Alfabet miłości - Bogdan Wojciszke, Renata Mazurowska - ebook
lub
Opis

• Czym jest miłość?

• Czy można ją tak naprawdę zrozumieć?

• Czy mamy na nią jakikolwiek wpływ?

• Czy rzeczywiście wszystko zniesie, nie zazdrości i nigdy nie ustaje?

• Czy jest w niej sens?

Potocznie się uważa, że każdy pragnie miłości – chce kochać i być kochanym. Z tym przekonaniem kontrastuje jednak współczesna moda na bycie singlem. Wygląda zatem, że jest to kwestia indywidualna – każdy z nas sam decyduje, czy i jeśli tak, to kogo obdarzy uczuciem. Odpowiedzi na pytania, jak to rzeczywiście jest z tą miłością i czy mamy na nią realny wpływ, starają się odszukać autorzy. W niezwykle dynamicznym i intrygującym dialogu rozkładają miłość na czynniki pierwsze, wyjaśniają to, co nurtujące i niezrozumiałe, opisują to, czego nie do końca jesteśmy świadomi, i rozprawiają się z od lat powtarzanymi stereotypami. Konfrontują sprzeczne punkty widzenia, pobudzają do zastanowienia i pokazują, jak będąc z kimś, nie zatracić siebie. Dzięki ich książce nie tylko zaczynamy rozumieć tajniki miłości, ale także otrzymujemy mnóstwo wskazówek i inspiracji do pracy nad sobą i nad swoim związkiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 218


Copyright © by Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2015.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Wydanie pierwsze

Redakcja: Jolanta Pawlik-Świetlikowska, Patrycja Pacyniak

Korekta: zespół

Skład: Mirosław Tojza

Projekt okładki: Monika Pollak

Zdjęcie na okładce: © Larry Washburn/fstop/Corbis/FotoChannels

ISBN 978-83-7489-632-0

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a, 81–753 Sopot

e-mail:gwp@gwp.pl

www.gwp.pl

www.wydawnictwogwp.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

ABY ROZPOCZĄĆ TĘ ROZMOWĘ…

…warto zapoznać się z dwoma pomysłami współczesnej psychologii, na których opiera się rozumienie tego niezwykłego i fascynującego zjawiska, jakim jest miłość

Jaki jest pierwszy pomysł?

Pomysł pierwszy to trójskładnikowa koncepcja miłości zakładająca, że na miłość składają się intymność, namiętność i zobowiązanie1. Intymność to z grubsza tyle co przyjaźń. Wyraża się jednoznacznie pozytywnymi uczuciami bliskości i przywiązania, wzajemną troską i zaufaniem, zrozumieniem i niesieniem pomocy w potrzebie. Jest to najważniejszy składnik miłości – nie ma miłości bez intymności. Ten element znajdziemy w każdej miłości – do partnera, do dziecka, do rodziców czy psa lub przyjaciela, choć wcale nie musimy ich obdarzać namiętnością. Intymność jest najważniejsza także dlatego, że to głównie od niej (a nie od namiętności i zobowiązania) zależy nasza satysfakcja z bliskiego związku. Zmiany intymności w trakcie trwania związku są łagodne i powolne. Zwykle rośnie ona przez kilka lat, potem długo utrzymuje się na stałym poziomie, po czym (zwykle) opada przez wiele lat.

Drugi składnik miłości to namiętność, czyli pragnienie maksymalnego połączenia się z partnerem, czemu przeważnie towarzyszą silne emocje zarówno dodatnie – zachwyt, tkliwość, radość, jak i ujemne – tęsknota, zazdrość, ból. U dorosłych ludzi namiętność zwykle łączy się z seksem, jednak seks i namiętność to nie to samo, o czym mowa dalej. Namiętność słabo poddaje się ludzkiej kontroli – nie można się na rozkaz zakochać ani odkochać. Jej dynamika jest zwykle dramatyczna, namiętność gwałtownie rośnie (to kwestia dni lub tygodni), szybko osiągając swoje maksymalne natężenie, po czym również szybko opada, choć nieco wolniej niż rosła. Namiętność jest zjawiskiem krótkotrwałym (dwa do czterech lat), tajemniczym i irracjonalnym. Hormonalnym jej podłożem jest dopamina (zwana też hormonem szczęścia), podczas gdy hormonalnym podłożem intymności jest oksytocyna, czyli hormon więzi.

Trzecim składnikiem miłości jest zobowiązanie, czyli podejmowane przez człowieka decyzje i wysiłki mające na celu przekształcenie relacji z partnerem w trwały związek (na początku) bądź (potem) chroniące taki związek przed rozpadem i podtrzymujące go w możliwie dobrej kondycji. Zobowiązanie jest najbardziej podatne na świadomą kontrolę partnerów, co stanowi o jego sile, jak i słabości. O sile, ponieważ cały związek może trwać tylko dzięki zobowiązaniu, nawet gdy już dawno zaniknęły wszelkie ślady po namiętności i intymności. O słabości, ponieważ zobowiązanie można wycofać w trybie natychmiastowym. Po prostu pewnego wtorku możemy powiedzieć sobie: „Nie, tak dalej być nie może, dość tego zaciskania zębów” i ogłosić w środę partnerowi, że to już koniec. Dynamika zobowiązania jest słaba – pojawia się ono i przyrasta na początku związku, spada na końcu, ale poza tym nie ulega większym zmianom.

A jaki jest drugi pomysł na zrozumienie miłości?

Drugi pomysł to idea, że miłość ulega naturalnym przemianom dlatego, że zmieniają się owe trzy jej składowe2. Załóżmy, że wszystkie trzy składniki miłości – namiętność, intymność i zobowiązanie – pojawiają się w tym samym momencie i że dla każdego z nich istnieje pewna wielkość progowa, czyli „kreska”. Jeżeli dany składnik ma niewielkie natężenie, jest pod kreską i można go zignorować, jako że jeszcze (albo już) nie liczy się przy orzekaniu o charakterze związku. Jeżeli składnik jest silny, nad kreską, to występuje on w danym związku jako jego ważna cecha. W ten sposób dochodzimy do pewnych etapów czy faz miłości, których jest sześć i których większość pojawia się w typowym bliskim związku.

Ponieważ namiętność rośnie najszybciej, ona właśnie jako pierwsza pojawia się nad kreską i przez pewien czas pozostaje jedyną liczącą się cechą związku. Jest to faza zakochania, która trwa niespełna rok. Istotą namiętności jest pragnienie jak najczęstszych kontaktów z uwielbianą osobą. Jeżeli ta ostatnia namiętność odwzajemni (lub przynajmniej jej nie odrzuci), to ten składnik miłości owocuje częstymi kontaktami partnerów, zwierzaniem się, wzajemnym wspieraniem się, świadczeniem sobie dobra i tak dalej. W ten sposób rodzi się intymność. Związek wchodzi wtedy w kolejną fazę – romantycznych początków (namiętność plus intymność). Faza romantycznych początków jest również krótkotrwała (kolejny rok), skoro mamy już bowiem i burzliwe rozkosze namiętności, i łagodne uroki intymności, pojawia się pragnienie zamiany związku w coś trwałego. Innymi słowy, jako trzecie z kolei wychodzi ponad kreskę zobowiązanie i związek wchodzi w kolejną fazę – miłości kompletnej, zwanej tak, bo obecne są wszystkie trzy składniki. Ta faza miłości jest bardzo satysfakcjonująca, jednak również jest nietrwała (trwa około czterech lat), ponieważ nadchodzi dość nieuchronny kres namiętności, opadającej pod kreskę, a miłość wchodzi w kolejną fazę – miłości przyjacielskiej, która opiera się na intymności i zobowiązaniu. Jest to najdłużej trwający spośród jeszcze zadowalających etapów miłości. Aż do tej fazy łącznie subiektywne zyski ze związku znacznie przeważają nad stratami, a na dalszych etapach pojawia się zależność odwrotna.

Potem już tylko straty?

Choć namiętność zanika niemalże zawsze i niewiele na to można poradzić, licznym parom udaje się nie dopuścić do spadku intymności poniżej kreski. Faza miłości przyjacielskiej może więc trwać w nieskończoność, szczególnie gdy partnerzy razem robią różne rzeczy, które są dla nich ekscytujące. Przeważnie jednak nie trwa, większości par bowiem utrzymanie intymności się nie udaje i spada ona pod kreskę, a partnerzy wchodzą w fazę związku pustego, który opiera się na samym zobowiązaniu. Czy związek pusty będzie trwał, czy się rozpadnie, zależy od różnych czynników niezwiązanych bezpośrednio z uczuciami partnerów, takich na przykład jak to, czy związek jest sformalizowany, czy są dzieci, jak silne są naciski innych (krewnych, przyjaciół) na podtrzymanie związku, a przede wszystkim od tego, czy partnerzy mogą jeszcze liczyć na jakąś atrakcyjną alternatywę, czy też nie, co zależy między innymi od ich wieku. Jeżeli czynniki przeszkadzające opuszczeniu związku są słabe, a nadzieje na lepszą alternatywę duże, również zobowiązanie spada pod kreskę, a cały związek wchodzi w ostatnią już i zwykle krótkotrwałą fazę rozpadu, w której „nie ma już nic”.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej miłości – może i od nas zależy, jaka jest…

ALTRUIZM

Czyli o tym, czy jesteśmy dobrzy z natury, czy musimy mieć do tego sposobność i jaki to ma wpływ na charakter bliskich relacji

Warto się w miłości poświęcać? Dbanie o dobro partnera czy partnerki z czasem staje się przewidywalne, oczekiwane [zob. hasło Zło jest silniejsze niż dobro], a potem już nawet roszczeniowe.

Mnie się wydaje, że bliski związek bez altruizmu jest zupełnie niemożliwy. Altruizm w bliskim związku to jest traktowanie partnera jak siebie samego, a bez tego nie ma wspólnoty. Bez tego związek w ogóle nie może i nie mógłby istnieć.

Tak, zakładając wzajemność. Jednak wysiłek ukierunkowany na dobro bliskiej osoby i ponoszone przy tym koszty własne nie zawsze są odpłacane tym samym. Czytałam, że o ile kobiety zostają przy swoich ciężko chorych mężczyznach i się nimi z poświęceniem opiekują i zajmują, o tyle w odwrotnej sytuacji na życiowego partnera nie za bardzo mogą liczyć. Jesteśmy skłonni do poświęceń z miłości dla dobra drugiej osoby czy dobra związku – rzucamy wszystko, jedziemy do innego kraju, do innego świata albo przerywamy studia czy pracę, by się opiekować dziećmi, bo zakładamy, że w podobnej sytuacji też byśmy to dostali. A nie zawsze dostajemy.

Altruizm rzeczywiście naraża nas na eksploatację. Natomiast dopóki altruistyczne są obie strony, dopóty związek ma charakter wspólnoty. Wtedy nie rozróżniamy dobra własnego i dobra partnera, traktujemy jego dobro jak własne – i to jest idealna sytuacja.

Ludzie z natury są altruistami. Problem altruizmu i eksploatacji bardzo dobrze opisuje gra znana pod nazwą „Dylemat więźnia”, której struktura jest bardzo prosta: każdy może współpracować albo odmawiać współpracy. Dla uproszczenia pozostańmy przy dwóch osobach. Idea jest taka, że największe zyski łączne przynosi odwzajemniona współpraca. Ale istnieje ryzyko, że kiedy druga strona nie współpracuje, to strona współpracująca zostaje wykorzystana. Aby się nie dać wykorzystać, możemy zrezygnować ze współpracy, ale wtedy nasze zyski są mniejsze.

Czyli najlepsza sytuacja jest wówczas, gdy wszyscy współpracują. I tak jest w życiu, na przykład przy takim podziale prac w domu, że jedno z małżonków zarabia pieniądze, a drugie zajmuje się dzieckiem. Bez tego w ogóle trudno mówić o miłości, a bliski związek staje się kontraktem, jak z towarzystwem ubezpieczeniowym. Nie ma w nim wspólnoty, a większości ludzi nie o to przecież chodzi.

Wracając do altruizmu: gra „Dylemat więźnia” bada, co ludzie robią w pierwszym odruchu – wyniki wskazują, że większość zachowuje się altruistycznie3. Nawet z nieznaną osobą, nawet z osobą, której już więcej nie zobaczą, raczej współpracują, narażając się na koszt eksploatacji.

Ludzką skłonność do altruizmu ilustrują też obserwacje małych dzieci, dwulatków, które ledwo chodzą. Gdy pani coś spadnie i uda pani, że nie może tego podnieść, to większość dwulatków spontanicznie pani pomoże i poda przedmiot, którego nie może pani dosięgnąć4. A zachowanie dwuletniego dziecka nie jest jeszcze rezultatem wychowania, dziecko pomaga z natury. Czyli w naturze człowieka leży altruizm. Oczywiście dużo rzeczy leży w naszej naturze, także i agresja, ale jest jednak pocieszające, że jesteśmy też i altruistami.

To ciekawe, co pan profesor mówi, bo ja czytałam niedawno o innych badaniach, w których dowiedziono, że altruizm występuje u człowieka w zależności od sytuacji. Testom poddawani byli zakonnicy, a więc ludzie niejako „z profesji” predestynowani do służenia innym. Gdy zakonnicy szli na mszę, a mieli trochę czasu, to nad bezdomnym się pochylali, ale gdy się spieszyli, to go mijali.

Tak. To jest klasyczne badanie Johna M. Darleya i C. Daniela Batsona, do którego zaproszono studentów teologii5. Mieli przygotować kazanie…

O miłosierdziu może?

O dobrym Samarytaninie. Tak to było pomyślane, by im jeszcze zaktywizować problem miłosierdzia i pomagania innym, ale okazało się właśnie, że gdy się spieszyli, by wygłosić kazanie, to nie reagowali na mijaną leżącą osobę, a jeśli mieli jeszcze czas, to w większości się zatrzymywali.

Czyli musimy mieć sposobność, by być altruistą? Odpowiednie warunki?

Tak. Najczęściej się mówi, że musimy mieć zasoby uwagi, żeby przetwarzać informacje. Bo jeżeli uwaga jest pochłonięta zupełnie czymś innym, wtedy w ogóle nie widzimy tego leżącego człowieka.

Ale też niedawny (maj 2014 roku) eksperyment z Nowego Jorku, tak zwany social experiment, przeprowadzony przez organizację New York Rescue Mission, pokazał, że nie poznajemy swoich bliskich przebranych za żebraków. Przechodzimy obok nich na ulicy obojętnie. To rzeczywiście porażające, że nie poznajemy członków własnej rodziny, gdy wyglądają jak ludzie żyjący na ulicy.

Tak. Identyfikujemy tylko, że są to żebracy i że to obiekty awersyjne, których należy unikać.

Bo konfrontacja zmusiłaby nas do tego, żeby coś zrobić? Zareagować? Pomóc? Podzielić się zasobami albo poświęcić czas?

Tak. Właśnie dlatego wolimy dokładnie nie patrzeć.

A czy postawa altruistyczna jest jakoś wynagradzana? Czy to nie jest też na przykład tak, że lepiej o sobie myślimy, gdy zrobimy coś dobrego dla innych?

Istnieje rozróżnienie pomiędzy nagrodami wewnętrznymi, które sobie sami dajemy (na przykład dobrze myślimy o sobie), a nagrodami zewnętrznymi (na przykład zarabiamy pieniądze). Ale mnie to raczej nie przekonuje, bo w ten sposób można powiedzieć, że celebryta, który zbija dużą kasę, jest takim samym egoistą jak Matka Teresa, która podwyższa sobie dobrą samoocenę, pomagając innym. Jeżeli to samo miałoby wyjaśniać tak bardzo różne sposoby postępowania, to owo wyjaśnienie wydaje mi się bez sensu. Nagrody wewnętrzne są przeważnie tylko domniemaniem patrzącego, a te zewnętrzne są faktem. I to jest różnica.

Dlaczego z czasem przestajemy być altruistyczni w związku?

Może dlatego, że nie zadowala nas bilans zysków i strat, a może dlatego, że zło jest zawsze silniejsze niż dobro.

AUTONOMIA

Czyli o tym, że bliscy ludzie są nam niezbędni, a nasza miłość czyni ich wyjątkowymi i niezastąpionymi, oraz o tym, że w dobrym związku jest miejsce także na bycie osobnym

Nie da się ukryć, że w bliskiej relacji oddziałujemy na siebie wzajemnie. To od naszych działań często zależą działania partnera. I na odwrót. Nawzajem na siebie wpływamy. Wydaje mi się, że decyzji jednostkowych w gruncie rzeczy nie możemy podejmować. Konsekwencje naszych decyzji – źle albo dobrze – wpływają na oboje.

I w dodatku kluczowe dla tej współzależności jest to, że efekty moich działań nie zależą tylko od tych działań, ale też od partnera. W bliskim związku jest to nieuchronne. Mniej więcej tak jak z kucharzem i kelnerem: jeżeli kelner jest nieuprzejmy, to nawet gdy kucharz najlepiej ugotuje, restauracja upada. I odwrotnie. Jesteśmy w symbiozie – skutki naszych zamiarów i wysiłków są modyfikowane przez to, co robi partner, i dopiero wtedy, gdy on nas nie blokuje, ale wspomaga, nasze cele mogą zostać osiągnięte.

Ale ta współzależność, a raczej zależność, ma też negatywne skutki – do tego stopnia jesteśmy w symbiozie, tak się utożsamiamy w byciu w związku, iż niekiedy zatracamy własną tożsamość.

Myślę, że negatywny aspekt polega na tym, że przestajemy być samowystarczalni.

Tak, stajemy się zależni od partnera.

Jest tu jednak także i korzyść. To racja, że z jednej strony współzależność oznacza ni mniej, ni więcej tylko to, iż mogę osiągnąć więcej, będąc z partnerem, niż sam, ale z drugiej strony lubię się czuć rzeczywiście od niego zależny w tym sensie, że nie muszę radzić sobie sam. Ma to jeszcze i taką konsekwencję, że współzależność się autonomizuje i rozrasta. W takim sensie, że bycie z tym drugim człowiekiem staje się konieczne samo w sobie. Nawet jak relacja nie przynosi żadnych zysków, czy pomijając zyski, które przynosi, partner staje się nam niezbędny do życia. To jest obosieczne, bo z jednej strony współzależność trzyma nas przy życiu, a z drugiej strony – pozbawia samodzielności.

Myślę wręcz, że kiedy partnera zabraknie, rozpadamy się na milion kawałków.

Rzeczywiście, jak wskazują badania przeprowadzone na wielotysięcznej próbie dorosłych Niemców, większość ludzi nie może się pozbierać po śmierci partnera6. Oczywiście są i tacy, którzy od razu idą na tańce w następnym tygodniu, ale to jest niewielka mniejszość.

Może to też jest jakaś forma radzenia sobie z tą stratą? Ale większość wdów i wdowców bardzo idealizuje zmarłego partnera i trudno im się potem jeszcze z kimś związać. Żaden potencjalny partner nie jest w stanie go zastąpić. Oczywiście mówię o dobrych związkach, a nie o sytuacjach, w których śmierć partnera oznacza uwolnienie.

Cóż się dziwić… skoro my z żoną mamy podobny problem z psem. Jednym z powodów, dla którego nie jesteśmy zainteresowani innym, jest to, że poprzedni był taki wyjątkowy. Żaden nowy nie będzie w stanie go zastąpić.

Istnieje niebezpieczeństwo, że gdy scalamy się z partnerem w jedno, to wraz z jego stratą sami jakby też umieramy. Tracimy nie tylko związek, ale i siebie…

Myślę, że nie ma rady na niebezpieczeństwo utraty części tożsamości, kiedy tracimy partnera. Taka jest natura bliskiego związku, że on lub ona jest kawałkiem mnie, nie cały ja jestem nią czy nim, ale te Ja się nakładają. Dlatego jesteśmy wspólnotą, prawda?

Ale autonomia w związku niewątpliwie jest problemem dosyć ważnym. Bo niektórzy chcą zawłaszczyć partnera.

Są jednak i tacy, co chcą być zawłaszczeni.

Chcą być zawłaszczeni, zgoda. Trochę takich par znam. Wszędzie idą razem. Na przykład na zakupy – nawet po chleb idą razem. Dla mnie to jest dziwne, ale dla nich nie. Ludzie bardzo się różnią ową skłonnością do zawłaszczania się nawzajem.

A jakie niebezpieczeństwo niesie zawłaszczenie? I dla kogo – dla związku czy dla nas?

Jeżeli jest rozbieżność co do stopnia zawłaszczania, to ta osoba, która mniej chce zawłaszczać i być zawłaszczana, czuje się jak ktoś, komu odbiera się wolność.

Albo powietrze.

Tak. I jeśli występuje różnica między partnerami w stopniu zawłaszczenia, rodzi się duży problem w utrzymaniu relacji. Taki związek prawie na pewno się rozpadnie. Bo jeszcze ta osoba, która zawłaszcza, często bywa też zazdrosna, prawda? Ona by chciała, żeby partner wszystko robił z nią. To rzeczywiście może przydusić.

A co gdy druga osoba też tego chce? I taki właśnie jest model relacji – chodzenie razem po chleb, ten sam program w telewizji, kurtki nawet mają takie same albo walizki? Jeśli oni się, że tak powiem, dogadali co do tego zawłaszczania i jest im z tym dobrze?

Jak oni się z tym zgadzają, no to ich wybór i szczęść im Panie Boże. Ja tylko bym nie chciał być blisko nich. Jeśli oboje tego chcą, nie jest to problem. Dla nich, oczywiście. Jest tylko dla innych [śmiech]. Może to być awersyjne.

Bo nie można się spotkać z żadnym z nich oddzielnie, zawsze muszą razem przyjść do nas, nie da się w ogóle pogadać z każdym z nich na osobności…

Tak. Albo na przykład niektórzy uważają, że ich partner nie powinien tańczyć z nikim innym niż oni. Zawłaszczenie prowadzi do tego, że wszystko się robi tylko z tym jednym partnerem, jest wyłączność niczym w seksie. Taka klauzula wyłączności na bardzo dużo czynności.

A autonomia przydaje się w związku? Jest zbiór „my”, ale oprócz tego jestem „ja” i jesteś „ty” i ja szanuję twoją autonomię…

Tutaj ludzie też się bardzo silnie różnią – zbyt duża autonomia bywa niedobra. Znam takie pary, w których oboje są bardzo autonomiczni, mają takie wzorce z domu, bo na przykład tata był marynarzem.

Nawet wolą, jak partnera w domu nie ma.

Tak. Wolą. I to jest kwestia doboru. Jeśli oboje mają potrzebę autonomii, to bez niej nie mogą żyć. Z kolei tym, którzy są possesive, pewnie się wydaje, że osoby autonomiczne się nie kochają, że tylko mieszkają razem.

Czy autonomia jest regulowana w zależności od tego, z kim tworzymy związek albo jak bardzo ważna jest dla drugiej osoby? Czy może wszystko zależy od siły uczuć, jakie żywimy do partnera?

Ludzie bardzo się różnią pod względem zapotrzebowania na kontrolę i wolność. Ci, którzy kochają wolność, nawet jak kochają drugiego człowieka, to nadal kochają swoją wolność. I nie chcą dać jej sobie odebrać. A reszta to jest kwestia tego, na co sobie można pozwolić w związku. Jest nawet zjawisko living apart together – mieszkamy niedaleko siebie, ale w odrębnych mieszkaniach. To jest rozwiązanie dla bardzo zamożnych ludzi ceniących sobie wolność.

Czyli autonomia w związku u różnych osób różnie jest realizowana?

To kwestia różnic indywidualnych. Nawet nie mogę powiedzieć, że wszystkie związki bez autonomii się rozpadają. Stają się trudne do zniesienia dla innych, ale niekoniecznie się rozpadają.

BILANS ZYSKÓW I STRAT

Czyli o pułapce utopionych kosztów, o skłonnościach do racjonalizowania naszych wysiłków, ale także o roli wsparcia w bliskim związku

To, ile zainwestowaliśmy w związek, ma znaczenie, gdy na przykład zastanawiamy się nad rozstaniem. Jeśli spodziewane zyski z rozstania wydają nam się bardziej obiecujące niż to, co w tej chwili uważamy za trudne, wtedy często się rozstajemy. A jeśli żal nam stracić to, co do tej pory w związek wnieśliśmy, zostajemy.

To jest pułapka utopionych kosztów, prawda? A z drugiej strony bycie z innym człowiekiem jest sensotwórcze. Człowiek jest szczęśliwy, jeżeli daje wsparcie, szczęśliwszy nawet niż wtedy, kiedy wsparcie dostaje.

Rolę wsparcia odkryto niemalże przypadkiem. Dawno temu, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przeprowadzono badania epidemiologiczne dziewięciu tysięcy mieszkańców okręgu Alameda w Kalifornii7. Przedmiotem zainteresowania badaczy było głównie to, jaki wpływ na przeżywalność mają prozdrowotny tryb życia i dieta. Badacze wrócili po dziewięciu latach do Alameda i sprawdzili, kto z badanych jeszcze żyje. Okazało się, że silnym wyznacznikiem przeżywalności było wsparcie, intensywność więzi społecznych, niezależnie od stanu zdrowia w momencie pierwszego badania, otyłości czy praktyk prozdrowotnych. Działa ono w każdej grupie wiekowej – osób, które miały silne więzi, więcej było wśród żywych po owych dziewięciu latach. Wsparcie jest człowiekowi bardzo potrzebne. Jak mówił Arystoteles, jesteśmy zwierzęciem społecznym, i to rzeczywiście jest prawda.

Niedawno wykryto natomiast, że wsparcie, które otrzymujemy od partnera, bardzo silnie pokrywa się ze wsparciem, które sami mu dajemy. Ale gdy w kolejnych badaniach zmierzono oddzielnie te dwa rodzaje wsparcia, to się okazało, że jednak najbardziej sensotwórcze i dobroczynne jest wsparcie dawane8.

W przypadku gdy pomimo dawanego przez nas wsparcia partner odpowiada brakiem wsparcia albo zdradą lub gdy występują innego rodzaju trudności w związku, na przykład przemoc, może się pojawić – i często się pojawia – taka oto refleksja: że owo wsparcie dla partnera to inwestycja zmarnowana. Nie zwraca się, ewidentnie.

Różnie można o tym myśleć. Nie można mówić, że śniegu nie było, tylko z tego powodu, że go w tej chwili nie ma. On ewidentnie był. Pamiętamy, jak się w nim tarzaliśmy.

Chce pan profesor powiedzieć, że nie same straty są, bo były też zyski?

Tak. To, że czegoś w tej chwili nie ma, nie znaczy, że tego nie było.

Ale tu chyba działa zasada, że zło silniejsze jest niż dobro [zob. hasło Zło jest silniejsze niż dobro] – gdy doświadczamy strat albo zranienia, to, co dobre, zostaje zniwelowane. Pamiętamy to, co złe.

Tak.

Trudno więc wtedy pamiętać o tym tarzaniu się w śniegu… Pan profesor mówił, że z biegiem czasu cechy irytujące u partnera jeszcze bardziej nas irytują. Może to dlatego, że skupiamy na nich uwagę, bo silniej nas dotykają? A to, na czym skupiamy uwagę, łatwiej dostrzegamy.

To prawda. Szczególnie to widać u osób depresyjnych. Jednym z istotnych elementów tego zaburzenia jest właśnie wybiórcze traktowanie rzeczywistości, koncentrowanie się na negatywach. Aaron Beck, amerykański psychiatra, specjalista od depresji, opisał pewnego swojego pacjenta, który wytapetował mieszkanie sąsiadowi i wpadł w depresję dlatego, że nie zeszły się pasy tej tapety. Pięć centymetrów się nie zeszło. Ale co? Sąsiad jest niezadowolony? Ależ nie, sąsiad o tym nie wie, bo to jest w rogu za szafą. I w ogóle nikt o tym nie wie – wszystko jest pięknie, tylko tam się nie zeszło pięć centymetrów. Tak więc dwieście metrów, gdzie się zeszło, nie ma żadnego znaczenia. I w tym sensie rzeczywiście jest tak, że jak się na czymś koncentrujemy, to więcej tego mamy.

Może gdybyśmy skupiali się bardziej na pozytywach, też mielibyśmy ich więcej?

Nie na wszystkich ten sposób działa, bo nie ma jednego uniwersalnego sposobu podnoszenia szczęścia, który wpływa na wszystkich ludzi. Ale na niektórych oddziałuje na przykład coś takiego, jak zatrzymanie się od czasu do czasu i pomyślenie o błogosławieństwach swojego życia. Albo o błogosławieństwach swojego związku.

Praktyka wdzięczności.

Tak. No i to jest dokładnie to, o czym pani mówi. Że jak na czymś skoncentrujemy uwagę, to zaczynamy tego mieć więcej. To jest kwestia znaczeń, a znaczenia są nadawane przez umysł, prawda? Zdecydowanie jest tak, że tego, na czym się koncentrujemy, robi się więcej.

Jednak emocje trudno zmienić. Szczególnie negatywne. Ratuje nas nasza skłonność do racjonalizowania własnych wysiłków. Bo myśl, że robimy coś bez sensu, jest nie do zniesienia. Sami więc sobie nadajemy te sensy. Niedawno zrobiono badanie, które jest tego piękną ilustracją – mianowicie uświadamiano rodzicom (to byli Amerykanie, więc mówimy o dolarach), ile kosztuje wychowanie dziecka do osiemnastego roku życia. To koszt rzędu stu dziewięćdziesięciu tysięcy dolarów [śmiech]. Badanym dawano kwestionariusz mierzący satysfakcję z rodzicielstwa9. Rodzice, którym przypomniano, ile kosztuje doprowadzenie dziecka do pełnoletności, raportowali większą satysfakcję i uważali, że człowiek dopiero jak ma dziecko, to się czuje w pełni człowiekiem. Radość z posiadania dzieci była u nich szacowana jako wyższa niż u rodziców, którym nie przypominano o inwestycji wynikającej z rodzicielstwa.

Trzeciej grupie rodziców nie tylko przypominano, jak wielkim wysiłkiem jest rodzicielstwo, ale także informowano ją, że są z tego różne zyski, na przykład taki, że wiele dzieci pomaga starzejącym się rodzicom. Ta grupa nie ujawniła żadnego przyrostu satysfakcji, bo nie musiała w ten sposób uzasadniać sobie własnego wysiłku – jego uzasadnieniem była informacja o przyszłej pomocy ze strony dzieci. To proste badanie ilustruje, jak potężną siłą jest skłonność do racjonalizacji, do uzasadniania naszych zachowań, które często w ogóle nie z tego powodu są realizowane.

Czy można w ogóle mówić o ekonomii miłości?

Na pewno jest ekonomia seksu [zob. hasło Seksualny dostęp].

A co z ekonomią miłości? Przecież też niejednokrotnie ważymy, jak cenne są czyjeś lub nasze uczucia…

Jest pewien sens także i w pojęciu „ekonomia miłości”. Ale zupełnie inny – nie chodzi o kupowanie czy sprzedawanie, tylko o bilansowanie wymiany. Związki wspólnotowe nie tym się różnią od związków handlowych, że w nich w ogóle nie ma wymiany i bilansu, bo co moje, to twoje i tak dalej, tylko tym, że ten bilans jest bardziej ukryty, a przede wszystkim rozciągnięty na lata. W związkach wspólnotowych nie ma takiego szybkiego bilansowania strat i zysków po każdej interakcji jak w sklepie. Ale jeśli z biegiem lat kobieta dochodzi do wniosku, że nic z tego faceta nie ma, i występuje o rozwód, to jednak policzyła, zbilansowała te zyski i straty. Bilans wyszedł niekorzystny i ona nie chce dalej nadpłacać.

Zwłaszcza że ma już na to społeczne przyzwolenie, no i w większości często samodzielność ekonomiczną.

Krótko mówiąc, w związku jest dobrze, kiedy dbamy o pozytywny bilans partnera, a nie tylko swój. Bo o swój specjalnie nie musimy dbać, to się samo robi [śmiech].

Panie profesorze, wydaje mi się, że punkt widzenia zależy od płci… Myślę, że w tym dbaniu o swój pozytywny bilans my, kobiety, sporo mogłybyśmy się od mężczyzn nauczyć. Nie mówię tego złośliwie, raczej z pewną zazdrością, że macie w naturze to, czego my dopiero się uczymy – mężczyzna zawsze zadba o siebie, o swoje potrzeby, zasoby i pozycję, a kobieta często rezygnuje z tych wszystkich rzeczy, nawet z samej siebie, by wspierać partnera, jego pozycję czy zasoby. Jest nawet takie powiedzenie, że za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta. Tu się kłania nasza skłonność do poświęceń i stąd to bilansowanie per saldo nie zawsze jest dodatnie lub choćby na zero.

Jest coś w tym, że kobiety tak naturalnie ustępują czy właściwie wręcz nie myślą o sobie. Dobro własne to zwykle nie jest pierwsza myśl, która im chodzi po głowie.

To, o czym mówimy, jest zapewne efektem kultury patriarchalnej. Potwierdza to na przykład zjawisko odwetu na sprawczych kobietach10. Jeśli kobieta zachowuje się sprawczo, skutecznie zmierza do celu, to się mówi, że jest zdzirą i że nie jest kobieca. Natomiast gdy mężczyzna się zachowuje wspólnotowo i jest ciepły, empatyczny, to nikt nie mówi, że on jest głupi.

Przeciwnie, zachwycamy się nim.

A gdyby była pełna symetria, to też powinniśmy go odrzucić. Z jednej strony kobieta, która ujawnia stereotypowo męskie zachowanie, jest uważana za mniej kobiecą. Ale mężczyzna, który prezentuje zachowania typowo kobiece, nie jest uważany za mniej męskiego. Z drugiej strony owego egoizmu może być trochę mniej, niż się wydaje. Ludzie z samej sprawczości wyciągają wniosek, że ktoś jest pozbawiony wspólnotowości albo że jest egoistyczny. Potwierdzają to na przykład badania, które robiliśmy – prosiliśmy osoby, by oceniły prawdopodobieństwo różnych zachowań u studenta opisanego przez nas jako genialnie uzdolniony informatycznie albo u takiego, który był przeciętny. Ten genialny był uważany za bardziej skłonnego do egoistycznych zachowań niż ten przeciętny, chociaż w opisach nie było nic na ten temat. Czyli z samego faktu dużego sprawstwa wyciąga się wniosek: „To musi być egoista, zajmuje się tylko sobą”. Jest tutaj pewna tendencyjność w postrzeganiu. Aczkolwiek nie twierdzę oczywiście, że mężczyźni nie są egoistyczni. Są.