Wyjątek stanowi wypowiedź na temat Marka Hłaski, w której znaki rozdzielające pochodzą od Tyrmanda.

Wszędzie gdzie było to możliwe, starałem się dotrzeć do autorskiego przekazu. Przede wszystkim z powodu różnego rodzaju usterek, które znajdują się w tekstach drukowanych, które ujawniło kolacjonowanie przekazów. Pomijając potknięcia zecerskie, wiele z nich trudno uznać za dzieło przypadku. Mam tu na myśli przede wszystkim edycję Dziennika 1954. Wersja oryginalna, którą przygotował do druku Henryk Dasko. W zamyśle miała to być pierwsza edycja przygotowana na podstawie zeszytów Tyrmanda. Zestawienie jej z oryginałem ujawnia ogromną liczbę niezgodności, które mają różnoraki charakter. Te, które w największym stopniu ingerują w tekst, dotyczą zamiany pojedynczych słów czy fraz na inne:

„w międzyczasie zebrał poważną wiedzę teoretyczną”

zamieniono na:

„w tym czasie zebrał poważną wiedzę teoretyczną”

(hasło: Bohdziewicz Antoni)

„Mawia, że marzeniem jego życia byłoby czyścić buty de Sice, słynnemu reżyserowi włoskiemu, co uważam za śliczną pokorę prawdziwego artysty”.

zamieniono na:

„Mówił, że marzeniem jego życia byłoby czyścić buty de Sice, słynnemu reżyserowi włoskiemu, co uważam za śliczną pochwałę prawdziwego artysty”.

(Bohdziewicz Antoni)

*

„przy pomocy metod wychowawczych Makarenki”

zamieniono na:

„za pomocą metod wychowawczych Makarenki”

(Chuligaństwo)

„Rok domu poprawczego dla szesnastoletniego zbira”

zamieniono na:

„Kara domu poprawczego dla szesnastoletniego zbira”

„Uległa jej w pierwszym rzędzie elita kulturalna bez względu na światopogląd”.

zamieniono na:

„Uległa jej przede wszystkim elita kulturalna bez względu na światopogląd”.

(Ciuchy)

„Dobraczyński mieszka bowiem na krańcach Grochowa, wpodle Olszynki”

zamieniono na:

„Dobraczyński mieszka bowiem na krańcach Grochowa, nieopodal Olszynki”

(Dobraczyński Jan)

*

„Okazuje się, że ortodoksja Marksistowska uważa, iż każde pisanie o Zachodzie”

zamieniono na:

„Okazuje się, że ideologia uważa, że każde pisanie o Zachodzie”

(Kałużyński Zygmunt)

*

„ma jezuickie zacięcie w postępkach i sposobie mówienia, przymgloną obłudę”

zamieniono na:

„ma jezuickie zacięcie w postępkach i sposobie mówienia, skrywaną obłudę”

(Kętrzyński Wojciech)

*

„jedni widzieli w nim ciężką, rosyjską pięść, położoną na mieście na wieczną groźby pamiątkę”

zamieniono na:

„jedni widzieli w nim ciężką, rosyjską pięść, położoną na mieście”

(Pałac Kultury i Nauki)

Inne ingerencje dotyczyły zmiany szyku. Zacierały one dynamikę formowania się dokumentu oraz jego surowy charakter, który nie został jeszcze redakcyjnie opracowany:

„Niemniej państwo totalne jest w stanie, w każdych warunkach, zaprowadzić u siebie porządek, gdy rzeczywiście władcy jego tego chcą”.

zamieniono na:

„Niemniej państwo totalne jest w stanie, w każdych warunkach, zaprowadzić u siebie porządek, gdy rzeczywiście jego władcy tego chcą”.

(Chuligaństwo)

*

„To wystarczy, abym naraził ludzi tych także na nieobliczalne konsekwencje”

zamieniono na:

„To wystarczy, abym naraził także tych ludzi na nieobliczalne konsekwencje”

(Dziennik 1954)

Na podstawie liczby i charakteru ingerencji można stwierdzić, iż funkcjonująca w obiegu czytelniczym „wersja oryginalna” Dziennika 1954 w dużym stopniu odbiega od rękopiśmiennej podstawy. Ponadto wiele nazwisk ukryto pod zmienionymi inicjałami. Być może warto byłoby rozważyć wydanie zeszytów pisarza w postaci, która zachowywałaby ich pierwotny charakter.

PODZIĘKOWANIA

Za zgodę na publikację niniejszego tomu dziękuję synowi Leopolda Tyrmanda – Matthew.

Za udostępnienie zdjęć z archiwum rodzinnego pisarza dziękuję Marcelowi Woźniakowi.

Za kwerendę uzupełniającą w Instytucie Hoovera dziękuję Dorocie Niedziałkowskiej.

Za pomoc okazaną mi podczas pracy nad książką dziękuję pracownikom: Instytutu Hoovera w Palo Alto, Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte, Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie.

Dariusz Pachocki

I S. Mrożek, Leopold, [w:] tegoż, Małe prozy, Kraków 1990, s. 43.

II M. Woźniak, Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, Warszawa 2016, s. 69. Zob. także: Ceglane ciało, gorący oddech. Warszawa Leopolda Tyrmanda, Warszawa 2015, s. 372.

III Zob.: M. Woźniak, dz. cyt., s. 65-73.

IV Jak wspomina Birutė Mackonytė redaktorka gazety: „podówczas dwie trzecie dziennikarzy to byli Żydzi”, co być może ułatwiło Tyrmandowi otrzymanie tej posady. Zob.: B. Mackonytė, Dom na Zwierzyńcu, [w:] T. Tomaszewski, Wracając do Wilna, Warszawa 2018, s. 246.

V Ten epizod niejednokrotnie był interpretowany przez badaczy twórczości Tyrmanda jako rodzaj kolaboracji.

VI L. Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989, s. 231.

VII H. Dasko, Drogi i bezdroża Leopolda Tyrmanda [w:] L. Tyrmand, Porachunki osobiste, Warszawa 2002, s. 7.

VIII H. Dasko, dz. cyt., s. 8.

IX Zob.: S. Mrożek, L. Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982, wstęp i oprac. D. Pachocki, posłowie T. Nyczek, Kraków 2017, s. 38.

X Notatnik z podróży po Hiszpanii w 1965 roku. Rękopis znajduje się w Hoover Institution, Stanford University, USA.

XI Jerzy Giedroyc.

XII Rękopis listu znajduje się w Archiwum Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte.

XIII Choć pisarz był jedynie redaktorem, to na czwartej stronie okładki znalazło się jego duże zdjęcie.

XIV Rękopis listu znajduje się w Instytucie Literackim w Maisons-Laffitte.

XV Zob.: L. Tyrmand, The Media Shangri-La [Raj mass mediów] „American Scholar” 1975/76, nr 45.

XVI (łac.) „intruz”, „osoba niepożądana”

XVII Na temat zmian w tekście zobacz: K. Niciński, Dwie wersje „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda. Wokół problemu tożsamości tekstu, „Pamiętnik Literacki” 2006, nr 4, s. 71-94.

XVIII Kwestie te omówiłem w artykule: Tekstowe meandry. Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda – problem nie tylko filologiczny, „Folia Litteraria Polonica” 2018, nr 6.

XIX Zob.: J. Parandowski, Alchemia słowa, Warszawa 1950, s. 296.

A

AGENCJA PRASOWO-INFORMACYJNA

Na samym początku, w roku 1946, gdy wróciłem do Polski, pierwsza praca, jaką dostałem, była w Agencji Prasowo-Informacyjnej API, należącej do „Czytelnika”, koncernu prasowo-wydawniczego utworzonego przez Jerzego Borejszę dla komunistów. Obowiązywała jeszcze wtedy formuła ludowej demokracji i udawano cywilizowane państwo, które dźwiga się z ruin. Wobec tego wymyśliłem sobie specjalność korespondenta dyplomatycznego i API, natenczas dbałe o zachodnie pozy, natychmiast mnie zaangażowało. Do moich obowiązków należało wysiadywanie na konferencjach prasowych w MSZ-cie, na których Wiktor Grosz, szara eminencja, zaś formalnie dyrektor prasowy ministerstwa, dyktował dziennikarzom, co mają pisać o polityce zagranicznej. Ja fetowałem mój powrót do ojczyzny przez ładne parę miesięcy, co trzymało mnie w stanie lekkiego zamroczenia alkoholowego, toteż wracałem z owych konferencji częstokroć zaćmiony i raz, gdy Grosz coś tam brzęczał na temat targów o złoto polskie z Anglii, którego Anglicy, podbechtywani przez Andersa, nie chcieli zwrócić prawowitemu i uznanemu przez nich rządowi w Warszawie, wróciłem do redakcji i skomponowałem notę dla agencyjnego biuletynu, z której wynikało, że złoto już wraca. Było to przynajmniej w zgodzie z mymi prywatnymi życzeniami, jako że namiętnie pragnąłem zbliżenia Polski z Zachodem, ale nieco w rozdźwięku z rzeczywistością; niemniej, wiadomość agencyjna powędrowała nazajutrz na pierwszą stronę urzędówki, „Rzeczypospolitej”; zdarzały się wtenczas jeszcze takie gafy, nie działał niezawodny mechanizm. Po czym szef API został zdjęty ze stanowiska, ja wyleciałem z pracy, na moje miejsce promowany został niejaki Zygmunt Broniarek, dotychczasowy tłumacz z języków obcych, który miał zwyczaj, gdy był bardzo młody i na twarzy rumiany, pytać mnie co rano, kiedy komunistów cholera weźmie, bo on z nimi nie może żyć; okazało się później, że mógł z nimi żyć przez 30 lat i to całkiem dostatnio jako ich sługa do najniższych poruczeń. Wykopał mnie sam Borejsza, jak mnie później poinformowano, już szykujący się do tego od dni paru, jako że widział mnie na stadionie Legii w loży prasowej oklaskującego Mikołajczyka; to fakt, Mikołajczyk pojawił się dramatycznie na pierwszym meczu piłkarskim z Rosjanami rozegranym w Warszawie po wojnie, co było pociągnięciem natury politycznej, stadion urządził mu pamiętną owację, lecz w loży prasowej klaskałem tylko ja jeden, widoczny jak mucha na łysinie; zaś rozjuszony Borejsza, siedzący nieco wyżej, spytał, kto jest ten dureń i łajdak pozwalający sobie na taki aplauz wśród dziennikarzy i okazało się, że jestem jego pracownikiem. Strata pracy to jedno, okoliczność dość bolesna, bo API płaciło dobrze i na pewno było odskocznią dla dalszych osiągnięć, prawdziwą katastrofą jednak było, że wiązało się z nią wylanie z mieszkania, bowiem zajmowałem malutki pokoik w jednym z domów „Czytelnika” na Wiejskiej, zaś utrata kąta, gdzie można by złożyć na noc utrudzoną głowę, równała się w Warszawie anno 1946 egzekucji.

Maszynopis Dziennika 19541, 2 kwietnia, s. 207-208, Instytut Hoovera2.

1 Dalej skrót – D54.

2 Dalej skrót – IH.

AMERYKA

Ameryki nie określa ani potęga przestrzeni, ani moc środków materialnych, ani wielkość czy bezgraniczność źródeł siły. Ameryka dnia dzisiejszego to przede wszystkim różnorodność. Nieprawdopodobna, chwilami obłędna wielorakość. Jeśli przychodzi mi tu czasem na myśl ewentualność metafizycznej katastrofy, zresztą samobójczej, to jej przyczyny tkwić mogą w fatalnej, nieuniknionej klęsce różnorakości i nadmiaru, konsekwencji nieograniczonych możliwości produkcji. „Jakie pan sobie życzy kartofle? – pyta kelner w każdej restauracji. – Pieczone, smażone, tarte, gotowane, zwijane, kręcone, kopane, deptane, w lokach, w strączkach czy przez portorykańskie sitko? A może po francusku, po rosyjsku, tak jak w Libanie czy na sposób północnoirlandzki?” „Jakiego rodzaju spodni pan szuka? – pyta uprzejmie sprzedawca. – Z mankietem czy bez? Z szufladkami czy bez? Z iloma kieszeniami? Ze szwem, ze stebną czy ze szlaczkiem? Z wieszaczkiem czy bez? I w jakim ze stu trzydziestu siedmiu kolorów, którymi dysponujemy dla tego fasonu?” To samo jest z samolotami, butami, sałatą, ubezpieczeniami na życie, windami i szamponem do mycia głowy. W tej przerażającej wielości, w powieleniu każdego przedmiotu do stanu niemożliwej do ogarnięcia ilości wersji, tkwi niebezpieczeństwo, jakiś szalony zamiar wyczerpania wszelkich możliwości życia – co przecież w końcu, jak wiemy, jest chyba niemożliwe. To ostatnie łatwo można stwierdzić na przykładzie kart z życzeniami. Są tu całe takie sklepy pełne kart z życzeniami i przyznać muszę, że aczkolwiek budzą one we mnie głęboki niesmak, to przecież napawają mnie równie głębokim optymizmem, są bowiem dowodem jałowości wysiłków tych wszystkich, którzy zamierzają panować nad całością życia przy pomocy absolutu bezbłędnie planowanej produkcji. Fabrykanci takich kart pretendują do zaspokojenia wszelkich potrzeb wszystkich ludzi w zakresie życzeń: są w tych sklepach gotowe, wydrukowane karty z życzeniami wielkanocnymi, noworocznymi i na wszystkie inne święta wszystkich wyznań, poklasyfikowane dla wszystkich faz ludzkiego życia, wieku, stanu, pozycji rodzinnej, społecznej i stopnia wykształcenia; są tu życzenia urodzinowe, ślubne i z okazji awansu w pracy dla matek, ojców, dziadków, kuzynów, bratanków i przybranych dzieci; są tu wreszcie maksymalnie przewidziane okazje nietypowe i wydaje się, że gdyby dobrze poszukać, znaleźlibyśmy także życzenia z racji udanego egzaminu z antropologii, przedwczesnej ciąży czy rozwodu przy obopólnej zgodzie. Wydawałoby się, że fabrykanci przewidzieli wszystko, a tymczasem ja nigdy nie mogłem znaleźć takiej karty, którą właśnie chciałbym komuś posłać i w fakcie, że jej nie było, było coś bardzo pocieszającego. Także nigdy nie mogłem znaleźć ładnej, niezadrukowanej karty, na której mógłbym sam wymyślić i ułożyć moje życzenia i w tym fakcie zawierało się dodatkowe pocieszenie, albowiem znaczył on, że fabrykanci kart żywią głuche podejrzenie co do możliwości wyczerpania wszelkich możliwości i rozgoryczeni swą klęską mściwie nie zostawiają miejsca dla ludzkiej inwencji.

Pierwsze wrażenia z Nowego Jorku. 20 stycznia 1966 r.

Sesja zdjęciowa po przybyciu do Nowego Jorku

Pewne elementy rzeczywistości amerykańskiej są tak wdrożone w świadomość mojej generacji wskutek intensywnego obcowania z literaturą i filmem amerykańskim, że ulegałem często złudzeniom antycypacji. Nie należy zapominać, że kino lat 20. i 30. było dla mojego pokolenia jednym z najbogatszych źródeł wiedzy o świecie. Nic więc dziwnego, że jakieś fragmenty, strzępy umiejscowionych raz na zawsze w świadomości obrazów przyprawiały mnie raz po raz o dziwną pewność, że już kiedyś tu byłem. Jakaś ulica w Los Angeles, drabiny przeciwpożarowe w Chicago, spiętrzenie krajobrazu miejskiego w Nowym Jorku – są to rzeczy znane i mające od dawna swe miejsce w świadomości. Dopiero w San Francisco można ocenić i zrozumieć, z jaką siłą potrafił Jack London zaszczepić własne marzenia całemu światu i uczynić Zatokę, Oakland i Sausalito własnością wszystkich chłopców pomiędzy dwunastym a piętnastym rokiem życia. Jeszcze dziwniej było w Nowym Orleanie, o którym kiedyś napisałem książkę, nigdy tam nie będąc. Teraz chodziłem po ulicach tego miasta, rozpoznając na każdym kroku natychmiast to, czego nigdy nie widziałem. Czasami, siedząc na kolorowym westernie w Warszawie, człowiek myśli sobie: „Nie, to niemożliwe, takich kolorów nie ma nigdzie na świecie, tym razem lekko przesadzili…”. Tymczasem w Nowym Meksyku można bez trudu stwierdzić, że takie właśnie czerwienie, niebieskości i zielenie są tam barwą naturalną. Nowy Meksyk jest cały w Technikolorze. Sprawa barw, wymiarów, odległości jest rzeczą niebagatelną: przybywając tu, skłonni jesteśmy mierzyć wszystko europejskim schematem, przyrównywać do norm europejskich. Taka metoda poznawcza zawodzi tu całkowicie. Może Kolumb i Amerigo Vespucci mogli sobie jeszcze na to pozwolić, dziś, po paru wiekach, jest to bezsensowne.

*

Ameryka była zawsze dla mnie swego rodzaju drugą ojczyzną. Bo ja uważam, że Ameryka jest drugą ojczyzną każdego człowieka na świecie od roku 1914. Nie mam złudzeń co do tego kraju, uważam tylko, że z całym jego okrucieństwem, z całym jego błazeństwem i pozorną tępotą – jest jednak najlepszy z możliwych. To najmniejsze zło. Poza tym zwyczajnie polubiłem Amerykę, była dla mnie dobra jak dla wielu emigrantów. Musiałem tu ciężko pracować, byłem zagrożony nędzą, ale nie umarłem z głodu, ale nie wbito mnie w posadzkę. Ani w bagno. Ani w gówno. Mam dla Stanów wiele niefałszowanych uczuć, do tego stopnia, że nawet nie lubię jeździć do Europy.

Leopold Tyrmand o Ameryce. Wywiad z autorem „Złego”, „Ameryka” 1966, nr 94.

Gdzie tu Stasia?, „Tygodnik Powszechny” 1981, nr 45.

Podczas objazdu Stanów Zjednoczonych. Połowa lat 60.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Copyright © 2020, Dariusz Pachocki Copyright © 2020, Matthew Tyrmand, Mary Ellen Tyrmand Copyright edycji © 2020, wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-592-7

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska Studio Korekta: Dorota Ring Indeks: Anna Pachocka

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

h[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska